Porachunki osobiste - Leopold Tyrmand - ebook + książka

Porachunki osobiste ebook

Leopold Tyrmand

2,5

Opis

 

Z usposobienia Tyrmand był pamflecistą, z talentu i warsztatu - pisarzem własnego, niezapożyczonego od nikogo stylu. Porachunki osobiste, pisane plastycznym i barwnym językiem, ze swadą i znajomością rzeczy opisujące zarówno losy Tyrmanda, jak i warszawskie środowisko literackie, wywołały szeroki oddźwięk. Był to klasyczny tekst rozrachunkowy, w którym autor, jak to zresztą bez ogródek zapowiadał w tytule, rozliczał się z grupą, w Warszawie będącą mu solą w oku - inteligencją twórczą, we wczesnych latach 50. artystyczną awangardą stalinizmu, później jednym z podstawowych motorów moralnego fermentu i przełomu Października 56. Tyrmand uważał to środowisko za niemal bez wyjątku przeżarte moralną korozją, cyniczne i koniunkturalne, przeciwstawiał mu swoją niezłomność w latach stalinowskich. Identyczne tezy eksponowało Życie towarzyskie i uczuciowe, powieść z jasno czytelnym kluczem, wydane nakładem Instytutu Literackiego w Paryżu latem 1967.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 376

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,5 (2 oceny)
0
0
1
1
0

Popularność




Okładka

Karta tytułowa

…W ten sposób okazujesz, Sanczo – odparł Don Kichot –że jesteś prawdziwym prostakiem i jednym z tych, którzy mówią: niech żyje silniejszy!…

Cervantes

PORACHUNKI OSOBISTE

I

W drugiej części życia postanowiłem zająć się więcej ideami niż ludźmi. Dotąd postępowałem odwrotnie i nie przyniosło mi to niczego, poza przekonaniem o wszechobecnej niesprawiedliwości. Spotykałem w końcu ogromne ilości ludzi w życiu, w większości jednak okazywali się po jakimś czasie nie tacy jak należy. Co to znaczy „taki jak należy” albo, „jak trzeba”, dobrze nie wiem; w Polsce posługujemy się różnymi normami moralnymi, na przykład: „on jest w porządku”, albo: „on nie jest coś taki”, albo: „ty już wiesz”, którymi trudno jest operować w ramach precyzyjniej opracowanych etyk. Ale ja – zastrzegam się od razu – mogę nie mieć racji. W dzieciństwie naczytałem się mnóstwa książek, z których wynikało, że dobro zawsze zwycięża. Nie okazały się one pożytecznym przygotowaniem do tego, co dalej, bo dalej okazuje się, że przeważnie zwycięża dość obiektywne zło. Postanowiłem więc zamknąć ten okres, poddając pod publiczną rozwagę moje ułomne opinie.

Generał/minister Moczar sądzi zapewne, że nie wracam do Polski („prysnąłem”, „dałem dęba” ew. „nogę”), albowiem na przełomie 1965 roku zdecydował o wydaniu mi paszportu zagranicznego. Chyba nie pomyśli, że uczyniłem to, gdyż przez 7 lat nie dawał mi tegoż paszportu bez żadnych powodów do niedawania. Gdybym dostał paszport w 1958, 1960, 1961, 1962, 1963, 1964 – są to pełne daty mego kalwaryjskiego pisania podań, listów, pism, wniosków, formularzy, czekania, telefonowania, antyszambrowania i szukania tzw. dojść – wyjechał i załatwił swoje sprawy, nie zostałbym nigdy na tymże (excusez-le mot) Zachodzie, bo wiem dobrze, gdzie moje miejsce i dokąd serce moje jest przynależne – jak mawiają żołnierze w starych piosenkach. W 1963 jednak, po tak długim niedostawaniu, doszedłem do wniosku, że znajduję się w więzieniu. Logicznie więc ktoś, kto ma dowody na to, że siedzi w pudle, jak mu rozewrą bramę, stara się odbić jak najdalej i już nigdy nie wrócić.

Można zakwestionować prawidłowość moich wniosków i rzec: Polska nie jest więzieniem, miałem bowiem prawo udania się do Krakowa bez przepustki. Mnie się jednak wydaje, że przestrzeń zamknięta, na której panuje przemoc silniejszych, jest więzieniem, choćby się nawet rozciągała od Bałtyku do Tatr. Można także dodać, że miałem samochód, ładne mieszkanie, a wokół siebie interesujących ludzi i świetne dziewczyny, ale to nie jest poważny argument. W pewnych amerykańskich więzieniach stopa życiowa osiąga wyżyny zaplanowane w komunizmie na drugą połowę XXI wieku, faceci mają tam własne apartamenty, kino, tenisa, owoce południowe i old spice po goleniu, nie mówiąc o drobiazgach, jak 5 posiłków dziennie i telewizja. Mimo to każdy lokator zmyłby się od razu, gdyby tylko mógł, nawet mając w perspektywie poniewierkę po ławkach w parku. Więzienie, zwłaszcza w totalizmach, polega przede wszystkim na strachu, że mogą ze mną zrobić, co chcą, a ja nie mogę nic, ani bronić się, ani argumentować, ani uciekać. Przebywałem kiedyś w Wilnie na Łukiszkach; byłem młody, siedziało mi się znakomicie, gdyż walka o jakieś święte sprawy wydawała mi się jeszcze wartością samą w sobie, ale wybuchł tam tyfus i zrozumiałem, jak bardzo odmówioną mam szansę ratunku, ja, ubezwłasnowolniony. Nigdy nie zapomnę tego strachu i coś z niego snuło mi się po duszy, kiedy po miesiącach upokarzających wysiłków przyjęty zostałem w 1959 przez tow. Alstera, ówczesnego wiceministra bezpieczeństwa i głównego od paszportów. Powiedziałem mu, że od dwóch lat moje podania, prośby i błagania pozostają bez odpowiedzi, że wokół mnie biała, kafkowska ściana, że ja już nawet nie chcę paszportu, tylko chcę wiedzieć dlaczego? Alster zamyślił się głęboko, po czym rzekł: – Nie ma żadnych przyczyn, dla których nie miałby pan otrzymać paszportu. – Ja: – To dlaczego go nie dostaję? – On: – Bo nam się pan nie podoba. – I dodał. – Ale ja panu dam. Tylko mi pan przyrzeknie, że nie będzie pan udzielał za granicą wywiadów. – Przyrzekłem i nazajutrz już miałem, pojechałem do Londynu i nie udzieliłem żadnego wywiadu, mimo że kuszono mnie zapłatą o sile nabywczej licznych par butów. Wróciłem po miesiącu, dumny z dotrzymanego przyrzeczenia. W następnym roku wystąpiłem znów o paszport. Nie dostałem już nigdy ani odpowiedzi, ani paszportu. W międzyczasie bowiem Alstera wykopano, a na jego miejsce przyszedł Moczar. Okazało się, że moja sprawa nie ma nic wspólnego z konstytucją, wszystko zaś z tak zwaną łaską możnych.

