Pocztówki z Portugalii - Jolanta Kosowska - ebook + audiobook + książka

Pocztówki z Portugalii ebook i audiobook

Jolanta Kosowska

4,5

Opis

Gęste mgły i słoneczne klify magicznej Portugalii wzbudzają zachwyt Olgi, utalentowanej artystki i dziennikarki. Jej fotografie, które zwyciężyły w międzynarodowym konkursie, zostaną zaprezentowane na wystawie w Lizbonie. Jednak Olga, poza zbieraniem laurów, ma jeszcze jeden ważny powód, żeby odwiedzić piękny kraj na zachodnim brzegu Europy. Młoda kobieta zamierza rozwiązać zagadkę zniknięcia Andrzeja Komorowskiego – artysty, który z niewiadomych przyczyn zerwał kontakt ze swoją rodziną. Z białych mgieł snujących się tuż przy ziemi powoli wyłaniają się ostre kształty i coraz bardziej intensywne barwy zdarzeń z niedalekiej przeszłości…

Jolanta Kosowska
Urodzona na Opolszczyźnie, większość życia związana z Wrocławiem, Opolem i Sobótką, absolwentka wrocławskiej Akademii Medycznej i studiów podyplomowych w Akademii Wychowania Fizycznego. Z zawodu lekarka, specjalistka w trzech dziedzinach medycyny. Nieustannie szuka nowych wyzwań i swojego miejsca na ziemi. Od kilkunastu lat mieszka i pracuje w Dreźnie. Jest związana z drezdeńską Polonią. Dzieli swój czas pomiędzy pracę zawodową, podróże i pisanie powieści. Jest autorką dwunastu powieści obyczajowych.

https://www.facebook.com/Jolanta.Kosowska.Autor
https://www.facebook.com/groups Szuflada Jolanty Kosowskiej
www.jolantakosowska.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 315

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 29 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,5 (71 ocen)
44
18
7
2
0
Sortuj według:
Ashka_

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka i wzruszająca
10
Danusia1929

Nie oderwiesz się od lektury

Miłość ponad czas I przestrzeń. Niebanalna, trudna, piękna. A to wszystko w magicznej Portugalii. Trzeba przeczytać!!!
10
ElzbietaKR

Nie oderwiesz się od lektury

cudna, poruszająca do głębi podróż do Portugalii a przede wszystkim w siebie. gorąco polecam.
10
ewa2233

Z braku laku…

Początek intrygujący, niestety, przeszedł w ckliwe romansidło. Nie sposób było skończyć, bez przerzucania karetek.
00
Monika2345678

Całkiem niezła

podobała mi się ale to dlatego ze uwielbiam Sintre i fajnie było się tam przenieść. dla mnie za dużo przymiotników. za dużo opisów jak by pisana na ilość słów. Ale romantyczna. polecam
00

Popularność




Czujemy więcej, niż potrafimy nazwać. Nasz język jest zbyt ubogi w stosunku do naszych emocji.

Jolanta Kosowska Nie ma nieba

Autor powieści to ktoś, kto potrafi przetworzyć prawdę życia w fikcję poruszającej opowieści, nie przekraczając nienaruszalnych granic. Dlatego historia tu przedstawiona powstała w pisarskiej wyobraźni, choć jej źródło bije w prawdziwych emocjach, w przeżyciach, których doświadcza wielu z nas. Z tego powodu ewentualne skojarzenia z prawdziwymi wydarzeniami lub osobami będą zupełnie przypadkowe i niezwiązane z nikim konkretnym.

Agnieszce

Konrad

– Dlaczego się na to zgodziłeś? – Głos Natalii wyrwał mnie z zamyślenia.

Podniosła wzrok i na moment spotkały się nasze spojrzenia. Czekała na to, co odpowiem, ale nie za dużo miałem do powiedzenia. Siedzieliśmy w ogródku restauracji, tuż za pomnikiem Fredry, i od godziny udawaliśmy zakochanych. Czułem się z tym coraz gorzej. Nie pasowałem do tej roli.

– Co mówisz? – Udałem, że nie usłyszałem pytania.

– Zapytałam, dlaczego zgodziłeś się mi pomóc – powtórzyła Natalia. – Przecież nawet mnie nie lubisz.

To prawda. Nigdy za nią nie przepadałem, a był nawet okres w moim życiu, kiedy uważałem ją za najbardziej rozpuszczoną i denerwującą dziewczynę, jaką znałem. Od tego czasu minęło parę lat. Ona się zmieniła, wydoroślała. Widywaliśmy się rzadko. Jako nastolatka była pewna siebie, zarozumiała, szła po trupach do celu, niszczyła wszystkich i wszystko – w imię nie wiadomo czego. Znam ją, odkąd się urodziła, jest młodszą siostrą Maćka, a Maciek to mój przyjaciel. Pamiętam ją, kiedy była w podstawówce. Podwijała i tak już przykrótkie spódnice, rolując je w pasie, żeby świecić koronkową bielizną. W szkole średniej farbowała włosy na czarno, oczy podkreślała czarną kredką, używała przeraźliwie jasnego pudru, nosiła glany. Trawka, ciężka muzyka i jeszcze cięższe nastroje. W ich domu od piekielnych dźwięków drżały ściany, a raz, poczęstowany przez nią ciasteczkami, które, jak się później okazało, zawierały narkotyk, nie mogłem trafić do domu. Matura ją pokonała. Historia na maturze ją przerosła, matematyka była czymś niepojętym, a literatura okazała się niemożliwą do zgłębienia tajemnicą. Nie przejęła się tą porażką, nawet nie miała czasu się nad nią zastanowić, bo przeczytała w Internecie o naborze do pewnego programu, który przypomniał jej o nabytych w dzieciństwie umiejętnościach. Stanęła do castingu, zakwalifikowano ją i zaczęła się piąć po śliskich szczeblach artystycznej kariery. Okazało się, że Natalia potrafi tańczyć i że robi to wyjątkowo. Ponoć kilka lat chodziła na balet. Jako dziecko tańczyła w operze. Potem należała do jakiegoś zespołu tanecznego. Zespół odnosił sukcesy. Znudziła się tańcem, kiedy miała szesnaście lat. Nawet o tym wcześniej nie słyszałem. Widocznie Maciek nie uważał tego za ważne. Nagle to się przydało, umiejętnie podkręcone, przełożyło się na sukces. Podobała się telewidzom, urzekła członków jury, z programu na program była coraz lepsza. Doszła do półfinału tamtego programu. Inni byli zdolniejsi i lepsi. Na tym był koniec. Wróciła do Wrocławia i na wiele miesięcy zamknęła się w domu. Zmieniła image i podejście do życia. Wydoroślała. Tę nową Natalię zacząłem nawet lubić. Pomagałem jej trochę w przygotowaniach do poprawki. Zdała maturę. Dostała się do Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie. Potem wyjechała studiować do Paryża. Do domu przyjeżdżała parę razy w roku. Siedząca przede mną kobieta w niczym nie przypominała tamtej zbuntowanej nastolatki, której kiedyś nie cierpiałem. Jasne włosy opadały jej na ramiona, delikatny makijaż podkreślał regularny kształt oczu i ust. Na to popołudnie miała ubrać się tak, żeby przyciągać wzrok, rzucać się w oczy. Włożyła karminową sukienkę. Do niej miała czarne dodatki – krótki, ażurowy sweterek, szpilki, torebkę, bransoletkę, łańcuszek z zawieszką z czarnym opalem. Nawet w tej karminowej sukience wyglądała subtelnie i delikatnie.

