Potrzebna cała wioska - Agnieszka Stein,Małgorzata Stańczyk - ebook

Potrzebna cała wioska ebook

Agnieszka Stein, Małgorzata Stańczyk

0,0

Opis

Agnieszka Stein jest jedną z najbardziej inspirujących postaci polskiej psychologii. Pracując od kilkunastu lat z rodzicami, zjednała sobie liczne grono czytelników i słuchaczy. Dotychczas wydane książki – Dziecko z bliska i Dziecko z bliska idzie w świat – doczekały się kilku dodruków i rozeszły w wielotysięcznych nakładach. Jej blog i fanpage śledzi stale rosnąca liczba osób, a ona sama połowę roku spędza w podróży po Polsce i Europie, prowadząc warsztaty dla rodziców i szkolenia dla profesjonalistów.

Zanim jednak Agnieszka Stein stała się dla tysięcy osób autorytetem i otworzyła szeroko drzwi Rodzicielstwu Bliskości w Polsce, przeszła długą drogę – od młodej dziewczyny zafascynowanej naukami ścisłymi i nienawidzącej pisać, przez początkującą matkę wychowującą dziecko na wsi, aż do siebie dzisiaj.

Potrzebna cała wioska” to fascynująca relacja z tej podróży. W szczerej rozmowie z Małgorzatą Stańczyk, psychologiem z wykształcenia, dziennikarką i matką zafascynowaną Rodzicielstwem Bliskości, Agnieszka Stein mówi o zmianach, jakie zaszły w niej jako matce, kobiecie i specjalistce pod wpływem doświadczeń, lektur oraz spotykanych po drodze ludzi – zarówno uznanych autorytetów, jak i zwykłych rodziców.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 247

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Małgorzata Stańczyk, Agnieszka Stein

Potrzebna cała wioska

Redaktorka prowadząca:

Anna Zdrojewska-Żywiecka

Redakcja i korekta:

Kamila Wrzesińska

Projekt okładki:

Maria Ryll

Skład:

Ewelina Malinowska

ISBN:

978-83-65087-35-5

Wydanie I

Warszawa 2015

Grupa Wydawnicza Relacja

ul. Harfowa 1a/45/46

02-389 Warszawa

© Wszystkie prawa zastrzeżone.

Skład wersji elektronicznej:Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

3 PRACA W RELACJACH

Mam wrażenie, że ty jesteś… jakby wolna od tych kolein, w których każdy z nas jedzie. Ja i tak uważam, że chociaż tkwię w jakichś koleinach, to przynajmniej rozglądam się na boki i szukam. Czuję, że co jakiś czas wypadam z jednych i wpadam w inne. Ty jedziesz własnym torem?

Myślę, że stale jest tak, że człowiek porusza się po różnych płaszczyznach, przyjmuje jakąś perspektywę, a potem widzi, że to niezupełnie tak jest, więc znowu zmienia optykę… Jak pracowałam w Ośrodku Pomocy Społecznej DOM sześć lat temu, to mówiłam ludziom, że lepiej jest dzieci chwalić niż krytykować, i radziłam rodzicom, żeby chwalili dzieci. Wtedy taka była moja wiedza. Sama po sobie widzę, ile się uczę.

Z jakimi oczekiwaniami przychodzą rodzice?

Niektórzy uważają, że dziecko ma jakiś kłopot i chcieliby, żebym je wsparła w tym kłopocie.

I robisz to?

Nie zawsze. Zdarza się, że cele dorosłych są niezgodne z potrzebami dziecka. Chcą na przykład, żeby się lepiej uczyło, żeby było posłuszne, żeby nie było z nim problemów. Może być tak, że dla dziecka w danej chwili ważna jest autonomia i dlatego uczy się mniej albo że uczy się najlepiej jak potrafi w danej chwili. Kiedy chcemy jakiegoś konkretnego efektu, możemy nie zauważyć dziecka, którego to dotyczy. Dziecka nie da się przerobić, zmienić, żeby było inne. Dotyczy to na przykład sytuacji sześciolatka, który ma dużą potrzebę ruchu, a rodzice albo nauczyciele oczekują, że będzie spokojnie siedziało w ławce przez kilka godzin dziennie. Często moja rola polega na wyjaśnieniu rodzicom, że zachowanie, o którym mi opowiadają, jest normalne i rozwojowe. Pytają wtedy, dlaczego nie widzą u innych dzieci takich zachowań albo dlaczego inni rodzice twierdzą, że ich dzieci to nie dotyczy.

No właśnie. Dlaczego?

