Pitaval krakowski - Opracowanie zbiorowe - ebook

Pitaval krakowski ebook

Opracowanie zbiorowe

4,7

Opis

Tytuł książki nie jest oryginalny. Pitaval to nie tylko nazwisko słynnego prawnika francuskiego, który w roku 1734 zapoczątkował w Paryżu serię słynnych wydawnictw pod tytułem Causes célčbres et intéressantes, obejmującą opisy głośnych procesów karnych. To także wywodząca się z czasów tego właśnie wydawcy potoczna nazwa zbioru opisów procesów karnych. Tytuł nie jest oryginalny jeszcze z innego powodu. W Polsce opublikowano już liczne pitavale pióra Stanisława Szenica, Wandy Falkowskiej, Kazimierza Larskiego, Barbary Seidler, Mieczysława Szerera, by wymienić tylko niektóre. Pitaval krakowski jest nawiązaniem do tej serii. Opisane zostały sprawy rozpatrzone tylko do 1939 r. Decydowała o tym konieczność zachowania dystansu czasowego. Są jednak – zdaniem autorów – pewne różnice dzielące tę książkę od innych pitavali. Chodzi przede wszystkim o dobór tematu. Zamierzeniem autorów było zebranie takich spraw sądowych, które w pewnym okresie były najgłośniejsze, które – choć czasem nie przedstawiały zagadek kryminalnych – świadczyły o ówczesnym układzie stosunków społecznych i stopniu rozwoju kultury społeczeństwa. Jest to zbiór spraw krakowskich, a więc tych, które rozegrały się w mieście Krakowie i które były rozpoznawane w zasadzie przez sądy krakowskie. W obręb pracy weszły tylko procesy kryminalne. Tak się już bowiem utarło, że pitavale to zbiory takich właśnie procesów. Opisywane procesy sądowe zostały przedstawione na tle środowiska krakowskiego, połączone z ówczesnymi wydarzeniami i ukazane w scenerii starego Krakowa. W związku z tym nieuniknione stało się niekiedy wyrażenie własnego poglądu krytycznego na dotychczasowy sposób interpretacji historycznej lub prawniczej opisywanych zdarzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 893

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (3 oceny)
2
1
0
0
0
Sortuj według:
MartaW76

Nie oderwiesz się od lektury

Znam tę książkę w wersjach poprzednich, ale nadal czytanie było wspaniałym doświadczeniem podróży w czasie. Polecam :)
00

Popularność




Przedmowa

Obecne wydanie Pitavala krakowskiego jest w kolejności szóstym. Pierwsze wydanie (nakładem Wydawnictwa Prawniczego w Warszawie) z roku 1962 obejmowało jedynie 18 szkiców. W 1968 roku w Wydawnictwie Literackim ukazało się znacznie rozszerzone wydanie naszej książki, obejmujące w dwutomowej edycji aż 29 szkiców. Wydanie czwarte z 1993 roku zawierało pewne uzupełnienia wynikające m.in. z faktu, iż nie obowiązywała już cenzura komunistyczna (szkic m.in. o zbrodni w księgarni Gebethnera), jak i należało uwzględnić pewne zmiany w krajobrazie współczesnego Krakowa, skoro zawsze staraliśmy się odnaleźć w dzisiejszym Krakowie ślady materialno-wizualne dawnych wydarzeń. Obecne wydanie natomiast ukazuje się już w niezmienionym kształcie. Możemy sądzić, iż nasz skromny zbiór szkiców z dziejów kryminalnych Krakowa wytrzymał próbę czasu, znajdował w poprzednich generacjach czytelników uznanie i stąd liczymy na zainteresowanie nowych generacji miłośników starego Krakowa. Warto się może pochwalić opinią etnologa i historyka, prof. Ludwika Stommy, znanego także jako autor felietonów w „Polityce”. Ludwik Stomma był autorem kilku popularnych książek z historii Polski. Rozważając kiedyś lekturę „pitavali” jako pewnego gatunku literacko-naukowego, L. Stomma napisał o naszej książce: „…znakomity, istna perła gatunku” („Polityka” nr 35 z 30 VIII 2003, s. 98).

Czym były i są „pitavale”? Przypomnieć tu trzeba, iż Pitaval to nie tylko nazwisko prawnika francuskiego, który w Paryżu, w roku 1734, zapoczątkował serię słynnych wydawnictw z kroniki kryminalnej pt. Causes célèbres et intéressantes. Już od końca XVIII wieku i w XIX wieku w wielu krajach europejskich powstawać poczęły zbiory opisów spraw karnych, które uzyskały szybko potoczną nazwę, często uwidacznianą w tytule – „pitavali”. Tak więc tytuł naszego zbioru szkiców wywodzi się z tej tradycji, która dzisiaj w Polsce jest dobrze znana. Po II wojnie światowej jako pierwszy zyskał sobie zainteresowanie prawnik i dziennikarz warszawski, Stanisław Szenic1. W ostatnich latach można by ułożyć sporą listę książek, które mają charakter „pitavalowy”, choć nie zawsze jest to uwidocznione w tytule. Powołać możemy jako szczególnie udane dawniejsze książki reporterki sądowej Barbary Seidler, Wandy Falkowskiej czy wybitnego prawnika Mieczysława Szerera2. Zazwyczaj powstające w ostatnim dwudziestoleciu pitavale mają charakter ograniczony terytorialnie bądź tematycznie. Dobór omawianych spraw i sposób ich przedstawiania nieraz mocno się różnią. Zazwyczaj literaturę faktu tego typu uprawiają dziennikarze, rzadziej historycy. Czasami urok sensacyjności dominuje. Rzecz jednak w tym, naszym zdaniem, iż pitavale winny być fachową literaturą faktu: można w nich stawiać w sytuacjach niejasnych pytania czy formułować hipotezy, ale nigdy nie należy odchodzić ani na krok od poznanych źródeł historycznych czy współczesnych sądowych. Kiedy układaliśmy naszą książkę, zamierzeniem, które zrealizowaliśmy, było wybranie takich spraw sądowych czy karnych, które z tych czy innych względów były w swojej epoce albo później szczególnie głośne, ale i takie, które choć nieraz nie stanowiły żadnej skomplikowanej zagadki historycznej czy kryminalistycznej, to świadczyły wyraziście o ówczesnych stosunkach społecznych, mentalności i kulturze epoki. Nade wszystko zaś autorom piszącym owe szkice w Krakowie chodziło o takie sprawy krakowskie, które rozgrywały się – w sposób nieraz niezwykle ciekawy – w scenerii starego Krakowa. Nie unikaliśmy własnej interpretacji historycznej, a zwłaszcza prawniczej, ale sięgaliśmy wszędzie tam, gdzie to było ówcześnie możliwe, do autentycznych akt czy ksiąg sądowych i innych materiałów źródłowych.

Kraków i Warszawa to dwa miasta w Polsce, które posiadają bogatą tradycję wydawnictw poświęconych przeszłości obu miast. Kiedy w 1968 roku wydawaliśmy II wydanie Pitavala krakowskiego, doprowadziliśmy chronologię naszej książki aż do 1939 roku. Z wielu ówcześnie zrozumiałych względów nie chcieliśmy pisać – pod rządami cenzury – o różnych głośnych, nieraz niezwykle niejasnych procesach karnych krakowskich po II wojnie. Dziś ten wzgląd już nie jest istotny, natomiast literatura dotycząca różnych aspektów dziejów kryminalnych iobyczajowych Krakowa, zarówno czasów nowożytnych3, jak i XX wieku4, jest już obfita. Nie narusza to istoty naszych szczegółowych szkiców, które nie pretendują do szerszego ujmowania dziejów przestępczości w dawnym Krakowie5.

Stąd nasza decyzja, by książki już nie rozszerzać ani nie uzupełniać nowymi szczegółami. Pisaliśmy w przedmowie do czwartego wydania słowa, które nadal wydają się nam słuszne: „...książka staje się w pewnym momencie jakby własnością intelektualną Czytelnika. Nie można jej w nieskończoność zmieniać, poprawiać. Czytelnik wcześniejszych wydań ma prawo zakładać, że następne nie zdeprecjonują poprzedniego. Dotyczy to oczywiście książek literackich i takich, które znajdują się choćby na krawędzi tej kategorii”. Staraliśmy się bowiem od początku, by nasze szkice były lekturą nie tylko dla prawników czy historyków, ale i dla szerokiego kręgu czytelników. Być może niektórzy z naszych następców, także pisząc w krakowskiej scenerii, chcieliby to i owo dorzucić – czy zarzucić. Mają takie prawo. Jonathan Swift, żyjący zresztą w tej samej epoce, co François Gayot de Pitaval, napisał, rozważając prawa poetów w stosunku do ich poprzedników, takie oto słowa: „Thus every poet, in his kind / Is bit by him that comes behind”.

Autorzy

1 Por. S. Szenic, Pitaval warszawski, wyd. 2, t. I–II, Warszawa 1957.

2 Por. m.in. B. Seidler, Skłóceni z prawem, Kraków 1972 i szereg tomów reportaży sądowych. W. Falkowska jest także autorką tomów reportaży sądowych ze współczesności; M. Szerer, Opowiadania o procesach, Warszawa 1966.

3 Prof. Michał Rożek był autorem kilku książek o dziejach obyczajowych, kulturze Krakowa, które, choć nie są formalnie pitavalami, zawierają nieraz wiele informacji o sprawach kryminalnych dawnego Krakowa, por. m.in. tegoż, Kraków – historie nieopowiedziane: ludzie, zdarzenia, obyczaje, Kraków 2004.

4 Jan Rogóż jest autorem kilku pozycji o charakterze pitavalowym, jak: Kryminalny Kraków, Kraków 2002, i Historie o zbrodniach i karach, Kraków 2006. Ostatnio także ukazała się ciekawa książka red. Krzysztofa Jakubowskiego Kraków pod ciemną gwiazdą, Warszawa 2016, opisująca procesy krakowskie z lat 1855–1967. Ważną pozycją w literaturze jest także monografia  Mariana Mikołajczyka, Proces kryminalny w miastach Małopolski XVI–XVIII wieku, Katowice 2013.

5 Należy podkreślić, iż naukowe „badania nad dziejami przestępczości i sprawami tzw. marginesu społecznego różnych epok” bardzo się rozwinęły w ostatnich latach. Od strony ściśle historyczno-prawnej powołać tu należy monografię źródłową szeroką, ale obejmującą w dużej mierze źródła krakowskie, Mariana Mikołajczyka pt. Przestępstwo i kara w prawie miast Polski Południowej XVI–XVIII w., Katowice 1998. Dla dziejów środowisk przestępczych w samym Krakowie por. zwłaszcza J. Kracik, M. Rożek, Hultaje, złoczyńcy, wszetecznice w dawnym Krakowie; o marginesie społecznym XVI–XVIII w., Kraków 1968, 2 wyd. 2010, a także ujęcie bardziej popularne: M. Rożek, Bedeker po wszetecznym i hulaszczym Krakowie, Kraków 1990.