– Pytałam, dlaczego zgodziłeś się mi pomóc – powtórzyła kolejny już raz, nie ustępowała.

– W końcu to nic takiego – odpowiedziałem. – Małe przedstawienie na rzecz pewnego faceta, z którym nie chcesz mieć już nic wspólnego. Mała przysługa dla siostry mojego przyjaciela.

Maciek zadzwonił do mnie parę dni wcześniej. Powiedział, że Natalia przyjechała niespodziewanie do domu. Ktoś ze znajomych przesłał jej zdjęcia Filipa szalejącego na jakiejś studenckiej imprezie z bardzo ponętną brunetką. Dodał do tego parę zdjęć z jakiegoś spaceru i kilka udanych fotek namiętnych pocałunków. Nie wiem, czy były jeszcze inne zdjęcia. Tylko te widziałem. Zastanawiam się, dlaczego ludzie robią takie rzeczy. Ponoć z bezinteresownej życzliwości. Czy na pewno? Myślę, że z chęci dokopania innym. Donieść, włożyć kij w mrowisko, rozpętać burzę, napawać się tym, samemu nic nie ryzykując. Zabawić się czyimś kosztem, zrobić z czyjegoś życia szambo.

Filip był chłopakiem Natalii, nie znałem go osobiście. Studiował aktorstwo, ponoć intensywnie uczył się języka francuskiego i przygotowywał się do wyjazdu do Paryża. Jak się okazuje, różnie to wyglądało. Po przyjeździe Natalia się z nim spotkała. Dziewczyny różnią się od facetów, w każdym razie Natalia wyraźnie różni się pod tym względem ode mnie. Ja na jej miejscu bym się z nim nie spotkał. To musiało być dla obu stron niezręczne i na swój sposób poniżające. Ja ograniczyłbym się do krótkiej wiadomości wysłanej Messengerem z jednym wymownym słowem – „Spadaj!”. Do wiadomości dodałbym ze dwa zdjęcia. Na pewno to, na którym Filip ze swoją nową wybranką prawie kochają się na parkiecie, a także to z namiętnym pocałunkiem i rękami chłopaka błądzącymi odważnie po ciele dziewczyny. Natalia jednak nie jest mną i spotkała się z Filipem. Ponoć wił się jak piskorz, zapewniał o swojej miłości i wszystko zrzucał na tęsknotę i dzielącą ich odległość. Chyba był w tym wszystkim mało przekonujący, bo Natalia wróciła do domu zrozpaczona. Stałem się mimowolnym świadkiem tego powrotu. Maciek był chory, nie uczestniczył w radzie wydziału. Wpadłem do niego, żeby przekazać mu kilka informacji. Właśnie miałem wychodzić, kiedy wróciła Natalia. Potraktowała mnie jak powietrze, z trzaskiem zamknęła drzwi do swojego pokoju. Po chwili usłyszałem głośny szloch. Poczułem się jak intruz, który wdarł się w czyjeś prywatne życie.

– To ja już pójdę. – Podniosłem się. – Zdrowiej szybko! Zobaczymy się za parę dni na uczelni. Prowadzę ćwiczenia w twoich grupach – dodałem.

– Tylko mi ich nie rozpuść! – jęknął Maciek. – I bez tego bywają nie do zniesienia.

Wpadłem na Maćka tydzień później w dziekanacie. Wymieniliśmy parę zdań na temat jego studentów.

– Co u Natalii? – zapytałem.

– Nic – odpowiedział pospiesznie. – Próbuje sobie wszystko poukładać. To nie jest takie proste… Byli ze sobą trzy lata. Za dwa tygodnie Filip miał przyjechać do Paryża i tam zostać. Właśnie wynajęła większe mieszkanie, kupiła meble, kończyła urządzać ich sypialnię…Wiesz, jak to dziewczyny… – mówił oględnie, jakby zastanawiał się, co może mi powiedzieć. – Myślę, że obiecywała sobie zbyt wiele – dodał po chwili. – Może widziała się już w białej sukni?

On się śpieszył. Ja też rozpoczynałem już zajęcia. Spotkałem go parę dni później w stołówce. Dosiadłem się do jego stolika. Próbowałem sobie wmówić, że zraz mielony jest wyśmienity, a szpinak mi nie przeszkadza. On próbował oddzielić makaron od kiełbasy na swoim talerzu.

– Nie jesteś głodny? – zapytałem.

– Niespecjalnie. Przed chwilą jadłem drugie śniadanie – mruknął. – Ostatnio nie mam apetytu. Dołuje mnie sytuacja w domu. Czuję się jak ktoś, kto nie był na pogrzebie, nie wie nawet, kto umarł, a powinien nosić żałobę. Nie ma nic bardziej przygnębiającego od oszukanej dziewczyny bez przerwy użalającej się nad sobą – dodał po chwili. – W domu mam koszmar.

– Aż tak źle? – zapytałem.

– Makabrycznie. Natalia nie chce się z nikim spotykać, siedzi w domu i płacze. Unika znajomych i przyjaciół. Nawet do rodziców nie chciała pojechać na obiad. Masakra… Leży, słucha romantycznych kawałków, ogląda ich stare zdjęcie, na przemian przeklina i szlocha. Udusiłbym tego dupka, gdyby to mogło w czymś pomóc.

– Nie pomoże – wszedłem mu w słowo.

– Wiem, że nie pomoże – mruknął. – Ja na jej miejscu spróbowałbym mu dokopać – dodał.

Dosiadł się do nas kolega z wydziału. Przerwał nam rozmowę. Zaczął opowiadać o konferencji w Pradze. Zjedliśmy obiad i każdy z nas poszedł w swoją stronę. Maciek zadzwonił wieczorem.

– Natalia w rozpaczy – powiedział bez żadnego wstępu. – Kanalia tryumfuje. Pomożesz? – zapytał.

– Jak mam pomóc? – spytałem zaskoczony.

– Namierzyłem, gdzie Filip spędza wieczory ze swoją nową muzą. Fajne, nastrojowe miejsce. Poszedłbyś z Natalią na kolację?

– Na kolację? Z Natalią? – W pierwszej chwili go nie zrozumiałem.

– Na kolację – potwierdził. – Popatrzycie sobie w oczy, potrzymacie się za ręce, poprzytulacie przy cichych dźwiękach muzyki. Może jakieś muśnięcie ust, jakaś niewinna pieszczota…

– O czym ty mówisz?! – zapytałem przerażony.