Po pierwsze, widziałam już bardzo wiele dzieci i zachowań, więc mam szerszą perspektywę. Po drugie, mam poczucie, że jak ludzie mówią o swoich dzieciach, to nie o wszystkim opowiadają, nie chwalą się o tym wszystkim, więc inni nie wiedzą, jak to naprawdę wygląda. A o swoim dziecku wie się dużo więcej. Dużo rozmawiamy też o tym, co dziecko robi dobrze, co mu się udaje, co jest jego mocną stroną. To jest rozmowa, która wiąże się z szukaniem wyjątków. Na przykład rodzice mówią, że dziecko zupełnie unika nowych rzeczy, więc zastanawiamy się, czy dziecko ostatnio zrobiło coś nowego z własnej inicjatywy. Bardzo często staram się też skonkretyzować to, co mówią rodzice. Słyszę czasem od rodziców, że kiedy dziecko się zezłości, to wpada w szał i bardzo długo się nie może uspokoić. Wtedy pytam, co ono konkretnie robi, kiedy wpada w szał, i ile czasu zajmuje mu uspokojenie się. Okazuje się, że wpadanie w szał oznacza krzyk, a uspokajanie trwa 10 minut. Wyjaśniam wtedy, że 10 minut to wcale nie tak długo, że widocznie tyle czasu potrzebuje, żeby poradzić sobie z emocjami. A wiem, co mówię, bo widziałam dzieci, które rzucały w ściany naczyniami. Spotkałam dzieci, które pierwsze, co robiły, to na mnie pluły. Całkiem niedawno zostałam opluta przez dziecko – to jest taka praca. Parę dzieci mnie obsikało, parę na mnie zwymiotowało i parę mnie już opluło.

Ale nie nasikało przecież złośliwie?

Nie, zwymiotowało też niezłośliwie i plucie też nie było złośliwe. Ja w ogóle nie operuję kategorią złośliwości.

Złapałaś mnie. No jasne, że niezłośliwie.

Ten chłopiec, który mnie ostatnio opluł, chciał plunąć w kierunku kolegi, ale spojrzał w moją stronę i przypadkiem napluł mi na twarz.

I co?

Złapał się za głowę i powiedział: „O rany!”.

A ty?

Powiedziałam: „Chyba potrzebuję chusteczki, żeby sobie wytrzeć twarz”. Wytarłam i nic nie musiałam robić, bo z jego zachowania wynikało, że doskonale wiedział, że to nie jest w porządku. To po co mam coś robić, skoro on sam ma refleksję?

Niektórzy rodzice – ale i psychologowie – mówią, że karne jeże, punkty czy nagrody są i tak o niebo lepsze niż to, co się w rodzinach czasem dzieje. Spotkałaś się z takim argumentem?

Dla mnie to jest cynizm i wyrachowanie. Pracowałam z różnymi rodzicami, również z takimi, których dzieci trafiały do domu dziecka, którzy stosowali przemoc, którzy sami byli bardzo zaniedbani jako dzieci. Dzięki temu mogę powiedzieć, że nie ma takich rodziców, którzy potrzebowaliby sposobów w rodzaju karnego jeżyka. Ja tym rodzicom mówiłam dokładnie to samo, co mówię teraz rodzicom, którzy przychodzą do mnie na konsultacje. Jeżeli powiem jakiejś mamie, że jej dziecko zachowuje się w określony sposób, bo jego mózg sobie nie daje rady z emocjami i że ona może go wtedy przytulić, to jest to równie proste rozwiązanie, jak ten karny jeż.

Chyba nawet łatwiejsze. Dzieci wcale nie chcą siedzieć na karnym jeżu…

Oczywiście, że dziecko nie chce siedzieć na karnym jeżu, krzesełku czy dywaniku, ponieważ odbiera to jako coś niemiłego i się przed tym broni. To jest naturalny odruch każdego człowieka, że jeżeli traktuje coś jako przykrość, to się broni, pokazuje, że tego nie chce.

Przychodzą rodzice, którzy mówią: „Pani mówi zupełnie inaczej niż poprzedni psychologowie, u których byliśmy”.

Często tak mówią i wtedy odpowiadam: „Tak, i dlatego jest szansa, że to pomoże”. Chodzi o to, żeby nie robić tego, co się robiło do tej pory, skoro to nie działa. Przychodzą do mnie rodzice, którzy byli już u kilku specjalistów proponujących im takie metody i mówią, że one nie działają.

Jak reagują rodzice, którzy pierwszy raz słyszą o tym, że warto zrezygnować z karcenia i nagradzania?

Jestem w trochę luksusowej sytuacji, bo przychodzą do mnie tacy rodzice, dla których nie jest to nowe. A ci, którzy jeszcze o tym nie słyszeli, przychodzą dlatego, że bardzo potrzebują pomocy i chcieliby spróbować czegoś nowego. Oni nie zawsze wiedzą, co dokładnie nie działa, który element można zmienić, czym zastąpić i dopiero jak ich pytam: „Czy te kary działają?”, to dostrzegają, że nie. Oni oczekują, że podpowiem im, jak coś można robić inaczej. Chcę jednak zaznaczyć, że w ogóle nie naciskam, żeby oni zrobili to, co im mówię.

Ale często robią?

