Pollyanna - Eleanor H. Porter - ebook

Pollyanna ebook

Eleanor H. Porter

4,6

Opis

Pollyanna jest powieścią dla dziewcząt amerykańskiej autorki Eleanor H. Porter. Powieść należy do światowego kanonu literatury dziecięcej. Opisuje losy tytułowej bohaterki Pollyanny, niezwykłej jedenastoletniej dziewczynki, obdarzonej ujmującym charakterem i promieniującej pogodą ducha. Naturalna radość, troskliwość i miłość do innych nie gasną w dziewczynce nawet wobec najtrudniejszych doświadczeń życiowych. Wręcz odwrotnie. To nie tragiczne sytuacje i nieprzychylni ludzie zmieniają Pollyannę, to ona zmienia otaczający ją świat na lepsze. Tak się dzieje, kiedy osierocona dziewczynka trafia na wychowanie do domu bogatej ciotki Polly. Surowa i nieprzychylna ciotka zmienia się stopniowo, a wraz z nią wiele innych osób z jej otoczenia. Dobro czyni dobro i powraca. Tak się dzieje w najtrudniejszych życiowych przygodach, jakich doświadcza bohaterka. Tryumf dziewczęcej ufności, radości i opiekuńczości nad bolesnymi zrządzeniami losu i goryczą ludzi zapewnił Pollyannie ponadczasową popularność. Powieść odniosła tak wielki sukces wydawniczy na całym świecie, że jej autorka napisała drugą część, Pollyanna dorasta, a pięciu innych znanych pisarzy wykorzystało postać bohaterki w swoich powieściach dla dzieci i młodzieży.

Pollyanna była wielokrotnie ekranizowana w kinie i telewizji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 186

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (43 oceny)
30
9
4
0
0

Popularność




Tytuł oryginału:

Pollyanna

Opracowano na podstawie wydania z 1931 roku

Projekt okładki

Artur Piątek

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-902-6

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2018

Przygotowanie wydania elektronicznego: hachi.media

 ROZDZIAŁ I PANNA POLLY

Pewnego czerwcowego dnia panna Polly weszła pospiesznie do kuchni. Zazwyczaj panna Polly nie miała ruchów pospiesznych i była zawsze bardzo spokojna. Dziś jednak zdradzała pewien pośpiech. Nancy, zmywająca w tej chwili naczynia, spojrzała na nią nieco ze zdziwieniem. Chociaż Nancy służyła u panny Polly dopiero od dwóch miesięcy, zdążyła jednak zauważyć, że jej pani nie okazywała nigdy zbytniego pośpiechu.

– Nancy!

– Słucham panią – odpowiedziała wesoło Nancy, wycierając półmisek.

– Nancy – głos panny Polly stał się surowy – gdy mówię, proszę przerwać pracę i słuchać!

Nancy zarumieniła się.

– Dobrze, proszę pani, rozumiem! – odrzekła, jąkając się i kładąc pospiesznie półmisek i ścierkę. – Tylko że panienka sama kazała, aby naczynia były jak najprędzej umyte.

Panna Polly zmarszczyła brwi.

– Dosyć, Nancy! Nie żądam wyjaśnień, lecz tylko uwagi.

– Słucham panią – westchnęła Nancy, pytając siebie w myślach, czy też kiedykolwiek potrafi dogodzić swej pani.

Nancy dotychczas nigdy nie służyła, lecz położenie chorej matki, która nagle owdowiała i pozostała z trojgiem dzieci młodszych od Nancy zmusiło starszą córkę poszukania jakiegoś zajęcia, aby dopomóc matce – i Nancy była bardzo zadowolona, gdy się dostała do kuchni dużego domu stojącego na wzgórzu. Nancy mieszkała w wiosce oddalonej o jakieś pięć kilometrów i słyszała o pannie Polly Harrington, właścicielce starego dworu Harringtonów, jako o najbogatszej osobie w okolicy. Podczas swego dwumiesięcznego pobytu poznała pannę Polly jako gospodynię surową, o zimnym i sztywnym wyrazie twarzy, która marszczyła brwi, gdy upuszczono na podłogę nóż lub zbyt głośno stuknięto drzwiami, lecz która nie uśmiechała się nigdy, nawet gdy nóż i drzwi pozostawały w spokoju.