– O kolacji z moją siostrą. Krótki spektakl dla jednego widza. Nic wielkiego, taka słodka zemsta.

– Chyba żartujesz – jęknąłem.

– Nie żartuję! To wspaniały pomysł. Chodzi mi po głowie już od wielu dni. Pasujesz idealnie. Facet cię nie zna, wyglądasz nie najgorzej, w każdym razie podobasz się studentkom. Będzie zazdrosny. Poczuje, jak wiele stracił.

– To ty tak uważasz. A co na to Natalia? – zapytałem z nadzieją, że przynajmniej ona myśli inaczej.

Nie odpowiedział od razu.

– W pewnym sensie pomysł podsunęła mi właśnie ona – odpowiedział po chwili. – Ponoć powiedziała Filipowi, że i tak miała się z nim rozstać, bo spotkała na swojej drodze innego mężczyznę. Ten mężczyzna jest jej bliższy. Ja tylko do jej gadki wymyśliłem resztę… – Na moment zamilkł. – Niełatwo było ją do mojego pomysłu przekonać. Trochę to trwało – dodał po chwili. – Kilka przepłakanych dni i nocy, kilka wybuchów histerii. Wczoraj przyznała, że to dobry pomysł. Prosiła, żebym z tobą pogadał.

– To znaczy, że postanowiła mu dokopać? – chciałem się upewnić.

– Postanowiła – przytaknął.

– Dlaczego padło na mnie? – zapytałem po chwili. – Nie przepadamy za sobą.

– Należysz do naszej szeroko rozumianej rodziny, znasz Natalię od urodzenia, jesteś dla niej jak starszy brat, ona ci ufa… – wyliczył jednym tchem. Był przygotowany, spodziewał się tego pytania. – Filip cię nie zna. To też jest bardzo istotne – dokończył.

– Czego ode mnie oczekujecie? – zapytałem.

– Już ci mówiłem. Pójdziesz z Natalią na kolację i będziesz udawał zakochanego w niej mężczyznę.

Zgodziłem się. Nie wiem, co mną kierowało, w każdym razie pokonało zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy. Nie mam talentu aktorskiego, lubię proste i jasne sytuacje. Brzydzę się oszustwem i kłamstwem. Nie potrafię kłamać. Wszystko we mnie krzyczało, że to głupi pomysł, a jednak się zgodziłem. Uciszałem wyrzuty sumienia, powtarzając w myślach, że robię to w imię przyjaźni.

A teraz już od godziny siedzieliśmy w tej restauracji, wierząc, że zjawi się w niej Filip ze swoją nową wybranką. Milczeliśmy, nie kleiła nam się rozmowa. Oboje byliśmy spięci, Natalia cały czas rozglądała się dookoła. Odruchowo gniotła w ręku serwetkę i raz po raz podnosiła do ust pustą już filiżankę.

– Denerwujesz się, że przyjdzie czy że nie przyjdzie? – zapytałem.

Nie zareagowała, może nawet nie usłyszała mojego pytania.

– Mam pomysł – powiedziałem. – Przejdziemy się po rynku. Pogadamy. Zajrzymy tutaj za jakiś czas. Na razie wypiliśmy kawę, potem zjemy kolację.

Pomogło. Obeszliśmy rynek dwa razy, rozmawiając o jej studiach i moich studentach, trochę o Paryżu. Ona jest zakochana w tym mieście.

– Byłeś kiedyś w Paryżu? – zapytała rozpromieniona.

– Przed dwoma laty. Spędziłem tydzień na bieganiu po mieście i zaliczaniu miejsc z listy piętnastu, które musi zobaczyć każdy, kto odwiedza stolicę Francji – odparłem bez entuzjazmu.

– I co? – dopytywała.

– Wróciłem ogłupiały i zmęczony. To chyba nie moje klimaty.

– To była wycieczka? – spytała.

– Wycieczka – potwierdziłem.

– Koszmar, współczuję – stwierdziła. – Tego miasta nie da się tak poznać. Maciek się do mnie wybiera. Przyjedźcie razem! Możesz wziąć z sobą też Olgę. Pokażę wam mój Paryż. On jest zupełnie inny od tego prezentowanego w ramach wycieczek – zachęcała. – Popłyniemy o świcie statkiem po Sekwanie, powłóczymy się po dzielnicy Montmartre, usiądziemy w którejś z kafejek. Wtopimy się w atmosferę tego miejsca. Van Gogh, Monet, Lautrec… – opowiadała ciepło. – Siedzieli tam wieczorami, pili wino, obserwowali przechodniów, przeklinali i kochali, mieszkali w najtańszych mieszkaniach i malowali swoje największe dzieła… Ich duchy unoszą się w powietrzu… – Usta jej się nie zamykały. Pomyślałem, że ona naprawdę musi kochać to miasto. – Czar! Magia! Tajemnica! Pożądanie i namiętność! – opowiadała. – Wielka sztuka i totalna bieda. Miłość prawdziwa i ta za pieniądze. Wszystko w jednym miejscu. Wszystko w Paryżu. Zobaczysz, pokochasz mój Paryż! Jego nie da się nie kochać! Zauroczył mnie na zawsze.

Zatrzymaliśmy się na chwilę przy młodej dziewczynie grającej na skrzypcach. Sporo osób stało wokół niej. Grała Dangerous. Niedawno słuchaliśmy z Olgą płyty Davida Garretta. Był na niej ten utwór.

– W Paryżu wszędzie słychać muzykę – usłyszałem głos Natalii. – Z dzielnicy Montmartre zabiorę was do Lasku Bulońskiego. Popływamy łódką po jednym ze stawów, nacieszymy wzrok zielenią, wyciszymy zmysły. Potem pojeździmy konno. Któregoś popołudnia pojedziemy do dzielnicy Marais i wypijemy kawę w którejś z cichych, rzadko odwiedzanych przez turystów kafejek. Zabiorę was na najlepszą na świecie zupę cebulową, pochodzimy wieczorem uliczkami przy Sorbonie… Pokażę wam mój Paryż. Paryż widziany moimi oczami, taki, jaki kocham. A późnym wieczorem zaproszę was na próbę do pewnego teatru. To wyjątkowe miejsce, teatr, który stworzyliśmy z przyjaciółmi – mówiła podekscytowana.

– Stworzyliście teatr? – przerwałem jej. – To niesamowite.

– Wynajęliśmy budynek. Starą budę pełną wspomnień o wielkiej przeszłości. Przez lata był tam magazyn, teraz my robimy fantastyczne rzeczy – opowiadała. – Pierre napisał sztukę. Jest genialna, ale nikt jej nie chciał wystawić. My ją wystawimy. To będzie niesamowite przedstawienie. Zobaczysz, że przyciągnie tłumy…

Kolejny raz minęliśmy ratusz. Zbliżaliśmy się do pomnika Aleksandra Fredry.

– Są – szepnęła. Stanęła jak wryta. Zesztywniała. – Ten facet w niebieskiej koszuli to Filip. Obok niego siedzi dziewczyna z fotografii. Ma na sobie błękitną sukienkę.