Jeśli tak zdecydują. Czasem wystarczy, że wyjaśnię im zachowanie dziecka, na przykład to, że ono nie robi czegoś specjalnie, ale że jest to działanie, które jest poza kontrolą dziecka, w związku z czym ono potrzebuje pomocy, a nie kary. Zdarza się, że dyskutujemy o konkretnych sytuacjach i w ogóle nie rozmawiamy na tym metapoziomie – czy karać, czy nie karać. Ja jestem po to, by pomóc rodzicom zrealizować ich cele, zajmuję się tym, co oni wnoszą. Jeżeli jest w tym coś, co im przeszkadza w osiągnięciu celu, to im o tym mówię. Ale jeśli coś jest w ogóle z ich celami niezwiązane, to nie mam potrzeby, żeby wszystkich rodziców zmieniać na rodziców bliskości. To nie na tym polega moja praca. Myślę, że tego powinno się uczyć na studiach – żeby psycholog nie upierał się przy zbawianiu świata i żeby nie uważał, że musi wszystkim pomóc. Ja sprzedaję pewną usługę i albo klient chce ją kupić, albo nie.

Rozmawiamy o konkretnej trudności i o tym, co można zrobić, żeby pomóc dziecku. Ważne jest dla mnie, aby oni czuli, że ja jestem dla nich. Bardzo jest mi trudno z psychologami i specjalistami, którzy publicznie mówią o swojej pracy z rodzicami w taki sposób, jakby stawali po stronie dziecka, w całkowitej kontrze do rodziców. Dla mnie traktowanie takiej sytuacji w kategoriach walki, kiedy przyjmuje się rolę tego, kto broni dziecka przed jego rodzicami, zupełnie nie ma sensu, bo to dziecko i tak spędza więcej czasu z rodzicami niż ze mną.

Poza tym, zakładając, że rodzice mają złą wolę, raczej trudno jest ich wspierać i z nimi pracować.

Tak, dlatego moim podstawowym celem jest to, żeby rodzice poczuli, że pomaga im to, co ja mówię, że daję im przestrzeń na autonomię. Pytam, co rodzice próbowali zrobić do tej pory, żeby zaradzić jakiejś sytuacji. Wtedy wiele się dowiaduję. Jeśli na przykład dziecko jest niepewne siebie, a rodzice starają się je dużo chwalić, to mówię, że z mojego doświadczenia wynika, że to nie do końca jest dobry sposób. Chwalenie powoduje bowiem u dziecka poczucie, że rodzice mają w stosunku do niego bardzo określone oczekiwania. W związku z tym dzieci unikają sytuacji, w których nie są pewne sukcesu, żeby nie zawieść tych oczekiwań. Wtedy pytam: „Co państwo na to, żeby zrezygnować z chwalenia, na przykład na tydzień?” i mówię, co mogą robić zamiast tego. Oni przychodzą po tygodniu i mówią, że już widać zmiany.

A co można zrobić zamiast chwalenia?

Uważnie przyjrzeć się temu, co dziecko zrobiło, zapytać, jak wpadło na taki pomysł. Ofiarować niewartościującą uwagę, towarzyszyć mu z autentycznym zainteresowaniem. To dotyczy sytuacji, w której dziecko przychodzi do rodziców z jakimś wytworem i oczekuje reakcji. Często widzimy jedynie, że dziecko jest z siebie zadowolone, że coś mu się udało, wtedy nie trzeba mówić nic. Mogą też powiedzieć: „Widzę, że to ci sprawiło wielką radość” albo „Ooo, chyba lubisz rysować”, albo „Dziękuję, że mi pomogłeś”. Czasem mówię rodzicom, że jeśli tak bardzo chcą się z kimś podzielić swoją radością, to żeby wysłali komuś SMS-a i się podzielili tym, jak wielką im radość sprawia patrzenie na własne dziecko.

4 PROPAGATORKA BLISKOŚCI

Wcale nie bezstresowo

Rodzicielstwu bliskości przypisuje się często bezstresowość. Czym właściwie jest to bezstresowe wychowanie? Potrafiłabyś podać jego definicję?

Nie ma takiej definicji, bo bezstresowe wychowanie nie istnieje. To nie jest możliwe, żeby ktokolwiek w życiu nie doświadczał stresu. Nie ma też rodziców, którzy nie stawialiby dzieciom żadnych granic, bo dzieci bez tych granic najpewniej zrobiłyby sobie krzywdę. Myślę, że ludzie mówią o bezstresowym wychowaniu wtedy, kiedy chcą powiedzieć, że ktoś „za miękko” wychowuje swoje dziecko, jest mniej stanowczy, konsekwentny, wymagający od nich. Rodzicielstwo bliskości bywa nazywane bezstresowym wychowaniem, bo rodzice, którzy wychowują dzieci w tym nurcie, nie sprawiają dziecku celowo przykrości, nie sprawują nad nim władzy.

Czyli ta bezstresowość ma polegać na braku nadmiernej kontroli i niestosowaniu kar?

