Pomyłka - Iga Daniszewska - ebook
BESTSELLER

Pomyłka ebook

Iga Daniszewska

4,5

147 osób interesuje się tą książką

Opis

Powieść autorki Szpilek z Wall Street i Tylko na chwilę!
Samantha Spinster to trzydziestolatka, która wspólnie z chłopakiem Jacksonem prowadzi agencję reklamową. Ich firma, choć mała, ale odnosi spore sukcesy, głównie dzięki Dustinowi Sullivanowi, ich najważniejszemu klientowi.
Samantha nie do końca jest zadowolona ze swojej pracy, bo wydaje się, że partner „przywłaszcza” sobie wszystkie wspólne osiągniecia. W dodatku nie jest już tym samym Jacksonem, którego pokochała. Właściwie zaczyna sprawiać wrażenie, że stał się kimś zupełnie obcym.
Pewnego dnia Samantha, po kolejnej kłótni z chłopakiem, przez pomyłkę wysyła bardzo niefortunnego i nieprofesjonalnego e-maila do Dustina Sullivana. O dziwo, mężczyzna nie reaguje źle na tę wiadomość. Wręcz przeciwnie – chce poznać Samanthę osobiście. Kobieta podchodzi do tego ostrożnie, głównie ze względu na opinie o Sullivanie i jego długim łańcuszku byłych dziewczyn.
Wbrew obawom Sam między nią a Dustinem rodzi się coś na kształt przyjaźni… Dopóki mężczyzna nie postanawia jej pocałować.
Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 318

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (1416 ocen)
913
308
144
46
5
Sortuj według:
Karolcia8325

Nie oderwiesz się od lektury

Super ksiazka 😍
30
saandra

Z braku laku…

Niestety nie dotrwałam do końca..
20
mlena1

Z braku laku…

Nudna, przewidywalna, akcja pędzi po łebkach. Na jeden raz żeby przeczytać i szybko zapomnieć.
20
celebre

Nie oderwiesz się od lektury

Wielbię tę książkę.Jest Boska i ciężko się od niej oderwać.Napewno trafi na moją półkę w wersji papierowej .🤩😍❤👏👏🔥🔥🔥🔥
20
malachowskala

Nie polecam

ta książka to....pomyłka 🙂
10

Popularność




Copyright ©

Iga Daniszewska

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2022

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

All rights reserved

Redakcja:

Alicja Chybińska

Korekta:

Kinga Jaźwińska-Szczepaniak

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-925-7

ROZDZIAŁ 1

Samantha

Z wyrazem szoku wymalowanym na twarzy po raz kolejny spojrzałam na ekran monitora.

– To nie może się dziać naprawdę – jęknęłam cicho, tak żeby nikt inny mnie nie usłyszał. – Ja pierdolę.

W końcu wzięłam się w garść i zabrałam za pisanie kolejnej wiadomości. Im szybciej ją napiszę, tym lepiej, a przynajmniej taką miałam nadzieję. Nawet nie chciałam myśleć o konsekwencjach swojej nieuwagi.

Panie Sullivan, z całego serca przepraszam za poprzednią wiadomość. Jak zapewne się Pan domyślił, została wysłana przez pomyłkę.

Z wyrazami szacunku

Samantha Spinster, DeF Interactive Inc.

Ponownie spojrzałam na wcześniejszego e-maila, którego wysłałam do naszego największego, a jednocześnie najważniejszego klienta. Zażenowanie, które czułam, sprawiało, że miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Przez tyle lat budowaliśmy pozytywny wizerunek firmy, a ja w jednej sekundzie to wszystko przekreśliłam.

Megan! Red Alert!

Ten pieprzony skurwysyn zaprowadzi mnie wprost w ciasne objęcia kaftana bezpieczeństwa. Dzisiaj ja + Ty + dużo wina.

PS Nocuję u Ciebie!

Kliknęłam „usuń”, ponieważ Jack miał dostęp do mojego służbowego maila, co prawda wiedziałam, że nie zagląda na niego regularnie, ale wolałam nie ryzykować. Gdyby to zobaczył, zabiłby mnie albo od razu żywcem zakopał w ogrodzie. Zabiłby mnie po raz drugi, gdyby się zorientował – a zrobiłby to na pewno – że e-mail był o nim.

Jackson De Feo, mój najlepszy przyjaciel ze studiów oraz chłopak od ich końca. Zamieszkaliśmy razem zaraz po opuszczeniu akademickich murów i tak trwamy już od pięciu lat. W tym czasie wspólnie założyliśmy DeF Interactive Inc. – agencję reklamową, która była naszym dzieckiem.

Niestety, odkąd pojawił się Sullivan, a wraz z nim cała masa jego partnerów biznesowych, nasza agencja zaczęła zarabiać duże pieniądze, co wpłynęło na to, że najwyraźniej Jacksonowi ktoś wsadził kij w dupę. Z miłego i zabawnego chłopaka zmienił się w gburowatego pajaca traktującego każdego jak gówno, a mnie dodatkowo jak pięciolatkę, która z niczym sobie sama nie umie poradzić. Zupełnie nie widział tego, że od lat nie robi nic poza kontaktem z klientem oraz pozyskiwaniem nowych zleceniodawców. Całą najgorszą robotę odwalałam ja wraz z innymi pracownikami, a on ograniczał się do podpisywania tego swoim nazwiskiem.

