Pokolenie - Rafał Harer - ebook + książka

Pokolenie ebook

Rafał Harer

0,0

Opis

Do czego prowadzi zbieranie truskawek? Czy Wentyl czuje się dobrze w swojej nowej skórze? Czy kanalizacja ma przyszłość? Jak wysoką wieżę zbuduje Piersiasta Ela? W co zainwestuje Łukasz? Jak stanąć na wysokości zadania? Gdzie się podziały panie prostytutki?

Na te i wiele innych pytań odpowiedzi najlepiej poszukać w nowej powieści Rafała Harera. Chociaż... to ryzykowne: nigdy nie wiadomo, czy i jakie odpowiedzi znajdziemy.

Pokolenie opowiada o tych, którzy urodzili się za wcześnie, żeby zapomnieć o jednym szaleństwie, i za późno, żeby w nie uwierzyć. O generacji, która pamiętając o jednym, nie mogła zachłysnąć się tym drugim. Usiadłszy na rozlazłej granicy gdzieś pomiędzy nimi, w zawieszaniu kontemplują chaos udający porządek i obłęd udający normalność.

Powieść o tych, których dzieciństwo kończyło się wraz z końcem systemu powszechnej szczęśliwości a młodość upływa na groteskowej adaptacji do otulonych euforyczną mgłą powidoków nowego porządku. To także książka o życiu: o życiu od pierwszego oddechu. Tak się zaczyna. Pierwszym oddechem, nocą, gdzieś w powiatowym szpitalu w mrugającym świetle jarzeniówki.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 289

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



dla kobiet, które spotkałem

Projekt okładkiKrzysztof Krawiec

RedakcjaPaulina Zyszczak

KorektaMałgorzata Stempowska

Przygotowanie wersji elektronicznejEpubeum

Copyright © by Rafał Harer, 2022

ISBN 978-83-962143-1-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

I

Całe to przedstawienie z ochami i achami, z „przyj, przyj”, „widać główkę”, z „ciach! przegryzamy pępowinę”, z rżnięciem krocza, a nawet z pierwszym oddechem nie było moim dziełem. Moje istnienie, jeśli dać wiarę zapewnieniom pewnego typu specjalistów, zostało zainicjowane parę miesięcy wcześniej zwykłą penetracją, czyli miało więcej wspólnego z motylkami i kwiatkami niż z bocianem i kapustą. Umorusany w nieapetycznej, acz cennej mazi ujrzałem, jak mówią niektórzy, światło dzienne. Jeśli już, to nie ujrzałem światła dziennego, tylko światło sztuczne, gdyż była to ciemna noc w powiatowym szpitalu. Wątpię w to, że cokolwiek ujrzałem. Z tego, jak mniemam przełomowego, wydarzenia nic nie pamiętam i wszystkie informacje z nim związane mam tylko i wyłącznie z drugiej i trzeciej ręki, a wyobrażenia o nim czerpię z własnego doświadczenia, polegającego na jednokrotnej obserwacji narodzin pewnej krowy, której dalszy los nie jest mi znany, ale której niemal z pewnością nie ma czego zazdrościć. Widziałem człowieczy poród w telewizorze, ale niedokładnie, bo przezornie odwróciłem wzrok. Zaliczyłem też kilka kocich miotów, ale to już inna historia. W każdym razie podejrzewam, że w zarysie z człowiekiem może wyglądać podobnie. Nie jestem tylko pewien, czy ludzkie mamy przegryzają pępowinę. Kocie, a tym bardziej krowie podobieństwo może i nie jest zbyt dokładne, ale nie o dokładność tu chodzi, tylko o prawdę. A ja na prawdzie się nie znam.

Ponownie opierając się na informacjach wobec mnie zewnętrznych, więc niepewnych, mogę napisać, że byłem zdrowy na ciele i umyśle, moja waga mieściła się w normie, a wzrost horyzontalny był całkiem przeciętny. W kwestii pewności jestem niczym dziecko we mgle z nożem w jedynym ręku i uzi w drugim. Pragnąłem – tak sobie to wyobrażam – tylko ciepła i mleka z gruczołu, który teraz służy mi do czegoś zupełnie innego, równie przyjemnego. Nie myślcie pochopnie, że to ten sam gruczoł. Zupełnie inny pod względem zarówno treści, jak i formy. Tak niewiele mi było potrzebne do szczęścia. Ssanie i spanie.

Rosłem, jak mniemam, zdrowo i w związku z tym chorowałem tyle, ile potrzeba. Podobnie było z raczkowaniem, chodzeniem i załatwianiem się do nocnika. Nawet pierwsze moje słowa były zupełnie zgodne z powszechnie panującą linią. Żaden tam „kosmos” albo „rower”, „telewizor” czy „hermeneutyka”, tylko zwyczajne „mama” i „tata”.

Tu wypadałoby przypomnieć sobie mój pierwszy własny, świadomy, pamięciowy obraz. Ale za cholerę nie mogę niczego postawić na pierwszym miejscu. Wchodzi w grę kilka konkurujących ze sobą zdarzeń, ale już chyba nigdy się nie dowiem, co było tym pierwszym. Szczerze i – jak to niektórzy mogą słusznie zauważyć – wulgarnie powiedziawszy: gówno mnie to obchodzi. Oto te zdarzenia w skrócie: żaba, a właściwie ropucha, ale gdy o niej myślę – co w ogóle mi się nie zdarza, chyba że próbuję sobie przypomnieć coś z wczesnych mych lat – to myślę o niej właśnie jako o żabie, a nie o ropusze; a więc: żaba, piec, balia, penis brata ciotecznego, rak, brak samochodu na pedały.

Z tym penisem brata ciotecznego to wcale nie było tak źle, żadne tam molestowanie, tylko po prostu zwykłe zawody w siusianie na odległość, w której to konkurencji zająłem ostatnie miejsce. Przegrana była wielce prawdopodobna, gdyż byłem najmłodszy w stawce, i to stawce samych potencjalnych mężczyzn. Z przyszłą potencjalną kobietą może miałbym jakieś szanse. Musiałem przegrać i przegrałem. Sądzę, że była to moja pierwsza porażka na szerszym polu, która nie wywarła żadnego wpływu na moje życie, mimo że w tej chwili aż tyle słów o niej napisałem i tylu Freudów amatorów przebiera nóżkami, czytając te słowa.

Podmieście ze swoim powiatowym szpitalem nie różniło i nadal się nie różni od innych powiatowych miast z ich powiatowymi szpitalami, wesołym rynkiem, ponurymi blokami, śmierdzącą rzeczką i butelkami w krzakach. Lubię o nim myśleć jako o wesołym mieście, tak jakby było odrobinę inne od innych powiatowych miast. I to właśnie w nim, tym jedynym, niepowtarzalnym, po raz pierwszy ujrzałem światło dzienne lub, mówiąc precyzyjniej i mniej metaforycznie, światło nocne, całkiem sztuczne swoją jarzeniowością, co nie wywarło na mnie najmniejszego wrażenia, bo byłem tylko robalem oblepionym tą obrzydliwą maciczną mazią. Tak to się dla mnie zaczęło. Byłem robalem, ale miałem zadatki i potencjał, który zaowocował mną, czyli tym, kim się stałem, staję, jestem i trwam, wbrew rozpędzonym i pijanym samochodom, piorunom, siekierom uzbrojonym w szaleńców, eboli, powodziom, dopustom i odpustom, plagom, wojnom, zawilgotniałym kontaktom i dzieciom we mgle z uzi w jednym ręku i watą cukrową w drugim.