Chyba właśnie w tym rzecz. Uważam jednak, że w rodzicielstwie bliskości rodzice wcale nie chcą chronić dzieci przed różnymi stresami, które one napotykają na drodze. Zamiast tego wspierają je w przezwyciężaniu trudności i uczą, jak sobie z nimi radzić. Bardzo powszechne jest przekonanie, że w życiu jest ważne tylko to, by było miło i przyjemnie, czyli żeby przeżywać jak najmniej trudnych uczuć, żeby być szczęśliwym. Rodzice, którzy unikają trudnych doświadczeń i uczuć, zastanawiają się, jak sprawić, żeby ich dzieci nie przeżywały porażek, złości, smutku i nie wchodziły w konflikty z innymi.

Wychodzi na to, że to właśnie tradycyjne wychowanie ma czasem na celu zredukowanie przykrych doznań?

Tak, chociaż w każdej rodzinie jest pewnie inaczej. Jest część rodziców, którzy nawet głód uważają za tak przykre doznanie, że chcieliby, żeby dziecko go nie odczuwało. W związku z tym mówią mu, że powinno zjeść, zanim ono zdąży poczuć, że jest głodne. Podobnie jest z emocjami. Nie chodzi przecież o to, żeby dziecko wychować tak, aby ono nie odczuwało trudnych emocji, ale o to, by nauczyło się je obsługiwać. Ale w tym celu wystarczą emocje, które wynikają z normalnego, codziennego życia. Nie trzeba dzieci straszyć ani doprowadzać do szału.

Czemu uważasz, że nie warto chronić dzieci przed przeżywaniem trudnych emocji?

Emocje są ważnym sygnałem, więc nie chodzi o to, by ten sygnał stłumić, ale o to, by on był skuteczny. To jest właśnie ten aspekt bezstresowego ponoć wychowania, który ukazuje, że ono nie jest wcale takie bezstresowe. Bardzo często jest tak, że rodzice wybierają rozwiązanie, które ma rzekomo dziecku oszczędzić stresu, a ja radzę, żeby tego nie robili. Uważam, że lepiej wprost powiedzieć: „Nie. Nie chcę kupić ci ciastek”, zamiast mówić, że ich nie ma, tak jak lepiej przyznać, że chomik nie żyje, zamiast mówić, że uciekł, albo kupować po kryjomu nowego.

Złości cię, kiedy słyszysz, że to, co propagujesz, to bezstresowe wychowanie?

W ogóle nie lubię tego określenia, dlatego że ono utrudnia rodzicom kontakt z dziećmi. Kiedyś nawet, po przeczytaniu artykułu na ten temat, zdecydowałam się wysłać do redakcji artykuł polemiczny. Bezstresowe wychowanie to takie hasło, które odwołuje się do prostych instynktów. Kiedy ludzie rozważają to, czy jakiś sposób wychowania jest stresowy czy bezstresowy, to od razu wyłącza im się logiczne myślenie. Widać to na przykład w dyskusji na temat spania z dziećmi. Jeden z zarzutów w stosunku do rodziców śpiących z dziećmi jest taki, że są za leniwi i za bardzo ułatwiają sobie życie. Drugi zarzut natomiast brzmi: „Nie wiem, jak można spać z dzieckiem, przecież wtedy nie można się wyspać. To musi być męczarnia i niepotrzebne poświęcenie”. Z rodzicielstwem bliskości jest tak samo. Z jednej strony mówi się, że rodzice, którzy tak wychowują dzieci, męczą się, poświęcają, a z drugiej strony zarzuca im się, że kierują się tylko wygodą i wychowują bezstresowo, bo nie chce im się być konsekwentnymi.

To wynika chyba z tego, że stereotypy dotyczące wychowania są tak silnie zakorzenione w naszej kulturze, że trudno uwierzyć, że można obejść się karcenia i nagradzania, że można podążać za potrzebami dziecka i wcale się go nie rozpieszcza.

Niektórym trudno jest też przyjąć kwestię wybaczania dziecku tego, co zrobiło, bez obciążania go konsekwencjami i bez prawienia kazań. Czyli to, że kiedy dziecko zrobi coś niefajnego, to można mu nie odpłacać tą samą monetą, tylko wybaczyć i zapomnieć. To jest takie wczesnodziecięce poczucie sprawiedliwości, które wielu ludziom zostaje na całe życie. Dlaczego jak on zrobił coś złego, to ja mam zrobić dla niego coś dobrego? Dziwi mnie powszechność takiego wzorca myślenia, bo według mnie to, żeby nie odpłacać „złem za zło”, ale wybaczać, jest głęboko chrześcijańskie.

Przychodzą do ciebie rodzice, którzy chcieliby, by dziecko przestało się złościć, smucić, płakać?

