Podejrzany jak diabli - Jacek Getner - ebook

Podejrzany jak diabli ebook

Jacek Getner

4,0

Opis

 

Nie łam serc, bo zostaniesz seryjnym nieboszczykiem!
Basia Kotula, dyrektor w międzynarodowej korporacji, wraz ze swoim ukochanym, podkomisarzem Rafałem Martusiem, przybywa do pensjonatu na Suwalszczyźnie. Podejrzewa, że umrze tam z nudów, bo policjant ma zamiar głównie łowić ryby. Zamiast niej umiera jednak inny gość pensjonatu…

 

Na miejscu pojawia się piękna pani prokurator Agata Całus, w przeszłości związana z podkomisarzem. Wszczyna śledztwo, do którego wciąga swojego byłego partnera. Prowokuje to Basię Kotulę do działania. Rozpoczyna się rywalizacja obu pań o to, która pierwsza schwyta mordercę. A także o to, która na dobre zdobędzie serce podkomisarza… Czy efekt przyniosą tradycyjne działania w wykonaniu pani prokurator, czy raczej te niekonwencjonalne, prowadzone przez Basię Kotulę? Nie ma wątpliwości: każdy z mieszkańców pensjonatu ma coś na sumieniu i coś ukrywa. I wciąż nie wiadomo, ile razy można zabić jednego denata…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2021

© Copyright by Jacek Getner, 2021

Nazwiska postaci: Janek Getner

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Joanna Fortuna

Korekta: Magdalena Białek

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcia na okładce: © anthonycz, © file404,

© Oleksandr Plakhotniuk/123rf.com

Zdjęcie Jacka Getnera: © Maciej Zienkiewicz Photography

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Producenci wydawniczy:

Anna Laskowska, Magdalena Wójcik, Wojciech Jannasz

Wydawca: Marek Jannasz

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66730-57-1 (EPUB); 978-83-66730-58-8 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

ROZDZIAŁ 1Pierwszy trup

„Chyba tutaj umrę z nudów – pomyślała Basia Kotula, patrząc na pensjonat Lodowiec, położony na samym skraju Grywit, typowo turystycznej miejscowości na Suwalszczyźnie, leżącej nad pięknym jeziorem o tej samej nazwie. – Rafał przynajmniej będzie miał co robić, kiedy zacznie rozwiązywać zagadkę, dlaczego umarłam na naszym pierwszym wspólnym wyjeździe na wakacje. Ale pewnie nie przyjdzie mu do głowy, że to właśnie z nudów. Pomyśli, że mnie ktoś otruł albo udusił. Zawsze szuka czysto kryminalnych rozwiązań, zamiast skupić się na uczuciach”.

– No i jak ci się tutaj podoba? – zapytał podkomisarz Rafał Martuś, patrząc z nadzieją w oczy Kotuli.

– Całkiem fajnie – odpowiedziała Basia, unikając wzroku swojego mężczyzny.

– Mówiłem, że tak będzie – powiedział ucieszony Rafał.

„A co miałam powiedzieć? – pomyślała Kotula. – Że jest tak, jak myślałam, i na pewno się zanudzę na śmierć? Bo ty się uparłeś jak osioł, że nie pojedziemy do fajnego hotelu ze spa, bo ciebie na niego nie stać i nie przyjmujesz do wiadomości, że ja bym miała za wszystko zapłacić? Bo mogę sobie zarabiać gruby szmal jako dyrektorka dużej korporacji, ale wydatki będziemy obliczać tak, żeby wyżyć z twojej policyjnej pensji? I tak dobrze, że zgodziłeś się tu przyjechać moim samochodem, a nie tym twoim rozpadającym się rzęchem”.

– Czemu nie wychodzisz? – zapytał Martuś, który stał już na zewnątrz.

– Przecież leje. Nie mam takiej super wędkarskiej kurtki jak ty, a parasolki schowaliśmy w bagażniku.

Martuś ruszył na tył samochodu, ale w tym momencie z pensjonatu wyłoniła się sylwetka właściciela, pana Antoniego Statkiewicza. Miał on w rękach ogromny parasol, na nogach kalosze i pędził co sił w stronę auta Kotuli. Otworzył drzwi od strony Basi i z promiennym uśmiechem powiedział:

– Proszę wysiadać, pani dyrektor, z moim parasolem nawet kropla na panią nie spadnie.

– Ale... skąd pan wie, kim jestem? – zdumiała się Kotula.

– Pan podkomisarz uprzedzał, że przyjedzie do nas z ważną panią dyrektor z firmy Subfood. – Statkiewicz zupełnie nie zwracał uwagi na rozpaczliwe machanie rękoma Martusia. – Mówił, że pani dyrektor może się u nas trochę nie podobać, ale go uspokajałem, że na pewno będzie pani zachwycona. Przygotowaliśmy dla państwa czwórkę, nasz najlepszy pokój, w zasadzie apartament. Ma taras z widokiem na jezioro. Pięknym widokiem. Bo nasz pensjonat stoi na wysokiej skarpie, tu się dziesięć tysięcy lat temu zatrzymał lodowiec. Dlatego tak się nazywamy. No to jak się lodowiec u nas zatrzymał, to i pani dyrektor będzie u nas dobrze, prawda panie podkomisarzu? Pani wie, że pan podkomisarz u nas wiele razy bywał, ale na polu namiotowym nad jeziorem? No ale dla pani dyrektor postanowił się szarpnąć, to zrozumiałe. – Właściciel pensjonatu trajkotał jak najęty, podczas gdy policjant ukrył swoją twarz pod ogromnym kapturem naciągniętym mocno na głowę, tak że wystawał spod niego tylko czubek nosa.

Basię Kotulę monolog Statkiewicza trochę rozbawił i nawet ucieszył, lecz zupełnie nie pozbawił jej obaw, że umrze w tym miejscu z nudów. Bo przecież nie chodzi o to, że nie jest tu pięknie. Nie miała wątpliwości, że Suwalszczyzna jest przeurocza. Te wspaniałe lasy, jeziora, pofałdowany teren. Tyle tylko, że to wszystko cieszyłoby ją, gdyby mogła to z kimś dzielić. Martuś zapewnił ją, że będzie mogła wypoczywać, jak chce, bo on i tak większość dnia planował spędzać na łowieniu ryb. Żeby tylko dnia. Miał zamiar często chodzić na ryby również w nocy. A odsypiać to potem w dzień, w największy upał, gdy ryby i tak nie żerują.

Gdyby chociaż była w dobrym hotelu ze spa, to przesiedziałaby większość czasu w basenie, na zabiegach pielęgnacyjnych i robiłaby wszystkie inne rzeczy, które oferują cztery gwiazdki. Jednak gdy zwróciła uwagę podkomisarzowi, że w związku z jego planami mogą nie spędzić zbyt wiele czasu razem, ten odpowiedział:

– No to jeśli chcesz, możesz czasem ze mną wyskoczyć na ryby. – W jego głosie nie było przesadnego entuzjazmu. – Najlepiej w nocy.

– Dlaczego w nocy?

– Bo w nocy się niewiele dzieje. Możemy posiedzieć na pomoście, popatrzeć w gwiazdy...

„...aż zadzwoni ten twój dzwoneczek na końcu wędki, a ty, choćbyś mnie całował, poderwiesz się na równe nogi, żeby złapać kolejną rybę – dokończyła w myślach Basia. – Zapomnij. Skoro już nie chcesz spać obok mnie, to chociaż ja się porządnie wyśpię”.

Wielki parasol Statkiewicza rzeczywiście ochronił Basię przed deszczem. Po chwili znaleźli się przy recepcji pensjonatu, choć słowo to, wypisane wielkimi metalowymi literami, było nieco na wyrost. Miejsce to stanowiło tylko niewielką wnękę w ścianie, którą odgradzało od reszty korytarza małe biureczko.