Natalia cofnęła się parę kroków. Schowała za rogiem budynku.

– I co teraz? – zapytała przestraszona.

– Jak to co? – zdziwiłem się. – Już nie chcesz mu dokopać?

Nie odpowiedziała od razu. Zawahała się. Pomyślałem, że ona go nadal kocha.

– Nie wiem, czy potrafię – powiedziała cicho.

– Potrafisz, wiem to – uspokajałem ją. – Jesteś aktorką. Jak tylko będziesz chciała, to zagrasz wszystko – mówiłem pewnym głosem, chciałem dodać jej odwagi. – Pomyśl o tym jak o roli. Jesteś na scenie w teatrze albo na planie filmu i grasz zakochaną dziewczynę, która idzie ze swoim chłopakiem na kolację. Puść wodze wyobraźni – mówiłem ciepło. – W końcu chcemy komuś dokuczyć. Chcemy dokopać komuś, kto dokopał tobie. Dla niego dziś wieczorem ty kochasz mnie, a ja kocham ciebie… Gramy tak, żeby on w to uwierzył.

Chwyciłem jej dłoń. Była dużo mniejsza od mojej. Wyszliśmy zza rogu. Minęliśmy pomnik Fredry i ruszyliśmy w kierunku restauracji. Z daleka widać było okrągłe stoliki przykryte białymi obrusami, a przy nich ratanowe krzesła ustawione na chodniku. Kolorowa markiza osłaniała stoliki przed ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Na niektórych stołach płonęły świece. Przystanęliśmy na chwilę. Chciałem się upewnić, czy Natalia wie, co robi. Moje spojrzenie przesunęło się po jej włosach, ześlizgnęło na usta, powędrowało po ramionach, po sukience, omiotło nogi. Nagle przyszło mi na myśl, że jest bardzo ładna. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem. Nigdy dotąd nie patrzyłem na nią jak na dziewczynę. Była dla mnie zawsze tylko młodszą siostrą Maćka. Przez moment poczułem się nieswojo. Nie robimy nic złego – usprawiedliwiałem się w myślach. – Pokażemy tylko Filipowi, co stracił.

Odgarnąłem Natalii spadający na twarz kosmyk włosów. Spojrzała na mnie zaskoczona. Uśmiechnęła się niepewnie. Na chwilę spotkały się nasze spojrzenia. To ja pierwszy uciekłem wzrokiem.

– Pięknie wyglądasz – szepnąłem. – Filip będzie mi ciebie zazdrościł.

Podniosła wzrok. W jej oczach malowało się zdziwienie. Myślę, że i ona zawsze widziała we mnie tylko kumpla swojego o osiem lat starszego brata.

– Jesteś gotowa? – zapytałem. Chciałem, żeby mój głos brzmiał obojętnie, żeby nie zdradzał niepokoju i obaw.

– Jestem – odpowiedziała pośpiesznie. Nikły uśmiech przebiegł po jej twarzy.

– Wiesz, co robisz? – upewniłem się.

– Wiem – powiedziała cicho.

Chciała, żeby zabrzmiało to pewnie, ale nie do końca jej się udało. Głos Natalii dziwnie zadrżał. Spojrzałem na nią uważniej.

– Nie będziesz tego żałowała? – zapytałem. – Może jeszcze kiedyś zeszłyby się wasze drogi. Może to wcale jeszcze nie jest koniec.

– To koniec – przerwała mi gwałtownie. – Filip okazał się zwykłym palantem. Nigdy nie będę tego żałowała – zapewniła mnie.

– Przemyślałaś to sobie dokładnie? – dopytywałem.

– Dokładniej już nie można.

– I nie jest to tylko pomysłem twojego brata? – zapytałem.

– Bardzo podoba mi się ten jego pomysł. Jest genialny – powiedziała pewnie.

Objąłem ją ramieniem. Przytuliłem do siebie. Pomiędzy nami jest osiem lat różnicy. Zawsze wydawała mi się mała i smarkata, niedojrzała i głupia, a teraz nagle pomyślałem, że te osiem lat jakby straciło na znaczeniu. Nikt by się nie zdziwił, gdybyśmy byli parą.

– Idziemy? – zapytałem.

– Idziemy! – powtórzyła za mną.

Spojrzałem w kierunku restauracji. Zauważyłem ich od razu. Siedzieli przy stoliku na zewnątrz. Ona była ubrana w błękitną, jedwabną sukienkę. Prostą i elegancką, ale trochę bezpłciową i nudną. On miał na sobie niebieską koszulę i ciemne spodnie. Nachyleni ku sobie, zajęci byli rozmową. Pierwsza zobaczyła nas ona. Musiała już kiedyś widzieć Natalię. Zapewne on pokazywał jej zdjęcia. Wyprostowała się, zesztywniała. Powiedziała coś do Filipa. Uniósł wzrok i już później nie potrafił go od nas oderwać. Natalia udała, że ich nie widzi. Całą sobą koncentrowała się na mnie. Usiedliśmy parę stolików dalej. Piliśmy, jedliśmy, rozmawialiśmy. Udawaliśmy szczęśliwie zakochanych, którzy cieszyli się z każdej wspólnej chwili.

– Dlaczego mi się tak przyglądasz? – zapytała niespodziewanie Natalia.

– Chcę, żeby to zauważył – odpowiedziałem. – Zakochani zwykle na siebie patrzą.

Nie odrywałem od niej oczu. Przypatrywałem się jej coraz natarczywiej, coraz bezczelniej. Nie rozglądałem się dookoła. Moje spojrzenie wędrowało tylko po niej. W końcu miałem być zakochanym w niej mężczyzną. Zakochani pieszczą i przytulają się wzrokiem.

Początkowo unikała mojego spojrzenia. Z czasem i ona zaczęła na mnie patrzeć.

– Nigdy ci się nie przyglądałam – powiedziała nieoczekiwanie. – Jesteś przystojny, nawet bardzo – dodała po chwili. – Twoje studentki muszą za tobą szaleć.

– Grubą linią oddzielam pracę zawodową od życia prywatnego – powiedziałem pospiesznie.

– Wiem od Maćka, że już od kilku lat jesteś po uszy zakochany w Oldze.

– Jestem – uśmiechnąłem się. – Faceci z mojej rodziny zakochują się raz na całe życie. Tak było z moim dziadkiem, z moim ojcem, z moimi wujami… Chyba po prostu tak mamy. Jedna miłość na całe życie nam wystarcza.

– Szczęściara z tej Olgi. – Natalia nie dała mi dokończyć. – Spotkała na swojej drodze odpowiedniego mężczyznę.