Zdarza się, że tak. Zazwyczaj podczas konsultacji z rodzicami zadaję im pytanie: „Jaki na dzisiaj mamy cel, nad czym będziemy pracować?”. W odpowiedzi słyszę czasem: „Chciałabym, żeby moje dziecko przestało się wciąż złościć” albo „Chcę, żeby nigdy nikogo nie skrzywdziło”. Niestety, od razu mogę powiedzieć, że na pewno kogoś skrzywdzi, bo tak jest w życiu, że czasami robimy innym ludziom przykrość. Nie da się też sprawić, żeby dziecko nie przeżywało złości, smutku czy frustracji. Zdrowa konstrukcja psychiczna nie polega na tym, że nie przeżywa się emocji, ale na tym, że jest się w stanie sobie z nimi poradzić, że człowiek wie, skąd te emocje się wzięły i czego są sygnałem.

To jest tak, jak z niezależnością i samodzielnością. One nie polegają na tym, że radzisz sobie ze wszystkim sama, ale na tym, że potrafisz sobie samodzielnie zorganizować pomoc. To wiąże się również z umiejętnością przyznawania się do tego, że jest nam z czymś trudno. Dla mnie to jest coś, co w rodzicielstwie bliskości uważam za bardzo cenne, a z czym ludzie mają czasem kłopot. Mam na myśli to, że przy takim podejściu nie uczy się dziecka, by radziło sobie samo, ale by umiało prosić o pomoc, kiedy tego potrzebuje. Jak mamy małe dziecko, to oznacza, że ono będzie prosić o pomoc, kiedy samo uważa, że potrzebuje pomocy, a nie wtedy, kiedy tak uważają dorośli.

Rodzice i nauczyciele obawiają się często, że jeśli nauczą dziecko prosić o pomoc, to ono w ogóle nie będzie chciało robić nic samodzielnie…

To jest niemożliwe. Potrzeba rozwoju i samodzielności jest czymś naturalnym, dlatego rozwój postępuje, gdy dziecko osiąga dojrzałość do kolejnych umiejętności. Innym przekonaniem, z którym się często spotykam, jest to, że ważne jest, aby reagować na każde zachowanie dziecka. Jest takie oczekiwanie, że jeśli dziecko coś robi, to i rodzic powinien coś zrobić. Czasami lepiej jest jednak przez chwilę powstrzymać się od reagowania, usiąść na własnych dłoniach i zdecydować, czy jest w ogóle potrzeba, by cokolwiek robić.

Zdarza się, że dzieciom, które są wychowywane bez kar i nagród, trudno jest odnaleźć się w sytuacjach, w których się z nimi spotyka ze strony innych dorosłych.

Tak, czasem dzieci spotykają się z takimi praktykami w szkole czy w przedszkolu. Jedno dziecko lepiej sobie poradzi z takim tradycyjnym modelem wychowania, inne w takiej sytuacji zaczynają walczyć albo wycofują się.

Czemu tak jest?

To kwestia indywidualnych uwarunkowań i temperamentu. Są dzieci, które się łatwiej niż inne nagina i kształtuje. Warto jednak wiedzieć, że to nie zawsze jest dla nich dobre. Czasem rozmawiam z rodzicami i słyszę od nich: „Widzę, że ona się dostosowuje i poddaje, ale wiem, że to nie jest w zgodzie z nią. Widzę, że ponosi koszt tego podporządkowania”. Nie chodzi tu o dostosowywanie się w myśl zasady „nie rób tego, co tobie niemiłe”, tylko o to, że ktoś mówi dziecku, co ono ma lubić, co ma robić, co ma je ciekawić. Takie dostosowywanie się prowadzi do tego, że dziecko nie dba o siebie i swoje potrzeby, tylko nagina się do oczekiwań dorosłych. Koszt, jaki to dziecko poniesie, zależy od tego, czy to się zdarza incydentalnie, czy też jest to sytuacja, która trwa cały czas. Bo jeśli jest tak często, to w efekcie ono zaczyna zaprzeczać własnym potrzebom – po to, żeby ktoś inny był zadowolony. Dobrze więc, żeby chociaż w domu dziecko miało przestrzeń, w której czuje, że nie musi się dopasowywać wbrew sobie, ale w której może zadbać o siebie. Uważam, że rolą dorosłego jest właśnie uważne rozpoznawanie tego, gdzie podąża serce dziecka, żeby mu pomóc w tym, co teraz będzie chętnie rozwijało.

A jeśli takiej przestrzeni zabraknie, to jakie mogą być tego konsekwencje?

Są ludzie, którzy mają w dorosłym życiu trudności z powodu tego, że po trochu, powoli, subtelnie zaprzeczali samym sobie. Robili różne rzeczy nie dlatego, że taką podejmowali decyzję, tylko dlatego, że rezygnowali z czegoś, co jest dla nich ważne. Henry David Thoreau pisze: „Większość ludzi żyje w cichej rozpaczy”. Taki przekaz kulturowy, w myśl którego dla dobra innych trzeba rezygnować z tego, co jest ważne dla nas, w ogóle jest bardzo silny.