Za plecami recepcjonisty znajdowały się drzwi, które na szczęście otwierały się do wnętrza pomieszczenia znajdującego się za nimi, bo inaczej pracownik bez przerwy dostawałby nimi po plecach. W tej chwili zresztą owe drzwi właśnie się otworzyły i wyjrzała zza nich kobieta. Niemłoda, kiedyś pewnie bardzo atrakcyjna, a teraz już jakby zmęczona życiem, przyszarzała. Choć jeszcze pewne resztki urody się w niej wyraźnie tliły i z pewnością niejeden mógłby zapałać do niej uczuciem, zaś jej mąż mógł się poczuć zazdrosny. O ile Statkiewicz zrobił na Kotuli od razu wrażenie przesympatycznego, ale dość safandułowatego pierdoły, o tyle kobiety, która wyszła z pokoiku, Basia od razu nie polubiła. Tamta przywitała się z Kotulą chłodnym skinieniem głowy i zwróciła się do Statkiewicza:

– Ten spod szóstki chciał z tobą rozmawiać.

– Nie wiesz, czego chce, Sabinko? – burknął niezadowolony właściciel Lodowca. – Skaranie boskie z nim.

– Nie mam pojęcia. – Wzruszyła ramionami. – Ale jakoś bardzo mu się spieszyło.

– Pójdę do niego, kochanie, jak tylko rozlokuję pana podkomisarza z panią dyrektor.

Kobieta kiwnęła głową z obojętną miną, ale nagle jej twarz się rozpromieniła. Wzrok utkwiony miała gdzieś za plecami Kotuli, więc ta odruchowo odwróciła się i zobaczyła tam Martusia z bagażami. Kurtka podkomisarza wprost spływała wodą, a jego oblicze wciąż było schowane pod kapturem.

– Dzień dobry, panie Rafale! – krzyknęła rozpromieniona Sabinka. Basia stwierdziła, że gdyby nie obecność jej i Statkiewicza, który był chyba mężem tamtej, nieznajoma rzuciłaby się natychmiast na szyję jej mężczyzny.

– Dzień dobry, pani Statkiewiczowa – powiedział dość oschle Martuś, co nie uszło uwagi Kotuli. Zanotowała też, że Rafał błyskawicznie zmienił temat i zwrócił się do właściciela pensjonatu: – Ma pan jakieś problemy z gościem spod szóstki?

– Tak jakby. Zamówił pokój miesiąc temu. Miał przyjechać wczoraj. Ale przedwczoraj zadzwonił, że będzie jutro, czyli w poniedziałek, więc jak w sobotę trafili się turyści, co chcieli jedną noc skorzystać, to ich wziąłem. A on przyjechał jak gdyby nigdy nic dzisiaj i mówi, że zaliczkę zapłacił i chce swój pokój. Błyskiem ci poprzedni musieli się wyprowadzić, a Sabinka musiała posprzątać...

Wrzask, jaki nagle przetoczył się przez korytarz, dowodził, że lokator spod szóstki nie jest największym problemem właściciela Lodowca. Trójka malców, która była źródłem niepokojących dźwięków, zaczęła ścigać się pomiędzy Basią, Rafałem a panem Statkiewiczem z taką prędkością, że Kotula nie była w stanie się nawet zorientować, jakiej dokładnie są płci i w jakim wieku. Dopiero po chwili usłyszała głos ich matki dobiegający z pokoju numer jeden:

– Antek, Stasiek, Zuzia, wracajcie do pokoju! Boże, kiedy ten deszcz wreszcie przestanie padać i będzie można wyjść na dwór, bo już dłużej nie wytrzymam! No, wracajcie do pokoju. Leszek, powiedz im coś, proszę!

Na dźwięk imienia ojca cała trójka, zamiast spokornieć i pomaszerować do pokoju, jakby dostała dodatkowej energii. Wprawdzie po chwili w progu pojawił się pan Leszek, ale poprawił tylko bezradnie okulary na nosie i zamierzał coś powiedzieć, lecz nie dał rady wydobyć z siebie głosu. Zirytowana jego zachowaniem żona wciągnęła go z powrotem do pokoju, po czym sama wyszła na korytarz i powiedziała:

– Jak nie wrócicie za piętnaście sekund, będzie tydzień szlabanu na gry!

Ta groźba odniosła pewien skutek, bo maluchy w końcu przystanęły. Dopiero wtedy Basia zauważyła, że dwójka chłopców (na oko jedenasto-, dwunastoletnich) ma włosy czarne jak smoła, podobnie jak rodzice, zaś mniej więcej ośmioletnia dziewczynka jest ruda.

– Ale tydzień to znaczy siedem dni? – zapytał jeden z chłopców.

– I wszyscy będziemy mieć szlaban? – dopytywał się drugi.

– Tak. Czekam dziesięć sekund.

– To niesprawiedliwe, to oni zaczęli mnie gonić – poskarżyła się ruda dziewczynka.

– Pięć sekund. I tydzień szlabanu.

Cała trójka błyskawicznie wróciła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi.

– To Mrówczyńscy – westchnął właściciel Lodowca. – Wszędzie wetkną te swoje małe noski.

Basia i Rafał weszli na piętro razem z właścicielem pensjonatu i znaleźli się w pokoju numer cztery. Pan Statkiewicz nie kłamał, widok stąd był rzeczywiście piękny. Gdy tylko przestanie padać, Basia będzie mogła opalać się na balkonie i podziwiać Rafała łowiącego ryby z pomostu albo z łódki. No chyba że wcześniej jednak umrze z nudów. Zresztą nawet gdy zaświeci słońce, może też umrzeć, bo ileż można opalać się na balkonie?

– Do pomostu duża konkurencja? – Basię dobiegł głos Rafała.

– W samym pensjonacie jest dwóch wędkarzy pod ósemką – odpowiedział właściciel Lodowca. – Ale oni właściwie tylko na łódce siedzą, nawet jak mniejszy deszcz pada. A pod namiotem są tacy okazyjni, czasem pomoczą kija. A, no i pan Cieszeyko z żoną, ale ich pan zna, więc nie powinno być problemu. Zwłaszcza że i na pana podkomisarza czeka osobna łódka, do wyłącznej dyspozycji. – Statkiewicz zerknął na zegarek. – No, lecę zobaczyć, czego ten spod szóstki chce. Powiem panu podkomisarzowi, że mi się nie spodobał od razu po przyjeździe. Rudy taki, fałszywy znaczy się.

Właściciel Lodowca wyszedł, a Basia przykleiła nos do szyby i zapatrzyła się na jezioro Grywity, które w tej chwili było słabo widoczne, bo deszcz zaczął padać jeszcze mocniej. Tylko gdzieś spod wyspy przebijał się intensywnie żółty kolor płaszcza wodoodpornego jakiegoś samotnego wędkarza siedzącego na łódce.

– Szkoda, że tak pada – usłyszała zza pleców głos Martusia i pomyślała, że właściwie to może lepiej. Dopóki z nieba leją się takie strumienie wody, to przynajmniej przystojny podkomisarz spędzi z nią trochę czasu w pokoju. Dlatego powiedziała:

– Lubię taką deszczową pogodę. Wtedy przyjemniej siedzi się w domu.

– No to świetnie.

– Co świetnie? – Odwróciła się i zobaczyła, jak Rafał wzuwa wysokie gumowe buty, a na wierzchu jego otwartej już walizki leży długi gumowany płaszcz przeciwdeszczowy.

– Świetnie, bo miło spędzisz czas, jak wyskoczę na godzinkę na pomost.

– Dopiero przyjechaliśmy...

– No właśnie... Pewnie chcesz się rozpakować, poukładać wszystko w szafach po swojemu. Tylko bym ci przeszkadzał. A w taki deszcz to nawet na spacer nie możemy pójść. Za to ryby doskonale biorą.

