Powiedz "tak" księciu - Eloisa James - ebook
BESTSELLER

Powiedz "tak" księciu ebook

Eloisa James

3,9

85 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowy bestseller „New York Timesa” o miłosnych perypetiach zawsze zakochanej do szaleństwa, ekscentrycznej książęcej rodziny Wilde’ów z Lindow Castle.

Panna Viola Astley, przyrodnia córka i wychowanka charyzmatycznego księcia Lindow, Hugona Wilde’a – w przeciwieństwie do wszystkich członków rodu, pełnych pewności siebie i animuszu – jest chorobliwie nieśmiała. Już sama myśl o tańcu z nieznajomym mężczyzną budzi w niej przerażenie. A myśl o nadchodzącym sezonie towarzyskim w Londynie, podczas którego ma zadebiutować, to dla niej istna udręka. Czuje ulgę, gdy poznaje przystojnego, spokojnego pana Marlowe’a, który stroni od wystawnego życia salonów. Ale wtedy dochodzi do niespodziewanego spotkania w bibliotece z pewnym księciem…

Devin Lucas Augustus Elstan, książę Wynter, bynajmniej nie jest święty, a tym bardziej nie jest spełnieniem marzeń dziewczyny. Książę, przyzwyczajony do szybkich podbojów, nie zważając na nic, postanawia poślubić Violę. A na dodatek pragnie zdobyć nie tylko jej rękę, ale także serce...

Niekwestionowana królowa romansu. CBS Sunday Morning

Eloisa James jak zwykle raczy nas doskonale zrównoważoną dawką wdzięku, humoru i eleganckiej zmysłowości! „Booklist”

Eloisa James osiągnęła sukces w dwóch wcieleniach: gwiazdy romansów historycznych i profesorki literatury. Ukończyła Harvard i Oksford, doktoryzowała się na uniwersytecie Yale, specjalizuje się w twórczości Szekspira i wykłada na uniwersytecie w Nowym Jorku. Jej błyskotliwe powieści z przesyconą wdziękiem i zmysłowością wyrafinowaną intrygą są wydawane w 28 krajach, nagradzane najbardziej prestiżowymi nagrodami, jak RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara), i zajmują wysokie miejsca na amerykańskich listach bestsellerów, a prywatnie jest żoną prawdziwego włoskiego księcia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (99 ocen)
30
38
22
9
0
Sortuj według:
Empaga

Nie oderwiesz się od lektury

świetnie się y. polecam 👍
00
Hanula_1909

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo przyjemnie spędzony czas przy książkach tej autorki.
00
magdala36

Całkiem niezła

Romans historyczny z arystokratycznych sfer to głównie bale, wizyty i opisy życia domowego. Główni bohaterowie to szlachetnie urodzona panna, pasierbica księcia Higiena Wilde'a. Choć ojczym traktuje ją tak samo jak swoje dzieci i uważa za córkę, to ona martwi się, że nie jest "prawdziwą Wilde'ówną". Do tego bardzo się stresuje na różnych oficjalnych przyjęciach i ma zwyczaj wymiotować do donic z roślinami. I młody książę, mało towarzyski, który powinien się ożenić, choć specjalnie nie ma ochoty. Potrzebny jest sprytny zabieg, by go przekonać, że nasza bohaterka będzie idealną księżną. Sympatyczne czytadło, lekkie, zabawne. Dobrze zawiązana jest uczuciowa intryga, zresztą nie jedna. Bo jest też druga para, której trzeba pomóc się połączyć. Rzadko sięgam po tego rodzaju powieści, ale ta mnie wciągnęła od pierwszego rozdziału. Wilde'owie to oryginalna rodzina, więc z pewnością będę jeszcze czytać o ich miłosnych przygodach.
00
Master89wt
(edytowany)

Z braku laku…

Och no trudno mi ją ocenić. początek naprawdę mi się podobał, był zabawny i napisany całkiem niezłym językiem. niestety gdzieś w okolicach ślubu zaczęło się robić strasznie nudno. choć humor tej książki oceniam zdecydowanie na plus.
00
Anna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Lekka i zabawna
00

Popularność




Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Zhanna Karchevska | Dreamstime.com

Tytuł oryginału

Say Yes to the Duke

Copyright © 2020 by Eloisa James, Inc.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2022 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7829-2

Warszawa 2022. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

Dedykuję tę książkę Sharlene Martin Moore, wspaniałej przyjaciółce, z którą prowadzimy Lindow Castle, moją grupę na Facebooku.

Panująca tam

Rozdział 1

Lindow Castle, Cheshire Wiejska rezydencja księcia Lindow 15 listopada 1781 roku

Panna Viola Astley, pasierbica księcia Lindow Hugona Wilde’a, uważała za największe nieszczęście swojego życia to, że kompletnie różniła się od wszystkich Wilde’ów.

Już w dzieciństwie zrozumiała, że z dziećmi Jego Wysokości łączy ją niewiele więcej niż osła ze smokiem. Jej matka Ophelia wyszła za księcia, gdy Viola miała zaledwie dwa lata, ale jej córka od najmłodszych lat czuła, że nie jest Wilde’ówną. Wszystkie jej wspomnienia to potwierdzały.

Na przykład jej przyrodnia siostra Artemisia była piękna, dzielna i zuchwała. I to już w wieku sześciu lat! Natomiast nieśmiała, małomówna Viola przeważnie czuła się bezużyteczna.

Betsy, jej starsza przyrodnia siostra, była świetną łuczniczką konną; Viola bała się koni, zaś strzały i łuk niezbyt ją interesowały. Do tego była strachliwa i już samo to odróżniało ją od prawdziwych Wilde’ów.

Wszystkie pozostałe dzieci księcia cechowała odwaga. Alaric, pisarz, który przemierzał obce kraje z żoną i dziećmi, był niezwykle dzielny, wręcz nieustraszony. Joan, którą Viola kochała najbardziej z całego rodzeństwa, uwielbiała pokazywać się publicznie tak bardzo, że marzyła o karierze na londyńskiej scenie. Zaś Betsy, kiedy tyko odłożyła na bok łuk i strzały, odnosiła triumfy towarzyskie. Odrzuciła dziewiętnastu kandydatów, zanim poślubiła przyszłego markiza.

Natomiast gdy Viola w wieku piętnastu lat poszła na swój pierwszy bal, ledwie zdążyła wymknąć się z sali balowej, żeby zwymiotować z napięcia i kompletnie się tym skompromitowała. Co gorsza, to wydarzenie sprawiło, że straciła resztki śmiałości. Teraz wystarczyło, że usiadła obok nieznajomego mężczyzny, a żołądek zaczynał jej się skręcać w supeł.

Choć najbliżsi nieustannie tłumaczyli jej, że nie ma się czym przejmować, nie potrafiła zapomnieć o tym co wydarzyło się podczas jej pierwszego balu, który odbył się w rodzinnym Lindow w 1778 roku.

Od samego początku Viola była roztrzęsiona, za to Joan zeszła na dół z szerokim uśmiechem, zachwycona, że wreszcie ma dość lat, by wziąć udział w uroczystości.

– Przestań się przejmować – uspokajała Violę z typową dla Wilde’ów pewnością siebie. – Będziemy oblężone przez kawalerów błagających, żebyśmy z nimi zatańczyły.

Rzeczywiście, gdy tylko weszły do sali balowej, skłonił się przed nimi przyjaciel Alarica – lord Poplar, znany niegdyś w Eton jako Poppy.

– Viola z panem zatańczy, Poppy – oświadczyła Joan.

Lord Poplar wybuchnął śmiechem i odparł:

– Od lat nie słyszałem tego przezwiska. Nikt nie ośmiela się go używać.

Joan przewróciła oczami i w minutę później Poppy prowadził Violę na parkiet. Podczas tańca skupiła się wyłącznie na krokach. Na szczęście ten taniec wymagał dystansu, więc przez cały czas zamienili może z pięć słów, co bardzo jej odpowiadało.

Gdy muzyka ucichła, Viola uśmiechnęła się do lorda, dumna, że ani razu nie zmyliła kroku. Potem zatańczyła z jednym ze swoich braci, a nieco później z wujkiem ze strony matki. Może nie czuła się szczególnie komfortowo, ale jakoś dało się wytrzymać ten bal.

W pewnym momencie jeden z jej partnerów dostał napadu nieopanowanej czkawki i ruszył do wyjścia, pozostawiając ją pod ścianą. Zaczęła wypatrywać swojej rodziny pośród poruszających się sylwetek tancerzy. Gdzie oni się wszyscy podziali?

Podeszła do niej ciotka Knowe.

– Zdawało mi się, że tańczysz z Finropem? – Lord Finrope był ich życzliwym, sześćdziesięcioletnim sąsiadem.

– Dostał czkawki i musiał wyjść.

– Za dużo pije – stwierdziła ciotka Knowe, marszcząc nos. – Ta cała whiskey wcale nie służy jego żołądkowi.

Viola położyła dłoń na bawecie[1] i szepnęła:

– Niedobrze mi.

Kiedyś zwymiotowała ze strachu przed egzaminem z matematyki. Przeraziła się, że to może się teraz powtórzyć.

– Daj swoim nerwom chwilę na uspokojenie. Do licha, właśnie przyszła lady Prunner. Poczekaj tu na mnie, Violu, zaraz wrócę.

