Pod bieguny - Artur Gorzelak - ebook

Pod bieguny ebook

Artur Gorzelak

3,3

Opis

Tym razem Artur zabiera nas w podróż do krain nieujarzmionej przyrody stref podbiegunowych. Jak to u Artura, podstawą udanej przygody jest wyznaczenie sobie oryginalnego celu (wierni czytelnicy pamiętają na przykład przejechanie Japonii i Korei na rowerze szlakiem szkół treningowych judo opisane w „W judodze na rowerze”). W swej nowej książce autor prezentuje cztery wyprawy o różnym stopniu wyzwań, ale w każdym przypadku obfitujących w niespodzianki, jakie płata mieszkańcom umiarkowanej strefy klimatycznej zetknięcie z twardymi realiami dzikich terenów Północy (i w jednym przypadku Południa). Mamy więc niezwykły maraton zorganizowany na dalekim Spitsbergenie (Svalbardzie), gdzie od samego wysiłku kondycyjnego większym wyczynem może okazać się samo dotarcie na punkt startowy drogą morską czy uniknięcie bliskiego spotkania z niedźwiedziami polarnymi niedającymi w konkurencjach biegowych ludziom żadnych szans. Następnie autor zabiera nas w nieco mniej ekstremalna, ale nie będące przecież spacerkiem objechanie dookoła Islandii słynną drogą nr 1, by wreszcie wyruszyć na poszukiwanie zorzy polarnej na Półwyspie Kolskim, a na koniec zaprezentować wyprawę na lodowiec w odległej Argentynie. Jak zwykle w książkach Artura spotkania z tubylcami, turystami i dziką fauną obfitują w humorystyczne sytuacja, książka jest jednak także solidnym uzupełnieniem przewodników – świetnie opisuje nie „na sucho”, z czym w praktyce przyjdzie zmierzyć się czytelnikowi, gdyby zechciał podążyć szlakiem autora. Wszystko okraszone solidną, ale przystępnie podaną dawką wiedzy przyrodniczo-historycznej, w tym także wieloma polonicami. Uważaj tylko, czytelniku czytający „Pod biegunami” w cieple trzaskającego kominka , byś skuszony lekturą nie wybiegł pospiesznie z domu naprędce naciskając zimową czapkę na uszy, bo jak pisał J. R.R. Tolkien: „Gdy staniesz na drodze, nigdy nie wiadomo, dokąd cię nogi poniosą.”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 147

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




POD

BIEGUNY

Spitsbergen

Islandia

Półwysep Kolski

Patagonia

Tekst: Artur Gorzelak (Spitsbergen, Islandia, Półwysep Kolski), Ewa Gorzelak (Patagonia)

Tekst na okładce: Krzysztof Gorzelak

Wstępne opracowanie tekstu: Judyta Gorzelak

Redakcja, korekta i przygotowanie do druku: PRE-TEKST Paulina Kielan

Skład: Magdalena Bieniek, Mariusz Bieniek

Opracowanie graficzne i projekt map: Mariusz Bieniek

Projekt okładki: Michał Chojnacki, Studio Warto

Fotografie: Judyta Gorzelak i Artur Gorzelak (Spitsbergen, Islandia, Półwysep Kolski), Ewa Gorzelak i Piotr Gorzelak (Patagonia)

Ikonki na skrzydełku:freepik.com: ibrandify

Producent wykonawczy i wydawca: Artur Gorzelak

Copyright © Artur Gorzelak, 2020

Wydanie I

ISBN 978-83-950111-4-6

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny ­sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez ­pisemnej zgody wydawcy.

Publikacja została opracowana i wydana ze środków autora.

Rodzinie

Od Autora

Drogi Czytelniku! Oddaję w Twoje ręce książkę reportażową opisującą podróże w rejony kół podbiegunowych. To tereny oszałamiająco piękne, choć nieraz jest to piękno groźne i bezlitosne. To królestwo dzikiej przyrody niekiedy wciąż nieskalanej ludzką ręką. Miejsce, w którym rządzi natura, a człowiek musi podporządkować się jej prawom i rytmowi, żeby przetrwać w tych surowych warunkach.

Podróże po ziemiach rejonu koła podbiegunowego opisane w książce nie mają ciężaru gatunkowego typowego dla ekspedycji badaczy czy ludzi wyznaczających sobie wyzwania leżące na granicy ludzkiej wytrzymałości – są raczej relacją miłośników świata z niekończącej się przygody, jaką jest odkrywanie jego zakątków.

Pod bieguny to opis czterech niezależnych wypraw. Ich wspólnym mianownikiem są bezkresne przestrzenie, niezwykłe piękno krajobrazów, masy śniegu i lodu, a także surowość warunków, która sprawia, że na tych obszarach wciąż rozgrywa się walka o przetrwanie i to natura wychodzi z niej zwycięsko, triumfując nad próżną chęcią dominacji człowieka. Ostatni reportaż jest relacją z podróży osób, które zaszczepiły we mnie żyłkę podróżnika oraz ciekawość świata i które każdy wolny moment przeznaczają na poznanie nowych miejsc i historii z nimi związanych – moich rodziców. Jestem im nieskończenie wdzięczny za to, że dali mi przykład, jak żyć z pasją. Zachęcony ich przeżyciami i opowieściami wpisałem Patagonię na listę miejsc, które koniecznie chcę odwiedzić.

Imiona i nazwiska niektórych osób wspomnianych w publikacji zostały zmienione na ich prośbę.