Powinnam odejść. Nie tylko z firmy, ale również od niego i doskonale o tym wiedziałam, jednak z jakiegoś powodu wciąż tego nie zrobiłam. Za każdym razem, gdy wykrzykiwałam mu prosto w twarz, że nie chcę go więcej widzieć, nagle zamieniał się w starego Jacksona, którego pokochałam, i obiecywał mi, że tym razem naprawdę się zmieni. A ja, chociaż już w to nie wierzyłam, przyjmowałam jego przeprosiny po to, żeby po tygodniu wszystko wróciło do normy. Normy z kijem w dupie w roli głównej. Chyba po prostu miałam problem z przyznaniem przed samą sobą, że całe moje życie było jedną wielką pomyłką.

Dzisiejszy dzień zaczął się paskudnie i najwyraźniej miał skończyć się jeszcze gorzej. Kiedy rano przyszłam do biura, okazało się, że mamy do poprawy cały projekt, ponieważ klientowi nie spodobała się nasza wizja. Miałam więc w planach zostać po godzinach, żeby zrobić jak najwięcej, jednak Jackson oznajmił mi, że zaprosił na kolację państwa McKinley.

Gdyby to była kolacja w restauracji, nie powiedziałabym ani słowa, ale nie, Jack zaprosił ich do naszego domu! Nie widział żadnego problemu w tym, żebym przez cały dzień poprawiała projekt, w międzyczasie zamawiała catering, sprzątała dom i szykowała najlepszą zastawę. Właśnie dlatego pękłam. Chciałam napisać e-mail do Megan, jednak przez to, że byłam roztrzęsiona po półgodzinnej kłótni z moim facetem w jego gabinecie, którą słyszeli chyba wszyscy pracownicy, nie zauważyłam, że pomyliłam adresatów. A mogłam wysłać SMS-a! Albo zadzwonić! Wybrałam e-mail, ponieważ Meg, jako asystentka starszego biznesmena, wiecznie siedziała w sieci lub na telefonie służbowym, a swój sprawdzała zaledwie co kilka godzin. Miała na głowie praktycznie całą firmę, więc zupełnie się nie dziwiłam, że nie ma czasu na prywatne sprawy, i już dawno wypracowałyśmy sposób komunikacji w nagłych sytuacjach – wysyłałam jej wiadomość na służbowego maila, którego kasowała po odczytaniu, a następnie do mnie dzwoniła.

Nie miałam zamiaru brać udziału w kolacji, którą wymyślił Jack. Musiałam ulotnić się z tego biura jak najszybciej, dlatego potrzebowałam swojej przyjaciółki natychmiast. W ten właśnie sposób mój e-mail trafił do skrzynki ostatniej osoby, u której powinien się znaleźć.

Pozostało mi mieć nadzieję, że Dustin Sullivan nie ma w dupie jeszcze większego kija niż mój własny facet. Jeśli zerwałby z nami współpracę, nasza agencja od razu mogłaby pisać oświadczenie o bankructwie.

Nigdy nie spotkałam Sullivana osobiście. Wymienialiśmy od czasu do czasu wiadomości dotyczące nowych kampanii oraz marketingu jego licznych firm oraz spółek.

Jednak wiedziałam o nim sporo. Dustin był trzydziestopięcioletnim najgorętszym ciachem w Chicago. Jego zdjęcia pojawiały się przynajmniej raz w tygodniu w jakiejś plotkarskiej gazecie. W skrojonym na miarę garniturze, który opinał jego umięśnione ciało, z brązowymi włosami stylizowanymi na artystyczny nieład i dwudniowym zarostem otwierał nową firmę albo przejmował kolejną spółkę. Czasem występował na charytatywnych przyjęciach lub po prostu bawił się z przyjaciółmi na swoim jachcie czy w piekielnie drogich klubach. Wszędzie, gdzie był on, były również kobiety i dziennikarze.

Sprawiał wrażenie bezwzględnego biznesmena, który dokładnie wiedział, do czego zmierza i to osiągnie, choćby po trupach.

Schowałam twarz w dłoniach. Kogo ja oszukiwałam? Taki mężczyzna musiał mieć w dupie kij wielkości Statuy Wolności.

– Sam, wszystko okej? – zagadnął mnie Denis, jeden z pracowników. – Źle się czujesz?

– Właściwie to tak – jęknęłam. – Mam migrenę, muszę się położyć. Możesz komuś wcisnąć moją działkę?

– Jasne. – Spojrzał na mnie ze współczuciem, a ja stłumiłam w sobie wyrzuty sumienia, że nie tylko go okłamuję, ale dodatkowo wciskam własne obowiązki, i to w tak gorącym okresie.

– Dziękuję – powiedziałam, a później szybko zaczęłam się zbierać, żeby nie natknąć się na Jacksona, gdyby jakimś cudem postanowił opuścić swoją jaskinię.

Wyszłam na parking, po czym skierowałam się do samochodu. Na szczęście dzisiaj przyjechaliśmy osobno, ponieważ Jack jeszcze przed pracą miał spotkanie na mieście.

Wsiadłam do mojego wygodnego SUV-a i zsynchronizowałam telefon z zestawem głośnomówiącym. Postanowiłam, że dodzwonię się do Megan, choćbym miała wykonać milion telefonów.

Po dwudziestu minutach jazdy i piętnastu połączeniach miałam ochotę ją udusić. Już miałam nacisnąć po raz kolejny jej numer, kiedy komputer pokładowy poinformował mnie o e-mailu czekającym na mojej skrzynce. Drżącym palcem nacisnęłam „przeczytaj”.

Samantho,

Mam nadzieję, że skopała Pani dupę temu pieprzonemu skurwysynowi niezależnie od tego, kim on jest.

PS W razie gdyby Paniom zabrakło wina, mam całą piwniczkę.

Kiedy mechaniczny głos samochodu skończył czytać, zjechałam na pobocze i chwyciłam za telefon, żeby zobaczyć tę wiadomość na własne oczy.

– Niemożliwe. – Spojrzałam z zaskoczeniem na ekran.

