Poniedziałkowe dzieci - Patti Smith - ebook + audiobook + książka

Poniedziałkowe dzieci ebook

Patti Smith

4,3
27,90 zł

lub
Opis

"Było to lato, gdy umarł Coltrane, lato miłości i zamieszek, lato, gdy przypadkowe spotkanie na Brooklynie pchnęło dwoje młodych ludzi na drogę twórczości artystycznej, poświęcenia i inicjacji. Patti Smith została poetką i wykonawczynią, a Robert Mapplethorpe rozwijał swój bardzo prowokacyjny styl w dziedzinie fotografii. Połączeni niewinnością i entuzjazmem, przemierzali Nowy Jork, od Coney Island po Czterdziestą Drugą Ulicę, aż dotarli do słynnego okrągłego stołu w lokalu Kansas City, w którym brylował krąg Andy'ego Warhola. W 1969 roku para zamieszkała w hotelu Chelsea i weszła do środowiska ludzi okrytych – dobrą i złą – sławą, wpływowych artystów z barwnej alternatywnej cyganerii. Były to czasy wzmożonej świadomości, gdy światy poezji, rock and rolla, sztuki i seksualności zderzały się i wybuchały z całą mocą. W tym środowisku dwoje dzieciaków zawarło pakt, że będą się o siebie troszczyć. Pełni animuszu, romantyczni, oddani tworzeniu, gnani wspólnymi marzeniami i pragnieniami inspirowali się nawzajem i wspierali w chudych latach. Poniedziałkowe dzieci zaczynają się jako historia miłosna, a kończą jako elegia. To także hołd złożony Nowemu Jorkowi na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jego bogaczom i biedakom, sprzedajnej miłości i demonom. To prawdziwa baśń, portret dwojga młodych początkujących artystów w przededniu sławy.

Książka Poniedziałkowe dzieci została nagrodzona National Book Award. Znalazła się także w finale wielu innych nagród literackich (. Los Angeles Times Book Prize oraz National Book Critics Circle Award). Przez 37 tygodni utrzymywała się na liście bestsellerów ""New York Timesa"".

"Wyznawców Patti Smith i Roberta Mapplethorpe'a nie ma co namawiać na tę książkę. Czekają na nią od dawna. Ci zaś, którzy słyszą o tej dwójce po raz pierwszy, mają szansę się zrehabilitować. W nagrodę dostaną takie zdanie: 'Jesus died for somebody's sins, but not mine'. Pierwszy raz usłyszałem ten tekst w połowie lat osiemdziesiątych, w czasach 'mszy za Ojczyznę'. Brzmiał grzesznie i kusząco. To książka o wielkiej miłości i o tym, że słowa 'nie rozdzielimy się' mają większą siłę od słów 'miłość do grobowej deski'. O tym, jaka jest cena niezależności autorskiej, i o tym, że ostre celebryckie światło lubi być bardzo kontrastowe". Mikołaj Grynberg

"Chociaż nigdy nie zasłuchiwałam się twórczością Patti Smith, zawsze byłam fanką barwy jej głosu. Imponuje mi swoją autentycznością, kroczeniem pod prąd, niedoścignionym intelektem, naturalnym, nieco męskim wizerunkiem. Jest tylko jedna taka Patti, po prostu". Novika

"Dla szukających natchnienia to będzie zmaterializowana inspiracja. Dla marzycieli - dowód na to, że marzenia się spełniają. Dla mnie to emocjonalny zapis drogi i hołd złożony wszystkim niezwykłym postaciom na niej spotkanym. Historia o mocy współtworzenia i wspólnym rozwoju artystycznym opowiedziana z miłością i oddaniem. Najlepsza książka, jaką czytałam w tym roku". Misia Furtak/ tres.b

"Poniedziałkowe dzieci to nie tylko poruszająca historia bezgranicznej miłości, ale także studium stawania się artystą, dojrzewania do swojej roli. A Nowy Jork z początku lat siedemdziesiątych podlany beatnikowym sosem z rock and rollem w tle smakuje wyśmienicie!" Katarzyna Staszko, "The Lollipops"

"[…] ta książka ma w sobie wszystko, co sprawiło, że Nowy Jork lat siedemdziesiątych był tak ekscytujący - jest opowieścią o lęku i biedzie, o powadze, ale i optymizmie sztuki, o poczuciu bycia spadkobiercą i kontynuatorem wielkiej sztuki z przeszłości. To była niewielka artystyczna społeczność, z uwagą obserwowana przez media, która rozkwitła w momencie, kiedy Nowy Jork stał się kulturalnym centrum zachodniego świata". Edmund White, "The Guardian"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 348

Popularność




Tytuł oryginału angielskiego JUST KIDS

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce – Dwudziesta Trzecia Ulica Zachodnia, schody przeciwpożarowe

Copyright © 2010 by PATTI SMITH. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO CZARNE, 2012

Copyright © for the Polish translation by ROBERT SUDÓŁ, 2012

Redakcja DOMINIKA CIEŚLA-SZYMAŃSKA

Korekta ZUZANNA SZATANIK / D2D.PL i SANDRA TRELA / D2D.PL,

Projekt typograficzny i redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-461-3

Dużo powiedziano o Robercie, a usłyszymy jeszcze więcej. Młodzi mężczyźni będą naśladować jego chód. Dziewczęta będą nosić białe sukienki i wzdychać za jego lokami. Będzie potępiany i uwielbiany. Jego wybryki będą piętnowane i idealizowane. W końcu jednak w jego twórczości przebije się prawda, namacalna postać konkretnego artysty. I już nie zaginie. Nie człowiekowi to osądzać. Bo sztuka to pieśń o Bogu i w ostatecznym rozrachunku jest jego własnością.

PRZEDMOWA

Spałam, gdy umarł. Zadzwoniłam do szpitala, żeby kolejny raz życzyć mu dobrej nocy, ale był nieprzytomny, pod działaniem morfiny. W słuchawce słyszałam jego ciężki oddech, zdając sobie sprawę, że więcej go nie usłyszę.

Później spokojnie uporządkowałam swoje rzeczy, notatnik i wieczne pióro. Kobaltowy kałamarz, który należał do niego. Mój perski kubek, purpurowe serce, tackę z dziecięcymi ząbkami. Powoli weszłam po schodach, licząc stopnie, czternaście, jeden za drugim. Przykryłam kocem córeczkę w łóżeczku, pocałowałam śpiącego synka, a potem położyłam się obok męża i odmówiłam modlitwę. Pamiętam, jak szepnęłam, że on wciąż żyje. Wreszcie zasnęłam.

Obudziłam się wcześnie i gdy szłam po schodach, wiedziałam już, że umarł. Martwą ciszę mąciły tylko dźwięki z telewizora włączonego przez całą noc. Nastawiony był na kanał o kulturze. Puszczano operę. Do ekranu przyciągnęła mnie Tosca, wyznająca ze smutkiem całą moc swej namiętności do malarza Cavaradossiego. Był zimny marcowy poranek, więc wciągnęłam sweter.

Podniosłam żaluzje i do gabinetu wlało się słońce. Wygładziłam grube płótno przykrywające fotel i wybrałam album z malarstwem Odilona Redona, otwierając go na obrazie przedstawiającym kobiecą głowę na tle morza. Zamknięte oczy. Pod bladymi powiekami krył się nieskalany wszechświat. Zadzwonił telefon, więc wstałam, żeby odebrać.

Dzwonił Edward, młodszy brat Roberta. Powiedział, że ucałował go ode mnie ostatni raz, tak jak obiecał. Stałam bez ruchu, sparaliżowana, a potem powoli, jakby we śnie, wróciłam na fotel. W tej samej chwili Tosca rozpoczęła swoją arię Vissi d’arte. „Żyłam dla miłości, żyłam dla Sztuki”. Zamknęłam oczy i złożyłam dłonie. Opatrzność zadecydowała, jak miałam się pożegnać.

PONIEDZIAŁKOWE DZIECI

Gdy byłam mała, matka zabierała mnie na spacery do Humboldt Park, nad brzegiem Prairie River. Zachowałam mgliste – niczym na szklanych kliszach – wspomnienia starego hangaru na łodzie, okrągłej muszli koncertowej, garbatego kamiennego mostka. Wąski nurt rzeki rozlewał się w szeroką lagunę, a na jej powierzchni zobaczyłam istny cud. Z kryzy białych piór wznosiła się długa, wygięta szyja.

– Łabędź – powiedziała matka, wyczuwając moje podekscytowanie.

Przemknął po jasnej wodzie, trzepocząc wielkimi skrzydłami, i wzniósł się w niebo.

Łabędź. Słowo to nijak nie oddawało wspaniałości tego ptaka ani nie wyrażało emocji, jakie wzbudził. Widok łabędzia zrodził we mnie pragnienie, które wymykało się słowom, chęć, aby o nim mówić, powiedzieć coś o jego bieli, gwałtowności jego ruchów, statecznym łopocie skrzydeł.

Łabędź zjednoczył się z niebem. Próbowałam znaleźć słowa, którymi mogłabym opisać swoje wrażenie. „Łabędź”, powtarzałam, niezbyt usatysfakcjonowana, i poczułam ukłucie, osobliwą tęsknotę, niedostrzegalną dla przechodniów, matki, drzew i chmur.

*

Urodziłam się w poniedziałek na North Side w Chicago, podczas Wielkiej Burzy Śnieżnej w 1946 roku. Przyszłam na świat o dzień za wcześnie, bo dzieci urodzone w sylwestra wracały ze szpitala obdarowane lodówką. Matka próbowała opóźnić poród, ale dostała mocnych bóli, gdy taksówka sunęła wzdłuż jeziora Michigan w kłębach śniegu wirującego na wietrze. Z relacji ojca wynikało, że byłam długim i chudym noworodkiem z oskrzelowym zapaleniem płuc. Uratował mi życie, trzymając mnie nad parującą balią.