SPITSBERGEN

Kraina tundry

Świąteczny prezent prosto z Arktyki

Nienawidzę się spóźniać! Szczególnie jeśli mam świadomość, że na uzgodnioną godzinę przybywa większe grono osób. Taka właśnie myśl mi towarzyszyła, gdy chwilę przed szesnastą, ubrany w ciepłą kurtkę i czapkę, nerwowo szukałem po całym mieszkaniu kluczyków do samochodu. Jak co roku 24 grudnia spotykaliśmy się o tej samej porze w mieszkaniu rodziców lub siostry, aby wspólnie spędzić Wigilię Bożego Narodzenia. Nieparlamentarne hasła wykrzykiwane przeze mnie głośno pod adresem niepokornych kluczyków z pewnością nie umacniały wśród sąsiadów świątecznej atmosfery.

– Są! – wykrzyknąłem z radością, triumfalnie wyjmując zgubę, która jakimś cudem znalazła się za kanapą.

Kiedy już myślałem, że nic nie przeszkodzi mi w tym, żebym z torbą prezentów pod pachą znalazł się w samochodzie, niespodziewanie dostałem wiadomość. Zwykłą, regularną wiadomość od znajomych potraktowałbym pewnie nieco bardziej obojętnie. Stwierdziłbym, że to prawdopodobnie życzenia świąteczne, które mogą chwilę poczekać na moją reakcję. Wiadomość jednak mnie zaintrygowała. W aplikacji znajdowała się w folderze „Inne”, co oznaczało, że otrzymałem ją od nieznanej mi osoby. Z kroplami potu na czole i w czapce na wpół naciągniętej na głowę, objuczony prezentami świątecznymi, postanowiłem jednak zerknąć na tajemniczy komunikat. Brzmiał mniej więcej następująco: „Cześć, Artur, dostaliśmy Twoją wiadomość! My się nie znamy, ale mamy wspólnych znajomych na Facebooku. Rozmawiałem z kierownikiem naszej stacji. Możesz nas odwiedzić. Wkrótce pomogę Ci w zorganizowaniu całej akcji. Pozdrowienia z Hornsundu!”.

Przeczytałem tekst jeszcze dwukrotnie – wprost nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Pomyślałem, że w tym roku musiałem być wyjątkowo grzeczny, bo prezent świąteczny dostałem jeszcze przed kolacją wigilijną. W wyśmienitym humorze ruszyłem na rodzinne spotkanie. Trzeba wyjaśnić, że wiadomość stanowiła odpowiedź na pytanie, które wysłałem jakiś czas wcześniej do polskich stacji badawczych zlokalizowanych w Arktyce, i została przysłana z koła podbiegunowego – prosto z Polskiej Stacji Polarnej Hornsund.

A jak wszystko się zaczęło? Jesienią 2015 roku ukończyłem swój dwunasty miejski maraton. Moja motywacja do uczestnictwa w kolejnym, bardzo zbliżonym przedsięwzięciu była daleka od tej, jaka towarzyszyła mi przy pierwszych startach. Postanowiłem coś zmienić. Zdecydowałem, że kolejne wyzwanie biegowe postaram się zrealizować w jakimś odległym miejscu. W internecie szybko znalazłem maraton odbywający się na Spitsbergenie – największej wyspie archipelagu Svalbard – będącej wysuniętym najdalej na północ siedliskiem ludzkim na świecie. Kiedyś to miejsce było dostępne wyłącznie dla naukowców i górników wydobywających węgiel. Obecnie latem można tam dotrzeć norweskimi liniami lotniczymi lub na pokładzie wielkich wycieczkowców (ale to raczej opcja dla osób dysponujących grubym portfelem, a także sporą ilością czasu).

Bieg od samego początku przypadł mi do gustu i zacząłem intensywnie szukać wszelkich informacji na temat wysp archipelagu Svalbard. Przeszukując internet w języku polskim, w pierwszej kolejności natrafiłem na wzmiankę, że znajduje się tam kilka polskich placówek naukowych. Placówki zajmują się przeróżnymi badaniami w obszarach (uwaga, będzie tego sporo): meteorologii, glacjologii, magnetyzmu ziemskiego, fizyki, elektryczności w atmosferze ziemskiej, rezonansu Schumanna, sejsmologii. Prościej i najogólniej – badają czynniki wpływające na pogodę i klimat. Jedna z tych placówek – Polska Stacja Polarna Hornsund im. Stanisława Siedleckiego – jest całoroczna, a pozostałe to stacje sezonowe działające tylko w miesiącach letnich i będące ośrodkami badań uniwersyteckich – Uniwersytetu Wrocławskiego, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie oraz Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Skąd taki wysyp polskich stacji arktycznych na archipelagu Svalbard? Odpowiedź kryje się w historii tego miejsca. Na mocy traktatu spitsbergeńskiego, podpisanego po pierwszej wojnie światowej, tereny archipelagu Svalbard zostały uznane za własność Królestwa Norwegii. Sygnatariusze aktu (w tym Polska) uzyskali prawo do korzystania z zasobów naturalnych archipelagu, a także prowadzenia na jego terenie badań naukowych. Nasze krajowe jednostki badawcze korzystają z tego prawa. Nie zastanawiając się długo, napisałem do każdej z wymienionych jednostek maila. Poinformowałem w nim, że latem wybieram się na Spitsbergen z zamiarem wzięcia udziału w maratonie i zapytałem, czy istnieje możliwość krótkiej wizyty w stacji badawczej. Przez wiele tygodni nie dostałem żadnej odpowiedzi. Straciłem już nadzieję na to, że odwiedzę którąś z arktycznych placówek. Łatwo wyobrazić sobie moją radość, gdy w wigilijny wieczór odczytałem wiadomość wysłaną wprost z koła podbiegunowego.

