Pokorni odziedziczą ziemię - Bogdan Olechnowicz - ebook + audiobook + książka

Pokorni odziedziczą ziemię ebook

Bogdan Olechnowicz

4,5

Opis

W życiu z Bogiem nie ma drogi na skróty.

W obcowaniu ze Świętym nie można liczyć na taryfę "ulgową".

Boże miłosierdzie nie może być przykrywką dla naszej starej, nieprzemienionej natury.

Pan Jezus nie umierał po to, by dokonać w nas kosmetycznych zmian, ale po to, by uśmiercić nasze własne "ja". On chce żyć przez nas. Temu celowi ma służyć nasze uniżenie. Wielu z nas marzy o wielkich rzeczach od Boga i dla Boga, ale one są osiągalne tylko dla tych, którzy odważą się uniżyć.

Uniżenie jest sztuką życia i tajemnicą  prawdziwego obcowania stworzenia ze swoim Stwórcą. kto chce zgłębić tę tajemnicę zostanie przez Boga uhonorowany. Bóg, który bogaty jest w miłosierdzie i łaskę, chce stać się naszym najlepszym przyjacielem. Historia relacji człowieka z Bogiem uczy nas, że szansa taka otwiera się tylko przed tymi, którzy zdecydowali się odrzucić swoją pychę zmieniając ją na pokorę.

Książka ta zachęci cię do takiej zmiany.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 279

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Książkę dedykuję

Mojej kochanej żonie, której mądrość, prawość i dobroć są nieocenionym skarbem. Dziękuję Ci, że jesteś cierpliwa i wyrozumiała dla mnie. Bóg wybrał sobie Ciebie.

Moim drogim rodzicom, których miłość, wsparcie i modlitwy sprawiły, że jestem tym, kim jestem. Dziękuję Wam, że nie baliście się i nie boicie bezgranicznie ufać Bogu.

Mojej córeczce, za to, że pojawiła się w naszym życiu jako proroczy znak i zapowiedź wspaniałych rzeczy od Boga. Dziękuję Ci, że po długim oczekiwaniu swoimi narodzinami sprawiłaś nam tyle szczęścia i radości. Jesteś słodka.

Mojemu synkowi, który jeszcze nie podejrzewa, jak wiele wspaniałych rzeczy Bóg dla niego przygotował. Dziękuję Ci za to, że nasza relacja pozwala mi lepiej zrozumieć jak bardzo mój Niebiański Tatuś mnie kocha.

Podziękowania

Dziękuję wszystkim przyjaciołom z Chrześcijańskiej Wspólnoty „Górna Izba” w Gorzowie Wielkopolskim za miłość i z serca płynące wsparcie. Wdzięczny jestem za każdą chwilę z Wami spędzoną. Dziękuję, że potraficie być „dumni po zwycięstwie, a wierni po porażce” Przy Was Bóg uczył mnie, czym są prawdziwe relacje oparte na przymierzu, których nikt i nic nie jest w stanie rozerwać. Jestem tego pewien, że najlepsze jest jeszcze przed nami. Kocham Was.

Przedmowa

W obecnych czasach, w których liczy się siła, młodość, długowieczność, sukces i kariera, książka zatytułowana „Pokorni odziedziczą ziemię” wydaje się mało pociągająca i „nie na czasie”. W rzeczywistości jest to interesujące, napisane w sposób bardzo przystępny, biblijne studium, ilustrowane barwnie świadectwem życia współczesnych nam ludzi, a co najważniejsze, samego autora.

W książce tej pokora nie jest czymś abstrakcyjnym i nudnym, ale pokazana została jako ustawiczna walka przeciwko temu, co przeszkadza nam w drodze do Boga. Również pycha, będąca przeciwieństwem pokory, nie jest przedstawiona tylko jako synonim wyniosłości, ale okazuje się kryć pod pozorem innych cech, które na pierwszy rzut oka nie muszą się z nią kojarzyć. Bardzo często pojawia się ona w formie narzekania, krytyki, obmowie innych, chęci, aby samemu poczuć się lepiej i wyżej.

Zwłaszcza obecnie, w epoce globalnego obiegu informacji obserwujemy krytykę i dyskredytowanie wszystkiego i wszystkich. Szargane są wszelkie autorytety i świętości w imię prawa dostępu do informacji. Intymne szczegóły z życia ludzi, bardziej i mniej znanych, bez względu na konsekwencje dla ich najbliższych są wywlekane na łamach poczytnych gazet. Ba, sami się nimi ekscytujemy, powtarzając je na spotkaniach rodzinnych czy towarzyskich. Lekko przychodzi nam osądzanie innych, chociaż tak samo jak faryzeusze nie mielibyśmy odwagi pierwsi rzucić kamieniem. Ale rzucanie słowem – czemu nie – bywa nawet przyjemne, bo przecież nie jesteśmy tacy jak „oni”. Bogdan zwraca uwagę na bardzo ważną kwestię, pisząc o tym, że nawet chrześcijanie, zamiast stosować biblijną zasadę wyznawania własnych grzechów przed zborem lub przed księdzem, wolą opowiadać o grzechach innych.

Przypomina nam też o tym, że prawdziwie pokorny człowiek nie zgłasza zastrzeżeń do tego, jak jest prowadzony przez Boga. Zbyt często jako ludzie obarczamy Boga za całe zło, jakie pojawia się na świecie, a „milczenie Jezusa rozbija naszą wiarę”, podczas, gdy to my naszą wiarą mamy rozbić Jego milczenie.

W kolejnych rozdziałach książki znajdujemy praktyczne przykłady, jak ćwiczyć pokorę. Nie są to jakieś „cudowne” rady, ale zachęta do codziennej i żmudnej pracy, polegającej na pokonywaniu własnych słabości i reakcji, których podłożem są różne odmiany pychy.

Na koniec autor pokazuje nam życie Chrystusa jako rzeczywistość pełną upokorzeń od urodzenia do haniebnej śmierci. I chociaż wielu z nas zna szczegółowo Jego życie, to nie oznacza to automatycznie łatwego poddania się doświadczeniom, które czynią z nas w pełni Jego uczniami.

Mam nadzieję, że czytelnikom w niektórych momentach czytania tej książki „serce będzie pałało” jak uczniom idącym do Emaus, co było również i moim udziałem. Ciężka droga pogłębiania pokory i oczyszczania z pychy nie powinna zniechęcać, bo przecież na jej końcu czeka na nas miłujący nas Pan.

Hanna Gronkiewicz – Waltz Londyn, wrzesień 2002

Wstęp

Krótko po moim nawróceniu trafiła mi w ręce książka autorstwa Andrew Murray’a pt.: „Pokora klejnot świętych”. Nie pamiętam już teraz ani jej treści, ani też jakie wywarła na mnie wrażenie. Z perspektywy czasu i po niedawnej ponownej lekturze dochodzę do wniosku, że chyba jej wtedy nie rozumiałem. Jej przekaz był, jak się okazuje, zbyt głęboki i zbyt obcy mojemu niewielkiemu jeszcze doświadczeniu w chodzeniu za Bogiem, by książka odcisnęła wyraźniejsze piętno na mojej duchowości. Jedyne zdanie, jakie z tej lektury zapamiętałem, było cytatem jednego z ojców Kościoła, że pokora jest „matką wszelkich cnót”. Sformułowanie to zapadło mi w pamięć, ale nie skłoniło mnie do dalszych poszukiwań. Odłożyłem więc temat pokory na później, czekając, aż sama da znać o sobie. Ale niestety! Pokora z natury nie domaga się uwagi dla siebie, to też przez następne kilkanaście lat ani o niej nie myślałem, ani o nią nie zabiegałem. Dopiero w 1995 roku, po dramatycznym doświadczeniu, które głęboko mnie przemieniło, Bóg zwrócił moją uwagę na kwestię pokory i uniżenia w życiu chrześcijanina.

W ciągu tych ostatnich siedmiu lat Bóg raz po raz obnażał moją pychę, ucząc mnie jednocześnie, czym jest uniżenie. Boże światło przychodziło do mnie w kilku cyklach i za każdym razem wydawało mi się, że Bóg już objawił mi wszystko, co na ten temat można wiedzieć. Kilka razy uznałem więc temat za zamknięty. I dlatego reagowałem zdumieniem, gdy Bóg w swojej łasce pokazywał mi nowe rzeczy. Sądzę, że moje zdziwienie było rodzajem pychy, bo czy prawdziwie pokorny człowiek mógł tak szybko dojść do wniosku, że wie już wszystko, co na ten temat wiedzieć można? Bóg przez apostoła Pawła wyraził to słowami: „Jeśli kto mniema, że coś poznał, jeszcze nie poznał, jak należało poznać” (1 Kor 8,2). Kontekst wiersza wskazuje, że powodem, dla którego uważamy, że coś już należycie poznaliśmy, jest nasza pycha. Pierwszy wiersz Paweł kończy słowami: „Poznanie nadyma, ale miłość buduje”. „Nadęcie” to nic innego jak pycha.

Kiedy w pewnym momencie doszedłem po raz kolejny do wniosku, że tym razem ten temat jest już naprawdę zamknięty, Bóg posłużył się pewną osobą, która przyszła do mnie ze słowem zachęty i wyzwania od Boga, które brzmiało: „Bóg chce, żebyś zgłębił temat pokory”. Przez moment myślałem, że to jakiś spisek albo że mój przyjaciel źle usłyszał Pana Boga. W drugim odruchu zrozumiałem, że Bóg naprawdę chce, bym przyjrzał się pokorze jeszcze wnikliwiej i swoje rozważania ujął w formę pisaną, co niniejszym czynię.

Przez ostatnie lata, kiedy w różnych miejscach prowadziłem wykłady, prawie zawsze dotykałem tematu pokory. Czasami odnosiłem już wrażenie, że nie potrafię mówić o niczym innym, a nawet jeśli zaczynam, to i tak zawsze skończę na pokorze. Zastanawiam się tylko nad tym, kto w tej całej sytuacji uparł się bardziej – Bóg czy może ja. Wydaje mi się jednak, że to Boża determinacja przynaglała mnie do dzielenia się tym, co Bóg mi pokazywał. Zabranie się do pisania nie było dla mnie łatwe z co najmniej dwóch powodów.