Parę lat później moja siostra podążyła przetartym przeze mnie kanałem rodnym i od razu ujrzała przebłyski słońca, gdyż urodziła się w południe. Kilkanaście lat później moja siostra przekształciła się z dziecka w kobietę o doskonałych proporcjach i wspaniałych piersiach. Ale siostra to siostra. Moi koledzy przyłazili do mnie, niby to pogadać albo poczęstować oranżadą, a tak naprawdę to chcieli włożyć swoje penisy do pochwy mojej siostry. Miałem im pomóc wykonać pierwszy krok, który poprzedza penetrację, czyli „cześć, cześć”. Mogłem zostać alfonsem! Własnej siostry! Świetna historia, chwytająca za serce i wyciskająca łzy niczym upaćkany w cebuli widelec wbity w oko! Dylematy i rozterki alfonsa. Wyrzuty sumienia i wspólne śniadania. Brudne pieniądze i tanie kosmetyki, złote łańcuchy i krew na policzku, niszczejąca cera i plamy na prześcieradle, wieczorne przesłuchania, ucieczki, całonocne obiecywania, choroby weneryczne i śmierć, łzy, rozpacz, odrodzenie, zniszczone życia. Ale nie zostałem alfonsem własnej siostry i nic nie wyszło z wewnętrznej walki i romantycznych uniesień ani z potencjalnych łez płynących szerokim strumieniem. Trudno.

Cóż to było za wspaniałe dzieciństwo! Mamusia, tatuś, piesek i kotek, siostrzyczka, las i sarenki, cisza i spokój, babcia i dziadek. Tylko czasami to wycie głuszone iniekcją. To nie ja wyłem. Ja też wyłem, ale tak naprawdę wył dziadek. Cóż to były za wspaniałe, przeciągające się, głębokie po same trzewia skowyty. Gdyby gdzieś w okolicy wałęsały się wilki, z pewnością śpiewałyby pod oknem dla towarzystwa. A może przyniosłyby jakąś dziczyznę na obiad. Ale wilków nie było i dziadek wył samodzielnie. Próbowałem mu czasami dorównać, ale dystans doświadczenia, umiejętności i raka był zbyt wielki. Gdy koncerty się przeciągały, matka tamowała je przezroczystą zawartością małej ampułki, za którą wiele osób oddałoby na kilkominutowe użytkowanie swoje gardła lub odbyty czy inne otwory.

Siostrzyczka moja mała już nie załapała się na kilkuletnie umieranie dziadka, gdyż siłą rzeczy i, jak to niektórzy powiadają, odwiecznym nakazem natury dziadek zszedł ze sceny na wieczność i metaforycznie można napisać, że dom wypełniła cisza. Co oczywiście nie było prawdą. Siostra się darła, a ja poszedłem w odstawkę. Nie żebym w związku z tym żywił jakieś urazy. Wręcz przeciwnie. Zarówno z obecnego, jak i tego sprzed lat punktu widzenia jej pojawienie się było dla mnie niczym skrobanka dla puszczalskiej zakonnicy. Ta wczesna swoboda była mi jak najbardziej na rękę. Mogłem się oddać bez reszty ulubionym i najważniejszym zajęciom: grze w piłkę nożną, podchodom leśnym, gonitwom rowerowym. Przez te jej ciągłe wrzaski wielu uważało, że moja siostra jest dzieckiem słabym i chorowitym. Ci, którzy w to wierzyli, próbowali jej przekazać tę wiarę, aby i ona widziała siebie słabą i chorowitą. Moja dzielna siostrzyczka się nie dała, ale nabyła umiejętność czerpania korzyści z wiary innych w jej słabość i chorowitość. Szczególnie w jej słabość. Uśpionych jej wyobrażoną słabością wciąga i usypia, a ich wyobrażoną siłę kruszy, zanim zdążą pomyśleć, że sami zbudowali pułapkę, w którą wpadli. Nie to, że jest jakąś oszustką, naciągaczką czy wredną suką. Wygląda na to, że nie ma dla niej spraw niemożliwych.

Spędzałem szczęśliwe dzieciństwo, wypełniając je – o czym już wspomniałem – kilkoma interesującymi i ważnymi czynnościami, które pożerały całe dnie. W międzyczasie pojawiła się szkoła. Szkoła oferowała naukę i boisko, na którym na długiej przerwie rozgrywaliśmy prawdziwe turnieje. Po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu z mamusią i tatusiem grałem w piłkę. Granie w piłkę było wspaniałe, gdyż strzelenie trzech bramek w jednym meczu stawiało strzelca na równi z Bońkiem a każdy chciał być jak on. Kto nie chciał być jak on, to chociaż mógł chcieć być jak Lato albo ewentualnie Buncol lub Młynarczyk.

Dzięki uwielbianym przeze mnie witaminom i tranowi rosłem jak na drożdżach i stanowiłem kilkuletni okaz zdrowia, siły i tężyzny fizycznej. Wszystko wskazywało na to, że już zupełnie niedługo stanę się jednym z nich i ktoś, kto nie będzie chciał być taki jak ja albo Boniek, albo Buncol, Lato czy Młynarczyk, powinien zostać wysłany do specjalnego obozu celem reedukacji. A już z pewnością nie powinien dostawać słodyczy.

Istniał jednak pewien problem. Nie było słodyczy. Ale były inne rzeczy. Na przykład boisko, które zbudowaliśmy na piaszczystej łące z użyciem młotka, siekiery, gwoździ i pobliskiego lasu. W tym samym czasie na świecie działy się nieciekawe rzeczy, o których nie miałem pojęcia i o których nadal nie mam pojęcia. Ale wiem, że się działy.

Zanim zacząłem grać w piłkę, nauczyłem się chodzić, biegać, pływać i jeździć na rowerze. Gdy sięgnę głęboko w moją zamierzchłą historię, to zawsze była to historia, w której umiałem pływać, grałem w piłkę i jeździłem na rowerze. Pamiętam, że na początku jazda na rowerze sprawiała mi pewne kłopoty. Był też problem z zegarkiem, gdyż miałem trudności z opanowaniem prawidłowego odczytania godziny, dzięki czemu uchodziłem za dziecko niezbyt bystre, którego przeznaczeniem są proste czynności, takie jak kopanie rowów. Ta sprzyjająca okoliczność zapewniła mi wolność w postaci gry w piłkę, jeżdżenia na rowerze i podchodów.

Na moje nieszczęście ktoś, przypadkiem lub przez wnikliwą obserwację, zauważył, że przejawiam nieuzasadnioną umiejętność posługiwania się liczbami. Szybko nauczyłem się dodawać, odejmować, mnożyć i dzielić, a rachunek różniczkowy tylko na początku piętrzył problemy. Popełniłem błąd i dostrzeżono, że może w przyszłości będę mógł się zajmować nie tylko kopaniem rowów. Ewidentnie była to pomyłka z mojej strony, mająca daleko idące konsekwencje w postaci ograniczeń w dostępie do podchodów, jazdy na rowerze i gry w piłkę, które to konsekwencje miały na celu budowanie mojej przyszłości. Nie mam nic przeciwko kopaniu rowów. Nawet jeśli po wykopaniu miałbym je zasypywać i wykopywać jeszcze raz, i ponownie zasypywać, i tak w nieskończoność. Myli się ten, kto myśli, że to kopanie i zasypywanie pozbawione jest sensu. Nie licząc leżenia bez ruchu, bez radia, bez telewizora, bez gazety, bez światła, za to na kanapie, to jedna z najbardziej sensownych czynności. O wiele bardziej sensowna niż projektowanie domów, budowanie dróg, uczenie dzieci i młodzieży czy sprzedawanie chipsów.