Podczas kolejnej burzy śnieżnej, w 1948 roku, na świat przyszła moja siostra Linda. Z konieczności musiałam więc szybko dorastać. Matka przyjmowała rzeczy do prasowania, a ja siedziałam na schodkach przed naszą kamienicą czynszową, czekając na lodziarza i ostatnie wozy konne. Dawał mi drzazgi lodu zawinięte w brązowy papier. Jedną wkładałam do kieszeni, z myślą o mojej małej siostrze, a gdy potem tam sięgałam, okazywało się, że niczego nie ma.

Gdy matka była w ciąży z moim bratem Toddem, opuściliśmy ciasne mieszkanie przy Logan Square i przenieśliśmy się do Germantown w Pensylwanii. Przez następne kilka lat mieszkaliśmy w prowizorycznych kwaterach dla żołnierzy i ich dzieci – w pobielonych wapnem koszarach z widokiem na ugór pełen kwiatów. Pole to nazywaliśmy Rewir. Latem przesiadywali tam dorośli: rozmawiali, palili papierosy, dokoła krążyły dzbany wina z mleczy, a my, dzieci, urządzałyśmy zabawy. Matka nauczyła nas gier ze swojego dzieciństwa: w posągi, kluchy, zgadywanki. Wiliśmy wianki ze stokrotek, którymi przystrajaliśmy sobie szyje i głowy jak koronami. Wieczorem zbieraliśmy świetliki do słoików, wydłubywaliśmy ich narządy świetlne i robiliśmy z nich pierścionki.

Matka pokazała mi, jak należy się modlić; nauczyła mnie słów, których nauczyła się od swojej matki: „Teraz, gdy do snu ułożyć się muszę, proszę Boga, aby chronił moją duszę”. Z zapadnięciem nocy klękałam za swoim łóżeczkiem, a ona stała obok, z nieodłącznym papierosem, i słuchała, jak powtarzam za nią te słowa. Z całego serca chciałam się modlić, ale modlitwa matki wzbudzała we mnie niepokój, więc zasypywałam ją pytaniami. Co to jest dusza? Jaki ma kolor? Podejrzewałam, że moja dusza, ponieważ jest krnąbrna, może się wymknąć, gdy będę spała, i już do mnie nie wróci. Ze wszystkich sił starałam się nie zasnąć, zatrzymać duszę w sobie, tam, gdzie jej miejsce.

Matka zapisała mnie do szkółki niedzielnej – być może po to, żebym zaspokoiła swoją metafizyczną ciekawość. Uczyliśmy się na pamięć wersetów z Biblii i słów Jezusa. Potem stawaliśmy w kolejce i w nagrodę dostawaliśmy po łyżce miodu ze słoika. Była tylko jedna łyżka, którą obsługiwano wiele kaszlących dzieci. Budziła we mnie instynktowną odrazę, za to bez trudu przyjęłam ideę Boga. Podobała mi się myśl, że gdzieś nad nami jest jakaś obecność, w ciągłym ruchu, jak płynne gwiazdy.

Niezadowolona z mojej dziecięcej modlitwy, poprosiłam matkę, aby pozwoliła mi ułożyć własną. Poczułam ulgę, że nie muszę już powtarzać słów: „Jeśli przed świtem umrzeć będzie trzeba, niechaj Pan Bóg zabierze mą duszę do nieba”, a zamiast tego mogę mówić to, co mam w sercu. Uwolniona, leżałam w łóżku przy piecu węglowym, gorliwie szepcząc długie listy do Boga. Nie byłam śpiochem, więc chyba nie dawałam mu spokoju, zasypując go niekończącymi się przyrzeczeniami, wizjami i zamysłami. Z czasem jednak zaczęłam doświadczać modlitwy innego rodzaju, w milczeniu, która wymagała raczej słuchania, a nie mówienia.

Małe potoki słów rozpływały się w szczególnym poczuciu rozszerzającej się i kurczącej przestrzeni. Tak wkroczyłam w promienną krainę wyobraźni. Proces ten pogłębiał się zwłaszcza, gdy chorowałam na grypę, odrę, ospę i świnkę. Przeszłam wszystkie te choroby i za każdym razem pojawiał się nowy poziom świadomości. Pogrążona w samej sobie – nade mną wirujący płatek śniegu o pięknej symetrii, wzór przenikający moje powieki – zyskiwałam wtedy najcenniejszą pamiątkę, odprysk niebiańskiego kalejdoskopu.

Po pewnym czasie z miłością do modlitwy zaczęła konkurować miłość do książek. Siedziałam u stóp matki i patrzyłam, jak z książką na kolanach pije kawę i pali papierosa. Intrygowało mnie jej zaabsorbowanie lekturą. Nie chodziłam jeszcze do przedszkola, ale lubiłam oglądać jej książki, dotykać papieru, podnosić bibułkę z frontyspisu. Chciałam wiedzieć, co takiego jest w książkach, co tak bardzo pochłania uwagę matki. Gdy się zorientowała, że schowałam pod poduszką jej karmazynowe wydanie Księgi męczenników Foxe’a, w nadziei, że w ten sposób przyswoję treść, posadziła mnie i zaczęła z mozołem uczyć czytania. Z wysiłkiem przeszłyśmy od Mamy Gęsi do doktora Seussa. Gdy nie potrzebowałam już pomocy, wolno mi było siadać na naszej opasłej kanapie. Matka czytała wtedy Sandały rybaka, a ja – Czerwone trzewiczki.

Byłam całkowicie zauroczona tą baśnią. Chciałam przeczytać wszystkie, a sprawy, o których się dowiadywałam, budziły we mnie nowe tęsknoty. Być może wyjadę do Afryki i zaoferuję swoje usługi Albertowi Schweitzerowi albo, wystrojona w czapkę z szopa, z rogiem na proch u boku, będę broniła takich ludzi jak Davy Crockett. Albo przemierzę Himalaje i zamieszkam w jaskini, w której będę obracała młynek modlitewny, utrzymując w ten sposób Ziemię w ruchu. Ale najsilniejsze było pragnienie wyrażania siebie. To mój brat i siostra jako pierwsi byli gotowi zanurzyć się w świat mojej wyobraźni. Z uwagą słuchali moich opowieści, z chęcią grali w wymyślonych przeze mnie sztukach, dzielnie walczyli na moich wojnach. Gdy byli obok, wszystko wydawało się możliwe.

Wiosną często chorowałam i przykuta do łóżka, słyszałam dobiegające przez okno odgłosy zabaw moich towarzyszy. Latem składali meldunek przy moim łóżku: jaką część dzikiego pola zajęliśmy kosztem oddziałów wroga. Pod moją nieobecność nasze straty w bitwach były duże, a zmęczone walką oddziały zbierały się dokoła mojego łóżka, ja zaś wygłaszałam błogosławieństwa z biblii małego żołnierza, czyli A Child’s Garden of Verses Roberta Louisa Stevensona.

Zimą budowaliśmy forty ze śniegu, a ja, w randze generała, dowodziłam kampanią, sporządzając mapy i opracowując strategie, gdy na zmianę atakowaliśmy i przechodziliśmy do odwrotu. Walczyliśmy na wojnach naszych irlandzkich przodków, oranż kontra zieleń. Ubieraliśmy się na pomarańczowo, ale nie wiedzieliśmy, co ten kolor znaczy. To były po prostu nasze barwy. Gdy zainteresowanie słabło, ogłaszałam zawieszenie broni i szłam w odwiedziny do mojej przyjaciółki Stephanie. Dopadła ją choroba, której nie znałam – rodzaj białaczki. Stephanie była starsza ode mnie, miała chyba dwanaście lat, a ja osiem. Właściwie nie miałam jej za wiele do powiedzenia i chyba niezbyt podnosiłam ją na duchu, a jednak najwyraźniej bardzo się cieszyła, że do niej przychodzę. Wydaje mi się, że tak naprawdę pociągało ją nie moje dobre serce, lecz zafascynowanie jej rzeczami. Jej starsza siostra wywieszała moje mokre ubranie i przynosiła nam na tacy kakao z herbatnikami razowymi. Stephanie leżała na stosie poduszek, a ja opowiadałam jej różne historie i czytałam komiksy.

Byłam zachwycona jej kolekcją komiksów – miała ich całe stosy zgromadzone przez lata spędzone w łóżku, wszystkie numery Supermana, Małej Lulu, Classic Comics i Domu tajemnic. W starej skrzynce po cygarach trzymała najwspanialsze skarby roku 1953: koło ruletki, maszynę do pisania, łyżwę, czerwonego pegaza firmy Mobil, wieżę Eiffla, baletkę i breloczki w kształcie czterdziestu ośmiu stanów. Bawiłam się tym wszystkim bez końca, a gdy miała dwa egzemplarze, dawała mi jeden.

Przy łóżku, pod deskami podłogowymi, miałam skrytkę. Tam właśnie trzymałam swoje skarby – zdobycze wygrane w kulki, karty kolekcjonerskie na wymianę, dewocjonalia uratowane z katolickich śmietników: pocztówki o tematyce religijnej, wytarte szkaplerze, gipsowe figurki świętych z odłupanymi rękami i nogami. Wkładałam tam również łupy od Stephanie. Coś mi mówiło, że nie powinnam przyjmować prezentów od chorej dziewczynki, ale brałam je i ukrywałam, nieco zawstydzona.

Obiecałam, że odwiedzę ją w dniu świętego Walentego, ale nie przyszłam. Obowiązki generała oddziałów złożonych z rodzeństwa i chłopców z sąsiedztwa okazały się bardzo absorbujące, poza tym trzeba się było przedzierać przez wysoki śnieg. Jednak nazajutrz po południu porzuciłam swój posterunek, żeby usiąść przy łóżku Stephanie i popijać kakao. Niewiele mówiła, ale błagała mnie, abym została przy niej nawet wtedy, gdy zaśnie.