Po pierwsze musiałem dokładnie przebadać swoje motywacje. Wierząc, że prawdziwa pokora zasadza się na czystych motywacjach, musiałem rozstrzygnąć w swoim sercu, dlaczego chcę napisać tę książkę. Czasem trudno było mi zrozumieć „owczy pęd” wielu zachodnich kaznodziejów do pisania książek. Można niekiedy odnieść wrażenie, że nieważny jest temat, byleby coś napisać, to przecież podnosi czyjś prestiż. W notce biograficznej można wtedy napisać nie tylko, że autor jest ojcem dwójki dzieci – tak jak to ma miejsce w moim przypadku, a co przecież nie jest wielkim osiągnięciem, bowiem niektórzy moi przyjaciele mają ich piątkę, ale również, że napisał już jakąś książkę. Sprawdzałem swoje serce i sprawdzałem, aż w końcu doszedłem do wniosku, że moja obsesja czystych motywacji staje się już nieco niezdrowa i powoli zaczynam stawać w konflikcie z Panem Bogiem. I tak kwestia napisania książki została sprowadzona do kwestii posłuszeństwa Bogu. Okazuje się, że można być tak zapatrzonym w rzeczy dobre i słuszne, że przeszkadza nam to w prostym i bezwarunkowym posłuszeństwie Bogu. Bóg uspokoił moje sumienie. Wiem, że piszę nie tylko z jego przyzwolenia, ale również z jego przynaglenia.

Drugi powód, który utrudniał mi zabranie się do pisania tej książki, jest nieco prozaiczny. Z natury jestem dosyć ruchliwy, a jak wiadomo trudno pisać w biegu. Można myśleć, ale pisać trudniej. Napisałem do tej pory kilkanaście artykułów do czasopism chrześcijańskich, ale napisanie artykułu nie zajmuje mi więcej niż kilka godzin. Z książką jest inaczej. Tutaj trzeba będzie trochę posiedzieć. Ale i w tej sytuacji Pan Bóg sobie ze mną poradził. Niedawno wybrałem się ze swoimi siostrzeńcami i szwagrem na narty. Wspaniałe warunki, piękny śnieg, radość z białego szaleństwa – aż tu nagle ktoś porywa moją prawą nartę z prawą nogą. (W grę wchodzi raczej człowiek, bo na pewno nie był to anioł.) Upadając, naderwałem sobie więzadło krzyżowe w prawym kolanie, a moja noga została unieruchomiona na cztery tygodnie. I co tu robić przez ten czas? Nareszcie zacząłem pisać.

Bardzo zależy mi na tym, by to, co napiszę, było jak najbardziej praktyczne. Większość z nas jest przekonana o konieczności uniżenia w życiu chrześcijańskim. Problemów może nastręczyć praktyka. Lata temu wysłuchałem pięknego kazania o tym, by wypłynąć na głębię z Jezusem. Czułem się bardzo zachęcony przesłaniem, ale moja radość została zakłócona, kiedy uświadomiłem sobie, że kaznodzieja nie powiedział nam, jak praktycznie należy to zrobić.

Z pewnością nie uda mi się wyczerpać tematu pokory, ale pragnę, by Bóg posłużył się tą książką, wszczepiając w nas pragnienie uniżenia zarówno przed Nim, jak i przed innymi.

Ilustrując poszczególne prawdy, będę się posługiwał głównie autentycznymi historiami z własnego podwórka. Imiona negatywnych bohaterów zostały zmienione, zaś pozytywni bohaterowie zachowają swoją tożsamość. Mam nadzieję, że nikt nie będzie czuł się urażony. Moim celem nie jest dyskredytacja kogokolwiek, a jedynie zobrazowanie prawdy w celu lepszego jej zrozumienia. Przykłady i podobieństwa uczą najlepiej.

I jeszcze jedno. Skąd tytuł i jak należy go rozumieć? „Pokorni odziedziczą ziemię” to cytat z Psalmu 37,11, który w całości brzmi następująco: „Lecz pokorni odziedziczą ziemię i rozkoszować się będą obfitym pokojem”. W wierszu tym zawarta jest zarówno obietnica, jak i warunek, który musi być przez nas spełniony. Warunkiem realizacji obietnicy jest uniżenie. Obietnica natomiast dotyczy objęcia w posiadanie ziemi. Oczywiście nie chodzi tutaj o coś materialnego, ale o ziemię w kategoriach duchowych. Ostatnie lata obfitowały w różnego rodzaju wydarzenia, które potwierdzają moje przekonanie, że Bóg chce duchowo przebudzić nasz naród. Ten przełom jest już coraz bliżej. Nie dokona tego żaden człowiek, żadna denominacja i nie stanie się to „dzięki mocy ani sile, ale dzięki duchowi Bożemu”. Polska nie tylko może się przebudzić do życia z Bogiem, ale na pewno się przebudzi. Dziedzictwo w postaci Bożego poruszenia jest zarezerwowane dla jednej kategorii ludzi – tych, którzy na czas uniżą się przed Bogiem. Nie będzie miało znaczenia, ile masz lat, czy jesteś kobietą czy mężczyzną, jakie jest twoje wykształcenie, do jakiego należysz kościoła. Liczyć się będzie, czy zdecydujesz się uniżyć przed Bogiem, aby stać się częścią Jego wielkiego planu dla tego kraju.

Uniżenie będzie nas kosztowało wszystko, może nawet łącznie z życiem, ale przebudzenie do życia z Bogiem naszych miast i wiosek warte jest zapłacenia każdej ceny.

Rozdział 1 – Ukorzenie – warunek konieczny

A gdy Salomon dokończył świątynię Pańską i pałac królewski, i gdy pomyślnie wykonał wszystko, co umyślił w swoim sercu, aby uczynić w świątyni Pańskiej i w swoim pałacu, ukazał się Pan Salomonowi w nocy i rzekł do niego: Wysłuchałem twojej modlitwy i wybrałem sobie miejsce to na dom ofiarny. Gdy zamknę niebiosa, tak iż nie będzie deszczu, albo gdy każę szarańczy, aby objadła ziemię, albo gdy ześlę zarazę na mój lud

I ukorzy się mój lud, który jest nazwany moim imieniem, i będą się modlić, i szukać mojego oblicza, i odwrócą się od swoich złych dróg, to Ja wysłucham z niebios, i odpuszczę ich grzechy i ich ziemię uzdrowię,

I będą moje oczy otwarte, i moje uszy uważne na modlitwę w tym miejscu zanoszoną.

(2 Krn 7,11-15)

Powyższy fragment jest opisem spotkania króla Salomona z Bogiem. Jak wiemy, Salomon doprowadził do zbudowania świątyni Pańskiej. Tuż po jej poświęceniu Bóg nawiedza Salomona, dając mu jasne wskazówki dotyczące odnowienia narodu w sytuacji odstępstwa. Warunki, które stawia Bóg, dotyczą całego ludu. Od jego postawy zależy powodzenie wszystkich Żydów. Jakie to warunki? Jest ich kilka: ukorzenie, modlitwa i szukanie Bożego oblicza oraz odwrócenie się od złych dróg. Wersety te, chyba słusznie, są najczęściej cytowane w kontekście przebudzenia i Bożego poruszenia.

Ważna kolejność

Chciałbym zwrócić uwagę na kolejność występowania warunków, gdyż wydaje się ona nieprzypadkowa. Proces odnowy rozpoczyna się od uniżenia. Zarówno nawrócenie człowieka, jak i ciągle postępujący proces odnowy, uzależnione są od gotowości do uniżenia. Prawdziwa przemiana zawsze rozpoczyna się od pokory, która pozwala uczciwie ocenić stan, w jakim znajduje się człowiek. Przełomowy moment w ocenie życia zboru, którego jestem pastorem, wiąże się dla mnie z wydarzeniem sprzed kilku lat. W czasie rozmowy z ówczesnymi liderami naszej społeczności ktoś zadał mi pytanie: czy nasz zbór jest zborem nowotestamentowym? Zrozumiałem intencję pytania i przez moment poczułem się nieswojo. Takie pytania od razu skłonni jesteśmy traktować osobiście, i to w kategoriach oskarżenia. Poczułem się przyparty do muru, ale nie przez pytającego, lecz samego Boga. Chcąc być szczerym i odrobinę rozumiejąc, co to znaczy być kościołem Nowego Testamentu, odpowiedziałem, chociaż nie bez bólu, że nasz zbór nie wygląda tak jak pierwszy kościół. Nie przypomina go ani pod względem świętości, ani pod względem objawiającej się mocy. Mój ból był tym większy, że w tej samej chwili zostało również obnażone moje wieloletnie fałszywe przekonanie, że moja denominacja jest bardzo bliska ideału, czyli kościoła Dziejów Apostolskich. Przez lata w odpowiedzi na pytania, jaka jest różnica między nami a np. katolikami z uporem powtarzałem sformułowania, których nauczyłem się od innych, że u nas jest tak jak w Dziejach Apostolskich. Teraz z przerażeniem myślę, że ja naprawdę tak uważałem. Dzisiaj widzę, że nie tylko tak nie jest, ale nawet niewielu ludzi w kościele modli się o to, by tak było i niewielu wierzy, że jest to możliwe. Bogu niech będą dzięki za odnowę, która się dokonała w ostatnich latach w różnych społecznościach, gdyż coraz więcej osób uwierzyło, zapragnęło i zaczęło śmiało kroczyć w kierunku gruntownej przemiany i powrotu do nowotestamentowego chrześcijaństwa.

Zastanawiam się, czy to z pozoru niewinne pytanie, które mi wówczas zadano, nie niosło w sobie zalążka przemiany, która dokonała się w wielu dziedzinach, a w wielu innych ma się jeszcze dokonać. Sądzę, że ważna była też moja deklaracja, szczere pragnienie, byśmy naprawdę stali się kościołem nowotestamentowym. Minęło już siedem lat i chociaż daleko nam do rozmiarów pełni Chrystusowej, to przeszliśmy już spory kawałek na drodze do Bożej pełni. Wciąż jeszcze więcej nie widzieliśmy niż widzieliśmy, więcej nie doświadczyliśmy niż doświadczyliśmy; wciąż więcej jest rzeczy, których nie rozumiemy niż rozumiemy, ale już teraz jesteśmy głęboko Bogu wdzięczni za to, co pośród nas uczynił.