Niestety przez własną niefrasobliwość zakwalifikowano mnie do tych, którzy rokują, więc musiałem zostać ukarany. Nałożono na mnie obowiązki. Były wśród nich mleko i tran, które przestałem lubić, oraz witaminy, zadania domowe i popisywanie się przed ciotkami i wujkami. Moje wspaniałe życie legło w gruzach. Dałem się nabrać. Byłem gotowy wiele poświęcić, aby ponownie dostrzeżono we mnie kogoś, kim nie byłem, dzięki czemu wróciłbym do wspaniałych czasów gry w piłkę, podchodów i jazdy na rowerze.

Przydzielono mnie do specjalnej klasy. Kazano nosić opaskę z wielkim „I”, żeby łatwo mnie rozpoznać. Można było mnie kopać w kostkę i rzucać we mnie ogryzkami, petami i starymi kanapkami. W czwartki od dwunastej do wpół do pierwszej musiałem stać bez ruchu na środku korytarza, na taborecie, aby każdy, łącznie z nauczycielami, mógł mi dokuczać. Nauczyciele nie korzystali z tych okazji, gdyż im się nie chciało, bo siedzieli w swoim pokoju, paląc, pijąc i oddając się rozpuście w słowie i czynie – poza tym jednym razem, gdy taki jeden, co go nie chciała taka jedna od wuefu, cisnął we mnie starą, wilgotną i śmierdzącą gąbką do ścierania tablicy. Po półgodzinie schodziłem z taboretu i biegłem się umyć, a następnie do stołówki na obiad. Inne dzieci nie musiały się myć. Ja musiałem. Inne dzieci dostawały ciepły i obfity posiłek. Ja dostawałem zimne, przypalone resztki, bo kucharka już zapakowała wiadra i manierki, żeby nakarmić rodzinę, swoją świąteczną świnię i stado kur. Potem musiałem pozmywać po wszystkich i biec na lekcję, na której za spóźnienie dostawałem linijką po tyłku, głowie i rękach.

Byli koledzy powoli o mnie zapominali, już nie wspominali moich ambitnych, acz niezwieńczonych sukcesami akcji ani mojego piłkarskiego, bezproduktywnego entuzjazmu. Przestałem być tygrysem boiska, więc straciłem rację bytu i popadałem w głęboką izolację połączoną z wyparciem. Już nie mogłem podziwiać i dotykać moich zadrapań, skaleczeń i siniaków, gdyż nie miałem ani zadrapań, ani skaleczeń, ani tym bardziej siniaków. Nawet wspinać się na drzewa nie mogłem, aby z wielkiej wysokości podziwiać świat dookoła, odległy, piękny i niepoznany.

Osiągnąłem mistrzostwo we wspinaniu się na drzewa. Umiałem doskonale ocenić wytrzymałość gałęzi i kąty ugięcia konarów. Skakałem jak, nie przymierzając, wiewiórka i wdrapywałem się na korony, co wzbudzałoby jęki i podziw zgromadzonej gawiedzi, gdyby gawiedź się zgromadziła.

Nie było aż tak źle. Tranu nie było tak dużo, a na ogryzki nikt nie miał czasu. Mogłem czasami zagrać w piłkę, lecz o wspinaniu się na drzewa miałem zapomnieć. Od czego są jednak umiejętności kamuflażu, przebierania się i udawania kogoś zupełnie innego. Jaszczurki albo wspomnianej wiewiórki. Lub kuny.

Byłem więc dzieckiem. I byłem prawie przekonany, że to się nigdy nie skończy. Przeczuwałem jednak, że czas może mieć inne zdanie. Ale na razie Pszczółka Maja i Reksio dostarczali mi mnóstwa radości. Tak jak gruby i chudy, ale na pewno nie ten przyjebany miś. Ten drugi miś też nie. Telewizory z czarno-białych przetransformowały się w kolorowe, a mały fiat otworzył wrota do poznania świata i mogłem zobaczyć obdarzone wspaniałymi falami morze. W tych odległych czasach było to ciepłe morze, nawet jeśli było zimne. Mogłem też zobaczyć góry, ale później. Czekałem, żeby je zobaczyć, i się doczekałem. Świat był wielki, a ja znajdowałem się w jego centrum i wszystko obracało się dookoła mnie. Co stoi w jawnej sprzeczności z twierdzeniami tego toruńskiego fantasty.

Wakacje pełne gry w piłkę i jazdy na rowerze były wiecznością. W wakacje łowiłem z ojcem największe i najsmaczniejsze ryby świata. Kilka drzew mogło być amazońską dżunglą, a kolega sąsiad w każdej chwili potrafił się przeobrazić z policjanta w czerwonoskórego Indianina, by po chwili objawić się jako przebiegły złodziej. Nawet problemy z podażą czekolady i pomarańczy nie przesłaniały wszędobylskiej radości z jabłek, wiśni i czereśni zjadanych prosto z drzew.

Zaledwie kilka minut jazdy rowerem od domu znajdował się staw, w którym mogliśmy się pluskać pod czujnym okiem dorosłych. Dorośli siedzieli dumnie na kocach i z wyciągniętymi szyjami obserwowali taflę wody i główki co i raz zanurzające się i pojawiające na powierzchni. Co jakiś czas należało się wytrzeć i po chwili udawać, że już nie można wytrzymać z gorąca, co umożliwiało powrót do skoków na bombę, nurkowania i zabaw w okręty podwodne napełniających niedorozwinięte dusze szczęściem i radością. Równo co godzinę ojciec wstawał, patrzył w prawo, patrzył w lewo, dumnie prezentował pierś gladiatora, wchodził do wody, mocnym pchnięciem ud odbijał się od czystego piasku i rozcinał wodę niczym torpeda. Płynął na drugi brzeg tak szybko, że nikt i nic nie mogłoby go dogonić. Tam przystawał, patrzył w prawo, patrzył w lewo, znowu w prawo i wpław wracał na koc, wycierał twarz ręcznikiem i ponownie uważnie obserwował teren. Teraz, gdy już odrobinę polizałem doświadczenie życiowe, jestem pewien, że gdy mój ojciec rozcinał wodę, marzył sobie, żeby niewieście serca zamierały, a wargi sromowe składały się do oklasków, jak to mawiał pewien żołnierz. A może po prostu lubił pływać.

Wakacje się kończyły, a ja musiałem kolejny raz opanowywać tabliczkę mnożenia i zawiłości dodawania. Wtedy jeszcze wierzyłem, że dwa dodać dwa to zawsze cztery. Wierzyłem też, że ktoś, kto ma problem z osiem razy siedem, jest zwyczajnie głupi, bo nie wiedziałem, że jest – a przynajmniej może być – mistrzem kamuflażu. Umiałem już podnieść dziesięć do kwadratu i wynik pomnożyć przez dziesięć, co dawało tysiąc, bo wtedy wydawało mi się, że wiem, co to jest tysiąc.