Przetrząsnęłam skrzynkę z jej skarbami. Była różowa, a po otwarciu wieka obracała się w niej baletnica jak Cukrowa Wróżka. Tak bardzo spodobała mi się pewna metalowa odznaka łyżwiarska, że wsunęłam ją do rękawiczki. Przez długi czas siedziałam bez ruchu obok śpiącej Stephanie, a potem wyszłam po cichu. Ukryłam odznakę wśród swoich łupów. W nocy spałam niespokojnie, trawiona wyrzutami sumienia z powodu tego, co zrobiłam. Rankiem czułam się tak źle, że nie mogłam pójść do szkoły, więc zostałam w łóżku, ogarnięta poczuciem winy. Przyrzekłam sobie, że oddam odznakę i poproszę Stephanie o wybaczenie.

Nazajutrz wypadały urodziny mojej siostry Lindy, ale nie planowano przyjęcia z tej okazji. Stan Stephanie się pogorszył, więc moi rodzice pojechali do szpitala, żeby oddać krew. Gdy wrócili, ojciec płakał, a matka uklękła obok mnie i powiedziała, że Stephanie umarła. Gdy dotknęła mojego czoła, jej smutek szybko ustąpił lękowi. Byłam rozpalona z gorączki.

Nasze mieszkanie poddano kwarantannie. Nabawiłam się szkarlatyny. W latach pięćdziesiątych bano się tej choroby, bo często przechodziła w śmiertelną postać gośćca stawowego. Drzwi wejściowe pomalowano na żółto. Przykuta do łóżka, nie mogłam wziąć udziału w pogrzebie Stephanie. Jej matka przyniosła mi pliki komiksów i skrzynkę ze skarbami. Teraz miałam wszystko, całą kolekcję mojej przyjaciółki, ale byłam zbyt chora, aby chociaż na to spojrzeć. Wtedy właśnie doświadczyłam brzemienia grzechu, mimo że był równie niewielki jak skradziona odznaka. Rozmyślałam nad tym, że bez względu na to, jak bardzo staram się być dobra, nigdy nie osiągnę doskonałości. Nigdy też nie uzyskam przebaczenia Stephanie. Ale gdy tak leżałam w łóżku przez kolejne noce, przyszło mi do głowy, że być może będę się mogła z nią porozumieć poprzez modlitwę, a przynajmniej poprosić Boga, aby się za mną wstawił.

Robert był bardzo wzruszony tą historią i czasem, w zimną, leniwą niedzielę, prosił mnie, abym opowiedziała ją od nowa.

– Opowiedz mi o Stephanie.

Podczas długich poranków spędzanych pod kołdrą, gdy udawaliśmy, że nie jesteśmy głodni, relacjonowałam szczegółowo wydarzenia z mojego dzieciństwa, pełne smutku i magii. A gdy dochodziłam do momentu otwierania skrzynki, zawsze wołał:

– Patti, nie…!

Śmialiśmy się z naszych dziecięcych wersji samych siebie, mówiąc, że byłam złą dziewczynką, która starała się być dobra, a on był dobrym chłopcem, który próbował być zły. Z biegiem lat te role się odwróciły, potem jeszcze raz, aż wreszcie zaakceptowaliśmy naszą dwoistą naturę. Istniały w nas sprzeczne zasady, światło i cień.

Byłam rozmarzonym, lunatycznym dzieckiem. Irytowałam nauczycieli przedwcześnie opanowaną umiejętnością czytania połączoną z nieumiejętnością zastosowania jej do czegokolwiek, co uważali za praktyczne. Jeden po drugim wpisywali mi do dzienniczka uwagi, że za dużo marzę, że zawsze bujam myślami gdzieś indziej. Gdzie, tego nie potrafię powiedzieć, w każdym razie często kończyłam w kącie klasy – sadzano mnie w spiczastej papierowej czapce na wysokim stołku na oczach wszystkich.

Robiłam potem dla Roberta rysunki przywołujące te komiczne i zarazem upokarzające dla mnie chwile. Był nimi zachwycony, najwyraźniej doceniał te moje cechy, które odstręczały i oddalały ode mnie innych ludzi. Poprzez ten wizualny dialog moje dziecięce wspomnienia stały się jego wspomnieniami.

*

Byłam nieszczęśliwa, gdy usunięto nas z Rewiru i musieliśmy się spakować, żeby rozpocząć nowe życie w południowym New Jersey. Matka urodziła czwarte dziecko, przy którym potem wszyscy pomagaliśmy, chorowitą, ale wesołą dziewczynkę o imieniu Kimberly. Pośród okolicznych bagien, sadów brzoskwiniowych i tuczarń trzody chlewnej czułam się odcięta od świata. Pogrążyłam się w lekturze książek i obmyślaniu encyklopedii, którą opracowałam tylko do hasła „Simón Bolivar”. Ojciec zapoznał mnie z science fiction i przez pewien czas towarzyszyłam mu w wypatrywaniu UFO nad miejscową tancbudą, podczas gdy on nieustannie kwestionował źródło naszego istnienia.

Gdy miałam jedenaście lat, nic nie sprawiało mi większej przyjemności niż spacery z psem po lesie. Wszędzie dokoła z czerwonej gliniastej ziemi wyrastały spróchniałe pnie, kokorza i tulejnik amerykański. Znajdowałam ustronne miejsce, przystawałam i kładłam głowę na zwalonej kłodzie przy strumieniu kłębiącym się od kijanek.

Latem z moim bratem Toddem, wiernym porucznikiem, czołgaliśmy się po zakurzonych polach w pobliżu kamieniołomów. Moja obowiązkowa siostra trwała na posterunku, żeby bandażować nam rany i dostarczać upragnionej wody z wojskowej manierki ojca.

Jednego z takich dni, gdy utykając, wracałam do domu pod kowadłem słońca, zaczepiła mnie matka.

– Patricia, włóż koszulę! – upomniała.

– Za gorąco – jęknęłam. – Nikt nie nosi koszul.

– Gorąco czy nie, pora, żebyś zaczęła nosić koszulę. Niedługo będziesz młodą panną.

Zaprotestowałam gwałtownie, stwierdzając, że zawsze będę tylko sobą, że należę do klanu Piotrusia Pana i nigdy nie dorosnę.

Matka postawiła na swoim, więc włożyłam koszulę, ale nie potrafię wyrazić, jak bardzo zdradzona poczułam się w tamtej chwili. Ze smutkiem patrzyłam, jak matka wypełnia swoje kobiece obowiązki, przyglądałam się jej dorodnemu kobiecemu ciału. Wszystko to wydawało się wbrew mojej naturze. Ciężka woń perfum, pociągnięcia czerwonej szminki, tak przesadne w latach pięćdziesiątych, budziły we mnie obrzydzenie. Przez pewien czas nie znosiłam matki. Była zarówno posłańcem, jak i wiadomością. Półprzytomna i zbuntowana, z psem u stóp, marzyłam o wędrówkach. O ucieczce i wstąpieniu do Legii Cudzoziemskiej, o kolejnych awansach i przemierzaniu pustyni w towarzystwie moich żołnierzy.

Otuchę czerpałam z książek. O dziwo, to Louisie May Alcott zawdzięczam pozytywne wyobrażenie własnej kobiecości. Chłopczyca Jo, jedna z czterech sióstr March z Małych kobietek, pisze, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny podczas wojny secesyjnej. Swoim nieokiełznanym charakterem pisma zapełnia kolejne strony, publikowane później na literackich łamach miejscowej gazety. Ta postać dała mi odwagę do obrania nowego celu. Wkrótce potem układałam krótkie historyjki i snułam długie opowieści dla mojego brata i siostry. Od tamtego czasu nosiłam w sobie zamysł, że pewnego dnia napiszę książkę.

W następnym roku ojciec zabrał nas na wyjątkową wycieczkę do Muzeum Sztuk Pięknych w Filadelfii. Rodzice ciężko pracowali, a wyjazd z czworgiem dzieci autobusem był wyczerpujący i kosztowny – jedyny taki wypad, który zrobiliśmy całą rodziną, pamiętny, bo wtedy pierwszy raz zetknęłam się z prawdziwą sztuką. Miałam poczucie fizycznej tożsamości z powłóczystymi, leniwymi sylwetkami Modiglianiego; byłam wzruszona elegancko zastygłymi postaciami u Sargenta i Thomasa Eakinsa; olśniona światłem tchnącym z prac impresjonistów. Ale najbardziej trafiły do mnie dzieła wiszące w sali poświęconej Picassowi, od jego arlekinów po kubizm. Jego brutalna pewność siebie zapierała mi dech w piersiach.

Ojciec podziwiał kunszt i symbolikę dzieł Salvadora Dalego, u Picassa jednak nie dostrzegał nic wartościowego, co doprowadziło do naszego pierwszego poważnego sporu. Matka była pochłonięta uganianiem się za pozostałymi dziećmi, które się ślizgały po gładkiej marmurowej posadzce. Gdy schodziliśmy gęsiego szerokimi schodami, wyglądałam tak samo jak zawsze, osowiała, koścista dwunastolatka. Ale w głębi ducha zdawałam sobie sprawę, że przeszłam przemianę, poruszona objawieniem, że istoty ludzkie tworzą sztukę, że być artystą oznacza widzieć to, czego nie widzą inni.

Nic nie świadczyło o tym, że mam zadatki na artystkę, choć pragnęłam nią być. Wyobrażałam sobie, że czuję powołanie, i modliłam się, aby rzeczywiście tak było. Ale pewnego wieczoru, gdy oglądałam Pieśń o Bernadette z Jennifer Jones, zastanowiło mnie, że młoda święta nie prosiła o powołanie. To matka przełożona łaknęła świętości, mimo że wybranką została już Bernadette, skromna chłopka. To mnie zaniepokoiło. Zastanawiałam się, czy naprawdę mam powołanie, żeby być artystką. Nie przeszkadzało mi, że miałabym cierpieć niedolę, lękałam się natomiast, że brakuje mi talentu.