Jak zauważyliśmy, proces odnowy rozpoczyna się od uniżenia. Pozostałe elementy, czyli modlitwa, szukanie Bożego oblicza i odwrócenie się od swoich grzesznych dróg, następują później. Dlaczego? Ponieważ każda z pozostałych rzeczy wymaga łaski od Boga, która zarezerwowana jest tylko i wyłącznie dla pokornych.

Każda przemiana zaczyna się od ukorzenia przed Bogiem

Każde ważne wydarzenie, które odcisnęło piętno na historii relacji człowieka z Bogiem, zaczynało się od uniżenia tego pierwszego. Kiedy Bóg zamierza czegoś dokonać na ziemi, rozpoczyna swoje dzieło od wyszukania odpowiedniej osoby. Jego kryteria wyboru są odmienne od tych, jakimi kieruje się człowiek.

Najdoskonalszym przykładem rozbieżności w ocenie dokonywanej przez człowieka i Boga są uczniowie Pana Jezusa. Byli to zwykli ludzie, często niewykształceni, pracujący na swoje utrzymanie, niektórzy jako rybacy, ale wśród nich był też celnik.

Nie były to zajęcia, które wzbudzały powszechny szacunek wśród ludzi. Apostołowie nie byli też ludźmi zamożnymi lub wpływowymi. Gdyby oceny ich przydatności do spełnienia ważnej misji społecznej o zasięgu międzynarodowym miała dokonać jakaś współczesna firma zajmująca się rekrutacją kadr, prawdopodobnie żaden z apostołów nie miałby większych szans.

Jednak czy to zbieg okoliczności zadecydował o powstaniu tej grupy ludzi? Czy Pan Jezus dokonał przypadkowego wyboru? Czy może był jednak jakiś sprawdzian, któremu podlegał potencjalny kandydat na ucznia Chrystusa? Tak, Bóg ciągle stosuje to samo kryterium. Nic się w tym względzie nie zmieniło. Prorok Izajasz mówił o tym siedemset lat przed narodzeniem Pana Jezusa:

Tak mówi Pan: Niebo jest moim tronem, a ziemia podnóżkiem moich nóg: Jakiż to dom chcecie mi zbudować i jakież to jest miejsce, gdzie mógłbym spocząć?

Przecież to wszystko moja ręka uczyniła tak, że to wszystko powstało, mówi Pan. Lecz Ja patrzę na tego, który jest pokorny i przygnębiony na duchu i który z drżeniem odnosi się do mojego słowa

(Iz 66,1-2)

Bóg się nie zmienił od tamtego momentu. Cały czas istotnym sprawdzianem naszej użyteczności dla Boga jest stan naszej pokory. Uniżenie człowieka jest konieczne, by Bóg mógł się z nim komunikować. Porozumiewanie się z Bogiem przebiega tylko na linii uniżenia. On nie odpowiada na pychę człowieka. Osobę, która próbuje z Bogiem nawiązać relację, ale czyni to w wyniosłości serca, Bóg omija z daleka. Jedyny sposób, jaki posiada człowiek na to, by zwrócić uwagę Stwórcy na siebie, to ukorzyć się! Nie ma innej drogi. Czy nasze uniżenie gwarantuje nam to, że spojrzy na nas i dostrzeże w nas kandydatów do wzajemnej relacji? Z pewnością tak. I znów prorok Izajasz nam to potwierdza:

I powiedzą: Torujcie, torujcie, prostujcie drogę! Usuńcie zawadę z drogi mojego ludu. Bo tak mówi Ten, który jest Wysoki i Wyniosły, który króluje wiecznie, a którego imię jest “Święty”: Króluję na wysokim i świętym miejscu, lecz jestem też z tym, który jest skruszony i pokorny duchem, aby ożywić ducha pokornych i pokrzepić serca skruszonych.

(Iz 57,14-15)

Przyjrzyjmy się temu fragmentowi Bożego Słowa. Zaczyna się od zalecenia, by utorować Bogu drogę. Jak wiemy, w okresie poprzedzającym służbę Pana Jezusa, Bóg powołał Jana Chrzciciela, by ten był „głosem wołającego na pustyni” i „przygotował drogę Panu i wyprostował jego ścieżki”. Izajasz wyjaśnia, na czym miało to polegać. Bóg zachęca do usunięcia „zawady z drogi swojego ludu”. Dalszy kontekst wskazuje, że zawadą tą jest brak uniżenia i pokory. Bóg charakteryzując samego siebie, mówi że jest Wysoki i Wyniosły. Tylko on ma do tego prawo. Próba zajmowania „miejsca wyniosłego”, które zarezerwowane jest tylko dla Wszechmogącego Boga, zawsze kończy się wielkim upadkiem, o czym mógł się przekonać sam Szatan. Stawanie w miejscu Stwórcy jest wyrazem ogromnej pychy ze strony stworzenia.

Dla niektórych może to zła wieść, że istnieje miejsce, do którego dostęp ma tylko Bóg. Ale jest też bardzo dobra nowina. Bóg chce się z nami spotykać i inicjatywa może być po naszej stronie. Bóg zejdzie do naszego poziomu, jeśli tylko się uniżymy. Na tym polega wspaniałość naszego Boga, że On będąc doskonałym i wielkim, nie wzbrania się przed tym, by być utożsamianym z grzesznym i niedoskonałym człowiekiem. Powiem więcej: Bóg lgnie do uniżonych ludzi. Są oni jak magnes przyciągający Jego obecność. Natomiast wyniosłość ludzi odpycha Go od nich. Możemy być zaskoczeni, ale jest jedna rzecz, której Bóg nie potrafi. On nie potrafi przebywać w klimacie ludzkiej wyniosłości. Jest to obce dla niego środowisko i dlatego omija je z daleka. Obietnica, którą Bóg złożył przez proroka Izajasza, że będzie z tym, „który jest skruszony i pokorny duchem”, znalazła swoje wspaniałe wypełnienie w osobie Pana Jezusa, który opuścił miejsce chwały i wyniosłości po to, by zniżyć się do grzesznego człowieka w celu ratowania go. Wcielenie Boga w postać człowieka jest aktem największej pokory. Nic podobnego już nigdy się nie wydarzy. Bóg chcąc do nas przyjść, musiał znaleźć uniżonego człowieka, dzięki któremu słowo mogło stać się ciałem.

Trzy biblijne przykłady ludzi, którzy się ukorzyli

Maria, matka Jezusa

Mówiąc o tajemnicy wcielenia, nie możemy nie napisać o błogosławionej matce naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Wybór Marii do tak niezwykłego dzieła, jakim było wydanie Zbawiciela na świat, nie był przypadkowy, a kryteria nieznane. Bóg przy dokonywaniu takich wyborów jest bardzo czytelny. Nie mamy tutaj do czynienia z żadną niespodzianką. Warunki Boże zostały jasno określone w proroctwie, które wygłosił Izajasz. Bóg szukał kogoś, kto „jest pokorny i przygnębiony na duchu i który z drżeniem odnosi się do jego słowa”. I znalazł. Tą osobą była Maria. W swojej relacji ewangelista Łukasz przytacza słowa samej Marii: „Bo wejrzał na uniżoność służebnicy swojej. Oto bowiem odtąd błogosławioną zwać mnie będą wszystkie pokolenia”. Maria była świadoma swojej pozycji przed Bogiem i rozumiała, co zdecydowało, iż ten niezwykły wybór padł na nią. Jej słowa i odwaga, z jaką je wypowiada, stoją w sprzeczności z powszechnym przekonaniem, że pokorny człowiek ani nie jest świadomy swojego uniżenia, ani tym bardziej nigdy się do niego nie przyznaje. Uniżenie się nie jest czymś, co człowiekowi się przytrafia. Jest świadomym wyborem, którego dokonujemy w momencie, gdy mamy od Boga światło, czym ono jest.

Fakt, że Maria zaczyna swoją wypowiedź od słów „wejrzał na uniżoność służebnicy swojej”, świadczy o tym, że nie tylko znała Boże oczekiwania, wyrażone przez Izajasza, ale też rozumiała, na czym polega pokora, co wyraziła w dalszej części: „Okazał moc ramieniem swoim, rozproszył pysznych z zamysłów ich serc. Strącił władców z tronów, a wywyższył poniżonych”.

Daniel

Inną postacią, która w historii Izraela odegrała istotną rolę, był Daniel. Ten nienaganny i bezkompromisowy sługa Boży przez swoją modlitwę i duchową postawę przyczynił się do zmiany położenia swojego narodu, który przebywał właśnie w niewoli babilońskiej. Jego pełna uniżenia modlitwa, w której utożsamia się z grzechami swojego narodu, porusza Boże serce. Bóg nie pozostaje na taką postawę obojętny. Uniżenie Daniela przyciąga Boga.

Wtedy rzekł do mnie: Nie bój się, Danielu, gdyż od pierwszego dnia, gdy postanowiłeś zrozumieć i ukorzyć się przed swoim Bogiem, słowa twoje zostały wysłuchane, a ja przyszedłem z powodu twoich słów!

(Dn 10,12)

Opisana historia dotyczy widzenia, jakie miał Daniel nad rzeką Tygrys. Wiemy, że był w tym okresie w trakcie 21-dniowego postu. W pewnej chwili ukazuje mu się anioł, który objawiał mu, co ma przyjść na Boży lud w dniach ostatecznych. Zwróćmy uwagę na następujące słowa: „gdyż od pierwszego dnia, gdy postanowiłeś zrozumieć i ukorzyć się przed swoim Bogiem”. Dzień ukorzenia jest zawsze dniem, w którym Bóg uruchamia „niebiańską machinę”, by przesłać człowiekowi odpowiedź na jego modlitwę. Na widoczną manifestację Bożego działania może trzeba będzie nieco poczekać, tak jak miało to miejsce w przypadku Daniela. Boża odpowiedź opóźniła się wtedy z powodu duchowej walki w okręgach niebieskich. Jednak najważniejsze jest to, że Bóg nigdy naszego ukorzenia nie pozostawi bez reakcji.