Maraton zaplanowano na początek czerwca, więc czasu na przygotowania było w sam raz. Zacząłem od teorii. Przeczytałem kilka reportaży, trochę wypowiedzi osób, które odwiedziły Arktykę lub tam mieszkały. Reportaż pt. Białe, autorstwa Ilony Wiśniewskiej, która od 2010 roku mieszka na Spitsbergenie, stał się dla mnie skarbnicą wiedzy na temat wyspy. Dotarłem także do niesamowitego reportażu pt. Wyspa mgieł i wichrów autorstwa Czesława Centkiewicza. To relacja kierownika pierwszej polskiej wyprawy polarnej na Wyspę Niedźwiedzią (znajdującą się mniej więcej w połowie drogi między Spitsbergenem i kontynentalną częścią Norwegii). Jego wspomnienia z karkołomnych przygotowań do wyprawy, a także zapis najciekawszych wydarzeń z kilkunastu miesięcy spędzonych przez polskich naukowców na Dalekiej Północy w latach 30. XX wieku uświadomiły mi, z jakimi warunkami atmosferycznymi przyjdzie mi się zmierzyć w Arktyce. Ponadto każdą swoją wątpliwość dotyczącą tak odległej podróży mogłem skonsultować z Marcinem – uczestnikiem wyprawy polarnej przebywającym w Hornsundzie, który odezwał się do mnie w tamten wigilijny wieczór i odtąd szczerze mi kibicował w dążeniach do zrealizowania arktycznego planu.

Mój pływający dom w Arktyce

Największe dwa wyzwania – finansowe i logistyczne – stały jeszcze przede mną. Powszechnie wiadomo, że Norwegia to kraj bardzo drogi. Spitsbergen jest drogi nawet dla „kontynentalnych” Norwegów, mimo że produkty sprzedawane na wyspie są zwolnione z podatku VAT. W końcu wszystkie, absolutnie wszystkie towary trzeba sprowadzać na wyspę drogą morską lub lotniczą. Dla własnej orientacji warto sprawdzić za pośrednictwem popularnych wyszukiwarek noclegów, jak wygląda kwestia dostępności oraz cen hoteli i hosteli na Spitsbergenie, a konkretnie w Longyearbyen – największej miejscowości wyspy, w której zlokalizowane jest lotnisko (i gdzie miał się odbyć także maraton). Miejsc oferujących noclegi jest niewiele, a jeśli już się trafią, to ich ceny są zazwyczaj kosmiczne. Nie wyglądało to różowo.

Mój entuzjazm związany z odwiedzinami w polskiej stacji badawczej także bardzo szybko przygasł, ale już z innego powodu. Longyearbyen, do którego miałem dotrzeć samolotem, od naszej stacji badawczej dzieliło kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej. Poza kilkoma miejscowościami na wyspie nie ma dróg, transportu publicznego czy choćby taksówki, która mogłaby zabrać mnie do Hornsundu. W internecie znalazłem informacje, że po Spitsbergenie można się poruszać na skuterach śnieżnych, na biegówkach, pieszo lub wynajętym helikopterem. Wszystkie opcje w moim przypadku brzmiały dosyć egzotycznie i skreślałem je jeszcze przed dokonaniem wstępnej analizy.

Dodatkowo wyczytałem, że na wyspie poza strefami zamieszkanymi przez ludzi obowiązuje nakaz noszenia broni. Dlaczego? Otóż na wypadek spotkania największego lądowego drapieżnika na świecie – niedźwiedzia polarnego. To wcale nie jest dmuchanie na zimne (chociaż Spitsbergen należy do zimnych miejsc) – na archipelagu Svalbard żyje więcej niedźwiedzi polarnych niż ludzi (ludzi jest około 2500, a populacja niedźwiedzi liczy prawie 3000). Mimo mojego całkiem solidnego przygotowania do maratonu i pewności siebie takie spotkanie mi się nie uśmiechało. Wiedziałem, że niedźwiedź polarny w pogoni za ofiarą potrafi osiągnąć prędkość nawet 40 km/h. Ucieczka zatem zdałaby się na nic.

Moje powątpiewanie w szansę na zobaczenie stacji badawczej nie trwało jednak długo. Pomocną dłoń ponownie wyciągnął Marcin, który przekazał mi kontakt do Jerzego – kapitana 17-metrowego jachtu o nazwie S/Y Operon, który w sezonie letnim (na okres zimy powraca do Polski) na stałe cumuje w porcie Longyearbyen i odbywa kilka kursów, dowożąc naukowców, żywność oraz korespondencję do stacji badawczych w tym rejonie koła podbiegunowego. Nie byłem pewien, czy taki szczur lądowy jak ja, którego noga jeszcze nigdy nie postała na pokładzie jachtu, znajdzie wspólny język z kapitanem jednostki pływającej po Morzu Grenlandzkim. Ku mojemu zdziwieniu otrzymałem rozsądną finansowo propozycję wspólnego rejsu do polskiej stacji badawczej, a także noclegów na jachcie z wyżywieniem na czas mojego pobytu na Spitsbergenie. Czyli transport i nocleg w jednym! Szybko znaleźliśmy z kapitanem wspólny język. Zaproponował mi nawet, żebym popłynął z nim na Spitsbergen bezpośrednio ze Szczecina lub – jeśli nie dysponuję aż taką ilością wolnego czasu – dosiadł się w miejscowości Tromsø położonej na północnych krańcach Norwegii. Z przykrością musiałem odmówić. Taka wyprawa zabrałaby mi cały urlop przysługujący mi w tamtym roku. Pozostaliśmy zatem przy pierwotnym planie, a więc spotkaniu w porcie po moim przylocie do Longyearbyen. Przed wyjazdem kontaktowałem się także kilkukrotnie z Marcinem, konsultując z nim, co może mi się przydać w trakcie lata na Spitsbergenie, a czego nie muszę pakować. Byłem podekscytowany, że wkrótce pierwszy raz dane mi będzie na własne oczy zobaczyć tundrę.

