Pismo. Magazyn opinii. Sierpień 2022 - Fundacja Pismo - ebook

Pismo. Magazyn opinii. Sierpień 2022 ebook

Fundacja Pismo

4,2

26 osób interesuje się tą książką

Opis

W sierpniowym wydaniu magazynu zwracamy się ku temu, co może nam pomóc odetchnąć. Intensywność zdarzeń i coraz bardziej złożonej rzeczywistości może przytłaczać. Dlatego w tym numerze sprawdzamy, czy możemy sobie z tym nadmiarem trudnych bodźców poradzić. Zaczynamy oczywiście od okładki – autorem ilustracji pt. „Poszukiwacz spełnienia” jest Przemek Dębowski.

W tym miesiącu szczególnie polecamy Ci:

  • esej Arthura C. Brooksa, który opowiada o tym, na czym polega prawdziwe zadowolenie,
  • reportaż Aleksandry Lipczak pokazujący, jak uchodźczynie mogą odzyskiwać sprawczość,
  • tekst Katarzyny Kazimierowskiej, która pyta, czy roboty zadbają o naszą starość,
  • fragment najnowszej książki Sylwii Chutnik pt. „Tyłem do kierunku jazdy”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 241

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (13 ocen)
8
1
3
0
1
Sortuj według:

Popularność




ROZ­MO­WY Z K. // FE­LIE­TON

Na po­cząt­ku było sło­wo

tekstKA­RO­LI­NA LE­WE­STAM

Dro­ga K.

Czy mu­szę po­trze­bo­wać lu­dzi?

Czy chcę po­trze­bo­wać lu­dzi?

Czy po­win­nam po­trze­bo­wać lu­dzi?

Czy je­stem ro­bo­tem, je­śli zwy­kle wy­bie­ram by­cie samą?

Za­zdrosz­czę przy­ja­ció­łce, któ­ra z pod­ró­ży przy­wo­zi przy­naj­mniej jed­ną hi­sto­rię nie­zna­nej wcze­śniej oso­by lub na­wi­ązu­je przy­ja­źnie do ko­ńca ży­cia. (...) Wy­gląda to lek­ko i ła­twa­stycz­nie. A ja? (...) W ży­ciu spo­tka­łam mało przy­ja­znych lu­dzi, to fakt. Tak zwa­ni bli­scy w prze­szło­ści mnie ra­ni­li lub igno­ro­wa­li, ale te­raz je­stem do­ro­sła i to ja de­cy­du­ję, czy po­zwo­lę dać się zra­nić. Nie mam już po­czu­cia, że re­la­cje z lu­dźmi są za­gra­ża­jące, a jed­nak na­dal żyję na obrze­żu spo­łe­cze­ństwa (...) Chcia­ła­bym być nor­mal­na i nie za­sta­na­wiać się, czy jed­no sen­sow­ne i war­to­ścio­we spo­tka­nie w mie­si­ącu to ca­łkiem spo­ko, czy wręcz prze­ciw­nie – że miesz­czę się tyl­ko w nor­mie dla od­lud­ków i so­cjo­pa­tów...

A.

Ko­cha­na A.

Opo­wiem ci hi­sto­rię, któ­rą już znasz.

Na po­cząt­ku było sło­wo. I sło­wem stwo­rzył Bóg nie­bo i Zie­mię. Zie­mia była wte­dy po­dob­no bez­ła­dem i pust­ko­wiem, a wszędzie było ciem­no jak... jak gdzieś, gdzie jest bar­dzo ciem­no. No więc Bóg przy­tom­nie po­wie­dział „Niech sta­nie się świa­tło­ść” – i trach, sta­ła się świa­tło­ść. Od sa­mych słów Boga! I tak da­lej, i tak da­lej. Po­zwól, że prze­wi­nę do przo­du, cho­ciaż oczy­wi­ście naj­le­piej jest słu­chać hi­sto­rii, któ­re zna­my, ale te­raz są wa­żniej­sze spra­wy, więc po­wiedz­my tyl­ko, że stwo­rzo­ne zo­sta­ły mi­ędzy in­ny­mi ląd i mo­rze, a po­tem fau­na i flo­ra, włącza­jąc w to wszel­kie skrzy­dla­te ptac­two. Na ko­niec zaś Bóg ule­pił z gli­ny czło­wie­ka. I czło­wiek mógł na­zwać wszyst­kie zwie­rzęta w Ede­nie tak, jak chciał, dzi­ęki cze­mu Bóg dał mu w pew­nym sen­sie po­sma­ko­wać, jak to jest mieć sło­wo i dzi­ęki sło­wu stwa­rzać zu­pe­łnie nowe rze­czy.