Dzień, w którym postanawiasz się ukorzyć, będzie zawsze początkiem znaczącej duchowej odnowy. Nie wystarczy się o coś modlić – potrzebne jest ukorzenie.

Manasses

Jest to niezwykła historia jednego z najgorszych królów w historii Izraela. Jego 55-letnie panowanie było naznaczone wyjątkową nieprawością. Takiego bezprawia i bałwochwalstwa Izrael nie doświadczył chyba w całych swoich dziejach. Przeczytajmy opis, który zilustruje nam ogrom grzechu Manassesa:

On nawet swoich synów oddał na spalenie w Dolinie Syna Chinnomowego, oddawał się wróżbiarstwu, czarom i gusłom, ustanowił wywoływaczy duchów i wróżbitów, wiele złego czynił w oczach Pana, drażniąc go.

Postawił też posąg rzeźbiony, który kazał sporządzić, w świątyni Bożej, o której Bóg powiedział do Dawida i do Salomona, jego syna: W tej świątyni i w Jeruzalemie, które wybrałem spośród wszystkich plemion izraelskich, umieszczę imię moje na wieki

(2 Krn 33,6-7)

Trudno sobie wyobrazić większą nikczemność, niż gdy ktoś swoje własne dzieci zabija w ofierze. Tak niestety czynił Manasses. Życie Manassesa, a szczególnie jego koniec, jest dla mnie niezwykłą ilustracją Bożego miłosierdzia i łaski. Niektórzy czytelnicy Biblii mają problem z obrazem Boga w Starym Testamencie. Widzą Go jako okrutnego i bezlitosnego. Bóg, który wyłania się z omawianej przez nas historii, jest inny. Może nam nawet wydać się zbyt pobłażliwy, przymykający oczy na oczywistą niegodziwość. Historia Manassesa jednak służy z jednej strony jako niezwykły przykład mocy Bożego miłosierdzia, z drugiej zaś pokazuje nam, jak skuteczne jest ukorzenie się przed Bogiem.

Pan przemawiał do Manassesa i do jego ludu, lecz oni na to nie zważali.

Wówczas Pan sprowadził na nich dowódców wojska króla asyryjskiego i ci pochwycili Manassesa hakami, skuli dwoma spiżowymi łańcuchami i uprowadzili do Babilonu.

A gdy znalazł się w ucisku, błagał Pana, swojego Boga, ukorzył się bardzo przed obliczem Boga swoich ojców

(2 Krn 33,10-12)

Uniżenie Manassesa następuje w wyniku głębokiego ucisku. Ale jeszcze zanim ten ucisk nastąpił, Bóg przemawiał zarówno do Manassesa, jak i do całego ludu. Problem polegał jednak na tym, że nie było w nich woli, by usłyszeć Boga. Dlatego też Pan Bóg musiał siegnąć po środki bardziej drastyczne – sprowadził na Manassesa dowódców wojska króla asyryjskiego. Ci zaś pochwycili go hakami i skuli dwoma spiżowymi łańcuchami. Jak widzimy, był to ucisk w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zechciejmy zauważyć, że ów ucisk był aktem Bożego miłosierdzia. Był to Boży sposób na doprowadzenie Manassesa do ukorzenia się.

Bóg rezerwuje sobie prawo do sprowadzania do naszego życia ucisku w tym celu, by przywieść nas poprzez uniżenie do niego samego. Wcześniej jednak zawsze do nas mówi. Zagadką pozostaje jednak to, dlaczego go nie słuchamy. Cały problem nie w tym, że go nie słyszymy, ale raczej w tym, że nie jesteśmy mu posłuszni. Zauważmy też, że Bóg, by osiągnąć swój cel, posłużył się wrogiem.

Czasami w naszym życiu dochodzi do ucisku, którego inicjatorem jest Bóg, a egzekutorem nieprzyjaciel. My zamiast to rozpoznać i właściwie zareagować, zaczynamy wierzgać. Nie pomoże nam wtedy gromienie ani związywanie wroga, ale tylko właściwe rozpoznanie, czyli prorocze wejrzenie. Czy mamy do czynienia z atakiem wroga, któremu należy się sprzeciwić? Czy może ten wróg ma zadanie od Boga, którego celem jest doprowadzenie nas do uniżenia? Rozstrzygnięcie tej kwestii wydaje się kluczowe. Manasses właściwie odczytał okoliczności i zajął jedynie słuszną postawę. Nie próbował z wrogiem walczyć, ale zrozumiał, że ucisk był daną od Boga szansą na trwałą zmianę w jego życiu. Uniżenie połączone z błaganiem odmieniło życie Manassesa.

I modlił się do niego, a On dał się uprosić i wysłuchał jego błagania, i pozwolił mu powrócić do Jeruzalemu do swego królestwa. Wtedy Manasses poznał, że Pan jest Bogiem.

(2 Krn 33,13)

Zadziwiające jest sformułowanie „a On [mowa o Bogu] dał się uprosić”. Okazuje się, że można uprosić samego Boga. A kluczem do tego, by Bóg dał się uprosić, nie jest samo proszenie, ale proszenie pochodzące z uniżonego serca. Ktoś, kto odkrył tajemnicę uniżenia, odnalazł drogę do Bożego serca. Uniżenie usuwa wszelką zawadę z tej drogi.

Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt historii Manassesa. Miłosierdzie okazane Manassesowi w postaci Bożego przebaczenia uwolniło również Bożą łaskę. Król ostatnich dziesięć lat swojego życia spędził na naprawianiu duchowych szkód, które sam uprzednio wyrządził.

Postawił na nowo ołtarz, i złożył Panu na nim krwawe ofiary pojednania i dziękczynne, i nakazał Judejczykom, aby służyli Panu, Bogu Izraela.

(2 Krn 33,16)

Czyż nasz Bóg nie jest wspaniały! Nie tylko przebaczył straszne występki króla Manassesa, ale pozwolił mu także na chwalebne dokończenie żywota. Manasses został inicjatorem wspaniałych reform.

Nawet w naszej nowotestamentowej teologii, która wydaje się rozumieć, na czym polega całkowite odkupienie człowieka, nie mieści się czasem zgoda na to, by ktoś taki jak Manasses, który wyrządził tyle złego, otrzymał jeszcze szansę naprawy szkód. Dzisiaj stwierdzilibyśmy, że taki człowiek, po tym co zrobił wcześniej, nie ma moralnego prawa, by nawoływać ludzi, aby służyli Panu, Bogu Izraela. Gdybyśmy mieli do czynienia z tak drastycznym przypadkiem jak Manasses, to po pierwsze, długo nie moglibyśmy uwierzyć, że Bóg komuś takiemu przebaczył, a po drugie, nawet gdybyśmy się z tym faktem już pogodzili, to i tak nie dalibyśmy takiej osobie możliwości służenia Bogu. Bóg taką szansę dla Manassesa stworzył. Na tym polega różnica między Bogiem a nami.

Współczesny przykład ukorzenia się przed Bogiem

Będzie to historia człowieka, który miał wszystko i wszystko stracił. Będzie to też opowieść o Bogu, który się nie zmienia w swojej świętości, miłosierdziu i miłości do człowieka.

Jest to historia Jimmy’ego Bakkera. Wielu czytelników z pewnością nie ma w tym momencie żadnych skojarzeń. Są jednak tacy, którzy wiedzą, o kim mowa.

Pierwszy raz zobaczyłem Jimmy’ego Bakkera w programie PTL (Praise the Lord) w amerykańskiej telewizji chrześcijańskiej. Był rok 1985. Jako młody chrześcijanin nie miałem jeszcze wtedy swojego zdania na temat ewangelistów telewizyjnych. Później zostałem już uświadomiony (czytaj: uprzedzony) do tego rodzaju posługi. Nie mając wtedy jeszcze negatywnego nastawienia, oglądałem programy, które prowadził Jimmy Bakker wraz ze swoją żoną. Oglądałem je z dużym zainteresowaniem i, jak pamiętam, byłem zachęcony.

Ponieważ przebywałem wtedy w domu mojej cioci, która jest Świadkiem Jehowy, nie obyło się bez uszczypliwych komentarzy pod adresem programu i jego twórców – państwa Bakkerów.

— Im chodzi tylko o pieniądze.

— Ależ ciociu! Nie można ludzi w taki sposób oceniać. To jest krzywdzące. Oni naprawdę kochają Boga.

— Już ja swoje wiem — odrzekła ciocia.

Nie wiem, co ciocia wtedy wiedziała, a co mówiła na podstawie swoich uprzedzeń, jednak cztery lata lata później Jim Bakker faktycznie trafił do więzienia z wyrokiem 45 lat kary za defraudacje finansowe. Później okazało się, że wyrok był kontrowersyjny i krzywdzący, ale nie to w tej historii jest najistotniejsze.

W roku, kiedy Jim Bakker trafił do więzienia, miałem ponownie okazję wyjechać do Stanów Zjednoczonych razem z żoną. Będąc w Południowej Karolinie, odwiedziliśmy Heritage USA, które niestety było już opuszczone i zaniedbane. Na domiar złego miesiąc wcześniej okolicę nawiedził huragan Hugo. Widok miejsca, które w przeszłości tętniło życiem (wiemy to z relacji osób, które nas tam zawiozły), był przygnębiający.

Upadek moralny Jimmy’ego Bakkera (wyszedł też na jaw jego przygodny romans z własną sekretarką) był ogromnym wstrząsem dla całego chrześcijaństwa ewangelicznego w Stanach Zjednoczonych. Ponieważ Bakker związany był z Assemblies of God, największe piętno pozostało na zielonoświątkowcach i charyzmatykach. O takiej wpadce nie mogły nie donieść świeckie mass-media. O upadku Jimmy’ego Bakkera informowały nie tylko środki masowego przekazu w Stanach, ale mówiono o tym nawet w Polsce, która nigdy o Jimmym Bakkerze nie słyszała, ani tym bardziej nie wiedziała o zjawisku społecznym, jakim są kaznodzieje telewizyjni.