Parsknęłam śmiechem, odczytując e-maila raz po raz. Na zdjęciach sprawiał wrażenie naburmuszonego dupka, a tu proszę, jakie miłe zaskoczenie.

Ulżyło mi. Mogłam przypuszczać, że Dustin Sullivan nie zrezygnuje z naszych usług. Miałam również nadzieję, że nie powie Jacksonowi o tej wpadce. Zawahałam się przez chwilę… Może mogłabym go o to poprosić? Powinnam? Czy to będzie już przesada? Przygryzłam dolną wargę.

A co mi tam, raz kozie śmierć!

Czy mogłabym prosić o nieinformowanie Jacksona o tej pomyłce?

Wysłane. Wciąż lekko drżąc, ponownie włączyłam się do ruchu. Po kilku minutach jazdy w końcu oddzwoniła Megan.

– Co tam? – zapytała lekko znudzonym tonem.

– Wino i nocleg – bąknęłam, zazdroszcząc jej, że prowadzi tak bezproblemowe życie: bez naburmuszonego faceta u boku, bez dramatów i bez ciągłych kłótni.

– Jasne. – Jej głos wyraźnie się ożywił. – Będę w domu za godzinę, ale znasz kod do garażu. Może kup ze dwie butelki wina, bo u mnie zostały tylko trzy.

Parsknęłam śmiechem, rozłączając się. Megan znała mnie jak własną kieszeń. Wiedziała, że gdy chciałam u niej nocować, to musiało to oznaczać kłótnię z Jacksonem, a to z kolei znaczyło, że będziemy potrzebować sporej ilości alkoholu.

***

– Dobra, to opowiadaj, co ten pajac zrobił tym razem – powiedziała Meg, gdy wyszła już spod prysznica.

Jej krótkie, czarne włosy sterczały we wszystkie strony, w niczym nie przypominając eleganckiej fryzury, którą zwykle nosiła. Miała na sobie dresowe spodnie i zwykły podkoszulek. Taki zestaw sprawiał, że wyglądała jak nastolatka chociaż, tak jak ja, zbliżała się do trzydziestki.

– Cofnął nasz projekt, a później mnie poinformował, że zaprosił na kolację McKinleyów i miło by było, gdybym zajęła się przygotowaniami, gdy skończę już poprawki – warknęłam.

– McKinleyów tych od International coś tam? – Spojrzała na mnie pytająco.

– Tak, tych – burknęłam. – Zapomniał mi powiedzieć o tym wcześniej, chociaż umówił to spotkanie dwa tygodnie temu.

– I chciał, żebyś poprawiła projekt, zajęła się kolacją, ogarnięciem chaty i jeszcze żebyś wyglądała jak milion dolarów? – Popatrzyła na mnie zirytowana.

– Tak – potwierdziłam. – Na dziewiętnastą.

– Więc postanowiłaś uciec? – Uśmiechnęła się, unosząc brew.

– Meg, uciekłam tu, żeby mieć go z głowy, a nie po to, żeby o tym rozmawiać – westchnęłam, po czym oparłam się o miękką sofę.

– Powinnaś posłać go do diabła i dobrze o tym wiesz. – Usiadła obok mnie, podając mi kieliszek wina.

To mi o czymś przypomniało.

Roześmiałam się w głos, a zaskoczony wyraz twarzy Megan tylko bardziej mnie rozbawił. W końcu opowiedziałam jej o e-mailu, który przez pomyłkę wysłałam do Sullivana, a także o jego odpowiedzi oraz mojej prośbie.

– O rany, odpisał coś? – Zerknęła na mnie z ciekawością.

– Nie wiem. – Spojrzałam na nią poważnie, a później zerwałam się jak dzieciak, żeby wygrzebać telefon z torebki – Odpisał!

– Czytaj! – Podciągnęła nogi pod brodę, a wyraz jej twarzy sugerował, że najchętniej wyrwałaby mi smartfona z rąk, żeby jak najszybciej zobaczyć wiadomość.

Westchnęłam, udając zirytowanie, ale przeczytałam na głos.

Oczywiście. Jednak, jak na pewno Pani wie, w biznesie obowiązuje zasada przysługa za przysługę. Pójdzie Pani ze mną na drinka w przyszłym tygodniu. Mam kilka pomysłów dotyczących najnowszej reklamy. Napiszę w poniedziałek, kiedy, gdzie i o której. Miłego weekendu, Samantho.

Otwarłam szeroko usta, wciąż patrząc na ekran. Po chwili przeniosłam wzrok na Megan. Wyglądała, jakby sama nie wiedziała, czy powinna wybuchnąć śmiechem, czy jednak być przerażona.

– Dustin Sullivan zaprasza cię na drinka – powiedziała po chwili, wypijając na raz całą zawartość kieliszka. – Ja pierdolę.

– Nalej mi też – poprosiłam, wciąż stojąc pośrodku salonu, po czym wypiłam jednym haustem cały alkohol, który miałam w szkle, i postawiłam naczynie przed Megan. Byłam w szoku. Nie! Boże, ja byłam przerażona. – Od dwóch lat kontaktuję się z nim przez e-maile, nigdy nie wymagał spotkania w cztery oczy.

– Chryste, ale ty masz szczęście – odrzekła rozmarzonym głosem, nalewając nam wina tym razem po samą krawędź. – Będziesz piła drinka z najprzystojniejszym facetem Ameryki według magazynu „People”.

– Jeszcze się na nic nie zgodziłam – warknęłam, a później podeszłam bliżej, żeby usiąść na kanapie.

– Ale on wcale nie pytał o zgodę. – Zaśmiała się paskudnie. – On cię poinformował o swoich planach. Znajdź w jego wiadomości choćby jeden pytajnik.