Od stuleci przywykliśmy nazywać tragedią pewne rozwiązania eschatologiczne, toteż fakt, że ktoś nie może wyjechać za granicę, do tego pojęcia nie przylega. Lecz elementy tragedii poddane są historycznym przewartościowaniom i nowa nieuchronność katastrof, supersoniczna zemsta losu czy cybernetyczny fatalizm mogą wstrząsać charakterami i łamać moralność nie gorzej od mojry Edypa. Mogę wyobrazić sobie dramat o mieszkańcu (słowo „obywatel” nie pasuje tu z natury rzeczy) kraju rządzonego przez komunistów, w którym odmowa paszportu prowadziłaby do wydarzeń równie krwawych i nieodwracalnych jak u Szekspira. Za każdym razem, gdy nie dostawałem – a nie dostawałem codziennie przez 7 lat, każdy bowiem mój dzień wypełniony był wysiłkiem, aby go otrzymać – siadywałem w moim niebieskim fotelu i godzinami wpatrywałem się tępo w przestrzeń za oknem. Wyzbyty innych uczuć i myśli jak: dlaczego? Nie wiedziałem nic o swojej winie, a także nikt mi winy nie dowiódł, a mimo to byłem winny. Nie wiem, o co jestem oskarżony, co stwarza nieskończoność oskarżeń możliwych, targa więc mną niepokój, że nie mam pojęcia, za co mógłbym odpowiadać. Fakt, że mojej winy nie znam, nie stanowi o tym, że jej nie ma, lecz tylko votum nieufności dla tych, którzy o mojej winie wyrokują. Jestem winny, albowiem oni uznali moją winę, wniknijmy więc w ich bieg myśli, szukajmy sposobu ratunku, porozumienia, przekonania ich o mojej niewinności. Przecież musi być sposób, aby dowieść, że białe jest białe, a okrągłe, okrągłe. Musi być jakaś przyczyna, którą trzeba wykryć, nie może odpaść wszelkie rozumowanie, nawet wobec najgorszego durnia czy zbira. Wobec powyższego kilka tysięcy razy w ciągu roku dokonywałem drobiazgowej analizy problematyki paszportowej w komunizmie i mojego wypadku na jej tle.

Przed Październikiem paszporty na zachód otrzymywali w Polsce:

a) ludzie godni zaufania, a więc: wysocy urzędnicy, karierowicze z dyplomacji i handlu zagranicznego o wypróbowanej wierności (?), różna zawiesina partyjna i bezpartyjna na usługach tzw. cyrku Stalina, który załatwiał zjazdy intelektualistów, kongresy pokoju itp., paksowcy, marynarze, ubiacy do pilnowania ich wszystkich, oraz Jarosław Iwaszkiewicz i Jan Kott; b) ludzie niezbyt godni zaufania, ale których trzeba było choć raz pokazać, jak różni sportowcy, matematycy, kompozytorzy, zawsze skrupulatnie dobierani pod kątem pozostawionych rodzin, aby nie przyszło im coś do głowy; c) kilkaset osób, na 30 milionów w ciągu 10 lat, którzy po latach pisania podań i wysiadywania pod drzwiami dygnitarzy mogli się w końcu połączyć z żoną czy z ojcem zatrzymanym przez wojnę gdzie indziej; znam jednak wypadek, kiedy sparaliżowana staruszka, reklamowana z uporem przez syna w Kanadzie, otrzymała paszport w rok po swej śmierci.

99,99% narodu polskiego miało nakazane siedzieć na miejscu ustalonym przez Lecha, Czecha i Rusa. Oczywiście, należąc bez reszty do narodu, nawet przez myśl mi nie przebiegło za Stalina, abym mógł dokądkolwiek wyjechać. Nie było problemu, nie jechał nikt, nie jechałem ja i życie toczyło się kulawo pomiędzy Jastarnią a Zakopanem.

Pierwsze miesiące idylli komunistów z narodem, jeszcze przed Gomułką, polegały na tym, że urzędy zobowiązały się uroczyście do załatwiania i wydawania tego, co winny były zawsze załatwiać i wydawać. Ludzie zorientowali się w locie, że nastąpiła niepowtarzalna okazja, nagle wszyscy mieli krewnych w Anglii, zaproszenia z Francji, mężów we Włoszech; znalazły się dolary na przejazd, paszporty zaczęto dawać, Polacy jechali i nie wracali, ale komunizm nic sobie z tego nie robił, zhumanizował się i nie obrażał. Tak było przez 56 i 57. Po czym UB, pozbierawszy się po ciosach, doszło do wniosku, że jedną z najpotężniejszych broni w walce przeciw ludziom w zmodyfikowanych warunkach jest paszport. Odtąd przestał on być konstytucyjnie gwarantowanym dokumentem, stał się zaś przedmiotem kary lub nagrody. Wyglądało to nieco inaczej jak za stalinizmu, masowość obrotu była nieporównanie większa, ale dziwnym trafem najłatwiej otrzymywali paszport ci, którzy otrzymywali go bez trudu od Radkiewicza, najtrudniej zaś albo w ogóle nie – ci sami, którym wtedy nie wolno było o nim nawet marzyć.

Pod koniec 1956, sądząc po wydaniu ZŁEGO, że zostałem pełnoprawnym obywatelem, wystąpiłem o paszport. Ministerstwo Kultury w szale skruchy za to, co wyrabiało z takimi jak ja, przebąkiwało coś o stypendium; było to mydlenie oczu, takim jak ja nie dawano nic nigdy, ani przed, ani podczas, ani po Październiku, ale miałem już wydawców na Zachodzie, więc finansowo byłem uniezależniony od matactw tych dziwnych dygnitarzy-pasożytów żyjących z artystów – co, jak wiadomo, stanowi wyczyn dotąd nieznany w dziejach człowieka, albowiem zawsze artyści żyli z dygnitarzy. Paszport dostałem, wyjechałem i wróciłem w 1957. Już w następnym roku moje podanie o ponowny wyjazd pozostało bez odpowiedzi i wyjaśnień. I tak się zaczęło.