KRONIKIKRYMINALNEJ KRAKOWACZęść I

WPROWADZENIE

Niewysokiego był mniemania o polskim wymiarze sprawiedliwości prymas Polski i poeta Paweł Woronicz, pisząc u schyłku XVIII wieku, że „Themis gdzieś w obce strony miecz poniosła”1. Pewien zaś wybitny prawnik osiemnastowieczny, wspominając surowe sądownictwo miejskie w Polsce, stwierdzał, że „cudzoziemcy w naszym kraju częściej postrzegają surową szubienicę niż most porządny”2. Pytanie, które się nasuwa, brzmi: czy i w jakiej mierze Kraków – stolica i czołowy ośrodek kulturalny rozległego państwa, upodabniał się w zakresie sądownictwa i  porządku publicznego do obrazu znanego nam z innych terenów Polski?

Nie będziemy, oczywiście, cofać się nazbyt daleko w przeszłość. Kraków wprawdzie – jak pisał kiedyś Szujski – sadyba odwiecznie ponętna – był miejscem osadnictwa o typie stałym od niepamiętnych czasów, jednakże jego dzieje przedlokacyjne (tj. sprzed roku 1257) niewiele dają wątków dla interesującego nas tematu. Tak wymowne dla fachowca wykopaliska archeologiczne nie dostarczą informacji o przebiegu ówczesnych wydarzeń, a odnaleziony szkielet zamordowanego nie opowie, kto i w jakich okolicznościach dokonał zbrodni.

Rok 1257 – data lokacji Krakowa jako ośrodka miejskiego na prawie magdeburskim – niewiele nam może wnieść nowego, skoro najstarsze zapiski miejskie przeważnie zaginęły, a te, które się zachowały, wykazują aż po wiek XV daleko idącą lakoniczność, nie dając podstawy do odtworzenia pełnego obrazu jakiejś sprawy kryminalnej. Jedynie te wydarzenia, które poruszyły wyobraźnię kronikarzy i rocznikarzy, mogły pozostawić więcej materiału źródłowego po sobie. Najstarsze bowiem z zachowanych ksiąg miejskich z XIV wieku zawierają w zakresie spraw kryminalnych jedynie wykaz osób, które z miasta proskrybowano, tj. wydalono za popełnienie przestępstwa. Notatki podają przyczyny, a także sposób dokonywania wydalenia z miasta, ustalony zwyczajowo „na lat sto i jeden dzień”. Skazanego „obwoływano” na Rynku, a następnie wśród pochodni wyprowadzano, czyli „wyświecano” poza mury miejskie bez prawa powrotu.

O bujnym krzewieniu się przestępczości już w tych wczesnych dziejach Krakowa świadczy wystarczająco liczba blisko tysiąca osób proskrybowanych z miasta w okresie od 1362 do 1400 roku.

Głośne sprawy kryminalne starego Krakowa, które poniżej przedstawiamy, dotyczą przede wszystkim wieków XVI–XVII; odrębnie opracowane zostały szczególnie ciekawe sprawy z kroniki kryminalnej XIX i XX wieku. Szereg głośnych wydarzeń z wieków wcześniejszych nie pozostawił po sobie wystarczających materiałów źródłowych do pełnego ich przedstawienia, jednakże całkowite przemilczenie tych bardzo nieraz charakterystycznych spraw wydaje się niesłuszne. Dlatego też niniejszy szkic ma na celu wprowadzić Czytelnika w skomplikowane problemy wymiaru sprawiedliwości w dawnym Krakowie oraz podać garść informacji o sprawach znanych jedynie z marginesowych wzmianek, notatek kronikarzy bądź relacji współczesnych.

Kto, gdzie i jak wymierzał w Krakowie sprawiedliwość? Największy właśnie kłopot sprawiało miastu niedoskonałe rozwiązywanie tego zagadnienia, co prowadziło do niepotrzebnych sporów i kłopotliwych wydarzeń.

Pierwotnie w Krakowie, podobnie jak i w innych miastach lokowanych na prawie niemieckim, sądownictwo sprawował wójt miasta wraz z ławą. Przywilej Bolesława Wstydliwego z 1257 roku wyłączał jedynie trzy najpoważniejsze przestępstwa: zgwałcenie, skrytobójcze zabójstwo i najście na dom, które to przestępstwa podlegały jurysdykcji samego księcia.

Z chwilą wykształcenia się w Polsce monarchii stanowej kler, szlachta oraz – z pewnymi wyjątkami – Żydzi uzyskiwali wyłączenie sądownictwa z kompetencji miasta. Niektóre przywileje sądowe utracił Kraków po buncie wójta Alberta w 1312 roku. Nieco później główną część sądownictwa miejskiego przejęła w swe ręce Rada Miejska, przy czym podporządkowała sobie sądy ławnicze. Początkowo Rada Miejska nie wykonywała jednak prawa miecza, tj. kary śmierci, posługując się głównie karą wygnania z miasta – proskrypcją.

Walka o monopol władzy sądowej w mieście zakończyła się niepełnym zwycięstwem Rady Miejskiej. Na przeszkodzie stanęły specjalne przywileje sądowe duchowieństwa, jak i Akademii Krakowskiej, a przede wszystkim dążenie szlachty do wyłączenia spraw jej dotyczących z jurysdykcji miejskiej. Przywilej Władysława Warneńczyka był ostatnim aktem prawnym, który dozwalał sądom miejskim osądzanie (w nieobecności króla) szlachcica schwytanego na gorącym uczynku. Przywilej ten „szybko poszedł w niepamięć”3.

Szlachta w okresie nowożytnym korzystała z przywileju podlegania w sprawach o gwałty i zabójstwa popełnione na terenie miasta tzw. sądowi mieszanemu, złożonemu z przedstawicieli urzędu grodzkiego (starościńskiego) i władz miejskich. Sądownictwo grodzkie krakowskie datuje się od końca XIV wieku. Księgi sądowe grodzkie zachowały się dopiero od 1418 roku. Dzieje sądownictwa królewskiego i starościńskiego przypominają wawelskie baszty Senatorska oraz Złodziejska, w której mieściły się owiane ponurą sławą lochy więzienne. Cechą charakterystyczną sądownictwa Krakowa, datującą się od wieku XV, była odrębna sytuacja studentów Akademii w świetle przyznanych władzom uniwersyteckim przywilejów; wywoływały one zresztą liczne spory kompetencyjne i proceduralne, które usiłowała uregulować decyzja króla Zygmunta Augusta z 1570 roku. Tak więc studenci Akademii Krakowskiej odpowiadać mieli w zasadzie przed sądami rektorskimi, podobnie jak jedynie z wiedzą i pomocą władz uniwersyteckich można było pozbawić scholara wolności. W sprawach kryminalnych ujętego na gorącym uczynku scholara sądzić mógł sąd grodzki lub miejski.

Pewne kompetencje w tej mierze przysługiwały także sądowi biskupiemu oraz sądom królewskim.

Niedostateczne określenie sposobu postępowania w sprawach o przestępstwa przeciwko scholarom krakowskim prowadziło do szeregu konfliktów kompetencyjnych między władzami miejskimi i uniwersyteckimi oraz stanowiło poważną przeszkodę w utrzymaniu porządku publicznego. Dodać jeszcze trzeba, że w czasie pobytu króla w Krakowie specjalne uprawnienia przysługiwały marszałkowi wielkiemu koronnemu, do którego obowiązków należało czuwanie nad bezpieczeństwem osoby królewskiej. Wszystko to razem nie ułatwiało działania władzom miejskim, odpowiedzialnym za bezpieczeństwo miasta. Zaradzić temu miała ogłoszona w roku 1616 ustawa sejmowa pod nazwą „Bezpieczeństwo miasta Krakowa”. Zadaniem jej było poprawić stan porządku publicznego w Krakowie, który zresztą i tak przez cały wiek XVI cieszył się sławą najniespokojniejszego miasta w Polsce.

„Sprawiedliwość majdeburska” była niebezpiecznie szybka i nieraz niełatwo było i niewinnemu stryczka czy też katowskiego miecza uniknąć. Decyzje podejmowano tu bez zwłoki po bardzo niedoskonałym postępowaniu, nie bawiąc się w długie rozważania i roztrząsanie sprawy. Na usprawiedliwienie krakowskiego wymiaru sprawiedliwości dodajmy jednak, że całe sądownictwo Rzeczypospolitej, zwłaszcza od połowy wieku XVI, miało szereg poważnych niedociągnięć. Na dobitek trybunały koronne przeciągały wszelkie sprawy w nieskończoność, zapewniając w ten sposób bezkarność jawnym zbrodniarzom. Nic też dziwnego, że w XVII wieku utarło się w Polsce sentencjonalne powiedzenie: nieporządek jak w trybunale.

Wyobraźmy sobie teraz podstawowe elementy „prawniczego krajobrazu” dawnego Krakowa. Przez wieki średnie stał na środku krakowskiego Rynku słup z zawieszonym nań kapeluszem. Symbol ten wywodził się ze zwyczajów niemieckich i oznaczał, że nad miastem czuwa jego władca oraz że rządzi tu sprawiedliwość. Symbolem dla złoczyńców bardziej może dobitnym był wiszący po dziś dzień w Sukiennicach wielki nóż; oznaczał on, że miasto rządzi się prawem magdeburskim, a zarazem miał być przestrogą dla złodziei, iż zostaną „oszelmowani”, czyli skazani na obcięcie uszu, co było karą nie tylko dotkliwą, ale i hańbiącą. Z owym nożem związano już w wieku XIX znaną krakowską legendę o dwóch braciach, którzy budowali kościół Panny Marii i w sporze o to, która z wież kościoła jest wyższa i piękniejsza, jeden zamordował nożem drugiego. Dlatego też jedna z wież pozostała niedokończona.

Siedzibą władz miejskich był ratusz, po którym pozostała do dziś jedynie wspaniała wieża. Oczywiście, z punktu widzenia dziejów kryminalnych zasadnicze znaczenie miały obszerne podziemia ratuszowe, które zresztą nie służyły wyłącznie celom sądowo-policyjnym. Znana była przecież i tłumnie odwiedzana „Piwnica Świdnicka”, mieszcząca się w podziemiach głównego korpusu ratusza (część dziś nieistniejąca). Zaopatrzony w osobne wejścia od strony ul. Szewskiej i św. Jana, lokal ten był miejscem schadzek i zabaw szumowin miejskich, a barwne życie jego bywalców przyniosło mu nową potoczną nazwę „Indie”. Podziemia świdnickie słynęły z dobrego piwa. Z prowadzonego tam wyszynku wszelkich trunków ciągnęła dochody bezpośrednio Rada Miejska, a specjalnego smaczku zabawom krakowskiego półświatka dodawał zapewne fakt makabrycznego przeznaczenia sąsiednich, zaledwie murem oddzielonych pomieszczeń. Mieściła się tam przecież „tortornia”, czyli sala tortur, oraz – w głębokim podziemiu – właściwe więzienie. Loch ten nazywano „Dorotką”. Wtrącano do niego zbrodniarzy. Więzienie lżejsze, zwane „dłużnicą”, mieściło się na parterze budynku od strony wewnętrznej i przebywali tam głównie niewypłacalni dłużnicy, zatrzymywani na żądanie pokrzywdzonej strony.

Mieszczące się wewnątrz budynku niewielkie podwórko służyło do różnych celów.