Gdy po wakacjach pozostawało już tylko wspomnienie, nad ziemię napływały czarne chmury, mrok niczym zwiastun śmierci spowijał cały świat. Liście opadały ze smutku, a wiatry brały w posiadanie przestworza. Wraz z końcem lata znikały motyle, bociany zaś odleciały wcześniej.

Droga do szkoły prowadziła przez potężny, pełen tajemnic las, który roił się od wilków, tygrysów, lwów, bizonów, rysi, węży, bagien, wiedźm i wilkołaków. Pachniał grozą. Dawałem sobie z nim radę i codziennie pokonywałem głębokie bagna i ukryte w niedostępnych zaroślach przejścia. Tak docierałem do szkoły, gotowy do zwycięstw w walce o piłkę. O każdy rodzaj piłki. Każda przerwa służyła kontynuacji niekończących się rozgrywek.

Po szkole wracałem do domu. O tej godzinie las był spokojny i cichy. Pełen wiewiórek, zajączków i sarenek. Wejścia do niego strzegli zdrowi i rumiani strażnicy. Zdrowie i rumianość zawdzięczali diecie owocowej i świeżemu powietrzu z filtrem. Używali trzech rzeczowników: „kurwa”, „chuj” i rzadziej „skurwysyn”, oraz jednego czasownika: „pierdolić”. Czasownik „pierdolić” występował w różnych formach i z licznymi przedrostkami. Używali także przymiotnika odrzeczownikowego: „chujowy”. Doskonale się rozumieli. Prowadzili długie konwersacje. Przepuszczali wszystkich, gdyż tak naprawdę stali tam tylko dla picu. Byli folklorem. Ministerstwo, które ich zatrudniało, płaciło im i dawało stroje służbowe. Przy lesie znajdował się specjalny sklep, który urzeczywistniał ich fantazje i zachcianki. Mogło zabraknąć fistaszków, brokułów, awokado, oliwy z oliwek, roqueforta, kiełbasy myśliwskiej i soku pomarańczowego, ale dla nich zawsze coś się znalazło. Ich jedyny obowiązek stanowiło udawanie strażników. Byli karani, gdy o tym zapominali i zaczynało im się wydawać, że są prawdziwymi strażnikami. Kary były brutalne. Wymierzane przez funkcjonariuszy ministerstwa lub przez okolicznych mieszkańców, którzy doskonale wiedzieli, kto jakie ma zadania. Nikt nie lubił tych, którzy nie wywiązywali się z obowiązków, a szczególnie tych, którzy realizowali nieuprawnione aspiracje.

Mijałem strażników i wkraczałem w świat leśnych ostępów, pełnych zwierza, grzybów i jagód. Wędrowałem. Pozdrawiałem innych wędrowców. Mijałem drzewa sięgające chmur i tak grube, że nie mogłem ich objąć. Po drugiej stronie lasu czekała inna drużyna strażników. Ci byli już tylko trochę dla picu, a trochę na poważnie. Ja nie musiałem pokazywać paszportu. To była Straż Ochrony Wioski przed Niepotrzebnymi Obserwatorami. Pozdrawiałem ich tajemnym znakiem. Odpowiadali konspiracyjnie.

Docierałem do domu, gdzie czekały na mnie koty, pies, a czasem jeż. Jeże mają takie miłe futerko na brzuchach, o czym się często zapomina, gdy się je głaszcze po grzbiecie. Pies czekał przy furtce, szczęśliwy i merdający. Koty czekały w domu. Chwilę później tarzałem się z psem lub kotem na podłodze, co było wspaniałe. Mama czarowała i na stole pojawiał się obiad. Bezwzględnie musiałem go zjeść do samego końca. Wylizanie talerza było mile widziane, ale nieobowiązkowe. Prawie nigdy nie miałem ochoty ani zjadać do samego końca, ani wylizywać talerza. Ochota nie pojawiała się pomimo zaklęć i sentymentalnych opowieści o szacunku dla głodnych, tych z przeszłości i tych z teraźniejszości. Teraz wydaje mi się, że najlepszą metodą okazania szacunku tym, którzy głodują, głodowali i będą głodować, jest głodowanie. Mama bardziej niż zjadaniem do samego końca przejmowała się marnowaniem jedzenia. Zależało jej też na szacunku do czarów, które pomagały jej w przygotowaniu. A mnie chodziło o to, aby skończyć jak najszybciej i oddać się przyjemniejszym zajęciom. Na przykład gonitwom z psem. Najpierw ja goniłem psa dookoła domu, później pies gonił mnie dookoła domu. Mogliśmy to robić w nieskończoność. Była to jedna z tych czynności, które trwały wiecznie, w których czas znikał i objawiała się owa nieskończoność, przerywana kolacją. Kolację zjadałem do samego końca, bo lubiłem kolacje. Najwyraźniej wieczorem mama dysponowała większą mocą i lepiej operowała pałeczką.

Nie wiem, co ja bym bez tej mamusi zrobił. Pewnie jakąś kanapkę z dżemem.

Wiele wskazuje na to, że to ona jest za wszystko odpowiedzialna. To ona parła, parła i to ona pozwoliła tatusiowi włożyć bociana do kapusty, jak chcą jedni, albo prącie do pochwy, jak życzą sobie drudzy. A podobno od tego się to wszystko zaczęło.

Z tym prąciem w pochwie to pewnie ściema, ale lepiej uważać. Gdy o tym myślę, przychodzi mi do głowy tyle wspanialszych rozwiązań. Dzieci mogłyby spadać z nieba jak deszcz – gdyby ktoś chciał zostać rodzicem, czekałby na prognozę pogody, a gdyby się usłyszało: „W centrum słaby wiatr zachodni, temperatura dwadzieścia dwa stopnie Celsjusza, przed południem spodziewane opady dzieci”, wystarczyłoby wyjść przed dom z siatką i złapać bachora. Dzieci niezłapane by się rozpaćkiwały i można by było je przerabiać na żarcie dla psów. Ile problemów by się rozwiązało! Jakie to wszystko byłoby proste. Kontrola urodzeń banalna. Zniknęłyby problemy z aborcją, bezpłodnością, wyżami i niżami demograficznymi. Ale nie. Penis w pochwę. I jeszcze to skandaliczne podobieństwo dzieci do rodziców. Chociaż to rozwiązanie z wkładaniem i wyjmowaniem, wkładaniem i wyjmowaniem jest całkiem pomysłowe i pełne gorzkiej, poetyckiej ironii. Sam już nie wiem. Dużo sensowniej byłoby, gdyby dzieci kupowało się w supermarkecie. Tylko nie pytajcie mnie, skąd tam miałyby się wziąć. Podejrzewam, że wolna konkurencja, wolność jednostki i swobodny przepływ inwestycji byłyby zdolne zaspokoić popyt.

Po kolacji powinienem się zająć odrabianiem lekcji. Na szczęście istniała siostra, która ratowała mnie z opresji, skupiając na sobie uwagę. Zawarłem z nią umowę. Wyszeptałem do jej ucha wszystko to, na czym mi zależało: płacz, grymaszenie, brudzenie, piszczenie. Siostra była wspaniała. Darła się. Płakała. Chorowała. Grymasiła. Miała takie piękne odczyny alergiczne. Zapewniała mi chwile wytchnienia i okruchy wolności.