Masz na myśli taki przekaz, że rezygnacja z własnych potrzeb jest chlubna?

Tak, że dobrze jest się poświęcać. U podstaw takiego sposobu myślenia leży przekonanie, że potrzeby ludzi są zawsze w konflikcie.

A poświęcanie dla członków rodziny to już w ogóle niepisany obowiązek, zwłaszcza matek.

To zależy pewnie od rodziny. Są takie, gdzie wszyscy rezygnują z siebie, poświęcają się i w efekcie nikomu nie jest dobrze. Są też rodziny, których członkowie troszczą się o siebie samych, ale i o siebie nawzajem. Dopiero wtedy wszyscy mogą być spełnieni. Zdarza mi się czasem usłyszeć, że ktoś uważa, że rodzicielstwo bliskości zniszczyło jego życie… Albo że się nie sprawdziło.

To brzmi trochę, jakby ktoś je stosował na siłę.

Trochę to tak brzmi. Myślę, że rodzicielstwo bliskości ma sens wtedy, kiedy jest pewnym stylem życia i podejściem do wszystkiego, co się robi, a nie tylko sposobem, w jaki realizujemy relację z dzieckiem. Myślę też, że ma większe szanse powodzenia wtedy, kiedy ludzie zaczynają od siebie – uczą się dbać o siebie, rozpoznawać własne potrzeby, wybaczać sobie i leczyć się z poczucia winy – niż kiedy skupiają się na zaspokajaniu wszystkich potrzeb dziecka lub dzieci, czy na stosowaniu absolutnie wszystkich narzędzi rodzicielstwa bliskości, o jakich się dowiedzą, bez względu na to, czy im to służy.

5 WSPÓLNOTA

Często mówisz, że do wychowania dzieci potrzebna jest cała wioska. Mam wrażenie, że chodzi ci o grupę ludzi, którzy w podobny sposób patrzą na rodzicielstwo i przez to są dla nas wsparciem. Nie każdy ma szczęście mieć wokół siebie takich znajomych. Wielu bliskościowych rodziców czuje się wyobcowanych. Co wtedy? W pojedynkę nie da rady?

Nasza kultura mówi nam, że damy radę i w pojedynkę, a nawet, czasem, że liczy się tylko to, co w pojedynkę. Powszechne jest przekonanie, że jak człowiek potrzebuje pomocy, to znaczy, że jest słaby. Tymczasem dojrzałość nie oznacza niezależności, tylko umiejętność tworzenia wzajemności i współzależności.

Rodzicielstwo jest trochę jednokierunkowe. Rodzice zaspokajają dużo więcej potrzeb dziecka niż ono ich. I tak powinno być. Tylko potem ten rodzic potrzebuje gdzieś naładować swoje akumulatory. Poczuć się zauważony, wysłuchany, akceptowany. Do tego wszyscy potrzebujemy innych ludzi. Dlatego staram się dużo mówić o tym, że trzeba sobie tworzyć społeczność, która będzie wspierać nasze rodzicielstwo. Dla wielu ludzi jest to trudne i ta trudność wynika z naszego wychowania. Wiele osób pyta mnie, trochę tak jak ty, czy tego się nie da ominąć. No więc się nie da.

To widać na wakacjach dla rodziców, które organizujemy z Moniką Szczepanik – jak wiele trudności przestaje być problemem, kiedy jest wokół nas wspierająca społeczność. Nikt się nie stresuje, co inni pomyślą o tym, że jego dziecko płacze albo ma gorszy dzień. Bo nikt się nie dziwi, co najwyżej ktoś zapyta, czy potrzeba pomocy. Dzieci już po kilku dniach uczą się, że można poprosić o pomoc każd go dorosłego albo starsze dziecko, i coraz częściej z tego korzystają. Wszystkie dzieci traktowane są jako skarb i zasób, a nie jako kłopot. Dodatkowo, kiedy rodzicowi zdarza się jakiś trudniejszy moment, to ma wokół siebie innych ludzi, którzy z uwagą słuchają, starają się nie oceniać, czasem pomogą zrozumieć, o co chodzi, coś podpowiedzą. Można płakać, wygłupiać się. Można być sobą i dobrze się z tym czuć. To cudowny czas. Dzieci mogą się brudzić, moczyć, mogą mieć wolność większą niż na co dzień, obdarzane są zaufaniem. Dorośli też trochę uczą się od dzieci, jak się wyluzować. Kiedy pada ulewny deszcz, na tarasie robi się atmosfera pikniku, a potem wszyscy ślizgają się w błocie albo wchodzą do basenu w samych majtkach. Kiedy pięcioro dzieci biega w samych majtkach i chlapie się w błocie, to bardzo trudno jest nie powiedzieć swojemu dziecku: „Ok, idź też z nimi”, chociaż wcześniej by się na taki pomysł nie wpadło. Znajdujesz się wtedy po prostu w innym środowisku, w którym pewne rzeczy, których do tej pory pilnowałaś, nie są kontrolowane. Mam tu na myśli na przykład taką atmosferę, w której wszystkie dzieci jedzą tyle, ile chcą. Dla wielu rodziców to jest nowość.