Przyspieszony spacer do portu w Longyearbyen

Z ciężką, nieporęczną walizką na kółkach ostatniego dnia maja stawiłem się na Lotnisku Chopina w Warszawie. Do Longyearbyen miałem się dostać lotem transferowym z przesiadką w stolicy Norwegii. Kilka nocnych godzin, które musiałem przeczekać na lotnisku w Oslo, spędziłem na karimacie, testując śpiwór – według specyfikacji technicznej produkt miał zapewnić komfort cieplny do temperatury 0 °C. W warunkach panujących na lotnisku test został zdany, ale na hali odlotów temperatura była jednak sporo wyższa niż ta, jakiej spodziewałem się na miejscu.

Tuż po wschodzie słońca (a w Oslo latem jasno robi się na chwilę przed czwartą rano) stałem już w kolejce do samolotu linii Norwegian, który zabierał mnie za koło podbiegunowe. Gdy zniżaliśmy się do lądowania, zacząłem wyglądać przez okno, aby podziwiać wyspę z lotu ptaka. Spitsbergen przywitał mnie gęstymi chmurami, lekkim deszczem i śniegiem leżącym na zboczach gór. Bez problemu objąłem wzrokiem całą miejscowość Longyearbyen, na którą składało się kilkaset budynków. W porcie miejskim cumował wielki wycieczkowiec, który prawdopodobnie przyczynił się do zwielokrotnienia liczby ludzi przebywających w mieście.

Nietrudno zgadnąć, że byłem podekscytowany – właśnie lądowałem na wysuniętym najdalej na północ porcie lotniczym na świecie obsługującym loty cywilne. Latem regularnie lata tutaj zaledwie dwóch przewoźników i kilka linii czarterowych. Nie groziło mi więc długie oczekiwanie na bagaż. I rzeczywiście moja walizka pojawiła się zaledwie kilka minut po tym, jak wszedłem do hali przylotów. Wyjechała na taśmę, nad którą niczym wielkie memento górował wypchany niedźwiedź polarny, sygnalizujący przybyszom, przed kim powinni mieć się stale na baczności. Liczba turystów odwiedzających Spitsbergen ciągle rośnie i obecnie osiąga niemalże 150 000 rocznie (drogą lotniczą), czyli 60 razy tyle co populacja wyspy. W przełożeniu na nasze realia to tak, jakby do Krakowa uznawanego za miasto tłumnie odwiedzane przez turystów przyjeżdżało ich co roku nie 14 milionów, ale prawie 40. Odległość z lotniska do centralnego punktu Longyearbyen wynosi około 5 km. Dystans ten można pokonać autobusem za 75 koron norweskich (mniej więcej równowartość 40 złotych) lub taksówką za 150–200 koron (w przeliczeniu około 75–100 złotych). Ponieważ jednak sam port leży jakiś kilometr od lotniska, postanowiłem dostać się tam pieszo.

Zaraz po wyjściu z terenu lotniska otoczonego siatką natknąłem się na stojący przy drodze znak, który uświadomił mi, że do portu powinienem wyruszyć bez zbędnej zwłoki, a podczas marszu mieć oczy dookoła głowy. Trójkąt z czerwoną obwódką, pośrodku którego widoczna była sylwetka niedźwiedzia polarnego, nie zwiastował raczej niczego dobrego. Przyspieszyłem kroku, a podziwianie arktycznych zakątków Spitsbergenu zostawiłem sobie na później. Cały czas bacznie obserwowałem ośnieżone zbocza gór, wypatrując zwierzęcia, które przed sekundą zobaczyłem na znaku drogowym. Dwukrotnie zatrzymały się koło mnie samochody osobowe, a kierowcy proponowali mi podwiezienie do centrum miasta. Uprzejmie podziękowałem, zwłaszcza że port, gdzie zacumowany był jacht – mający być moim domem przez sporą część arktycznej przygody – znajdował się już bardzo blisko. Wzdłuż drogi wznosiły się sporych rozmiarów drewniane konstrukcje stanowiące żywy pomnik historii wyspy. Ktoś mógłby zadać pytanie, po co ludzie pchali się w tak niesprzyjające warunki, gdzie przez pięć miesięcy panuje noc polarna, nie ma możliwości uprawy żadnych roślin, temperatury zimą sięgają −20 °C. Otóż na przełomie XIX i XX wieku na wyspie odkryto wielkie pokłady węgla. Osadnicy norwescy, szwedzcy, a później także rosyjscy i ukraińscy przybywali na wyspę właśnie dla czarnego złota. Wzrost cen wydobycia węgla, a zarazem spadek jego rynkowej ceny sprawiły, że ostatnie kopalnie, które wydobywały go na eksport, zostały zamknięte lata temu. Wciąż funkcjonuje jednak kopalnia eksploatująca złoża na potrzeby lokalnej elektrowni. Wspomniane konstrukcje to nic innego jak specjalne gondole służące do transportu urobku z kopalń bezpośrednio na pokłady statków zabierających węgiel na kontynent. Dochodząc do portu, przyglądałem się także z zaciekawieniem wielkiemu wycieczkowcowi – jednostka swoim ogromem przysłoniła rozległy fiord, nad którym położone było miasto.