Ponownie spojrzałam na ekran. Miała rację. Sullivan nie pytał mnie o zgodę, on mnie stawiał przed faktem.

Upiłam łyk alkoholu, a potem odstawiłam kieliszek na niski, szklany stolik. Wstałam, a następnie podeszłam do aneksu kuchennego. Otwarłam lodówkę, po czym wyciągnęłam z niej kolejną butelkę wina.

– Dobrze, że jednak kupiłam trzy – powiedziałam, stawiając ją na stoliku w salonie.

Jadąc do przyjaciółki, sądziłam, że moim największym dzisiejszym problemem był Jackson. Nigdy w życiu nie pomyślałabym o tym, że wpakuję się w spotkanie z Sullivanem. Miałam dziwne przeczucie, że nic dobrego z tego nie wyjdzie, a przez to, że moje przeczucia często się sprawdzały, czułam się jeszcze gorzej.

ROZDZIAŁ 2

Samantha

Obudził mnie potworny ból głowy oraz tak silne pragnienie, że miałam ochotę napić się wody z kranu, która zdecydowanie nie nadawała się do spożycia.

Wyplątałam się z pościeli w sypialni gościnnej Megan. Właściwie mogłam powiedzieć, że to moja druga sypialnia, bo to właśnie ja najczęściej tu nocowałam, co wyraźnie świadczyło o tym, jak bardzo mój związek był do kitu.

Opłukałam twarz w łazience i umyłam zęby, a później zeszłam na pierwsze piętro, po czym skierowałam się do kuchni. Megan siedziała na wysokim stołku, przy kuchennej ladzie, opierając głowę o dłonie. Przed nią stała szklanka soku pomarańczowego.

– Ja też chcę – wymamrotałam. Wzięłam kubek z szafki, po czym otwarłam lodówkę.

– Wypiłyśmy pięć butelek wina – jęknęła Meg, patrząc na mnie przez palce. – Jeśli dzisiaj nie umrę na kaca, to znaczy, że jestem nieśmiertelna.

Już miałam jej odpowiedzieć, jednak przerwał mi dzwonek do drzwi.

– Ja pierdolę, kurwa – mamrotała przyjaciółka, zsuwając się ze stołka. – Jest sobota, dwunasta w południe. Kogo tu, do cholery, niesie?

Oparłam się o ladę, zanurzając wargi w zimnym soku. Chryste, miałam kaca giganta, nie pamiętałam nawet, jak znalazłam się w sypialni, za to pudełko po pizzy, które wciąż leżało na stoliku w salonie, jasno sygnalizowało, że najwyraźniej zgłodniałyśmy w środku nocy. Cóż… tego również nie mogłam sobie przypomnieć.

Nagle z korytarza dobiegły mnie podniesione głosy. Najwyraźniej Megan musiała wdać się w pyskówkę z nowym gościem. Westchnęłam przeciągle i zasłoniłam twarz dłońmi. W takim razie to musiał być…

– Samantha – warknął Jackson, stając w kuchni. – Co ty odpieprzasz? Musiałem zabrać McKinleyów do restauracji i kłamać, że jesteś chora. Jak ty wyglądasz?

– Wybacz, Sam – powiedziała przyjaciółka, siadając na swoim miejscu i posyłając mi przepraszające spojrzenie. – Wepchnął się do środka. Wcale nie chciałam go wpuszczać.

Popatrzyłam na mojego chłopaka. Miał na sobie ciemne dżinsy oraz jasną koszulkę polo, która opinała jego mięśnie. Czarne włosy były idealnie ułożone, a twarz świeżo ogolona. Wyglądał, jakby wyszedł wprost z sesji zdjęciowej dla jakiegoś modowego magazynu. Jaka szkoda, że za takim wyglądem nie kryło się nic więcej. Wczoraj, gdy tylko odczytałam wiadomość od Sullivana, przezornie wyłączyłam telefon. Wiedziałam, że kiedy Jackson zauważy moją nieobecność, od razu zacznie wydzwaniać. Na pewno domyślił się, gdzie może mnie znaleźć, jednak nie mógł nic z tym zrobić. Nie wystarczyłoby mu czasu, żeby po mnie przyjechać i dopiero wtedy pojechać na kolację z McKinleyami. Mogłam się więc spodziewać tego, że pojawi się z samego rana.

– Daj mi spokój, Jackson – powiedziałam, upijając kolejny łyk. – Nie chce mi się z tobą rozmawiać.

– Świetnie – warknął. – Wcale nie musisz. Zbieraj się. Zarezerwowałem ci kosmetyczkę. Tak sądziłem, że się tu upijesz. – Rzucił pogardliwe spojrzenie mojej przyjaciółce, na szczęście Meg nic sobie z tego nie robiła. – Dzisiaj jest przyjęcie charytatywne, na którym musimy być. Nie możesz tak wyglądać.

– Jakie znowu przyj… – Wtedy to do mnie dotarło: zapomniałam. Zapomniałam o balu, podczas którego pod przykrywką dobrych uczynków zwykle załatwiało się biznesowe sprawy i umawiało na milionowe kontrakty. – Zapomniałam.

– Ty nigdy o niczym nie pamiętasz – wysyczał. – Zbieraj się.

– Bo mam za dużo na głowie! – krzyknęłam tak głośno, że aż Megan jęknęła i zasłoniła uszy dłońmi. – Wszystko zwalasz na mnie, sam skupiając się tylko na kolacjach, spotkaniach i balach!

– Może w końcu zacznij lepiej organizować swój czas – warknął, zaciskając zęby. – Rusz się. Nie mam zamiaru stać tutaj pół dnia, a jak sądzę, nie jesteś w stanie sama jechać samochodem.