– Mam nadzieję, że nigdy nie będzie tego żałowała – roześmiałem się. – Nikt nie jest idealny. Ponoć mam mnóstwo wad – dodałem. – Bywam nie do wytrzymania. Jestem bałaganiarzem, żyję zbyt spontanicznie, nie pamiętam o ważnych datach – zacząłem wymieniać swoje wady. – Czasami trudno mi z wielu spraw wybrać te najważniejsze. Olga mówi, że bezwiednie rozdaję siebie po kawałku obcym ludziom…

– Nie przesadzaj! – przerwała mi. – Wszystko zależy od punktu widzenia. Każda z tych cech może być zarówno wadą, jak i zaletą. Rozdajesz siebie obcym po kawałku? Maciek mówił, że studenci cię kochają. Jesteś dla nich kimś bliskim. Wymagasz, ale potrafisz też pomóc. Od ciebie przyjmują bez szemrania każdą uwagę, mają cię za równego gościa, traktują jak przyjaciela, ufają ci, powierzają tajemnice. Wybrali cię asystentem roku… To wada czy zaleta? A może to się dla ciebie nie liczy?

– Przysporzyło mi to na uczelni więcej wrogów niż przyjaciół – odpowiedziałem.

Kelner zapalił świece na naszym stole. Ciepły blask zatańczył na twarzy Natalii. Wesołe ogniki odbiły się w jej oczach. Podniosłem wzrok, spojrzałem w kierunku Filipa i jego dziewczyny. Siedzieli wyprostowani. Pili wino, nie rozmawiali ze sobą. Oboje mierzyli nas wzrokiem.

– Patrzą na nas? – szepnęła Natalia.

– Patrzą – odpowiedziałem. – Nie odrywają od nas oczu. Przeszkadza ci to? – zapytałem. – Niemożliwe – odpowiedziałem sam sobie szybciej, niż zdążyła otworzyć usta. – Aktorzy lubią przyciągać wzrok. Tylko nie mów, że ty nie lubisz! Nie uwierzę. Pamiętasz swoją rolę na dzisiejszy wieczór? – zapytałem.

Spojrzała na mnie.

– Pamiętam – powiedziała cicho.

– Dzisiaj grasz szczęśliwą dziewczynę, która jest na kolacji z zakochanym w niej facetem. Przyszliśmy tutaj pokazać innym, jak bardzo się kochamy – powiedziałem szeptem. – Niczego się nie bój. Zaufaj mi! Jestem przyjacielem twojego brata, znasz mnie całe swoje życie.

– Wiem – szepnęła. – Kiedyś nawet myślałam, że należysz do naszej rodziny.

Płomyki świec migotały radośnie. Odbiły się w niebieskich oczach Natalii. Blask świec ma w sobie coś niesamowitego. Każdemu miejscu dodaje przytulności, każdej twarzy łagodnych rysów. Nawet rozmowy stają się cichsze i cieplejsze. Dopiero teraz zauważyłem, że zmierzch przeszedł w ciemność, a niebo nad miastem stało się granatowe. Rozbłysły pierwsze gwiazdy i z minuty na minutę było ich coraz więcej. Podniosłem kieliszek do ust, czerwona ciecz omiotła ścianki naczynia. Wydawała się lepka. Łyk wina, jeszcze jeden i jeszcze. Przyglądałem się błyszczącym oczom Natalii. Ciepłe ogniki igrały w nich jak szalone. Po jej twarzy błąkał się uśmiech.

– Zaufaj mi – powtórzyłem. – Świetnie nam idzie. Nie odrywają od nas wzroku. Przestali już nawet rozmawiać. On pożera cię spojrzeniem, a ona na pewno ma ochotę cię zabić – roześmiałem się. – Niespodziewanie dobrze nam idzie… Będziesz świetną aktorką. Masz wrodzony talent.

Pochyliłem się, podniosłem do ust jej rękę, musnąłem wargami czubki placów. Spojrzała na mnie zaskoczona. Po chwili na jej twarzy pojawił się nikły uśmiech. Kątem oka widziałem Filipa, który wciąż nam się przyglądał. Siedząca obok niego dziewczyna mierzyła nas posępnym spojrzeniem. Natalia przesunęła delikatnie palcami po moich wargach. Dotknąłem językiem jej opuszków.

– To nic nie znaczy – szepnąłem. – Gramy w sztuce o miłości. Musimy być przekonujący. W naszą miłość muszą uwierzyć ci dwoje i wszyscy, którzy siedzą w tej restauracji.

Cofnęła rękę. Zanurzyła palec w winie. Dotknęła moich ust. Tym razem ja byłem zaskoczony, jej dotyk wydał mi się zbyt odważny.

– Nie przesadzam? – zapytała cicho.

– Nie przesadzasz… – chciałem, żeby zabrzmiało to pewnie.

Z tyłu lokalu dobiegły nas pierwsze akordy, a już po chwili rozległ się dźwięk gitary i wtórujący mu głos solisty. Chłopak śpiewał o wiosennej miłości, która błąka się po wrocławskich ulicach i parkach.

– Zatańczysz? – zapytałem.

– Oszalałeś? – odpowiedziała zaskoczona. – Tu nikt nie tańczy. Nigdy nie widziałam, żeby tutaj ktoś tańczył – dodała pośpiesznie.

– Nic nie szkodzi. Możemy być pierwsi. Na chodniku jest sporo miejsca.

Wstałem, podszedłem do niej, a ona podniosła się odruchowo. Obciągnęła sukienkę. Odrzuciła do tyłu spadający jej na twarz kosmyk włosów. Dała się porwać do tańca. Czułem na sobie spojrzenie Filipa. Widziałem jego mocno zaciśnięte szczęki i dłonie. Nic bardziej nie denerwuje mężczyzny niż widok jego byłej kochanki w ramionach innego faceta. Natalia tańczy rewelacyjnie. Ja kiedyś z nudów poszedłem na kurs tańca. Teraz przydały mi się nabyte tam umiejętności. Tańczyliśmy bardzo blisko siebie. Czułem jej biodra przy moich biodrach. Raz po raz rozchylała się jej sukienka, raz po raz migały opalone uda. Nagle zesztywniała w moich objęciach.

– Przesadzamy – szepnęła.

Spróbowała się odsunąć. Pomyślałem, że przeraziła ją nasza bliskość.

– Co robisz? – szepnąłem jej do ucha. Przytuliłem ją jeszcze mocniej. – Patrzą na nas. Nie spuszczają z nas wzroku. Chcesz się zdradzić? – zapytałem.

Przestała walczyć. Przylgnęła do mnie w tańcu. Czułem jej bliskość, ciepło, zapach perfum.

– Zaufaj mi do końca – powiedziałem cicho. – Zawsze mi ufałaś – dodałem.

Przytuliłem ją jeszcze mocniej, musnąłem ustami jej policzek, pocałowałem pasma włosów.

– To ma być taniec zakochanych – szepnąłem. – Nie tańczymy na turnieju tańca. Tańczymy z sobą i dla siebie. To inny taniec. W takim tańcu zaklęte są emocje. Niepokój, ciekawość, niepewność, namiętność, radość i pożądanie. To preludium do wspólnej nocy. Cichych szeptów, pocałunków, bliskości, rozkoszy…

Przesadziłem. Sam wiedziałem to doskonale. Nagle poczułem się niezręcznie z tym, co przed chwilą powiedziałem. Poczułem się tak, jakbym słowami zdradził Olgę.