W komunizmie trzyma się człowieka w ciągłym stanie oskarżenia: niezapłacony rachunek za gaz nie jest po prostu niezapłaconym rachunkiem, lecz elementem ewentualnego procesu. Jeśli ktoś czegoś nie otrzymuje od urzędu, zaczyna szukać winy lub błędu, którymi mógłby być obciążony, nawet będąc niewinny jak noworodek, skrupulatny jak maszyna do liczenia i zdolny jak Lenin, albowiem komunistyczny urząd bytuje poza winą i błędem. Długoletni staż nakazał mi przeto zastanowienie się nad sobą: co oni myślą, że ja zrobiłem? Ewentualności było bez liku: ja nie musiałem „robić”, samo moje istnienie było nie takie, jak należy. Słowa Alstera uderzały w dziesiątkę. Za Stalina nie można było być otwartym antykomunistą, ale można było otwarcie i z własnej woli nie być komunistą (nie mieszać z „niekomunistami” z nakazu KC, doskonale z tego żyjącymi). Otwartość takiej postawy była odczynnikiem honoru i uczciwości wtedy, gdy nawet najodważniejsi starali się to ukryć. Zarówno moja praca w „Tygodniku Powszechnym”, jak i sposób ubierania i wygłaszane hojnie opinie ustawiały mnie na straconej pozycji, w 1958 było to jednak za mało do odmowy paszportu, w międzyczasie mnóstwo ludzi zaczęło ubierać się jak ja, słuchać jazzu i wygłaszać podobne do moich opinie, nawet Grzegorz Lasota i Stefan Staszewski. Ale przed rokiem skończyłem powieść na zamówienie „Czytelnika”: nazywała się Siedem dalekich rejsów i jeszcze w czasie pisania zakupił ją angielski wydawca. Maszynopis wysłałem tego samego dnia do „Czytelnika” i do Londynu. „Czytelnik” zapłacił i nie wydał: właśnie zaczynała się gomułkowska kontrreformacja, o książkach decydowała znowu żona ministra policji i niejaki tow. Werblan, którzy dopatrzyli się w tej książce pornografii i obrony inicjatywy prywatnej. Natomiast pan Michael Joseph w Londynie nie znał się na takich subtelnościach i wydrukował książkę. Zostałem więc wezwany do pana Galińskiego, który dopiero co nastał na posadę ministra kultury i sztuki: zażądał on wycofania książki od angielskiego wydawcy, pytany zaś przeze mnie o powód konfiskaty odparł, że jej bohaterowie dokonują pewnych nieprzyzwoitości (miał na myśli spółkowanie) na Ziemiach Odzyskanych, które powinny być rzeczą świętą dla każdego Polaka. Powiedziałem, że jeśli napiszę, p. Joseph uzna, że działam pod przymusem, i wyda ze specjalną banderolą, opisującą z lubością moje tortury w lochach UB, natomiast gdybym mógł pojechać do Londynu, to kto wie, ale właśnie chodzi o paszport, na co p. Galiński ochłódł i zobojętniał. Lata 58 i 59 miałem więc lżejsze, pewny byłem, że nie dostaję paszportu za karę, z powodu książki, która w końcu wyszła w Anglii, nie odniosła żadnego sukcesu i nie zwróciła niczyjej uwagi, gdyż była po prostu niedobra. Pociechę tę zdruzgotał Alster, człowiek szczery, lecz przewrotny; zapytany w czasie owej rozmowy, czy właśnie może ta książka, odparł prosto: – Te rzeczy nas nie interesują… – pogrążając mnie z powrotem w udręki relatywizmu. A więc co ich interesuje?

W Październiku oznajmiono nam również, że każdy urząd podlega kontroli, prostującej jego błędy. W ten sposób zaczęła się moja via dolorosa odwoławcza. Do rocznej ilości zignorowanych podań doszła zwielokrotniona liczba odwołań, albowiem prosi się jeden urząd, skargę zaś (lub jak mówię wrażliwsi: donos) można składać w wielu. U podłoża tej działalności tkwił zdrowy instynkt: życie w komunizmie pełne jest metafizyki, czyn nie pozostaje w korelacji do skutku, nigdy nic nie wiadomo, a potem okazuje się nagle, że wymykające się poznaniu wszech zależności produkuję fakty wolne od racjonalnych uzasadnień. W moim życiu sprawa paszportu przybrała charakter skrzyżowania pielgrzymki z misją. Musiałem dostać się do kogoś kompetentnego w dziedzinie odwołań, jak doradzali różni ludzie, obserwujący z zaciekawieniem mnie jako wijącego się za paszportem robaka. Wszak rozmowa z Alsterem dała raz niewytłumaczalną woltę w ich postawie, szukajmy przeto niewytłumaczalności gdzie indziej, jak Kubuś Puchatek, który nie mogąc trafić do domu, postanowił go nie szukać i dzięki temu go znalazł.

Jak dobrze my, ludzie oświeconego komunizmu, znamy poniżenia telefoniczne. Komuniści zastosowali telefon do spraw państwowych zgodnie z magiczną właściwością tego wynalazku: ponieważ kogoś nie widać, więc go nie ma. Telefon służy im do niebycia, kiedy przyzwoitość nakazuje być. Komunistyczna technika władzy skonstruowana jest na zasadzie unikania petenta, cała mądrość rządzenia polega na wytrawnym pomijaniu potrzeb rządzonych, tak aby nikt nie miał okazji do protestu. Unik jest maksymalnym osiągnięciem, wcieleniem administracyjnego geniuszu: komuniści wierzą święcie, że wznosi się na nim cała struktura stabilizacji i społecznego pokoju. Telefony więc wyglądały tak: – Czy jest dyrektor Roszak? – Sekretarka: A kto mówi?

– Ja: mówię nazwisko, ma zaś ono jeszcze wagę, było nie było co któryś tam człowiek czytał w Warszawie ZŁEGO. Sekretarka: – Proszę zaczekać… – i pyta dyrektora Roszaka, czy jest, który oczywiście mówi, że go nie ma, więc sekretarka w tubkę: – Nie ma dyrektora. – Na to ja: – A kiedy będzie? – Sekretarka: – Proszę zaczekać… – po czym, po chwili: – Nie powiedział, kiedy będzie… – co znaczy: powiedział, że nigdy go dla mnie nie będzie. W podobny sposób telefonowałem do KC PZPR codziennie przez wiele miesięcy.