Viola nie miała zamiaru nigdzie się oddalać. Czuła, że jej dłonie w rękawiczkach stają się obrzydliwie wilgotne. Oddychała gorączkowo, a suknia wcale nie pomagała. Skraj bawetu wbijał jej się w talię.

Taniec dobiegał końca. Przechodzące obok pary omiatały ją spojrzeniem i odwracały wzrok. Czuła się upokorzona, stojąc samotnie pod tą ścianą. A jednak w ponad stuosobowym tłumie kawalerów i dam, nierzadko odzianych w suknie z panierami[2] nie mogła dojrzeć nikogo znajomego.

Zaczęła ukradkiem przesuwać się w prawo wzdłuż ściany.

Niedaleko była ukryta za kotarą alkowa, w której zamkowy kamerdyner Prism przechowywał dodatkowe krzesła, kiedy sala balowa nie była używana.

Przed Violą zatrzymała się jakaś matrona, więc dziewczyna zmusiła się do uśmiechu. Kobieta ściągnęła brwi, myśląc, że powinna rozpoznać tę osobę i poszła dalej.

Kolejna rzecz, która odróżniała Violę od przyrodniego rodzeństwa: była niska i niczym się nie wyróżniała, więc ludzie często jej nie pamiętali. Wilde’ów zapamiętywał każdy.

Serce Violi zaczęło bić tak mocno, że jego rytm pulsował jej w uszach. Jakimś cudem udało jej się dobrnąć do alkowy, ale nic jej to nie pomogło. W malutkim pomieszczeniu było nieznośnie gorąco. Po drugiej stronie aksamitnej kotary muzycy zaczęli skoczny wiejski taniec. Podskoki tancerzy sprawiły, że parkiet sali balowej dosłownie zaczął dygotać Violi pod nogami.

Ta alkowa to był fatalny pomysł. Było tam gorąco i cuchnęło jakimś lakierem.

Za chwilę będzie tu cuchnąć wymiotami, pomyślała Viola w panice. Powinna stąd wyjść, i to szybko, zanim zdarzy się najgorsze.

Odsunęła kotarę i pośpiesznie ruszyła przed siebie. Potrąciła jakiegoś pana, ignorując jego zaskoczony okrzyk. Jedne skrzypce fałszowały, a śmiech jakiejś kobiety zabrzmiał echem w jej uszach.

W panice ruszyła w przeciwną stronę niż drzwi, ale na szczęście nieopodal znajdowało się wejście dla służby, prowadzące na korytarz, który łączył zaplecze zamku z częścią przeznaczoną dla jego mieszkańców.

Pośpiesznie weszła do środka, nie zastanawiając się, że za drzwiami ktoś może być. I to nie jeden ktoś, tylko para.

Rozdział 2

Viola wpadła na dżentelmena, który stał odwrócony do niej plecami. Zachwiał się, ale wytrzymał impet.

Zrobiła krok w tył i słowa przeprosin zamarły jej na ustach.

Był ogromny, o szerokich barach. Na głowie miał perukę. Jedną ręką opierał się o ścianę, drugą obejmował kogoś, kogo nie było widać. Przesunęła wzrokiem po jego plecach i spostrzegła żółte pantofelki, które nie wiedzieć czemu wystawały mu z obu stron pod pachami. Pantofelki zniknęły, po czym rozległ się szelest sukni opadającej na ziemię. Dopiero wtedy zorientowała się, co to może oznaczać.

Mężczyzna przez moment przyglądał jej się przez ramię, a potem odwrócił się do swojej… jak to się mówi? Kochanicy?

– Załatwiłaś sobie świadka? – Jego głos brzmiał brutalnie i szorstko. Nie było w nim niedowierzania, tylko palący gniew, który wstrząsnął całym ciałem Violi. Jej żołądek zacisnął się jeszcze bardziej.

– Skądże znowu – odparła zdyszana kobieta. – To tylko służąca.

– Wbrew pozorom, na korytarz dla służby nagle wpadła jakaś dama. Twój świadek chyba się niepokoił, że się spóźni na przedstawienie – odparował głosem ostrym jak brzytwa. – Dyszy jak miech kowalski. Domyślam się, że jej świadectwo ma ci posłużyć jako dowód, żeby mnie zmusić do ślubu?

Viola dygotała na całym ciele. Korytarz dla służby był wąski, a mężczyzna zablokował jej wyjście.

Wzięła oddech, nieomal łkając.

– Przepraszam.

Nawet się nie odwrócił.

– Co to miałoby być za małżeństwo, według ciebie?

Kobieta zamruczała coś pod nosem.

Viola przesunęła się w bok. Paniery jej sukni zajmowały niemal całą szerokość korytarza, więc nie miała szans, by przecisnąć się obok niego.

– Wyobrażasz sobie, że zostaniesz księżną i będziesz paradować po mieście w wysokiej peruce i diamentach mojej matki? Przecież ja mieszkam na wsi. Nigdy nie pojawiam się w Parlamencie i gardzę eleganckim towarzystwem. To oczywiste, że moja żona będzie spędzać czas ze mną. Weź to pod uwagę, zanim razem ze swoją przeklętą świadkową zaczniecie paplać o tym, co się tu wydarzyło.

– Przepraszam – powiedziała Viola drżącym głosem. – Muszę…

W ułamku sekundy dostrzegła zaciśniętą szczękę i rozgoryczone oczy, kiedy jednym skokiem znalazł się na sali balowej, odsłaniając kobietę w sukni musztardowej barwy, która wykrzyknęła:

– Ty krowo! Ty żałosna, podła krowo, dlaczego tu weszłaś, do jasnej cholery?

Wstrząśnięta Viola wpatrywała się w nią, niezdolna wydusić słowa.

– Wszystko zniszczyłaś! – dodała kobieta, w której głosie brzmiała dzika furia.

Drzwi za Violą otworzyły się nagle, a jej ciało ogarnęła kolejna fala paniki. Wrócił.

Odwróciła się jak fryga i zobaczyła starszą damę, która wpatrywała się w nią ze zdumieniem.

– Spóźniłaś się – warknęła kobieta w żółtej sukni. – Ta idiotka nam przerwała, a on wściekł się i wyszedł.

Viola pochyliła się i opróżniła żołądek, opryskując jego zawartością kobietę i jej świadka.

Uciekła przed ich rozpaczliwymi krzykami, popędziła do sypialni, zawołała pokojówkę i zanurzyła się w ciepłej kąpieli, próbując zrozumieć scenę, którą przed chwilą oglądała. Ten akt wcale nie przypominał łagodnych małżeńskich kontaktów, o których opowiadała im przyciszonym głosem przełożona pensji dla panien. O ile Viola sobie przypominała, panna Peters mówiła, że dama powinna leżeć spokojnie na plecach i pozwalać, żeby „połączenie” odbywało się w ciemnościach. Według jej opisu, całe „zdarzenie” było dość niekomfortowe, ale pełne godności.

Szczegóły spotkania w korytarzu nabierały wyrazistości w jej umyśle, choć starała się o nich zapomnieć: szerokość jego barów, chrapliwy oddech, odgłos, z jakim ciało kobiety uderzyło o ścianę, gdy Viola na nich wpadła, jego ogromna siła.

Następnego dnia rano nie wybuchł żaden skandal. Zrozumiała, że gdyby wyznała, co widziała, to ten mężczyzna – ewidentnie jakiś książę – byłby zmuszony ożenić się z kobietą w żółtej sukni. Nawet jeśli była wdową, plotki zrujnowałyby jej reputację. Przyrodni ojciec Violi, książę Lindow, byłby wściekły na wieść, czego świadkiem była jego młodziutka przyrodnia córka. Wyciągnąłby konsekwencje i plotki rozeszłyby się szeroko. W zamku pełnym ludzi nie sposób było utrzymać niczego w sekrecie.

Wydarzyłaby się wielka niesprawiedliwość – choć ten mężczyzna, który zapłaciłby cenę, był jej zdaniem godny pogardy. A ona, Viola przypadkiem odkryła ciemne sprawki, które dżentelmeni kryją pod pozorami nieskazitelnych manier i eleganckich ubiorów.

Ten człowiek był podły, ale nie zasługiwał na to, by podstępem wmanewrowano go w małżeństwo.

Nie raz słyszała, jak jej bracia żartują sobie z intryg knutych, by ich usidlić i słyszała też urazę w ich głosach. Chcieli sami wybrać sobie żony.

W głosie tego mężczyzny brzmiała furia – i poczucie, że został zdradzony.

Więc Viola nikomu nie powiedziała, o tym, co wydarzyło się na balu. Z całych sił starała się o tym zapomnieć. Nigdy nie próbowała dowiedzieć się, kim byli kobieta w żółtym i ten książę.

Rok później dała się namówić matce do zejścia na dół, na koncert i o mało co nie zwymiotowała na jakiegoś kawalera. Szczęśliwie udało jej się odwrócić do cytrynowego drzewka w donicy. Bracia żartowali z niej potem, że biedne drzewko na dobre przestało przez to owocować.

Od tej chwili jej nieśmiałość wymknęła się spod kontroli. Nie potrafiła przestać myśleć o tym, że nie jest prawdziwą Wilde’ówną. Na samą myśl o małżeńskiej intymności robiło jej się niedobrze. Przerażała ją myśl, że wydadzą ją za arystokratę, który będzie ją uważał za kogoś gorszego i prawdopodobnie skaże ją na pobyt na wsi, albo nawet zamknie na poddaszu.

