Potwór pamięci - Yishai Sarid - ebook

Potwór pamięci ebook

Yishai Sarid

4,1

Opis

"Potwór pamięci" to intymne zwierzenia młodego historyka, którego życie zostało „uwięzione w pamięci” o Holokauście. Kiedyś marzył, że zostanie dyplomatą, obecnie jednak stały, choć skromny dochód gwarantuje mu zatrudnienie w Yad Vashem w charakterze przewodnika. Oprowadza izraelskie szkolne wycieczki po Auschwitz-Birkenau, Treblince, Majdanku i Chełmie, przez pewien czas skupia się na Bełżcu i Sobiborze.

Przed zbliżającą się siedemdziesiątą piątą rocznicą konferencji w Wannsee został zatrudniony jako ekspert w zespole przygotowującym uroczystości. W trakcie prac dochodzi do przykrego incydentu z niemieckim reżyserem filmowym. W liście do dyrektora Yad Vahem przewodnik próbuje wyjaśnić przyczyny awantury. Yishai Sarid zadaje serię trudnych pytań o pamięć, przemoc i traumę z polsko-izraelską historią w tle.

Yishai Sarid – uznany izraelski pisarz i adwokat. Należy do czołówki izraelskich prozaików. Wydał pięć powieści. Książka Potwór pamięci została przetłumaczona na języki francuski, niemiecki, angielski, włoski, hiszpański i kataloński. Po polsku ukazała się również jego powieść Limassol (2015).

Joanna Stocker-Sobelman – nauczycielka języków obcych, tłumaczka, autorka licznych publikacji dotyczących losów kobiet w Zagładzie.

Michał Sobelman – historyk, tłumacz literatury hebrajskiej, autor licznych przekładów na język polski, m.in. Hanocha Levina, Savyon Liebrecht, Binjamina Tammuza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 175

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
Skylla

Nie oderwiesz się od lektury

O Holokauście napisano już wszystko. Przeczytałem na ten temat całkiem sporo, jednak ta książka zupełnie mnie zaskoczyła, bo jest tak różna od pozostałych. Zarówno forma, jak i treść. Niby wszystko to widzieliśmy w filmach i czytaliśmy o tym niejeden tekst, a jednak autor znalazł swój własny punkt widzenia. Jeżeli kogoś chociaż trochę interesuje ta tematyka, to jest to lektura obowiązkowa. Lektura równie wartościowa dla starych i młodych czytelników, co nie jest aż tak znów częste.
00
giovanna2020

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo ciekawa
00

Popularność




Copyright © by Yishai Sarid

Copyright © by Kolegium Europy Wschodniej

im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2021

Published by arrangement with The Institute

for the Translation of Hebrew Literature

Tłumaczenie: Michael Sobelman i Joanna Stocker-Sobelman

Redakcja: Jerzy Z. Szeja

Korekta: Ilona Siwak

Skład: Agnieszka Szatkowska-Malak

Okładka: Jakub Kamiński

Opracowanie typograficzne: Łukasz Barucha

Opracowanie wersji elektronicznej:

Redaktor prowadzący: Laurynas Vaičiūnas

ISBN 978-83-7893-262-8

ISBN (EPUB i MOBI) 978-83-7893-035-8

Wielce Szanowny Panie Prezesie Instytutu Yad Vashem,

Przesyłam Panu mój raport z tego, co się tam wydarzyło. Dano mi do zrozumienia, że Pan tego oczekuje, ale ja sam również mam taką potrzebę, bo przecież obdarzył mnie Pan zaufaniem. Na początku starałem się rozdzielić samego siebie i ten raport, napisać go lakonicznie i w sposób akademicki, nie mieszając weń ani swojej osobowości, ani biografii, bo nie ma w nich przecież niczego wyjątkowego, ale po napisaniu kilku zdań zrozumiałem, że mi się to nie uda, ponieważ jestem naczyniem, w którym znajduje się cała ta opowieść, i jeśli coś we mnie pęknie, to ona przepadnie. Chciałbym, aby Pan wiedział, że zawsze darzyłem Pana wielkim szacunkiem. Kilkakrotnie brałem udział w prowadzonych przez Pana debatach i naradach, po których powierzył mi Pan kilka ważnych misji, w tym również ów ostatni projekt. Nigdy nie zapomnę tych wzruszających słów, jakie Pan wygłosił na promocji mojej książki. Pomagałem Panu, w czym tylko się dało, ale nie pamiętam, czy rozmawialiśmy kiedykolwiek ot tak sobie. Nie mam w związku z tym żadnych pretensji, nawet o to, że obarczył mnie Pan tak wielkim ciężarem. Dobrze pamiętam piękny widok na jerozolimski las z okna Pana biura, zapach ścian i wysokogatunkową tkaninę Pańskiego ubrania. Zawsze widziałem się w roli Pańskiego wiernego emisariusza. Mam przed oczami Pańską mądrą twarz i zwracam się do Pana jako do oficjalnego przedstawiciela pamięci.