– Nancy – mówiła panna Polly – po ukończeniu kuchennej roboty proszę sprzątnąć pokoik na poddaszu, wstawić tam rozkładane łóżko i, naturalnie, powynosić na strych wszystkie kufry, ponieważ wkrótce przyjedzie moja jedenastoletnia siostrzenica Pollyanna Whittier i zamieszka w tym pokoiku.

– Czyżby naprawdę, proszę panienki, miała tu zamieszkać mała dziewczynka? – zawołała Nancy, która przypomniała sobie swe życie na wsi i atmosferę radości i wesela, rozsiewaną dokoła przez jej małe siostrzyczki. – Boże, jak to będzie cudnie!

– Cudnie? To nie jest odpowiednie w tym wypadku określenie – odrzekła sucho panna Polly. – Robię to dlatego, że jestem człowiekiem dobrym i zdaje mi się, że znam swe obowiązki!

Nancy zarumieniła się powtórnie.

– Bez wątpienia, proszę panienki! Myślałam tylko, że mała dziewczynka panienkę rozweseli!

– Dziękuję – odparła szorstko panna Polly.

– Na razie nie widzę natychmiastowej tego potrzeby.

– Ale przecież panience przyjemnie będzie mieć przy sobie córeczkę jej siostry – powiedziała znów Nancy, która za wszelką cenę chciała dobrze usposobić pannę Polly do samotnej dziewczynki.

– Jeśli siostra moja była na tyle nieostrożna, że wyszła za mąż i pozostawiła potem sierotę, to nie znaczy, że wychowanie jej powinno mi sprawiać przyjemność. Jest to tylko mym obowiązkiem, jak ci to już przed chwilą powiedziałam. Proszę tylko starannie sprzątnąć pokój – dodała, opuszczając kuchnię.

Wróciwszy do swego pokoju, panna Polly wzięła z biurka list, który otrzymała przed kilkoma dniami z małego miasteczka, leżącego daleko na zachodzie.

List ten, adresowany do panny Polly Harrington w Beldingsville, brzmiał jak następuje:

Szanowna Pani!

Z przykrością donoszę, że dwa tygodnie temu zmarł wielebny Jan Whittier, osieracając jedenastoletnią córeczkę. Nie zostało po nim nic, oprócz kilku książek, gdyż, jak pewnie Pani wiadomo, był pastorem przy kościołku w niewielkiej mieścinie i nie miał żadnych dochodów.

Był on mężem siostry Szanownej Pani, lecz, o ile wiem, rodziny nie komunikowały się ze sobą. Mimo to pastor wyrażał za życia nadzieję, że Pani, w razie jego śmierci, zgodziłaby się zaopiekować dziewczynką i dlatego zwracam się teraz do Pani.

Dziewczynka może wyjechać w każdej chwili i jeśli otrzymamy przychylną odpowiedź, państwo Gray, którzy wyjeżdżają do Bostonu, zabiorą ją ze sobą, a w Bostonie wsadzą do pociągu, odchodzącego bezpośrednio do Beldingsville. Naturalnie Szanowna Pani zostanie powiadomiona o dniu i godzinie przybycia Pollyanny.

W oczekiwaniu odpowiedzi

łączę wyrazy szacunku

Jeremy White.

Panna Polly włożyła list z powrotem do koperty. Wczoraj odpowiedziała, że weźmie dziewczynkę do siebie. Spodziewała się spełnić swój obowiązek, nawet gdyby to pociągnęło za sobą pewne nieprzyjemności.

Obecnie, siedząc w wygodnym fotelu, wspominała swą siostrę Eugenię, matkę Pollyanny, gdy ta, jako dwudziestoletnia panna, wyszła wbrew woli rodziców za mąż za młodego pastora. Starał się o nią również pewien bogaty pan – i uzyskał względy rodziny, ale nie Eugenii. Bogaty pan był już niemłody i siał pieniędzmi, pastor zaś posiadał młodą, pełną ideałów duszę i kochające serce. Eugenia wybrała to ostatnie i zaraz po ślubie wyjechała z nim jako żona misjonarza.

Wtedy nastąpiło rozluźnienie stosunków w rodzinie.

Panna Polly pamiętała to dobrze, chociaż miała wtedy zaledwie piętnaście lat.

Początkowo Eugenia pisywała od czasu do czasu kilka słów. Swoją ostatnią córeczkę nazwała Pollyanną, zbiorowym imieniem dwóch sióstr – Polly i Anny, która już nie żyła.

Wzmiankowała o tym w swym ostatnim liście.

Kilka lat później z paru zbolałych słów pastora dowiedziano się o jej śmierci.