Miejsce kaźni w Krakowie nie było ściśle ustalone i zależało od rodzaju wykonywanej kary, przy czym w różnych okresach było ono różne. Wyroki wykonywał kat miejski ze swymi pomocnikami. Oczywiście, mamy tu na myśli przede wszystkim wyroki śmierci albo inne kary wykonywane na ciele delikwenta, skoro kara więzienia praktycznie wówczas nie występowała, a wiezienie służyło jedynie jako środek do zatrzymania przestępcy. Wyroki śmierci przez ścięcie wykonywano zazwyczaj obok pręgierza, naprzeciw głównej bramy kościoła Panny Marii. Tracono także i na miejscach popełnionych zbrodni. Pierwszą znaną nam bliżej egzekucją było ścięcie w roku 1395 sędziego grodzkiego, Spytka z Dytrychowa, za nadużycie władzy i gwałt. Przez jakiś czas wykonywano wyroki ścięcia na wspomnianym już małym podwórku więziennym ratusza, jednakże przekonanie o konieczności oddziaływania na ludność grozą publicznych egzekucji doprowadziło do zaniechania tej praktyki; odtąd ścięć na więziennym podwórku dokonywano tylko w wypadku, gdy w grę wchodziły szczególne okoliczności. Miejscem kaźni bywał też Wawel. Na zamku miał bowiem swą siedzibę sąd grodzki, któremu podlegała szlachta. Jeśli któryś ze szlachciców został skazany „na gardło”, a więc na ścięcie, wyrok wykonywano na wzgórzu wawelskim. Taka była reguła. Czasem bywały odstępstwa, jak na przykład w sprawie Zborowskiego (o czym dalej). Ścięcia mieczem nie uważano za karę hańbiącą i rezerwowano ją dla szlachty. Karę chłosty czas długi wymierzano publicznie, na pniu zwanym „biskupem”. Rejestr kar drobniejszych o poniżającym, ośmieszającym charakterze był wcale długi. Skazywano na karę jazdy na... ośle, na noszenie po Rynku kamienia, psa itp. Pod pręgierzem wykonywano także karę tzw. „kojca”, która groziła za nieuczciwość miejskim przekupkom. Oto literacki opis tej kary:

Pod pręgierzem pakowano nieuczciwą sprzedawczynię do „kojca”, raczej dużego kosza, i zamykano. Z zamknięcia musiała się sama wydostać, wykonując ruchy przekomiczne. Gawiedź brała się pod boki ze śmiechu, gdy kojec nadziany przekupką z furkotem spódnic, wrzaskiem i trzaskiem toczył się po rynku, a przechera usiłowała się z środka wygramolić4.

Pręgierz, przy którym wykonywano kary hańbiące i cielesne, był w Krakowie niemal w codziennym użyciu: obyczajowa cenzura Rady Miejskiej była okresami bardzo surowa. Resztki autentycznego, do późnych lat XVIII wieku używanego pręgierza krakowskiego zawędrowały w wieku XIX do Mydlnik, gdzie podobno użyto ich... jako postumentu pod figurę przydrożną na drodze do Krakowa. Zachowane do dziś przy wejściu bocznym do kościoła Mariackiego kuny służyły do zakuwania grzeszników i przestępców odbywających publiczną pokutę; z reguły pozostawali oni zakuci podczas mszy.

Specjalny charakter kary śmierci przez powieszenie, której szczególną cechą było pozostawianie wisielca przez jakiś czas na szubienicy i odmawianie mu w ten sposób chrześcijańskiego pogrzebu, spowodował, że karę tę wykonywano za miastem. Najdłużej, bo aż do końca wieku XVIII, utrzymała się szubienica miejska w okolicy dzisiejszego zakładu Helclów. Uprzednio wykonywano egzekucje na Pędzichowie.

Nad porządkiem w mieście czuwali tzw. wiertelnicy – circulatores – oraz pachołkowie miejscy, którzy pozostawali pod rozkazami burgrabiego vel hutmana ratusznego. Do nich należała nie tylko służba wartownicza, ale i pełnienie funkcji policyjnych w Krakowie. Stojący na czele straży miejskiej hutman ratuszny sprawował zarazem sądy policyjne w drobniejszych sprawach oraz miał pieczę nad więzieniem ratuszowym, do którego to więzienia (zgodnie z ordynacją miejską z 1598 roku) więźniów szlacheckich „...okrom wiadomości pana burmistrzowej, aby żadnych przyjmować się nie ważył ani na questiones[tj. tortury – przyp. St.S.] krom wiadomości p. burmistrza i panów rajców tak re ipsa,jako straszeniem molestować się nie ważył”5. Stałą straż porządkową w mieście, w liczbie 40 ludzi, niezależnie od drabów ratuszowych, powołało miasto dopiero w roku 1627; od roku 1675 było ich stu zbrojnych w berdysz, pałasz i flintę. Również starosta grodzki krakowski, zastępowany zwykle w swych funkcjach przez podstarościego i mający do swej dyspozycji liczny poczet służby, wielokrotnie interweniował w sprawach porządku publicznego w mieście. Znamy na przykład z roku 1628 ordynację starosty Tomasza Zamojskiego, który dla zapewnienia bezpieczeństwa w Krakowie usiłował unormować wzajemne stosunki i obowiązki władz miejskich oraz grodu krakowskiego. Oczywiście, o jakichś specjalnych władzach zajmujących się zwalczaniem przestępczości i wykrywaniem sprawców trudno w tym okresie mówić. W praktyce – jeśli sprawcy rzeczywistego bądź domniemanego nie schwytano na gorącym uczynku ani nie rzucił nań ktoś podejrzenia – władze ówczesne swoimi prymitywnymi metodami śledztwa wiele zdziałać nie mogły.

Policyjnie miasto podzielone było na cztery kwartały: rzeźniczy, grodzki, garncarski i sławkowski. Prócz wiertelników, których było do 20, i straży miejskiej, nad porządkiem w mieście czuwali jeszcze specjalni stróże nocni, szczególne baczenie dający na pożary. W porze nocnej zresztą nie wolno było chodzić po mieście bez latarni.

Na zakończenie tego wprowadzenia należałoby wspomnieć niektóre kryminalne epizody z dziejów Krakowa, nieznajdujące wprawdzie odzwierciedlenia w specjalnych szkicach, jednakże zasługujące chociażby na wzmiankę.

Już w wiekach średnich zdarzały się problemy prawne, które władzom miejskim nastręczały wiele kłopotu. Jednym z nich była sprawa prostytucji. Wzmianki o niej pochodzą już z XIV wieku. Miasto niechętnie patrzyło na praktyki tego rodzaju i w 1391 roku wypędzono z domów stojących in belsa w okolicy Gródka (teren około dzisiejszej ulicy św. Krzyża i wylotu ulicy Siennej od Rynku) mieszkające tam „miłośnice publiczne” (termin Bronisława Trentowskiego), proskrybując je za mury miasta.

Problem pozostał jednak widać nadal nierozstrzygnięty, bo w początkach wieku XV Rada Miejska zwróciła się do mistrza Jana Falkenberga, głośnego kaznodziei dominikańskiego, z zapytaniem: „czyli prawo ludzkie zezwala na istnienie nierządnic i czyli miasto dla nich dom osobny przeznaczyć może?”6. Zręczny scholastyk w swej odpowiedzi, wskazując na przyrodzoną ludzką ułomność etc., sprawę całą na korzyść upadłych niewiast rozstrzygnął.

Przez cały wiek XIV nieraz dała się odczuć mieszkańcom miasta detestabilis auri fames (ohydna żądza złota), która stawała się przyczyną zuchwałych napadów, mordów i grabieży. Jan Długosz biadał w swym dziele, że „trudno znaleźć inny kraj równie skalany domowymi zabójstwami i zranieniami”7, i zarzucał królowi Kazimierzowi Jagiellończykowi niedbałość o stan bezpieczeństwa kraju, a zwłaszcza jego stolicy.

Epoka renesansu nie mogła tu przynieść poprawy, a bodaj jeszcze pogorszyła sprawę. Bujna kultura renesansowego Krakowa, epoka przewartościowywania kryteriów moralnych i załamywania się dotąd ustalonego sposobu życia prowadziła niejednokrotnie do kolizji z prawem. Walka z więzami kościelnymi, z przestarzałymi formami średniowiecznej obyczajowości stwarzała niejednokrotnie całkowicie nowe typy obyczajowe i nowe wzory postępowania.

Suche zapiski sądowe lub kronikarskie notatki diariuszy, z których zwięzłość bądź kancelaryjny styl wyparły namiętność i wszelkie żywsze uczucia, zawarły przecież dramatyczny opis ludzkich losów i pozostały śladem ich obyczajów, dążeń i wierzeń, stanowiąc ważki przyczynek do uchwycenia niepowtarzalnego kolorytu danej epoki. Oto pod datą roku 1561 czytamy:

Jadwiga rodem z Luborowiec, bawiąca się nierządem, wyznała, iż legając z mężczyznami, kradła je (a nawet i księży) – a wyznawszy przed rajcami swoje złe uczynki, jest utopiona.

Mimo pewnego złagodzenia okrutnej praktyki sądów miejskich przez cały wiek XVI zapadają liczne, jakże surowe wyroki śmierci. I tak w 1580 roku służąca, która swą panią i dziecko zabiła, została wyrokiem sądu za swój czyn skazana na upieczenie żywcem8. W 1589 roku spalono także żywcem dwóch mincerzy, co „monetę fałszywą kowali w jednym ogrodzie przed Mikołajską bramą”9. Tegoż roku z suchej notatki dowiadujemy się o grabarzu, który w czasie pomoru, korzystając zapewne z paniki panującej w mieście, mordował ludzi... Z wyrokiem na stos spotykamy się raz jeszcze w 1605 roku, kiedy to pewnemu rymarczykowi z Poznania wymierzono tak okrutną karę za świętokradztwo.

Kraków słynął przez cały wiek XVI jako miasto tumultów; można tu było nabywać 72 gatunki różnych wódek, bawić się wesoło w licznych szynkach i winiarniach. Tradycja ta rodziła pewien klimat obyczajowy: z kolegium Akademii Krakowskiej wyruszył na wojnę przysłowiowy Albertus, wojak-samochwał, znajdując w wieku XVII tylu naśladowców, że tylko talentu brakowało, aby powstał polski bohater obyczajowy na miarę Cyrana de Bergerac. Występujący na kartach popularnej literatury satyrycznej owi Moczygębscy, Kuflerscy i Kurołapscy nieraz znajdowali chętnych naśladowców, których wizyta w Krakowie rzadko się obywała bez naruszenia spokoju publicznego. O tym zaś, iż spory ze szlachtą były niezwykle dla miasta niebezpieczne, przekonali się na własnej skórze kazimierscy rajcy. Andrzej Słabosz, bratanek możnego Jana Słabosza, dziedzica Putniowic, spowinowaconego z Tęczyńskimi, wraz z innymi dwoma szlachcicami urządził w styczniu 1519 roku burdę na Kazimierzu, a wtargnąwszy do zajazdu, „...tłukł do gospody, gdzie mieszkały niewiasty gościnne, gdy tam chciał wniść uporem, niewiasta gwałtu wołała...”10. Jako złapany „gorącym prawem” został wraz z towarzyszami osądzony na ratuszu kazimierskim i ścięty. Krewni śmiercią ukaranych wnieśli na zamek do urzędu grodzkiego „żałobę” na rajców kazimierskich. Sprawa ciągnęła się dość długo przed sądem królewskim, którego akt nie znamy. Ostatecznie Rada Miejska Kazimierza uznana została za winną mordu sądowego i jedynie z rękojmią mieszczan krakowskich pozostawiono rajców na wolności. Na sejmie toruńskim 1519/20 roku szlachta oburzona przewlekaniem sprawy wywarła nacisk na króla. Stanęła ostateczna decyzja na sądzie sejmowym i na podstawie dotychczasowych akt krakowskich, a pod naciskiem szlacheckich żądań orzeczono, iż za „niewinnie i bezprawnie” ściętych szlachciców głową zapłacą mieszczanie: 16 lutego 1520 roku, po zaprzysiężeniu przez krewnych ściętej szlachty winy burmistrza i dwóch rajców, zostali oni decyzją krakowskiego urzędu grodzkiego ścięci niejawnie na zamku królewskim.