Nieważne, że taki scenariusz był kompletnie nieprawdopodobny. Zadomowił się w jej wyobraźni z taką siłą, że nie była w stanie się go pozbyć. Miała mdłości na samą myśl o flircie, a co dopiero o małżeństwie. Małżeństwo było nie do pomyślenia.

Przez następne trzy lata obserwowała, co dzieje się w towarzystwie, siedząc cicho w kącie, gdy księżna przyjmowała gości, albo w tylnym rzędzie podczas występów śpiewaczek operowych dla zaproszonej do zamku publiczności. Rzadko bywała na proszonych kolacjach, ale jakimś cudem zawsze udało jej się obserwować gości na tyle długo, by potem rozbawiać wszystkich komentarzami – ale tylko w rodzinnym gronie.

Niestety, w Lindow Castle mało co działo się w ścisłym rodzinnym gronie. Potężny książę unikał Parlamentu, więc rządzący Anglią przyjeżdżali do niego. Zamek często pękał w szwach, pełen parów[3] i polityków.

Gdy książę raz w tygodniu wydawał rodzinny obiad, wszyscy wiedzieli, że robi to tylko dlatego, by Viola nie musiała pozostawiać rodzinie zabawiania gości i uciekać do swoich pokojów, gdzie czekała na nią taca pełna jedzenia. Viola uwielbiała te wieczory, gdy Joan zrywała się od stołu i przedstawiała na poczekaniu scenki, których byli świadkiem wcześniej, a cała rodzina pękała ze śmiechu.

Była szczęśliwa na wsi. Pomagała ich wiekowemu pastorowi, ojcu Duddlestonowi, wypełniać obowiązki wobec parafian, a poza tym spędzała dużo czasu z ukochanymi zamkowymi zwierzętami: pawiem Fitzym, oswojonym krukiem Bartym i dwoma krowami, Daisy i Cleopatrą.

Kiedyś, gdy Viola była małą dziewczynką, z przerażeniem dowiedziała się, że dwa słodkie małe cielątka w zamkowej oborze są tuczone na wielkanocną kolację. Ubłagała ojca, by nie pozwolił zrobić z Cleo i Daisy befsztyków.

Od tego czasu obora stała jej się ulubionym schronieniem. Jeśli jej ukochane, błyskotliwe, wspaniałe rodzeństwo, kiedy chciało ją odnaleźć, zawsze przychodziło właśnie tam. Spędzała w oborze długie godziny, przesiadując na stołku z książką i słuchając cichych pomruków zwierząt, którym nikt nie kazał nosić peruk, gorsetów ani tańczyć kadryla.

Kiedy ojciec Duddleston zmarł we śnie, Viola musiała pożegnać się z marzeniem, że poprosi księcia, by pozwolił swej przyrodniej córce pozostać w Cheshire, i pogodziła się z rzeczywistością. Będzie musiała zadebiutować w towarzystwie.

Jej matka Ophelia stanowczo sprzeciwiła się, gdy Viola zasugerowała, że może jednak zostałaby w zamku. Zdaniem Ophelii, w perspektywie czasu sale balowe nie miały żadnego znaczenia. Jednak przedstawienie młodej damy całej socjecie było koniecznością, a nie kwestią wyboru.

Ciotka Knowe, bliźniacza siostra księcia, była tego samego zdania: Jedyny sposób na opanowanie nerwów Violi to wystawić je na próbę. W związku z tym, sezon roku 1782 otwierał bal w Lindow, wydawany na cześć Violi i Joan. Miał się odbyć w miejskim pałacyku księcia w Mayfair.

– Jeśli już będziesz musiała zwymiotować, kochanie, zrób to do donicy z kwiatami – poradziła jej ciotka Knowe. – Każę Prismowi pozabierać cytrynowe drzewka; one są zbyt wrażliwe.

Na samą myśl o balu Violi kręciło się w głowie, choć debiut opóźniono o rok w nadziei, że jej żołądek się uspokoi. Z perspektywy trzech lat nie pamiętała już nawet twarzy tamtego kochanka, ale wciąż czuła falę strachu na wspomnienie pogardliwego głosu mężczyzny i jego brutalnej siły.

– Poradzę sobie – mówiła Viola do Cleo, gładząc jej gładką sierść i miękki nos. – Przetrwam cały sezon.

Cleo nie raczyła nawet zamruczeć.

Pewnie wiedziała równie dobrze jak Viola, że wprawdzie na przetrwanie sezonu były spore szanse, ale na sukces – żadne.

Nawet na twarzy ciotki Knowe pojawiało się napięcie, kiedy rozmowa schodziła na ten temat. Od pewnego czasu ciotka miała zwyczaj pojenia lokajów tynkturami z mniszka, a potem pytania ich, czy będą w stanie podać kolację, nie tłukąc talerzy. Niestety, gdy Viola spróbowała tej tynktury, przespała całe popołudnie.

– To tylko kilka miesięcy – powiedziała Viola, a Daisy zamrugała długimi rzęsami, przeżuwając w zadumie.

Viola przysunęła stołek bliżej i przytuliła policzek do szorstkiego, ciepłego boku krowy. Wewnątrz słychać było tajemnicze bulgotanie.

– Tylko, że ja jestem tchórzem.

To wyznanie nic nie zmieniało.

Oswojony kruk Barty drzemał na grzbiecie Daisy, ale teraz obudził się i cicho zaskrzeczał. Viola była skazana na ten sezon i nawet Barty się z tym zgadzał.

Tego wieczoru przy rodzinnej kolacji książę ogłosił, że znalazł nowego pastora.

– Nazywa się Marlowe – obwieścił Jego Wysokość. – Ma doskonałą rekomendację od biskupa Londynu. Zamieszka tu na rok próbny, ponieważ nie ma doświadczenia i jest jeszcze nieżonaty.

– A jest przystojny? – wyrwała się Joan i zapiszczała, gdy dziesięcioletni Eryk dał jej sójkę w bok.

– Dzieci – łagodziła Ophelia.

– Przecież tylko pytam. Wcale nie chcę wychodzić za pastora – odparła Joan.

– Viola mogłaby za niego wyjść – zaproponował Erik.

– Nie, dzięki – odpowiedziała Viola. Jej wielki życiowy plan obejmował jedynie dotrwanie do końca sezonu, a potem dystyngowane staropanieństwo do końca życia.

– Pan Marlowe jest zaręczony – wtrąciła ciotka Knowe.

– Zdał celująco egzamin końcowy w Cambridge – dodał książę. – Ale jest młody. Przychodzi do nas tylko z kilkuletnim doświadczeniem jako wikary.

– Jego narzeczona jest najlepszą rekomendacją – dodała ciotka Knowe, która pilnie obserwowała, co dzieje się w towarzystwie, prowadząc niezwykle ożywioną korespondencję. – Panna Pettigrew jest wnuczką arcybiskupa, córką biskupa i między nami mówiąc, ma zamiar doprowadzić swojego przyszłego męża na stanowisko biskupa jeszcze przed trzydziestką.

W kilka dni później, Viola siedziała z Joan w salonie, kiedy truchcikiem podbiegła do nich ciotka Knowe i ogłosiła, że właśnie z niezapowiedzianą wizytą przyjechali pani Pettigrew, panna Pettigrew i pan Marlowe.

Viola i Joan zerwały się na równe nogi. Spędziły cały ranek na robieniu papierowych kwiatów, więc dywan był zasłany skrawkami kolorowego papieru. Na oparciu sofy siedział Barty, nadzorując ich pracę. Teraz przestraszył się i instynktownie zerwał do lotu, ale zamiast tego z powrotem opadł na oparcie.

– Barty! – krzyknęła Viola i odwróciła się ku niemu. Krukowi udało się wylądować na nogach. Spojrzał na nią z ukosa. Z doświadczenia wiedziała, że spędzi następną godzinę albo dwie na pedantycznym przeczesywaniu dziobem wszystkich piór na skrzydłach, żeby idealnie błyszczały.

Jak zauważył książę, Barty był pragmatycznym ptakiem: kiedy się przekonał, że jego skrzydła nie chcą działać, skupił się na urodzie.

– Możesz do nas dołączyć, kiedy tylko zechcesz – powiedziała do niego i wstała. Kiedy Barty nie czuł się zakłopotany, tak jak teraz, był niezwykle towarzyskim ptakiem, włączając się skrzeczeniem do każdej rozmowy.

Ciotka Knowe właśnie witała gości w drzwiach salonu. Viola podeszła do niej, zostawiając przygnębionego Barty’ego na sofie.

Panna Pettigrew była wysoka i miała wspaniały tors, wyniosły jak u figury na dziobie statku. Ale nic poza tym w jej wyglądzie nie przypominało tych jowialnych, rzeźbionych z drewna dam, które prą przez fale piersią do przodu.

Była odziana w granatową suknię przyozdobioną jedynie rzędem lśniących guzików w stylu, który był w modzie trzy lub cztery lata temu. Viola odniosła silne wrażenie, że panna Pettigrew nie zwraca uwagi na frywolną modę. Jej pobożne spojrzenie sugerowało, że jest ponad takimi doczesnymi sprawami.

Matka była nieco wyższą kopią córki, a jej czarna suknia, nie wspominając o wyrazie twarzy, również głosiła, że moda jest trywialna.

– Jest bardzo przystojny – szepnęła Joan, kiedy Viola przywitała gości głębokim ukłonem. – Założę się, że wszystkie damy w okolicy zaczną latać na mszę.