Spojrzałam zbolałym wzrokiem na Megan, która przewróciła oczami i już otwierała usta. Wiedziałam, co chciała powiedzieć, ale pokręciłam lekko głową. Byłam pewna, że Jackson i tak mi nie odpuści. Będę musiała pójść na ten bal, nawet jeśli po drodze umrę na kaca. Zabrałam torebkę, która wciąż leżała na stole w jadalni, po czym odwróciłam się do przyjaciółki.

– Oddam ci jutro ciuchy – powiedziałam, wskazując na legginsy oraz podkoszulek, które miałam na sobie.

Pożyczyła mi je, żebym nie musiała spać w majtkach i staniku. Sukienka, w której się u niej pojawiłam, nie nadawała się do łóżka. A przynajmniej nie do spania.

– Nie ma sprawy. – Machnęła ręką, a później poszła za nami, żeby zamknąć drzwi, gdy już wyjdziemy.

Po dotarciu do naszego domu znajdującego się zaledwie dziesięć minut drogi od Megan, szybko wbiegłam na piętro, po czym od razu udałam się do sypialni. Z garderoby zgarnęłam pierwsze lepsze ubranie, a później poszłam do łazienki. Za wszelką cenę chciałam uniknąć rozmowy z Jacksonem. Nie miałam na to ani sił, ani ochoty.

Odkręciłam wodę pod prysznicem i zamknęłam się w kabinie.

Ciepły strumień spływał po moim ciele, rozluźniając napięte mięśnie. W obecności Jacksona zawsze byłam spięta. A przynajmniej odkąd mu odbiło. Ciągle czekałam na atak z jego strony, na kolejny przytyk, na wypomnienie kolejnej rzeczy, której nie zrobiłam lub którą zrobiłam źle.

Powinnam odejść i, kurwa, doskonale o tym wiedziałam, jednak wciąż, gdzieś podświadomie, łudziłam się, że kiedyś się obudzę, a Jack będzie tym samym zabawnym chłopakiem poznanym na studiach. Tym, z którym mogłam rozmawiać godzinami, który rozśmieszał mnie do łez i z pasją opowiadał o tym, jak założymy wspólną firmę, rozwiniemy interes i staniemy się najbardziej rozchwytywaną agencją reklamową po tej stronie kraju.

– Za pół godziny masz być u Agnes – warknął, wchodząc bez pukania do łazienki. – Pospiesz się.

Niechętnie zakręciłam wodę. Nie wdawałam się z nim w dyskusję, nie miało to najmniejszego sensu. Wiedziałam to już od jakiegoś czasu.

Kiedy siedzieliśmy w samochodzie, w ogóle nie rozmawialiśmy. Ja nie miałam o czym, Jack najwyraźniej również nie miał mi nic do powiedzenia. Tak było lepiej. Miałam dosyć ciągłych kłótni i sporów. Tak naprawdę nawet nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy z nim ostatnio normalnie rozmawiałam, tak bez przytyków oraz ciągłych pretensji.

– Z powrotem zamów sobie taksówkę – oświadczył, kiedy wysiadłam pod małym, eleganckim spa.

– Okej – rzuciłam sucho i zamknęłam drzwi samochodu.

Gdy tylko weszłam do budynku, od razu wpadłam wprost w objęcia Agnes.

– Rany – powiedziała, patrząc na mnie uważnie. – To na pewno była więcej niż jedna butelka.

– Dwie i pół na głowę – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– To nic. – Uśmiechnęła się szeroko. – Obiecuję, że wyjdziesz stąd, wyglądając jak gwiazda filmowa.

Miała rację. Kiedy trzy godziny później wychodziłam z salonu, czułam się jak nowonarodzona. Agnes wmusiła we mnie dwa koktajle witaminowe, a później zajęła się moją twarzą. Liczby maseczek, które na nią nałożyła, nie byłam w stanie zapamiętać, jednak najwyraźniej były skuteczne. Kiedy spojrzałam w lustro, tuż przed tym, jak zaczęła mnie malować, wyglądałam zupełnie normalnie. Po drugim koktajlu nawet kac i ból głowy gdzieś zniknęły.

Wróciłam do domu taksówką, po czym od razu poszłam do garderoby. Nie wiedziałam jeszcze, co na siebie włożę. W normalnych okolicznościach, kiedy pamiętałam o takich przyjęciach, zawsze starałam się kupić nową sukienkę, ponieważ pokazanie się dwa razy w tym samym stroju było oczywiście zbrodnią. Jednak tym razem nie miałam wyjścia, musiałam wybrać coś, co od dawna wisiało w mojej szafie. Na szczęście kilka tygodni wcześniej towarzyszyłam Meg na zakupach. Kupiłam wtedy dwie sukienki, których do tej pory nie miałam na sobie, i to właśnie na nich miałam zamiar skupić swoją uwagę. Może akurat któraś z nich będzie odpowiednia na takie przyjęcie.

Stanęłam naprzeciwko wieszaków z długimi oficjalnymi sukniami, po czym przyjrzałam im się uważnie.

– Jesteś już? – Z dołu dobiegł mnie zgrzyt zamykanych drzwi i oschły głos Jacksona.

– W garderobie! – odkrzyknęłam.

Usłyszałam kroki na schodach, ale z powrotem skupiłam się na sukienkach, nie zawracając sobie głowy tym, co robił mój facet. W końcu sięgnęłam po piękną długą, turkusową suknię, na grubych ramiączkach, z dekoltem w serek. Była prosta, ale drobne kryształki wzdłuż ramiączek oraz dekoltu, dodawały jej zarówno uroku, jak i pazura. Z ramiączka wciąż zwisała metka.

– Zapomnij – warknął Jackson, wchodząc do pomieszczenia. – To oficjalne spotkanie, nie możesz się tam pokazać z TYM na wierzchu.