Do badań nad zagładą dotarłem przez względy praktyczne. Po powrocie z wojska i przejściu zwykłego okresu zagranicznych wycieczek i rozterek zapisałem się na studia na stosunki międzynarodowe i na historię. Zapragnąłem wstąpić do służby dyplomatycznej. Myślałem sobie, że za granicą życie będzie weselsze. Wiedziałem wprawdzie, że ostatnio w epoce cyfryzacji prestiż służby dyplomatycznej gwałtownie spada i właściwie jest już niepotrzebna, ale w moich oczach to był akurat plus. Widziałem już w wyobraźni, jak siedzę sobie w kawiarni w jakimś obcym mieście, mam na sobie jasny garnitur, dostaję skromne, ale godne wynagrodzenie, a czas upływa mi leniwie. Nie miałem ambicji stać się głównym aktorem, którego nazwisko widnieje na placach i ulicach. Lubiłem czytać książki o ważnych postaciach i wydarzeniach historycznych; bardzo mnie uspokajały. Wszystko w nich było już zapisane i zapieczętowane, nic nie mogło się zmienić. Fantazyjne opowieści znajdowały się pod kontrolą innego człowieka, a jego humory i nastroje wywoływały u mnie tylko niepokój. Na drugim roku studiów, gdy miałem dwadzieścia cztery lata, przystąpiłem do egzaminu Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Pierwszy etap pisemny przeszedłem bez większych kłopotów. Podczas drugiego, na który zaproszono mnie po kilku tygodniach, egzaminatorzy zabawiali się nami i kazali grać w scenkach oraz uczestniczyć w chytrych gierkach, aż w końcu nadeszła rozmowa kwalifikacyjna. Wraz z nadchodzącym końcem dnia zrozumiałem, że wpadam na mieliznę. Nie musiałem wcale czekać na odpowiedź, bo od samego początku wiedziałem, że nie zdałem. Przez jakiś czas zastanawiałem się, czy nie rzucić wszystkiego i wyjechać na Daleki Wschód, gdzieś do Tajlandii. Czułem, że przyszłość jakby się ode mnie odwróciła. Aspekty rodzinne i finansowe przeszkodziły mi jednak w realizacji tego planu (wówczas zachorował mój ojciec). Kiedy skończył się sen o służbie dyplomatycznej, porzuciłem stosunki międzynarodowe, które i tak przestały mnie interesować, i skupiłem się wyłącznie na historii. Bardzo lubiłem te studia, badania, pisanie prac, wielogodzinne przesiadywanie w bibliotece nad starymi dokumentami, wychodzenie do kawiarni i powroty do tomów ksiąg. Wprawdzie rozpocząłem moje studia bez większego entuzjazmu, ale potem traktowałem je nad wyraz poważnie. Kontynuowałem naukę na studiach magisterskich i dzięki pracy seminaryjnej pod kierunkiem dziekana wydziału przestałem być anonimowy. Dziekan zaprosił mnie do siebie na rozmowę i zaproponował asystenturę, z czego byłem bardzo dumny. Następnie rozmawiał ze mną na temat możliwości nauki za granicą. Widziałem już wtedy, jak siedzę w fotelu przy kominku w Oxfordzie lub Bostonie, miło i godnie się starzeję i przestałem żałować, że nie przyjęto mnie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Historia nowożytna wydawała mi się straszna i drapieżna. Oczekując wygodnego i spokojnego życia, brałem pod uwagę zajęcie się starożytnością, która dawno już została zbadana i w nikim nie wywoływała zbędnych emocji. Z drugiej strony myślałem o tym, by zająć się historią Dalekiego Wschodu, ale szybko do mnie dotarło, że musiałbym się nauczyć chińskiego lub japońskiego, a moje zdolności językowe były więcej niż skromne. Za wszelką cenę pragnąłem oddalić się od zamieszania i tragicznych wydarzeń historii mojego narodu, bo od samego początku widziałem tam czyhające na mnie niebezpieczeństwo. Kiedy jednak poznałem Rut i wszystko zaczęło zmierzać do małżeństwa, zmuszony byłem myśleć bardziej pragmatycznie. Stało się jasne, że choć na pozór cała ludzka historia stoi przede mną otworem, to w praktyce mam przed sobą tylko pojedyncze ścieżki. Wakaty na uniwersytecie były rzadkością i zajmowali je doświadczeni wykładowcy, a nowe etaty przeznaczone dla początkujących pracowników naukowych wiązały się z głodowymi pensjami. Pewnego dnia dziekan, który bardzo mnie lubił, oznajmił, że wywiad wojskowych poszukuje specjalistów od Iranu i jest gotów sfinansować studia doktoranckie dla odpowiedniego kandydata. Dodał, że warunkiem pracy jest podpisanie zobowiązania