Sporo urosłam. Miałam ponad metr siedemdziesiąt centymetrów wzrostu i ważyłam ledwo czterdzieści pięć kilogramów. Jako czternastolatka nie byłam już dowódcą wiernych oddziałów, lecz żałosnym chudzielcem, przedmiotem drwin, bo zajmowałam miejsce na najniższym szczeblu szkolnej hierarchii. Pochłaniały mnie książki i rock and roll, zbawienie nastolatków w roku 1961. Moi rodzice pracowali nocami. Po wykonaniu obowiązków domowych i odrobieniu lekcji Toddy, Linda i ja tańczyliśmy do muzyki takich artystów jak James Brown, The Shirelles, Hank Ballard and The Midnighters. Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że na parkiecie radziliśmy sobie wcale nie gorzej niż na polu bitwy.

Rysowałam, tańczyłam i pisałam wiersze. Nie byłam utalentowana, ale miałam wyobraźnię, a nauczyciele dodawali mi otuchy. Gdy wygrałam konkurs sponsorowany przez miejscowy sklep farbiarski Sherwin-Williams, moje prace wystawiono w witrynie i dostałam tyle pieniędzy, że kupiłam sobie komplet przyborów malarskich i farb olejnych. Przetrząsałam biblioteki i jarmarki przykościelne w poszukiwaniu książek o sztuce. W tamtych czasach można było kupić piękne albumy za półdarmo, więc z radością zanurzyłam się w świecie Modiglianiego, Dubuffeta, Picassa, Fra Angelico i Alberta Rydera.

Na szesnaste urodziny matka podarowała mi książkę The Fabulous Life of Diego Rivera. Porwał mnie rozmach jego fresków, opisy podróży i perypetii, jego romanse i praca. Tego lata znalazłam zatrudnienie w fabryce, gdzie nadzorowałam produkcję kierownic do rowerów trójkołowych. Było to ponure miejsce. W trakcie pracy na akord uciekałam w marzenia. Pragnęłam przystąpić do bractwa artystów: głód, stroje, proces twórczy, modlitwy. Przechwalałam się, że pewnego dnia zostanę kochanką artysty. W moim młodym umyśle wydawało się to najromantyczniejszą rzeczą pod słońcem. Widziałam siebie jako Fridę Diega, muzę twórcy. Śniłam o poznaniu artysty, którego mogłabym kochać, wspierać i u którego boku bym pracowała.

* * *

Robert Michael Mapplethorpe urodził się w poniedziałek, czwartego listopada 1946 roku. Dorastał we Floral Park na Long Island, jako trzecie z szóstki dzieci, psotny chłopiec, którego beztroska młodość naznaczona była umiłowaniem piękna. Jego oczy chłonęły każdą grę światła, błysk klejnotu, bogaty wystrój ołtarza, połysk złocistego saksofonu albo pole amzonii. Był kulturalny i nieśmiały, ze skłonnością do precyzji. Już w młodym wieku miał w sobie drżenie. I chęć, aby w drżenie wprawiać innych.

Światło padało na strony jego książeczki do kolorowania, na jego dziecięce dłonie. Ekscytowało go to zajęcie – nie akt wypełniania pustej przestrzeni, lecz wybór koloru, którego nie wybrałby nikt inny. W zieleni wzgórz dostrzegał czerwień. Fioletowy śnieg, zielona skóra, srebrne słońce. Podobało mu się, że w ten sposób wpływa na innych, że to niepokoi jego rodzeństwo. Przekonał się, że ma talent do rysowania. Był urodzonym rysownikiem i w tajemnicy zniekształcał i uabstrakcyjniał swoje prace, czując rosnącą w sobie moc. Był artystą i zdawał sobie z tego sprawę. To nie było dziecięce marzenie. Po prostu dojrzał to, co w sobie miał.

Światło padało na jego ulubiony zestaw do wyrobu biżuterii, buteleczki z emalią i małe pędzelki. Robert miał zręczne palce. Zachwycała go własna umiejętność robienia i dekorowania broszek dla matki. Nie przejmował się, że jest to zajęcie dla dziewcząt, że taki zestaw to tradycyjny bożonarodzeniowy prezent dla dziewczynek. Jego starszy brat, zdolny sportowiec, naśmiewał się z niego. Matka, Joan, nałogowa palaczka, podziwiała jednak siedzącego za stołem syna, który w skupieniu nawlekał maleńkie indiańskie paciorki, żeby zrobić dla niej naszyjnik. To była zapowiedź naszyjników, które sam później nosił, gdy wskutek doświadczeń z LSD i poświęceniu się wyłącznie sztuce zerwał z ojcem, zerwał z katolicyzmem, komercją i wojskiem.

To zerwanie nie przyszło łatwo. Miał w sobie coś, co domagało się uznania, zarazem pragnął usatysfakcjonować rodziców. Rzadko mówił o młodości i rodzinie. Zawsze powtarzał, że odebrał dobre wychowanie, że żyło mu się bezpiecznie i dostatnio. Ale tłumił prawdziwe uczucia, bo naśladował stoicką naturę swojego ojca.

Jego matka marzyła, aby został duchownym. Lubił być ministrantem, ale jeszcze bardziej lubił wchodzić do zakazanych miejsc, zakrystii, zamkniętych komnat, podziwiał szaty i rytuały. Nie miał pobożnego ani religijnego stosunku do Kościoła; jego podziw miał charakter estetyczny. Przyciągał go dreszcz emocji kryjący się w batalii między dobrem i złem, być może dlatego, że odzwierciedlała jego konflikty wewnętrzne i odsłaniała granicę, którą miał później przekroczyć. Mimo to podczas pierwszej komunii stał dumnie wyprostowany, bo wykonał to święte zadanie, rozkoszował się byciem w centrum uwagi. Miał baudelaire’owski fular, a na ręku opaskę identyczną jak ta, którą wyzywająco nosił Arthur Rimbaud.

W rodzinnym domu Roberta nie interesowano się kulturą, nie było też swobody typowej dla cyganerii artystycznej. Panowały czystość i porządek – wzór powojennego praktycznego podejścia klasy średniej – czasopisma w gazetniku, biżuteria w szkatułce na biżuterię. Ojciec, Harry, potrafił być srogi i krytyczny, a Robert odziedziczył te cechy, jak również silne, wrażliwe palce. Po matce miał poczucie ładu i krzywy uśmiech, przez który zawsze wyglądał, jakby skrywał jakąś tajemnicę.

Szkółka niedzielna w Filadelfii

Pierwsza komunia święta, Floral Park, Long Island

W przedpokoju wisiało na ścianie kilka rysunków Roberta. Gdy mieszkał w rodzinnym domu, starał się ze wszystkich sił być posłusznym synem, wybierając karierę zgodnie z życzeniem ojca – miał studiować sztukę użytkową. Jeśli odkrywał coś na własną rękę, zachowywał to dla siebie.

Uwielbiał słuchać o moich przygodach z dzieciństwa, ale gdy pytałam go o to samo, niewiele miał do powiedzenia. Mówił, że w jego rodzinie nieczęsto rozmawiano i czytano, nie zwierzano się z intymnych uczuć. Nie mieli wspólnych mitów; żadnych opowieści o zdradzie, skarbach ani fortach ze śniegu. Prowadzili bezpieczne, ale mało bajkowe życie.

– Ty jesteś moją rodziną – mówił wtedy.

* * *

Gdy byłam młodą dziewczyną, popadłam w kłopoty.

W 1966 roku, pod koniec lata, przespałam się z chłopcem, jeszcze bardziej smarkatym niż ja, i doszło do zapłodnienia. Poszłam do lekarza, ale ten, speszony, wyraził wątpliwość i skwitował mój niepokój małym wykładem o cyklach u kobiety. Jednak w miarę upływu tygodni nabierałam pewności, że jestem w ciąży.

Wychowywałam się w czasach, w których seks i małżeństwo traktowano jako synonimy. Nie było żadnych dostępnych środków antykoncepcyjnych; jako dziewiętnastolatka miałam bardzo naiwne wyobrażenie o seksie. Nasz związek był przelotny – tak delikatny, że nawet nie byłam do końca pewna, czy skonsumowaliśmy nasze uczucie. Jednak o wszystkim ostatecznie zadecydowała natura. Dostrzegałam ironię tej sytuacji – ja, która nigdy nie chciałam być dziewczyną ani człowiekiem dorosłym, miałam teraz przejść bardzo ciężką próbę. Natura nauczyła mnie pokory.

Chłopak, siedemnastolatek, był tak niedoświadczony, że nie za bardzo mogłam go winić za to, co się stało. Musiałam sama zadbać o siebie. Rankiem w Święto Dziękczynienia usiadłam na pryczy w pralni w rodzinnym domu. Tu właśnie spałam, gdy pracowałam latem w fabryce i przez resztę roku, gdy chodziłam do Glassboro State Teachers College. Słyszałam, jak rodzice zaparzają kawę, słyszałam śmiech mojego rodzeństwa, gdy wszyscy siadali do stołu. Byłam najstarszym dzieckiem, dumą rodziny, uczyłam się w college’u. Ojciec martwił się, że nie jestem dość atrakcyjna, aby znaleźć męża, uważał też, że posada nauczycielki zapewniłaby mi dostatnie życie. Gdybym rzuciła studia, byłby to dla niego cios.

Przez długi czas siedziałam wpatrzona w swoje dłonie złożone na brzuchu. Zwolniłam mojego chłopaka z odpowiedzialności. Przypominał ćmę szarpiącą się w kokonie; nie potrafiłam zaburzyć jego niezdarnego wkraczania w dorosłe życie. Zresztą zdawałam sobie sprawę, że i tak nie mógłby nic zrobić. Zarazem wiedziałam, że nie zdołam zapewnić opieki noworodkowi. Skorzystałam z pomocy życzliwego profesora, który znalazł wykształcone małżeństwo pragnące dziecka.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu: pralka, suszarka, duży kosz wiklinowy przepełniony brudami, ojcowskie koszule złożone na desce do prasowania. Znajdował się tam też mały stół, na którym układałam swoje kredki, szkicownik i tomik Iluminacji. Modląc się bezgłośnie, przygotowywałam się w duchu do konfrontacji z rodzicami. Przez chwilę wydawało mi się, że zaraz umrę, ale potem zrozumiałam, że wszystko będzie dobrze.