Panna Polly, patrząc teraz przez okno na szeroką, leżącą u stóp wzgórza dolinę, przebiegała myślą cały ten czas. Obecnie miała czterdzieści lat i była sama na świecie. Cała rodzina wymarła i ona była jedyną właścicielką pozostawionego przez ojca majątku.

Namawiano ją, by przyjęła do siebie jakąś towarzyszkę, by nie żyła tak w samotności, lecz panna Polly odrzuciła wszystkie propozycje i pozostała sama.

A teraz…

Czuła, że obecnie tryb jej życia ulegnie zmianie, ale to, co robiła, było jej obowiązkiem!

Myślała o tym ze zmarszczonym czołem i zaciśniętymi wargami.

 ROZDZIAŁ II PRZYBYCIE POLLYANNY

Nancy, stosując się do wskazówek swej pani, starannie wymyła i wyczyściła pokoik na poddaszu, lecz robiła to nie tyle z polecenia panny Polly, ile z pewnej sympatii, jaka powstała w jej duszy do Pollyanny, chociaż jej jeszcze nie znała. Nancy, wiedziona instynktem, wyczuwała, że przybycie Pollyanny zmieni tryb życia w domu na wzgórzu i może rozgrzeje atmosferę zimna, która panowała tu na każdym kroku.

Nancy zwierzyła się ze swymi myślami staremu Tomaszowi, ogrodnikowi, lecz ten nie podzielał jej przypuszczeń i nadziei, bo służył tu znacznie dłużej i nie wierzył, aby coś mogło rozgrzać zlodowaciałą duszę panny Polly.

Kilka dni później nadeszła krótka depesza, zawiadamiająca o dniu przyjazdu Pollyanny.

Panna Polly nie uważała, aby oczekiwanie Pollyanny na dworcu wchodziło w zakres niezbędnych obowiązków, pozostała więc w domu, a na kolej wysłała Nancy.

Poznanie małej pasażerki nie stanowiło żadnej trudności, była ona bowiem jedyną, która wysiadła z pociągu w Beldingsville.

W drodze powrotnej Pollyanna, która poczuła od razu sympatię do Nancy, opowiedziała jej w kilku słowach swoje przejścia po śmierci ojca. Ponieważ została sama, samiuteńka na świecie, umieszczono ją chwilowo w miejscowej ochronce Koła Opieki. Parę tygodni spędzonych tam do chwili wyjazdu wydawały jej się latami, a obecnie była tak szczęśliwa, że ukochana ciocia, choć nieznana, zgodziła się wziąć ją do siebie.

Nancy, chociaż była prostą dziewczyną, zrozumiała jednak od razu, że promienny i radosny nastrój dziewczynki nie spotka oddźwięku w duszy panny Polly, nic jednak nie mówiła, słuchając z przyjemnością szczebiotu dziewczynki.

Gdy wreszcie Pollyanna z Nancy stanęły na progu, panna Polly nie wstała, aby przywitać siostrzenicę. Podniosła tylko oczy znad książki, którą trzymała, i na powitanie wyciągnęła rękę, na każdym palcu której dużymi literami było jakby wypisane słowo „obowiązek”.

– Jak się masz, Pollyanno? Ja…

Nie mogła jednak powiedzieć nic więcej, gdyż dziewczynka w paru susach przebiegła pokój i rzuciła się w objęcia ciotki, zgorszonej tym niespodziewanym atakiem.

– Ciociu, kochana ciociu Polly! Jak bardzo się cieszę, że ciocia pozwoliła mi przy sobie zamieszkać – mówiła przerywanym głosem dziewczynka. – Ciocia nie ma pojęcia, jak przyjemnie będzie z ciocią i  Nancy po tych paniach z Koła Opieki!

– Możliwe, chociaż nie znam tych pań należących do Koła Opieki – odparła panna Polly, starając się wyswobodzić z uścisku małych rączek i rzucając rozgniewany wzrok w stronę Nancy, stojącej wciąż na progu.

– Nancy może odejść! Pollyanno, proszę zachowywać się przyzwoicie. Nawet nie zdążyłam cię obejrzeć!

Pollyanna cofnęła się, wciąż się uśmiechając, już jednak z pewnym zakłopotaniem.