do zawodowej służby wojskowej przez siedem lat. Wiedziałem wprawdzie, że w grę wchodzi wygodne biuro w Tel Awiwie, a nie powrót do jednostki czołgów, w której odbyłem służbę zasadniczą, ale już sam pomysł powrotu do wojska przyprawił mnie o kilka bezsennych nocy, po których odpowiedziałem dziekanowi, że nie jestem tym zainteresowany. Podjęcie tej decyzji ułatwiła wizja konieczności nauczenia się nowego, trudnego języka. Dziekan zrozumiał i powiedział, że w tej sytuacji jedyną realną możliwością kontynuowania nauki w Izraelu jest napisanie doktoratu z historii zagłady. Bardzo się tego obawiałem. Pragnąłem kontynuować żeglugę po spokojnym jeziorze życia wolnym od kłopotów i zbędnych emocji. Podjąłem kilka prób, by się od tego wymigać, i niemal mi się udało. Renomowany australijski uniwersytet w Perth gotów był mnie przyjąć na studia doktoranckie w zakresie średniowiecznej historii europejskiej, a nawet przyznać stanowisko wykładowcy oraz zapewnić mieszkanie, jednak Rut nie bardzo chciała jechać, a mieliśmy już wyznaczoną datę ślubu. Gdybym pojechał na to słoneczne wybrzeże, gdzie kufel piwa podaje się już o czwartej po południu, zapewne nasz wspólny los byłby zupełnie inny. Poddałem się jednak. Zameldowałem się u dziekana i zobowiązałem się zaprząc do rydwanu pamięci. Od tej chwili wszystko zmieniło się na lepsze. Przyznano mi niewielkie stypendium – dar żydowskiej rodziny z Ameryki – które wystarczało na skromne życie. Rozpocząłem naukę niemieckiego i po kilku miesiącach rozumiałem już administracyjne listy SS. Moja znajomość tego języka pozostała na elementarnym poziomie i nigdy nie próbowałem sił w lekturze Heinego czy Goethego. Rzuciłem się natomiast na książki i badania, które wpadły mi w ręce, i w stosunkowo krótkim czasie zapoznałem się z wielką ilością materiału. Najbardziej pociągały mnie szczegóły techniczne całego procesu zagłady: jej mechanizm, ludzka kadra oraz sam system. Coraz bardziej się w to zagłębiałem, aż temat doktoratu się wykrystalizował i otrzymałem zgodę promotora. Udało mi się wejść na właściwą ścieżkę. Temat mojego rozpoczętego doktoratu brzmiał: Podobieństwa i różnice w systemach działania niemieckich obozów zagłady w czasieII wojny światowej. Postanowiłem szczegółowo prześledzić proces zagłady w każdym z następujących obozów: w Chełmnie nad Nerem, w Bełżcu, Treblince, Sobiborze, na Majdanku i w Auschwitz. Rzecz jasna, te dwa ostatnie różniły się od pozostałych, ponieważ jednocześnie były obozami pracy, podczas gdy te poprzednie funkcjonowały wyłącznie jako obozy śmierci. Podzieliłem proces na drobne elementy. Przez historyczny mikroskop zbadałem etapy w każdym z tych miejsc, począwszy od chwili dotarcia transportu na rampę i opuszczenia wagonów, rozdzielania siły roboczej mającej pozostać przy życiu na różne obozy, przez rozbieranie się, zabieranie ubrań i bagaży, uspokajanie ofiar, obcinanie włosów, przemarsz do komór gazowych, konstrukcję techniczną tych pomieszczeń, wybór rodzaju gazu, sposób wchodzenia do komór, aż do procesu uśmiercania, wyrywania złotych zębów, przeszukiwania ciał, metod pozbywania się zwłok i tak dalej. Szukałem w tym podobieństw i różnic. Rzecz jasna, że każdy etap składał się z nieskończonej liczby najdrobniejszych i rozmaitych szczegółów, które podlegały różnym wariacjom. Przeczytałem setki książek i relacji na temat życia i śmierci w obozach. Nie wahałbym się stwierdzić, że było ich nawet tysiące. Zagłębiałem się również w dokumenty źródłowe, aby sprawdzić różne, niewyjaśnione jeszcze do tej pory szczegóły. Znalazłem tam całą masę informacji, w których pewnie się poruszałem. Szkice stały się coraz bardziej rozgałęzione i skomplikowane, ale nie wymykały mi się spod kontroli. Na początku zorganizowałem wszystkie znane dane, w czym bardzo pomogła mi Rut, tworząc specjalne pliki, w których zestawiałem podobieństwa i różnice. Potem zająłem się zagadnieniem akademickim na temat różnorodności systemów pracy obozów; badałem, dlaczego zabrakło jednolitości, której można by się spodziewać, mając na uwadze niemiecką organizację obozów oraz ich cele.