Nikt poza nami nie tańczył. Wielu ludzi ścigało nas wzrokiem. Natalia miała rację, że w tej restauracji się nie tańczy. Solista śpiewał kolejną piosenkę o miłości.

– Ty jesteś szalony – usłyszałem szept Natalii. Jej ciepły oddech musnął moje ucho.

Poczułem się dziwnie. Teraz mi wydawało się, że jesteśmy za blisko siebie, że tańczymy za odważnie, bezwstydnie, jakbyśmy siebie pożądali.

– Próbuję ci pomóc – mruknąłem. – Obiecałem to twojemu bratu.

Nagle pomyślałem, że nie to obiecałem Maćkowi. Miałem po prostu pójść z Natalią na kolację. Nie przypuszczam, żeby podejrzewał mnie o to, co tutaj teraz wyczyniam. Natalia zatrzymała się na chwilę. Wtuliła się we mnie i nagle pocałowała mnie namiętnie i długo na oczach wszystkich gości, którzy spędzali wieczór w tej restauracji. Poczułem się fatalnie. Czym innym jest taniec i muśnięcie ustami jej włosów, a czym innym namiętny pocałunek w usta. Są granice, których nigdy nie przekraczam. I nie miałem przekroczyć ich dla Natalii i Maćka. Kątem oka widziałem, jak Filip przywołał kelnera, zapłacił i pospiesznie wyszedł z restauracji. Za nim podążyła jego nowa dziewczyna. Już po chwili zniknęli za rogiem. Odsunąłem się lekko od Natalii.

– Wyszli – powiedziałem.

Muzyka stała się głośniejsza. Solistę zastąpiła puszczona z gramofonu płyta. Rozbrzmiewał jazz z głośnym solo granym na trąbce.

– Co mówisz?! – Natalia próbowała przekrzyczeć głośne dźwięki.

– Wyszli – powtórzyłem głośniej. – Szkoda, że nie widziałaś jego miny. Udało nam się zniszczyć im wieczór. Zepsuliśmy im humor na długo.

– Potańczmy jeszcze – powiedziała niespodziewanie Natalia. – Świetnie tańczysz.

– Dopijmy wino i odprowadzę cię do domu – udałem, że jej nie słyszę.

Chciałem ruszyć w kierunku stolika. Odwróciłem głowę i zobaczyłem Olgę. Stała parę metrów od nas, a na jej twarzy malowało się zaskoczenie. Na chwilę spotkały się nasze spojrzenia. Ruszyłem w jej stronę, lecz odwróciła się do mnie plecami.

– Olga! Poczekaj! – krzyknąłem.

Ruszyła szybkim krokiem.

– Olga! Ja ci to wytłumaczę!

Przyśpieszyła. Wiele głów zwróciło się w moją stronę.

– Żałosny dupek! – doszedł do mnie komentarz starszego mężczyzn siedzącego przy stoliku obok. – Kompletne zero! Jak to pozory mylą, wyglądał na normalnego faceta.

– Olga! – krzyknąłem.

Stałem niczym kretyn i patrzyłem, jak ona znika w tłumie ludzi spacerujących po wrocławskim Rynku.

– Konrad, biegnij za nią! Spróbuj jej to wytłumaczyć! – usłyszałem za plecami głos Natalii.

Puściłem się pędem, z daleka migała sukienka Olgi. Pobiegła przez plac Solny, potem w kierunku Biblioteki Uniwersyteckiej. Na Kazimierza Wielkiego wsiadła do tramwaju. Motorniczy zamknął mi drzwi przed nosem. Tramwaj ruszył, a ja próbowałem ją dojrzeć w tłumie wypełniającym pojazd. Zauważyłem ją. Ona też mnie widziała. Wymownie odwróciła głowę. Po chwili usłyszałem sygnał nadchodzącej wiadomości.

Spadaj z mojego życia! Żegnaj! Okazałeś się zwykłym palantem!

* * *

Wybrałem numer telefonu Olgi. Raz, drugi, potem trzeci… Matowy głos informował, że abonent jest chwilowo niedostępny. Przerażony, wpatrywałem się w milczący telefon. Zanim Olga zdążyła się odwrócić, zauważyłem, że płacze. Pamiętam nawet więcej. To aż dziwne, że w tak krótkim czasie zdołałem tak wiele zapamiętać. Chyba na swoje nieszczęście. Kiedy spotkały się nasze spojrzenia, oczy Olgi były najpierw okrągłe ze zdziwienia, po chwili przerażone, a zaraz potem pełne łez. Nie powiedziałem jej o pomyśle Maćka. Bałem się, że nie zrozumie, że będzie przeciwna. Zachowałem się jak idiota. Zniszczyłem wszystko. Wiele razy próbowałem do niej zadzwonić, zanim zrozumiałem, że ten abonent już na zawsze może być dla mnie niedostępny. Nagle dotarło do mnie, że ona mi tego nigdy nie wybaczy.

To nie jest tak jak myślisz

Napisałem pospiesznie.

Daj mi szansę, żebym mógł Ci to wytłumaczyć.

Wysłałem wiadomość. Widziałem, że ją przeczytała. Nie czekając na odpowiedź, pisałem kolejną:

Ta dziewczyna to Natalia, siostra Maćka. Znasz ją z opowiadań. Zdradził ją chłopak. Maciek wymyślił taką zemstę. Udawaliśmy zakochanych.

Tekst był żałosny, ale i tak go wysłałem.

To był teatr, gra. Taki spektakl dla jednego widza, dla Filipa, który skrzywdził Natalię.

Wszystko, co pisałem, było równie koszmarne. Filip skrzywdził Natalię, a ja skrzywdziłem moją Olgę. Nagle do mnie dotarło, że ją zawiodłem, doprowadziłem do rozpaczy, zniszczyłem wszystko. Ona mi już nigdy nie wybaczy i nie uwierzy. Jest jak dziecko, tak łatwo ją zranić.

Daj mi szansę! Wytłumaczę Ci wszystko. Później postąpisz tak, jak będziesz uważała.

Wysyłałem wiadomość za wiadomością. Widziałem, że Olga je czyta. Mijały minuty, ale nie przychodziła żadna odpowiedź. Ściskałem w ręku milczący telefon. Nogi same poniosły mnie z powrotem na Rynek, jakby ponowne znalezienie się w tym miejscu mogło cofnąć czas i coś zmienić. Patrzyłem na strumienie wody spływające po szybach fontanny. Nieopodal przystanęła jakaś para. Dziewczyna z chłopakiem wpatrywali się w teatr cieni rozgrywający się w oknach jednej z kamieniczek. Tak niedawno staliśmy tutaj razem z Olgą. To było zaledwie parę dni temu. Zakochani, przytuleni, szczęśliwi, kradnący sobie nawzajem pocałunki… Tamtego wieczoru wydawało mi się, że nie dobrniemy do mojego mieszkania, że już w windzie zaczniemy się kochać. Olga była namiętna, czuła, szalona… Byliśmy tacy szczęśliwi i nagle dzisiaj to nasze szczęście szlag trafił. I to ja wszystko zepsułem.