Basia już chciała odpowiedzieć, że ona też wzięła na ten wyjazd superodporny płaszcz przeciwdeszczowy i kalosze w kwiatki, ale w tym momencie drzwi ich pokoju otworzyły się i stanął w nich blady jak trup Statkiewicz. Kotula miała nawet wrażenie, że właściciel Lodowca padnie zaraz martwy u ich stóp, bo mimo tego, że wyraźnie poruszał ustami, nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.

W końcu jednak Statkiewicz wychrypiał coś, co dało się zrozumieć i brzmiało mniej więcej tak:

– On nie żyje. Ten spod szóstki jest trup. Ktoś mu wbił nóż pod serce...

ROZDZIAŁ 2Wróg u bram

Podkomisarz Martuś zdawał sobie sprawę ze swoich ewidentnych braków w znajomości kobiecej psychiki. Był przeciętnym mężczyzną, dla którego „tak” znaczyło „tak”, a nie „być może” albo też „nie ma mowy”, w zależności od ukrytych intencji osoby je wypowiadającej. Dlatego jedyny w miarę stały związek stworzył z koleżanką z pracy, prokurator Całus. Tylko ona była dla niego wyrozumiała i czasem łaskawie tłumaczyła mu, dlaczego jej „nie” wcale niekoniecznie oznacza „nie” i nie kazała tego faktu samodzielnie zrozumieć. A i tak na końcu się pokłócili i stracili kontakt, bo piękna pani prokurator wyprowadziła się z Warszawy.

Od czasu rozstania z nią podkomisarz Martuś nigdy nie dotrwał w swych związkach do trzeciej randki i koledzy z pracy kpili z niego, że wisi nad nim „klątwa Całus”. Dopiero pojawienie się w jego życiu Basi Kotuli zmieniło wszystko. Początkowo tylko irytowała policjanta jako narzeczona głównego podejrzanego o morderstwo w sprawie, którą prowadził. Chciała mu udowodnić niewinność ukochanego i powtarzała tę swoją głupią maksymę, że „kryminał to taki romans, tyle że z trupem w tle”. I przyjęła to jako swoją metodę śledczą, wtrącając się i niepotrzebnie narażając!

Koniec końców szczęśliwie okazało się, że narzeczonym Kotuli zaopiekowała się jego była dziewczyna i Martuś rozpoczął związek, który doprowadził do tego oto wspólnego wyjazdu w piękne okoliczności Suwalszczyzny. Od początku czuł jednak, że Basia jest w jakiś sposób niezadowolona z wakacji. Gdy ją o to pytał, odpowiadała, że bardzo się cieszy, że wie, że będzie fantastycznie, a jednocześnie nie widział w niej nawet cienia entuzjazmu i nie mógł tego pojąć. Normalnie może by się nie przejął, lecz bardzo mu zależało na tym związku. Kupił przecież nawet poradnik „Jak zrozumieć kobietę i jak z nią przeżyć” napisany przez niejakiego Getnera. Nie przeczytał jednak zbyt wielu stron i bardzo tego żałował w tej chwili. Nie mógł bowiem wyciągnąć książki z walizki przy Kotuli, żeby pojąć jej obecne zachowanie. Zapytał więc tylko bezradnie:

– Ale kochanie, dlaczego chcesz stąd wyjechać?

– Nad nami jest trup! – wyjaśniła krótko Basia, wpatrzona cały czas w ekran swojego laptopa i zajęta poszukiwaniem najbliższego czterogwiazdkowego hotelu, co nie okazało się łatwym zajęciem, bo te lepsze były raczej położone dalej, na Mazurach.

– Za chwilę przyjedzie miejscowa policja i pewnie prokurator. I go zabiorą.

– A ja spędzę samotnie najbliższe dwa tygodnie w pokoju, nad którym padł trup.

– Ale jakie samotnie? – obruszył się podkomisarz, bo naprawdę nie mógł zrozumieć, o co chodzi pani dyrektor Subfooda. – Ze mną przecież spędzisz...

– Ty będziesz cały czas na rybach.

– No nie przesadzaj, nie cały czas...

– Z moich obliczeń, na podstawie twoich deklaracji, wychodzi, że będzie to między dwanaście a czternaście godzin dziennie.

– To jeszcze pół każdego dnia możemy spędzić razem – zauważył niezbyt rozsądnie Martuś.

– W pozostałym czasie pewnie będziesz ryby obierał, smażył i jadł. No i odsypiał te nocki, które spędzisz na ich łowieniu. Czyli czasem razem zjemy obiad, może kolację. No i ewentualnie czeka nas spacer. I co ja mam robić sama?

– Tu jest piękna okolica...

– Chętnie bym ją poznała.

– No widzisz – ucieszył się podkomisarz, lecz nie na długo.

– Ale razem z tobą, a nie na samotnych spacerach.

– Parę razy możemy się przejść – zadeklarował z poświęceniem Rafał.

– A co będę robić w pozostałym czasie?

– Przecież widziałem, jak pakowałaś chyba z sześć tych swoich romansideł do czytania – urwał, bo dopiero teraz sobie przypomniał, jak Kotula jest drażliwa na punkcie jego braku poważania dla literatury miłosnej. Dlatego w akcie rozpaczy postanowił zasłonić się innym argumentem: – Przecież wiedziałaś, że tak będzie i ci to nie przeszkadzało...

– Nie przeszkadzało mi?! – Kotula po raz pierwszy od dłuższego czasu oderwała wzrok od ekranu laptopa.

– No, nic nie mówiłaś na ten temat. Gdybyś choć słowem wspomniała, to pewnie bym się zastanowił...

– Rafał, czy ty naprawdę uważałeś, że mi to się mogło spodobać?

Martuś zamilkł, przypomniawszy sobie, że jedną z pierwszych rad z poradnika Getnera było nieodpowiadanie na równie podchwytliwe pytania. Dodatkowo skojarzył poniewczasie, że było tam również napisane, iż fakt niemówienia o tym, że coś kobiecie przeszkadza, jest pierwszym objawem tego, że tak naprawdę jej to przeszkadza. Chyba będzie musiał dokładnie, od deski do deski, przestudiować ten cholerny poradnik i nauczyć się go na pamięć! Zabierze go w nocy na ryby razem z latarką.

– Czemu nic nie mówisz? – zapytała Kotula.

– Bo nie wiem, co powiedzieć – wyznał z rozbrajającą szczerością Martuś i to go chyba uratowało. Miał bowiem przy tym tak żałosną minę, że Basi zrobiło się go żal i postanowiła przyjść mu z pomocą:

– Powiedz: „Dobrze, kochanie, jak znajdziesz odpowiedni hotel tuż nad jeziorem, gdzie będę mógł łowić ryby przez pięć, a nawet sześć godzin dziennie, to zaraz stąd wyjedziemy...”.

– A myślisz, że znajdziesz hotel, w którym pozwolą mi usmażyć ryby? – zapytał z nadzieją.

– Martuś, nie przeginaj, tylko powtórz, co powiedziałam...

– No ale co ja będę robił z rybami?

– Wypuszczał. Albo popłyniesz sobie na jakąś wyspę, rozpalisz ognisko i tam je upieczesz. Pod warunkiem, że zmieścisz się w limicie czasu przeznaczonym na ryby. To jak będzie?

– Tak od razu nie damy rady wyjechać – zauważył podkomisarz. – Prokurator nas pewnie przesłucha i poprosi, żebyśmy zostali chociaż do jutra.

– To użyjesz swojej cudownej legitymacji policyjnej i powiesz, że przyjechaliśmy tu już po zabójstwie, nikogo nie znamy i nie umiemy im w żaden sposób pomóc. Prawda?

– Powiem ci, że niekoniecznie. Mogli go zabić dokładnie wtedy, kiedy wjeżdżaliśmy na podwórko. Poza tym Statkiewicz mówił, że to mogli być wędkarze mieszkający w pokoju naprzeciwko niego, bo podobno wydawało mu się, że spojrzeli na siebie krzywo, jak się ten rudy wprowadzał pod szóstkę.