Nie potrafię wyrazić, jak wielki spokój nagle poczułam. Moje lęki przyćmiło nieodparte poczucie misji. Przypisałam to dziecku, wyobrażając sobie, że współczuje mi w tej sytuacji. Poczułam pełną władzę nad sobą. Spełnię swój obowiązek i będę silna i zdrowa. Nigdy nie spojrzę wstecz. Będę artystką. Pokażę, na co mnie stać. Z tym postanowieniem wstałam i ruszyłam do kuchni.

Wyrzucono mnie ze studiów, ale się tym nie przejęłam. Wiedziałam, że nie mam zadatków na nauczycielkę, chociaż uważałam ten zawód za godny podziwu. Nadal mieszkałam w pralni.

Na duchu podnosiła mnie wtedy Janet Hamill przyjaciółka z college’u. Zamieszkała u nas, bo zmarła jej matka. Zostałyśmy współlokatorkami. Obie snułyśmy wzniosłe marzenia, a zarazem kochałyśmy rock and rolla – spędzałyśmy długie wieczory na dyskusjach o wyższości The Beatles nad The Rolling Stones. Stałyśmy godzinami w kolejce przed sklepem Sama Goody’ego, żeby kupić Blonde on Blonde, i przeczesałyśmy całą Filadelfię w poszukiwaniu szalika, jaki Bob Dylan ma na okładce płyty. Gdy miał wypadek motocyklowy, zapaliłyśmy świeczki na jego cześć. Leżałyśmy w wysokiej trawie, zasłuchane w Light My Fire dobiegające z radia w pokancerowanym aucie Janet, zaparkowanym przy drodze. Obcięłyśmy nasze długie spódnice, żeby wyglądały jak miniówy Vanessy Redgrave w Powiększeniu, a w sklepach z używaną odzieżą szukałyśmy palt, jakie nosili Oscar Wilde i Baudelaire.

Przez całą ciążę Janet pozostawała moją wierną przyjaciółką, ale gdy zbliżył się czas rozwiązania, musiałam poszukać sobie innego miejsca. Dalszy pobyt u rodziców był wykluczony, bo krytycznie nastawieni sąsiedzi traktowali ich tak, jakby dawali schronienie przestępcy. Znalazłam rodzinę zastępczą, również o nazwisku Smith, nieco dalej na południe, nad morzem. Pewien życzliwy malarz i jego żona, garncarka, przyjęli mnie do siebie. Mieli małego synka, a w ich domu panowała zdyscyplinowana, ale serdeczna atmosfera; oboje cenili żywność makrobiotyczną, muzykę klasyczną i sztukę. Byłam samotna, jednak Janet odwiedzała mnie w miarę możliwości. Miałam nieduże kieszonkowe. Co niedziela chodziłam na długi spacer do pustawej kafejki przy plaży na kawę i pączka, dwie rzeczy zakazane w domu, gdzie obowiązywała zdrowa żywność. Rozkoszując się tymi przyjemnostkami, wrzucałam ćwierćdolarówkę do szafy grającej i słuchałam Strawberry Fields trzy razy z rzędu. To był mój prywatny rytuał, a słowa i głos Johna Lennona dodawały mi sił, gdy byłam bliska załamania.

Po przerwie wielkanocnej przyjechali po mnie rodzice. Poród zbiegł się z pełnią księżyca. Zawieźli mnie do szpitala w Camden. Ponieważ nie byłam mężatką, pielęgniarki potraktowały mnie bardzo obcesowo i okrutnie. Zostawiły mnie na stole i dopiero po kilku godzinach poinformowały lekarza, że mam bóle porodowe. Naśmiewały się, że wyglądam jak beatnik i urodzę bękarta, nazywały „córką Drakuli” i groziły, że zetną mi długie, czarne włosy.

W końcu zjawił się lekarz i bardzo się rozzłościł. Zaczął wrzeszczeć na pielęgniarki, bo to był poród pośladkowy i nie należało mnie zostawiać samej. Rodząc, przez otwarte okno słyszałam chłopców śpiewających a cappella po nocy. Harmonia czterogłosowa na ulicach Camden w New Jersey. W końcu zaczęła działać narkoza; ostatnie, co pamiętam, to zatroskana twarz lekarza i szepty pielęgniarek.

Moja córeczka urodziła się w rocznicę zbombardowania Guerniki. Pamiętam, że rozmyślałam o tym obrazie, o płaczącej matce trzymającej zabite dziecko. I choć w moich objęciach miała być pustka i czekała mnie rozpacz, moje dziecko przeżyło, było zdrowe i trafiło do dobrych ludzi. Wierzyłam w to całym sercem.

W Dniu Pamięci Narodowej pojechałam autobusem do Filadelfii, żeby zobaczyć pomnik Dziewicy Orleańskiej w pobliżu Muzeum Sztuk Pięknych. Nie było go tam, gdy jako mała dziewczynka pierwszy raz zwiedzałam miasto z rodziną. Wyglądała pięknie na grzbiecie konia, wznosząc sztandar ku słońcu, nastolatka, która posadziła swojego króla na tronie w Rouen, a potem została zdradzona i spalona na stosie. Młoda Joanna, którą znałam z książek, i dziecko, którego miałam nigdy nie poznać. Poprzysięgłam im obojgu, że zrobię coś sensownego ze swoim życiem, a potem ruszyłam w drogę powrotną do domu, zatrzymując się po drodze w Camden, gdzie w sklepie z używaną odzieżą kupiłam długie szare palto.

* * *

Tego samego dnia na Brooklynie Robert wziął kwas. Uporządkował miejsce do pracy: ułożył blok i kredki na niskim stoliku, przysunął poduszkę do siedzenia. Na stole położył świeży arkusz papieru silikonowego. Zdawał sobie sprawę, że być może nie będzie mógł rysować, gdy działanie kwasu osiągnie punkt szczytowy, ale chciał mieć przybory pod ręką, na wypadek gdyby ich potrzebował. Już wcześniej próbował tworzyć pod wpływem kwasu, ale ten wpędzał go w negatywne stany, w obszary, których w normalnych okolicznościach miał siłę unikać. Piękno, które wtedy dostrzegał, było często omamem, efekty zaś były agresywne i niezadowalające. Nie zastanawiał się, dlaczego tak jest. Po prostu tak było.

Z początku LSD działało łagodnie, więc poczuł rozczarowanie, bo zażył więcej niż zwykle. Przekroczył stadium wyczekiwania i nerwowego ożywienia. Uwielbiał to uczucie. Śledził ekscytację i strach rodzące się w brzuchu. Czegoś podobnego doświadczał jako ministrant, gdy w komży stał za aksamitną kotarą i trzymał monstrancję, przygotowując się do procesji.

Przyszło mu do głowy, że może nic się nie wydarzy.

Poprawił pozłacaną ramkę na gzymsie kominka. Czuł krew dopływającą żyłami do przegubów i zauważył jasny skraj mankietu u koszuli. Widział pokój w formie płaszczyzn, syreny i psy, pulsujące ściany. Uświadomił sobie, że zaciska zęby. Swój oddech postrzegał jako oddech upadającego boga. Doznawał straszliwej klarowności widzenia; jakaś siła rzuciła go w zwolnionym tempie na kolana. Łańcuch wspomnień rozciągał się jak cukierek toffi – oskarżycielskie twarze kadetów, święcona woda zalewająca latrynę, koledzy z klasy przechodzący obok jak zobojętniałe psy, dezaprobata ojca, usunięcie z Sił Oficerów Rezerwy, matczyne łzy, własna samotność wykrwawiająca apokalipsę jego świata.

Próbował wstać. Nogi miał jak z waty. Zdołał się dźwignąć i roztarł kolana. Żyły na dłoniach były wyjątkowo wydatne. Zdjął koszulę, nasączoną światłem i wilgocią, zrzucił jarzmo drugiej skóry.

Spojrzał na arkusz papieru na stoliku. Widział dzieło, choć nic jeszcze nie zostało narysowane. Przykucnął znowu i zaczął pracować z zapałem w ostatnich promieniach popołudniowego słońca. Wykonał dwa rysunki, pajęcze i amorficzne. Zapisał słowa, które widział, i natychmiast poczuł doniosłość tego, co zanotował: „Zagłada wszechświata, 30 maja ‘67”.

Dobre, pomyślał trochę smutno. Smutno, bo nikt nie zobaczy tego, co on widział, nikt nie zrozumie. Przywykł do tego uczucia. Doświadczał go przez całe życie, ale w przeszłości próbował temu zadośćuczynić, jakby to była jego wina. Wynagradzał to swoim uroczym charakterem, próbami przypodobania się ojcu, nauczycielom, rówieśnikom.

Nie wiedział, czy jest dobrym, czy złym człowiekiem. Czy jest altruistą? Czy ma w sobie coś demonicznego? Jednego był pewien. Że jest artystą. Nie miał zamiaru nikogo za to przepraszać. Oparł się o ścianę i wypalił papierosa. Czuł się przesycony jasnością, trochę rozdygotany, ale wiedział, że jest to czysto fizyczne doznanie. Do głosu dochodziło inne, którego nie potrafił nazwać. Czuł, że panuje nad sytuacją. Że już nigdy nie będzie zniewolony.

Gdy zapadł zmrok, Robert poczuł pragnienie. Zachciało mu się mleka czekoladowego. Wiedział, że jeden sklep jest otwarty. Wyszperał drobne, ruszył za róg i dalej w głąb Myrtle Avenue, uśmiechając się w ciemności.

*

Wiosną 1967 roku podsumowałam swoje dotychczasowe życie. Dałam światu zdrową córeczkę i powierzyłam ją opiece wykształconej i kochającej rodziny. Wyleciałam ze studium nauczycielskiego, bo zabrakło mi dyscypliny, sumienności i pieniędzy, żeby kontynuować naukę. Znalazłam pracę za minimalną pensję w drukarni podręczników w Filadelfii.