Rozkład moralny kleru, najjaskrawszy w pierwszej połowie XVI wieku, również dostarczył niejednej karty do archiwum kryminalnego Krakowa. Daremne było bowiem palenie na stosie Pieśni o łotrowskim stanie obłudnych mnichów imniszekchorążego krakowskiego Marcjana Chełmskiego, skoro niedawne zabójstwo księdza Fantiniego (o czym dalej) wystarczająco motywowało wywody autora. Rzecz inna, że chorąży krakowski miał szczęście, iż był dobrze urodzonym szlachcicem i ręka władzy duchownej niełatwo mogła go dosięgnąć.

Gorszy los spotkał Katarzynę z Zalaszowskich, żonę Melchiora Wajgla, rajcy i złotnika krakowskiego. Bogata ta i wykształcona mieszczka krakowska, zwana także Malcherową, oskarżona została u schyłku życia (miała już ponad lat 80 i zapewne nieco osłabione władze umysłowe) o przejście na judaizm, zaparcie się wiary katolickiej i świętokradcze poglądy. Mąż Katarzyny miał liczne kontakty z bogatymi kupcami żydowskimi z Kazimierza i na tym zapewne polegały jej powiązania z judaizmem, które miały tak tragiczne skutki. Nie wiemy bliżej, jakich to dokonała Malcherowa czynów, które sąd kościelny uznał za bluźnierstwo i świętokradztwo oraz za które wydał ją w ręce władzy świeckiej, która wykonała wyrok śmierci.

W kronice zboru krakowskiego (Wajglowa miała bowiem w rzeczywistości sprzyjać poglądom ariańskim, co władze kościelne krakowskie wzięły za judaizm) czytamy o tym:

Roku po Narodzeniu Pańskim 1539 niejaka Katarzyna Malcherowa Zalaszowska dlatego, iż o Bóstwie P. Jezusowego w Opłatku albo Sakramencie według wiary Kościoła Rzymskiego nic nie trzymała i żeby Sakrament miał być Bogiem, nie wierzyła, z nienawiści jakoby w żydowskim niedowiarstwie przekonana była spotwarzona: za powodem Piotra Gamrata, biskupa krakowskiego, na Rynku Tandety w Krakowie spalona jest11.

Wyrok wykonano 19 kwietnia nieopodal kościoła Panny Marii, a popioły świętokradczyni i heretyczki wrzucono do Wisły. Sprawa cała według intencji biskupa Gamrata, znanego zresztą ze swego bynajmniej nie budującego trybu życia, miała stać się pretekstem do prześladowania Żydów, „gdyż pomieszanie Żydów z chrześcijanami otwiera okna dla wielu zbrodni i przestępstw”12, a także zapoczątkować szerszą akcję prześladowań religijnych, do czego zresztą nie doszło ze względu na gwałtowny wzrost wpływów reformacyjnych w kołach możnowładztwa polskiego.

Wspominaliśmy już o głośnej w renesansowym Krakowie sprawie Alberta Fantiniego. Ksiądz Fantini był typowym przedstawicielem włoskiego odrodzenia. Studia swe odbył na znakomitym uniwersytecie bolońskim, na którym uzyskał tytuł mistrza sztuk wyzwolonych oraz doktorat filozofii. Tam też rozpoczął swą błyskotliwą karierę uniwersytecką, wykładając w latach 1512–1514 filozofię moralną. Jakie przyczyny skłoniły go do przybycia do Polski? – Wiązało się to z wizytą w Rzymie ówczesnego prymasa Polski, Łaskiego, który nosząc się z planami rozbudowy krakowskiej wszechnicy, nawiązywał kontakty we Włoszech w kołach intelektualnych i szukał ewentualnych kandydatów na podróż do Polski. Jakkolwiek rzecz się miała, przybył Fantini do Polski pod koniec 1514 roku i z miejsca znalazł się w wirze sporów krakowskiego środowiska uniwersyteckiego. Fantini był bowiem wyznawcą doktryny Dunsa Skota, co spowodowało wiele ostrych ataków ze strony przeciwników tej doktryny. Jego działalność naukowa, której wyrazem były traktaty filozoficzne drukowane w Krakowie w oficynie Floriana Unglera, przyniosła mu uznanie we wpływowych kołach kościelnych i dworskich.

Temu zapewne faktowi zawdzięczał Fantini ostatni, lecz zarazem tragiczny w skutkach zaszczyt, jakim była nominacja na stanowisko komisarza nadzwyczajnego i prowincjała prowincji czesko-polskiej zakonu franciszkanów. Ta niespodziewanie nadana godność, jak i szerokie specjalne pełnomocnictwa przyznane Fantiniemu wiązały się z sytuacją, jaka zapanowała w niektórych klasztorach franciszkanów. Klasztory te były znane z rozprzężenia dyscypliny zakonnej, a gorszące wybryki zakonników były na porządku dziennym.

Fantini okazał się energicznym i surowym zarządcą spraw zakonu, co wkrótce stało się przyczyną całego szeregu konfliktów. Ogniskiem oporu przeciw Fantiniemu był krakowski klasztor franciszkanów, i tu też zrodził się zbrodniczy spisek. Wielu osobom zależało na usunięciu Fantiniego. Na czele spiskowców stanął kaznodzieja zakonny, Wawrzyniec Szatek, obok niego główną rolę odegrali: Błażej, zakrystian, oraz braciszek zakonny, Jan z Malborka. W nocy z 6 na 7 września 1516 roku dokonano mordu. Fantini, który mieszkał w klasztorze franciszkanów, został przez spiskowców zaskoczony w swej celi w czasie snu i uduszony. Sprawcy liczyli zapewne, że zbrodnia ujdzie im bezkarnie, jednakże wszczęto energiczne śledztwo. Ucieczka z Krakowa głównego inicjatora mordu – Wawrzyńca Szatka, przyczyniła się mocno do ujawnienia morderców. Oburzenie było powszechne ze względu na charakter zbrodni, jak i na osoby sprawców. Jednomyślny chór kronikarzy epoki – Decjusza i Bielskiego – wyraził oburzenie ówczesnej opinii publicznej. Podobnie i na dworze królewskim śmierć Fantiniego, cenionego przez króla Zygmunta Starego, wywołała duże wrażenie. Niezwłocznie po ujawnieniu osób zamieszanych w sprawę zajął się ukaraniem sprawców biskup krakowski Konarski, który nakazał podejrzanych ująć i przewieźć do więzienia na zamku w Lipowcu. Jednocześnie rzucił inderdykt kościelny na kościół Franciszkanów w Krakowie. Sprawę ze względu na jej charakter osądziły władze kościelne i królewskie. Najpierw rozstrzygnął się los ujętych i przetrzymywanych w Lipowcu zakonników. Trzech spośród nich po ceremonii zdjęcia święceń kapłańskich wydano w ręce władzy świeckiej, która wykonała wyrok śmierci. Ścięto skazańców publicznie 20 lutego 1517 roku. Paru innych sąd duchowny ukarał jedynie dożywotnim zamknięciem w więzieniu biskupim w Lipowcu. Warto wspomnieć, że wkrótce udało im się stamtąd zbiec, jakkolwiek było to jedno z najcięższych miejsc odosobnienia, jakie wówczas istniały.

Kara nie ominęła także i głównego sprawcy zbrodni, Wawrzyńca Szatka, który zbiegł aż na Morawy. Na prośbę króla polskiego władze cesarskie wydały go w ręce polskie. Po uprzednim zdjęciu sakry wyrokiem biskupiego sądu podzielił on los swoich towarzyszy i został ścięty na Rynku krakowskim 12 czerwca 1517 roku.

Niejednokrotnie szczycono się w Polsce faktem, iż historia tego kraju nie zna scen mrocznych na miarę szekspirowskich kronik królewskich. Zanotować jednak trzeba fakt tajemniczego i nigdy niewyjaśnionego zamachu na króla Zygmunta Starego: 5 maja 1523 roku zamachowiec ukryty u podnóża Wawelu strzelił z rusznicy do króla stojącego w oknie komnaty Kurzej Stopki. Strzał chybił, sprawcy nigdy nie ujęto.

Wiele kart kroniki kryminalnej Krakowa zajmują wyczyny wychowanków Akademii Krakowskiej. Zwłaszcza druga połowa XVI wieku przyniosła, wraz ze wzrostem prądów kontrreformacyjnych, cały szereg krwawych zajść związanych z istnieniem w Krakowie zboru protestanckiego. W wydarzeniach tych krakowscy scholarzy odznaczyli się wielokrotnie fanatyzmem i awanturniczością. Ustawiczne zatargi z władzami miejskimi, bójki pachołków miejskich ze studentami należy zawsze oceniać z punktu widzenia ogólnej roli, jaką odgrywali scholarzy w mieście. Był to element w najwyższym stopniu niesforny i awanturniczy. Najostrzejsze potępienie studenckich obyczajów sformułowała krakowska kapituła w instrukcji dla delegatów na synod prowincjonalny w roku 1554:

Scholarowie krakowscy są wielce rozpustni, lekkomyślni, knajpiarze, pijacy, oddani szpetnym chuciom, skłonni do bitek i zabójstw, i wywołują tym nienawiść mieszczan krakowskich i innych osób świeckich. Stąd to się dzieje, że ciż studenci bywają często przez świeckich bici, ranieni i zabijani13.

Nie sądźmy zresztą, iż patrycjusze tej epoki, noszący się zawsze z szablą u boku, należeć mieli do ludzi szczególnie pokojowo usposobionych. Wystarczy tu wspomnieć awanturniczego burmistrza Czeczotkę, o którym osobno piszemy. Podobnie i żywioł rzemieślniczy, wyżywający się w gospodach cechowych, trudny był do utrzymania w ryzach. W wesołych towarzystwach nocnych obok żaków rej wodzili czeladnicy, śpiewający swoje mocno nieraz nieprzystojne piosenki typu:

Otóż masz, Jagienko,

Nie chodź na bagienko,

Nie mogłaś uskoczyć,

Ani się wyprosić,

Koszulkę zedrano

I ciebie wezbrano.

Zbrodnia nie omijała także i kół artystycznych. Oto w roku 1537 na Rynku Głównym, obok pałacu Pod Baranami, padł ofiarą skrytobójczego zamachu awanturniczego kolegi sam Bartłomiej Berrecci, twórca Kaplicy Zygmuntowskiej.