Jednocześnie, aby poprawić nieco naszą sytuację materialną, zacząłem oprowadzać grupy po Yad Vashem. Pan, Panie Prezesie, przewodniczył komisji, która przyjęła mnie wtedy do pracy. Dobrze pamiętam Pański wyraz twarzy, powagę oraz własne obawy. Zapytał Pan wówczas o powody, dla których chcę oprowadzać grupy, i o to, czy jestem świadomy związanego z tym obciążenia psychicznego. W odpowiedzi przedstawiłem zaledwie półprawdę: powiedziałem, że to wyjątkowa okazja dla historyka, żeby codziennie pracować i propagować wiedzę. Nie dodałem, że moja żona jest w ciąży, a ja muszę podołać utrzymaniu swojej małej rodziny. Odpowiedziałem natomiast, że pracuję nad doktoratem, więc moja wiedza dotycząca technik i procesu zagłady jest szeroka i bardzo drobiazgowa. W moim życiorysie zawarłem informację, iż w trakcie służby wojskowej wykładałem o strukturach pocisków w szkole wojsk pancernych, później już na uniwersytecie pracowałem jako asystent dziekana wydziału historii. Wtedy poprosiliście mnie Państwo, abym w jak największym skrócie przedstawił historię powstania w getcie warszawskim, tak jakbym to zrobił uczniom. Wydawało mi się, że wywarłem dobre wrażenie, bo już nazajutrz poinformowano mnie o przyjęciu do pracy. Nie wydawała mi się wtedy istotna Pańska uwaga na temat obciążenia psychicznego, ponieważ w całym dotychczasowym życiu nie przeżyłem większych wstrząsów emocjonalnych. Sądziłem, że dobrze sobie z tym poradzę. Z wielkim entuzjazmem rzuciłem się w wir nowych zajęć. Od razu zacząłem oprowadzać po muzeum, po alei Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, wygłaszałem wykłady i prelekcje, dzieląc się z młodzieżą moją wiedzą. Miałem do tego szczególny talent. Zamierzałem im przekazać samo sedno tego wielkiego obrazu, pełnego nieskończonej liczby szczegółów, więc skupiłem się na kilku relacjach, zdając sobie sprawę, że jeśli będę dotykał pobocznych wątków, całkowicie się pogubią. Młodzież z pierwszych oprowadzanych przeze mnie szkół powiedziała mi, że dzięki mnie po raz pierwszy zrozumiała to całe ogromne zagadnienie zagłady. Byłem pracowity i sumiennie przygotowywałem się do wykładów, więc nigdy się nie zdarzyło, bym coś zawalił. Wychodząc z założenia, że o niczym nie wiedzą, przyjąłem na siebie obowiązek przekazania im całej wiedzy dotyczącej pamięci. Mówiłem im o korzeniach antysemityzmu, o tradycyjnym i współczesnym antysemityzmie, trochę o biografii Adolfa Hitlera i jego głównych współpracowników, aż do wybuchu wojny, a następnie o odebraniu Żydom ich praw, zamykaniu ich w gettach, deportacji i ostatecznie likwidacji. Czasami natykałem się na skupione i zainteresowane twarze dziewczyn i chłopców i na jakieś mądre pytanie, ale zazwyczaj klasy wchodziły i wychodziły, nie pozostawiając po sobie żadnego wrażenia. Pamiętam, że któregoś razu wszedł Pan niespodziewanie na mój wykład dla uczniów liceum z Rechowot lub Gedery[1], usiadł Pan z tyłu i dał znak, bym nie przerywał. Ja jednak chciałem Panu zaimponować. Na ekranie widniał plan obozu w Treblince, a ja lekko, płynnie i systematycznie pokonywałem kolejne etapy aż do spalenia ciał w wielkich wykopanych w tym celu dołach. Po kilku minutach skinął Pan głową i wyszedł z sali. Później kierowniczka działu edukacji powiedziała mi, że zaimponowałem Panu swoją wiedzą, acz zauważył, że brakuje mi empatii w stosunku do ofiar. Pomyślałem, że jestem przecież historykiem, a nie pracownikiem socjalnym, ale odparłem, że wezmę to na przyszłość pod uwagę i postaram się poprawić.