Viola unikała wzrokiem wszystkich obcych mężczyzn. Doprowadziła do perfekcji sztukę spuszczania oczu podczas głębokiego powitalnego dygu przed nieznajomymi. Zarejestrowała więc tylko to, że pan Marlowe nie górował nad nią tak, jak wszyscy w jej rodzinie. Był od niej niewiele wyższy, może nawet nie dorównywał wzrostem pannie Pettigrew.

Odważyła się rzucić okiem na jego twarz dopiero, gdy nowy pastor prowadził swoją przyszłą teściową w stronę sofy. Joan miała rację.

Trzy córki ziemianina Pretnera karnie stawią się w pierwszej ławie kościoła, gdy tylko ujrzą profil pana Marlowe’a. Oszałamiał urodą niby jakiś londyński aktor. Lok włosów w kolorze miodu opadł mu na jasnobłękitne oczy. Nie miał peruki, ani nawet nie upudrował głowy.

Była tym tak zafascynowała, że zapomniała odwrócić wzrok, kiedy usiadł. Kiedy uśmiechnął się do niej, wstrząs przeszył jej ciało aż po czubki palców. Jego oczy były pełne ciepła i troski. Instynktownie poczuła, że ten człowiek jest dobry dla wszystkich, od kruchych staruszek po niemowlęta cierpiące na kolkę.

Odwrócił się, by odpowiedzieć coś ciotce Knowe, która proponowała herbatę, a Viola z trudem zamknęła usta. Cudowne, rozkoszne ciepło wypełniło ją całą.

Joan, która zawsze wiedziała, co Viola myśli, wbiła jej ostry łokieć w bok.

– Jest zaręczony – szepnęła jej do ucha. – I niski.

– Tak jak ja – odszepnęła Viola.

– Przepraszam za nieporządek w pokoju – mówiła właśnie ciotka Knowe. – Przez ostatnich kilka godzin robiłyśmy papierowe bukiety.

– Dekoracje na urodziny naszej małej siostrzyczki – wyjaśniła Joan.

Panna Pettigrew strzepnęła skrawek papieru na podłogę, zanim usadowiła się naprzeciwko Violi i Joan.

– Uroczy gest – odparła z miną, która mówiła, że po niepraktycznych arystokratkach nie należy się spodziewać niczego innego.

– Mogę posłać bukiet papierowych peonii na plebanię, jeśli wam się podobają – zaproponowała ciotka Knowe.

– Nie znoszę ozdób, na których zbiera się kurz – oświadczyła panna Pettigrew.

Viola zaczęła podejrzewać, że ta dziewczyna nie mówi normalnie, tylko składa oświadczenia.

– Starannie ułożony bukiet żywych kwiatów to właściwa ozdoba.

– Rozumiem – odpowiedziała ciotka Knowe.

Joan objęła Violę w talii i uszczypnęła ją lekko, co oznaczało albo zachwyt, albo obrzydzenie. Pewnie jedno i drugie, bo panna Pettigrew okazała się nietuzinkową postacią i w związku z tym zapewni książęcej rodzinie dłuższą rozrywkę przy kolacji, naturalnie, nie mając o tym pojęcia. Joan uwielbiała odgrywać dziwactwa różnych indywiduów, które odwiedzały zamek.

Pani Pettigrew wygładziła spódnice.

– Jedziemy właśnie z Mobberley. Plebania wymaga całkowitego remontu. Rozumiem, że przed dziesięciu laty zniszczył ją pożar?

Ciotka Knowe przytaknęła.

– Nieszczęśliwy wypadek.

– Zastanawialiśmy się nad przyjęciem zaproszenia Jego Wysokości, żeby zamieszkać w zamku na czas przebudowy budynku według moich wskazówek.

Ciotka Knowe nawet nie mrugnęła okiem na tę wiadomość; nie na darmo była arystokratką z urodzenia i wychowania.

Ale Viola dobrze wiedziała, że jej ojczym usłyszy później parę nieprzyjemnych słów.

– Potrwa to kilka miesięcy. Po namyśle uważam jednak, że najlepiej będzie wrócić do Londynu, kiedy zaakceptuję plany przebudowy – kontynuowała pani Pettigrew. – Biskup Pettigrew nie poradzi sobie beze mnie. Naturalnie, nie byłoby przyzwoite, gdyby moja córka pozostała w zamku w towarzystwie pana Marlowe’a, ponieważ jeszcze nie odbyły się zaślubiny.

– Oczywiście – przytaknęła ciotka Knowe.

– Pan Marlowe może tu zostać – łaskawie przyzwoliła pani Pettigrew.

Pan Marlowe pochylił się nieco.

– Nie będę się plątał pod nogami – zapewnił ciotkę Knowe. – W parafii jest na pewno mnóstwo pracy, bo ojciec Duddleston zmarł przecież kilka tygodni temu.

– Parafia jest równie zdezorganizowana jak plebania – wtrąciła panna Pettigrew. – Pan Marlowe będzie musiał sporządzić spis biedoty parafialnej.

Violi kręciło się w głowie.

Pan Marlowe był. . . mężczyzną, którego nawet nie śmiała sobie wyobrażać. W jego obecności w ogóle nie robiło jej się niedobrze. Nie miała ochoty uciekać do obory. Wręcz przeciwnie, nade wszystko pragnęła go słuchać i wspierać jego plany.

Tylko, że był już zaręczony. Odważna, do tej pory nieujawniająca się część jej umysłu stwierdziła jednak, że zaręczyny to przecież nie to samo, co ślub.

Znowu popatrzyła na pana Marlowe. Linia jego dolnej wargi była wyjątkowo pociągająca jak na mężczyznę. Był szczupły. Pewnie tańczy z wdziękiem. Ale nie. Pastorzy nie tańczą, napomniała się w myśli.

Joan dała jej sójkę w bok.

– Przestań się na niego gapić – syknęła.

Viola spojrzała na talerz i ku swojemu zdumieniu odkryła, że zjadła wszystkie herbatniki. Do tej pory niczego nie mogła zjeść przy obcych, a teraz… jej żołądek był całkowicie spokojny. To musi być miłość, pomyślała zdziwiona.

Miłość. Miłość, która czyni cuda.

Gdyby została żoną pastora, nie musiałaby chodzić na bale, chociaż w tej chwili wypełniała ją taka odwaga, że mogłaby nawet zatańczyć menueta. Właściwie, gdyby wyszła za pana Marlowe’a, w ogóle nie musiałaby oglądać żadnej sali balowej na oczy.

Przepełniła ją radość, i z trudem powstrzymała się, by znowu nie popatrzeć na pastora, wkładając całe serce w to spojrzenie.

Może nigdy nie będzie do niej należał – choć jakaś twarda niby stal część jej umysłu była zdecydowana dostać go na własność – ale nawet, jeśli nie…

To może choć uratować go przed tym okropnym małżeństwem.

Był w takiej samej sytuacji jak jej ukochane Cleo i Daisy. Jak Barty, którego uratowała, gdy wypadł z gniazda. Pan Marlowe potrzebował ratunku przed dominacją panny Pettigrew. Viola zrozumiała, że to jej misja. A poza tym, była zakochana.

Rozdział 3

Londyński pałacyk księcia Wynter Mayfair

Devin Lucas Augustus Elstan, książę Wynter, nie należał do ludzi, który marnują czas. Choć on sam powiedziałby raczej, że nie należy do książąt, którzy marnują czas. Wyrósł w świadomości, że książę (lub przyszły książę) różni się od przeciętnego człowieka tak, jak lew różni się od pręgowanego kotka.

Nie przepadał jednak za innymi lwami. Obserwował z rozbawieniem jak jego rówieśnicy tłoczą się wokół zatłoczonych parkietów w salach balowych, albo spotykają się na wyścigach praktycznie tylko po to, by wydawać pieniądze na mocno niepewne bukmacherskie zakłady. Będąc matematykiem, poszedł kiedyś w młodości do kasyna, spędził tam dokładnie jedną godzinę i wyszedł o wiele bogatszy, niż wszedł, i do tego znudzony.

Kształcił się w domu, pod okiem licznych wychowawców, jak przystało przyszłemu księciu Wynter, który w dodatku był jedynakiem. W normalnej sytuacji książęcy syn spotykałby inne dzieci na przyjęciach w domu, ale ponieważ jego ojciec bez umiaru się pojedynkował, zaproszenia przestały przychodzić, gdy przyszły książę miał cztery lata.

Znał więc tylko swoje kuzynostwo, Otisa i Hazel. Zresztą, nawet z nimi rzadko się widywał, ponieważ jego ojciec nie lubił pozostawać w tym samym domu dłużej niż miesiąc, co najwyżej dwa.

Podobnie jak dwór królowej Elżbiety w siedemnastym wieku, książęca rodzina ze służbą przenosiła się z majątku do majątku, w zależności od kaprysów głowy domu. Księżna, zanim zmarła, a stało się to, gdy Devin miał piętnaście lat – toczyła nieustanne boje z mężem albo znikała na długie miesiące, żeby pomieszkać czas jakiś w bardziej przyjaznym otoczeniu.

– O małżeństwie można powiedzieć jedną dobrą rzecz: nikomu, nawet kompletnemu idiocie, nie wolno wyzwać własnej żony na pojedynek – lubiła powtarzać.

Ani syna, mógłby dodać Devin.

Już jako dziesięciolatek zrozumiał, że ta cywilizowana zasada to jedyna rzecz, która stoi między nim a jego nagrobkiem.