I jak oni się wtedy czują?

Zasadnicza jest chyba taka refleksja, że te dzieci też żyją, a zaraz potem druga: że jedzą, chociaż nikt nad nimi nie stoi. Tworzy się nastrój wakacji, luzu i kiedy widzisz, że to twojemu dziecku i waszej relacji służy, to zastanawiasz się, czy musisz potem wracać do tych starych nawyków, czy nie możesz części tej kontroli odpuścić. Wyjątkowe jest też to, że podczas takich wyjazdów rodzic ma duże zaplecze, jeśli chodzi o możliwość uzyskania pomocy, dlatego sytuacje, w których on traci cierpliwość i zaczyna krzyczeć albo czuje się bezradny, znacznie rzadziej się zdarzają. W takiej wspólnocie natychmiast znajdzie się obok niego ktoś, kto jest gotów go wesprzeć, na chwilę przejąć płaczące dziecko albo rodzica podtrzymać na duchu. Nie frustrujesz się w samotności, nie nakręcasz, nie wściekasz. Oczywiście, że wydarzają się też trudne sytuacje, ale dzięki wspólnocie jest ich z pewnością dużo mniej.

Jak taką społeczność budować w codziennym życiu?

Moja społeczność na przykład jest rozsiana po całej Polsce. Mam z nią kontakt głównie przez internet czy telefon. Czasem widujemy się na różnych warsztatach czy szkoleniach. Ale wiem, że kiedy dzieje się w moim życiu coś trudnego, to mogę liczyć na pomoc i zainteresowanie. Z wzajemnością. To są przeważnie ci ludzie, którzy organizują warsztaty w poszczególnych miastach Polski, zajmują się rodzicielstwem bliskości, wspierają rodziców. Przy okazji warsztatów zawiązują się bardzo cenne dla mnie relacje. Korzystam z życzliwości tych osób, często z noclegu. Kiedy cały dzień prowadzę zajęcia, to nie za bardzo mam siłę, żebym w obcym mieście mogła o siebie zadbać. To jest bardzo miłe, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zatroszczy się o to, żebym była najedzona, miała nocleg, towarzystwo. Całodzienne warsztaty kosztują mnie bardzo wiele emocjonalnie, więc potem często jestem w roli gościa i jest mi z tym bardzo dobrze i bezpiecznie. W całej Polsce jest mnóstwo przedsięwzięć i osób, które działają na rzecz rodziców i propagują rodzicielstwo bliskości. Ważnym momentem w roku jest dla mnie Konferencja Bliskości, kiedy zjeżdżają się osoby z całej Polski, którym takie rodzicielstwo jest bliskie. To jest taki rodzaj rodzicielstwa, który tworzy klimat społeczności. Relacje między dorosłymi, pełne szacunku, odzwierciedlają to, jakie mają być relacje między rodzicami i dziećmi. Dla mnie budowanie własnej wioski to kwestia szanowania i pielęgnowania tych relacji, które się ma. I odwagi odsłonięcia się, powiedzenia: „Czasem jest mi trudno”. Uważnego posłuchania tego, co drugi człowiek mówi. Wtedy to się buduje. Warto rozglądać się dookoła za ludźmi, dla których te same wartości są ważne, którzy w podobny sposób myślą o dzieciach i w ogóle doceniać relacje.

Czy nie wystarczy partner? To też pewna wspólnota?

Zdarza się, że potrzebujemy porozmawiać z kimś innym niż z partnerem, właśnie po to, by móc z nim dalej tę wspólnotę budować. Czasem mamy problem, a osoba, której ta sytuacja dotyczy, nie chce tego usłyszeć albo zachowuje się w określony sposób, bo jest coś, co jest dla niej bardzo trudne i bolesne. Wtedy nie jest gotowa słuchać o naszych kłopotach, bo ma swoje. Tworzy się taka przepychanka – kto kogo pierwszy wysłucha i zrozumie. Kiedy człowiek z kimś porozmawia i poradzi sobie ze swoimi emocjami i z tym, co się w nim dzieje, to jest mu łatwiej usłyszeć drugą osobę, w tym wypadku swojego partnera. Kiedy ludzie mają trudne lub konfliktowe sytuacje między sobą, a zdarza się to w każdej relacji, to może im pomóc rozmowa z kimś trzecim.

Czyli to nie jest dobry pomysł, by ta wspólnota z partnerem była bardzo hermetyczna, bo zdarzają się sytuacje, w których jedno z nas musi najpierw o siebie zadbać, pozwolić sobie na to, by jego uczucia i potrzeby wybrzmiały?