Aż nadszedł dzień, gdy jej pomoc nie była mi już potrzebna, a wtedy spojrzała na mnie oczami, od których głębi ciarki przechodzą po plecach, miękną kolana, a podcięcie żył wydaje się niezłym pomysłem – i przestała grymasić, płakać, drzeć się, mieć odczyny alergiczne, i jeszcze nabrała apetytu. Stała się okazem zdrowia bez próchnicy, trądziku i bolesnych miesiączek. Spisywała się świetnie, a ja mogłem się zająć ważnymi sprawami i zupełnie zignorować odrabianie zadań domowych, za których nieodrobienie i tak mi nic nie groziło, bo koniec końców odrabiałem je w szkole podczas którejś nudnej lekcji. Tylko ja w pełnej krasie własnej głupoty ujawniłem swoje talenty, więc tylko ja musiałem odrabiać lekcje. Nie pomagały: robienie głupich min, ślinienie się, wywracanie oczami, zadawanie pytań, bieganie w tę i z powrotem, rozbijanie głowy, ciąganie dziewczynek nie tylko za warkoczyki, nienoszenie przepisowego stroju, niepicie mleka, rzucanie przedmiotami i czochranie włosów. Musiałem być bardziej przebiegły, żeby łyknąć coś z życia.

Rosłem. Rosłem szybko, co generowało problemy z butami, których nie było. Ojciec musiał wkładać panterkę, zarzucać na plecy karabin i wyruszać na wojnę obuwniczo-tekstylną, aby manewrem wyprzedzająco-okrążającym w taktyce pokojowo-zaczepnej zdobywać obuwie, odzyskiwać honor i sznurówki. Skurwysyni zza siedmiu mórz strzelali z kosmosu niewidzialnymi antycholewowymi pociskami. Pragnęli nas upokorzyć i podglądać nasze błaganie o litość. Chcieli, żebyśmy chodzili boso i kaleczyli sobie stopy. Ale nasi ojcowie w panterkach i z karabinami, w odwadze i konspiracji, wyklęci i niezłomni wyruszali po buty i zdobywali buty.

Nie byłem już takim malcem, ale jeszcze nie wkroczyłem w czas włosów pod pachami, pierwszej nocnej ejakulacji ani tym bardziej pierwszej i szybko po niej następujących kolejnych ejakulacji ręcznych. Siusiak, jak akurat ta nazwa wskazuje, służył mi do siusiania i do niczego więcej; przynajmniej teraz tak mi się wydaje. Nie był gwiazdą betlejemską popędu, którą stał się później. Nie był srogim władcą ani wyrozumiałym hersztem, a o jego istnieniu przypominałem sobie tylko z pełnym pęcherzem. Dzięki temu nie dotykała mnie większość kłopotów stanowiących udział ludzkości. Miałem co prawda inne kłopoty, o których już wspominałem.

To wszystko działo się przed zmianą klimatu. Woda miała swoje pierwotne właściwości, niezmienione przez wysoce specjalistyczną technikę. Każda pora roku była wspaniała. Nawet jesień z jej orzeźwiającymi wiatrami, kiedy żółknące i opadające liście znajdowały liczne zastosowania. Woda w kałużach była chłodna, ale mądrzy ludzie stworzyli kalosze. Można było obrzucać kogoś błotem. Można było skakać i chlapać na wszystkie strony. Można było rozpędzać się na rowerze i na pełnej prędkości przejeżdżać przez najrozleglejsze i najgłębsze kałuże w zachwycie i gęstych bryzgach wody i błota. To jesienią, w święto trupów, z na kamień zmarzniętymi rękami, w pełnej radości, bawiłem się zapałkami i stearyną.

Od tamtych czasów fizyka i chemia się zmieniły. Ich prawa pozostały niby niezmienione, ale właściwości przedmiotów, materiałów i substancji uległy przeobrażeniu. Zaczęło się od rowerów. Latami jeździły posłuszne i bezawaryjne, aż nagle, niemal z dnia na dzień, zaczęły się psuć. Łańcuchy pękały, koła stawały, widelce się wyginały. Rozpadały się jak martwe psy pożerane przez niewidzialne robaki. Rowery były pierwsze, ale nie ostatnie. Niektórzy nie wierzą w przemiany właściwości substancji. Twierdzą, że są one stałe, niezmienne, wieczne. Uważają, że węgiel odpowiednio skrystalizowany będzie zawsze diamentem – będzie twardy, będzie piękny, będzie drogi i będzie tak wspaniale załamywał światło, ujędrniając zmurszałe piersi należące do pani myślącej, że węgiel pozwoli jej uciec od starości, siwych włosów i oklapłych pośladków. Niektórzy twierdzą, że czas to największy ze skurwieli. Może tak, a może nie.

Jesień była nieomylnym znakiem zbliżającej się zimy. Nie to co dzisiaj.

Biały śnieg. Bałwany, śnieżki, sanki, łyżwy. Byłem szczęśliwym posiadaczem łyżew, w których nie marzły stopy, jeśli włożyło się czternaście par skarpet. Nie jakieś tam białe figurówki z kolcem do wyłupywania oczu. Hokejówki. Gdy dostałem prawdziwy, najprawdziwszy, najczarniejszy krążek, wpatrywałem się w niego godzinami, czekając, aż lód będzie na tyle gruby, aby tatuś z mamusią uznali, że ich mały synek może bezpiecznie po nim zapierdalać. Gdy ta autorytarna decyzja zapadała, związywałem sznurówkami łyżwy, przerzucałem przez ramię i dumnie szedłem przez wieś w kierunku zamarzniętego stawu.

Dostępność kijów hokejowych była ograniczona, a łamliwość wysoka. Takie, które nie pękały, nazywały się tak samo jak facet, który opowiadał najlepsze dowcipy i co do którego wszyscy się zastanawiali, co mają z nim wspólnego. Tych nie było już zupełnie, ale nikogo to nie dziwiło, bo taka była kolej rzeczy. Jeśli gdzieś jednak były, to chuj wie gdzie. Dodam jeszcze informację dla chłopców z dobrych domów, że „chuj” to wulgarne określenie kutasa. Ale słowo „chuj” nabrało także innych znaczeń. Wiele z nich wyraża troskę i zaniepokojenie o wadliwość i nietrwałość, o granice poznania oraz wątpliwości co do umiejscowienia w przestrzeni i czasie.

Nikt nie wiedział, gdzie się podziewały kije hokejowe, więc musieliśmy wytwarzać je sami, ścinając odpowiednio ukształtowane przez naturę gałęzie. Dzięki nim dało się grać, wygrywać, a nawet przegrywać.

W końcu otrzymałem odpowiednio dobry, wytrzymały kij, ale wydarzyło się to trochę za późno. Do niczego nie mógł mi się już przydać, a na pewno nie do gry w hokeja. Nieużywany stał – a może nadal stoi – w komórce, porastając kolejnymi warstwami kurzu i muszych odchodów. Do niczego nie mógł mi się już przydać, bo nastały inne czasy, z całkiem innym lodem. Wody nie chciały zamarzać, a gdy już zamarzały, to lód był kruchy od góry i twardy od spodu. Pękał w najmniej oczekiwanych momentach i pochłaniał kolejne ofiary, nie pozwalając im się wydostać. Ich twarze na sekundy ukazywały się tym, którzy udawali, że próbują im pomóc. A potem wszyscy czekali na fajerwerki pulsujących świateł i możliwość dramatyzowania opowieści.