W porcie stało kilkanaście statków. Bez problemu znalazłem ten z polską banderą i napisem „www.oceanprzygody.pl”. Sprawnie przeskoczyłem na jacht wraz z walizką. Przywitał mnie Bartosz Staszewski – młody, sympatyczny deckhender, tj. pomocnik kapitana, można powiedzieć: człowiek orkiestra. W kabinie poznałem trójkę innych pasażerów płynących do Hornsundu: Aleksandrę Stępień, Mateusza Moskalika i Piotra Modzela. Jak się później okazało, wszyscy zmierzali do stacji badawczych w ściśle określonych celach. Byłem więc jedynym turystą na pokładzie. Pozostali już wiedzieli, że biegnę w maratonie, i wypytywali mnie o szczegóły przedsięwzięcia. Po kilkunastu minutach z mroków swojej pieczary wyłonił się kapitan. Gdybym spotkał Jerzego gdziekolwiek indziej, choćby w ruchliwym centrum handlowym, i dostałbym zadanie wytypowania, czym się zajmuje, z miejsca bym stwierdził, że to marynarz. Sylwetka Jerzego w pełni odpowiadała stereotypowemu wizerunkowi człowieka morza. Nieco zgarbiony, szczupły, ze skórą zbrązowiałą od silnych morskich wiatrów (a może i trunków towarzyszących rejsom). Kilkunastocentymetrowa siwa broda, czapka nasunięta w połowie na głowę, a także rozciągnięty i wysłużony sweter dopełniały obrazu wilka morskiego. Do kompletu brakowało chyba tylko fajki, która z pewnością nadałaby jego postaci ostateczny szlif. Fajki wprawdzie nie było, ale nasz kapitan, jak się wkrótce dowiedziałem, niemalże odpalał papierosa od papierosa. Po wyjściu z kajuty kapitan uregulował ostrość wzroku i działanie błędnika, a gdy wszystko wróciło do normy i zauważył obecność nowej osoby na pokładzie, przywitał się, zaparzył kawę, zapalił papierosa, po czym zarządził wyjście z portu. W pełni ufałem załodze jachtu, jednak cieszyłem się, że większość zadań wykonywał Bartosz, któremu szło to zresztą nadzwyczaj sprawnie – w moim przekonaniu Jerzy musiał jeszcze chwilę odsapnąć po zeszłodniowych degustacjach trunków.

Skłamałbym, gdybym napisał, że podróż do Hornsundu miała zająć dzień i noc. Bardziej precyzyjnym określeniem byłoby: nieco ponad dobę. Latem na Spitsbergenie w zasadzie nie ma nocy, a przynajmniej nie w tradycyjnym rozumieniu. No chyba że mówimy o białych nocach, czyli takich, podczas których ani nie doświadczymy mroku, ani nie zobaczymy gwiazd. Nad archipelagiem Svalbard słońce zaczyna zachodzić za horyzont dopiero w sierpniu. Tego dnia miałem zatem pierwszy raz zakosztować dnia polarnego.

Gdy jacht wychodził z portu, na zboczu jednej z gór zobaczyłem zarys słynnego na cały świat budynku zlokalizowanego na wyspie. Globalny Bank Nasion, bo to o nim mowa, nie ma aż tak charakterystycznego kształtu, jak choćby wieża Eiffla, rzymskie Koloseum czy Big Ben – jest rozpoznawalny przede wszystkim ze względu na swoje przeznaczenie. To właśnie tutaj wiele państw oraz instytutów badawczych przechowuje nasiona roślin rosnących na ich terenach. Jeśli w wyniku klęski żywiołowej czy ekologicznej roślina wyginie i zniknie z miejsca jej naturalnego występowania, będzie można ją odtworzyć, korzystając z zasobów banku. Betonowo-szklana konstrukcja nie bez powodu nazywana jest więc niekiedy Arką Noego lub Skarbcem Zagłady. Bank mieści się w tunelu wydrążonym w wiecznej zmarzlinie gwarantującej odpowiednie warunki do przechowywania nasion – na powierzchnię ziemi wystaje tylko niewielki fragment budowli. Nasiona są zamrożone w stałej temperaturze –18 °C. W banku zmagazynowano ponad 770 000 nasion z prawie 250 krajów. Pierwsze z przechowywanych rezerw już wydano na prośbę Międzynarodowego Centrum Badań Rolniczych na Obszarach Suchych z siedzibą w Bejrucie. Zniszczenia spowodowane konfliktem na terenie Syrii doprowadziły do zdziesiątkowania nasion pszenicy i jęczmienia przystosowanych do wzrostu w suchych regionach. Mimo wielu głosów krytycznych w stosunku do projektu z całą stanowczością można stwierdzić, że bank realizuje swoje statutowe cele.

Niestety wiatr nam nie sprzyjał, więc większość drogi musieliśmy pokonać na silniku. Z początku bardzo chętnie wyglądałem za burtę i obserwowałem gęstą błękitną barwę Morza Grenlandzkiego, a także oddalający się z każdą minutą ląd. Jednak szybko przekonałem się na własnej skórze, że odzież zakupiona specjalnie na arktyczne temperatury i silny wiatr (podczas miesięcy letnich) nieszczególnie spełnia swoje zadanie. W efekcie musiałem zrezygnować z kontemplowania widoków z pokładu.