To jest też ważne w sytuacjach, kiedy obojga partnerów dotykają jakieś poważne życiowe trudności, na przykład choroba dziecka albo utrata pracy. Oczywiście, oni też próbują się nawzajem wspierać, tylko w takich okolicznościach nie za bardzo wiadomo, kto ma kogo wspierać. Wtedy też lepiej poszukać pomocy z zewnątrz, relacji, w której autentycznie można powiedzieć: „Teraz potrzebuję zadbać tylko o siebie”.

Nie masz wrażenia, że to trudne, bo niektórzy partnerzy upatrywaliby w tym nielojalności?

Lojalność polega według mnie również na tym, żeby dla dobra relacji najpierw zrobić porządek ze sobą i zadbać o to, co się dzieje we mnie. Nie wiem, skąd bierze się to przekonanie, ale widzę, że tworzenie takiej hermetycznej wspólnoty: rodzice plus dzieci i nikogo wokół, rodzi ryzyko dla realizacji potrzeb poszczególnych osób. Ludzie bardzo się spalają w układach, kiedy stawiają sobie oczekiwania, że wszystkie potrzeby zaspokoją w tym najbliższym gronie.

Czyli w takiej wspólnocie potrzebna jest wolność i otwartość na innych?

Tak, dla dobra wszystkich. Wtedy partner może wybrać, czy chce i może w danym momencie tę drugą osobę wesprzeć. Jeśli mąż jest jedynym powiernikiem kobiety, to znajduje się w trudnej sytuacji, w której nie ma właściwie wyboru, żadnej przestrzeni. Dostaje komunikat: „Musisz mnie wspierać, bo ja nie mam nikogo innego oprócz ciebie”.

Mówisz o jakiejś skrajnej sytuacji…

Mówię o sytuacji, wcale nie tak rzadkiej, w której kobieta nie może chodzić na basen albo robić tego, na co ma ochotę, bo to zostanie odebrane jako nielojalność. Albo o sytuacji, w której ona płacze i mówi: „Jest mi smutno, MUSISZ mnie przytulić i MUSISZ to zrobić teraz, natychmiast, bo ja ciebie potrzebuję i nie dam sobie bez ciebie rady”. A facet ma ochotę uciec, bo trudno mu, kiedy słyszy „MUSISZ”. Kiedy dziecko kieruje takie słowa do dorosłego, to jednak jest łatwiejsze, chociaż też nie dla wszystkich. Niektórzy czują się tym osaczeni, że ich dziecko tak mocno ich potrzebuje.

Masz na myśli dzieci wymagające, tak zwane high–need babies?

Takie wrażliwe dzieci to jedna grupa. One się takie rodzą. Kiedy rodzic nauczy się, jakie są optymalne warunki dla takiego dziecka, to odkrywa, że ono może bardzo dobrze funkcjonować, choć rzeczywiście w dość wąskim obszarze. Są jednak też inne sytuacje. Im bardziej rodzic pokazuje dziecku, że nie zawsze chce mu pomóc, tym bardziej dziecko robi się niespokojne i tym częściej sprawdza, czy może liczyć na to, że jego potrzeby zostaną dostrzeżone i zaspokojone. To jest taki schemat lękowego przywiązania: „Lepiej będę się trzymać twojej nogi i na zapas mówić, jak strasznie mi jest źle bez ciebie, żebyś ty na pewno to odczytała”. Takie dzieci boją się, że jak będą się zachowywały w bardziej stonowany sposób, to nie zostaną potraktowane poważnie.

Agnieszka Stein jest jedną z najbardziej inspirujących postaci polskiej psychologii. Pracując od kilkunastu lat z rodzicami, zjednała sobie liczne grono czytelników i słuchaczy. Dotychczas wydane książki – „Dziecko z bliska” i „Dziecko z bliska idzie w świat” – doczekały się kilku dodruków i rozeszły w wielotysięcznych nakładach. Jej blog i fanpage śledzi stale rosnąca liczba osób, a ona sama połowę roku spędza w podróży po Polsce i Europie, prowadząc warsztaty dla rodziców i szkolenia dla profesjonalistów.

Zanim jednak Agnieszka Stein stała się dla tysięcy osób autorytetem i otworzyła szeroko drzwi Rodzicielstwu Bliskości w Polsce, przeszła długą drogę – od młodej dziewczyny zainteresowanej naukami ścisłymi i nienawidzącej pisać, przez początkującą matkę wychowującą dziecko na wsi, aż do siebie dzisiaj. „Potrzebna cała wioska” to pasjonująca relacja z tej podróży. W szczerej rozmowie z Małgorzatą Stańczyk, psychologiem z wykształcenia, dziennikarką i matką zafascynowaną Rodzicielstwem Bliskości, Agnieszka Stein mówi o zmianach, jakie zaszły w niej jako matce, kobiecie i specjalistce pod wpływem doświadczeń, lektur oraz spotykanych po drodze ludzi – zarówno uznanych autorytetów, jak i zwykłych rodziców.

Mądre książki dla mądrych rodziców

www.mamania.pl