Po raz pierwszy poleciałem do Polski w sprawie mojego doktoratu. Chciałem zobaczyć miejsca, o których przeczytałem tysiące stron. Mój promotor, szef Katedry Badań nad Holokaustem na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, chciał ze mną polecieć (a miał w Polsce szerokie kontakty), ale w przeddzień wyjazdu złapało go lumbago albo może nawet wypadł mu dysk. W efekcie pojechałem sam. Wynająłem na lotnisku auto i w ciągu dwóch tygodni objechałem wszystkie obozy. Zachłannie rzuciłem się na nie i wróciłem z setkami zdjęć i zeszytami pełnymi zapisków. Podczas tamtej wizyty wszystko ułożyło mi się w jeden ciąg. Zrozumiałem dokładnie to, co widzę, i sam ten fakt podniósł mnie na duchu do tego stopnia, że poczułem wręcz coś w rodzaju intelektualnej ekstazy. Dzięki temu wyjazdowi mój doktorat bardzo posunął się do przodu. Kilka miesięcy później poleciałem tam ponownie w ramach waszego kursu dla przewodników grup. Wszystkie miejsca były mi już dobrze znane i czułem się jak ryba w wodzie. Po otrzymaniu oficjalnego dyplomu zacząłem dostawać zamówienia i jeździłem do Polski coraz częściej. W trakcie każdego z tych wyjazdów zarabiałem po kilka tysięcy szekli i nareszcie mogłem godnie utrzymać moją małą rodzinę składającą się z Rut, naszego synka Ido i mnie samego. Z powodu częstych wycieczek z liceami zdarzało się, że nie było mnie w domu cały miesiąc lub dłużej, bo czasem nie było sensu wracać między wyjazdami. Rut i dzieciak przyzwyczaili się do takiego sposobu życia, bo prawdę mówiąc, nie mieliśmy wyboru. Panie Prezesie, nie wiem, czy kiedykolwiek wziął Pan udział w jakimś młodzieżowym wyjeździe tego rodzaju, czy leciał Pan z nastolatkami w środku nocy, a potem spędzał siedem lub osiem dni w drodze, stał przed nimi i opowiadał raz za razem, co wydarzyło się w tamtejszych lasach, gettach, obozach, czy próbował się Pan wedrzeć do ich nieprzeniknionych twarzy oświetlonych blaskiem komórek, czy próbował Pan uzmysłowić im, czym jest śmierć, czy przekazywał im Pan różnego rodzaju dane, liczby i nazwiska, a oni maszerowali za Panem obwinięci narodowymi, biało-niebieskimi flagami, śpiewając Ha-Tikwę pod komorami gazowymi, odmawiali kadisz nad stertą popiołu, zapalali świece ku pamięci dzieci zabitych w dołach, odprawiali różnego rodzaju wymyślone przez siebie rytuały i ze wszystkich sił starali się wycisnąć z oczu choć jedną łzę. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, czy doświadczył Pan tego wszystkiego osobiście.