Z całego szeregu głośnych wydarzeń w XVI wieku, które pozostawiły po sobie bogate materiały, należy wspomnieć jeszcze o jednym. Bohaterem jego był nieszczęśliwy szaleniec. W kronice tych lat (rzecz działa się w 1588 roku) czytamy:

dnia 13 miesiącaczerwca łotr niejaki Zakrzewski uczynił się głupiem, naszedł na kościół do Panny Mariej na Piasek, do Kaplicy Panny Mariej, która była nie zgorzała w ogień, gdy garbarze palono, gdzie zastał mnicha, a on mszę ma przed obrazem Panny Mariej. Kapłana przy mszej ranił i chłopca, co mu ministrował, także ranił, Sakrament rozciskał po ziemi. Potem był pojmany i z wielką trudnością dał się brać, długo rozmyślano, jeśliże go stracić miano. Przecie na to przyszło, że dnia 1 miesiąca lipca, w piątek, za długimi rozmysłami, o godzinie 10 na całym zegarze przed kościołem Panny Mariej, w rynku krakowskim spalony ten Zakrzewski14.

Wiek XVII to była w dziejach Krakowa epoka nieustających wojen i upadku kulturalnego oraz gospodarczego miasta. Do Krakowa w tym czasie ściągali licznie ludzie luźni, element żyjący poza nawiasem lub na marginesie feudalnego porządku. W sejmikowej instrukcji szlacheckiej z 1645 roku czytamy:

ludzi luźnych zamnożeło się wiele w Krakowie, którzy receptacula[schroniska] swoje po piwnicach mają, cavere lege publica [zarządzićprzeto ustawą ogłoszoną publicznie], aby w Krakowie w piwnicach nikt prócz bednarzów rzemiosłem swym bawiących się mieszkać nie śmiał15.

Nad niebezpieczeństwami grożącymi miastu ze strony niezwiązanych z ówczesnym ładem wędrownych przybyszów, najczęściej uciekinierów z feudalnej wsi, biadano ponownie w roku 1651, wskazując, iż bunt Kostki Napierskiego dowodzi, czym mogą grozić podobni „hultaje”. W wieku XVII bywały rzeczywiście okresy, iż bandy „łotrzyków” mogły liczyć na pełną bezkarność w zrujnowanym, wynędzniałym mieście. Na próżno władze miejskie dawały niejednokrotnie przykłady wielkiej surowości. Zaostrzenie środków represji, dostarczanie mieszkańcom widoku okrutnych egzekucji nie pomagały.

W roku 1663 parający się z powodzeniem medycyną Żyd Matiasz, za ułożenie podobno bluźnierczego pisma przeciw Matce Boskiej, został żywcem spalony; uprzednio jeszcze wyrwano mu bluźnierczy język rozpalonymi kleszczami, a prawa dłoń, która zredagowała bluźniercze pismo, została przez kata odcięta...

Mało znany opis jednej z najokrutniejszych egzekucji w roku 1667 na zabójcy rodziców, wykonanej publicznie na Rynku krakowskim, zawiera Dziennikkorzennika krakowskiego, Jana Markiewicza:

Była też tego roku Prima Aprilis fatalis Panu Antoniemu Stockiemu, który (osalus!), zostawszypatricidą oraz i matricidą, taką tego dnia ex decreto Tribunalitio otrzymał w Krakowie executią. PostawionoTheatrumprzy Ratuszu od Brackiej ulice, na którym mu naprzód obiedwie ręce na pniu ucięto, po tym tyłem do słupa przywiązanemu pierś trzykroć kleszczami rozpalonymi targano, po tym, obróciwszy go, z pleców cztery pasy zdarto, na ostatek za miasto pod szubienicę wywieziono, tam kości w rękach i nogach łamano i na kole przywiązanego podniesiono. Straszna i nie wiem, jeżeli kiedy w Krakowie widziana executia, ale za straszną i wątpię, żeby kiedy słychaną winę. Licurgus, on prawodawca sławny, żadnego karania na takiego zbrodnia nie postanowił, podobno się nie spodziewając, aby kiedy taki się pod słońcem miał znaleźć16.

W Krakowie, podobnie jak i w całej Polsce, dopiero druga połowa wieku osiemnastego przyniosła pewne zmiany w polityce kryminalnej. Szerzyły się nowe idee co do celu kary, dążono do ograniczenia kary śmierci oraz zniesienia kar okrutnych i tortur.

Ostatnią publiczną egzekucją, wykonaną w tradycyjnym miejscu na Rynku krakowskim, była egzekucja księdza Macieja Dziewońskiego, oskarżonego w czasie insurekcji kościuszkowskiej w roku 1794 o zdradę.

Rozbiory Polski oddały Kraków w ręce austriackie. Stał się on prowincjonalnym miastem Galicji i Lodomerii, w którym jednakże głośnym echem, a czasem i strzałami odbiły się wypadki polityczne lat 1830–1831, 1846–1848, 1863–1864.

1 Cyt. wg A. Drogoszewskiego, Elementy XVIII wieku whistoriozofii Woronicza,w: Studia staropolskie. Księga ku czci Aleksandra Brücknera, Kraków 1928, s. 643.

2 Cyt. wg J. Bystronia, Dzieje obyczajów w dawnej Polscewieku XVI––XVIII,Warszawa 1932, t. I, s. 322.

3 A. Jelicz, Życie codziennew średniowiecznymKrakowie (wiek XIII–XV),Warszawa 1966, s. 25.

4 J. Roszko, Salon miasta, „Dziennik Polski”, nr 133 z 1964 roku.

5Cyt. wg A. Chmiela, Sądy ratuszne hetmańskie. Kartka z życia mieszczan krakowskich w XVI w., Kraków 1907.

6 Cyt. wg J. Szujskiego, Kraków aż do początków XV wieku. Wstępne słowo do najstarszych ksiąg tego miasta, w:Monumenta Medii Aevi Historica IV, cz. 1, Kraków 1878, s. LXXIX.

7 J. Długosz, Opera omnia, Kraków 1887, t. I, s. 48.

8Teki Ambrożego Grabowskiego, E 20 k. 29, Archiwum Miasta Krakowa i Województwa Krakowskiego.

9Cyt. wg M. Frančicia, Kalendarz dziejówKrakowa, Kraków 1964, s. 74.

10 Marcin Bielski, Kronika wszystkiego świata (1551), cyt. wg J. Ptaśnika, Sprawa Kazimierska, obrazki zprzeszłości Krakowa,„Biblioteka Krakowska”, t. 21, Kraków 1902, s. 33.

11 W. Węgierski, Kronika zboru ewangelickiego krakowskiego, Kraków 1817, 3.3–4.

12Pogląd ten przytacza M. Bałaban, Dzieje Żydów w Krakowie i na Kazimierzu (1304–1868), Kraków 1913, t. 1, s. 78.

13 Cyt. wg S. Estreichera, Sądownictwo rektora krakowskiego w wiekach średnich, „Rocznik Krakowski”, t. IV, Kraków 1900, s. 249.

14Kronika mieszczanina krakowskiego z lat 1575–1595, wyd. H. Barycz, Kraków 1930, s. 65.

15 Cyt. wg S. Grodziskiego, Ludzie luźni, Kraków 1961, s. 97.

16Wyjątki z „Dziennika” Jana Markiewicza, korzennika krakowskiego z XVII wieku, „Pamiętnik Lwowski” 1816, t. III, s. 216–217.

SPRAWA ANDRZEJA WIERZYNKA

Jedna to z tych tajemnic sądowych,

która nigdy nie zostanie rozwiązana.

Karol Estreicher, Fundacja Wierzynkowa

Współczesny krakowianin łączy zapewne z dźwiękiem tego nazwiska dalekie reminiscencje wspaniałej uczty z obrazu Matejki z bardziej uchwytnymi wspomnieniami odwiedzin reprezentacyjnego lokalu przy Rynku krakowskim, nawiązującego bodaj w nazwie do świetnej kulinarnej przeszłości Krakowa, którą nazwisko Wierzynka w pewnej mierze symbolizuje. Historia poniższa dotyczy jednak mniej głośnej, jakkolwiek historycznie może konkretniej znanej postaci Andrzeja Wierzynka, rajcy krakowskiego.

Wierzynkowie byli rodziną w Krakowie z dawna osiadłą. O pierwszym Wierzynku imieniem Mikołaj, który pisywał się jeszcze z niemiecka Wirsing lub Wirzing, spotykamy wzmianki w księgach miejskich wkrótce po buncie wójta Alberta przeciwko Władysławowi Łokietkowi w latach 1311–1312. Tenże Wierzynek dorobił się szybko znacznego majątku i w roku 1327 jest już rajcą miejskim. Wkrótce potem, używając herbu Wierzynek, wszedł w szeregi szlachty i uzyskał nawet godność stolnika sandomierskiego. Przedstawicielem innej gałęzi tej samej rodziny był Mikołaj Wierzynek, zwany – dla odróżnienia od stolnika sandomierskiego – Młodszym. Ten z kolei odegrał znaczną rolę w życiu finansowym monarchii Kazimierza Wielkiego. Zaufany bankier królewski i dostojnik miejski, był bohaterem owej – nieco legendarnej dla późniejszych pokoleń – uczty wydanej dla monarchów europejskich w 1364 roku. Uczta ta, wspaniale opisana przez Jana Długosza, wydana została przez Wierzynka, niewątpliwie w imieniu Rady Miejskiej, na cześć przybyłych do Krakowa monarchów europejskich, wśród których znajdował się nawet król egzotycznego Cypru, szukający pomocy przeciwko Turkom.

Rodzina Wierzynków należała w drugiej połowie XIV wieku do najznakomitszych rodów mieszczańskich w mieście Krakowie, a Andrzej Wierzynek był wybitną postacią swej epoki. Prowadził on na szeroką skalę interesy kupieckie, co wiązało go szczególnie z wpływowymi możnowładcami małopolskimi, a także z królem. Fakt ten nie przysparzał mu – jak się zdaje – sympatii wśród członków krakowskiej Rady Miejskiej, do której należał już w bardzo młodym wieku. Te jakieś niesnaski i zakulisowe zawiści – niewiele nam mówią o nich źródła – stały się zapewne przyczyną krwawego dramatu, którego ofiarą padł Wierzynek w 1406 roku, sam zresztą nie bez winy.

Oto mąż, „który takie wielkie miał poważanie i tak świetną sławę”1, został oskarżony o pospolite nadużycie. Chodziło o okradanie miejskiej kasy... Pieniędzmi dysponowała, na mocy od lat już obowiązującego zwyczaju, komisja trzech rajców. Mieli oni swobodny dostęp do kasy miasta i cieszyli się pełnym zaufaniem. Jednym z nich był właśnie Andrzej Wierzynek. Zwyczaju nie zmienił nawet fakt, który zdarzył się w roku 1393: rajca Gotfryd Fattinante złożył na łożu śmierci sensacyjne zeznanie, przyznając się do systematycznych przywłaszczeń na szkodę miejskiego skarbu – do czerpania dowolnego na własne potrzeby z miejskiej kasy. Prymitywna rachunkowość owej epoki otwierała rzeczywiście szerokie możliwości nadużyć przed stróżami kasy miasta.

Wierzynek, z racji licznych podróży, w których reprezentował także i interesy miejskie, dysponował niejednokrotnie dużymi sumami pieniężnymi, nie wyliczając się z nich szczegółowo. Na poważne koszty owych podróży zwrócono wreszcie w kołach rajców uwagę. Dalsze wypadki potoczyły się już szybko.