Herbata na Morzu Grenlandzkim może sprowadzić na manowce

Bartosz i Jerzy z początku zmieniali się za sterem, kontrolując, czy trzymamy kurs. Gdy znaleźliśmy się już na pełnym morzu, a do celu było jeszcze daleko, wspólnie usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy rozmawiać o najbliższych planach, a także o przygodach, które spotkały uczestników wypraw polarnych. Przyszedł też czas na zrobienie posiłku. Tym z wprawą zajął się Bartosz, który zupełnie nie zauważał, że łódź chwieje się solidnie na falach Oceanu Arktycznego. Jerzy wyciągnął kilkulitrowy karton z winem i nie mniej sprawnie napełnił szklanki całej sześcioosobowej załogi. Dowiedziałem się też, że przydzielono mi kajutę o nazwie Jaskinia Smoka (niestety do dziś nie wiem, czemu kajuta zawdzięczała swoje tajemnicze miano).

Na Morzu Grenlandzkim lekko bujało, ale nie odczuwałem żadnych dolegliwości czy niedogodności związanych z chorobą morską. Wspólnie z nowo poznanymi pracownikami polskich stacji badawczych miło spędzaliśmy czas, grając w gry planszowe. Dowiedziałem się, że Ola i Mateusz płynęli do Hornsundu, by kontynuować badania zapoczątkowane rok wcześniej. Pracowali jako nurkowie i musieli „odłowić” nadajniki, które monitorowały stan lodowca znajdującego się w okolicach stacji. Z kolei Piotr był pracownikiem inżynieryjno-technicznym Uniwersytetu Wrocławskiego oraz opiekunem Stacji Polarnej im. Stanisława Baranowskiego na Spitsbergenie. Na wyspie był kilka razy (dwa razy zimował, tzn. spędził kilkanaście miesięcy m.in. podczas nocy polarnej na stacji Hornsund). Stwierdził, że w stacjach badawczych spotkanie „misia” nie należy do rzadkości. Zastanawiałem się, co należy zrobić w przypadku natknięcia się na tego drapieżnika. Okazało się, że sposobów jest wiele, ale zazwyczaj najpierw misia się straszy, robiąc dużo hałasu wszystkim, co akurat jest pod ręką, np. pokrywkami od garnków, a potem korzysta się z rakietnicy, żeby odgonić intruza hukiem. Zadaniem psów trzymanych na terenie stacji jest informowanie z wyprzedzeniem o niezapowiedzianej wizycie drapieżnika. Użycie broni to absolutna ostateczność.

Piotr bardzo chętnie raczył mnie opowieściami o spotkaniach z niedźwiedziami polarnymi. Jedna z nich szczególnie zapadła mi w pamięć. Któregoś dnia po przebudzeniu wyszedł z tzw. Baranówki (jak pracownicy pieszczotliwie nazywali stację Uniwersytetu Wrocławskiego), aby przygotować sobie śniadanie. Warto zaznaczyć, że w budynku nie ma lodówki – część produktów spożywczych przechowuje się na zewnątrz (temperatura pozwala na to nawet latem). Ze zdumieniem zauważył, że zniknął smakowity kawałek boczku przeznaczony na poranny posiłek. Kiedy wrócił do środka, na szybie od zewnętrznej strony zobaczył ślady łap niedźwiedzia. Zapewne drapieżnik chciał zobaczyć, co się kryje w środku, ale ostatecznie poprzestał na zwędzeniu boczku. Piotr rozśmieszył mnie stwierdzeniem, że gdyby miś znał konstrukcję budynku, wszedłby do niego po jednym machnięciu łapą. Na szczęście skończyło się na utracie produktów na śniadanie. Przy tej okazji dowiedziałem się, że niedźwiedź ma osiem razy silniejszy węch niż pies i potrafi wyczuć kawałek boczku nawet z odległości kilku kilometrów od swojej potencjalnej zdobyczy.

Gdy część z nas zaczęła coraz częściej ziewać, choć o zachodzie słońca nie mogło być mowy, stwierdziliśmy, że udamy się na spoczynek. Było już sporo po dwudziestej trzeciej. Wpełzłem do swojego śpiwora w bieliźnie termicznej. Nie wiem, czy to z powodu emocji związanych z podróżą i pobytem w Arktyce, czy raczej z rejsem po Morzu Grenlandzkim, ale było mi przeraźliwie zimno. Przez kilkadziesiąt minut bezskutecznie usiłowałem usnąć. Wreszcie postanowiłem, że wstanę, zrobię sobie herbatę, trochę się ogrzeję, założę na siebie wszystkie ubrania, które wziąłem ze sobą, i spróbuję jeszcze raz.