Taka wyprawa zawsze zaczyna się na cmentarzu żydowskim w Warszawie. Panie Prezesie, jestem przekonany, że należałoby z tego zrezygnować, przecież nikt nie wie, kim był Icchok Lejb Perec[2] i dlaczego postawiono mu tam taki wspaniały pomnik. Pewnie był kiedyś ważnym pisarzem, ale osobiście nie znam nikogo, kto przeczytałby choć jedną jego książkę. Młodzież nie wie też, czym było esperanto ani kim był Ludwik Zamenhoff, i mają w zupełności rację, bo przecież nic z tego jego pomysłu nie wyszło. Staramy się ukazać wielką i wspaniałą kulturę, a prawda jest taka, że Żydzi, którzy żyli w Polsce, nie zbudowali przecież żadnej katedry ani nie skomponowali symfonii. Większość z nich była drobnymi kupcami, zwykłymi ludźmi, którzy żywili się śledziami, słuchali klezmerów i mieszkali w skromnych chatach. Dopiero znacznie później, już w czasach współczesnych, wśród ciemnoskórych ludzi z Bliskiego Wschodu i Azji, potomków tych, którzy zamordowali Chrystusa, byli lekarze i adwokaci.

Zmęczone nocnym lotem dzieci kręcą się wśród macew, nie wiedząc, czy mają się już opatulić flagami, czy to jeszcze nie czas. Automatycznie odpowiadają „amen” na słowa kadiszu recytowanego przez nauczyciela na każdym grobie, są przemarznięci i jedyne, o czym marzą, to dotrzeć do hotelu i poczuć trochę zagranicy. My jednak zabieramy ich z cmentarza autobusem do niegdysiejszej dzielnicy żydowskiej, na Umschlagplatz, a następnie na ulicę Miłą, do bunkra powstańców, którzy byli wówczas niewiele starsi od naszych dzieci. Tam tłumaczę im, że bojownicy prawie nie mieli broni, posiadali jedynie jakieś butelki z benzyną, kilka granatów i rewolwery, a mimo to potrafili przez cały miesiąc zatrzymać brygadę wojsk niemieckich. Stałem przed nimi i starałem się odmalować cierpienie i bohaterstwo powstańców, przekazałem im wszystkie wasze przesłania, nie zbaczając nawet o milimetr w prawo czy w lewo, byłem dobrym chłopcem, bardzo się starałem przedrzeć przez te wszystkie dżinsy i legginsy, przez loki i tatuaże, ciężkie płaszcze, szybki slang, obojętne spojrzenia, komórki, aby wtargnąć im do głów i serc. Nigdy nie czułem, że to wszystko mi się udaje, bo niewystarczająco ich kochałem, ale rozumiem to wszystko w pełni dopiero teraz.