Pewnego dnia jeden z rajców zauważył, że Andrzej Wierzynek, wypłacając, jak to co sobotę czynił, pieniądze z kasy miejskiej na pobory miejskich pachołków, chowa część pieniędzy w zanadrze. Rajcowie, powiadomieni o tym fakcie, postanowili ująć nieuczciwego szafarza miejskich pieniędzy na gorącym uczynku.

Andrzej Wierzynek, niczego nie podejrzewając, kontynuował i następnej soboty swe manipulacje z pieniędzmi. Zaskoczony przez rajców, w pomieszaniu upuścił na ziemię schowany w rękawie mieszek z pieniędzmi. Nie wahano się już dłużej i obszukano go dokładnie, przy czym znaleziono jeszcze inne mieszki. Postanowiono postąpić z Wierzynkiem z całą surowością magdeburskiego prawa. Zwołani natychmiast wszyscy rajcy powzięli zgodną uchwałę o postawieniu Andrzeja Wierzynka pod sąd. Z decyzją tą zapoznano także przybyłych na ratusz ławników oraz starszych cechowych. W ten sposób sprawa stała się publiczna i o jakimkolwiek jej zatuszowaniu nie mogło być mowy. Ujęty początkowo upierał się, że pieniądze przy nim znalezione są jego własnością, ale po oświadczeniu poborców pieniędzy miejskich, że sakiewki znalezione u Wierzynka rozpoznają po specjalnych znakach jako należące do miejskiej kasy, przyznał się do winy. Ze stwierdzenia poborców, że pieniądze dnia tego złożone do kasy pooznaczali w specjalny sposób, wynika niewątpliwie, iż ujęcie i zdemaskowanie Wierzynka było pieczołowicie przygotowywane, tak że jego próby obrony były daremne. Część rajców z miejsca zaczęła się domagać, aby sprawa Wierzynka została bez dalszej zwłoki rozstrzygnięta, a kara na przestępcy wykonana. W atmosferze podniecenia nie zwracano uwagi na zachowanie przyjętych form postępowania i wszczęto sprawę w nieobecności wójta królewskiego, Schaffera, którego zastąpił Mikołaj Długi, najstarszy z ławników, co było zresztą częstą w Krakowie praktyką.

Zagajono sąd nad Wierzynkiem na ratuszu, przy czym obwinionego stawiono przed sędziami z uwiązanymi na szyi skradzionymi workami, co było publicznym wskazaniem na fakt, że oskarżony został ujęty na gorącym uczynku i powinien być sądzony „gorącym prawem” – niezwłocznie i bez prawa odwołania. Postawiony w obliczu wyżej już przytoczonych oświadczeń poborców podatkowych, którzy zadali kłam jego poprzednim wyjaśnieniom, przyznał się Andrzej Wierzynek przed sądem do winy, tłumacząc się następująco:

Uważcie, zacni panowie, długo i wiernie służyłem miastu, a za to żadnej nie miałem zapłaty. A gdy widziałem, że nikt mi tego nagrodzić nie myśli, chciałem sam sobie zapłacić. Jak synowie Izraela zrobili Egipcjanom, niechcącym nagradzać ich pracy, iż z rozkazu Boga sami wzięli sobie zapłatę, tak i ja zrobiłem i wyznaję, że i te tu pieniądze, i inne często brałem, nie, by kraść, lecz za moje usługi. Gdyby moje trudy chciano wynagrodzić, mało by na to było i tysiąca grzywien. A przecież jest napisane: „kto ołtarzowi służy, z ołtarza żyć powinien”2.

Wierzynek przyznał także, że przywłaszczał sobie pieniądze z kasy podróżnej miasta, którą często brał ze sobą.

Ciekawe wyjaśnienia oskarżonego, jeśli wiernie nam zostały przekazane przez ówczesne zapiski, wskazują, że Wierzynek liczył zapewne na to, iż rajcy zadowolą się jego publiczną kompromitacją i że nikt nie ośmieli się postąpić z nim z całą bezwzględnością.

Stało się inaczej.

Ława miejska podjęła z miejsca decyzję: Wierzynek jako złodziej miejskich pieniędzy powinien ponieść karę śmierci, i orzekła jej wykonanie – ze względu na godność rajcy, jaką piastował, przez ścięcie. Czy myślano, by zwrócić się w tej niecodziennej sprawie, w której najwyższą karę miał ponieść człowiek dobrze dworowi znany, o decyzję do króla – nie wiemy, ale należy przypuszczać, że postanowiono całą sprawę zakończyć bez zwłoki, stawiając ewentualnych protektorów Wierzynka na dworze królewskim przed faktem dokonanym.

Zdarzenia bowiem, które nastąpiły już po wydaniu wyroku, świadczą, zdaje się, że nie tylko względy sprawiedliwości kierowały sędziami.

Oto ścięto rajcę Andrzeja Wierzynka tejże samej soboty dnia 7 września 1406 roku, przy czym w pośpiechu nie pozwolono mu nawet wyspowiadać się, co było faktem na owe czasy niesłychanym, skoro nie odmawiano tego pocieszenia nawet największym zbrodniarzom. Pogrzebano zaś jednego z najświetniejszych przedstawicieli ówczesnego patrycjatu Krakowa w hańbiącej, niepoświęconej ziemi, poza murami miasta. Ten ostatni fakt stał się zresztą przyczyną interesującej fundacji kościelnej, o której warto wspomnieć.

Syn bowiem Andrzeja Wierzynka wzniósł w miejscu, gdzie grzebano skazańców (na tzw. cmentarzu ściętych), kościółek pod wezwaniem św. Gertrudy. Zbudowano go w latach 1429–1432 na łące przy murze miejskim, mniej więcej w okolicy dzisiejszych Plant, w pobliżu skrzyżowania ulicy Dominikańskiej i św. Gertrudy. Odtąd aż do roku 1796 – daty utraty przez miasto Kraków prawa miecza, którym nieraz hojnie szafowano – chowano na cmentarzu wokół kościoła św. Gertrudy (dziś już nieistniejącego) ofiary „magdeburskiej sprawiedliwości”.

Na egzekucji sprawa Wierzynka bynajmniej się jednak niezakończyła.

Odezwały się gorące protesty nie tylko rodziny, ale i części krakowskiego patrycjatu. Wprawdzie wójt królewski po powrocie do miasta wyrok na Wierzynka zatwierdził, jednakże rodzina wysunęła szereg poważnych zarzutów. Twierdzono, że został on wydany z pogwałceniem prawa, ponieważ sędzią w sprawie był nie sam wójt na czele ławy, lecz jego nieuprawniony do tego zastępca, a ponadto wyrok wydano bez zachowania właściwych prawideł rzetelnej rozprawy, a sama rozprawa prowadzona była w pośpiechu i atmosferze wrogości do oskarżonego. Cięższy był jeszcze następny zarzut: sąd powinien był przed wykonaniem wyroku na rajcy zwrócić się do króla z zapytaniem o jego wolę. Ostatni zarzut dotyczył sposobu przeprowadzenia egzekucji i wskazywał, że uniemożliwienie skazańcowi wyspowiadania się było pogwałceniem praw boskich i ludzkich. Dalej sprawa potoczyła się dwiema drogami: adwersarze wyroku udali się po sprawiedliwość do króla, z drugiej strony atakowana ostro Rada Miejska zwróciła się o pouczenie prawne (tzw. ortyl) do Magdeburga.

Odpowiedź Magdeburga należy, szczęśliwym trafem, do rzędu nielicznych do dziś zachowanych oryginalnych tekstów ortyli magdeburskich, wydanych specjalnie dla wyjaśnienia kwestii interesujących miasto Kraków. W 1410 roku ława Magdeburga, po rozważeniu stanowiska i zarzutów obu stron, odpowiedziała ówczesnemu burmistrzowi Krakowa, Janowi Fredlantowi, że osądzenie Wierzynka, ze względu na fakt, iż podlegał on „gorącemu prawu”, było zgodne z prawem magdeburskim. Inaczej ocenił całą sprawę sąd królewski: trzej rajcowie krakowscy winni przyspieszenia całej sprawy (i to zapewne z przyczyn osobistych) zostali skazani na grzywnę.

Ostatecznie król polecił puścić całą sprawę w niepamięć. Rodzina Wierzynków uzyskała jednak częściową rehabilitację pamięci swego członka, a także specjalne wynagrodzenie z królewskiego skarbu dla pozostałych po Andrzeju dzieci.

Nie wszystko jest jasne w tej sprawie i nie wiemy dzisiaj, w jakim stopniu przyczyniły się do tragicznego końca krakowskiego patrycjusza względy, dla których sprawa kilku sakiewek miejskich pieniędzy była przecież tylko wygodnym pretekstem.

Bibliografia

K. Estreicher, Fundacja Wierzynkowa,„Rocznik Krakowski”, t. XXV, Kraków 1934.

S. Estreicher, Nieznane teksty ortyli magdeburskich. Studia staropolskie, Kraków 1928.

S. Kutrzeba, Historia rodziny Wierzynków, „Rocznik Krakowski”, t. II, Kraków 1899.

E. Maschke, Ein Krakauer Bürger als Geldgeber und Gastgeber von Königen. Nicolaus Wirsing und seine Familie, w: Deutsch-Polnische Nachbarschaft,pod red. K. Lücka, wyd. 3, Würzburg 1957.

M. Patkaniowski, Krakowska Rada Miejska w wiekach średnich, Kraków 1934.

K. Pieradzka, Miasto średniowieczne, w: Szkice zdziejów Krakowa od najdawniejszych czasów dopierwszej wojny światowej, praca zbiorowa pod red. J. Bieniarzówny, Kraków 1966.

J. Szujski, Kraków aż do początków XV w. Wstępne słowo donajstarszych ksiąg tego miasta, Monumenta Medii Aevi Historica, Kraków 1876.

1 Cyt. wg S. Kutrzeby, Historia rodziny Wierzynków, „Rocznik Krakowski”, t. II, Kraków 1899, s. 79.

2 Cyt. wg S. Kutrzeby, tamże, s. 80.

PROCESPRZECIWKO MIASTU

Początkiem wszystkiego była błahostka, zwykła „pyskówka” pomiędzy dwojgiem ludzi, drażliwych na punkcie swego honoru. Doprowadziła do dwóch morderstw. Najpierw do pospolitego – na uczestniku zajścia, współwinnym, ale ostatecznie bezbronnym człowieku, a potem do drugiego, popełnionego w pełnym majestacie prawa.

Zaczęło się późnym popołudniem, w czwartek, pamiętnego dnia 16 lipca 1461 roku.

W warsztacie płatnerza królewskiego, niejakiego Klemensa, zjawił się starosta chełmski Andrzej Tęczyński, pan na Rabsztynie i Książu, brat kasztelana krakowskiego. Przyszedł, aby odebrać swoją zbroję, którą uprzednio oddał tam do naprawy i oczyszczenia. Toczyła się właśnie wojna z zakonem krzyżackim, król Kazimierz Jagiellończyk był w tym czasie już w Inowrocławiu, więc wypadało, wprawdzie nieco późno, zgłosić się w obozie królewskim.