Spojrzałam mu w oczy w lustrzanym odbiciu.

– Kiedyś, dawno temu – syknęłam, nie spuszczając z niego wzroku – mówiłeś, że je uwielbiasz, że do mnie pasują.

– Czasy się zmieniają. Dorośliśmy – odparł oschle. – Nie jesteśmy już na studiach, a bal charytatywny nie jest imprezą w domu bractwa.

– Czyli co? – Odwróciłam się gwałtownie w jego kierunku. – Sądziłeś, że kiedy opuścimy mury college’u, to wszystkie moje tatuaże znikną?

– Nie sądziłem, że zajdę tak daleko – burknął.

– Ach, rozumiem! – Zaśmiałam się gorzko. – Dla wielkiego biznesmena to wstyd mieć partnerkę, która nie wygląda jak nieskazitelne modelki Victoria Secret.

– Załóż coś z długim rękawem – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu, po czym wyszedł z pomieszczenia, tym samym kończąc tę dyskusję.

Westchnęłam i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Agnes upięła moje długie blond włosy w misterny kok, a oczy podkreśliła tak, że ich zielona barwa wydawała się jeszcze intensywniejsza. Nie byłam zbyt wysoka, ale nie byłam też kurduplem. W kilkucentymetrowych szpilkach zawsze wyglądałam nieźle. Moja lewa ręka była pokryta tatuażami od samego nadgarstka aż do ramienia. Uwielbiałam je. Każdy jeden był starannie przemyślany i dopracowany tak, żeby pasował do reszty. Od zawsze kochałam tatuaże i kiedy tylko osiągnęłam odpowiedni wiek, wiedziałam, że na pewno nie skończę swojej przygody na jednym. A teraz okazało się, że nie są one mile widziane wśród chicagowskiej klasy wyższej.

Zacisnęłam mocno powieki, bo łzy napłynęły mi do oczu, a nie miałam ochoty na poprawianie makijażu. Przecież powinnam się już do tego przyzwyczaić. Od dawna byłam traktowana jak kolejny przedmiot, niezbędny do prowadzenia firmy. Miałam ładnie wyglądać i udawać miłą, moje uczucia nie miały tu żadnego znaczenia. Tylko, cholera, dlaczego żal rozlał się po mojej klatce piersiowej, próbując przy okazji odebrać mi oddech?

Minęło kilka minut. Zamrugałam szybko, a następnie sięgnęłam po czarną sukienkę z długimi rękawami. Czy mówiłam już, że nawet nie miałam ochoty na sprzeczki z Jacksonem? Miałam również gdzieś to, jak będę wyglądać. Nie zależało mi na opinii obcych ludzi, z przerażeniem stwierdziłam, że również coraz mniej zależy mi na tym, jak będzie postrzegana nasza agencja. Nie mogłam uwierzyć, że Jack nie tylko zabił we mnie radość z życia, ale również pomału mordował moją miłość do wymarzonej pracy.

Może to dobrze? Może gdy przestanie mi całkowicie zależeć, to w końcu zbiorę się w sobie, rzucę to wszystko, z nim włącznie, i w końcu zacznę moje życie od nowa?

ROZDZIAŁ 3

Samantha

Kiedy o osiemnastej weszliśmy do sali bankietowej, Jack nachylił się w moim kierunku.

– Możesz przestać mieć minę, jakbyś była tu za karę? – wysyczał, dociskając mocniej moją dłoń do swojego przedramienia, żeby zasygnalizować mi, że jest wkurzony.

– No w nagrodę to ja tu nie przyszłam – burknęłam.

Doskonale wiedział, że nie lubiłam takich nadmuchanych przyjęć. Nie miałam o czym rozmawiać z tymi ludźmi. Wszystkie relacje tutaj były fałszywe i powierzchowne. Nie umiałam udawać, że świetnie się bawię tylko po to, żeby nakłonić kogoś do skorzystania z usług naszej firmy. Może byłam głupia, ale uważałam, że powinno się podejmować takie decyzje na podstawie portfolio, a nie tego, czy powiedziałam jakiejś starszej kobiecie, że ma ładną suknię.

Szybko przebiegłam wzrokiem po tłumie zgromadzonym w dużej eleganckiej sali. Ludzie stali w grupkach i rozmawiali, zapewne dogadując szczegóły kolejnych interesów oraz umów. Wśród wystrojonych kobiet oraz mężczyzn w drogich garniturach krążyli kelnerzy, rozdając przekąski, a także kieliszki z szampanem.

Odwróciłam się w kierunku znajdującego się pod ścianą wysokiego baru przystrojonego, jak cała reszta sali, w bukiety czerwonych kwiatów.

– Tam jest Nancy – powiedziałam do Jacksona. – Idę się przywitać.

Spojrzał na mnie podejrzliwie, ale puścił moją rękę. Nancy Hudson była jedyną osobą tutaj, z którą miałam ochotę na jakąkolwiek pogawędkę. Niska brunetka miała dwadzieścia pięć lat i była żoną trzydziestopięcioletniego prezesa banku. Mogłam podejrzewać, że mimo różnicy wieku łączy ich prawdziwe uczucie. Nancy była bezpośrednia i nie miała najmniejszych oporów, żeby wyrażać swoje opinie na głos, choć często mogły zostać odebrane jako przejaw bezczelności. Mimo to Peter nigdy nie próbował zamknąć jej ust. Założę się, że nie wybierał jej również strojów.

– Tak się cieszę, że tutaj jesteś – powiedziałam, podchodząc do niej. – Przez całe popołudnie wyobrażałam sobie, jak umieram tu z nudów.