Noc w hotelu to prawdziwy koszmar dla nauczycieli, którzy boją się, że nazajutrz w nagłówkach gazet znajdzie się informacja, że uczniowie z Izraela znów szaleli w polskim hotelu, upili się, zniszczyli pokoje i zamówili prostytutki. W celu uniknięcia tego typu kompromitacji nauczyciele przechadzają się po korytarzach, podsłuchują pod drzwiami uczniów, grożą surowymi karami, nie pozwalają im opuszczać budynku, a kiedy w końcu nadchodzi poranek, mają oczy czerwone od niewyspania. Zazwyczaj jednak nic się nie dzieje, uczniowie kręcą się po lobby, kupują sobie butelkę coca-coli, następnie wracają do pokoju, biorą prysznic z użyciem hotelowych kosmetyków, grają na gitarze smutne piosenki, by w końcu, jak dobre dzieci, zasnąć po zgaszeniu świateł. To prawda, że czasem trafia się jakaś pokręcona młodzież, a przecież to dawno już nie są dzieci, więc zdarzają się nawet młodzi alfonsi i ich dziewczyny, w których głowach budzi się czasem głos jakiegoś śródziemnomorskiego śpiewaka wzywającego do zemsty na gojach i aszkenazyjczykach. Tacy potrafią zamówić room service i nie zapłacić – i jeszcze zostawić straszny bałagan w pokoju – jak wielka jest wtedy afera! Nauczyciele wzywają mnie wtedy, abym ratował sytuację a ja, mimo że to przecież nie moja rola, przychodzę i rozmawiam z tymi dzikusami, bo to akurat potrafię, a potem ustalam z recepcjonistą jakąś możliwą rekompensatę i uspokajam podenerwowanych nauczycieli. W moim umyśle zapala się lampka, że ci szaleńcy mogą nawet zabić, ale trudno im pogodzić się z nakazami, potrafią ignorować polecenia, migać się, przemycać butelki wódki do pokoju, hałasować w środku nocy, ale może gdy nadejdzie dzień prawdy, to mimo rozkazu nie wydadzą sąsiada – w przeciwieństwie do grzecznych dzieci, które od razu, karnie wykonają polecenie.

Drugiego dnia jadą zazwyczaj na Majdanek daleką drogą na wschód, którą kiedyś posuwały się niemieckie czołgi firmy Kropp, aby zdobywać przestrzeń dla narodu niemieckiego. Aż po horyzont rozciągają się pola kapuściane i buraczane. Wiem, czym jest czołg, i dobrze znam to wspaniałe wrażenie, gdy szybko jedzie się bez hamulców, nie zatrzymując się, siedząc bezpiecznie w brzuchu pędzącego stalowego potwora, którego jest się integralną częścią. W czasie drogi zatrzymujemy się dwa razy na stacjach benzynowych, aby mogli sobie kupić coś do jedzenia i picia, bo inaczej stają się spięci i podenerwowani. Jak wiadomo, Niemcy nie zdążyli zniszczyć obozu, zanim weszli Rosjanie, pozostał więc nietknięty i można dobrze go dojrzeć z głównej szosy na peryferiach Lublina. W obozie na Majdanku jest wszystko. Dwie małe komory gazowe stoją po prawej stronie tuż obok bramy, do jednej z nich wpuszczali tlenek węgla prosto z rury, która wychodziła z silnika czołgu, a do drugiej wsypywano cyklon B z puszek. Zamordowano tam od stu do dwustu tysięcy osób, dokładna liczba nie jest znana i w porównaniu z innymi obozami to niewiele, ale wszystko tam nadal jest, zachowało się nawet całe krematorium z kominem i niemieckimi piecami w dobrym stanie, stoi to w budynku na wzgórzu, a zaraz obok niego znajdują się doły, w których strzelali do ludzi, jednego dnia z okazji zakończenia żniw, kiedy chciano sprawić sobie trochę rozrywki, zamordowano dwadzieścia tysięcy Żydów. Właśnie tam, na Majdanku, w kilkusetmetrowym marszu między komorami gazowymi a pomnikiem, w którym spoczywają prochy z krematorium, słyszałem, jak opatuleni flagami mówili o Arabach, szeptali, że tak właśnie trzeba zrobić z Arabami. Nie zawsze i nie w każdej grupie to słyszałem, ale i tak wystarczająco często, żeby to zapamiętać. Udawałem, że nie słyszę, bo to przecież nie moja sprawa, niech się tym zajmą ich nauczyciele, ale Panie Prezesie, nie mogę kłamać, słyszałem to na własne uszy. Kiedy pokazuje im się ten prosty mechanizm śmierci, który można bez problemu uruchomić w każdej chwili i w każdym miejscu, wyzwala to w ich głowach praktyczne pomysły. Są jeszcze dziećmi, więc to normalne, trudno im się zatrzymać, dorośli myślą dokładnie tak samo, ale milczą. W końcu przy ostatnich grupach mówiłem o tym wszystkim na zewnątrz budynków krematorium, nie wchodząc tam z nimi, bo najzwyczajniej w świecie nie chciałem słyszeć, co wygadują, gdy są środku.