Tęczyński nie odebrał jednak zbroi od Klemensa. Właściwie do dziś dnia nie wiadomo, co było tego przyczyną. Pozostały z tych czasów dwa sprzeczne z sobą świadectwa, a mianowicie relacja Długosza i zapiski w aktach miejskich.

Długosz pisał, że „wychodzącemu na wojnę nie wygotował na czas i w zupełności zbroi”1, akta zaś miejskie podają, że płatnerz wprawdzie zbroję wyczyścił dobrze i we właściwym terminie, ale zażądał zbyt wiele, bo aż dwa floreny, a tymczasem Tęczyński za robotę dawał mu tylko 10 groszy. Tak czy inaczej powód do targu był, zważywszy że jeden floren równał się przeciętnie 30 groszom. W każdym razie faktem jest niewątpliwym, że Tęczyński zbroi nie odebrał, a w dodatku poniosły go nerwy i zagrał honor szlachecki. W pasji znieważył Klemensa w jego warsztacie, a także go pobił, czemu oddaje sprawiedliwość nawet tak wielki stronnik Tęczyńskiego, jak Długosz.

Z domu Klemensa Tęczyński poszedł prosto na ratusz i złożył tam skargę na płatnerza, nie ukrywając wszakże, że zdążył już pobić go w jego własnym domu.

Rajcy posłali natychmiast pachołka miejskiego po Klemensa. Tęczyński jednak, nie czekając zakończenia sporu, wyszedł z ratusza i udał się na ul. Bracką, przy której wówczas mieszkał w kamienicy Kridlara. Tam spotkał się ze swym synem Janem oraz rajcami Mikołajem Kridlarem i Walterem Keslingiem, mieszkającymi zresztą w tym samym domu.

Nieszczęśliwym trafem przechodził właśnie tamtędy Klemens w towarzystwie pachołka miejskiego. Klemens na widok Tęczyńskiego zawołał: „Panie, pobiłeś mnie i dałeś mi policzek sromotnie w mym własnym domu, ale nie będziesz już mnie więcej bił”2. Zdaniem Długosza miał mu nawet zagrozić, że „mu wkrótce lepiej zapłaci”.

Słowa te wyprowadziły ponownie z równowagi Tęczyńskiego. Z synem i domownikami rzucił się na Klemensa. Pobito go do tego stopnia, że zamiast na ratusz, trzeba było go odnieść do domu.

Rajcowie Mikołaj Kridlar i Walter Kesling, którzy byli świadkami zajścia, natychmiast udali się na ratusz i opowiedzieli tam o całym wydarzeniu.

Z ratusza, na nieszczęście, wieść przedostała się na miasto. Ktoś uderzył w dzwon kościoła Mariackiego, mieszczanie przerwali swe zajęcia. Zaczęto się najpierw zbierać grupami, komentować wydarzenie, a potem gromadzić w Rynku przed ratuszem. Groza zawisła nad miastem.

Rada próbowała jeszcze zapobiec ewentualnym ekscesom. Zamknięto bramy miasta, a delegacja Rady udała się na zamek królewski ze skargą na wyczyny Tęczyńskiego.

Króla w Krakowie nie było, więc rajców przyjęła królowa Elżbieta. Po wysłuchaniu skargi nałożyła tak na miasto, jak i na Tęczyńskiego wadium w niesłychanie wysokiej kwocie, bo aż 80 000 grzywien. Strona winna naruszenia spokoju w mieście miałaby zapłacić tę kwotę stronie przeciwnej. Ponadto – jak pisze Długosz – „obydwom stronom kazała się uspokoić i przyrzekła, że sama nazajutrz sprawę rozsądzi”3, a niezależnie od tego na prośby rajców wezwała Tęczyńskiego na Wawel.

W mieście jednak zamieszanie nadal się wzmagało. Pojawiła się już broń w ręku mieszczan zgromadzonych w Rynku. Dźwięk dzwonów z wieży kościoła Mariackiego powoli dopełniał miary. Oburzenie mieszczan na Tęczyńskiego zaczęło wyrażać się w coraz ostrzejszych słowach. Wołano pod adresem Rady:

Oto patrzcie, jaki gwałt popełniono, tyle razy skarżyliśmy się na nasze krzywdy, a nigdy nie staraliście się nas obronić4.

Niektórzy rajcowie uciekli z ratusza, a inni próbowali – choć wręcz zaprzecza temu Długosz, nieprzyjaźnie nastawiony do miasta – uspokoić tłum obietnicą załatwienia sporu przez królową w następnym dniu. Słowa te niewiele pomogły. Zapanowała już żądza natychmiastowego wyrównania rachunków z Tęczyńskim.

Tęczyński tymczasem zorientował się, że przebieg wydarzeń zaczyna być dla niego niekorzystny. Zabrał się więc wraz z synem i przyjaciółmi do zamieniania kamienicy Kridlara w fortecę. Wprawdzie otrzymał wezwanie królowej do stawienia się na zamku, ale nie zastosował się do niego, bo obawiał się, „iżby się nie pokazał tchórzem”5. Szybko jednak doszedł do wniosku, że dom Kridlara nie daje wystarczającego zabezpieczenia. Stąd też pomysł ucieczki z synem Janem, Spytkiem Melsztyńskim, Mikołajem Secygniewskim i jeszcze kilku przyjaciółmi do pobliskiego kościoła Franciszkanów. Możliwe, że zamierzał dostać się na Wawel przez teren zakonny, leżący właśnie między miastem a zamkiem.

Tłum, który wyruszył z Rynku na poszukiwanie Tęczyńskiego, pierwsze swe kroki skierował na ulicę Bracką. Dom Kridlara został natychmiast dokładnie przeszukany, ale, oczywiście, Tęczyńskiego w nim nie znaleziono.

W jaki sposób ludzie dowiedzieli się, że Tęczyński znajduje się w kościele Franciszkanów, nie wiadomo. Może ktoś zobaczył przemykających się chyłkiem do kościoła szlachciców, albo też któryś z uciekających nieopatrznie zdradził się.

Kościół otoczono, wyważono drzwi wejściowe i fala ludzka zalała wnętrze.

Andrzej Tęczyński, który początkowo schronił się z towarzyszami w stosunkowo bezpiecznym miejscu, bo aż na wieży, właśnie zszedł na dół szukając – jak się wydaje – lepszego ukrycia.

Na schronienie wybrał sobie prawdopodobnie zakrystię, bo w chwili gdy tłum opanował kościół, skrył się tuż koło niej, pod kamiennymi schodami, nie opodal mniejszych organów, które miały się tam wówczas znajdować.

Dziś, po licznych przebudowach kościoła, nie ma ani kamiennych schodów, ani małych organów. Trudno więc oznaczyć dokładnie miejsce tragedii. Być może zdarzenie rozegrało się między dzisiejszymi dwiema ścianami – wewnątrz których są nowe schody – oddzielającymi ówczesną zakrystię, zwaną dziś mniejszą, od zakrystii większej.

Tak ukryty, przywołał po cichu kręcącego się w pobliżu Jana Dojzwona, rodem z Warszawy, i poprosił go o ratunek. Miał nawet poprzeć swą prośbę argumentem w postaci kwoty 200 złotych. Na dobrą sprawę nic nie można już było zrobić. Trudno się dziwić Dojzwonowi, że krzyknął do tłumu: „Pan Andrzej zdaje się na waszą łaskę i prosi was o bezpieczne przejście, bo chce się stawić przed urzędem radzieckim na ratuszu!”6.

Słowa te wywarły zupełnie odmienny skutek. Rzucono się na Tęczyńskiego. Ten próbował jeszcze ratować się błyskawicznym skokiem do zakrystii. Na progu, u drzwi do zakrystii, otrzymał pierwsze uderzenie w tył głowy. Zadany cios oskalpował go. Za nim posypały się dalsze. Wstrząsający jest opis Długosza:

Głowa długo opierająca się zabójczym ciosom pękła i mózg z niej wytrysnął. Pastwił się lud jeszcze nad ciałem zabitego, wlokąc je z kościoła aż do ratusza kanałem ulicznym, w błocie uwalane, a od miejsca do miejsca skłute i skrwawione, z obszarpaną brodą i głową obdartą. Przez dwa dni leżało potem na ratuszu, a dopiero dnia trzeciego przeniesiono je do kościoła św. Wojciecha, a czwartego oddano przyjaciołom, którzy je pochowali w Wielkim Książu (...)7.

Dla pozostałych towarzyszy Andrzeja Tęczyńskiego los był łaskawszy. Syn zabitego – Jan, zwany Rabsztyńskim, korzystając z chwilowej nieuwagi mieszczan, uciekł z wieży i schronił się w piecu u jakiejś wdowy. Stamtąd uciekał przez dom Długosza na rogu ulicy Kanoniczej poza mury miasta. O pozostałych pisze Długosz, że

do piątej godziny i dłużej w noc dobywało się pospólstwo do wieży, w której Mikołaj Secygniewski i Spytek Melsztyński ze swymi towarzyszami mężnie się bronili; nazajutrz dopiero, po całonocnym i na drugi dzień jeszcze trwającym oblężeniu, gdy im osobiste zaręczono bezpieczeństwo, z wieży odprowadzono ich do ratusza, gdzie dnia trzeciego pojednali się z rajcami i wypuszczeni zostali na wolność8.

Teraz zaczął się akt drugi tragedii, chyba bardziej krwawy od poprzedniego. Najszybciej wyciągnęli wnioski z przebieguzdarzeń Jan Dojzwon, ów nieszczęsny pośrednik Tęczyńskiego, i płatnerz Klemens. Obaj, nie bez racji, obawiali się,że cała zemsta rodziny może się na nich skupić. Dlatego opuścili natychmiast Kraków. Pierwszy znikł tak dokładnie, że nikt więcej nie znał jego dalszych losów. Klemens zaś pojechał do Wrocławia. Stamtąd jednak rajcy wrocławscy wyprosili go, uznając jego pobyt w tym mieście za wysoce niepożądany. Zawitał więc następnie do Żagania, gdzie – jak nie bez satysfakcji stwierdza Długosz – „na ból i duszność w piersiach ciężko nachorowawszy się, umarł”9.

W powadze sytuacji zorientował się też Mikołaj Kridlar, który powiadomił Radę o zajściu pomiędzy Tęczyńskim a Klemensem. Uciekł z Krakowa iwybrał chyba najlepsze miejsce pobytu, bo zamek w Melsztynie, notabene będący własnością przyjaciela domu Tęczyńskich. Przetrwał tam szczęśliwie następne wydarzenia i wrócił z głową na karku do domu.

Reszta natomiast mieszczan czekała na to, co los przyniesie. Wiadomość o śmierci Tęczyńskiego dotarła do Kazimierza Jagiellończyka gdzieś około 20 sierpnia. Obozował w tym czasie ze szlachtą na Pomorzu, koło wsi Kamień. Wojna w tym okresie przybierała niekorzystny obrót dla Polski, mało szlachty zgłosiło się na nią, więc i nastroje były nie najlepsze. Wieść o wypadkach w Krakowie wystarczyła, aby doszło do zamieszek w obozie, pod bokiem samego króla.