– A znasz ich?

– No... nie.

– Czyli nie możesz i tak pomóc w śledztwie. Zresztą wędkarze pewnie się bali, że przyjechał ktoś, kto im będzie zajmował ich ukochany pomost albo łódkę. Jeśli już ktoś mógł go zabić, to ojciec tej trójki piekielnych dzieciaczków, która nas dopadła zaraz przy wejściu. On jest podejrzany jak diabli.

– Dlaczego tak myślisz? – zainteresował się Rafał. – Przecież on nawet własnych dzieci nie mógł zapędzić do pokoju, a co dopiero wbić komuś nóż pod serce.

– Pewnie podejrzewał faceta o romans z żoną.

– Co? Baśka, daj spokój z tymi swoimi teoriami, że kryminał to taki romans...

– A co się okazało w sprawie prezesa Brzózki, co? I nie mów, że to był przypadek, bo świat składa się z takich przypadków. A pomyśl sam: on czarny, ona czarna, chłopaki czarne, a dziewczynka ruda. Tak jak ten trup spod szóstki. Mówię ci, ojciec tych dzieci jest podejrzany jak diabli!

Ktoś zapukał do pokoju. Było w tym pukaniu coś tak dziwnego, że Basia spojrzała zaniepokojona na drzwi. Z jednej strony rytmiczne stukanie brzmiało natarczywie, z drugiej jakoś tak lirycznie, jakby zapowiadało miłość. Delikatnie i czule. Choć jednocześnie stanowczo i władczo.

– Proszę – odpowiedziała wbrew sobie.

Drzwi otworzyły się i ukazała się w nich burza blond loków opadających na ramiona eleganckiej marynarki, która wraz ze spodniami stanowiła komplet. Owa burza blond loków weszła do środka i stanęła, patrząc na Martusia wzrokiem tyleż groźnym, co czułym. Policjant otworzył usta z wrażenia, jakby zobaczył kolejnego trupa lub przynajmniej kogoś, kto nim być powinien.

– Martuś – powiedziała burza blond loków.

– Całus – odpowiedział jej zdumiony podkomisarz i twarz mu stężała.

– Martuś – powiedziała ponownie blondynka, tym razem wypowiadając nazwisko policjanta jakby z pewną groźbą.

– Całus – powtórzył głucho podkomisarz, a słowo to nie wróżyło nic dobrego dla nowo przybyłej.

Kotula patrzyła na tych dwoje i sama nie wiedziała, czemu w jej uszach zaczęła brzmieć muzyka Ennio Morricone ze spaghetti westernów, uwielbianych przez jej byłego narzeczonego Bazylego Jacaka. Najbardziej utkwił jej w głowie fragment z pojedynku trzech rewolwerowców stojących w trójkącie i zastanawiających się, kto do kogo strzeli. I Basia miała wrażenie, że teraz jest jednym z tych rewolwerowców, choć wprawdzie pozbawionym broni palnej. Ona naturalnie celowałaby w Całus. Oczywiście nie z zazdrości, ale miała wrażenie, że tamta sama sięga po broń ukrytą gdzieś pod marynarką. Co gorsza, Martuś też wyglądał, jakby chciał kogoś zabić. Kotula przypominała sobie intensywnie proces jego pakowania, zastanawiając się, czy aby na pewno nie zabrał ze sobą służbowego pistoletu. Z jednej strony bowiem czuła, że tych dwoje może zaraz do siebie strzelić, lecz z drugiej nie była pewna, czy nie zastrzelą jej samej jako oczywistej przeszkody na drodze do wskrzeszenia dawnej miłości, o której Basia wiedziała od jednego z kolegów Rafała. Napięcie rosło z każdą sekundą, a muzyka w głowie Kotuli grała coraz głośniej. Zagłuszyła już całkiem szum deszczu i wichury, która szalała na zewnątrz. Basia, nie mając pod ręką żadnego rewolweru, chwyciła mocniej laptop, żeby (w razie potrzeby) cisnąć nim w intruzkę. Jednak zamiast krwawej jatki, oblicza policjanta i prokurator rozjaśniły się nagle w uśmiechu, jak na widok dawno niewidzianego znajomego.

– Rafał – powiedziała burza blond loków.

– Agata.

Ich ramiona rozwarły się i jakby zapominając o całym bożym świecie, przywitali się serdecznie. Być może nawet trwaliby przytuleni dużo dłużej, gdyby nagle w tę sielankę nie wdarł się głos Kotuli:

– To ja może zaniosę już swoją walizkę do samochodu.

– A co, znalazłaś hotel? – zapytał niemile zdziwiony Rafał.

– Tak – skłamała gładko Basia.

– To twoja dziewczyna czy żona? – zapytała burza blond loków. Nie poczekała jednak na odpowiedź, tylko wyciągnęła rękę do Kotuli, mówiąc: – Prokurator Agata Całus. Bardzo mi miło.

– Barbara Kotula, mnie również miło – odpowiedziała chłodno. – A jeśli chodzi o pani pytanie, to jesteśmy parą od niedawna.

– Ale skoro przywiózł panią w to miejsce, to znaczy, że jest pani dla niego ważna. – Basia nie wiedziała, co sądzić o bezpośredniości swojej poprzedniczki, dlatego tylko uważnie ją zlustrowała – Na pewno jest pani ważna, bo nikogo tu nie zabierał.

– Cieszę się – stwierdziła wciąż chłodno Kotula, a w jej głowie kłębiło się mnóstwo podejrzeń. Właściwie już była pewna, że Martuś zabrał ją w to miejsce i zaplanował morderstwo faceta spod szóstki. Wszystko po to, żeby przyjechała prokurator Całus i żeby on ją mógł jej pokazać. A potem jeszcze odzyskać tę burzę blond loków, która poczułaby się zazdrosna o Basię. – To co, mogę zanieść walizkę?

– Jestem przekonana, że Rafał zrobi to potem sam – powiedziała z uśmiechem prokurator Całus. – Za godzinę was wypuszczę, bo wy chyba przyjechaliście już po wszystkim i nie ma sensu, żebyście tu siedzieli. Ale na tę godzinę muszę porwać Rafała. Dwóch moich najlepszych śledczych pojechało akurat na urlop. Bardzo przydałaby mi się jego pomoc. Oczywiście jeśli pani nie ma nic przeciwko.

– Ależ skąd. Mogę poczekać, dla mnie to żadna różnica. – Kotula oświadczyła tak naturalnie, że Martuś, na swoją zgubę, uwierzył w jej słowa.

ROZDZIAŁ 3Pierwsi podejrzani

O tym, że w pensjonacie jest trup, wiedzieli już wszyscy. Choć reakcje były różne. W pokoju numer jeden, zajmowanym przez Mrówczyńskich, panował jak zwykle hałas. Antek ze Staśkiem koniecznie chcieli pójść dotknąć trupa, czym wywoływali piski strachu ze strony Zuzi. Ich matka zmęczona tym wszystkim postanowiła złamać swoje zasady i wyjęła tablety, które miały być używane tylko przez pół godziny rano i wieczorem. Po chwili w pokoju zapanowała cisza, która umożliwiła rodzicom rozmowę.

– Ty w ogóle widziałeś tego, co go zabili? – zapytała pani Mrówczyńska.

– No skąd, Iza?

– W końcu wychodziłeś parę razy przespacerować się po schodach. Tylko my się od rana nie ruszaliśmy z pokoju. Po co oni nas tu trzymają? Przecież nic nie wiemy...

– Pewnie muszą wszystkich przesłuchać i tyle.

– Ale my sami jesteśmy ledwie żywi – westchnęła Iza. – Może mógłbyś pójść i coś zrobić, żeby nas wypuścili.

– I tak pada.

– Ale pojechalibyśmy do Augustowa i przepłynęlibyśmy się statkiem, siedząc pod pokładem.

– W Augustowie już nas nie wpuszczą na statek – powiedział smutno Leszek. – Po tym, jak ostatnio Antek zawisł za burtą.