Przyjął mnie wreszcie w imieniu Wydziału Kultury arogancki pijaczyna nazwiskiem Daniłowicz. Jako personalnik „Czytelnika” już w 1946 roku brał udział w wyrzucaniu mnie za nieprawomyślność z posady i z mieszkania na zlecenie Borejszy. Widocznie wryłem mu się w pamięć, bo potraktował mnie niebanalnie i tym razem. Na ogół instancje interwencyjne odznaczają się uprzejmością: komunizm jest tyranią bezosobową, gdzie nikt za nikogo ani za nic nie odpowiada, wobec tego można sobie pozwolić na każde przyrzeczenie i każdą nielojalność. Dygnitarze, u których interweniowałem dotąd, powtarzali: – Dlaczego pan u mnie nie był? Nic o tej sprawie nie wiem… – Kłamali, wiedzieli doskonale, a nie byłem, bo przez lata całe nie mogłem się do nich dostać. I zawsze coś przyrzekali, bo to nic nie kosztuje. Daniłowicz postąpił inaczej: dał mi do zrozumienia, że skoro UB odmawia, to widocznie wie, co robi, i w ten sposób wyłączył KC ze świętej wojny człowieka z urzędem.

Była to właściwie ostatnia instancja dla szeregowego Polaka: jak tam powiedzą nie, to mogiła. Ale dla mnie paszport był już obsesją. To już nie dotyczyło zmarnowanych przedsięwzięć na Zachodzie: angielska firma chcąca filmować ZŁEGO wycofała się, nie mogąc się doczekać mego przyjazdu, niemieccy i angielscy wydawcy znudzeni byli wysyłaniem daremnych zaproszeń. Wokół mnie, moje środowisko społeczne podróżowało bez przeszkód, odmowy paszportu bywały sporadyczne i przejściowe. Uporczywość mojej banicji nabierała cech odrażającej wyjątkowości. Opuszczała mnie równowaga: hierarchia mych celów i potrzeb przemieszczała się w sposób niebezpieczny dla higieny psychicznej. Już nie praca, dokonania, osiągnięcia i to wszystko, co stanowi o życiu normalnego człowieka, wyznaczały moją strefę działań. Chodziło o paszport. Rosła we mnie irracjonalna wiara w powiązanie paszportu z sensem istnienia; jak wtedy na Łukiszkach opanowywała mnie rozpacz zamknięcia: wierzyłem w jakieś niesprecyzowane ocalenie, gdybym tylko mógł przekroczyć ten absurdalny zakaz. Nakaz aktywności wiązał się dla mnie nierozerwalnie z paszportem: wydawało mi się, że czynna, twórcza postawa wobec własnego losu zależy od tego skrawka tektury. Los człowieka – rozumowałem – zdeterminowany jest przez gwarancję prostych form bytu, jak możność wchodzenia i wychodzenia, skąd się chce. Mój Boże – upewniałem się – ileż można zdziałać przez poruszanie się z miejsca na miejsce! Popadałem w zabobon: bałem się patrzeć na niemowlęta, aby mi się potem nie śniły, co mogłoby oznaczać nowe nieszczęścia w tej sprawie, o którą lękam się jak o chorą istotę. Usiłuję uprzedzić interwencję tysiąca znaków szczęścia i przesądu, zakląć je, unieszkodliwić ich przyczynę i skutek, jestem rozdygotany i bezbronny. Boję się wszystkiego wokoło: nieopatrznych słów, beztroskiego śmiechu, za który mógłbym być pokarany nową bezskutecznością wysiłków. Albowiem nie ustaję w wysiłkach, życie toczy się od audiencji do audiencji; przerwy są czasem wielomiesięczne, ale smak i sens życia daje mi wyłącznie czekanie na audiencję w Urzędzie Rady Ministrów, u sekretarza Kliszki, u dyrektora Biura Współpracy z Zagranicą, u prezesa Ligi Przyjaciół Żołnierza, którego zna ktoś ze Spatifu, kto powiedział mi, że on coś może, bo ma szwagra, który… Audiencje to potencjał nadziei, do każdej szlifuję argumenty – stalowe, nieodparte, błyszczące słusznością. No i czekam w kancelariach, sekretariatach, przedpokojach, na krzesłach, ławkach, fotelach, czytam stare numery „Przyjaźni” i „Kraju Rad”. Antyszambruję. Antyszambrowanie ma w komunizmie taką samą filozofię jak gdzie indziej, jest szkołą uczuć i instrumentem upodleń, źródłem upadków i wiedzy o sobie. Już nauczyłem się współżycia z białym, milczącym murem i z nieznośną myślą, że to, co stanowi dla innych 6 tygodni czekania, dla mnie jest nieosiągalnym marzeniem i urodą życia. Powoli upośledzenie przeradzało się w kalectwo: utykałem z braku paszportu. Stałem się postacią śmieszną, którą pędzą od siebie znajomi i sekretarki; na dźwięk mego nazwiska jęczały z pogardą: – Znów ten Tyrmand! Skaranie boskie… – Każdy nowo poznany, każde nazwisko w rozmowie odbija się od jedynej komórki światłoczułej mej świadomości: czy może pomóc? Czy zna kogoś, kto może? Wszystkich wokoło badam wzrokiem więźnia rozglądającego się za pilnikiem. Raz doznałem ataku histerycznej radości: przyszła odpowiedź odmowna na jedno z mych niezliczonych podań. Pospolity, szarawy druczek Milicji Obywatelskiej, informujący, że odpowiednie władze postanowiły nie wydać, uzasadniając decyzję paragrafem 4 ustawy o paszportach. §4 wyjaśniał zaś, że odpowiednie władze mają prawo do niewydania, o ile uznają to za wskazane.