Szlachta ziemi sandomierskiej i krakowskiej zagroziła natychmiastowym powrotem do domów i zemstą na własną rękę na mieszczanach krakowskich, na wypadek gdyby król nie ukarał winnych śmierci Tęczyńskiego. Żądanie to, równoznaczne zresztą z szantażem, którym szlachta zaczynała się stopniowo coraz częściej i coraz sprawniej posługiwać wobec korony, zakomunikował królowi sam Jan Amor Tarnowski, kasztelan sądecki.

Po cichu mówiono, że Kazimierz Jagiellończyk raczej cieszy się, niż smuci wypadkiem. Były to aluzje do ówczesnego sporu Kazimierza Jagiellończyka z kandydatem do godności biskupa krakowskiego, Jakubem z Sienna, na którego król się nie zgadzał, zaś Andrzej Tęczyński był jednym z jego zwolenników.

Wieści, które nadeszły do obozu, były zresztą częściowo przekręcone, o czym może świadczyć treść wiersza, który w niecały rok potem krążył wśród szlachty:

A jacy to źli ludzie mieszczanie krakowianie,

Żeby pana swego, wielkiego chorągiewnego,

Zabiliście, chłopy, Andrzeja Tęczyńskiego.

Boże-że go pożałuj, człowieka dobrego.

I że tak marnie zszedł od nierównia swojego.

Chciał-ci królowi służyć, swą chorągiew mieci,

A chłopy pogańbieli, dali; i zabici,

W kościele ci zabili: na tem Boga nie znali,

Świętości ni zacz nie mieli, kapłany poranili.

Zabiwszy, rynną go wlekli, na wschód nogi włożyli,

Z tego mu gańbę czynili.

Do wrocławianów posłali, do takich, jako i sami,

A skarżąc na ziemiany, by im gwałty działali.

Wrocławianie im odpowiedzieli, żeście to źle zdziałali,

Żeście się ukwapili, człowieka zabili10.

Nie pozostało królowi nic innego, jak zapowiedzieć, że winnych ukarze natychmiast po powrocie z wyprawy. Obietnica pomogła. Długosz pisał, że „Rycerstwo w przekonaniu, iżjego żądaniom stanie się zadość, podziękowało królowi i wróciło do swych namiotów”.

Dnia 6 grudnia 1461 roku, a więc prawie pół roku po śmierci Tęczyńskiego, rozpoczęły się obrady sejmu w Nowym Korczynie. Szło, jak zwykle w tamtych czasach, o podatki na wojska zaciężne. Przeciąganie się i niepowodzenia w wojnie z Krzyżakami w głównej mierze były spowodowane niekarnością, a nawet wypadkami dezercji szlachty z pola walki. Wpadły w tym czasie w ręce Krzyżaków Morąg, Bielawa, Frydland, Starogard, a niewiele brakowało, aby taki sam los podzieliły Gdańsk i Toruń. W dodatku kraj przeszedł rokosz wielkopolski przeciwko kasztelanowi poznańskiemu Piotrowi z Szamotuł. Miał więc król rację, upatrując wyjście z ciężkiej sytuacji w wojskach zaciężnych.

Na to trzeba było jednak pieniędzy, a te z kolei można było zdobyć tylko w drodze podatków uchwalonych przez sejm, który był jednak przede wszystkim zajęty sprawą Tęczyńskiego. To zmusiło króla do wyznaczenia sądu mającego rozpoznać sprawę.

W dniu 7 grudnia zasiadł sąd w osobie sędziego sandomierskiego Piotra z Weszmutowa oraz podsędka Mikołaja z Winiar. Rozprawa odbywała się w obecności króla oraz wojewodów i kasztelanów.

Oskarżycielami byli brat Andrzeja, kasztelan krakowski Jan Tęczyński, i syn zabitego, Jan Rabsztyński.

Kasztelan zażądał zasądzenia na jego rzecz wadium w kwocie 80 000 grzywien, albowiem – jego zdaniem – miasto pierwsze złamało warunki ustalone przez królową Elżbietę. Syn domagał się ukarania winnych śmierci ojca, oskarżając nie poszczególnych mieszczan, ale wszystkich rajców, mistrzów cechowych oraz całe pospólstwo. Był to więc proces przeciwko miastu Krakowowi.

Mieszczanie zostali oskarżeni o to, że doprowadzili – dotyczyło to zwłaszcza Rady – zamykaniem bram miasta, biciem w dzwony, podjudzaniem motłochu, a w końcu całkowitą bezczynnością władz miejskich, do śmierci Andrzeja Tęczyńskiego. Przedstawiciele miasta odpowiadali więc nie za udział w zabójstwie, lecz za zaniedbanie przeszkodzenia temu zabójstwu. Dzisiaj prawnik mógłby powiedzieć, że oskarżono ich o nieprzeszkodzenie grożącemu skutkowi, a więc o zaniechanie.

Pełnomocnikiem miasta był szlachcic Jan Oraczowski, herbu Śreniawa. Sami rajcy nie stawili się na rozprawę, obawiając się ujęcia ich na sali sądowej. Wiadomo było jednak, że kilku z nich przebywa w Nowym Korczynie.

Oraczowski obronę miasta rozpoczął od tradycyjnego w owych czasach chwytu proceduralnego, a mianowicie od zarzutu niekompetencji sądu. Okazał przywilej Kazimierza Wielkiego z dnia 7 grudnia 1358 roku wydany dla miasta Krakowa, według którego:

gdyby zaś rycerza lub szlachcica królestwa naszego mieszczanin zabił lub w jakikolwiek sposób poranił, w obecności naszej lub zastępcy naszego oraz dwóch, trzech lub więcej rajców według prawa miejskiego sprawa ma być rozstrzygnięta.

W świetle tego przywileju postępowanie według prawa polskiego przed sądem w Nowym Korczynie było całkowicie bezpodstawne.

Nie wiadomo, jak dalej potoczyłyby się losy procesu, gdyby ktoś ze szlachty nie wpadł na prosty pomysł zażądania pełnomocnictw od Jana Oraczowskiego.

Wtedy wybuchła awantura. Oraczowski nie miał żadnego dokumentu stwierdzającego pełnomocnictwo; prawdopodobnie nadmiar kłopotów, jakich przysporzyła miastu ta sprawa, był przyczyną, że zapomniano o jego wystawieniu.

Na sali zawrzało. Rzucono się na Oraczowskiego, targano za włosy i ubranie, pobito, omal że nie rozszarpano żywcem. Nieszczęsnego pełnomocnika w ostatniej chwili uratował król, wzywając szlachtę do zachowania spokoju. Oraczowskiego skazano – jako intruza w sądzie, na podstawie art. IIIStatutu Kazimierza Wielkiego – na karę 3 grzywien. Ponieważ Oraczowski niemiał pieniędzy, wsadzono go do wieży. Rajcy musieli mu po kryjomu dostarczyć kwotę potrzebną na zapłacenie kary.

W rezultacie ani oskarżonych, ani pełnomocnika nie było na sali. Ponieważ rozprawa toczyła się w nieobecności oskarżonych, to – w myśl przepisów Statutu Wiślickiego – powinny były się odbyć jeszcze dwie rozprawy, w tak zwanym drugim i trzecim terminie. Dopiero w trzecim terminie mógł zapaść wyrok zaoczny.

Sąd jednak wyznaczył od razu termin trzeci, czyli już ostateczny, na ósmy dzień, licząc od dnia pierwszej rozprawy, wzywając ponownie rajców krakowskich.

Tym razem przyjechało ich aż czterech. Próbowali przed rozprawą uzyskać posłuchanie u króla i prosić o utrzymanie w mocy owego przywileju Kazimierza Wielkiego. Niestety, król nie tylko nie dopuścił ich do słowa, ale też niczego nie uczynił dla swojego miasta. Widocznie bardzo a bardzo zależało królowi na poparciu szlachty.

Wkrótce atmosfera w Nowym Korczynie stała się do tego stopnia niebezpieczna dla rajców, że musieli uciekać wśród nocy do Krakowa. W popłochu pozostawili nawet swoje wozy.

Nadszedł dzień 14 grudnia 1461 roku. Zebrał się wówczas sąd po raz trzeci w terminie „zdanym i zawitym”. W zastępstwie rajców miasto reprezentowali Piotr Hers Głowicz i niejaki Adam, zastępca sekretarza miejskiego. Dobór przedstawicieli miasta nie był najszczęśliwszy, co się ujawniło w trakcie rozprawy.

Pełnomocnictwa tym razem były dobre. Sąd zezwolił na odczytanie przywileju, wszakże jego treść nie wywarła już żadnego wrażenia. Sąd podobno nie uwzględnił przywileju, dlatego że niedawno, bo w 1454 roku, wydany dla Małopolski przywilej nieszawski stanowił:

jeśliby się zdarzyło, że który szlachcic od mieszczanina albo kmiecia ranę poniesie, tedy szlachcic raniony może krzywdy swej przed sądem ziemskim dochodzić przeciw raniącemu i wywołać go od sądu jego magdeburskiego przed sąd ziemski11

(wprawdzie później Kazimierz Jagiellończyk potwierdził przywilej z 1358 roku, ale wtedy – już po procesie – chodziło mu o to, aby złagodzić sytuację powstałą między nim a Krakowem). Tak więc został pominięty zarzut niekompetencji i sąd wezwał pełnomocników do złożenia odpowiedzi na oskarżenie.

Pełnomocnicy uchylili się jednak od odpowiadania na zarzuty oskarżenia. Być może nie byli do tego upoważnieni lub uczeni juryści nie zalecali tego, albo też i tym razem nastroje na sali sądowej były tego rodzaju, że lepiej było nie odpowiadać. Sprawa ta nie jest dostatecznie jasna. Nie do wiary jest, aby zastępca sekretarza miejskiego, a więc człowiek obeznany nieco z prawem, nie wiedział, jakie skutki może spowodować nieodpowiadanie na skargę, i to w tak poważnej sprawie.

Przesądziło to wynik procesu. Sąd uznał, że nieodpowiadanie na wywód skargi równa się nieobecności na rozprawie. Ponieważ rozprawa odbywała się w trzecim „zawitym” terminie, wydał od razu dwa wyroki: karny i cywilny.

Wyrokiem karnym skazano rajców, cechy i pospólstwo miasta na karę śmierci za to, że po zamknięciu bram miasta i wdarciu się do kościoła Franciszkanów zamordowali Andrzeja Tęczyńskiego, a następnie sprofanowali jego zwłoki. Kara miała być wykonana na głównych winowajcach spośród przedstawicieli mieszczaństwa krakowskiego.

Drugi wyrok zasądzał na rzecz kasztelana krakowskiego, Jana Tęczyńskiego, owo wadium w kwocie 80 000 grzywien, które miało stanowić rękojmię spokoju w mieście w dniu 16 lipca 1461 roku. Sąd w wyroku podkreślił, że nie kto inny, jak mieszczanie złamali pokój, a ponadto że dwukrotnie, pomimo wezwania, nie zgłosili się na rozprawę.

5 stycznia 1462 roku odbyło się, tym razem w Krakowie, ostatnie posiedzenie sądu, niemające już w zasadzie wpływu na treść wyroku. Był to tak zwany termin do zadośćuczynienia, w którym oskarżony mógł jedynie usiłować wytłumaczyć swoją nieobecność. W wypadku gdyby to się mu udało, wydany wyrok tracił swą ważność, a sprawa mogłaby toczyć się jeszcze raz w terminie „zdanym i zawitym”.