W Lublinie odwiedzamy również Jeszybot Mędrców Lublina, dziś znajduje się tam dość dziwny hotel ozdobiony żydowskimi symbolami. Do synagogi wchodzi się bocznym wejściem po zapłaceniu kilku złotych polskiemu dozorcy. Religijni Żydzi w wyszywanych kipach lubią się tam modlić. Ja stoję sobie z boku i się przysłuchuję. Czasami spodoba mi się jakaś melodia i wyłapuję zdanie albo dwa, lub jakieś pojedyncze słowo. Później na Starówce, u stóp zamku, czytam im fragment ze Sztukmistrzaz Lublina, ale trudno znaleźć wśród nich kogoś, kto by czytał Isaaca Bashevisa Singera – i oto znów krytykuję naszą młodzież, ale trudno, obiecałem opowiedzieć całą prawdę. Bez Żydów z tego miasta we wschodniej Polsce niewiele pozostało po II wojnie światowej, jedna wielka nuda, turyści rzadko tam przyjeżdżają. Tu, w tym w budynku, mieścił się kiedyś sztab gestapo, a tam, w tamtej willi mieszkał Odilo Globocnik[3], na innym placu znęcali się nad Żydami zmuszonymi do pracy – ot, wszystkie atrakcje Lublina. Biedna, blada ludność nie pozwala na wjazd do Polski czarnym i muzułmanom, zamykają granice, a my pomagamy im rozmaitym sprzętem elektronicznym i przynosi to efekt, bo na ulicach widać tylko białe gęby. Wszyscy są do siebie denerwująco podobni.

Wieczorami siadywałem w hotelowym barze w Lublinie i piłem, bo inaczej nie byłbym w stanie zasnąć. Bardzo często miałem nerwy napięte do wytrzymałości i czułem, jakbym brał udział w jakiejś akcji, którą sam zaplanowałem. Czasami ze stresu ściskało mnie w piersi, stale czułem też dyskomfort i przez cały dzień wyczekiwałem, aż się napiję w jakimś odległym kącie, wreszcie z dala od ich oczu. Czasami dołączał do mnie jakiś zbuntowany nauczyciel, który również gwałtownie potrzebował się od nich oddalić. Przez cały czas trzeba ich było pilnować, obawiać się, że coś zrobią, strzec, aby nie uciekli z hotelu. Przez siedem dni nieustannie byłem kłębkiem nerwów. Kiedy przy barze obok mnie siadała jakaś nauczycielka, wściekałem się, miałem ochotę rozszarpać ją na kawałki. Chciały, abym je pocieszył po tym strasznym dniu, abym im wyjaśnił, jak to w ogóle jest możliwe, a potem, kiedy się trochę napiliśmy, dopytywały się o moje życie i o żonę. Kilkakrotnie się wydarzyło, że się za bardzo w tym posunęliśmy, nagle w oczach pojawiał się jakiś błysk, a potem znajdowaliśmy różnego rodzaju usprawiedliwienia dla pragnienia ciepła i miłości. Za pierwszym razem miała pociągłą twarz i smutne żydowskie oczy. Chciała, abym jej osobiście wyjaśnił, dlaczego oni to robili, bo ona po prostu nie była w stanie tego zrozumieć, pewnie za dużo wypiła. Delikatnie zwróciłem jej uwagę, że przesadziła. Nic mnie to nie obchodzi – odpowiedziała z pijackim lekceważeniem. Nie wolno było dopuścić, aby dzieci zobaczyły ją w takim stanie, więc jedynym możliwym wyjściem było zabranie jej do mojego pokoju, który znajdował się na innym piętrze, żeby wytrzeźwiała i doszła do siebie, po czym ona chciała się wykąpać, a z łazienki wyszła półnaga. Naprawdę chciałem tego uniknąć, ale zasnęła przy mnie i spała aż do rana, podczas kolejnych dni miałem nadzieję, że to się powtórzy, ale już się powstrzymała. Nie chcę teraz opowiadać o innych przypadkach, bo to mi się jeszcze zdarzyło raz lub dwa i nie warto teraz tego zgłębiać, bo tak naprawdę to ja taki nie jestem. Zazwyczaj wystarczą mi trzy szoty, żeby zasnąć w tym starym hotelu, który kiedyś był budynkiem gestapo.

Podczas