Kiedy odziedziczył księstwo w wieku szesnastu lat, było już za późno, by zawracać sobie głowę nauką w Eton albo Harrow, nie miał też już czasu na studia w Oxfordzie. Ani na przyjaźnie.

Ludzie oceniali go jako zimnego, aroganckiego, bezlitosnego człowieka. Przyjmował te opinie obojętnie.

Wracając do porównania z lwami i kotami – według Devina, nieznajome koty spokojnie wylegiwały się obok siebie na słońcu, podczas gdy lwy czuły się dobrze jedynie w towarzystwie najbliższych członków rodziny. Swojego stada.

Nawet tych najbardziej nieznośnych krewnych, do których w tym przypadku należał kuzyn Otis.

– Na serio chcesz mi powiedzieć, że rezygnujesz ze stanowiska i dochodów, Otis? Z parafii St. Wilfrid’s, którą trzymałem dla ciebie bez pastora przez dwa ostatnie lata, czekając, aż wreszcie ukończysz Cambridge?

Otis stał naprzeciw niego zupełnie zrelaksowany, nie zdradzając nawet pozorów skruchy.

– Łatwo ci patrzeć na mnie z góry. Jako drugi syn powinienem sobie znaleźć zawód odpowiedni dla arystokraty. Prawo jest dla mnie o wiele zbyt zawiłe, a od wojska odpycha mnie przemoc. Został tylko kościół. Trzymałem się tego planu tak długo jak mogłem. Ale mam nowy: przeprowadzę się na kontynent i bogato się ożenię.

– Byłeś w parafii zaledwie przez dwa tygodnie. Dlaczego rezygnujesz z St. Wilfrid’s?

– Nie chodzi o Wilfrid’s – odparł Otis. – Kończę z duchownym żywotem, kuzynku.

Devin zmierzył go spojrzeniem, po którym burmistrz Londynu zaczął niegdyś bełkotać przeprosiny jak uczniak.

– Nie patrz na mnie w ten sposób – odpowiedział jego kuzyn z uśmiechem. – Znasz mnie od kołyski, więc dawno powinieneś wiedzieć, że nie ma sensu mnie zawstydzać. To nic nie da. Samo to powinno być wystarczającą oznaką, że od początku nie nadawałem się na duchownego. To chyba oczywiste.

– Siedem lat studiowania teologii w Cambridge, żeby zostać pastorem, a ty odrzucasz to wszystko w dwa tygodnie po ordynacji. Nie próbując nawet odnieść jakiegoś sukcesu. To niesłychane, nawet jak na ciebie.

Otis pogroził mu palcem.

– Uważaj, Dev. Ty jesteś z natury zimnokrwisty, a jeśli nie będziesz się pilnował, to wkrótce staniesz się tak przewrażliwiony i podły jak twój ojciec.

– St. Wilfrid’s to doskonała parafia, z dwoma wikarymi na stałe. Nie musisz robić tam nic, poza udzielaniem ślubów parafianom i od czasu do czasu ochrzczeniem jakiegoś dzieciaka. A ty nawet nie spróbowałeś.

Otis skrzywił się.

– Ależ tak! Pracowałem sobie wesoło, udzielając mądrych rad wszystkim, którzy prosili, kiedy Gerdsby – to ten wikary z kozią bródką – zaciągnął mnie wczoraj rano do czyjegoś domu. Poprzedniego dnia przesadziłem nieco z ale, więc nie za bardzo zwracałem uwagę na otoczenie, a potem okazało się, że miałem udzielić ostatniego namaszczenia.

– Nie nauczyli cię tego w szkole?

– Był jakiś wykład, mówili nawet, którą modlitwę mam wybrać. Mój preceptor kazał mi ją przeczytać dwa razy. Ale to nie to samo, kiedy jakiś człowiek patrzy na ciebie z przerażeniem, a jego żona płacze. Nawet służąca płakała. O mało co sam nie zacząłem.

– Przyzwyczaisz się – stwierdził Devin.

– Łatwo księciu mówić – odparował kuzyn. – W twoim przypadku wystarczy, jeśli staniesz gdzieś cały w jedwabiach, popatrzysz z góry i postukasz w tabakierkę. Ale jeśli ktoś jest ubrany jak duchowny, ludzie spodziewają się, że będzie zbawiał dusze!

Otis miał rację.

Nawet, gdyby nie był odziany w kanarkową kamizelkę, nie wyglądałby odpowiednio wiarygodnie do tej roli.

– Nie dam rady. I nie chcę drugi raz próbować i znowu przeżywać tego wstydu. Nie powinno się wpychać nadliczbowych synów w objęcia Kościoła, w przekonaniu, że to odpowiednia profesja dla dżentelmena. Nie wiem, jak reszta daje sobie radę z tym całym zbawianiem dusz, ale ja się do tego nie nadaję, i tyle.

Trudno byłoby się z tym nie zgodzić.

– Twój ojciec będzie bardzo rozczarowany – powiedział tylko Devin. Jego wuj, sir Reginald Murgatroyd, z całego serca pragnął, by jego młodszy syn został duchownym.

– Wczoraj nie raz mi to powtarzał. Ja na to, że to nie jemu powierzono obowiązki przecierania szlaku dla duszyczek zmierzających do wrót nieba. Nie wiem, jak ty tu możesz wytrzymać – dodał Otis, rozglądając się po gabinecie Devina. – Nie byłem w tym pokoju od lat… wygląda jeszcze gorzej, niż to zapamiętałem.

Gabinet był rzeczywiście ponury. Przypominał jaskinię, zamieszkałą głównie przez greckich bogów. Ojciec Devina maniakalnie kolekcjonował starożytne rzeźby, a także taczki, włoskie naczynia, krzesła z wikliny i niezliczone inne przedmioty.

Kiedy Devin odziedziczył majątek, polecił porozdzielać zbiory ojca po pokojach, zarówno w miejskiej rezydencji jak i w wiejskich posiadłościach. Grecki panteon wylądował w gabinecie w mieście, więc Devin już dawno temu wyrobił sobie nawyk ignorowania tego towarzystwa. Czterdzieści cztery zegary z kurantami pozostały w niezmiernie hałaśliwej sypialni w Walii, natomiast taczki zgromadzono w szopie w Wiltshire.

– Te wszystkie puste spojrzenia – stwierdził Otis i otrząsnął się. – Popatrz tylko na to.

Devin spojrzał przez ramię.

– To Perseusz z głową Meduzy. Triumf dobra nad złem. Powinieneś wyczuwać takie rzeczy.

– Obrzydliwe – oświadczył jego kuzyn. – Jeśli pozwolisz sobie powiedzieć pewną oczywistą rzecz, twój ojciec był kompletnie stuknięty. Wyrzuć to wszystko. Oddaj do muzeum, albo jakoś tak. Czy ten pokój na górze jest wciąż zawalony zdechłymi ptakami?

Devin wzruszył ramionami.

– Owszem, chyba że odleciały. Nie wchodziłem tam od lat, ale Binsey mi ostatnio powtórzył, że pokojówki się skarżą, bo mają za dużo pracy z odkurzaniem tego wszystkiego. Chciałby powsadzać te ptaki do gablotek.

– Kiedyś z Hazel napuszczaliśmy się nawzajem, żeby zakradać się tam przy okazji świątecznych wizyt – mruknął Otis.

– Co teraz zamierzasz robić? – spytał Devin, widocznie niezainteresowany urządzaniem domu.

– Tak jak powiedziałem, ożenić się ze spadkobierczynią jakiegoś majątku – odparł natychmiast Otis.

– Masz na oku kogoś konkretnego?

– Jeszcze nie. Pomyślałem, że znajdę sobie kogoś w Europie. Twój prawnik wypłacił mi pieniądze na rok z góry – tak przy okazji, zastanów się czy to dobry pomysł, zatrudniając kolejnego pastora. Mam więc fundusze na wyjazd.

Devin zmarszczył brwi.

– Dokąd chcesz jechać?

– Może do Hiszpanii – odparł Otis. – Szczerze mówiąc, wszystko mi jedno, byle nie zostawać tutaj, bo ojciec wczoraj strasznie mnie skrzyczał. Jakoby liczył, że zbawię jego duszę, co jest kompletnym absurdem. Ewidentnie myślał, że koloratka dała mi jakąś magiczną moc, ale do ciężkiej cholery, zna mnie przecież od urodzenia. To tak samo, jakby poprosić ciebie, żebyś opróżnił węglarkę[4]. Nic z tego nie wyjdzie.

Oczywiście, że nic. Poza węglem.

– No wiesz, będę tęsknił za Anglią. Będę tęsknił nawet za naszymi miłymi pogawędkami, Dev.

Ogólnie rzecz biorąc, Devin nie uważał, że wyrażanie emocji ma sens. Już jako siedmiolatek nauczył się, że uniesiona brew potrafi zastąpić praktycznie wszystkie uczucia, i że ogólnie rzecz biorąc lepiej jest pozwolić ludziom, by dochodzili do własnych wniosków. Ale ten irytujący, wesoły, beztroski Otis był… jego rodziną. Devin trzymał dla niego posadę w St. Wilfrid’s, bo chciał mieć go blisko, najlepiej na plebanii przy tej samej ulicy, co jego posiadłości. Pod przymusem przyznałby pewnie, że jego życie jest udane, ale raczej wieje chłodem.

Otis i Hazel wpadali do domu i wypadali z niego jak ważki, emanując ciepłem i radością, a dla Devina było to bezcenne.