Wielu ewangelicznych chrześcijan na świecie, a szczególnie w USA, czuło się występkiem Jimmy’ego Bakkera zgorszonych. Odcinano się od niego, by przypadkiem nie być z nim utożsamionym. Bardzo szybko go osądzono, potępiono i usunięto na margines „zdrowego” chrześcijaństwa, gdzie ludziom tak wielkie grzechy się nie przytrafiają. Pamiętam swoją własną reakcję, która niczym nie odbiegała od wspomnianych wyżej. Osądziłem go, jego haniebny postępek budził we mnie złość. Złość, ponieważ nie tylko zniszczył własną reputację, ale przede wszystkim nadszarpnął dobre imię wielu „nienagannych” chrześcijan, do których przecież sam siebie zaliczałem. Nie chciałem być utożsamiany z takim człowiekiem jak Bakker. W ogóle to dobrze się stało, że wsadzono go do więzienia na całe życie i jeszcze pół wieczności.

W tamtym czasie taka reakcja wydawała mi się słuszna i jak najbardziej biblijna. Tak rozumiałem odcinanie się od grzechu. Dzisiaj odcinanie się od grzechu rozumiem zgoła inaczej. Zauważyłem, że najłatwiej przychodzi nam odcinanie się od cudzych grzechów. To nas ani nie boli, ani nic nie kosztuje. Trudniej jest nam się uporać z własnym grzechem.

Zanim będę pisał dalej, chcę jasno zaznaczyć, iż uważam, że to, co zrobił Jim Bakker, było jak najbardziej naganne i z Bożego punktu widzenia było grzechem. Nie pomniejszam winy Jimmy’ego Bakkera, chcę tylko wskazać na nasze niewłaściwe i niezgodne z Bożym Słowem reakcje spowodowane naszą pychą.

Trafiając do więzienia, Jim Bakker był święcie przekonany, że znalazł się tam z powodu dobrze uknutej diabelskiej intrygi, której celem stał się on sam. W jednym momencie stracił praktycznie wszystko: służbę i cały, niemały przecież, majątek. Po pewnym czasie opuściła go żona. Odwrócili się od niego dotychczasowi przyjaciele. Niewielu ludzi odwiedzało go w więzieniu.

To nie był jeszcze koniec osobistych dramatów. Największe upokorzenie przeżył w więzieniu. Doskwierała mu ogromna samotność i coraz wyraźniejsza świadomość, że przegrał swoje życie. Pewnie nieraz zadawał sobie pytanie, jak mogło do tego dojść? Jak to się stało, że kiedyś był sługą ewangelii, głosił słowo i pomagał innym, a teraz siedzi w więzieniu z przestępcami. Był przekonany, że to miejsce nie jest dla niego. A jednak okazało się, że było. Ale czy mógł chociaż przez moment pomyśleć, że w miejscu odosobnienia był z nim Bóg? Z pewnością go tam nie było. Bóg był z Jimmy’m wtedy, gdy ten mu służył, gdy budował dla niego Heritage USA, gdy przez jego ręce przechodziły miliony dolarów, gdy inni go podziwiali. Czyż to wszystko nie było dowodem Bożego błogosławieństwa? Okazuje się, że niekoniecznie. Bóg znalazł się o wiele bliżej Jimmy’ego Bakkera w więzieniu, niż wtedy, gdy motywowany pychą życia, myśląc, że służy Bogu, tak naprawdę służył sobie. I właśnie taka postawa doprowadziła go do grzechu. Więzienie i straszliwe upokorzenie, którego doświadczył, stało się uciskiem podobnym do tego, którego doświadczył Manasses. Pobyt w więzieniu był w jego przypadku Bożym dopustem i Bożą wolą. Trudne okoliczności, w jakich się znalazł, były niczym koło ratunkowe rzucone przez Boga. A na kole widniała wskazówka od Boga: UNIŻ SIĘ!

Im szybciej się z takim wskazaniem zgodzimy, tym lepiej dla nas. Jim Bakker z tego koła ratunkowego skorzystał.

Wizyta, która zmieniła jego życie

Pewnego dnia, kiedy Jimmy Bakker był chyba w najgorszym stanie, obwieszczono mu, że ktoś przyszedł go odwiedzić. Nikogo się nie spodziewał, nikogo nie oczekiwał. Dopiero co skończył sprzątanie toalety. Był nieogolony, źle się czuł fizycznie, miał na sobie sfatygowane więzienne ubranie, a więc nie był to najlepszy moment na przyjmowanie wizyty.

— Któż to może być? — zastanawiał się. Było to tuż przed Bożym Narodzeniem w 1992 roku.

Jakież było jego zdumienie, kiedy w pokoju dla odwiedzających czekał na niego Billy Graham, który wyciągnął ramiona, przytulił go i wypowiedział słowa, które przyczyniły się do uzdrowienia jego złamanego życia:

— Jim, kocham cię.

Za każdym razem, gdy wyobrażam sobie tę scenę, nie potrafię pohamować wzruszenia. Jakiż obraz Bożego miłosierdzia i pokory w postawie tego starego, niezawodnego i szanowanego sługi ewanagelii, jakim jest Billy Graham.

Kilka dni wcześniej Bakker usłyszał w radiu, że Billy Graham w jakimś prestiżowym sondażu został uznany za jednego z dziesięciu najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Przez myśl mu chyba nie przyszło, że taki człowiek odwiedzi go w więzieniu.

W czym objawiła się pokora Billy’ego Grahama? W tym, że mając nieskazitelną opinię i nienadszarpniętą reputację, przyszedł do kogoś, od kogo odwrócił się w pogardzie prawie cały chrześcijański świat, tylko dlatego, by nie być z nim utożsamionym. W czystym sercu sługi Bożego nie było tej zimnej i wyrafinowanej kalkulacji, jaka często jest w nas. Przestajemy tylko z tymi, z którymi uchodzi przestawać. Unikamy odrzuconych, żebyśmy sami nie doświadczyli odrzucenia. Stronimy od tych, którzy nie są popularni, by nie stracić popularności. Utrzymujemy kontakty z tymi, których towarzystwo może nam przynieść korzyści. Jakże powszechne jest takie postępowanie. Gdyby Billy Graham poddał się obawom, że może zostać odrzucony z powodu odwiedzenia Jimmy’ego Bakkera, to nigdy by do tej wizyty nie doszło. Dla niego jednak ważniejsze było posłuszeństwo Bogu, niż to, co pomyślą o nim inni.

Czy wszyscy rozumieli, jak ważne poselstwo Bóg chciał przekazać przez tę historię? Z pewnością nie! Naiwnością byłoby sądzić, że wszyscy chrześcijanie z entuzjazmem zareagowali na to wydarzenie. Z pewnością znaleźli się ludzie, którzy uznali, że wizyta Billy’ego Grahama w więzieniu była zdradą chrześcijańkich ideałów.

Jim Bakker doświadczył w więzieniu prawdziwej skruchy. Pokutował przed Bogiem. Jego życie zmieniło się. Bóg go uratował. W 1994 roku wyszedł z więzienia na wolność. Okazuje się, że gdy ukorzył się przed Bogiem i zrozumiał swoją winę (czemu dał wyraz w obszernej książce pod tytułem „I Was Wrong” [Myliłem się]), odzyskał nie tylko duchową wolność, ale także fizyczną. Po wyjściu z więzienia swoje życie zaczął zupełnie od nowa. Osobami, które się o niego zatroszczyły tuż po jego wyjściu, znów byli Grahamowie. W zborze posadzili go w pierwszym rzędzie, przygotowali dla niego poczęstunek. Czy zasłużył sobie na takie traktowanie? Nie bardziej niż marnotrawny syn. Ale na tym właśnie polega miłość Ojca, którą małżeństwo Grahamów pokazało w praktyce. Jakże zachęcający obraz chrześcijaństwa.

Jim Bakker jeździ teraz tam, gdzie go zapraszają i dzieli się zasadniczo dwoma poselstwami. Jedno mówi o sile braterskiej miłości, a drugie o tym, że Bóg nigdy i przenigdy człowieka nie opuści. Osobą, która pierwsza udostępniła mu kazalnicę, był Rick Joyner. Bóg nie tylko przebaczył Bakkerowi jego grzech, nie tylko odnowił jego życie, ale znów przywrócił do godności sługi Bożego. Kocham mojego Boga za to.

Religia, bez względu na to, czy protestancka, czy katolicka, zielonoświątkowa czy baptystyczna posadziłaby go do końca życia w ławce i nie pozwoliłaby mu usługiwać świętej resztce, która brzydzi się grzechem – nie swoim, lecz cudzym. Zanim spiszemy kogoś na straty, zadajmy sobie trud, by poznać wszystkie fakty. A gdy już je poznamy, to i tak nie śpieszmy się z kategorycznym osądem, bo „ kimże ty jesteś, że osądzasz cudzego sługę? Czy stoi, czy pada, do pana swego należy; ostoi się jednak, bo Pan ma moc podtrzymać go”. Jedyne, co powinno nam w takiej sytuacji wpaść do głowy to to, o czym pisze Ap. Paweł w Liście do Galacjan:

Bracia, jeśli człowiek zostanie przyłapany na jakimś upadku, wy, którzy macie Ducha, poprawiajcie takiego w duchu łagodności, bacząc każdy na siebie samego, abyś i ty nie był kuszony.

(Gal 6,1)

Bóg miał moc odnowić Jimmy’ego Bakkera. I uczynił to, wysyłając do niego swojego sługę, Billy’ego Grahama. Życie Jimmy’ego Bakkera, choć dramatyczne, wspaniale ilustruje poselstwo o Bożym miłosierdziu i skuteczności ludzkiego ukorzenia się przed Bogiem.

Przedstawiłem historie czterech ludzi, których łączy jedno – wszyscy ukorzyli się przed Bogiem. Jest jednak między nimi różnica. Omówione postacie moglibyśmy połączyć w dwie pary: jedna para to Maria i Daniel, druga para to Manasses i Jim Bakker. Ci pierwsi ukorzyli się przed Bogiem sami, w odpowiedzi na jego Słowo, drudzy potrzebowali do tego ucisku. Możemy więc wyciągnąć wniosek, że ludzie w tym względzie dzielą się na trzy kategorie:

– tych, którzy nie chcą się w ogóle przed Bogiem uniżyć,

– tych, którzy uniżają się w reakcji na Boże słowo,

– tych, którzy potrzebują dodatkowej motywacji, tzn. ucisku, do tego, by się uniżyć.