– Rzeczywiście! Ale ja nie jestem ładna, bo mam piegi. Poza tym muszę cioci wytłumaczyć pochodzenie tej sukienki w duże czerwone kraty, dziurawej na łokciach. Ojciec mój mówił…

– Dosyć, Pollyanno! Proszę nie myśleć o tym, co mówił ojciec – przerwała sucho panna Polly. – Masz pewnie jakiś kuferek z rzeczami?

– O tak, ciociu! Panie z Koła Opieki podarowały mi ładny kuferek. Co prawda nie ma tam nic nadzwyczajnego, gdyż ostatnio Koło Opieki nie otrzymywało prawie wcale ubrań dla dziewczynek, lecz są tam książki ojca, bo pani White mówiła, że muszę je wziąć ze sobą. Ciocia wie, że tatuś…

– Pollyanno! – przerwała znów ciotka – jedno musisz zrozumieć i zapamiętać: nie życzę sobie, abyś mi wspominała o swym ojcu!

Dziewczynka wstrzymała oddech.

– Czyżby ciocia chciała powiedzieć, że… – zatrzymała się, jakby szukając odpowiednich wyrazów, a panna Polly skorzystała z tej przerwy, mówiąc:

– Chodźmy teraz do twego pokoju. Kufer już pewnie tam jest. Chodź za mną.

Pollyanna bez słowa protestu udała się za ciotką z oczyma pełnymi łez, lecz z główką podniesioną do góry.

 ROZDZIAŁ III POKOIK NA PODDASZU

Może to i dobrze – myślała – że ciocia nie pozwała mi mówić o ojcu, gdyż wspomnienie o nim jest dla mnie zawsze takie bolesne! Ona od razu wzięła to pod uwagę!

I Pollyanna, upewniona coraz bardziej o dobroci swej ciotki, wytarła łzy i zaczęła z zaciekawieniem rozglądać się dokoła.

Przez otwarte drzwi widziała wspaniałe pokoje, a w nich kosztowne meble i cudne obrazy; szła po miękkim dywanie głuszącym kroki, a słońce, rzucając swe promienie na złote ramy obrazów i prześliczne koronkowe firanki, pochłaniało całkowicie jej uwagę.

– Ciociu – wykrzyknęła wreszcie z zachwytem. – Jakie wspaniałe mieszkanie! Ciocia musi być bardzo szczęśliwa, że posiada takie bogactwo!

– Pollyanno – odpowiedziała, odwracając się nagle ciotka – zdziwiona jestem, że mi to mówisz. Jestem wdzięczna Najwyższemu za wszelkie jego łaski dla mnie, nie zaś wyłącznie za bogactwo.

Szły teraz schodami na górę.

Panna Polly cieszyła się w duchu, że dziewczynka będzie mieszkała na poddaszu. Od początku postanowiła ulokować ją jak najdalej od siebie, obecnie zaś, widząc jej próżność, cieszyła się tym bardziej, że pokoik przeznaczony dla Pollyanny nie posiadał żadnych zbytkownych mebli i był raczej podobny do celi samotnej mniszki.

Pollyanna zaś skwapliwie rozglądała się dokoła, jakby starając się zobaczyć każdy szczegół tego wspaniałego domu i odgadnąć, za którymi drzwiami kryje się jej pokoik, ten kochany cudny pokoik z obrazami i dywanami, w którym ulokuje ją ciotka!

Minęły jeszcze jedne drzwi i znów szły schodami. Lecz tu ściany były puste i było prawie ciemno. Potem trzeba było iść ostrożnie, gdyż po obu stronach wąskiego przejścia stały jakieś kufry, pudła i walizy.

Powietrze było tu ciężkie, duszne.

Wreszcie panna Polly otworzyła małe, niskie drzwi.

– Oto, Pollyanno, twój pokój! – Kufer już stoi na miejscu. Czy masz klucz od niego?

Pollyanna kiwnęła główką niezdolna wymówić ani słowa, tak była zaskoczona różnicą w wyglądzie pokoju, w którym się znalazła, a tym, jaki stworzyła w swej wyobraźni.

Ciotka zmarszczyła brwi.

– Pollyanno! Gdy o coś pytam, proszę mi odpowiadać, jak się należy, a nie kiwnięciem głowy.

– Rozumiem, ciociu.

– Znajdziesz tu wszystko, czego ci potrzeba. Zaraz przyślę Nancy, aby pomogła ci rozpakować rzeczy. Obiad jemy zawsze o godzinie szóstej – dodała, opuszczając pokój.