– Może zapomnieli? Dzieci są przecież do siebie podobne.

– Żadne nie jest podobne do naszych dzieci.

– No pewnie, zwal na nich – zezłościła się Iza. – Są rozbrykane, bo brak im twardej męskiej ręki. Ale nic dziwnego, ty tylko na uniwersytecie siedzisz albo na konferencje naukowe wyjeżdżasz. Wiecznie cię w domu nie ma. To mógłbyś teraz pójść i coś załatwić...

– Kochanie... – Leszek wskazał dyskretnie na dzieci.

– I tak nic nie słyszą. Jak zaczną grać, nic nie słyszą, można do nich walić z armat. A ty nie zmieniaj tematu, tylko pójdź coś załatwić. Chyba zrozumieją, że to nie nasze dzieci zamordowały tamtego?!

W pokoju numer dwa, zamieszkiwanym przez małżeństwo zapalonych grzybiarzy, państwa Przychodzkich, energicznych sześćdziesięcioparolatków, nikt nie chciał dotykać trupa ani też nie spieszył się tak bardzo do opuszczenia pensjonatu. Para spędziła kilka porannych godzin na zbieraniu grzybów, potem niemal godzinę na ich obieraniu. Teraz, mimo dobrej kondycji, oboje nie mieli nic przeciwko temu, żeby trochę odpocząć.

– Myślisz, że nam dadzą zniżkę za pobyt? – zapytała rzeczowo pani Przychodzka.

– Tam człowiek martwy, a ty o takich rzeczach – skrzywił się z niesmakiem jej mąż.

– No przecież ten trup popsuł nam pobyt. Zniżka nam się należy.

– Proszę cię.

– A może w ogóle nie będą chcieli od nas pieniędzy poza zaliczką, cośmy im zapłacili? – rozmarzyła się.

– Niedobrze mi się robi, jak cię słucham. Chyba pójdę na grzyby. – Pan Przychodzki zaczął rozglądać się po pokoju.

– No co ty, nie wypuszczą cię, nie ma mowy. Mówili, żeby się nie oddalać... Czego szukasz?

– Noża.

– Pewnie w kuchni zostawiłeś w koszyku. Wiecznie go gubisz i gdzieś zostawiasz – zrzędziła Przychodzka. – A jak nam nie dadzą zniżki, to może chociaż pozwolą w końcu grzyby w pokoju obierać, a nie we wspólnej kuchni. Strasznie nie lubię tych wścibskich dzieciaków Mrówczyńskich, które co chwilę pytają się: „A co to za grzyb? A może trujący? A nie boi się pani, że zaraz umrze?” – przedrzeźniała Antka i Staśka.

Pokój numer trzy znajdował się na piętrze i sąsiadował z lewej strony z czwórką, należącą do Kotuli i Martusia. Tu trup spod szóstki wywołał prawdopodobnie największe wrażenie, gdyż jedna z jego lokatorek wycierała łzy płynące po jej policzkach, zaś druga nerwowo chodziła od drzwi do okna.

– Przestań się mazać – rzuciła Karolina Początek, nie zwalniając nawet na chwilę kroku. Była potężna, miała prawie sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu i wagę odpowiednią do swojej wysokości. Jej wielkość robiła szczególne wrażenie w zestawieniu z kruchością i delikatnością współlokatorki, która nie dość, że niska, to i ważyła niewiele ponad pięćdziesiąt kilogramów.

– Kiedy nie mogę – załkała cała we łzach Ewelina Koniec.

– Jak tak będziesz ryczeć, to pomyślą, że miałyśmy z tym coś wspólnego.

– No bo przecież... miałyśmy... – rzuciła nieśmiało.

– Zamknij się i idź do łazienki umyć twarz.

Ewelina Koniec posłusznie wstała i poszła do łazienki. Karolina Początek cały czas krążyła po pokoju, zaś jej myśli krążyły wokół ostatnich wydarzeń. Po cholerę tu przyjechała? Powinna zostawić Ewelinę i nie przejmować się tym, co robi. A tak będzie wplątana w sprawę morderstwa!

W pokoju numer siedem toczyła się w tej chwili niezwykła walka rycerzy z pradawnymi smokami, potworami i złymi duchami. Jego lokatorzy, para trzydziestolatków, byli jedynymi, którym kompletnie nie przeszkadzał ulewny deszcz oraz chwilowy zakaz opuszczania pensjonatu. Zresztą obecnie znajdowali się w wymyślonym przez innych miejscu, w którym panował siarczysty mróz, leżały dwumetrowe zaspy śniegu, a grający od prawdziwego świata byli odcięci wirtualnymi okularami.

– Uważaj, za tobą! – krzyknęła Patrycja Grzenda.

– Widzę, kotku, podejdę go od tyłu, ty wtedy wrzaśnij, a ja go walnę w samo serce – odpowiedział ze spokojem zawodowego mordercy Andrzej Lipa.

– Nie możesz sam wrzasnąć?

– No jak? Zapomniałaś, że ten czarodziej odebrał mi mowę jakieś dwie godziny temu?

– Nie było mnie, wyszłam na chwilę rozprostować kości.

– Mówiłem ci, gry nie można opuszczać bezkarnie – pouczył partnerkę Lipa.

– Dzięki temu chociaż widziałam tego faceta, co go zabili obok nas.

– I co z tego?

– Przynajmniej wiem, że to dziwne. Mówili, że on przyjechał przed chwilą, ale jestem pewna, że widziałam go też wczoraj wieczorem na podwórku. – Grzenda rozluźniła uchwyt trzymanego w dłoni joysticka, co mogło mieć fatalne skutki.

– Uważaj, nie opuszczaj miecza! – ostrzegł Lipa. – A co robiłaś wieczorem na podwórku?

– Wracałam znad jeziora, ze spaceru.

– No właśnie, ty sobie wychodzisz, a ja tu muszę cały czas z mieczem sam zapierdalać! – powiedział z wyraźnym wyrzutem. – I jeszcze pewnie policja zaraz nam przeszkodzi w dalszej grze. Ludzie nie potrafią dzisiaj uszanować świętości i nie rozumieją, że prawdziwej rozgrywki nie wolno przerywać.

– No, ale trup...

– Zapomnij o nim. Jest nieważny. A najlepiej w ogóle nie mów, że widziałaś tego faceta wczoraj wieczorem. No chyba że widział was ktoś inny?

– Chyba nie, byliśmy sami – stwierdziła po chwili zastanowienia Grzenda. – W zasadzie się minęliśmy. Był chyba nawet w tym samym garniturze co dziś.

– Jesteś pewna?

– Tak, przecież wiesz, że mam pamięć do twarzy i detali.

– No wiem – potwierdził ponuro Lipa. – Ale radzę ci, lepiej tego nikomu nie mów. Oprócz tego, że go dziś mijałaś, bo cię widział i gospodarz, i ci wariaci z wędkami, co cały czas są na łódce. Ale o wczorajszym nic nie mów. I skup się na grze, bo musimy skończyć ten level, zanim przyjdą policjanci.

Tymczasem wariaci z wędkami, urzędujący w ósemce, od dłuższej już chwili siedzieli w milczeniu, skrupulatnie unikając własnego wzroku. Stefan Wisła bębnił palcami w nocny stolik, zaś Marceli Kałuszko zajęty był rozplątywaniem żyłki na kołowrotku. Jak długo potrafi trwać ta czynność, wie tylko ten, komu się kiedyś splątała żyłka. Ale Kałuszko odniósł w końcu sukces i teraz nie bardzo nawet wiedział, co ma zrobić z kołowrotkiem. Czy schować go do torby, czy uzbroić w niego swój najdłuższy teleskop? W końcu rzucił go obok siebie na łóżko i jęknął:

– A miało być tak pięknie...