W moim odczuciu są dwa sposoby dochodzenia do dojrzałości. Łatwiejszy i trudniejszy. Dużo zależy od nas. Wierzę, że jeśli ukorzymy się sami, w reakcji na Bożą zachętę, to oszczędzamy sobie wielu niepotrzebnych zmartwień. Doskonałą wolą Bożą dla Jimmy’ego Bakkera nie był pobyt w więzieniu i przeżywanie tam prawdziwego piekła. Bóg z całą pewnością chciał mu tego zaoszczędzić. Ale kiedy ten usztywnił swój kark, Bóg zrobił wszystko, by mu ten kark złamać.

Każdy, kto by upadł na ten kamień, roztrzaska się, a na kogo by on upadł, zmiażdży go.

(Łk 20,18)

Wybór należy do nas. Albo się ukorzymy sami, rzucając się na kamień, którym jak wskazuje kontekst, jest Chrystus, albo ten kamień upadnie na nas i nas zmiażdży. Bądźmy mądrzy i sami wybierzmy uniżenie.

W następnym rozdziale odpowiemy sobie na pytanie: dlaczego pokorę można nazwać matką wszystkich cnót.

Rozdział 2 – Dlaczego pokorę można nazwać matką wszelkich cnót?

Czy uda nam się obronić to stwierdzenie, które padło z ust jednego z ojców Kościoła? Czy ma ono podstawy biblijne? Jeśli jest prawdziwe, to może się okazać, że coś bardzo ważnego umknęło nam zarówno w nauczaniu, jak i praktyce chrześcijańskiego życia.

Ja sam nigdy nie byłem na nabożeństwie czy konferencji, na której ktoś cały wykład lub kazanie poświęcił tematowi pokory. Oczywiście tu i tam wskazywano na jej potrzebę, ale zawsze były to uwagi rzucane przy okazji czegoś ważniejszego. Z pewnością gdzieś nauczano na ten temat, ale ja nie miałem przywileju słuchania tego typu kazań. Jedyne nauczanie poruszające ten temat dotarło do mnie już po tym, jak Bóg rozbudził moją ciekawość. Był to wykład Floyda McClunga, autora takich książek jak „Na progu piekła” i „Ojcowskie serce Boga”.

Zaczęło się od pychy

Nigdy bym chyba nie zwrócił uwagi na pokorę, gdyby najpierw pycha nie rzuciła mi się w oczy. Od razu zdradziła swoją prawdziwą naturę – jest napastliwa i lubi się narzucać. Inaczej jest z pokorą, która jest łagodna i nigdy sama nie domaga się uwagi.

Z przerażeniem patrzyłem w oczy osoby, która uważała się za wierzącą, za kogoś kto zna Boga, a było w niej tyle... No właśnie, czego? Z początku nie zorientowałem się, z czym mam do czynienia. To cud, że to rozpoznałem. „To pycha! Boże – powiedziałem – jestem przerażony!”

„Tak samo jak ja” – usłyszałem w swoim sercu.

Jeśli to, co widzę, to pycha, to jest to chyba najgorszy grzech. Nie potrafię sobie wyobrazić niczego gorszego. Ludzie kłamią, kradną, popełniają cudzołóstwo, ale, szczerze mówiąc, nic nie przeraża mnie tak bardzo jak pycha – pomyślałem z wiarą, że Bóg to potwierdzi.

„Pycha jest największym grzechem” – usłyszałem.

Wierzę, że był to Boży głos. Później zadawałem Bogu pytania, na które, jak ufam, otrzymałem od niego odpowiedź. Pozwólcie, że się tym z wami podzielę.

Myślenie w kategoriach większy lub mniejszy grzech zawsze budziło mój sprzeciw. Do dzisiaj uważam, że jeśli dokonujemy gradacji grzechów, to stawiamy siebie i innych w niebezpiecznym miejscu. Żebyśmy mogli pójść dalej, musimy jasno i zdecydowanie stwierdzić, że każdy, nawet najmniejszy w naszym odczuciu grzech, oddziela nas od Boga. Zgodnie z nauczaniem samego Pana Jezusa zarówno ten, kto „patrzy na niewiastę i pożąda jej” dopuszcza się cudzołóstwa, jak i ten, który tego dokonuje fizycznie. Z Bożego punktu widzenia nie ma różnicy. Cudzołóstwo, które człowiek popełnia w sercu, przed Bogiem nie różni się od jego fizycznego spełnienia. Intuicyjnie jednak wyczuwamy jakąś różnicę. Tak, skutek społeczny tych dwóch grzechów jest inny. Gdy następuje cudzołóstwo w dosłownym tego słowa znaczeniu, już nie jest to problem tylko jednej osoby. Konsekwencje grzechu zaczynają być odczuwane także przez innych. Ale miejscem, w którym cudzołóstwo musi być rozpoznane i skąd musi zostać wyrugowane, jest nasze serce. Objawienie Nowego Testamentu sprowadza świętość z wymiaru zewnętrznych zachowań na poziom serca. Dochodzenie do świętości nie polega tylko na zmianie postępowania, ale przede wszystkim na zmianie serca. Przeobrażone serce zawsze prowadzić będzie do zmiany zachowania. Pokora też jest w pierwszym rzędzie postawą serca, o czym przekonamy się później.

Abyśmy mogli zrozumieć, w jakim sensie pycha jest największym grzechem, musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, skąd wziął się grzech.

Kiedy zastanawiamy się nad początkami grzechu, najczęściej myślimy o Edenie. Wiemy o grzechu pierwszych ludzi Adama i Ewy. Gdyby nam przyszło ten grzech scharakteryzować, nie sprawiłoby to nam większego problemu. Wnikliwie wczytując się w historię opisaną w 1 Księdze Mojżeszowej, bez trudu zauważamy, że grzechem tym było nieposłuszeństwo.

Na czym polegało nieposłuszeństwo pierwszych ludzi i czym było motywowane? Otóż nieposłuszeństwo Adama i Ewy polegało na przekornym pragnieniu zaspokojenia swojej pożądliwości wbrew zaleceniom Boga. Podsycone zaś zostało przez zachwianie zaufania do Boga, które zasiał wąż swoim podstępnym pytaniem skierowanym do Ewy: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział?”

Ale czy faktycznie grzech Adama i Ewy był pierwszym grzechem, który pojawił się we wszechświecie? Nie! Żebyśmy mogli dojść do genezy grzechu, przeczytajmy następujący fragment Bożego Słowa:

Twoją pychę i brzęk twoich lutni strącono do krainy umarłych. Twoim posłaniem zgnilizna, a robactwo twoim okryciem.

O, jakże spadłeś z nieba, ty, gwiazdo jasna, synu jutrzenki! Powalony jesteś na ziemię, pogromco narodów!

A przecież to ty mawiałeś w swoim sercu: Wstąpię na niebiosa, swój tron wyniosę ponad gwiazdy Boże i zasiądę na górze narad, na najdalszej północy.

Wstąpię na szczyty obłoków, zrównam się z Najwyższym.

(Iz 14,11-14)

Większość interpretatorów Biblii uważa, że fragment ten odnosi się do Szatana i opisuje Boży sąd nad nim. Jest tu przedstawiony proces upadku tego wspaniałego przecież stworzenia Bożego, jakim przed upadkiem był Lucyfer. Opis zaczyna się od słów „Twoją pychę”. Mamy tutaj jasną wskazówkę, jaki był pierwszy grzech, który pojawił się we wszechświecie. Nie była to kradzież, zabójstwo, kłamstwo, ale pycha. W czym się ona wyrażała? W pragnieniu, by zrównać się z Najwyższym.

Tak mówi Wszechmocny Pan: Ty, który byłeś odbiciem doskonałości, pełnym mądrości i skończonego piękna (...)

Nienagannym byłeś w postępowaniu swoim od dnia, gdy zostałeś stworzony, aż dotąd, gdy odkryto u ciebie niegodziwość (...) Twoje serce było wyniosłe z powodu twojej piękności.

(Ez 28,12.15.17a)

Widzimy jeszcze raz z Bożego Słowa, że Boże stworzenie grzeszy przeciwko swojemu Stwórcy. Lucyfer, poznawszy swoje piękno i zwróciwszy uwagę na swoją nienaganność, nie ustrzegł się pokusy wywyższenia samego siebie i jego serce stało się wyniosłe. Pycha znalazła się w jego sercu. To ona wywołała pragnienie zrównania się z Najwyższym. Lucyferowi nie wystarczało to, że był piękny, mądry, doskonały. W wyniosłości serca chciał sięgnąć po to, co należało do Najwższego. Chciał mu dorównać.

Widzimy więc, jak pycha jako pierwszy grzech pojawia się w historii całego Bożego stworzenia. Nieskażone do tej pory Boże stworzenie pozwoliło sobie na wyniosłość serca, która doprowadziła je do upadku. To dlatego nasz Bóg reaguje natychmiastowym sprzeciwem na każdy przejaw pychy. Wyniosłość przypomina mu ten pierwszy moment, kiedy grzech wypaczył porządek Bożego stworzenia.

Wyniosłość serca zrodziła bunt. Szatan nie pozostał w grzechu sam. Zbuntował przeciwko Bogu jedną trzecią aniołów. Pycha i bunt są zawsze ze sobą połączone. Każdy bunt rodzi się w wyniku pychy.

Wszystkie pozostałe rodzaje grzechów są już tylko wynikiem pychy i buntu człowieka wobec Boga. Każdy popełniony grzech jest formą sprzeciwu wobec Boga i jego woli. Boże standardy nie zmieniły się i w dalszym ciągu aktualne są słowa, które wypowiedział do Kaina: „u drzwi czyha grzech. Kusi cię, lecz ty masz nad nim panować”.

Pycha jest największym grzechem, ponieważ pojawiła się jako pierwsza. Każdy inny rodzaj grzechu zrodził się w myślach Szatana na skutek wyniosłości serca. Pycha jest przyczyną każdego grzechu. Albo ujmując to inaczej: jest przyczyną, każdy inny rodzaj grzechu jest skutkiem. Jeśli usuniemy przyczynę, usuniemy też skutek. I o tym traktuje ta książka.