Pollyanna przez chwilę stała nieruchomo, potem przebiegła wzrokiem po gołej podłodze, gołych ścianach, oknach pozbawionych firanek i podeszła do swojego kuferka, tego samego, który tak niedawno jeszcze stał w jej małym pokoiku, tam, daleko na zachodzie, uklękła przy nim i ukryła twarzyczkę w swych drobnych dłoniach.

Tak ją zastała Nancy, gdy przyszła na górę.

W dobrej dziewczynie serce zadrżało współczuciem.

– Biedactwo! – szepnęła, i zbliżywszy się do Pollyanny, uklękła przy niej, pieszczotliwie głaszcząc jej główkę; w końcu zapytała o klucz. – Zajmiemy się rozpakowaniem kufra – rzekła, chcąc przerwać ponure myśli dziewczynki.

– Nic tam prawie nie ma – szepnęła ze smutkiem Pollyanna.

– Tym lepiej! Prędzej go rozpakujemy! – wesoło zawołała Nancy.

– Rzeczywiście! – ucieszyła się Pollyanna. – A więc mogę i z tego być zadowoloną?

– No… niby tak! – odpowiedziała nieco zdziwiona tym pytaniem Nancy.

Wprawne ręce Nancy w okamgnieniu wydobyły z kufra całą jego zawartość, a Pollyanna równie szybko porozkładała książki na stole, a skąpą ilość bielizny i parę sukienek umieściła w szafie.

– Zdaje mi się, że jednak ten pokoik będzie ładny! – rzekła nagle Pollyanna, jakby chciała pocieszyć samą siebie. – Jak myślisz, Nancy?

Odpowiedzi nie było. Nancy czegoś tak gorliwie szukała w kufrze, że aż schowała do niego głowę.

Pollyanna tymczasem wodziła wzrokiem po gołych ścianach.

– Nawet lusterka nie ma – mówiła smutnie. – Ale może to i lepiej, bo nie będę oglądała moich piegów!

Nancy wydała jakiś niezrozumiały dźwięk, lecz gdy Pollyanna odwróciła się, znów schowała głowę do kufra.

Pollyanna zbliżyła się do okna i nagle wydała okrzyk radości.

– Ach, Nancy! Ja tego przedtem nie widziałam. Spójrz na te drzewa, na te małe domki, starą dzwonnicę i tę srebrną wstęgę rzeki! Naprawdę, Nancy, gdy się ma przed sobą taki widok, niepotrzebne są żadne obrazy! Ach, jak się cieszę, że mam ten pokoik! Lecz ku wielkiemu zdziwieniu Pollyanny, Nancy wybuchła nagle głośnym płaczem.

– Co się stało Nancy? – zapytała Pollyanna, a potem nieco zmieszana dodała: – A może… może… ja zajęłam twój pokój?

– Ach, Boże! – odparła, łkając Nancy – ty jesteś naprawdę aniołkiem, co zszedł do nas wprost z nieba… – lecz nie zdążyła dokończyć, bo usłyszała dzwonek i pospiesznie opuściła pokoik, szybko zbiegając po schodach.

Pollyanna wróciła do okna, aby się nacieszyć widokiem i otworzyła je szeroko, gdyż nie mogła wprost oddychać dusznym powietrzem w  pokoju. Następnie podbiegła do drugiego okna. Kilka much, które zdążyły już zawitać do pokoju, przeleciało koło jej twarzyczki, lecz Pollyanna nie zwróciła na nie żadnej uwagi, a otwierając drugie okno, zrobiła nowe odkrycie: tuż za oknem duże drzewo wyciągało ku niej swe rozłożyste gałęzie, jakby witając małą przybyszkę.

Pollyanna, niedługo namyślając się, wskoczyła na okno, chwyciła za gałąź, zgrabnym skokiem przeniosła się na drzewo i zaczęła schodzić na dół. Wreszcie zatrzymała się na ostatniej gałęzi. Zeskoczyć na ziemię było trochę trudno nawet dla Pollyanny, która przyzwyczajona była wspinać się po drzewach. Jednak, trochę ze strachem, wstrzymując oddech, dziewczynka zawisła przez chwilę na rękach na gałęzi, potem puściła gałąź i znalazła się na ziemi.

Znalazła się w dużym ogrodzie. Kilkanaście kroków od niej pracował zgarbiony staruszek, widocznie ogrodnik. Dalej za ogrodem wąska ścieżka prowadziła przez pola do dużego wzgórza z samotną sosną, stojącą na szczycie, jakby na straży.