– Przecież wiem. Tydzień bez naszych kobiet. Tylko ryby i my, my i ryby. Ale się wszystko pokomplikowało. Gdyby nie przyjechał ten facet...

– Dobrze wiem, przez kogo się skomplikowało. – Kałuszko zdecydował, że musi odłożyć kołowrotek do torby, bo w tym stanie ducha nie potrafiłby zawiązać haczyka i za cud należy uznać, że mimo drżących rąk w ogóle odplątał żyłkę. – Szlag by to trafił. Co to będzie?

– Nie masz się co denerwować, przecież gość już nie żyje – stwierdził Wisła z nutą satysfakcji. – Nie cieszysz się?

– Pewnie, że się cieszę. Należało się draniowi. Ale wolałbym, żeby go ktoś zabił dalej od nas.

– Najważniejsze, że ktoś to zrobił – powiedział chłodno Wisła. – A za chwilę się wszystko ułoży. Grunt to nie wpadać w panikę.

– Jak ma się ułożyć? – zapytał płaczliwie Kałuszko. – Za dwa dni stąd wyjeżdżamy. I w ogóle nie wiem, po co się uparłeś, żeby przyjechać akurat tutaj. Mogliśmy pojechać w tysiąc innych miejsc!

– Skąd mogłem wiedzieć, że ten gość też się tutaj pojawi? A poza tym lubię to miejsce, byłem tu już tyle razy, wiem, gdzie ryby łowić...

– I wiesz, jak zbajerować Statkiewiczową – zauważył zgryźliwie Marceli.

– Oj, przestań się czepiać, nie moja wina, że na mnie leci jak wszystkie baby. Już taki mój urok. – Uśmiechnął się nieskromnie, ale jak najbardziej zasłużenie, bo cieszył się w tym względzie pewną sławą.

– Powiedziałem ci, że jak jedziesz ze mną, żadnych bab nie podrywasz, bo bym nie mógł siostrze w oczy spojrzeć!

– Ciszej – przerwał mu teatralnym szeptem Wisła i równie cicho dokończył: – Nie pomyślałeś, że mogą nas podsłuchiwać?

Marceli najchętniej odpowiedziałby coś niezbyt miłego, ale pomyślał, że jego szwagier może mieć rację. Ściany w pensjonacie nie należały do przesadnie grubych, a policja na pewno podejrzewa o to morderstwo kogoś z gości. Logiczne jest więc, że może ich próbować podsłuchiwać.

Jedyną osobą w Lodowcu, która nie myślała w żaden sposób o trupie, była Basia Kotula. Chcąc zająć głowę czymś innym niż zastanawianie się nad tym, co robi podkomisarz Martuś wraz z prokurator Całus, namierzyła w końcu bardzo przyzwoity hotel w odległości zaledwie trzydziestu kilometrów. Zadzwoniła tam od razu, zarezerwowała najdroższy apartament, bo tylko taki był wolny od ręki, i uprzedziła, że dotrą z Rafałem późnym wieczorem. A potem pomyślała, że właściwie mogłaby wziąć prysznic, skoro i tak Statkiewicz pewnie nie zwróci Martusiowi zaliczki.

Wielkość łazienki jej nie zachwyciła, ale była ona wynikiem tego, że właściciel Lodowca podzielił kiedyś wielki pięcioosobowy pokój na dwa, w którym od biedy zmieściłoby się tyle samo osób, za to opłata, którą mógł za tę przestrzeń pobierać, była odpowiednio wyższa. O ile w pomieszczeniach sypialnianych tego podziału nie było widać, o tyle łazienka, rozdzielona na dwie mikroskopijne części, stanowiła tego najlepsze świadectwo. Aby nie powiększać ciasnoty, została przedzielona wyjątkowo cienką ścianką, dlatego kiedy Kotula wycierała się ręcznikiem, bez problemu usłyszała rozmowę toczącą się w pokoju numer pięć:

– Kiedy go wreszcie poznam? – zapytał głos, który nosił jeszcze ślady niedawno przebytej mutacji.

– Mówiłam ci, już niedługo.

– Mówisz tak od dwóch lat! Cały czas mnie okłamujesz, mamo!

– Nic na to nie poradzę, synku. On, to znaczy twój ojciec, nie chciał się z nami widzieć. Zgodził się dopiero tutaj, na neutralnym gruncie. I to pod warunkiem, że nie będziemy mu się narzucać.

– Nie narzucaliśmy mu się przez ponad piętnaście lat – rzucił gorzko chłopak.

– A co, źle nam ze sobą było, synku?

– Zgodziłem się tu przyjechać tylko dlatego, że on też miał tu być.

– Nie rozumiem, dlaczego tak ci na tym zależy.

– Przecież ci powiedziałem. Chcę mu wygarnąć prosto w twarz, co o nim myślałem przez te wszystkie lata!

Rozmowa ucichła, a po kilku sekundach Basia usłyszała przytłumione dźwięki ciężkiej metalowej muzyki, które świadczyły o tym, że młodzieniec po mutacji nałożył na uszy słuchawki i nastawił swoje ulubione utwory na cały regulator. Zaś ubierająca się Kotula pomyślała:

„A może to ten rudy był jego ojcem? I chłopak mu wygarnął wszystko. Chociaż nie, taki młody nie potrafiłby tak udawać. Ale z drugiej strony przez tyle lat myślał, jak się na ojcu zemścić... A może to ona? Spotkali się po latach, on ją kiedyś zostawił i teraz, jak tylko pojawił się w pensjonacie, poszła do niego i się pokłócili. Albo przestraszyła się, że jej syn chce coś zrobić, więc poszła do mężczyzny, prosząc, żeby wyjechał, a on nie chciał? Albo... A zresztą, co mnie to obchodzi? Najdalej za dwie godziny mnie tu już nie będzie!”

ROZDZIAŁ 4Narzędzie zbrodni

Prokurator Całus udawała, że jest całkowicie pochłonięta lekturą i wypełnianiem dokumentów, co musiała robić po każdym morderstwie. Tak naprawdę jednak zerkała spod oka na podkomisarza Martusia, który wpatrzony był w narzędzie zbrodni wyjęte z ciała denata. Był to wyprofilowany nóż z zakrzywionym ostrzem, przypominającym nieco paszczę rekina.

– Raczej nie przywiózł tego sam – zauważył w końcu.

– Dlaczego tak uważasz?

– Bo ten nóż nie pasuje mi do jego garnituru.

– Mnie w ogóle ten garnitur do niego nie pasuje – stwierdziła pani prokurator.

– Dlaczego? Całkiem dobrze na nim leżał – próbował zażartować Martuś.

– Ale co facet w tak eleganckim garniturze robi w pensjonacie Lodowiec? Tu ludzie przyjeżdżają na ryby, grzyby, poopalać się, pojeździć na rowerze.

– Mógł przyjechać w interesach.

– Wtedy zatrzymałby się w przyzwoitym hotelu...

– I ty to samo?! – zirytował się podkomisarz. – Przecież to piękny pensjonat, cudownie położony, pokoje naprawdę przyzwoite. Nie rozumiem, co wam się w tym miejscu nie podoba?

– Mnie się tu bardzo podoba – odpowiedziała zdziwiona. – Wiesz, że wychowałam się niedaleko stąd.

– Nie chodzi mi o okolicę, tylko o pensjonat. Co ci w nim nie pasuje?!

– Ale mówimy o śledztwie czy o twoich prywatnych sprawach? – zapytała z niewinną minką Całus.

– Agata, nie łap mnie za słówka, dobrze?

– Nie łapię. Mnie ten pensjonat po prostu nie pasuje do denata. Tylko tyle. Tak w ogóle uważam, że to świetne miejsce, żeby spędzić wakacje. Ale rozumiem, że twoja nowa druga połowa ma inne zdanie.