Najpilniejszym problemem było rozstrzygnięcie, jaki będzie mój następny krok. Uczepiłam się kurczowo nadziei, że jestem artystką, choć zdawałam sobie sprawę, że nie będzie mnie stać na studia na akademii sztuk pięknych i że muszę zarobić na życie. W domu nic mnie nie trzymało, nie miałam tam żadnych widoków na przyszłość ani poczucia wspólnoty. Rodzice wychowali nas w duchu dialogu religijnego, współczucia i szacunku dla praw obywatelskich, ale ogólna atmosfera na prowincji New Jersey nie sprzyjała artystom. Kilkoro moich przyjaciół przeniosło się do Nowego Jorku, żeby pisać wiersze i studiować sztukę, więc czułam się bardzo osamotniona.

Pociechę znalazłam u Arthura Rimbauda, na którego twórczość natknęłam się na straganie bukinisty naprzeciw dworca autobusowego w Filadelfii, gdy miałam szesnaście lat. Jego wyniosłe spojrzenie z okładki Iluminacji padło wprost na moją twarz. Rimbaud objawiał obrazoburczą inteligencję, która mnie inspirowała, zatem przyjęłam go jako rodaka, pokrewną duszę, a nawet potajemnego kochanka. Nie miałam dziewięćdziesięciu dziewięciu centów na zakup książki, więc ją zwędziłam.

Rimbaud miał klucze do mistycznego języka, który chciwie chłonęłam, choć nie do końca potrafiłam go rozszyfrować. Moja nieodwzajemniona miłość do niego wydawała mi się tak samo rzeczywista jak wszystko, co dotąd przeżyłam. W drukarni, w której pracowałam z gruboskórnymi, niewykształconymi kobietami, byłam prześladowana z jego powodu. Podejrzewając mnie o komunizm, bo czytałam książkę w obcym języku, kobiety te dopadły mnie w toalecie, próbując zmusić, abym potępiła autora. Buntowałam się przeciw takiej atmosferze. To dla Rimbauda pisałam i marzyłam. Stał się moim archaniołem, który wyswobadzał mnie z przyziemnego koszmaru fabrycznego życia. Jego dłonie wyrzeźbiły dla mnie niebiański podręcznik; uchwyciłam się ich kurczowo. Dzięki niemu chodziłam z wysoko podniesioną głową i nikt już nie mógł mi tego odebrać. Wrzuciłam Iluminacje do kraciastej walizki. Uciekniemy razem.

Miałam plan. Chciałam odszukać przyjaciół, którzy studiowali w Pratt Institute na Brooklynie. Uznałam, że jeśli znajdę się w tym środowisku, będę się mogła od nich uczyć. Gdy pod koniec czerwca zwolniono mnie z pracy w drukarni, uznałam to za sygnał do wyjazdu. W południowym Jersey trudno było o pracę. Znalazłam się na liście kandydatów do zatrudnienia w tłoczni płyt Columbia Records w Pitman i w fabryce zup Campbella w Camden, ale na myśl o którymkolwiek z tych miejsc ogarniały mnie mdłości. Miałam pieniądze na bilet w jedną stronę. Zamierzałam pukać do wszystkich księgarń w całym mieście. Praca w księgarni wydawała mi się idealna. Matka – która była kelnerką – dała mi białe pantofelki i świeży uniform zawinięte w zwykły papier.

– Nigdy nie będzie z ciebie kelnerki – powiedziała. – Ale i tak cię wspomogę.

To był jej sposób okazania wsparcia.

Nastał poniedziałek rano, trzeciego lipca. Po łzawych pożegnaniach pokonałam milę do Woodbury, gdzie złapałam autobus do Filadelfii. Po drodze przejechałam przez ukochane Camden, skłaniając z szacunkiem głowę przed smętną fasadą dawniej popularnego Walt Whitman Hotel. Poczułam ukłucie bólu, że porzucam to walczące miasto, ale tutaj nie było dla mnie pracy. Właśnie zamykali wielką stocznię i za chwilę wszyscy mieli szukać zatrudnienia.

Wysiadłam przy Market Street i zajrzałam do lokalu Nedicka. Wsunęłam ćwierćdolarówkę do szafy grającej, puściłam obie strony płyty Niny Simone, a potem uraczyłam się pożegnalną kawą i pączkiem. Następnie poszłam na Filbert Street, gdzie był dworzec autobusowy, a naprzeciwko stragan z książkami, który przetrząsałam przez ostatnie kilka lat. Stanęłam przed stojakiem, z którego niegdyś zwędziłam Rimbauda. Na miejscu skradzionej książki leżał wyświechtany album Love on the Left Bank, z chropawymi czarno-białymi fotografiami nocnego życia w Paryżu końca lat pięćdziesiątych. Duże wrażenie wywarły na mnie zdjęcia pięknej Vali Myers, z szopą rozwichrzonych włosów i uczernionymi oczami, tańczącej na ulicach Dzielnicy Łacińskiej. Nie ukradłam albumu, ale zachowałam te obrazy w pamięci.

Przeżyłam bolesny cios, bo okazało się, że cena biletu do Nowego Jorku prawie się podwoiła, odkąd wybrałam się tam ostatni raz. Nie było mnie na niego stać. Weszłam do budki telefonicznej, żeby się zastanowić. Nastała przełomowa chwila. Pomyślałam, że zadzwonię do siostry, choć wstydziłam się wracać do domu. I nagle zobaczyłam, że na półce pod aparatem, na grubej, żółtej książce telefonicznej, leży biała skórzana portmonetka. W środku znalazłam medalik i trzydzieści dwa dolary – była to prawie tygodniowa pensja w drukarni podręczników.

Choć wiedziałam, że nie powinnam, zabrałam pieniądze, portmonetkę natomiast zostawiłam w kasie biletowej w nadziei, że właścicielka odzyska przynajmniej medalik. W portmonetce nie było niczego, co wskazywałoby na jej tożsamość. Dziś mogę tylko podziękować tej nieznanej kobiecie, tak jak wielokrotnie dziękowałam jej w duchu w późniejszych latach. To ona ostatecznie dodała mi otuchy, dała mi potajemny złodziejski znak – na szczęście. Przyjęłam dar z małej białej portmonetki, jakby ręka przeznaczenia pchnęła mnie na właściwe tory.

Miałam dwadzieścia lat. Wsiadłam do autobusu. Byłam ubrana w ogrodniczki, czarny golf i stare szare palto kupione w Camden.

Moja mała walizka w żółto-czerwoną kratę zawierała parę kredek, notatnik, Iluminacje, kilka sztuk ubrania i zdjęcia rodzeństwa. Byłam przesądną dziewczyną. Tego dnia wypadł poniedziałek; urodziłam się również w poniedziałek. A więc to dobry dzień na przyjazd do Nowego Jorku, uznałam. Nikt na mnie nie czekał. A zarazem czekał na mnie cały świat.

Od razu pojechałam metrem z Port Authority na Jay Street i do Borough Hall, potem na Hoyt-Schermerhorn i DeKalb Avenue. Było słoneczne popołudnie. Miałam nadzieję, że przyjaciele mnie przygarną, dopóki nie znajdę sobie jakiegoś kąta. Dotarłam do kamienicy pod wskazanym adresem, ale okazało się, że się przeprowadzili. Nowy najemca był uprzejmym człowiekiem. Wskazał pokój na końcu mieszkania, sugerując, że być może jego współlokator zna nowy adres moich znajomych.

Weszłam do pokoju. Na prostym żelaznym łóżku spał chłopak. Był blady i szczupły, z szopą ciemnych loków. Leżał z obnażonym torsem, a na szyi miał wisiorki z koralików. Stałam w progu. Otworzył oczy i się uśmiechnął.

Gdy przedstawiłam mu swoją sytuację, podniósł się jednym płynnym ruchem, włożył biały T-shirt i sandały i skinął na mnie, żebym za nim poszła.

Patrzyłam, jak idzie – miał lekki krok i odrobinę pałąkowate nogi. Zwróciłam uwagę na jego dłonie, bo stukał palcami w udo. Nigdy nie widziałam kogoś podobnego. Zaprowadził mnie do innej kamienicy przy Clinton Avenue, zasalutował szybko na pożegnanie i ruszył w swoją stronę.

Upływał dzień, a ja czekałam na przyjaciół. Pech chciał, że nie wrócili. Tej nocy, nie mając dokąd pójść, spałam na czerwonych schodach przed kamienicą. Gdy się obudziłam, nastał Dzień Niepodległości – pierwszy w moim życiu z dala od rodziny, bez znajomej defilady, pikniku weteranów i pokazu fajerwerków. W powietrzu wyczuwałam niepokój i ożywienie. Gromady dzieci rzucały petardy, które wybuchały mi pod stopami. Ten dzień spędziłam, podobnie jak kilka następnych tygodni, na szukaniu bratnich dusz, dachu nad głową i, najbardziej desperacko, pracy. Lato wydawało się niedobrą porą, by znaleźć jakiegoś współczującego studenta.

Nikt się nie śpieszył, żeby wyciągnąć do mnie pomocną dłoń. Wszyscy borykali się z problemami, a ja – myszka ze wsi – byłam zwykłą niedojdą. W końcu wróciłam do śródmieścia i spałam w Central Parku, niedaleko posągu Szalonego Kapelusznika.

Zostawiałam podania o pracę w sklepach i księgarniach przy Piątej Alei. Często przystawałam przed eleganckimi hotelami – intruz obserwujący proustowskie życie klas uprzywilejowanych, ekscytujące czarne auta o opływowych kształtach, wspaniałe kufry w brązowo-złote wzory. Było to życie na innej planecie. Między Paris Theatre a Plaza Hotel stały dorożki. W porzuconych gazetach wyszukiwałam imprezy danego wieczoru. Stojąc po drugiej stronie ulicy, patrzyłam na ludzi wchodzących do Metropolitan Opera, czułam ich podekscytowanie.

Nowy Jork był miastem z prawdziwego zdarzenia, kapryśnym i zmysłowym. W pewnej chwili potrąciła mnie grupa zaaferowanych młodych marynarzy szukających przygód przy Czterdziestej Drugiej Ulicy, gdzie roiło się od śmiałych kobiet, sprzedawców hot dogów, kin dla dorosłych i błyszczących sklepów z pamiątkami. Przeszłam przez foyer kin, zajrzałam przez okno do wspaniałego wielkiego baru Grant’s Raw, pełnego mężczyzn w czarnych płaszczach zajadających piramidy świeżych ostryg.