– Samantha. – Zaśmiała się dziewczyna, po czym zwróciła się do barmana: – Gin z tonikiem jeszcze raz.

– Chyba nie powinnam – bąknęłam, zajmując miejsce obok niej.

– Daj spokój. – Zbyła moje protesty machnięciem ręki. – Co tutaj można robić innego? Zbiorowisko sztywniaków, którzy uważają się za bogów.

Mężczyzna stojący po prawej stronie spojrzał na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Coś nie tak? – spytała, wbijając w niego ironiczny wzrok.

Nie odezwał się. Rzucił nam ostatnie spojrzenie, a później odszedł w głąb sali.

– Wciąż się nie dostosowałaś. – Zaśmiałam się, biorąc drinka, którego podał mi kelner.

– Nie mam zamiaru – mruknęła. – Zresztą wciąż powtarzam Peterowi, że nie chcę chodzić na takie przyjęcia. Przecież równie dobrze może na nie chodzić sam, ale on wciąż mówi, że umarłby tutaj z nudów, gdyby nie moje komentarze.

– Zazdroszczę ci. – Uśmiechnęłam się blado. – Jackson chyba padłby trupem, gdybym rzuciła tekstem w twoim stylu.

– Jack już wtopił się w to całe sztywniactwo. – Wzruszyła ramionami. – Niepotrzebnie. Kiedyś tego pożałuje. W biznesie jest tak, że im więcej z siebie dajesz, tym więcej on zabiera. A później zostajesz z niczym.

Kto jak kto, ale ona na pewno wiedziała, o czym mówi. Była córką jednego z chicagowskich miliarderów, a jej ojciec robił interesy nawet z Clark & Clark Financial – najbardziej rozchwytywanym małżeństwem maklerów w całych Stanach. Wychowała się pod kloszem, który własnoręcznie stłukła, buntując się przeciwko wszystkiemu, czego od niej oczekiwano. Nie poszła na Harvard, nie została prawnikiem, nie zaczęła pracy w firmie ojca. A teraz nie miała oporów, by być szczerą aż do bólu wśród całego tego fałszu, który nas otaczał.

– Witaj, Nancy – powiedział służbowym tonem Jackson, podchodząc do nas. – Jak ci mija wieczór?

– Nudno. – Wzruszyła obojętnie ramionami. – Nie istnieją gorsze imprezy niż takie jak te. Zamierzam się upić, a później wrócić do domu.

– A… tak – odparł wyraźnie zmieszany. Wiedziałam, że jej nie lubił i nie traktował poważnie, a mimo to starał się nie okazywać emocji. Jak zawsze. – Samantho, muszę ci kogoś przedstawić. Wybacz nam, Nancy.

Wziął mnie pod rękę, a ja niechętnie dałam się odciągnąć od baru.

– Dustin Sullivan tu jest – oświadczył podnieconym szeptem. – Muszę z nim porozmawiać, więc udawaj, że chciałaś go poznać osobiście.

– Co?! – Spojrzałam na niego przerażona i wyrwałam rękę z jego uścisku. – Nie chcę go poznawać!

Jasna cholera! Nie chciałam się z nim spotkać, w dodatku w obecności Jacksona. A co, jeśli powie mu o e-mailu? W ogóle nie byłam na to przygotowana! Byłam pewna, że mam cały weekend, a może nawet jeszcze kilka dni więcej, zanim będę musiała stanąć z nim twarzą w twarz. Nie mogło to się stać teraz! I to wśród tych wszystkich ludzi!

– Przestań, Sam – warknął Jack. – To ważne, więc skończ wydziwiać.

Złapał mnie ponownie za rękę i poprowadził w kierunku sceny. Próbowałam znaleźć jakąś wymówkę, cokolwiek, ale oczywiście nic nie przychodziło mi do głowy. W końcu, jak dla mnie zdecydowanie zbyt szybko, Jack się zatrzymał.

– Dustin, miło cię widzieć – przywitał się, a ja niechętnie uniosłam wzrok.

Natrafiłam na najbardziej niezwykłe niebieskie oczy, jakie w życiu widziałam. Patrzyły na mnie intensywnie, jakby zaglądały do mojej duszy. Zrobiło mi się gorąco i zimno jednocześnie. Miałam wrażenie, że moje nogi są z waty. Sullivan patrzył na mnie, a jego twarz nie wyrażała zupełnie nic. Jakby miał na twarzy maskę.

– To Samantha Spinster – przedstawił mnie Jackson, najwyraźniej zupełnie nie widząc, że zamarłam jak sarna w świetle reflektorów. – To ona głównie zajmuje się twoimi projektami, a prywatnie jest moją narzeczoną.

Prawie parsknęłam śmiechem, ale w ostatniej chwili udało mi się to zatuszować kaszlem. Narzeczona. A to dobre! Jackson przez pięć lat naszego związku nigdy nawet nie wspomniał o ślubie. Jednak, jak się mogłam domyślić, „dziewczyna” brzmiało mało profesjonalnie.

– Miło mi cię poznać osobiście, Samantho – powiedział Dustin, po czym wyciągnął rękę w moim kierunku.

Kiedy podałam mu swoją, chwycił ją, a następnie uniósł i złożył pocałunek na zewnętrznej stronie. Poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła, a przez ciało przetacza się potężny dreszcz. Miałam nadzieję, że Jackson tego nie zauważył. Albo co gorsza… Dustin. Wciąż wbijał we mnie uważne spojrzenie, a ja nie mogłam się wyrwać spod jego wpływu. Czułam się jak zahipnotyzowana. W końcu uwolnił moją dłoń, a ja wypuściłam powietrze z płuc, które najwyraźniej przez cały czas wstrzymywałam.

– Mnie również – wyjąkałam z trudem.