W głównej kabinie jachtu panowała cisza. Wszyscy spali w swoich kajutach, a łódź płynęła na autopilocie. Na ekranie komputera widziałem, jak kropka wyznaczająca punkt, w którym aktualnie się znajdowaliśmy, mozolnie przesuwa się w kierunku wyznaczonego celu. Wyszedłem na zewnątrz i przyjrzałem się jeszcze raz wyspie, którą miałem teraz po lewej stronie w odległości kilkuset metrów. Wróciłem do kabiny, napełniłem czajnik i wstawiłem wodę. Mógłbym godzinami patrzeć na arktyczne kraj­obrazy, dlatego ponownie wyszedłem na pokład, aby nacieszyć oczy do czasu zagotowania się wody. Ku mojemu zdziwieniu jacht zaczął skręcać w stronę wyspy. Trochę mnie to zaniepokoiło, tym bardziej że byłem jedyną osobą, która nie spała. Przetarłem oczy ze zdumienia, zszedłem na dół i spojrzałem na monitor komputera. Nie było mowy o pomyłce. Nasz jacht zaczął płynąć innym kursem niż wyznaczony. Piorunem poleciałem obudzić Bartosza. Ten w lekkim półśnie wyjrzał na zewnątrz i nieco ochrypłym głosem zapytał:

– Gotujesz wodę?

Pomyślałem, że może też ma ochotę na herbatę, więc odpowiedziałem, że bez problemu wstawię więcej.

– Nie o to chodzi – wyjaśnił mi. – Uruchomiony czajnik wytwarza pole magnetyczne, które zaburza pracę naszego GPS.

Tym sposobem – na szczęście bezboleśnie – dowiedziałem się, że gotowanie herbaty na naszym jachcie wymaga asekuracji sternika i przy tej procedurze konieczne jest wyłączenie nawigacji GPS. Nie jestem wielkim fanem herbaty, ale strach pomyśleć, co by było, gdybym zdecydował się pić szklankę za szklanką przez całą podróż do Hornsundu. Wróciłem do swojej „jaskini”, zasłoniłem niewielkie okienko w kajucie osłoną z folii aluminiowej zaciemniającą pomieszczenie, okutałem się w całą odzież, jaką miałem w bagażu, i ponownie ułożyłem się na koi.

Rano obudziłem się zziębnięty. Na pokładzie już tętniło życie. Zjedliśmy wspólnie śniadanie, popijając je mocną kawą. Zaczęliśmy też wstępne przygotowania do zacumowania w zatoce nieopodal stacji badawczej. Większość pasażerów musiała naszykować swój bagaż, trzeba było także zabrać rzeczy zamówione przez naukowców z Hornsundu. Gdy wpłynęliśmy do fiordu, Jerzy skontaktował się przez radio z załogą stacji i po chwili od brzegu odbiła wielka pomarańczowo-czerwona łódź motorowa, która zbliżała się do nas w szybkim tempie. W oczekiwaniu na jej przypłynięcie spoglądaliśmy na jęzor lodowca położonego na prawo od stacji. Podobno cofanie się lodowców jest w tym rejonie obserwowane i rejestrowane już od początku XX wieku. Lód, który obecnie stanowił czoło lodowca, pochodził mniej więcej z czasów bitwy pod Grunwaldem. Dotarcie do tego miejsca zajęło lodowcowi nieco ponad sześć wieków. Jeszcze trochę, a zniknie zupełnie roztopiony w wodach Morza Grenlandzkiego.

Wszyscy założyliśmy kapoki. Wolałem, żeby nie okazały się potrzebne, bo kąpiel w lodowatej wodzie to ostatnia rzecz, na jaką miałem w tamtym momencie ochotę. Najpierw zaczęliśmy przeładowywać zaopatrzenie dla członków załogi stacji. Nie wiem, co dokładnie było w środku, ale co chwila słychać było stukot szkła i obijające się o siebie puszki. W bagażach były także paczki i listy oraz sprzęt do nurkowania należący do poznanych naukowców, którzy mieli kontynuować swoje badania niedaleko stacji. Gdy cały ładunek znalazł się na miejscu, my też wsiedliśmy na pokład.

Odbezpiecz, wyceluj i strzelaj!

Po krótkim kursie dobiliśmy do brzegu. Już na pierwszy rzut oka widać było, że stacja w Hornsundzie ma wszystkie atrybuty prężnie działającego centrum badawczego. Najpierw zobaczyłem dwie wielkie amfibie, którymi wożono towar, gdy do stacji dobijał duży statek z pełnym wyposażeniem dla poszczególnych załóg. Potem dojrzałem także ciągnik wyciągający na ląd motorówkę, która przed chwilą nas tu przywiozła, oraz quady pomagające przy manewrowaniu. Wreszcie skupiłem uwagę na samym centrum. Widok był imponujący. Przy zabudowaniach na silnym wietrze powiewały flagi Polski, Norwegii i Słowacji (jak się później dowiedziałem, stacja gościła wówczas badacza z tego kraju).

W jednopiętrowym drewnianym budynku mieszkalnym czekał już na mnie Marcin. Wszyscy zimownicy (tak się określa osoby, które spędzają w stacji badawczej zimę) przywitali nas bardzo serdecznie. W końcu byliśmy jednymi z nielicznych ludzi z zewnątrz, jakich widzieli od przeszło pół roku (wcześniej zjawili się tu tylko marynarze z łodzi dostarczającej zamówiony sprzęt, a także lekarz wezwany do jednostki). Wyglądało to tak, jakbyśmy się witali z dawno niewidzianą rodziną. Łatwo można było odczuć, jak bardzo badacze potrzebowali kontaktu z innymi ludźmi. W rogu sali siedział przesympatyczny kierownik wyprawy. To było niezwykle zabawne, gdy witając się z kolejnymi pracownikami, przedstawiałem się, a ci pytali mnie o zbliżający się start w maratonie. Najwyraźniej wszyscy znali mnie już z opowieści i wiedzieli, w jakim celu przybyłem na Spitsbergen. No cóż, w takim miejscu ciężko pozostać anonimowym. Zostaliśmy poczęstowani napojami, a gdy emocje trochę opadły, każdy zaczął wracać do swoich obowiązków.