– Wolałbym, żebyś nie wyjeżdżał na kontynent – powiedział w końcu. – Powinieneś mi pomóc wprowadzić nowego pastora do parafii.

– Z czym mam mu niby pomóc? – zdziwił się Otis. – Do niedawna ciągle myliły mi się nazwiska moich wikarych, aż w końcu opracowałem metodę ich zapamiętania. Gerdsby to kozioł, ze względu na tę fatalną bródkę. Habblety to pies, bo ma taką pokorną minę jak zbity kundel. Mogę zostawić mojemu następcy karteczkę z tą klasyfikacją. Nie muszę mu tego powierzać w cztery oczy.

– Naprawdę byłbym ci wdzięczny, gdybyś został w Anglii, przynajmniej przez jakiś czas – mruknął Devin, dodając: – Gdybym wiedział, że nie odpowiada ci stan duchowny, nie zachęcałbym twojego ojca, gdy zaczął się ku temu skłaniać.

– Do wczoraj nie miałem nic przeciwko temu – odpowiedział Otis. – Poza tym, nie mogę wyjechać tak od razu. Przede wszystkim muszę porozmawiać z biskupem. Takich spraw nie załatwia się w jedną noc. Spodziewam się, że miną jakieś trzy miesiące zanim wyrazi zgodę w tej sprawie. Ale już nigdy nie założę sutanny. Szaty duchownego nie zgadzają się z moim poczuciem tożsamości.

– Rozumiem.

– Słuchaj, wcale się nie cieszę z powrotu do domu. To jest teraz zupełne wariatkowo, przed towarzyskim debiutem mojej siostry. Ojciec zaimportował ze wsi jakąś wiekową ciotkę, żeby była przyzwoitką. Hazel bez przerwy narzeka na pomysły tej ciotki Elnory, które jej zdaniem są muzealne. Ta nieszczęsna kobieta urodziła się milion lat temu.

– Możesz zostać tutaj. Albo na plebanii, jako mój przedstawiciel – stwierdził Devin. – Przecież wyremontowaliśmy ją według twojego gustu. Jest spora szansa, że następnemu pastorowi nie spodoba się błękitny aksamit, więc w sumie mógłbyś z niego korzystać póki czas.

– Byłby głupi – odparł Otis. – Błękitny welwet jest teraz w modzie. Chyba mógłbym zostać na plebanii, aż dostanę zgodę na odejście z duchownego stanu. Dzięki temu mógłbym zrealizować parę planów, które zacząłem w parafii. Tylko niech ktoś inny zajmuje się najważniejszymi sprawami.

– Rozumiem – odparł Devin. – Znajdę pastora, który będzie tam udzielał ostatnich namaszczeń.

– Szczerze mówiąc, nie mam nic przeciwko całej reszcie tej roboty – tłumaczył dalej Otis. – Tej parafii brakuje życia. Zacząłem zapraszać wiernych na sherry po mszy, i to się bardzo spodobało. Naturalnie, musiałem w tym celu uzupełnić piwniczkę… a raczej ty musiałeś.

– Pewnie nie zechcesz pozostać w duchownym stanie aż do czasu mojego ślubu? Chciałbym, żebyś ty mi go udzielił.

Otis prychnął.

– Przecież ty będziesz brał ślub w opactwie Westminster, a tłum biskupów będzie się kręcić koło ciebie jak zespół francuskich kucharzy w bożonarodzeniowych czapach. Mój ojciec nie posiada się z radości, że postanowiłeś się ożenić. Już odłożył twoje małżeństwo razem z moją biskupią nominacją do szufladki z napisem: „niemożliwe”.

– Znam swoje obowiązki – odparł Devin. – Dwa lata temu rozważałem związek z jedną z córek księcia Lindow, ale akurat zajmowałem się pilnie czymś innym i nie miałem czasu się z nią spotykać.

– Masz na myśli to całe „pi”?

Dev skinął głową.

– Nigdy nie potrafiłem zrozumieć dlaczego marnujesz czas, planując metodę wyliczenia czegoś, co zostało już dawno temu wyliczone.

Devin opracował sposób obliczenia liczby „pi” do sto dwudziestej trzeciej cyfry po przecinku, bo liczby dawały mu poczucie szczęścia; to był jedyny powód.

Na szczęście, Otis nie czekał na odpowiedź; nikt z rodziny Devina w najmniejszym stopniu nie interesował się matematyką.

– W tym roku na małżeńskim targowisku pojawią się dwie nowe Wilde’ówny, więc możesz nadrobić stracony czas.

– Wiesz coś o nich?

– Oczywiście, że tak. Hazel chodziła z nimi do szkoły. Nie owijając rzeczy w bawełnę, stanowią największą konkurencję dla mojej siostry. Jak zrozumiałem, jedna z nich jest wyjątkowo piękna, inteligentna i pełna energii.

– Lady Joan – podpowiedział Devin. – Też o niej to słyszałem.

– Z nieprawego łoża – dodał Otis. – Jej ojcem jest jakiś pruski hrabia. Druga księżna uciekła za granicę, pozostawiając dziecko księciu. Dziewczynka ma złote włosy, prawdopodobnie po tym hrabim, bo wszyscy pozostali Wilde’owie są ciemnowłosi. Ta druga to córka trzeciej księżnej, z pierwszego małżeństwa. Zdaje się, że ma na nazwisko Astley.

– Biorę Wilde’ównę – zdecydował Devin.

Otis wybuchnął śmiechem.

– Tak po prostu ”bierzesz?” Jak to miło być księciem. Może zacznę z tobą konkurować. Ona dziedziczy.

– O ile wiem, wujek Reggie zapisał ci posiadłość.

Otis machnął ręką.

– Jeżeli mam żyć na miarę moich aspiracji, to potrzebuje fortuny. I to dużej. Pewnie przez długie lata nie będę mógł znaleźć odpowiedniej kandydatki. Ojciec po prostu musi się z tym pogodzić.

Krótko mówiąc, pomysł z dziedziczką fortuny był tylko wymówką, by przez następną dekadę się nie żenić. Trudno za to winić Otisa, pomyślał Devin. Sam też się nie spieszył do małżeństwa. Ale obiecał sobie dwa lata temu, że kiedy następna córka księcia zacznie szukać męża, oświadczy się i będzie miał to z głowy.

– Najlepiej będzie, jak się wprowadzę do ciebie – stwierdził Otis. – Za parę tygodni, kiedy już pozałatwiam sprawy z biskupem.

– Jak sądzisz, będzie zaskoczony?

– Raczej spodziewam się, że wywali mnie za drzwi równie ochoczo, jak ja podejmowałem decyzję o odejściu. Miejmy nadzieję, że skończę ze stanem duchownym akurat na czas, by pokierować tobą, gdy będziesz starał się o rękę jakiejś damy. Zresztą od razu mogę ci udzielić rady w związku z twoimi małżeńskimi ambicjami.

– Jakiej?

– Będziesz miał konkurentów w staraniach o rękę tej Wilde’ówny.

Wynter szczerze w to wątpił. Od lat nie bywał na balach, ale kiedy pojawił się na jednym z nich, miał wrażenie, że znalazł się nad szkockim strumykiem w czasie wędrówki pstrągów na tarło. Rolę migotliwych, nieuchwytnych ryb odgrywały oczywiście młode damy.

– Mam tytuł i pieniądze. I nie jestem ani kulawy, ani zeszpecony bliznami. Ani się nie upijam.

– Wicehrabia Greywick też szuka żony – odparował Otis. – Kiedyś i on będzie księciem. Podobno o mało co nie złapał ostatniej Wilde’ówny, więc pewnie znowu wybierze się na łowy. Jest od ciebie młodszy, i mówiąc z brutalną szczerością, straszny z niego przystojniak.

O ile Devin się orientował, Wilde’ówien była nieskończona ilość. W razie potrzeby Greywick poczeka sobie rok albo i dwa na nową kandydatkę. Wzruszył ramionami.

– Może spróbuj zachowywać się mniej… książęco – zasugerował mu Otis.

Devin dokładnie wiedział o czym mowa, ale ta obojętność wielokrotnie uratowała mu życie w młodości, kiedy musiał radzić sobie z szaleńczymi wybuchami furii ojca. Teraz było już za późno, żeby podejmować próby imitowania radosnego uśmiechu Otisa.

– Lady Joan nie wyjdzie za mnie dlatego, że jestem tym, kim jestem – oświadczył. – Wyjdzie za mnie, bo Wynterowie są bogatsi i ze starszym tytułem niż Greywickowie.

Otis wybuchnął śmiechem.

– W takim razie, może Hazel powinna zainteresować się Greywickiem.

– Życzę jej powodzenia – odparł Devin uprzejmie.

Rozdział 4

Następnego dnia

Tej nocy Violi udało się przespać zaledwie kilka godzin: przed śniadaniem miała już trzyczęściowy plan zdobycia ręki i serca pana Marlowe’a. Musiała udowodnić, że jest warta jego zainteresowania, skłonić go do wyjazdu do Londynu na sezon towarzyski, z całą jej rodziną, i pokonać własną nieśmiałość.

Tego popołudnia, obie damy Pettigrew i pan Marlowe zostali zaproszeni na herbatę do księżnej, z którą nie widzieli się poprzedniego dnia.