Będziemy wspólnie zastanawiali się nad tym, jak usunąć przyczynę naszej duchowej choroby, która manifestuje się w postaci grzechu i braku owoców w życiu dla Boga. Nie możemy usuwać tylko symptomów choroby, ale chcemy dotrzeć do jej korzeni. Jeśli nie rozprawimy się z przyczyną choroby, a będziemy zajmowali się tylko leczeniem skutków, na niewiele nam się to przyda. Choroba ciągle będzie powracać. Nie trzeba być lekarzem, by dostrzec, że dzisiejsza medycyna bardziej zajmuje się leczeniem skutków choroby, niż zajmuje się jej przyczynami. A o samej profilaktyce mówi się bardzo niewiele. Jak ustrzec się przed chorobą? Jak się odżywiać? Jaki prowadzić tryb życia, by choroba nie miała takich szans na rozwój w naszym organizmie? To są pytania, które należałoby zadawać sobie częściej. Gdyby tyle samo uwagi przykładano do medycyny prewencyjnej, ile przykłada się do leczenia skutków choroby, to liczba zachorowań znacznie by spadła. Choroba duszy, której objawem jest grzech, też ma swoją przyczynę. Jest nią pycha.

Pokora lekarstwem

Skoro doszliśmy już do wniosku, że pycha jest największym grzechem, to na zasadzie przeciwieństwa możemy pokusić się o stwierdzenie, że pokora jest największą cnotą. Jaka postawa jest odwrotnością pychy? Oczywiście, pokora. Przedstawię teraz graficzną ilustrację tego, co napisałem powyżej. Mam nadzieję, że pomoże nam lepiej zrozumieć to, co chcę dalej napisać.

Wiersz biblijny, do którego będziemy się bardzo często odwoływać, jest zapisany w prawie identycznym brzmieniu w dwóch miejscach Słowa Bożego:

„Bóg pysznym się sprzeciwia (przeciwstawia), a pokornym łaskę daje.(1 Pt 5,5b; Jk 4,5b)

Wagi tej prawdy Bożego Słowa nie jesteśmy w stanie przecenić. Cokolwiek byśmy na ten temat napisali, to i tak będzie to za mało. Oby Bóg w swojej łasce objawił nam wszystkim, jak fundamentalne znaczenie ma ta prawda w życiu każdego człowieka.

Posiłkując się zamieszczoną wyżej ilustracją, możemy stwierdzić, że:

•Wszystkie ludzkie postawy i zachowania można zakwalifikować albo do kategorii pychy, albo pokory. Pycha to największy grzech – pokora to największa cnota.

•Pycha w pierwszym rzędzie prowadzi do buntu. Pokora prowadzi do uległości w stosunku do Boga, jak i drugiego człowieka.

•Każdy inny rodzaj grzechu i cnoty można przypisać do jednej lub drugiej kategorii.

•Pycha rodzi Boży sprzeciw. Pokora uwalnia działanie Jego łaski.

Zrozumienie zależności pomiędzy działaniem łaski Bożej a pokorą, jest bodaj najważniejszą rzeczą, którą Bóg mi w życiu pokazał. Wiele wydarzeń w moim życiu zawdzięczam temu właśnie objawieniu.

Musimy pamiętać, że powyższe słowa Jakub i Piotr skierowali do osób wierzących, znających Boga. Założenie, że pycha nam, chrześcijanom, nie grozi, jest zgubne.

Kościół potrzebuje jasnego i czytelnego przesłania na temat pokory. Andrew Murray w książce pt.: „Pokora klejnot świętych” tak komentuje niedostatek nauczania na temat pokory w Kościele:

Ale jak rzadko się tego naucza i jak mało stosuje się owe prawdy w życiu! Jak rzadko brak pokory bywa rozpoznany i jak rzadko się do niego przyznajemy! W obliczu faktu, że tylko niewielu osiąga godną uwagi miarę podobieństwa do Jezusowej pokory, musimy zadać sobie pytanie: ilu też może być tych, którzy czynią pokorę szczególnym przedmiotem wytrwałego dążenia i stałej modlitwy? Jak mało świat do tej pory oglądał prawdziwej pokory! Jak rzadko można ją znaleźć nawet w węższym kręgu naszego zboru! Czy ów brak pełnej miłości pokory i łagodności nie jest głównym powodem tego, że dzisiejszy świat prawie wcale nie chce nas słuchać ani nie chce nas brać poważnie.

Zbyt automatycznie zakładamy, że skoro nawróciliśmy się, to stan naszej pokory jest zadowalający. Niezrozumienie tego, czym jest pycha, nie chroni nas przed jej skutkami. A skutki są poważne. Dzisiaj świadomość, że mógłbym doświadczać Bożego sprzeciwu, jest dla mnie przerażająca. W trudnej sztuce życia, w którym spotykamy się z opozycją sił ciemności, (czy jesteśmy tego faktu świadomi, czy nie) przeżywać jeszcze Boży sprzeciw – jest to niewyobrażalne. Na pytanie, jaki duch nam się najczęściej sprzeciwia, nie bez racji odpowiedź brzmiałaby – Duch Święty. Dlatego zanim zabierzemy się za nieczyste duchy, poddajmy się Czystemu Duchowi.

Im więcej w moim i twoim życiu pychy, tym więcej Bożego sprzeciwu. Im więcej zaś jest pokory, tym więcej Bożej przychylności. Od nas w dużej mierze zależy, czego doświadczamy więcej w naszym życiu. To my przez swoją postawę decydujemy, czego będzie w naszym życiu więcej, czy Bożego sprzeciwu, czy jego przychylności.

Jeśli nie wiesz, o czym piszę i zarówno Boży sprzeciw, jak i jego przychylność (łaska) pozostają dla ciebie tylko abstrakcyjnymi pojęciami, to prawdopodobnie jesteś w miejscu, w którym ja byłem przez wiele lat swojego chrześcijaństwa. Tak naprawdę nie doświadczałem ani jednego, ani drugiego. Nic nie było wyraziste i pewne, nawet to, czy Bóg naprawdę działa. Przynajmniej nie widziałem jego działania w moim życiu. Tak, Bóg był obecny w życiu innych osób. Mówił do nich, używał ich, ale moje świadectwo doświadczeń z Nim było już reliktem przeszłości.

Niektórzy ludzie, tacy jak wspomniany już Manasses czy Jim Bakker, mogliby nam powiedzieć, co to znaczy, że Bóg im się sprzeciwiał. Chociaż na samym początku mogli sądzić, że to sprawka diabła (tak było w przypadku Bakkera), po jakimś czasie jednak zorientowali się, że to Bóg występuje przeciw nim. Ale gdyby nie doświadczenie Bożego sprzeciwu, nie doświadczyliby potem Bożej przychylności.

Stan, w którym nie doświadczamy ani Bożej przychylności, ani Jego sprzeciwu, jest dowodem letniości. Jednak „obietnica” dla tej kategorii ludzi jest bardzo surowa i mam nadzieję, że nikt nie chce biernie czekać na jej wypełnienie. Pan Jezus zachęca nas, byśmy byli „albo zimni, albo gorący”. Kiedy jesteś zimny, istnieje szansa, że wreszcie odczujesz chłód sprzeciwu Boga i zapragniesz jego łaski. A kiedy naprawdę zacznie zależeć ci na jego przychylności, to uniżysz się bez względu na koszt.

Pokora matką wszystkich cnót

Pokora przy współudziale łaski Bożej zradza w nas inne cnoty. Rola człowieka w dziele zbawienia i uświęcenia polega na uniżeniu. Reszta należy do Boga. Łaska Boża, choć niosąca w sobie ogromny potenacjał i nasiona wielu owoców Ducha, jest bezużyteczna, jeśli nie zostanie połączona z pokorą. Podobnie rzecz ma się z wiarą. Jeśli nie zostanie połączona z miłością, pozostaje bezużyteczna. Mówienie o wierze w oderwaniu od miłości jest tym samym, co mówienie o łasce Bożej bez pokory.

Pokora jest drzwiami, przez które łaska ma dostęp do naszego życia. Jeśli te drzwi są zamknięte, nie ma też możliwośći przedostania się łaski do naszego życia.

Jak rozpoznać prawdziwą pokorę?

Prawdopodobnie wszyscy mamy problemy z rozpoznaniem prawdziwej biblijnej pokory. Bardzo często nasz obraz człowieka pokornego ukształtowany przez wychowanie odbiega od biblijnego wzorca pokory.

Przez długi czas uważałem, że człowiek pokorny to ktoś cichy, siedzący sobie gdzieś w kącie, mający tylko jedno życzenie, żeby go nikt nie zaczepiał. Taki człowiek nie wychyla się, na wszystko się zgadza, wszystkim przytakuje, nie ma swojego zdania, ciągle powtarza, że niczego nie potrafi, do niczego się nie nadaje. Otoczenie postrzega go jako mięczaka, nieudacznika. Skoro pokora jest zazwyczaj w taki sposób postrzegana, nic dziwnego, że kolejki się po nią nie ustawiają.

Prawdziwa biblijna pokora diametralnie różni się od tego obrazu. Biblijna pokora jest niezwykle pociągająca. Każdy, kto przyjmie objawienie od Boga, na czym polega pokora i czym się charakteryzuje, będzie pragnął ją posiąść.

Oczywiście nie mamy żadnego lepszego wzorca pokory niż to, co widzimy w osobie naszego Pana. Kiedy na kartach Bożego Słowa zacząłem dostrzegać i rozumieć pokorę Jezusa, szczerze zapragnąłem stać się do niego podobnym. Zadziwia mnie jego zdolność do tego, by z jednej strony być Lwem z pokolenia Judy, z drugiej zaś strony pozostawać Barankiem, który gładzi grzechy świata. Jezus był pokorny zarówno wtedy, gdy był lwem, jak i wtedy, gdy był barankiem.

Jako ludzie nie potrafimy godzić w sobie dwóch tak odmienych postaw – baranka i lwa. Bycie lwem w naszym ludzkim rozumieniu wyklucza taką ewentualność, by w tym samym momencie być barankiem. Świat przyrody taką ewentualność odrzuca. Lew nie może być barankiem. Ale w Bogu taka możliwość istnieje.