Ten nowy superwytrzymały kij nie mógł mi się przydać także z dwóch innych powodów. Po pierwsze był to kij dla leworęcznych, a po drugie granie w hokeja obchodziło mnie wtedy tyle co zjeżdżanie na sankach. Przestały mnie obchodzić, gdyż zostałem okłamany i uwierzyłem w rozkwitłe kłamstwa. Uwierzyłem w nie tak głęboko, że niemal stały się prawdą.

Wspaniałe minione zimy. Ślizgawki. Śnieg. Wojny. Ale zima wreszcie się kończyła, a wtedy – co trudno sobie teraz wyobrazić – nadchodziła wiosna. Wiosna. Ze śniegu rosły kałuże, a rów melioracyjny przeistaczał się w potężny strumień, co wykorzystywałem, aby przekopać tunel, dzięki czemu woda mogła zalewać piaszczystą łąkę, tworząc jezioro pełne moich sąsiadów, którzy okazywali się groźnymi piratami, w związku z czym awansowałem siebie na admirała. Gdy piraci w domach jedli obiad, doglądali kur czy świń lub doili krowy, na rozległych wodach pojawiałem się jako wielki odkrywca, podróżnik na miarę Magellana, Kolumba, Marca Pola, Ibn Battuty i kapitana Cooka, którzy dołączali do wyprawy zaraz po tym, jak skończyli obiad, wydoili krowy, nakarmili kury i świnie.

Słońce wznosiło się coraz wyżej i wyżej. Dni były coraz dłuższe, a jezioro wysychało, odsłaniając boisko. Nastawał czas na napompowanie piłki, którą było prawie tak trudno zdobyć jak buty i kije hokejowe. Gdy pojawiały się żółte motyle, wiedziałem, że jest wiosna i trzeba nasmarować łańcuch w rowerze. Teraz wiosna nastaje, gdy psie gówna odmarzają i rozpływają się po trawnikach, chodnikach i skwerach, oddając pola zupełnie świeżym psim gównom. Wiosna upływała na czekaniu na wakacje, graniu w piłkę i jeżdżeniu na rowerze.

A potem przychodziły świadectwo i lato – i stawałem się całym światem.

Była woda: nurkowanie, skakanie na główkę i na tyłek. Słońce piekło. Lody miały smak. Marzyłem, żeby słońce piekło, a lody stanowiły podstawę i zwieńczenie piramidy żywienia. Lasy były puszczami, zające niedźwiedziami grizzly, stawy jeziorami, jeziora morzami, dmuchane materace okrętami, rowery motocyklami, liście pieniędzmi, płotki tuńczykami, szczupaki rekinami, drzewa statkami kosmicznymi, syrenki krążownikami szos, a Rambo, Bruce Lee i Rocky trójcą przenajświętszą w dwóch postaciach.

Lecz pewnego dnia ktoś mi powiedział, że istnieją mercedesy, paryże, kawior, szampan i seks oralny. Ja, głupek, mu uwierzyłem. Gdybym go teraz spotkał, zapunktowałbym mu z botka i poprawił z kolanka, nie licząc się ani za grosz z wielce prawdopodobną perspektywą, że oddałby mi z nawiązką. Jego postać rozmyła się gdzieś po drodze i nie poznałbym go na ulicy, w autobusie ani na zdjęciu. Miał taką pospolitą twarz. Taką zwyczajną. Taką, która znikała z pamięci sekundę po tym, jak znikała sprzed oczu. To było perfidne oszustwo, z którego wciąż nie mogę się otrząsnąć. Pojawił się, poszeptał i odszedł. Myślę czasem o zemście, o jakiejś masakrze, kopaniu leżącego, poniżaniu na oczach żony i dzieci. Ale przechodzi mi wraz z nadzieją, że ktoś inny go spotkał i zemścił się w moim imieniu, nawet o tym nie wiedząc. Za to, co szeptem uczynił, niektórzy na moim miejscu chcieliby wyciąć jego i całą jego rodzinę, zaszlachtować rodziców, braci, siostry, dzieci, wnuki. Ja się jednak tej wielopokoleniowej eksterminacji nie podejmuję i wcale do niej nie namawiam. Kategorycznie odmawiam wyrzynania i ostrzegam: nie chcę na to patrzeć. Nie przyłożę do tego ręki, chociaż może kilka razy kopnąłbym tego skurwiela w jaja z nadzieją, że będzie się wił w poszukiwaniu ukojenia. Tak sobie tylko gadam. Wcale tego nie pragnę i nie hoduję w sobie nienawiści. On nie powinien tak postępować, ale to ja byłem naiwniakiem.

Miał taką pospolitą twarz. Był jak niektóre małe miasteczka, tak podobne do siebie, nieodróżnialne, w których tak łatwo się zgubić. Był taki plastyczny, miękki, nieokreślony, woskowaty. Był czysty, wręcz aseptycznie wyszorowany, odkażony, a jednocześnie brudny, wilgotny oddechem i śliskimi rękami. Zasiał ziarna, które powoli wrastały w krwiobieg, wprowadzając zamęt i chaos w kamuflażu z kolorowych piór i błękitu nieba. Miał wszystkie dziewięć cech skurwysyna.

Zanim się pojawił, rosłem nieubłaganie, mimo że apetyt często mi nie dopisywał. Miałem już niejasne podejrzenia, że dzieją się dziwne rzeczy, a za wielką puszczą są inne wioski. A za nimi kolejne wioski, kolejne puszcze. Mało tego: zrozumiałem, że morze, które oglądałem z tatusiem i mamusią, wcale nie kończy świata, lecz ma drugi brzeg, na którym jasnowłose niewiasty uganiają się za jasnowłosymi panami marzącymi o ciemnowłosych niewiastach, wcale się nie uganiających, tylko zwyczajnie się oddających. Prawdę mówiąc, to, że na drugim brzegu ktoś się za kimś ugania, zrozumiałem dużo później niż to, że na drugim brzegu ktoś w ogóle jest i także wpatruje się w dal. To nie było aż tak daleko. Daleko czy blisko – nie miało to żadnego znaczenia, a to ze względu na wielkie okręty podwodne i nawodne pełne przynoszących śmierć i kalectwo torped, które broniły dostępu do drugiego brzegu dla dobra śmiałków chcących pokonać fale i uganiać się za jasnowłosymi dziewczętami, aby tarmosić je i ściskać. Jasnowłose dziewczęta miały ostre zęby, którymi kąsały, zadając ból, miały długie czerwone pazury, które wbijały w plecy, orząc je bez litości, miały zatrute łona i jadowite piersi. Na nieszczęście parę lat później ktoś zrzucił na ten biedny kraj lekarstwo, które uleczyło te nieszczęśliwe jasnowłose dziewczęta, ale wtedy już nie było po co tam się przeprawiać, a na pewno nie po to, żeby się z nimi rżnąć.