Jerzy Putrament uchodzi w kraju i za granicą za egzekutora dyrektyw partii wobec literatury i pisarzy. Wygląda jak zagnany w nie swoją epokę ziemianin i wojskowy i tak się też zachowuje, takie ma cechy jego pisarstwo i działalność polityczno-społeczna. Subtelne zamyślenia nad dobrem i złem to nie z nim. W tym, co mówi i pisze, mnóstwo jest grubych uproszczeń, jest sangwinikiem, nie ma cierpliwości do ideowych przekomarzań. Ale chodzi po Warszawie wielu ludzi całkiem przeciwnego, niż on, autoramentu, którzy powtarzają: – Załatwił mi to Putrament. Putrament pomógł… – Putrament zaś nie ma żadnego interesu w pomaganiu bitym i kopanym: są to przeważnie ludzie myślący krańcowo różnie od niego i szczerze nim gardzący, o czym on wie. Jego pozycja w partii bynajmniej nie jest nienaruszalna, lecz w całokształcie polskiego komunizmu na tyle ustabilizowana, że nie potrzebuje podlizywać się nikomu. Po którymś tam z rzędu molestowaniu Putrament gdzieś tam zadzwonił, coś się nade mną kotłowało, po czym przyjął mnie „na rozmowę” wysoki urzędnik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nie wiem, czy był to człowiek mi życzliwy, ani nie wiem, czy chciał się posłużyć moją osobą dla własnych celów lub zużytkować moją sprawę w wewnętrznych rozgrywkach resortu. Wyglądał klasycznie, jak towarzysz z bezpieczeństwa z socrealistycznych filmów, był szorstki i niegłupi. Ponadto był naprawdę ważniak, z samego jądra dyspozycji, nie żaden z tych, co niby coś „mogą”, a naprawdę są w zaopatrzeniu. I powiedział mi, że:

po pierwsze: cudzoziemcy,

po drugie: Piasecki,

a po trzecie: – Wie pan, co to jest komisja? Nigdy w życiu pan nie dostanie, póki decyzja będzie kolegialna. Żeby pan był sama niewinność, to nikt o tym nie powie pierwszy. Nikt się nie wychyli i nie powie: „A tam, dać mu…”.

Miał cholerną rację. Nie tu miejsce na rozważania nad mistyką komisji w komunizmie, prawdopodobnie kluczowym zagadnieniem upadku całego systemu. Równie istotne były dwa pierwsze punkty. Bolesław Piasecki, mimo że minęły czasy, kiedy UB kołysało go i pieściło na łonie tow. Brystygierowej, ma poważne wpływy w tej instytucji. Mówi się, że Moczar go nie lubi, ale są w MSW jeszcze weterani wielkiej epoki, z którymi Piasecki ma się blisko i czule. Bolesław Piasecki zaś skazał mnie na karę śmierci. Tak, po prostu. Za artykuł, który o nim napisałem w Październiku. Piasecki i jego ludzie uprawiają sądy kapturowe, sporządzają listy proskrypcyjne swych przeciwników i jak mnie informował w przypływie alkoholowego miłosierdzia jeden z jego najbliższych przyjaciół, ja figuruję tam na całkiem poczesnym miejscu. Wystarczyło, aby ktoś z ludzi Piaseckiego w MSW siedział w odnośnej komisji, o której mówił ów wysoki funkcjonariusz; wzgardliwe: „Ja tam bym nie dawał…”, to dosyć, by reszta komisji skwapliwie przytaknęła za każdym razem i aby proskrybowany pozostał pod ręką.

Cudzoziemcy zaś stanowili problem delikatny i moralny. Wbrew pozorom, bo niby chodziło o koktajle, lunche i dinery u różnych ambasadorów i sekretarzy. Przez stalinizm życie dyplomatów zachodnich w Warszawie było ograniczone do własnego getta i urzędowych kontaktów. W 1955 ambasady otworzyły podwoje i zaczęły zapraszać. W Październiku pojawili się dziennikarze: nie pamiętam, kto z nich zaczął, dość, że podawali mój numer telefonu jeden drugiemu i w ciągu dwóch-trzech lat jadałem z kwiatem światowego dziennikarstwa obiady w Bristolu. Później przyszły przyjaźnie: wśród dyplomatów wielu było ludzi interesujących, przyzwoitych, inteligentnych, trudno było odtrącać ich osobistą sympatię ze względu na instynkt samozachowawczy poddanego w totalizmie. Bywanie i błyszczenie przeradzało się w postawę moralną. Znam ludzi, którzy nawet w Październiku odpowiadali odmownie na zaproszenia z okazji Święta 14 Lipca. Dla mnie były to sprawy godności: jeśli hotentocko-stalinowski system wyjaśniania świata widzi diabłów w zwykłych ludziach, byłoby upokarzającą małodusznością, gdybym się na to zgodził. Wiedziałem, że telefon jest na podsłuchu, ale jakże mogłem odpowiedzieć „nie”, pozwolić, aby zapraszający pomyślał, że sam się boję i zgadzam się na jego trędowatość: uwłaczało to w równym stopniu mnie, jak i jemu, czyniło z nas obu bezwolne kukły w czyichś brudnych rękach. Nie sądzę, ażebym kiedykolwiek przekazał jakiemuś cudzoziemcowi jakąś informację: opinie i dowcipy słyszane ode mnie mógł usłyszeć w każdym tramwaju, kładli mu je w uszy brylujący na każdym przyjęciu Schaffowie i Rakowscy. Zresztą w tym czasie bywał już w ambasadach cały warszawski establishment, nie byłem wyjątkiem, życie normalizowało się i komunistyczna demonologia przechodziła w sferę żartów. Mimo to ja płaciłem, na zasadzie absurdalnej, ubiackiej buchalterii.