Gdy Viola zastanawiała się, jak udowodnić swoją wartość, Barty sfrunął ze swojej grzędy, zatrzymał się przy jej nodze i zaskrzeczał łagodnie. Krótkie loty udawały mu się całkiem nieźle, dopóki nie przemęczył skrzydeł.

– Ojej! – zapiszczała panna Pettigrew.

– To jest Barty – przedstawiła go Viola. Wsunęła dłoń pod okrągły brzuszek kruka i posadziła go sobie na kolanie. – Jako pisklak wypadł z gniazda, więc teraz mieszka z nami.

Barty przechylił głowę i popatrzył na pannę Pettigrew. Rozłożył skrzydła i znowu zaskrzeczał.

– Chciał powiedzieć pani „dzień dobry” – wyjaśniła Viola.

Panna Pettigrew była przerażona.

– Moim zdaniem zwierzęta nie powinny zamieszkiwać razem z ludźmi.

– Jest to szkodliwe dla zdrowia – przytaknęła jej matka, posyłając Barty’emu niechętne spojrzenie.

Barty sfrunął na ziemię, wziął w dziób skrawek kolorowego papieru, który pokojówka przegapiła przy sprzątaniu, zrobił kilka podskoków i znalazł się obok panny Pettigrew. Znowu rozłożył skrzydła, pochylił głowę i położył skrawek przy jej pantofelku.

– To prezent – objaśniła Viola.

– Raczej opłata. Zwykle robi takie prezenty zanim odgryzie guzik, a pani są błyszczące – poprawiła ją Joan z przekąsem.

– Proszę zabrać ode mnie tego stwora – wrzasnęła panna Pettigrew, szarpnęła się w tył i błyskawicznie zasłoniła dekolt dłońmi, broniąc dostępu do mosiężnych guzików. Jej matka pochwyciła talerzyk i trzymała go przed sobą jak tarczę.

Prism, który stał z boku, nadzorując krojenie cytrynowego z ciasta, wkroczył do akcji.

– Zabiorę panicza Barty’ego – oświadczył. Kamerdyner był jednym z ulubieńców kruka, bo niegdyś spędzał długie godziny, karmiąc ptasiego niedorostka jak dziecko, więc Barty chętnie wskoczył mu na ramię.

– Dziękuję! – odpowiedziała Viola, gdy Prism odchodził. Trzymał rękę wysoko, pod kątem prostym, jakby tańczył menueta.

– Niesłychane! – wygłosiła panna Pettigrew, opuszczając dłonie.

Ciotka Knowe wkroczyła, zanim dama zdążyła ułożyć sobie w głowie tyradę, która zapewne wywołałaby ogólną niechęć.

– Jak postępują plany co do parafii? – spytała pana Marlowe’a.

– Mam pomysł, jak zachęcić parafian do przychodzenia na mszę – wtrąciła Viola pośpiesznie.

Pani Pettigrew rzuciła jej spojrzenie spod przymkniętych powiek.

– Niektóre sprawy lepiej zostawić pastorowi.

Ale pan Marlowe był lepiej wychowany, więc przez następnych pięć minut prowadzili żywą rozmowę o sposobach przyciągnięcia ludzi do kościoła, od wspólnego bankietu po żniwach – kosztowny i zupełnie zbędny, zasyczała pani Pettigrew – po szkółkę niedzielną.

W bliższym kontakcie pan Marlowe okazał się równie uroczy, jak sugerował to wczoraj jego wygląd. Był życzliwy i zainteresowany dobrem wszystkich swoich parafian. Z szacunkiem słuchał pomysłów Violi, co było niezwykle ożywcze po wszystkich odmowach, jakie padały z ust ojca Duddlestona, który sprzeciwiał się wszystkiemu, co nowe.

– Nasza przyjaciółka lady Caitlin Paget założyła niedzielną szkółkę w parafii St. Wilfrid’s w Londynie – mówiła Viola. – Z początku trudno jej było przekonać matki do posyłania tam dzieci. Teraz musiała dodatkowo zatrudnić nauczyciela na popołudnia.

– Znam lady Caitlin, bo byłem wikarym w St. Wilfrid’s – odparł pan Marlowe, z uśmiechem, od którego pojaśniały mu oczy. – To wyjątkowa młoda dama.

Gdy pani Pettigrew rozpoczęła monolog o tym, że ubodzy powinni sami wyciągać się z biedy za sznurówki własnych butów, Viola zamyśliła się nad drugim ze swoich pomysłów. Nie może zostawić pana Marlowe’a w Cheshire, gdy sama wyjedzie do Londynu. Sezon towarzyski rozpoczynał się w kwietniu, ale Wilde’owie wybierali się tam już na początku lutego. Krawcowe potrzebowały aż dwóch miesięcy na uszycie dla Joan i Violi odpowiedniej garderoby na debiut.

Pan Marlowe planował ślub z panną Pettigrew już za osiem miesięcy. Jak ma zdecydować, że woli od niej Violę, jeśli nie będą mieli okazji lepiej się poznać? Koniecznie musi pojechać z nimi do Londynu, wtedy będzie mnóstwo okazji do porównań.

Jej nieśmiałość również stanowiła przeszkodę. Nie będzie mogła być prawdziwą partnerką pastora, jeśli będzie dygotać na widok każdego parafianina płci męskiej.

Wieczorem namówiła Joan, żeby pomogła jej zwalczyć tę wadę, uzasadniając tę potrzebę zbliżającym się debiutem.

– Ciotka Knowe twierdzi, że gdy poznasz odpowiednią ilość młodych dżentelmenów, szybko się przekonasz, że większość z nich to beznadziejne ofermy i że nie ma czego się bać – przypomniała jej Joan.

Viola nie raz wysłuchiwała tych mądrości.

– Co się dzieje w twojej głowie, gdy spotykasz się z kimś po raz pierwszy? – spytała.

– Masz na myśli młodych mężczyzn, którzy są odpowiednimi kandydatami do małżeństwa?

– Tak.

– Zastanawiam się, czy ten ktoś mi się podoba – odparła natychmiast Joan. – U mężczyzn lubię mocne podbródki i ciemne brwi. Nie znoszę brwi blond. Ale wygląd to nie wszystko. Czy choć trochę interesuje go to, co mam do powiedzenia, czy strzela mi wykład o tym, co interesuje jego? Czy wygląda jak szuler, jak degenerat, albo jak łowca posagowy?

– A jak rozpoznasz takiego łowcę? – spytała Viola. Miała poczucie, że wie, jak wygląda degenerat, nawet utytułowany, ale nie miała żadnego wyobrażenia na temat łowców posagu.

– Rozbiegane oczy – odpowiedziała Joan. – U degeneratów są pełne pożądania. Spojrzała na Violę. – O, takie. A ty co myślisz, kiedy kogoś poznajesz?

– Ja…

Joan czekała z uniesioną brwią.

– Ja zastanawiam się, czy zdaniem tego człowieka nie należę do prawdziwych Wilde’ów – wyrzuciła z siebie Viola.

Na twarzy Joan odmalowało się zdziwienie.

– Dlaczego akurat to?

– Bo ja nie jestem prawdziwą Wilde’ówną.

– Tak samo jak ja – odparła Joan. Jej matka uciekła z kraju z pruskim hrabią, pozostawiając księciu nowo narodzone (i złotowłose) niemowlę. Z wyjątkiem księcia, wszyscy w rodzinie wiedzieli, że w żyłach Joan nie płynie ani jedna kropla książęcej krwi.

– Ale ty… to ty.

– Nie zamierzam udzielić ci oczywistej odpowiedzi – odparła Joan, nieoczekiwanie przybierając ton ciotki Knowe. – Jesteś w takim samym stopniu Wilde’ówną, jak ja. I jak Parth, który został adoptowany. I jak pozostałe dzieci twojej matki: Erik, Artemisia i Spartacus. Wszyscy jesteśmy Wilde’ami i na tym koniec.

– To nie takie proste – sprzeciwiła się Viola.

– Dlaczego?

– Po pierwsze, wy wszyscy jesteście urodziwi.

– Ty też – odpaliła Joan.

Viola westchnęła. Miała nie rzucające się w oczy, szatynowe włosy, ostry podbródek, zupełnie zwyczajne oczy zwyczajnej barwy i mały nosek. Właściwie, cała była drobna, z wyjątkiem biustu.

Jej przyrodnie rodzeństwo było efektem długich stuleci troskliwego doboru partnerów, i to się od razu rzucało w oczy, zupełnie jak w przypadku koni wyścigowych. Każde z nich było uosobieniem arystokraty. Mieli migdałowe oczy, wyraziste brwi i alabastrową cerę.

Pomijając złociste włosy Joan, starsze dzieci księcia odziedziczyły po nim ciemne włosy, a młodsze były rudowłose – po Ophelii. Ale wszystkie, włącznie z Joan, miały dystyngowane rysy, będące dowodem arystokratycznego urodzenia.

Zresztą, nie chodziło tylko o wygląd. Na podstawie wieloletnich obserwacji Viola wiedziała, że Wilde’owie instynktownie przybierali maniery typowe dla arystokratów. Nawet dziesięcioletni Erik potrafił mistrzowsko unosić brew.

Viola spędziła kiedyś całe lato zezując do lustra, zanim pogodziła się z faktem, że jej brwi nie potrafią poruszać się osobno.

– Kiedy kogoś poznaję, zaczynam się zastanawiać, co o mnie myśli – przyznała. – Nieraz prawie słyszę głos, który się ze mnie wyśmiewa, bo nie jestem podobna do innych dzieci księcia. Ten głos jest taki donośny, że zaczyna mi się zbierać na wymioty.