Niezrozumienie tej zależności przeszkadza nam w pełniejszym pojmowaniu Bożego charakteru. Dlatego niektórzy mają na przykład wrażenie, że Bóg jest w pięćdziesięciu procentach sprawiedliwy, a w pięćdziesięciu dobry. Tak nie jest! Bóg jest w stu procentach sprawiedliwy i stu procentach dobry. Co więcej, te cechy nie są w Bogu przeciwstawne. Jego dobroć nie wyklucza sprawiedliwości i na odwrót. Czasem gdy mówiłem o Bożej dobroci, czy miłosierdziu, niektórzy ludzie przychodzili mi zakomunikować prawie ze złością, że Bóg też jest święty. Oczywiście, że tak. Ale mowa o jego dobroci w żaden sposób nie wyklucza faktu, że On jest święty. Jego dobroć wcale nie oznacza pobłażliwości dla grzechu.

Potrzebujemy właściwej równowagi. Musimy Chrystusa poznać jako baranka i jako lwa. Jednak wielu ludzi, którzy dopiero się nawrócili, nie będąc ugruntowanymi w Ojcowskiej miłości Boga (baranek), stają wobec wymagań, surowości i stanowczości charakterystycznej dla lwa. Wtedy ich duchowy rozwój ulega od samego początku poważnej deformacji. Trudno jest to później naprawić. Bóg inaczej mówi do małych dzieci, a inaczej do dojrzałych synów. Ja też inaczej rozmawiam ze swoim czteroletnim synem, a na pewno inaczej będę z nim rozmawiał, gdy będzie już nastolatkiem.

Jaki to ma jednak związek z omawianym przez nas tematem? Na przykładzie Jezusa postaram się pokazać, że pokory nie można utożsamiać tylko z jednym określonym rodzajem zachowania. Pokora to przede wszystkim postawa serca.

Izajasz pisze o Jezusie, że „był jak jagnię na rzeź prowadzone i nie otworzył swoich ust”. Milczenie Chrystusa wobec niesłusznych oskarżeń było niewątpliwie aktem prawdziwej pokory. Wszyscy zgodzimy się z taką interpretacją. Ale jak zrozumieć postawę Pana Jezusa w opisanej poniżej sytuacji?

I wszedł Jezus do świątyni, i wyrzucił wszystkich, którzy sprzedawali i kupowali w świątyni, a stoły wekslarzy i stragany handlarzy gołębiami powywracał.

I rzekł im; Napisano: Dom mój będzie nazwany domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców.

(Mt 21,12-13)

Ewangelista Jan, relacjonując to samo wydarzenie, dodaje jeszcze jeden pikantny szczegół: zanim Jezus wypędził handlarzy ze świątyni, najpierw „skręcił sobie bicz z powrózków”. Niektórym trudno może zaakceptować i zrozumieć takie zachowanie Jezusa. Bo jak pogodzić Jezusa, który wzywa, by uczyć się od niego pokory, z Jezusem, który w tak, zdawałoby się, bezlitosny, a może nawet arogancki sposób, nie wyprasza, ale wypędza ludzi ze świątyni. Jeśli nie widzimy pokory przede wszystkim jako postawy serca, a postrzegamy ją tylko w kategoriach zewnętrznych zachowań, to z pewnością będziemy mieli problemy z właściwą interpretacją.

W naszym rozumieniu pokorny Jezus powinien cichutko wejść do świątyni, poczekać na chwilę ciszy (żeby przypadkiem komuś nie wejść w słowo), a potem ledwo słyszalnym głosem grzecznie poprosić wszystkich o opuszczenie świątyni, z wyraźnym zaznaczeniem, że jest to tylko taka nieśmiała propozycja. Oczywiście powinien zaznaczyć, że jeśli ktoś z jakichś względów nie może spełnić jego prośby, to niech się czuje wolny i podejmie taką decyzję, jaką tylko chce. Ale to nie jest biblijna pokora. Biblijna pokora wyraża się między innymi w tym, że w każdej sytuacji stanowczo opowiadamy się za wolą Bożą.

Musimy jednak pamiętać, że zdecydowanie Jezusa wynikało z autentycznej miłości. To nie była ludzka złość czy irytacja, która nam się przytrafia. To było coś, co Biblia określa jako żarliwość. Boża żarliwość to pokora, miłość do Boga, świętość, które rodzą w nas głębokie pragnienie wypełnienia woli Bożej.

A zatem pokora to zdecydowanie w dążeniu do realizacji Bożej woli. Musimy zacząć przygotowywać się na to, że Bóg będzie powoływał przywódców, którzy w pokorze, miłości i prawości stawać będą przed Bożym ludem i mówić: to jest Boży kierunek, idźmy tam.

Czyż nie takim przywódcą był Mojżesz? Kochał Boga, kochał Boży lud, był „najpokorniejszy ze wszystkich ludzi, którzy są na ziemi”. Przekonanie o przeznaczeniu w Bogu było w nim tak silne, że nawet wtedy, gdy wszystkich miał przeciwko sobie, nie doszedł do wniosku, że nadszedł czas „uniżyć się” i zawrócić do Egiptu.W jego sytuacji pokora nie polegała na tym, że ustąpił w obliczu skomasowanego ataku ze strony tych, których prowadził, ale na tym, że okazał posłuszeństwo Bogu. W jego sytuacji pokora oznaczała posłuszeństwo Bogu nawet za cenę utraty popularności. Tylko prawdziwie pokorny człowiek jest w stanie świadomie obrać taką drogę.

Przez to, co piszę, nie chcę zachęcać do cielesnego uporu. Nie możemy mylić bezkompromisowości w wypełnianiu woli Bożej z ludzkim uporem, który wynika z pychy. Czasami jako przywódcy, dla zasady lub z przekory, upieramy się przy rzeczach, w których powinniśmy ustąpić, a idziemy na kompromis w sprawach, w których powinniśmy okazać zdecydowanie i stanowczość.

Czy wobec tego Pan Jezus, będąc w świątyni, zapomniał o swojej pokorze, czy może wręcz przeciwnie – pokazał nam pokorę, której nie znamy albo jeszcze nie rozumiemy. Pokora oznacza uległość, ale nigdy za cenę kompromisu z wolą Bożą dla naszego życia. Wtedy nie mamy już do czynienia z prawdziwą pokorą, ale raczej z buntem wobec Boga, którego źródłem jest pycha.

Pokora przynosi ukojenie

Pan Jezus, zachęcając nas do pokory, wskazał na swój przykład:

Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie.

(Mt 11,28-30)

Pokora przynosi nagrodę w postaci bardzo pożądanego stanu duszy – ukojenia. Każdy z nas, w sytuacji, gdy czuje się zarówno spracowany, jak i obciążony, potrzebuje wytchnienia dla swojej duszy. Życie rzuca nam coraz to nowe wyzwania. Każdego dnia jesteśmy przygniatani nie tylko własnymi problemami, ale także problemami innych (szczególnie dotyczy to osób usługujących innym jako duszpasterze). Wysiłek fizyczny związany z wykonywaniem codziennych obowiązków w połączeniu ze zmaganiem duchowym może nas wyczerpać. Jeśli do tego dołożymy niewłaściwą duchową dietę, to naprawdę nic dziwnego, że często nie mamy na nic ochoty, chcielibyśmy gdzieś uciec, schować się, pojechać na wakacje, zrobić sobie przerwę w chodzeniu do kościoła itp. Jeteśmy wówczas poirytowani i źli na innych, ale także na samych siebie. Czujemy się obciążeni i spracowani. Bóg się na nas nie gniewa, ale w miłości i z łagodnością Baranka wyciąga do nas pomocną dłoń i składa ofertę pomocy. Wyraża się ona w radzie: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”.

Często nie dostrzegamy związku pomiędzy pokorą a ukojeniem duszy. Pan Jezus taki związek zauważa. Zachęta do uczenia się pokory i cichości wskazuje nam również na to, że do pokory człowiek nie dochodzi w ciągu jednej nocy ani nie nabywa jej po jednej modlitwie. Jest to proces, który trwa całe nasze życie. Ale zauważmy, że obietnica ukojenia nie dotyczy tylko tych, którzy już są pokorni, ale tych, którzy uczą się pokory. Chrystus zachęca nas do pragnienia i gotowości uczenia się uniżenia.

W wersecie 30. czytamy zapewnienie Pana Jezusa „jarzmo moje jest miłe, a brzemię lekkie”. Zastanawiam się, ilu chrześcijan mogłoby się pod tym stwierdzeniem podpisać i powiedzieć: takie jest moje osobiste doświadczenie z Bogiem. Iluż to ludzi przeżyło całkowite wyjałowienie i wypalenie w służbie dla Boga! Dla nich służenie Chrystusowi nie jest już dłużej miłym jarzmem lub lekkim brzemieniem. Mam takie odczucie, że wielu sług Bożych w naszym kraju stoi na krawędzi rezygnacji. Czasami nie decydują się na ten krok jedynie z poczucia obowiązku, a nierzadko z powodu obawy przed nieznanym i brakiem innych perspektyw.

Skoro nie przeżywamy tego, o czym mówił Pana Jezus, to jest to znak lub dowód na to, że coś jednak jest nie tak – i to nie po Bożej stronie. Nigdy Jego nie obarczajmy winą za nasze braki.

Czy z cytowanych wyżej wierszy nie wynika, że nie przeżywamy ukojenia dla naszych dusz, a życie i służba dla Boga nie wydają się miłym jarzmem z powodu braku pokory? Kiedy jesteśmy pokorni, jego łaska nas posila i nie musimy całego ciężaru życia i służby nieść sami, gdyż Bóg nas wzmacnia.

Więcej na temat zależności pomiędzy pokorą a łaską Bożą znajdziemy w następnym rozdziale.

Informacje o książce

Autor: Bogdan Olechnowicz
Korekta: Irena Kanicka
Okładka: Radosław Krawczyk
Przygotowanie e-booka: Marta Legierska
ISBN 978-83-8247-001-7
Copyright©(2002,2009) Bogdan Olechnowicz
Wszelkie prawa zastrzeżone
Cytaty z Pisma Świętego pochodzą z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu,
wydanego przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa 1975
Wydawca:
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny
sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie
lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej
zgody wydawcy.