Poza wskazaniem śladów rozmowa z ważnym funkcjonariuszem nie przyniosła niczego. Przewalały się lata czekania. Popadałem w dziwne stany, rządziły mną surrealistyczne skojarzenia. Roiłem sobie, na przykład, że ocalam życie Ochabowi, rozszalałe konie poniosły, coś w tym stylu. Ochab, jeden z tzw. przyzwoitszych, pyta mnie o jedyne życzenie, aby je mógł spełnić: mam na to przygotowaną odpowiedź, choć wiem, że jest to życzenie niebotyczne jak ręka królewny. Ale Ochab zaczyna działać, woła Moczara, żąda mojej teczki, a potem, gniewnie, wyjaśnień, skąd te prześladowania? I jeszcze gniewniej: żeby mi tu natychmiast była sprawiedliwość! Ja uśmiecham się z melancholią: wyobrażam sobie, jak cała Rakowiecka rzuca się do preparowania nowych przeciwko mnie dowodów, jak fabrykuje gorączkowo nowe dossier z nieistniejących faktów; ostatecznie, chłopcy muszą się jakoś bronić przed zarzutem nadużyć praworządności, a czyż jest lepsza obrona niż precyzyjniejsze jej nadużycie? Pracują bezbłędnie, tak że w końcu nawet życzliwy mi feudał Ochab waha się i nie wie, czy ja czasem nie ocaliłem mu chytrze życia, żeby wszystkich oszukać i zdeprawować, a samemu działać pod maską na szkodę. Ja sam już nie wiem, jakie są moje intencje, co jest dobre, co złe, co przeciw komu i gdzie ja w tym wszystkim? Znam wypadek, kiedy facet nie dostawał długo paszportu, ale w końcu ktoś ważny się za nim ujął. Więc telefonik do faceta i głos: – Czy pan Kowalski? – Facet: – Tak, tu Kowalski. – I głos: – Panie Zdzisiu, kochany, nie wiem, czy mnie pan sobie przypomina, pamięta pan, razem żeśmy wozili te aparaty fotograficzne do Bułgarii… Mam teraz oto przykrości… – trzask wyłączanego magnetofonu, słuchawka odłożona i UB ma dowód w ręku: pan Kowalski prowadził rozmowę o swoich przemytniczych machlojach w dniu takim a takim z niezidentyfikowanym wspólnikiem. Moje paszportowe nieszczęścia zaczynają budzić podejrzenia: są to już czasy dużych luzów, Polacy interesują się coraz mniej cierpieniami i prześladowaniami, już nie protestują, boją się strawić resztę życia na jałowym protestowaniu, rezygnują i cieszą się minimalnym – westernami, big-beatem, Dziedzicówną, Kydryńskim. Ktoś prześladowany zbyt długo alarmuje nieufność. – Nigdy nic nie wiadomo – mówi się – może coś ukradł? Może kogoś zabił? – Jego skargi i żale wydają się fikcją, mającą na celu wzbudzenie zaufania i współczucia dla celów prowokacyjnych, uważa się, że jest on podesłany i usiłuje się wkraść. Jest to genialne w komunizmie, że ofiara nie może się bronić własną krzywdą: krzywdę należy zainkasować w milczeniu i chwalić ustrój, tylko wtedy istnieje szansa jej naprawienia. Odmęty tysiącletnich, orientalnych upodleń, prawosławnego całowania nóg kopiącego i innych stopni rozwoju ludzkości złożyły się na marksistowski triumf tej zasady.

W międzyczasie pisywałem listy do ministra spraw wewnętrznych, pana Wichy. Napisałem ich coś około 10. Minister Wicha nigdy nie odpowiedział na żaden, mimo że chyba wzbogaciłem nimi jego wiedzę o świecie i literaturze. Wszystko, czego nauczyłem się u Kafki, Becketta, Celine’a, Brechta (a rebours) syntetyzowałem twórczo na użytek p. Wichy: człowiek versus zmaszynizowana biurokracja, otchłanie możliwych przeinaczeń, up-to-date schizofrenia wyalienowanej jednostki, paranoiczny strach przed nieprzenikalnym – modne motywy powtarzały się w nich nieustająco. Wydaje się, że wywarło to jakiś wpływ: odmówiono mi wkładki do Jugosławii, gdzie właśnie wydawano ZŁEGO; jak dotąd zezwalano mi na podróże w obrębie socjalizmu.

Niezależnie od listów telefonowałem do kancelarii min. Wichy kilka razy w tygodniu: błagałem o audiencję, o możliwość użalenia się aż do łez. I o dziwo! W lutym 1964 powiedziano mi, że minister przyjmie mnie w takim to a takim dniu.

Mnóstwo jest w tej historii nurtów niewyeksploatowanych, sprzężonych z niezliczoną ilością osób, wpływających na jej bieg pośrednio. Na przykład: Romuś Bratny. Ja Bratnego zawsze lubiłem, mimo że zawsze powinienem był go nie lubić: były akowiec, który przyszlusował, pisuje kłamliwie, nic go nie trapi z tego, co mnie trapi. Romuś mówi dużo i niefrasobliwie, za to nigdy nie słucha, co się do niego mówi: z mety odpowiada na jeszcze niepostawione pytania. Ale – co tu ukrywać – Romuś jest sympatyczny, gra nieźle w tenisa, ma poważne zainteresowania seksualne i właściwie nigdy nikomu żadnego świństwa nie zrobił, a przynajmniej ja o czymś takim nie słyszałem. Upierał się zawsze w słowie i piśmie przy swoich koślawych poglądach, walczył o to i owo, nawet czasami odważnie i honorowo – na przykład zaraz po wypadkach w Poznaniu z Cyrankiewiczem, który chciał kneblować pisarzy i publicystów przybyłych na autopsję. Otóż Romuś został w 1963 główną siłą napędową warszawskiej „Kultury”, a już był szum wokół całej afery, że partyzanci, że Moczar, że „Kultura” ma być ich ekspozyturą. Romuś zadzwonił do mnie któregoś dnia i spotkaliśmy się na placu Marszałka Piłsudskiego: chciał się po prostu ode mnie dowiedzieć, co o tej imprezie sądzą tacy jak ja, co są na nie. Powiedziałem mu, że jest przeznaczony do odegrania roli historycznej, a mianowicie do zhumanizowania Moczara i jego ludzi; bo – wiadomo – Moczar człowiek wojskowy, półinteligent i antysemita, jeśli chce robić dalszą karierę, to lepiej, jak zostanie poddany ciśnieniu wyżej rozwiniętych intelektualnie jednostek, do których ad hoc zaliczyłem Romusia. – Ponadto – powiedziałem – tylko ty, nikt inny, pisarz-myśliwy, oko u ciebie błękitne, włos blond, uśmiech słowiański, spełniasz warunki aryjskie i nie odstraszysz Moczara nadmierną inteligencją. – Romuś na to, czy ja nie wydrukowałbym czegoś w „Kulturze”? „Kultura” była pod bojkotem kół liberalnych, ale na tym bojkocie zaczynali zbijać już gruby interes faceci, których ja w Polsce najbardziej nie lubię i uważam za ostatnie kanalie – różni Starewicze, Żółkiewscy, Rakowscy i ich akolici. Moczar formułował program prymitywny i brutalny, głosił hasła obskuranckie, lecz w łonie partii zwalczał tych właśnie, których długoletnie służalstwo, nikczemne sofizmaty, parszywość moralna i kłamstwa sprawdzone były i nie do wymazania. Ja zaś akurat kończyłem pisać dla Państwowego Instytutu Wydawniczego powieść pod tytułem Życie towarzyskie i uczuciowe, co do której miałem wątpliwości, czy PIW ją wyda, mimo umowy i zapłaconego w połowie honorarium. Pomyślałem więc: czemu nie? Jest to jedyna okazja, żeby choć kawałek tej książki ukazał się w druku. Co ryzykuję? Że się mnie PIW – cholernie antymoczarowy – wyrzeknie. Co mogę zyskać? Jakieś koncesje paszportowe, a to przecież główne, najważniejsze i obsesja. Dla mnie różnica pomiędzy Moczarem a Zambrowskim, Strzeleckim a Starewiczem jest żadna: wszyscy trzymają mnie jednakowo za gardło.