Joan skrzywiła się.

– Nie wolno ci słuchać takich bzdur. Kiedy następnym razem przedstawią ci kogoś, powinnaś unieść podbródek i powtarzać sobie w kółko w myślach: „Jestem Wilde’ówną! Jestem Wilde’ówną!”. Jesteśmy twoją rodziną, Violu, i wszyscy cię kochamy. Kiedy się u nas pojawiłaś, byłaś malutka, pamiętasz? Jesteś tak samo Wilde’ówną jak ja.

– To głupie – roześmiała się Viola.

– Wcale nie. Co by było, gdybym ja zaczęła myśleć w ten sposób? Dobrze wiem, że wygadują o mnie najgorsze rzeczy. Chyba w ogóle bym nie zadebiutowała. Jest jak jest, więc zadebiutujemy obie, z wysoko podniesionymi głowami.

– Jestem Wilde’ówną – wykrztusiła Viola. – I czuję się jak idiotka.

– Spróbuj jeszcze raz. Proszę – zachęciła ją Joan. Patrzyła z taką nadzieją, że Viola nie potrafiła jej odmówić. Poza tym, nie miała wyboru.

Musiała pokonać nieśmiałość, żeby stać się odpowiednią partnerką dla pana Marlowe’a.

Przez kilka następnych tygodni, stale powtarzała w myśli „Jestem Wilde’ówną”. Robiła to kiedy rozmawiała z gospodynią albo jeździła bryczką zaprzężoną w kuca do Mobberley, żeby zajrzeć do pana Marlowe’a i zobaczyć jak postępuje praca przy remoncie plebanii, a nawet w rozmowie ze swoim starszym przyrodnim bratem Northem.

Joan stale jej towarzyszyła, i gdy tylko ogarnięta nieśmiałością Viola zaczynała się jąkać, syczała jej do ucha: „Wilde’ówna!”. Było to tak absurdalne, że Viola zwykle się uśmiechała – a to pomagało jej przetrwać trudny moment. W końcu się udało.

Choć powiedzonko było absurdalne, bezsensowne i śmieszne, jednak jej pomogło.

Na początku stycznia na kolacji pojawiło się dwóch członków Izby Lordów, i ambasador Francji, którzy gościli w zamku. W takich przypadkach Viola zwykle jadała u siebie, ale tym razem weszła do jadalni, kurczowo trzymając Joan za rękę. W kółko powtarzała w myślach „Jestem Wilde’ówną”.

Jeden z lordów, niemal sześćdziesięcioletni, wkrótce wdał się z nią w rozmowę na temat gniazdowania czapli siwej. Nawet nie spostrzegła, gdy zaczęła rozmawiać także i z drugim lordem, choć był młody i nieżonaty. Ani trochę ją nie zemdliło. Nie było takiej potrzeby. Miała przecież misję.

Następnego dnia rano przyznała się panu Marlowe’owi jak bardzo boi się nadchodzącego sezonu towarzyskiego – w nadziei, że zaofiaruje się towarzyszyć rodzinie do Londynu. Zamiast tego poklepał ją po ręce, głęboko zajrzał w oczy i zapewnił, że Opatrzność się o nią zatroszczy.

Nie było to szczególnie pomocne.

Kiedy siedzieli przy kolacji w ścisłym rodzinnym gronie, rozmowa zeszła na zbliżające się przenosiny do Londynu. Lady Knowe postanowiła, że wyjadą już w styczniu, a nie w lutym.

Violę początkowo przeraził ten pomysł, ale zaraz powiedziała sobie w myśli: „Jestem Wilde’ówną”.

– Nie zamierzam wychodzić za mąż przez pierwsze dwa sezony – stwierdziła Joan i żartobliwie uniosła brwi, spoglądając na księcia.

– Jeśli zgłosi się do ciebie jakiś chętny… natychmiast go odrzuć, dobrze? Nie muszą się mi oświadczać osobiście, bo nie zmienię zdania.

– Zgadzam się z tym – wtrąciła pośpiesznie Viola.

– Violu, jeśli nie chcesz za nikogo wychodzić, zawsze możesz zamieszkać ze mną – zaproponował Erik. Potem spojrzał na nią, otwierając szeroko oczy.

– Ostatnio jesteś jak odmieniona. Wcześniej tego nie było widać, a teraz jesteś taka ładna. Mogę się z tobą ożenić, jeśli zechcesz na mnie poczekać.

– To bardzo kusząca propozycja – uśmiechnęła się Viola.

– Erik ma rację – włączyła się ciotka Knowe. – Od kilku tygodni jesteś mniej strachliwa.

Uśmiech Violi rozjaśnił całą twarz.

– Co ci pomogło? – spytała ciotka. Wszyscy przy stole spojrzeli na Violę, która znieruchomiała. Nie mogła przecież przyznać przy księciu, że nie uważa się za prawdziwą Wilde’ównę. On uważał, że jest jej prawdziwym ojcem. Zraniłaby go głęboko. Matka też byłaby zasmucona.

– To pan Marlowe – wyjaśniła Joan, spiesząc jej na ratunek. – Jego obecność bardzo uspokaja. Stąd ta różnica, prawda, Violu?

Ostra sójka w bok wyrwała Violę z oszołomienia. Natychmiast przytaknęła.

– Tak, to prawda. To wszystko jego zasługa. Znaczy, jego obecności.

– Może w takim razie powinniśmy go zabrać do Londynu? – zaczęła się zastanawiać ciotka Knowe. – Dobrze by było, gdyby porozmawiał z innymi duchownymi. Przedstawił mi swój plan wystawienia średniowiecznych sztuk na tematy biblijne. Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł, ale lepiej, żeby usłyszał opinię zawodowego duchownego, niż moją.

Viola drgnęła. Odgrywanie biblijnych scen było jej pomysłem, ale w tej sytuacji rozsądniej było się do tego nie przyznawać. Szczególnie w chwili, gdy druga część jej planu jakimś cudem stawała się realna.

Lady Knowe skinęła głową, wyraźnie podjąwszy decyzję.

– Pan Marlowe musi z nami jechać. Poza wszystkim innym, w Londynie jest jego narzeczona.

– Nie znoszę tej baby – stwierdził obojętnie książę. – Może nawet pod koniec roku podziękuję mu za jego pracę, wyłącznie ze względu na jego przyszłą małżonkę.

– A mi jest go żal ze względu na jego przyszłą teściową – włączyła się Ophelia, otrząsając się z niesmakiem. – Może i dobrze byłoby go zabrać do Londynu, bo lepiej przemyślałby sobie swoje plany małżeńskie.

Viola z trudem powstrzymała się, by nie podskoczyć z radości.

Opatrzność rzeczywiście czuwa, by nawet wróbel bez jej nie spadł na ziemię.[5] Pan Marlowe miał rację! Skoro pojedzie z nimi do Londynu, wystarczy go w sobie rozkochać. To chyba nie będzie trudne?

Od paru lat obserwowała, jak jej starsi bracia się zakochują. Wynikało z tego, że mężczyźni zaprzeczają własnym uczuciom, dopóki się nie przełamią, a potem już tylko uganiają się za swoją wybranką, nie myśląc o niczym innym.

W wyobraźni już widziała błękitne oczy pana Marlowe’a, wpatrujące się w nią z zachwytem.

Rozdział 5

Londyńska rezydencja księcia Lindow Bal wydany na cześć lady Joan Wilde i panny Violi Astley 2 kwietnia 1782r.

Bal wydany przez księcia Lindow na cześć lady Joan Wilde i panny Violi Astley otwierał londyński sezon towarzyski 1782 roku. Nie minęła godzina, a już okrzyknięto go triumfem. Obie młode damy były oblężone przez kawalerów, wśród których było sporo arystokratów. Pojawiła się sama królowa Charlotte, a Jego Wysokość nie zawitał tylko dlatego, że powalił go atak woreczka żółciowego. Za to wszyscy członkowie rodziny stawili się karnie, co było równie ważne, zważywszy ogólne zainteresowanie socjety Wilde’ami.

Wśród obecnych był spadkobierca księcia, North, którego rzadko widywano w Londynie. Tego wieczoru przybył wraz z małżonką. Jeszcze większe emocje wzbudzała osoba Alarica, sławnego pisarza, który właśnie wrócił z długiej podróży do Indii. Lavinia Sterling, żona Partha, adoptowanego syna Jego Wysokości, była niezwykle modnie ubrana, ale nikt nie potrafił zaćmić elegancją siostry księcia, lady Knowe. Jej suknia była „bladobłękitna, w kolorze jajeczek drozda, i ozdobiona różyczkami oraz cekinami, lśniącymi niby promyki słońca”, jak to napisał oszołomiony dziennikarz z „The Ladies Gazette”.

Krótko mówiąc, bal zadowolił zarówno gości, jak i ciekawskich obserwatorów. Nawet łowcy skandali mieli czym się zająć, rozpowszechniając zmyślone przez siebie powody nieobecności żony Alarica. Rodzina nie raczyła podzielić się z publiką prozaicznym faktem, że Willa była, według jej własnych słów, „okrągła jak księżyc w pełni”, w związku z czym lady Knowe podejrzewała, że na świat przyjdą bliźnięta.

Prawdę mówiąc, rodzina Wilde’ów wydała zbiorowe westchnienie ulgi, gdy minęła północ i wciąż nie wydarzył się żaden skandal.