Koledze wyrósł włos pod pachą. Przez tydzień chodził dumny, prężył się, wyginał i pokazywał go każdemu, szczególnie tym, którzy nie chcieli go oglądać. Włos z nadmiaru spojrzeń odpadł, a wraz z nim – moc mojego kolegi, w związku z czym musieliśmy go trochę poturbować. Na szczęście nie był to bliski kolega. Jego przypadek zmusił wszystkich do codziennych oględzin własnych ciał. Z tęsknotą i przerażeniem wpatrywaliśmy się w swoje łona i pachy, wypatrując śladów dojrzałości. Przyszłość wysuwała swoje smukłe, blade dłonie, chcąc chwycić czule nasze ręce i poprowadzić ścieżką do piachu, robactwa, zgnilizny i smrodu. W tym miejscu chciałbym coś zaznaczyć: ci, którzy wierzą, że coś, na co się czeka, za czym się tęskni, o czym się myśli z uśmiechem i o czym się marzy, to sama słodycz i rozkosz – powinni się jebnąć patelnią w głowę.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Tak się po prostu stało. Miała blond warkoczyki. Nic więcej o niej nie mogę powiedzieć. Nie dlatego, że nie chcę. Nie pamiętam. Chodziłem wokół niej, węszyłem, tęsknie wpatrywałem się w jej plecy. Nie miałem śmiałości patrzeć w jej oczy. Później zdobyłem się na odwagę i pociągnąłem ją za warkoczyk. Niby tak dla żartu, niby tak anonimowo, niby tak jak setkę innych. Tym jednym jedynym szarpnięciem przekazałem całe swoje uczucie. Odwróciła się i pierdolnęła mnie pięścią w twarz. Ledwo utrzymałem się na nogach. Zobaczyłem wszystkie konstelacje w doskonałym porządku. Skatalogowane i stojące karnie w rzędzie. Gdy odzyskałem wzrok, jej już nie było. Mój policzek pulsował, a koledzy wcale nie okazywali mi współczucia. Zapałałem do niej jeszcze większym uczuciem, ale połączonym ze strachem i nienawiścią. Czyli już zupełnie dojrzała miłość. Pod okiem urosła mi fioletowa śliwa, która stała się przedmiotem dociekań mamusi i tatusia oraz przyczyną płaczu mojej siostry. Na moją siostrę mogę zawsze liczyć. Moja siostra ma wspaniałe piersi, których nie mogę dotykać. Nie mogę dotykać, bo to są piersi mojej siostry. Z drugiej jednak strony, skoro dotykanie piersi i ogólnie pieprzenie można łatwo i kategorycznie oddzielić od robienia bachorów – pamiętacie: jajeczko, plemnik, w tę i z powrotem, w tę i z powrotem – dotykanie piersi własnej siostry nie powinno być chyba takie złe. Penetracja dziurek też nie. Oczywiście wtedy, gdy już nie jest małą dziewczynką, tylko gdy jest dużą dziewczynką. Ale ludzie krzywo jakoś patrzą, co dowodzi, że nie powinno się podglądać.

Mój pierwszy związek nie był udany. Dostałem w ryja, zapłonąłem miłością, która jednak zgasła dosyć szybko, gdyż miałem inne, ważniejsze sprawy na głowie. Bywa i tak.

Mój kolega dostał rower z przerzutkami i to było wydarzenie na miarę lądowania na Księżycu. Ja w końcu też dostałem rower z przerzutkami i to było coś na miarę lądowania na Księżycu. Mogliśmy razem pedałować i lśnić w słońcu, liżąc lody z najlepszej lodziarni w okolicy, lub nawet wyprawić się za las, tam gdzie były prawdziwe: jezioro, rzeka, kajaki ‒ i jeszcze lepsze lody.

Z wyprawami za las z tym moim kolegą to był jednak problem. On zupełnie niechcący ściągał deszcz, grad i pioruny. Była w nim pradawna moc wiedźmy, która objawiała się tylko w tamtych okolicach. Powrotowi zza lasu zawsze towarzyszyły błyskawice i czarownice. Ale lody mieli tam dobre. No i w końcu kolega. Raz na jakiś czas mogłem dla niego zmoknąć. I dla lodów oczywiście. I dla kajaków. Ale dla kajaków to trochę mniej, bo tam skurwysyn jakiś ukradł mi bidon, którym cieszyłem się przez tydzień. Bidon to było coś ekstra. Odkąd miałem rower, marzyłem o bidonie. To był pamiętny dzień, gdy skurwysyn jakiś ukradł mi bidon, bo mojemu koledze odkręcili wentyle w obu kołach i cisnęli je w trawę. Pewnie za karę za to, że nie miał bidonu, który mogli zwinąć. Z tymi wentylami to był taki problem, że ich, podobnie jak kijów hokejowych, nie było, a jak były, to i tak w domu, a my byliśmy za lasem, więc rower musieliśmy prowadzić, co opóźniało powrót, który przecież przebiegał w deszczu i gradzie. Trzeba pamiętać też o wietrze.

Mój kolega miał na imię Maciek. Wciąż ma tak na imię, bo fale kosmiczne podpowiadają mi, że nadal żyje. Gówno mnie to jednak obchodzi. Przestał mnie interesować, odkąd znachor jakiś cholerny albo Cyganka jakaś czarująca zdjęli z niego klątwę deszczu. Razem z klątwą został pozbawiony innych mocy i – bawiąc się w metafory – przestał być widoczny. Z Maćkiem miałem wyjechać na wakacje, ale nie pojechałem, za to spotykałem go w różnych miejscach z lodem w ręku. Ja też miałem loda w ręku. W ten sposób się rozpoznawaliśmy. Lody nas łączyły na pewien czas. Bez podtekstów, wstrętni szukacze podtekstów.

Był z niego taki fajny herbatnik. Tak to już z herbatnikami bywa.

Ten znachor jakiś cholerny albo ta Cyganka jakaś czarująca mieli dużo wspólnego z tym śliskim typem, któremu powinienem zapunktować z botka, ale nie zapunktowałem ani nie zapunktuję, bo go nie rozpoznam. Tak podejrzewam, że to jedna kłamliwa klika, że to taka drużyna świń, nie obrażając prawdziwych świń, czyli tych z kręconymi ogonkami. Chociaż to też nie są prawdziwe świnie, tylko żywe obiekty świniopodobne. Prawdziwe świnie biegają po lesie, niosąc strach i poszukując żołędzi.

Zanim Maciek stał się niewidoczny, był z niego fajny herbatnik i mieliśmy wiele cudownych przygód, takich jak wtedy, gdy na pełnym rowerowym pędzie zupełnie nieświadomie i niechcący wjechał w świeży krowi placek. Upaćkał się wtedy od stóp do głów. Albo wtedy, gdy drażnił tego pijanego pijaka, który już nie żyje. Pijak się pieklił i próbował Maćka złapać. A ja śmiałem się do łez, bo pijak co chwila rzucał się z rozcapierzonymi łapami i po sekundzie lądował w trawie i błocie. Był jak jakiś pieprzony chrząszcz przewrócony na grzbiet. Taki nieporadny. Jego ręce i nogi żyły własny życiem i żadna siła nie była w stanie połączyć ich w jedną całość.

Z Maćkiem przyjemnie płynął czas, nawet wtedy, gdy latem w słońcu, używając małej soczewki, przypiekaliśmy mrówki albo gdy rzucaliśmy śnieżkami w to, w co nie powinniśmy rzucać, co czasami ściągało na nas poważne kłopoty.