To wzgórze i sosna pociągały ku sobie Pollyannę, która niedługo namyślając się, udała się w drogę.

Przedzierając się przez krzaki i zarośla, wyszła na ścieżkę, przeszła pole i zaczęła wdrapywać się na wzgórze. Teraz przekonała się, że nie było to tak blisko i łatwo, jak jej się wydawało z okna.

* * *

Kwadrans później wielki zegar w przedpokoju wybił szóstą i Nancy zadzwoniła na kolację.

Upłynęło kilka minut. Panna Polly zmarszczyła brwi, następnie wyszła do przedpokoju i niecierpliwie spojrzała na schody wiodące do pokoiku Pollyanny. Nadsłuchiwała przez chwilę, lecz panowała tam głęboka cisza. Wtedy panna Polly wróciła do jadalnego pokoju.

– Nancy – rzekła – moja siostrzenica się spóźniła! Nie, nie trzeba jej wołać – dodała, widząc ruch Nancy w stronę drzwi. – Wie, o której godzinie siadamy do stołu i powinna się zjawić punktualnie; skoro się spóźnia, nie siądzie do stołu. Otrzyma tylko mleko i chleb, i to w kuchni.

Natychmiast po obiedzie Nancy udała się na górę.

– Mleko i chleb! Właśnie! A biedne dziecko pewnie tak płakało, że aż usnęło – mruczała, otwierając powoli drzwi, lecz w tejże chwili wydała okrzyk przerażenia.

– Gdzie jesteś? Pollyanno! Odezwij się! Gdzie się schowałaś? – wołała, zaglądając do szafy, pod łóżko i nawet do kufra.

Następnie szybko zbiegła ze schodów i udała się do ogrodu.

– Tomaszu, Tomaszu! – wołała już z daleka. – Nasz aniołek pewnie wrócił tam, skąd przyszedł – do nieba!

– Do nieba to może i nie – odparł, uśmiechając się stary ogrodnik – ale w każdym razie jest bliżej nieba niż my.

I wskazał Nancy sylwetkę ledwie widoczną na tle zachodzącego słońca. Nancy, uszczęśliwiona, że znalazła Pollyannę, zapomniała o kuchni i naczyniach i pędem podążyła przez pole.

 ROZDZIAŁ IV GRA W ZADOWOLENIE

– Jak można mnie tak nastraszyć! – mówiła z lekkim wyrzutem Nancy do Pollyanny, która ku wielkiemu swemu żalowi musiała w końcu rozstać się ze wzgórzem i sosną i schodziła teraz na dół.

– Straszyć? – zdziwiła się Pollyanna. – Nigdy nie trzeba się o mnie bać! Ojciec, a potem panie z Koła Opieki zawsze niepokoili się o mnie, dopóki się nie przekonały, że mi się nigdy nic złego nie stanie.

– Ależ ja nie wiedziałam, dokąd poszłaś! – mówiła Nancy, biorąc Pollyannę za rękę. – Nikt cię nie widział wychodzącą; chyba wyszłaś przez komin!

Pollyanna roześmiała się szczerze.

– Ach, nie! – zawołała – nie przez komin, lecz przez okno i spuściłam się po drzewie na ziemię.

– Boże Miłosierny! – krzyknęła Nancy. – Co by na to powiedziała panna Polly!

– Jesteś tego ciekawa? Dobrze! Opowiem jej o tym i dowiesz się, co powie – obiecała dziewczynka wesoło.

– Nie, nie, nie trzeba! – zaprotestowała Nancy, która za wszelką cenę chciała odwrócić od Pollyanny nową falę gniewu ciotki.

– Ale teraz spieszmy się, bo muszę jeszcze pozmywać naczynia!

– Chętnie ci pomogę! – ofiarowała się Pollyanna.

Szły przez chwilę w milczeniu. Tymczasem ściemniło się zupełnie i Pollyanna tuliła się coraz bardziej do Nancy.

– Wiesz, jestem nawet zadowolona, że cię swą nieobecnością nastraszyłam, gdyż tylko temu zawdzięczam, że przyszłaś po mnie – powiedziała po chwili milczenia dziewczynka.

A Nancy tymczasem rozmyślała, jakby uprzedzić Pollyannę o karze, jaka ją czekała i jak to zrobić najdelikatniej.

– Wiesz… – rzekła trochę zmieszana – jest już po obiedzie, więc… więc… dostaniesz tylko mleko i chleb!