Drapacze chmur były piękne. Nie wydawały mi się korporacyjnymi skorupami, lecz pomnikami aroganckiego, a jednak filantropijnego ducha Ameryki. Każdy tchnął szczególną energią i miał własne dzieje. Stary świat i ten dopiero się rodzący jako dar w cegle i zaprawie murarskiej od rzemieślnika i architekta.

Godzinami spacerowałam po parkach. Na placu Waszyngtona wciąż czuło się obecność postaci Henry’ego Jamesa i samego autora. Gdy weszłam w obręb białego łuku, powitał mnie dźwięk bongosów, gitar akustycznych i protest songów, gwar sporów politycznych, widok aktywistów rozdających ulotki i starych szachistów, którym wyzwanie rzucali młodsi. Ta atmosfera otwartości była czymś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam – prostą wolnością, która najwyraźniej nikogo nie pętała.

Skonana i głodna, włóczyłam się ze swoim marnym dobytkiem zawiniętym w kawałek materiału jak tramp z tobołkiem bez kija – walizkę zadekowałam na Brooklynie. Była niedziela, więc dzień wolny od szukania pracy. W nocy jeździłam metrem na Coney Island i z powrotem, w miarę możliwości łapiąc trochę snu. Wreszcie wysiadłam przy placu Waszyngtona i ruszyłam na Szóstą Aleję. Zatrzymałam się, żeby popatrzeć na chłopców grających w kosza przy Houston Street. To właśnie tam spotkałam mojego Świętego, przewodnika, czarnego Czirokeza, z jedną nogą na ulicy, a drugą na Drodze Mlecznej. Pojawił się nagle – tak jak włóczęga znienacka potrafi odnaleźć pobratymca.

Zlustrowałam go błyskawicznie i uznałam, że jest niegroźny. Rozmowa z nim wydała mi się naturalna, choć zazwyczaj nie odzywałam się do nieznajomych.

– Cześć, siostro. Jak sytuacja?

– Tu na Ziemi czy w kosmosie?

Roześmiał się i odparł:

– Byczo!

Przyjrzałam mu się, gdy patrzył w niebo. Wyglądał jak Jimi Hendrix, wysoki, szczupły, o łagodnym głosie, choć trochę wymiętoszony. Nie stanowił zagrożenia, nie rzucał żadnych aluzji seksualnych, a o fizyczności wspominał tylko z jednego powodu:

– Głodna jesteś?

– Tak.

– No to chodź.

W kawiarniach właśnie budziło się życie. Zatrzymał się w kilku miejscach przy MacDougal Street. Witał się z ludźmi przygotowującymi lokale na nowy dzień.

– Cześć, Święty – odpowiadali.

Nawijał swoje, a ja stałam kilka kroków z boku.

– Masz coś dla mnie? – pytał.

Kucharze znali go dobrze i dawali mu jedzenie w brązowych papierowych torbach. Rewanżował się anegdotami ze swoich podróży z Ameryki na Wenus. Poszliśmy do parku, usiedliśmy na ławce i podzieliliśmy łupy: bochenki chleba z poprzedniego dnia i główkę sałaty. Kazał mi usunąć wierzchnie liście, a sam przełamał jeden bochenek na pół. W środku sałata była świeża.

– W liściach jest woda – powiedział. – Chleb zaspokoi twój głód.

Położyliśmy najlepsze liście na chlebie i zaczęliśmy jeść ze smakiem.

– Prawdziwe więzienne śniadanie – stwierdziłam.

– Taa, ale my jesteśmy wolni.

To zgrabnie podsumowało sprawę. Przespał się trochę na trawie, a ja po prostu siedziałam cicho, nie czując strachu. Gdy się obudził, zaczęliśmy się rozglądać dokoła, aż znalazł kawałek gołej ziemi. Wziął patyk i narysował mapę nieba. Następnie dał mi wykład o miejscu człowieka we wszechświecie, a potem o wszechświecie wewnętrznym.

– Kapujesz?

– Normalka dla mnie – odparłam.

Śmiał się dłuższą chwilę.

Kolejne dni wypełnił mi ten sam wspólny niewypowiedziany rytuał. Wieczorem szliśmy każde w swoją stronę. Patrzyłam, jak się oddala. Często chodził boso, z sandałami przerzuconymi przez ramię. Nie mogłam wyjść ze zdumienia, że ktoś, nawet latem, ma dość odwagi i sprytu, aby chodzić boso po mieście.

Sypialiśmy osobno. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, gdzie śpimy. Rankiem znajdowałam go w parku i ruszaliśmy w naszą trasę – „po prowiant”, jak mawiał. Jedliśmy pitę i łodygi selera. Trzeciego dnia znalazłam dwie ćwierćdolarówki wdeptane w trawę w parku. Zafundowaliśmy sobie kawę, tost z dżemem i podzieliliśmy się jajkiem w Waverly Diner. W 1967 roku pół dolara to był porządny pieniądz.

Tego popołudnia jeszcze raz zaserwował mi długi wykład o sytuacji człowieka i wszechświata. Najwyraźniej zadowalałam go jako uczennica, choć wydawał się bardziej rozkojarzony niż zwykle. Wenus, stwierdził, to coś więcej niż gwiazda.

– Czekam na powrót do domu – powiedział.

Był piękny dzień i siedzieliśmy na trawie. Chyba się zdrzemnęłam. Gdy się obudziłam, już go nie było. Został tylko kawałek czerwonej kredy, którym rysował na chodnikach. Schowałam go do kieszeni i ruszyłam w swoją stronę. Nazajutrz czekałam na niego, ale nie przyszedł. Dał mi to, czego potrzebowałam, żeby iść dalej własną drogą.

Nie było mi smutno, bo uśmiechałam się za każdym razem, gdy o nim myślałam. Wyobrażałam sobie, że wskakuje do pociągu towarowego jadącego na planetę, którą ukochał, nazwaną odpowiednio na cześć bogini miłości. Zastanawiałam się tylko, dlaczego poświęcił mi tak dużo czasu. Uznałam, że powodem było to, iż oboje nosiliśmy długie palta w lipcu – braterstwo La Bohème.

*

Coraz rozpaczliwiej rozglądałam się za pracą, rozpoczęłam nawet drugą turę poszukiwań w butikach i domach towarowych. Szybko się jednak zorientowałam, że jestem nieodpowiednio ubrana, żeby znaleźć posadę w tej branży. Nawet u Capezia, w sklepie ze strojami do tańca klasycznego, nie chciano mnie przyjąć, chociaż dbałam o swój wygląd beatnikowej baletnicy. Rozpytywałam się w Sixtieth i Lexington, a w przypływie czarnej rozpaczy zostawiłam podanie u Alexandra, chociaż wiedziałam, że nigdy mnie tam nie zatrudnią. Potem ruszyłam w kierunku śródmieścia, pochłonięta rozpamiętywaniem swojej sytuacji.

Był piątek, dwudziesty pierwszy lipca, i nieoczekiwanie stałam się świadkiem wielkiej żałoby. Zmarł John Coltrane, człowiek, który dał nam A Love Supreme. Gromady ludzi zbierały się naprzeciw kościoła Świętego Piotra, żeby go pożegnać. Mijały godziny. Ludzie szlochali, a miłosne zawodzenie saksofonu Alberta Aylera podgrzewało atmosferę. Było tak, jakby umarł święty – ktoś, kto dał nam uzdrawiającą muzykę, jednak siebie nie potrafił uzdrowić. W towarzystwie wielu obcych mi ludzi przeżywałam śmierć człowieka, którego znałam wyłącznie przez jego muzykę.

Później ruszyłam Drugą Aleją, na terytorium Franka O’Hary. Różowe światło oblewało rząd domów zabitych dechami. Nowojorskie światło, światło abstrakcyjnych ekspresjonistów. Uznałam, że Frankowi spodobałaby się barwa gasnącego dnia. Gdyby żył, być może napisałby elegię na cześć Johna Coltrane’a, podobnie jak to zrobił dla Billie Holiday.

Wieczór spędziłam, obserwując, co się dzieje na St. Mark’s Place. Długowłosi chłopcy paradowali w pasiastych dzwonach i używanych wojskowych kurtkach z owiniętymi w batiki dziewczynami u boku. Ulicę zaśmiecały ulotki, obwieszczające przyjazd Paula Butterfielda oraz Country Joe and the Fish. Z otwartych drzwi Electric Circus grzmiał White Rabbit. Powietrze było ciężkie od lotnych chemikaliów, zapachu pleśni i ziemistej woni haszyszu. Topił się wosk świec, wielkie parafinowe łzy skapywały na chodnik.

Nie mogę powiedzieć, że tam pasowałam, ale czułam się bezpiecznie i swobodnie. Była to społeczność bezdomnych młodych ludzi, śpiących w parkach, w prowizorycznych namiotach, nowych imigrantów najeżdżających East Village. Nie czułam z nimi pokrewieństwa, ale dzięki niewymuszonej atmosferze mogłam się wśród nich kręcić bez skrępowania. Czułam się pewnie. W mieście nie wyczuwałam zagrożenia i z żadnym się nie zetknęłam. Nie miałam nic, co mógłby mi zabrać złodziej, i nie bałam się mężczyzn na łowach. Nikogo nie interesowałam, a to działało na moją korzyść przez pierwsze kilka tygodni lipca, gdy się włóczyłam – bez przeszkód zwiedzałam miasto za dnia, w nocy zaś spałam, gdzie popadło, w bramach, w metrze, nawet na cmentarzu. Budziłam się znienacka pod nowojorskim niebem, czasem wyrwana ze snu ręką nieznajomego. Czas iść. Czas iść.