Całus spojrzała badawczo na Martusia. Policjant przez chwilę milczał skwaszony, zanim w końcu się odezwał:

– Nic nie mówiła o tym wcześniej. Nie patrz tak, jestem dużym chłopcem i nauczyłem się już, że kobiety nie mówią, o co im naprawdę chodzi, tylko oczekują domyślania się. Ja tego nie potrafię. Potrzebuję jasnych komunikatów. Dobrze, że przynajmniej dzisiaj mi to powiedziała. Chociaż w hotelu, który znajdzie, pewnie nie połapię sobie za dużo – zakończył ze smutną miną.

– Spokojnie, połapiesz sobie – uspokoiła go Całus. – Po prostu nie będziesz siedział na okrągło z kijem nad wodą.

– Skąd wiesz?

– Rafał, skoro ona zgodziła się tu przyjechać z pełną świadomością, że cię nie będzie widzieć przez dwa tygodnie, to znaczy, że bardzo cię kocha i nie jest tak głupia, żeby zabraniać ci twojej ulubionej rozrywki. A ty mógłbyś się bardziej postarać.

– Przecież się staram – obruszył się Martuś. – Nawet nie wiesz jak bardzo.

– Jeśli tak bardzo jak ze mną, to nie wiem, jak długo będziecie razem.

Martuś pomyślał, że gdyby Całus wetknęła mu narzędzie zbrodni w samo serce, to nie ukłułoby go to tak mocno jak jej słowa. Ale wiedział, że taka po prostu była. Do bólu szczera. Za to ją przecież lubił. A kiedyś nawet kochał. I to bardzo.

– Słuchaj, a może byś mi poradziła, co mam zrobić, żeby tym razem wszystkiego nie zepsuć?

– Dam ci pierwszą radę: jeśli chcesz, żeby ci się dobrze ułożyło z nową kobietą, nigdy nie proś o radę i zdanie tej poprzedniej. Aha, to jest również moja ostatnia rada.

– Domyśliłem się – burknął niezadowolony podkomisarz.

– No nie krzyw się tak. Pomóż mi lepiej coś wstępnie ustalić, a potem możesz z nią jechać, gdzie chcesz.

– Dobra, zacznijmy od uporządkowania tego, co wiemy. – Martuś spojrzał na swój mały notatnik, który zwykle towarzyszył mu podczas śledztw. – Od Statkiewicza dowiedziałem się, że ten tutaj to Marian Ludziejewski. Przynajmniej na takie nazwisko miał wynajęty pokój. Nie zdążył się zameldować, bo mówił, że musi chwilę odpocząć po podróży. Statkiewicz nie naciskał, bo denat miał z góry opłacony tydzień, a na to mało kto się zgadza. Żadnego dokumentu przy nim nie znaleźliśmy, przyjechał taksówką, nie do końca wiadomo skąd. Statkiewiczowie nie widzieli tego, to on im powiedział, że z dworca dojechał w ten sposób. Nie mamy pewności, czy nie kłamał. Pan Antoni twierdzi, że facet po prostu nagle pojawił się w recepcji z parasolką w ręku, ale suchy, więc raczej rzeczywiście ktoś go podwiózł.

– Sprawdzę korporacje taksówkowe w Suwałkach i Augustowie – powiedziała Całus, oglądająca w tej chwili elegancki skórzany neseser w kolorze niebieskim należący do denata, co nie uszło uwagi podkomisarza.

– No i ta jego pusta walizka. Facet miał być tu tydzień, a przyjechał z pustą walizką. A w szafach żadnego śladu ubrań.

– Ktoś mógł je zabrać.

– Ubrania? Nie sądzę. To znaczy ktoś pewnie opróżnił mu bagaż, ale raczej z cennych rzeczy, a nie z gaci czy skarpetek. Zresztą ta walizka wygląda raczej jak teczka biznesmena na dokumenty, a nie torba na ubrania.

– Czyli podejrzewasz motyw rabunkowy?

– Na to mi wygląda. Nie wiem, czy w walizce były pieniądze, czy dokumenty, ale zakładam, że coś wartościowego. Być może Ludziejewski miał się z kimś spotkać i przekazać coś, ale ktoś inny się o tym dowiedział i postanowił mu to zabrać – dedukował policjant, a prokurator pożałowała, że to będzie tylko krótkie jednorazowe śledztwo, które będą znów razem prowadzić. Na głos jednak dodała:

– Mogłabym się z tobą zgodzić, ale nie pasuje mi jedna rzecz.

– Tak, wiem, facet, który przyjeżdża w interesach, nie zatrzymuje się w takim pensjonacie jak Lodowiec – fuknął ironicznie Martuś.

– Nawet nie to. Okej, ktoś wiedział, że Ludziejewski przywiózł tu forsę. Tylko po co zabijałby go w pensjonacie pełnym gości, a nie starałby się tej walizki albo jej zawartości po prostu ukraść?

– Może nie miał czasu? Może za chwilę facet przekazałby pieniądze albo to coś komuś, od kogo dużo ciężej byłoby to ukraść?

– Przypominam ci, że denat wynajął pokój na tydzień – zauważyła prokurator Całus.

– Mógł ten czas mieć przeznaczony na czekanie na coś, za co na przykład miał zapłacić. Zresztą mogło być tak, że gdyby pieniądze zniknęły, czy co tam innego, dla Ludziejewskiego byłoby wtedy jasne, kto dokonał kradzieży.

– Za to nie byłoby jasne dla nikogo innego. Ani dlatego, kto ewentualnie wysłał tu Ludziejewskiego, ani dla tego, komu Ludziejewski miał przekazać te pieniądze. – Blondynka pokiwała głową zadowolona.

– Czyli możemy raczej wykluczyć kontrahenta, bo ten byłby znany ewentualnemu zleceniodawcy – stwierdził Martuś.

– Raczej tak. Ale to wszystko przypuszczenia. Trzeba porozmawiać z pozostałymi gośćmi Lodowca.

– To od kogo zaczniemy?

– Proponuję od tych spod siódemki. Ona miała takie blade, nieprzytomne oczy...

Tymczasem pod siódemką Lipa podnosił właśnie swój miecz, obdarzony cudownymi mocami zdobytymi w wyniku wielu niewiarygodnych i bohaterskich akcji, i miał nim uciąć łeb straszliwemu potworowi żyjącemu w podwodnej krainie, gdy ktoś zapukał energicznie do drzwi. To znaczy tak przypuszczał gracz, bo w gruncie rzeczy Lipa nie był pewny, z którego ze światów pochodzi dźwięk. Ten moment zawahania wystarczył, by straszliwy potwór wzniósł się i rozpłynął w chmurach.

– Cholera, zwiał mi! – wkurzył się Lipa. – To ty pukałaś?!

– Nie, to ktoś do drzwi. Pewnie policja. Może im otworzę – zaproponowała Grzenda.

– Nie ruszaj się, musisz mnie osłaniać! Ten drań wrócił! – Z chmur wychynął ponownie potwór. – Sami wejdą. Otwarte! – wrzasnął, jednocześnie ciskając w potwora siedmioramienną gwiazdą mającą moc zabijania bajkowych stworów. – Cholera, pudło. A waliłem w samo serce. Tak to jest, jak się człowiek nie może skupić na tym, co najważniejsze.

Całus i Martuś weszli do pokoju numer siedem i korzystając z faktu, że jego gospodarze byli wciąż w goglach do wirtualnej rozywki na głowie, rozejrzeli się uważnie. Spodziewali się raczej, że w środku będzie panował bałagan i że wszystko będzie porozrzucane. Tymczasem pomieszczenie wyglądało jak prawie nieużywane. Na podłodze nie walał się najdrobniejszy śmieć, łóżka były starannie zasłane. Policjant i prokurator spojrzeli na siebie lekko zdziwieni.

– Weszli czy nie? – zapytał Lipa, który właśnie wspinał się na wysoką skałę.

– Dzień dobry – przywitała się prokurator Całus. – Chcielibyśmy porozmawiać z państwem o sąsiedzie spod szóstki.