Dałem więc Romusiowi fragment i „Kultura” dumnie go wydrukowała. Konsekwencje: jak to było do przewidzenia. PIW opublikował rozżarty list, z którego wynikało, że mnie prawie nie zna. Koła jakoby liberalne uznały, że zdradziłem, że na moim antykomunistycznym sumieniu rozlała się smrodliwa plama, zapominając sprawnie, że kiedy ci „nieugięci” pisywali ody na cześć Planu Sześcioletniego, ja piłem herbatę na obiad, bo właśnie czegoś takiego nie chciałem pisywać. Nawet Janusz Minkiewicz był moim sędzią moralnym w Spatifie i uznał, że zostałem „kupiony”, z wiekiem nie pamiętając o prostytucji, jaką uprawiał za Bieruta. Romuś zaś pojechał na polowanie z Moczarem i podobno spytał go, czy kogoś zaraz przy nim, o mój paszport. Odpowiedziano mu podobno, że ja mam długi język i bratam się z cudzoziemcami, co Romuś przekazał mi lojalnie, dodając: – Po cholerę ty tam w ogóle latasz, do tych ambasad? – Trudno było jednak z nim rozmawiać, bo wcale nie był ciekawy mych wyjaśnień, jak to Romuś. Ale po kilku tygodniach zadzwonił do mnie znów, spotkaliśmy się i zaczął mnie ochrzaniać: – Słuchaj – powiedział – już było załatwione, ktoś odpowiedzialny przyrzekł mi, że dostaniesz, tymczasem tyś był przedwczoraj na jakimś przyjęciu i coś napytlowałeś, po czym ten ktoś wściekł się i powiedział, że cię do końca życia nie puści… – Zamyśliłem się i rzekłem: – A jeśli ci powiem, Roman, że przedwczoraj nie byłem na żadnym przyjęciu… – To dwa, trzy, cztery dni temu – sapnął Bratny. – A jeśli ci dodam, że od wielu tygodni nigdzie nie chodzę, jeśli zaś chodzę, to mówię: „dzień dobry” i „ładnie pani dziś wygląda” i „to bardzo interesujące”, bo wiem, gdzie ściana ma uszy, to uwierzysz mi? Czy ty, Romek, nie kapujesz, że paru ubiaków żyje z pisania raportów o mnie, że dezinformacja, że to właśnie trzeba odkręcić, że nawet jak się rozpłynę, to co tydzień ktoś, kto chodzi na Saską Kępę do Francuzów, będzie o mnie donosił wyssane z palca brednie… – Ale Romuś już przestał się mną interesować i w parę miesięcy potem, gdyśmy siedzieli w jego volkswagenie przed kościołem św. Anny i jeszcze raz usiłowałem go przekonać, rozsierdzony Romuś parsknął coś takiego, że aż wstyd powtarzać, bo lubię go nadal i z serca mu odpuszczam nieczułość i naiwność.

Na spotkanie z ministrem Wichą szykowałem się jak na ślub. Punktualnie, co do minuty, dzwoniłem z dołu, z biura przepustek. Wicha był figurantem, zwykłym pajacem w rękach Moczara, ale jeślibym go wzruszył, to kto wie, czy raz nie uparłby się ze skutkiem. W telefonie sekretarka oświadczyła twardo: – Pana ministra nie ma. – Ja: – Jestem umówiony. – Ona: – Wiem. Ale pan minister wyjechał. Nic nie poradzę. Przyjmie pana dyrektor gabinetu. – Rozpacz ścisnęła mi żołądek: dyrektor gabinetu to nie to samo, ma do dyspozycji miliony wybiegów, których nie ma minister. Ale co robić? Dzwonię. Sekretarka: – Pana dyrektora nie ma. Zostawił polecenie, żeby pana przyjął naczelnik Biura Skarg i Zażaleń. Numer wewnętrzny… – To był cios, uderzenie, dno upadku i poniżenia. Ześliźnięcie się ze szczebla ministra do Biura Skarg pogrążało mnie w karykaturę. Z równym skutkiem mogłem konsultować mego mleczarza jak naczelnika od zażaleń. Właściwie powinienem był nie pójść, a nazajutrz twardo kołatać od nowa. Ale byłem już złamany i wessany w tryby. Poszedłem do naczelnika.

Był to typowy reprezentant Karczewia czy Pelcowizny w polskim życiu administracyjnym. Późną gomułkowszczyznę charakteryzuje gangsteryzm i mafijność średnich szczebli aparatu. Za Stalina terror, ignorancja i chamstwo były ideowe, mali kozaczkowie z Marymontu czy Burakowa nie brali się za kariery, bo bali się groźnych konsekwencji władzy: ubiackie środki specjalne były to rzeczy ponure i wymagające ryzyka. Zasługi przeszłości, tępa wierność i oddanie – to był cement ludowych karier wtedy, kto chciał wbijać drzazgi pod paznokcie, musiał być gotów do ewentualnego płacenia. Za Gomułki nie wbija się drzazg, władza potaniała, do biur napłynęli złodziejscy kombinatorzy z bazarów, trzeba sprowadzić szwagra, jest posada dla brata Haliny, on czytał Woprosy leninizma i wyrzucili go z ZMP: małe rzeczy, małe następstwa, jak się nie zafartuje, najwyżej wykopią człowieka, gra się o małe stawki, łapóweczka, mieszkanko, wakacje w Rumunii. – Panie Tyrmand, kochany – powiedział ten naczelnik – co się panu stało? Czytałem te pana kawałki, całkiem-całkiem… – Miał oczywiście ZŁEGO na myśli, nie podania. Raz jeszcze, wobec tego kretyna, dźwignąłem krzyż relacji. Kiedy skończyłem: – Właściwie o co chodzi? – rzekł. – Wie pan, jak jest, nie? Chlapnął pan gdzieś niemądrym słowem, no i zacięło się. Każdemu się trafia. Ale minie. Jeszcze rok, jeszcze dwa i zobaczy pan, dostanie pan paszport. Nie ma o co robić szumu…

Chyba wtedy, po raz pierwszy, powiedziałem sobie, że jak dostanę, to wyjadę i nie wrócę. Właściwie o co chodzi? O te głupie 7 lat? Bo się chlapnęło? I się zacięło? A co się chlapnęło? Jakie słowo kosztuje 7 lat udręk? A może się nic nie chlapnęło, tylko ktoś uważa, że się chlapnęło i nie ma siły na to, żeby wyjaśnić, wytłumaczyć, sprostować? Jeszcze rok, jeszcze dwa – cóż mają te biegnące lata za znaczenie w tej zachlapanej, pogiętej armaturze, zwanej w tym kraju życiem? Ten tu facet, z karbowanym puklem nad cwaniackim czółkiem, on wie, jak jest, i wyjaśnia prawidłowo. Musi być według jego ewangelii. Ze wszystkim.