Gdy robiło się naprawdę niewesoło, wracałam do Pratt, gdzie czasem wpadałam na kogoś znajomego, kto pozwolił mi wziąć prysznic lub przespać się pod dachem. Albo zasypiałam na korytarzu przy znajomych drzwiach. Nie było to zabawne, ale miałam swoją mantrę: „Jestem wolna, wolna”. Chociaż po kilku dniach wzięła nad nią górę inna mantra: „Jestem głodna, głodna”. Nie martwiłam się jednak. Potrzebowałam przełomu i nie zamierzałam się poddać. Taszczyłam swoją kraciastą walizkę od jednej kamienicy do drugiej, starając się nie okazywać zagubienia.

Tego lata umarł Coltrane. Tego lata zabrzmiał Crystal Ship. Dzieci kwiaty wzniosły puste ręce, a Chiny zdetonowały bombę wodorową. W Monterey Jimi Hendrix podpalił swoją gitarę. AM Radio nadało Ode to Billie Joe. W Newark, Milwaukee i Detroit wybuchły zamieszki. Było to lato Elviry Madigan, lato miłości. A w tej zmiennej, niegościnnej atmosferze przypadkowe spotkanie zmieniło bieg mojego życia.

Tego lata poznałam Roberta Mapplethorpe’a.

ZWYKŁE DZIECIAKI

W mieście panował upał, ale ciągle nosiłam palto. Dodawało mi pewności siebie, gdy wychodziłam na ulice w poszukiwaniu pracy. Moimi jedynymi atutami były okres przepracowany w drukarni, nieukończone studium nauczycielskie i nieskazitelny wykrochmalony strój kelnerki. W końcu znalazłam pracę w małej włoskiej restauracji o nazwie U Joego przy Time Square. Trzy godziny po rozpoczęciu pierwszej zmiany wywaliłam tacę cielęciny po parmeńsku na tweedowy garnitur jednego z klientów, więc mnie zwolniono. Zdawałam sobie sprawę, że nigdy nie będę kelnerką, dlatego zostawiłam strój – tylko lekko zabrudzony – razem z pantofelkami w publicznej toalecie. Matka dała mi ten biały strój i białe buty jako wyraz nadziei, że ułożę sobie życie. Teraz przypominały zwiędłe lilie, porzucone w białej umywalce.

Starałam się dojść do ładu z psychodeliczną atmosferą na St. Mark’s Place, nie byłam jednak przygotowana na nadchodzącą rewolucję. Panował nastrój niewyraźnej i niepokojącej paranoi, podteksty i pogłoski, urywki rozmów przepowiadających zbliżający się przewrót. Siedziałam tam, próbując to wszystko zrozumieć, a powietrze było ciężkie od dymu z marihuany, co być może tłumaczy mglistość moich wspomnień. Przedzierałam się przez gęstą sieć świadomości kulturowej, o której istnieniu nie miałam pojęcia.

Żyłam w świecie swoich książek, z których większość napisano w XIX wieku. Chociaż byłam gotowa spać na ławkach, w metrze i na cmentarzach, dopóki nie znajdę pracy, nie mogłam sobie poradzić z doskwierającym mi głodem. Byłam chudzielcem o szybkiej przemianie materii i dużym apetycie. Nie mogłam się wyżywić romantyzmem. Nawet Baudelaire musiał jeść. W jego listach często dochodziło do głosu rozpaczliwe wołanie o mięso i porter.

Potrzebowałam pracy. Odczułam zatem wielką ulgę, gdy zatrudniono mnie jako kasjerkę w księgarni sieci Brentano. Wolałabym obsługiwać dział z poezją niż podliczać, ile się sprzedało etnicznej biżuterii i wyrobów, ale lubiłam patrzeć na świecidełka z dalekich krain: berberyjskie bransolety, szylkretowe naszyjniki z Afganistanu i inkrustowane szlachetnymi kamieniami posążki Buddy. Moim ulubieńcem był skromny naszyjnik z Persji. Składał się z dwóch emaliowanych metalowych płytek związanych mocno czarnymi i srebrnymi nitkami; przypominał stary egzotyczny szkaplerz. Kosztował osiemnaście dolarów, co wydawało mi się dużą sumą. Gdy ruch w księgarni ustawał, wyjmowałam go z etui i przesuwałam palcem po kaligrafii wytrawionej na fioletowej powierzchni, wymyślając opowieści o jego pochodzeniu.

Niedługo po tym, jak znalazłam pracę, w księgarni zjawił się chłopak, którego poznałam przelotnie na Brooklynie. W białej koszuli i pod krawatem wyglądał całkiem inaczej, jak katolicki uczniak. Wyjaśnił, że pracuje w śródmiejskiej księgarni tej samej sieci i ma kupon zniżkowy, który chciałby wykorzystać. Przez długi czas przyglądał się wszystkiemu, koralikom, małym posążkom, turkusowym pierścionkom.

– Biorę to – powiedział wreszcie.

Wybrał perski naszyjnik.

– Mnie też najbardziej się podoba – odparłam. – Przypomina szkaplerz.

– Jesteś katoliczką? – spytał.

– Nie, po prostu lubię katolickie przedmioty.

– Byłem kiedyś ministrantem. – Uśmiechnął się do mnie. – Uwielbiałem machać kadzielnicą.

Byłam uszczęśliwiona, że zdecydował się na biżuterię, którą sama bym wybrała, ale zarazem zrobiło mi się smutno, że muszę się z nią rozstać. Gdy zapakowałam naszyjnik i podałam mu go, powiedziałam pod wpływem impulsu:

– Nie wolno ci go dać żadnej dziewczynie, tylko mnie.

Od razu zrobiło mi się głupio, ale on się uśmiechnął i odrzekł:

– Dobrze.

Gdy wyszedł, spojrzałam na czarny aksamit, na którym jeszcze przed chwilą leżał naszyjnik. Nazajutrz rano w tym miejscu pojawiło się jeszcze okazalsze cacko, ale brakowało mu tajemniczej prostoty perskiego klejnotu.

Pod koniec pierwszego tygodnia pracy wciąż byłam głodna i nie miałam dokąd pójść. Zaczęłam spędzać noce w księgarni. Chowałam się w łazience, dopóki pozostali nie wyszli, a gdy nocny stróż wszystko pozamykał, kładłam się do snu na swoim palcie. Rankiem sądzono, że po prostu wcześniej przyszłam do pracy. Nie miałam nawet dziesięciu centów; przetrząsałam kieszenie pozostałych pracowników w poszukiwaniu drobnych, za które mogłabym kupić w automacie krakersy z masłem orzechowym. Wygłodniała, przeżyłam szok, gdy w dniu wypłaty nie było dla mnie koperty. Nie zrozumiałam wcześniej, że pensję za pierwszy tydzień pracy wypłacano później. Poszłam do łazienki zalana łzami.

Gdy wróciłam na swoje stanowisko, zobaczyłam kręcącego się mężczyznę, który mi się przypatrywał. Brodacz, ubrany w koszulę w prążki i marynarkę z zamszowymi łatami na łokciach. Kierownik przedstawił nas sobie. Okazało się, że mężczyzna jest pisarzem science fiction i chce mnie zaprosić na kolację. Chociaż miałam już dwadzieścia lat, w mojej świadomości natychmiast zabrzmiało ostrzeżenie matki, abym nie chodziła nigdzie z nieznajomymi. Jednak perspektywa kolacji wzięła górę, więc przyjęłam zaproszenie. Miałam nadzieję, że skoro facet jest pisarzem, okaże się w porządku, chociaż wyglądał mi bardziej na aktora udającego pisarza.

Poszliśmy do restauracji na parterze Empire State Building. Nigdy dotąd nie jadłam w żadnym eleganckim nowojorskim lokalu. Chciałam zamówić coś, co nie byłoby drogie, więc wybrałam sztokfisza za pięć dolarów dziewięćdziesiąt pięć centów, najtańszą potrawę w menu. Do dziś widzę kelnera stawiającego przede mną talerz z furą tłuczonych ziemniaków i porcją rozgotowanej ryby. Choć konałam z głodu, posiłek nie sprawił mi przyjemności. Czułam się nieswojo; nie wiedziałam, jak rozegrać sytuację ani dlaczego ten człowiek mnie tu zaprosił. Miałam wrażenie, że wydaje na mnie dużo pieniędzy, więc zaczęłam się bać, czego zażąda w zamian.

Po posiłku przeszliśmy się do śródmieścia. Ruszyliśmy na wschód, do Tompkins Square Park, gdzie usiedliśmy na ławce. Układałam akurat w głowie słowa pożegnania, gdy zasugerował, żebyśmy poszli do niego na drinka. A więc o to chodzi, pomyślałam, nadeszła krytyczna chwila, przed którą ostrzegała mnie matka. Zaczęłam się rozpaczliwie rozglądać, nie wiedząc, co odpowiedzieć, i nagle zobaczyłam zbliżającego się młodego mężczyznę. Było tak, jakby otworzyła się przede mną furtka wiodąca do przyszłości, a z niej, niczym odpowiedź na modlitwę nastolatki, wyłonił się chłopak z Brooklynu, który kupił ode mnie perski naszyjnik. Natychmiast rozpoznałam go po lekko pałąkowatych nogach i zmierzwionych lokach. Miał na sobie ogrodniczki i serdak, a na szyi koraliki. Hipisowski owczarz. Podbiegłam do niego i chwyciłam go za ramię.

– Cześć, pamiętasz mnie?

– Oczywiście – odparł z uśmiechem.

– Potrzebuję pomocy – wypaliłam. – Mógłbyś udawać mojego chłopaka?

– Jasne – odpowiedział. Nie wydawał się zaskoczony moim widokiem.

Podprowadziłam go do pisarza science fiction.

– To mój chłopak – wykrztusiłam. – Szukał mnie. Jest wściekły. Chce, żebym poszła do domu.

Mężczyzna spojrzał na nas ze zdziwieniem.

– Uciekamy! – krzyknęłam.

Chłopak chwycił mnie za rękę i pobiegliśmy na drugą stronę parku.

Zziajani, padliśmy na schody przed jakąś kamienicą.

– Dziękuję. Uratowałeś mi życie.