Rozdzwoniła się moja komórka.

– Gdzie jesteś? – usłyszałem głos Natalii. – Dogoniłeś ją? Wszystko w porządku? – zasypała mnie pytaniami.

– Nic nie jest w porządku! – krzyknąłem do telefonu. – Wszystko szlag trafił! Przez ten wieczór moje życie rozpadło się na kawałki.

– Zadzwonię do Olgi. Wyjaśnię jej to – powiedziała szybko Natalia. – Już dzwonię do Maćka. Olga przecież zna Maćka. Jemu uwierzy – krzyczała do telefonu. Była przerażona. – Co za pech! Co za głupie zrządzenie losu! Wrocław to duże miasto. Że też musiała nas zobaczyć!

* * *

Chciałem pomóc, a zniszczyłem wszystko, co było dla mnie najważniejsze. Wszystko, co wydawało mi się pewne, rozsypało się nagle jak domek z kart. To nie ja – usprawiedliwiałem się sam przed sobą. – To głupi los wszystko zniszczył. Wsiadłem do taksówki i pojechałem do knajpy. Kiedyś, jeszcze w studenckich czasach, bywałem tam często. Wtedy to był ulubiony lokal naszej grupy. Spędzaliśmy tam popołudnia i wieczory. Daleko od uczelni, w rzadko odwiedzanej części miasta. Ostatni raz byłem tutaj przed dwoma laty, kiedy umarł mój ojciec, później nigdy go już nie odwiedziłem. Pomieszczenie było ciemne i ponure. Dzisiaj wszystko tutaj wydawało mi się obce, beznadziejne, szare i brudne. Duchota i odór alkoholu w pierwszej chwili nie pomagały, a przeszkadzały. Usiadłem tuż przy barze. Drażnili mnie rozchichotani młodzi ludzie.

– Pan tutaj? – Obok przeszedł jeden z moich studentów. Zatrzymał się na chwilę. – Może się pan do nas dosiądzie? Zapraszamy! Z przyjemnością zrobimy miejsce. – Przyglądał mi się podejrzliwie.

Machnąłem mu ręką. Odszedł. Wrócił do swoich kolegów, ale raz po raz spoglądał w moją stronę. Jakiś mężczyzna siedzący z tyłu sali smętnie uderzał w klawisze pianina. Nucił coś cicho. Dochodziły do mnie tylko pojedyncze słowa zmieszane z szumem rozmów. W kółko i bez końca, że liczy się tylko jutro. Niech to szlag trafi! Jakie jutro? Moje jutro od dziś nie miało twarzy. Nie miało celów ani marzeń. Zamówiłem setkę. Już po chwili trzymałem w ręku zroszony, zimny kieliszek. Opróżniłem go jednym haustem. Zamówiłem drugi, potem trzeci i czwarty. Świat na chwilę zawirował. Przez moment zrobiło mi się niedobrze. Dobrze wiem, że alkohol to żadne lekarstwo. W każdym razie nie dla mnie. Zadzwoniłem do Maćka. W końcu to on mnie w to wszystko wpakował. Przeżyliśmy już razem wiele wzlotów i upadków, szalonych zjazdów na nartach, skoków ze spadochronem, wspinaczek po górach, maratonów, rad wydziału na naszej uczelni… Przeszliśmy razem przez śmierć mojego ojca, chorobę jego matki i jego nieszczęśliwą miłość do Anki, w której on się śmiertelnie zakochał, a ona wyjechała na wakacje do Francji i tam została. Teraz przyjdzie nam razem przeżyć to, co stało się dzisiaj, gówno, w które wdepnąłem przez niego.

– Gdzie jesteś? – zapytał.

– W naszej ulubionej knajpie – odpowiedziałem, wychylając kolejny kieliszek.

– Aż tak źle, że musiałeś tam pojechać? – dociekał.

– Źle – mruknąłem. – Nawet bardzo.

– Pijesz? – zapytał.

– A jak myślisz?

– Zaraz będę – powiedział pospiesznie. – Natalia opowiedziała mi o wszystkim. Próbowałem zadzwonić do Olgi, ale nie odbiera. Pojechałem nawet pod jej dom, ale w oknach nie paliło się światło.

Był po chwili. Wszedł, rozejrzał się po pomieszczeniu. Zauważył mnie przy barze. Ubrany w dżinsy i lnianą koszulę, pasował do tej knajpy, do panującego w niej luzu.

– Pan też tutaj? – przywitał go dobrze już podchmielony student.

– A to grzech? – uciął krótko Maciek. – Jeżeli grzech, to grzeszymy obaj.

Przysiadł się do mnie. Omiótł wzrokiem opróżnione kieliszki. Właśnie ustawiałem je w szeregu.

– Zdurniałeś? – zapytał. – Co ty wyczyniasz?! – ściszył głos. Nie chciał, żeby ktoś go usłyszał.

I tak raz po raz spoglądano w naszą stronę. Nie pasowałem strojem do tej knajpy. W końcu byłem wcześniej na randce. Ubrany w spodnie zaprasowane w kant, w koszulę i marynarkę, odstawałem od atmosfery luzu i lata. Rzucałem się w oczy. Wyraźnie odcinałem się od tła.

– Alkohol to żadne rozwiązanie. Z jednego gówna brniesz w drugie. – Głos Maćka docierał do mnie jak z zaświatów. Wypiłem stanowczo za dużo. Wszystko wirowało, nie rozumiałem znaczenia niektórych słów. – Ktoś doniesie na ciebie do starego. Rektor pomyśli, że masz depresję, przejmie się. Sam wiesz, że on cię lubi. Wyśle cię na jakiś urlop dla poratowania zdrowia. Wylądujesz w sanatorium dla nauczycieli akademickich wypalonych zawodowo – roztaczał przede mną koszmarne wizje. – Psychoterapia indywidualna, zajęcia grupowe, terapia zajęciowa, gry zespołowe w towarzystwie koleżanek grubo po sześćdziesiątce. Może nawet jakieś integracyjne potańcówki…

– Daj mi spokój – warknąłem pod nosem. – Wisi mi to.

Odsunął stojący przede mną kieliszek.

– Wisi ci to? – zapytał z niedowierzaniem. – Jesteś pijany. Jeden problem na dzisiaj ci nie wystarczy? Koniecznie musisz mieć ich więcej?