Jakby wstąpiła we mnie nowa energia, zacząłem ryć na prawo i lewo. Po paru tygodniach przyjął mnie dyrektor gabinetu ministra. Pułkownik Janic. Partyzant, prawa ręka Moczara, więcej może niż trzech Wichów do kupy. Szedłem na to spotkanie jak na ścięcie: Janic miał opinię czarnosecińca, ideologa partyzanckiej kadrówki, teoretyka antysemityzmu i totalizmu; opublikował niedawno książkę, którą „neoliberałowie” spod Starewicza określali jako Mein Kampf. Usiadłem naprzeciwko starszego pana o zdrowej cerze zażywnego właściciela owocarni w śródmieściu: mówił przytomnie i ujmująco, od pierwszej chwili wiedziałem, że coś się zmieniło. Coś gdzieś, niezależnie od praw ludzkiego umysłu czy pragmatyki służbowej. Wyższość Janica nad owym wysokim funkcjonariuszem UB sprzed paru lat polegała na tym, że Janic był ponad komisją: dostawał dyrektywy od kogoś, kogo już nie interesują komisje. Mówiliśmy ogólnikami, że dobrze byłoby wyjaśnić, wyklarować, wzajemnie zrozumieć. Miał on chyba na myśli mnie jako niekomunistycznego pisarza, wszystko to bowiem było bez związku z najważniejszym. Po prostu nie uświadamiał sobie, że dla mnie wszystko zaczyna się i kończy na granatowej książeczce, że za późno już było na platformy, uzgodnienia, gry i przetargi, kto z kim i przeciw komu. Kilka dni temu zadzwoniła do mnie pewna brytyjska dziennikarka, znajoma sprzed lat. Chciała się spotkać, wykręcałem się, bo miałem już manię prześladowczą i setkę pochodnych fobii, ale powiedziała, że to ważne, więc nie wypadało. Usiedliśmy w Europejskiej: chodziło jej o rozwód wspólnych przyjaciół, kto kogo zdradził i kto jest świnia. Potem dodała z uciechą: – Wie pan, zdaje mi się, że tym razem jestem śledzona. Może chcą stwierdzić, z kim się spotykam… – Myślałem, że się uduszę; tyle lat, tyle znoju, tyle pogrzebanych nadziei, bo ta stara bladź chciała wiedzieć, kto z kim w Warszawie! Każdy facet przy każdym stoliku wydał mi się naraz szpiclem i oprawcą, którego zarżnąłbym bez chwili wahania. Z jednej strony ruina najważniejszego, a z drugiej – jak tu nie okazać solidarności ze śledzonym? Chciałem uciekać, jak w filmach braci Marx, ale ucieczka byłaby policzkiem dla niej, dla mnie, dla ojczyzny i paru innych walorów. Nie można żyć na rozpalonym ruszcie, przestępując z nogi na nogę, ale jak to wytłumaczyć pułkownikowi Janicowi, który jest totalista i oficer bezpieczeństwa, dla mnie zaś jest miły, ludzki i pierwszy w tym mamucim gmachu na Rakowieckiej, który rozmawia ze mną jak równy z równym, a nie jak filantrop z żebrakiem czy biolog z bakterią. Tu zaczyna się rozpad moralnych kryteriów: początkowo człowiek nie chce kłamać, a potem już kłamie; przed tym nie chce, żeby się o nim źle myślało, potem jest mu już wsio rawno, jak sobie pomyślą; zrazu nie chce narazić czy oszukać przyjaciela, potem już oszukuje i naraża; jeszcze usiłuje odseparować bliskie osoby od swojej krzywdy, a potem jest mu już wszystko jedno, co po nim. Bezprawie na co dzień buduje związki i sytuacje i powoduje reakcje, o których nie zamarzyłby Dostojewski. Idiotyczna sprawa paszportu zagranicznego uczyniła mnie nagim, aż wstyd.

Paszport dostałem i wyjechałem. Przed wyjazdem posłałem pułkownikowi Janicowi moją książkę U brzegów jazzu. Nie wiem, po co staremu partyzantowi książka o jazzie, ale powiedział mi, że chciałby to przeczytać. Do Polski nie wracam. Byłoby jednak grubym uproszczeniem winić o to tylko policjantów.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

W ROK PÓŹNIEJ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

KOPANIE I MÓWIENIE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

DOWCIP

Rozdział dostępny w pełnej wersji

SOCJALIZM – CZYLI PEWNOŚĆ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

POLACY PRZEGRYWAJĄ AMERYKĘ – CZYLI GARŚĆ UWAG NA TEMAT BIEŻĄCEJ HISTORII

Rozdział dostępny w pełnej wersji

POLAKU, CZY CI NIE ŻAL… – CZYLI KONFERENCJA O KONFERENCJACH

Rozdział dostępny w pełnej wersji

HISTORIOZOFIA PRO DOMO SUA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

TU W AMERYCE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

O POCHODZENIU GATUNKÓW

Rozdział dostępny w pełnej wersji

CO I JAK?

Rozdział dostępny w pełnej wersji

SPRAWA PIASECKIEGO

Rozdział dostępny w pełnej wersji

CZEGO CHCĄ POLACY?

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Copyright © 2020, Mary Ellen Tyrmand, Matthew Tyrmand

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych - również częściowe - tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw

ISBN: 978-83-7779-633-7

Zdjęcie na okładce: Archiwum rodzinne Mary Ellen Tyrmand Projekt okładki: Zuzanna Malinowska Studio Korekta: Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.plhandlowyMG@gmail.com

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Angelika Duchnik