– Dobra, dobra – zgodził się łaskawie Lipa. – A moglibyśmy zostać w okularach? Mamy podzielną uwagę i jesteśmy w ważnym momencie rozgrywki. A tak w ogóle to i tak nic o nim nie wiemy, więc nie ma o czym gadać.

Martuś miał ochotę powiedzieć gromaniakowi coś do słuchu, ale Całus chyba się tego spodziewała, bo złapała go za rękę i położyła palec na ustach. Sama zaś odezwała się do lokatorów:

– Oczywiście, proszę grać. Rozumiem nałóg. Sama jestem chora jak przynajmniej raz w tygodniu nie wsadzę kogoś do więzienia.

– O, to pani jest tą prokurator... – domyślił się Lipa i wstał z krzesełka, biorąc jednocześnie zamach i ścinając smokowi łeb. – Mówiłem ci, fiucie, że cię dorwę i urwę ten głupi zielony łeb!!!

– Andrzej, daj spokój, ja porozmawiam.

– Nie teraz, kochanie, musimy iść za ciosem.

– Pan tu przyjechał cały czas grać? – zapytał tyleż ciekawy, co zniesmaczony Martuś.

– A co, nie wolno mi?

– Pewnie, że wolno – przytaknęła Całus. – Ale to mógł pan robić w domu.

– Tu jest lepsze powietrze. Dotleniam się i lepiej mi się gra – odpowiedział bezczelnie Lipa. – A wy gadacie jak nasi starzy. Zafundowali nam tu dwa tygodnie, ale powiedzieli, że nie wolno nam zabrać żadnych gier. Nawet nam bagaże przejrzeli przed wyjazdem. My jednak byliśmy sprytniejsi i wysłaliśmy wszystko wcześniej pocztą na adres Lodowca. – Uśmiechnął się zadowolony niczym mały chłopiec, któremu udał się psikus.

– A nie lepiej byłoby podziwiać widoki?

– Co tu podziwiać? – prychnął. – Trochę wody, trochę lasu. Pani by zobaczyła, jakie tutaj są widoki. Przepastne kotliny, strzeliste góry, jeziora bez dna, fantastyczne budowle i piękne kobiety, jakich nie zobaczysz na Ziemi... Co robisz, kotku?! Dlaczego wbiłaś mi nóż w plecy?! Wychodzisz?!

Patrycja Grzenda nie odpowiedziała, tylko zdjęła okulary do gry. Blask dnia nie oślepił jej zbyt mocno, bo w pokoju było ciemno i ponuro, mimo że na zewnątrz przestało już padać. Inaczej było z Andrzejem. On po zdjęciu okularów był właściwie ślepy. A przy okazji też wciąż wściekły:

– Jak mogłaś?! Tyle dni wysiłku na nic?! Wiesz, ile będziemy to musieli odrabiać?!

– Chwilowo straciłam ochotę na grę. Muszę sobie zrobić przerwę.

– Codziennie robisz pięć, sześć przerw. A ja muszę zasuwać za nas dwoje. A teraz chcesz nas porzucić?!

– Czyli, jak rozumiem, pan w ogóle nie wychodzi z pokoju. Tak? – zapytała Całus.

– A po co?

– A pani? Czemu pani tak patrzy na mojego kolegę?

Oczy Patrycji Grzendy przyzwyczaiły się już całkiem do dziennego światła. Teraz jej wzrok zatrzymał się na narzędziu zbrodni, które w foliowej torebce trzymał podkomisarz Martuś.

– To tym zabili tego spod szóstki? – zapytała graczka.

– Tak. Poznaje to pani?

– Tak, to jest nóż, który widziałam u grzybiarzy spod dwójki.

ROZDZIAŁ 5Nie ze mną te numery, Całus!

Basia Kotula spojrzała na zegarek. Od wyjścia Martusia i prokurator Całus minęło już czterdzieści pięć minut. Wiedziała wprawdzie, że nie ma co liczyć na punktualność ani na to, że burza blond loków wypożyczy sobie jej partnera na równą godzinę i dotrzyma tego terminu. Lecz po minięciu tego okresu zamierzała zacząć znacząco chrząkać i pojawiać się w zasięgu wzroku podkomisarza. A w razie konieczności, gdyby nie zrozumiał aluzji, sama znosić bagaże do samochodu.

Tymczasem mogła wreszcie z zachwytem wyjrzeć przez okno. Deszcz ustał jakieś pięć minut temu, ale widać było wyraźnie, że to tylko chwilowa przerwa, bo już z północnego zachodu nadciągały kolejne cumulonimbusy, a nawet pojawiła się błyskawica. Lecz w tym akurat momencie wiatr rozdarł powłokę chmur i na kilka minut zaświeciło ostre słońce. Dzięki temu Basia zobaczyła najpierw wyraźnie żółtą plamkę, prawdopodobnie wędkarza na łódce, a potem wyspę oddaloną nie więcej jak dwieście metrów od pomostu należącego do Lodowca. Jej brzeg wznosił się gwałtownie, cała była pokryta drzewami, kwiatami, a na czubku jej wzniesienia pobłyskiwała polana.

– Boże, jak tam musi być romantycznie – westchnęła i podeszła bliżej okna. – Moglibyśmy spędzić tam tyle wspaniałych chwil, a może nawet kiedyś zanocować. – Uchyliła drzwi balkonowe i wyszła na taras. Wtedy usłyszała:

– Ty wiedziałeś, Michalak, że ona ma taką blond burzę na głowie?

– A skąd. W pracy cały czas ma tak mocno spięte włosy, że nawet się kosmyk nie wyśliźnie. Dzisiaj rano było tak samo. Dopiero jak tu przyjechaliśmy i usłyszała od właściciela pensjonatu, że jest ten podkomisarz z Warszawy, nagle zaczęła gumki i wsuwki wyjmować. A jak już była pod jego drzwiami, to całkiem włosy miała rozpuszczone.

Kotula nie widziała wprawdzie mówiących, ale domyśliła się, że to dwaj policjanci, którzy przyjechali z prokurator Całus, a teraz skryli się pod okapem przed deszczem.

– Ale on z narzeczoną chyba jest?

– No. Całkiem ładna babeczka. Ale wiesz, jaka jest Całus. Jak coś sobie postanowi, to doprowadzi sprawę do końca. Fakt, akurat dwóch najlepszych komisarzy od nas na urlopie, ale jakby chciała, sama dałaby radę rozwiązać tę sprawę. Ona ma łeb nie z tej ziemi, pewnie po ojcu, jemu się też żaden nie wywinął. A tu jeszcze ma wszystkich podejrzanych na miejscu, dwie, trzy godziny przesłuchań i wyjechalibyśmy z oskarżonym, a potem by się postarała o dożywocie dla niego. Ten policjant jej do niczego nie jest potrzebny.

– Jak niepotrzebny? Wiadomo, że potrzebny. Tylko nie do śledztwa. W sumie szkoda jego narzeczonej.

– Chyba byłej narzeczonej. – Policjanci roześmiali się z dowcipu, a Kotula, choć wiedziała, że najlepiej dla niej byłoby jak najszybciej wrócić z tarasu do pokoju, stała na nim jak skamieniała. – Tak, mówię ci, jak Całus coś sobie postanowi, nie ma przebacz.

– Człowiek tak sobie czasem marzy, żeby postanowiła coś w jego sprawie... – Tej konstatacji nie towarzyszył wbrew pozorom rechot, ale długie i smutne westchnięcie policjantów.

– Chyba przestało padać. Chodź, pokręcimy się i sprawdzimy, czy nie ma jakichś śladów dalej od pensjonatu.

– Zaraz znów lunie. Zresztą Całus od razu powiedziała, że to na pewno ktoś z Lodowca. Daj jej, niech sobie porozwiązuje sprawę razem z podkomisarzem. Bo jak jej będziemy niepotrzebnie przeszkadzać, jeszcze nas aresztuje. Wiesz, jaka ona jest.