Dziesięć lat później

Konrad

Nic mnie już nie łączy z tym miastem. Nawet dawne wspomnienia zdołały wyblaknąć. Nie bolały, nie straszyły po nocach. Nic. Po prostu nic. Żadnych uczuć i żadnych emocji. Mój dawny uniwersytet obchodził kolejną, trzysta którąś tam rocznicę powstania i ktoś wpadł na pomysł, żeby obchody rocznicowe wzbogacić o prezentacje byłych absolwentów, których koleje życia porozrzucały po całym świecie. Sam nie wiem, dlaczego przyjąłem zaproszenie. Powiedziałam „tak” bez większego zastanowienia, a potem nie potrafiłem się już z tego wycofać. Wczoraj opowiadałem o mojej pracy w Lipsku, o odmienności systemu kształcenia, o innym podejściu do studentów. Wspomniałem, że od kilku lat mieszkam w Portugalii i zajmuję się już czymś zupełnie innym niż nauczanie mniej lub bardziej zainteresowanych historią studentów. Wywołałem burzliwą dyskusję, na którą wcale nie miałem ochoty. Zatrzymałem się w hotelu. Wieczór spędziłem w swoim pokoju. Unikałem dawnych znajomych. Żadnych spotkań, żadnych pytań, żadnych wspomnień. Taką zasadę wyznawałem już od dziesięciu lat. Pozwoliła mi otrząsnąć się po tamtej katastrofie, nabrać dystansu do przeszłości, wyprzeć z pamięci pewne wydarzenia. Śniadanie zjadłem w hotelowej restauracji. Pijąc kawę, przerzucałem bezmyślnie lokalną gazetę. Mój wzrok przykuł nekrolog.

W dniu piątym maja zmarła niespodziewanie, w wieku czterdziestu lat, Grażyna Wiercioch. Pożegnanie odbędzie się w kaplicy Cmentarza Grabiszyńskiego, ósmego maja o godzinie 13.00, skąd trumna zostanie przewieziona na miejsce wiecznego spoczynku na cmentarz parafialny w rodzinnym Bolkowie, gdzie w kościele Świętej Jadwigi Śląskiej, o godzinie 18.00 odbędzie się nabożeństwo żałobne. O czym zawiadamia pogrążona w smutku siostra wraz z rodziną.

Niech to diabli! Co mnie skusiło, żeby przerzucać tę gazetę? Grażyna Wiercioch? W końcu zawsze może trafić się ktoś o tym samym imieniu i nazwisku, ale to musiała być ona. Zgadzał się wiek, a obok nekrologu zamieszczonego przez rodzinę pojawiły się inne składające wyrazy głębokiego współczucia jej siostrze Katarzynie. Wyrazy współczucia od kolegów z wydziału, studentów, przyjaciół, współpracowników z wydawnictwa. Nie mogłem udawać sam przed sobą, że tego nie przeczytałem. Grażynę znałem bardzo dobrze. Podobnie jak jej siostrę. Przyjaźniliśmy się przed laty. Jeździliśmy razem na narty, szaleliśmy na żaglówkach, śpiewaliśmy przy ognisku, wiosłowaliśmy na spływach kajakowych, jeździliśmy konno, tańczyliśmy w klubie. Wypiliśmy razem morze alkoholu i wypaliliśmy setki papierosów. Przegadaliśmy wiele nocy. Kochaliśmy te same zespoły, mieliśmy wielu wspólnych znajomych, nawet piwo lubiliśmy to samo. Nie rozdzieliła nas nauka w różnych ogólniakach ani różne kierunki na studiach. Wydawało się, że nic nie może zniszczyć naszej przyjaźni. Poróżniła nas tamta historia. Grażyna jednoznacznie stanęła po stronie Olgi. Nie dała mi szans na wyjaśnienia.

– Nic nie mów! Wiem wszystko od Maćka. Obaj jesteście kopnięci, a ty dodatkowo jesteś kompletnym kretynem! – powiedziała podniesionym głosem. – Jak mogłeś to tak zepsuć?! Pasowaliście do siebie jak dwie połówki tego samego jabłka i nagle trach! Nagle koniec! Jesteś emocjonalnym zerem! – mówiła coraz głośniej. Ze zdania na zdanie napędzała się coraz bardziej. – Jesteś uczuciową miernotą! Rzygać mi się chce, jak na ciebie patrzę! – krzyczała. – Jak mogłeś coś takiego zrobić?! Znam cię od podstawówki. Zawsze miałam cię za normalnego faceta, a ty nagle zidiociałeś. Ona ci już nigdy nie zaufa. Nigdy ci tego nie wybaczy.

Nie dopuściła mnie do głosu. Wykrzyczała mi to w twarz. Odwróciła się na pięcie i poszła.

– Wariatka! – burknąłem w kierunku jej oddalających się pleców.

Zostawiła mnie ogłupiałego na środku korytarza tuż przy drzwiach prowadzących na salę wykładową, w której czekali już na mnie studenci. Nie dała mi szansy na rozmowę. Nie zdołałem jej niczego wytłumaczyć. Może i dobrze, bo wszystko, co bym wtedy powiedział, byłoby tak samo żałosne i beznadziejne.

– Może pan doktor trochę ochłonie – powiedział przyjaźnie stojący nieopodal pod oknem student. – Uciszę towarzystwo…

Ochłonąłem kilka miesięcy później. Rzuciłem wszystko. Sprzedałem mieszkanie. Wyjechałem do Lipska. Rozpocząłem tam pracę na uczelni. Spaliłem za sobą wszystkie mosty, zacząłem od nowa. Nigdy później nie widziałem Grażyny. Kiedyś wysłałem jej e-mail z życzeniami świątecznymi. W odpowiedzi przysłała mi zdjęcie baranka pasącego się na zielonej, wiosennej łące. Żałowałem, że z tymi życzeniami nie napisałem jej wtedy, że przed laty miała rację, że przez chwilę nie byłem sobą i zachowałem się jak idiota.

To było jakieś trzy lata temu. Dzisiaj zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że ona nie żyje. Pojechałem na to pożegnanie. Wydawało mi się, że nie mogę postąpić inaczej. Nie cierpię pogrzebów, wspomnień przy otwartej trumnie, poczucia beznadziei towarzyszącego ostatnim pożegnaniom. Spóźniłem się odrobinę. Przyspieszyłem kroku, widząc, że tłum sprzed kaplicy zaczął wchodzić do środka. Wszedłem jako ostatni. Stanąłem zupełnie z tyłu. Oparłem się plecami o mur. Przeszył mnie chłód. Na zewnątrz było ciepło, świeciło słońce, ptaki witały śpiewem wiosnę, zieleniły się trawniki, wiosenne kwiaty w gazonach odcinały się kolorami od szarości grobowców. Wewnątrz kaplicy panował półmrok. Trochę jaśniej było tuż przy trumnie, gdzie rząd gromnic rozświetlał mrok. Nie patrzyłem w tę stronę. Mój wzrok koncentrował się na postawionym w pewnej odległości zdjęciu. Przedstawiało Grażynę taką, jaką pamiętałem. Na fotografii miała jasne, proste, opadające na ramiona włosy, ciepły uśmiech, roześmiane, niebieskie oczy. Wyglądała tak jak wtedy, kiedy widziałem ją po raz ostatni. Tylko wtedy jej oczy nie były błękitne, a poszarzałe ze złości.