Śmierć pijaka, którego drażnił Maciek, zakończyła historię życia, która nie jest mi obca. Poznałem ją ze strzępków rozerwanych zdań słyszanych od czasu do czasu. Była to jedna z tych historii życia, które czasami się opowiada po wioskach. W każdym razie gdy Maciek się z nim drażnił, nic już w pijaku nie zostało z przeszłości. Był już tylko kawałkiem mięcha, które musiało chlać. Przestał pić osiem miesięcy przed śmiercią. Te ostatnie miesiące spędził, głównie siedząc na ławeczce przed swoją ruderą, odpędzając swoich kolegów i duchy swoich kolegów. Raz mnie zawołał, gdy przechodziłem nieopodal. Miał przed sobą jeszcze dwa miesiące życia. Tyle że o tym nie wiedział. Ja też nie wiedziałem. Podszedłem i zatrzymałem się kilka metrów od niego. Może się bałem. Trwało to parę minut. W końcu zagadał coś takiego: „Byłem kiedyś na pustyni. Było już widno, ale jeszcze nie gorąco. Siedziałem i patrzyłem. Powinienem tam zostać. Ale nie zostałem. Jedź na pustynię. Powinienem tam zostać”. Taką miał dla mnie, kurwa, radę. Powiedziałem: „Dobrze”. I odszedłem. Powiesił się. Gdy go znaleziono, miał przy sobie paszport i wizę do jakiegoś pustynnego kraju. Nie ma to jak zrobić przedstawienie.

Zanim umarł i zanim wytrzeźwiał na kilka miesięcy, był tylko kawałem śmierdzącego mięcha nasączonego alkoholem. Stanowił więc znakomity obiekt drwin i zabaw. A Maciek mistrzowsko potrafił drażnić takie typy. Innymi słowy: świetnie się razem z Maćkiem bawiliśmy.

Był też z nami Cichy Rafał. Też jeździł na rowerze i grał w piłkę. Jak każdy normalny człowiek. Nie wiem, co się z nim teraz dzieje. Cichy Rafał był spokojny i opanowany. Był średni we wszystkim, czego się dotknął. Średnio się uczył, średnio grał w piłkę. Nie rozmawiał na lekcjach. Nie darł się na przerwach. Nie spóźniał się. Był taki grzeczny. Ale raz na jakiś czas w Cichego wstępował diabeł. Albo demon. Podobno dlatego, że jego ojciec był już wtedy martwy jak kamień. Zanim zginął przy próbie przestawienia słupa maluchem, zostawił matkę Cichego jak psa, dla pewnej pani, która wzięła się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd odeszła, gdy ojca Rafała odwinęli ze słupa i zakopali półtora metra pod ziemią.

Miło było patrzeć, jak w Cichego wstępował demon. Albo diabeł. Szliśmy raz sobie spokojnie jak gdyby nigdy nic, a wtedy ni stąd, ni zowąd Cichy się zatrzymał, popatrzył w lewo, popatrzył w prawo, schylił się, wziął kamień i rzucił z całych sił w okno najbliższego domu. Rozległo się wielkie „brzdęk”, co było nieomylnym sygnałem, że musimy wiać. Wialiśmy. Gdy niebezpieczeństwo mijało, a my siedzieliśmy w lasku nad rzeką, Cichy mówił spokojnym głosem: „Nie lubię tego domu. Wkurwiają mnie jego okna”. I przez kilka tygodni był z Cichym spokój. Chodził taki grzeczniutki, że nigdy nie padł na niego nawet cień podejrzenia. Zawsze mu się upiekło.

Nie był tak niebezpieczny jak Kuba Podpalacz. Kuba Podpalacz nie jeździł z nami na rowerze i rzadko grał w piłkę. Gdy miał dziesięć lat, polał denaturatem psią budę bez psa i ją podpalił. Rok później spalił wychodek mojej sąsiadki. Oprócz denaturatu zastosował specjalistyczną mieszankę saletry z czymś jeszcze, więc zanim wychodek spłonął doszczętnie, to jeszcze strzelał gównem naokoło. Nie lubiłem mojej sąsiadki. Powinienem zrobić z nią to samo, co Cichy zrobił z oknem, które go wkurwiało. Gdy Kuba Podpalacz miał dwanaście lat, spalił niezamieszkany rozpadający się drewniany domek. Tydzień później podpalił dużą komórkę tuż za płotem szkoły i tylko strażackie umiejętności i wiatr uniemożliwiły spłonięcie domu stojącego dwa metry od komórki. Nie wspominając o szkole. Gdy miał czternaście lat, spalił wielki dwustuletni magazyn szmat. Nigdy w życiu, ani wcześniej, ani później, nie widziałem tylu samochodów strażackich w jednym miejscu. Ich obecność nie na wiele się zdała, bo budynek i tak spłonął doszczętnie.

Kuba Podpalacz był profesjonalistą. Ale gdy ktoś go podejrzewa o podpalenie tego samolotu, który przeleciał nad naszymi głowami, ciągnąc za sobą ogon czarnego dymu, bo po chwili wylądował w lesie nieopodal, za jednym zamachem odsyłając z tego świata wszystkich pasażerów, pilotów, stewardesy i nawigatora, których miał na pokładzie, to ja kategorycznie dementuję te plotki. Nie zrobił tego Kuba Podpalacz. Ogólnie to człowiek o nastawieniu pokojowym i muchy by nawet nie skrzywdził. Nie tak jak ten skurwysyn Bobi, który poszedł o krok dalej i podpalił budę z psem. Ma też na koncie zamęczone co najmniej dwa koty. Nie wliczam całej gromady mniejszych stworzeń, które każde normalnie rozwijające się dziecko ma na swoim sumieniu, dzięki czemu staje się dojrzałym człowiekiem.

Bobi był skurwysynem, który zamęczył co najmniej dwa koty i spalił żywcem psa, za co powinna spotkać go kara. Myślenie, że każdego, kogo powinna spotkać kara, spotyka kara czy tu, czy gdzieś tam w zaświatach, ma taką samą magiczną moc jak śpiewanie kolęd z wiadrem na głowie. Całe szczęście, że Bobiego spotkała kara. Jeden z kotów zamęczonych przez niego był kotem Maciąga. Maciąg uwielbiał swojego kota, a poza tym był takim małym miejscowym złodziejaszkiem z zasadami. Więc ten Maciąg, gdy się dowiedział, że jego kot zginął w tragicznych i pełnych cierpienia okolicznościach, przyszedł do szkoły, znalazł Bobiego, wyciągnął go w miejsce niewidoczne z okien nauczycieli, czyli z tej strony szkoły, gdzie były kible, a następnie trochę go skopał, potem zmusił do zjedzenia psiego gówna, które leżało w trawie, a potem do zjedzenia kociego gówna, które specjalnie przyniósł w plastikowej torebce, następnie skopał go dotkliwie, aż krew sikała i zęby skakały po betonie, a na koniec odlał się na skulonego Bobiego i powiedział, że każdy, kto chce się odlać na Bobiego, może i powinien to zrobić, z czego kilka osób skorzystało. Na całe to sikanie, jedzenie gówna i kopanie patrzyła, jak myślę, z setka dzieciaków, w tym ja. Maciąg dostał brawa i poszedł sobie, mówiąc Bobiemu, że jak jeszcze raz dotknie jakiegoś kota, to on, Maciąg, osobiście odetnie mu kutasa, a następnie skopie go na śmierć.

Ja wiem, kto doniósł Maciągowi, z czyich rąk zginął Maciągowy kot.

I powiem kto!