Poprosiłem Marcina, żeby mnie oprowadził po kompleksie. Zaskoczyło mnie, że tutaj, na końcu świata, naukowcy mieli tak wspaniałe warunki. Weźmy choćby wyposażenie kuchni: frytkownica, przemysłowy piekarnik, maszyna do wypieku chleba, kuchenka gazowa. Wyobrażałem to sobie zupełnie inaczej. Pomieszczenie, w którym wcześniej zostaliśmy przyjęci, było wyłożone ciepłym drewnem z mnóstwem półek zastawionych ciekawymi książkami. Pośrodku znajdował się stół, na którym ustawiono małe przekąski. Wygodne kanapy dookoła niego służyły zimownikom do wspólnego spędzania czasu, np. podczas oglądania filmów na wielkiej plazmie lub rzutniku. Marcin pokazał mi też swój pokój – niewielką jedynkę, której istotny element umeblowania stanowił rzucający się w oczy keyboard.

– Wziąłem go, bo stwierdziłem, że warto poświęcić noc polarną na naukę gry na instrumencie – wyjaśnił.

Zwiedziłem także niewielką siłownię zbudowaną na potrzeby pracowników stacji. Nie mogłem wyjść ze zdumienia, gdy w magazynie z żywnością zobaczyłem wózek z logotypem popularnej marki z owadem w tle.

– Tutaj przechowujemy żywność potrzebną do przygotowywania posiłków, a następnie zabieramy ją do kuchni – wyjaśnił Marcin.

Magazynowe regały rzeczywiście do złudzenia przypominały półki sklepowe w supermarketach. Były tam też gigantyczne chłodnie, w których składowano zamrożone produkty. Pomyślałem, że gdyby kiedyś (tfu, tfu) wybuchł konflikt zbrojny lub epidemia o zasięgu globalnym, to w tym miejscu bez problemu można by przeczekać gorący okres w komfortowych warunkach.

Po zwiedzeniu zabudowań zaczęliśmy się szykować do wyjścia na zewnątrz. W takim rejonie do wędrówki trzeba się solidnie przygotować. Dostałem pistolet z racą i zostałem szybko poinstruowany, w jakich sytuacjach mogę jej użyć, a kiedy będzie na to już za późno. Marcin z kolei zarzucił na ramię długą broń na wypadek spotkania z lokalnym drapieżnikiem. Tak wyposażeni ruszyliśmy na kilkudziesięciominutowy spacer po okolicy. Odwiedziliśmy osławiony skalisty Przylądek Wilczka znajdujący się na krańcu Zatoki Białego Niedźwiedzia. Wznoszą się na nim słynny drewniany krzyż i ołtarz ustawione w 1982 roku przez członków IV wyprawy PAN. W tym miejscu tradycyjnie odbywają się msze podczas wizyt księdza, przybywającego tu dwa, trzy razy w roku.

W drodze powrotnej do budynku stacji w pamięć zapadła mi tabliczka znajdująca się przed wejściem do budynku. Umieszczony na niej napis informował, że Warszawa znajduje się ponad 2700 km stąd w linii prostej. Pomyślałem, że nie czuje się tej odległości. Atmosfera w grupie naukowców była tak serdeczna, że miałem wrażenie, jakbym przebywał dużo bliżej domu. Chętnie posiedziałbym dłużej w tym przyjaznym miejscu, ale jeden z zimowników spieszył się na samolot, który za niecałą dobę odlatywał z Longyearbyen, więc w sporym pośpiechu zaczęliśmy przygotowywać się do powrotu. Na pożegnanie otrzymałem dwie małe pamiątki – kalendarz ścienny i bardzo pojemny kubek z logotypem tej konkretnej ekspedycji naukowej. Aby zwiększyć motywację i ożywić ruchy kapitana Jerzego, wyjeżdżający naukowiec przekazał mu wielką butelkę whisky. W efekcie po chwili wszyscy byli już na pokładzie statku i ruszaliśmy w kilkunastogodzinny rejs powrotny do największego skupiska ludzkiego na Spitsbergenie.

– Taki prezent to ja rozumiem – skwitował kapitan. – Myślałem, że przez kolejne dni będę pił ten sok – powiedział, wskazując niemal pusty karton z winem.

W porcie w Longyearbyen znajdował się niewielki (solidnie ogrzewany), biały, czysty i zadbany barak. Mieściła się tam toaleta i prysznic; można było także skorzystać z wi-fi. Spędzałem tam sporo czasu, zwłaszcza że na statku panował dotkliwy chłód (mój śpiwór ostatecznie oblał test), a tutaj mogłem się ogrzać.

The North Pole is in the north. The South Pole is in the south. And we, the Poles, are everywhere…

Kolejny dzień przyniósł sporo emocji i wspaniałych wspomnień. Czekałem na niego od miesięcy. To właśnie tego dnia startował kameralny maraton na Spitsbergenie. Po śniadaniu poszedłem do centrum miasta, aby odebrać pakiet startowy i przygotować się do biegu. W drodze do biura zawodów mijałem obiekty podkreślające charakter miasta: pomniki niedźwiedzia polarnego, górnika czy wypełnione po brzegi węglem wózki kopalniane. W miejscowości dominowała zabudowa drewniana, jednopiętrowa. Budynków nie stawiano gęsto, jednego na drugim, a wręcz przeciwnie – przestrzeni było tutaj w bród.