Chryste, jeszcze nigdy nie chciałam zniknąć tak bardzo jak teraz. Chciałam się znaleźć jak najdalej stąd. Uciec przed tym przeszywającym wzrokiem.

– Taak – powiedział Jack. – Dustin, muszę z tobą porozmawiać o nowej kampanii, jeśli znajdziesz momencik.

– Co z nią? – spytał Sullivan, w końcu przenosząc wzrok na mojego chłopaka.

Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam się gorączkowo rozglądać dookoła z nadzieją, że znajdę kogoś znajomego, do kogo będę mogła podejść.

– Chodzi o media społecznościowe. Nie jestem pewien, czy kampania na Twitterze wystarczy – odpowiedział.

Nie słuchałam go dalej. Skupiłam się na tym, że muszę stąd jak najszybciej odejść.

– Przepraszam was – rzuciłam w końcu.

Uznałam, że zaszyję się w łazience. Na pewno nikt nie będzie próbował mnie stamtąd wyciągnąć. Zresztą Jack osiągnął to, co chciał. Już rozmawiał z Sullivanem, więc nie powinien mi robić problemów.

Skinęłam im głową, a później pospiesznie odeszłam w kierunku korytarza.

Po chwili zauważyłam oznaczenia informujące, że idę w dobrą stronę. Wpadłam do środka, prawie taranując starszą kobietę, która obrzuciła mnie zdegustowanym spojrzeniem.

– Przepraszam – bąknęłam, po czym poszłam w kierunku kabiny.

Zamknęłam za sobą drzwi, a później klapę i usiadłam na toalecie.

Co to, do cholery, było? Jak ktoś może paraliżować innych wzrokiem? Utonęłam w tych niebieskich tęczówkach zaledwie na kilka sekund, a później poczułam paraliżujący strach. Zupełnie nie umiałam tego wytłumaczyć. Tak, bałam się, że wspomni Jacksonowi o tych e-mailach, ale przecież obiecał, że nie powie. Dlaczego tak bardzo się przestraszyłam? Cholera, musiałam się wyrwać z tego balu, i to jak najszybciej. Nie mogłam tu dłużej przebywać.

Po dziesięciu minutach w końcu uspokoiłam się na tyle, żeby wyjść z łazienki.

Udałam się ponownie do sali bankietowej i starałam się odnaleźć Jacksona. W końcu go zauważyłam, był w towarzystwie McKinleyów. Gorzej być nie mogło. Nie miałam ochoty spotkać się z nimi, ale musiałam mu powiedzieć, że wychodzę. Chociaż pewnie nawet by nie zauważył mojego zniknięcia.

– W poniedziałek o trzynastej w restauracji Alinea – usłyszałam za sobą cichy i zdecydowany głos.

Zamknęłam na moment oczy, ale po chwili się odwróciłam.

Dustin patrzył na mnie takim samym wzrokiem jak kilkanaście minut wcześniej. Kotłowało mi się w głowie. Nie wiedziałam, czy w ogóle uda mi się złożyć sensowne zdanie.

– To miał być drink, a nie obiad – powiedziałam bardziej zachrypniętym niż zwykle głosem.

– Zmieniłem zdanie – rzucił poważnym tonem, nawet na sekundę nie przestając patrzeć w moje oczy. – To może być dłuższa rozmowa.

– Dobrze – zgodziłam się, ponieważ chciałam, żeby już sobie poszedł. – Przepraszam, muszę porozmawiać z Jacksonem.

– Widziałem go przed chwilą, jak rozmawiał z McKinleyami – podpowiedział, nie zdając sobie sprawy z tego, że dokładnie wiedziałam, gdzie jest mój chłopak.

– Ze starą furiatką Mery i jej sztywnym jeszcze za życia mężem – bąknęłam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Powiedziałam to jednak tak cicho, że miałam nadzieję, że tego nie dosłyszał.

– Tak. – A jednak. Jęknęłam w duchu i spojrzałam na niego. Choć jego twarz wciąż miała pokerowy wyraz, wyraźnie widziałam iskierki rozbawienia w tych niebieskich tęczówkach. – Cioteczka Mery zdecydowanie jest furiatką. Lepiej bym tego nie ujął.

– Przepraszam – bąknęłam.

Ja pierdolę, nie miałam pojęcia, że to jego rodzina! Czy mogę wyjść na jeszcze większą kretynkę? Dlaczego w ostatnim czasie wszystko mi się sypało?

– Nie przejmuj się. – Machnął ręką, a później nachylił się nade mną tak, że wyraźnie mogłam poczuć jego zapach. Zniewalający męski zapach, który otulał mnie z każdej strony jak ciepły koc. – Uważam jednak, że są wśród nas bardziej SZTYWNI… ludzie niż wujek John. Ładna sukienka.

Wyprostował się i odszedł, nie czekając na moją reakcję.

Spojrzałam na siebie, nie wiedząc, co niby jest takiego ładnego w zwykłej czarnej sukience. Po raz kolejny poczułam, jak brakuje mi tchu. Moja czarna sukienka nie miała pleców, nie mogłam więc założyć do niej stanika. A teraz patrzyłam na swoje twarde sutki wyraźnie odcinające się na materiale.

Poczułam, jak na moje policzki wypływa rumieniec. Zauważył to! Dustin Sullivan mógł sobie dokładnie obejrzeć, jak moje ciało na niego reaguje. Było to dla mnie zbyt wiele. Nie mogłam tu zostać ani sekundy dłużej.

Rzuciłam się do wyjścia, dzwoniąc po taksówkę. Kiedy pięć minut później siedziałam w środku, napisałam wiadomość do Jacksona, że się źle poczułam i pojechałam do domu. Tyle musiało mu wystarczyć.