Na­stęp­nie mia­ła miej­sce scy­sja do­ty­cząca nie­au­to­ry­zo­wa­ne­go uży­cia drzew owo­co­wych, a po­tem lu­dzie roz­le­źli się po ca­łej Zie­mi. I wiesz, co się sta­ło, A.? Otóż nie­któ­rzy z nich od­kry­li, że cza­sem, kie­dy je­den czło­wiek rzu­ci sło­wa w stro­nę dru­gie­go, a tam­ten mu od­po­wie, od tego spo­tka­nia słów po­wsta­ją nie­sa­mo­wi­te cuda. Cza­sem wy­mie­nia­nie się sło­wa­mi było zwy­czaj­ne jak dro­go­wskaz („Upo­lo­wa­ny świ­niak jest za ro­giem”). Ale in­nym ra­zem, kie­dy mó­wi­li, to czu­li się, jak­by je­den z nich rzu­cał zło­ty pył, a dru­gi za­pa­łkę, i sło­wa wy­strze­la­ły w nie­bo, kwit­nąc jak fa­jer­wer­ki. To była roz­mo­wa i kie­dy przy­tra­fi­ła się lu­dziom, cie­szy­li się, bo czu­li, że choć Bóg dość moc­no ob­ra­ził się na nich za te drze­wa, to jed­nak wci­ąż zo­sta­ło w nich coś praw­dzi­wie bo­skie­go.

I cza­sem było to na­wet zbyt bo­skie, bo kie­dyś tak im się cu­dow­nie roz­ma­wia­ło, że z tych roz­mów po­wsta­ła wie­ża Ba­bel, któ­ra si­ęga­ła do sa­me­go nie­ba, a Bóg zno­wu się zde­ner­wo­wał, bo jed­nak ce­nił swój mo­no­pol na sło­wa. Więc na­mie­szał im w gło­wach i języ­kach. „Niech so­bie mó­wią, gdzie jest upo­lo­wa­ny świ­niak – my­ślał Bóg. – Ale niech mi tu w nie­bo nie strze­la­ją fa­jer­wer­ka­mi. Na­praw­dę, tym lu­dziom to się wy­da­je, że nie wia­do­mo co!”.

I wte­dy wła­śnie – uwa­żaj tu, A. – ludz­ko­ść po­dzie­li­ła się na dwie gru­py. Jed­ni (na­zwij­my ich „Pa­ple”; na­le­ża­ły do nich też pod­pi­sa­na ni­żej K. i two­ja przy­ja­ció­łka) wy­rzu­ca­li wci­ąż sło­wa na ze­wnątrz, w neu­ro­tycz­nych fa­lach, tro­chę z przy­zwy­cza­je­nia, a tro­chę w na­dziei, że ktoś im od­po­wie, a ze spo­tka­nia słów na­ro­dzą się nowe pi­ęk­ne rze­czy. To się zda­rza­ło, ow­szem; ale tak szcze­rze, to wi­ęk­szo­ść cza­su ci lu­dzie bez prze­rwy kła­pa­li dzio­ba­mi jak ja­kieś oso­by z ma­gla, a w do­dat­ku bar­dzo de­ner­wo­wa­li Pana Boga.

Dru­dzy zaś zro­zu­mie­li, że tyl­ko wte­dy za­cho­wa­ją okruch bo­skiej mocy słów, gdy nie będą się nią ci­ągle przed Bo­giem chwa­lić. Za­uwa­ży­li też, że je­śli ho­du­ją sło­wa dłu­żej przy so­bie, jak kan­gu­rzy­ce ro­bią to z kan­gu­rząt­ka­mi, trzy­ma­jąc je w tor­bach, za­nim się usa­mo­dziel­nią, to te sło­wa są pe­łniej­sze i wa­żniej­sze. Trzy­ma­li więc sło­wa w so­bie jak ci­che skar­by; kar­mi­li je, ho­do­wa­li, szli­fo­wa­li jak dia­men­ty. Cza­sem do­ty­ka­li ich w nocy, czu­jąc, jak ro­sną, jak pul­su­ją. I raz na wie­le dni, wy­mie­nia­li się tymi se­kret­ny­mi sło­wa­mi, ale tyl­ko z ta­ki­mi, któ­rzy byli tego war­ci. To było wa­żne, pi­ęk­ne i przy­jem­ne, i w zu­pe­łno­ści im wy­star­cza­ło. Wśród nich była nie­ja­ka A.

Ale były też chwi­le, w któ­rych A. wąt­pi­ła w sie­bie i w swój styl me­ne­dżmen­tu słów. Pa­trzy­ła na cho­dzące po ca­łej Zie­mi nie­zli­czo­ne Pa­ple i my­śla­ła: „Czy wszyst­ko ze mną w po­rząd­ku? Czy nie je­stem dziw­na? Czy nie je­stem... cho­ra?”. I A. wte­dy ci­cho pła­ka­ła, mo­dląc się o to, żeby ktoś ją na­uczył, jak nie bać się wy­pusz­cza­nia w świat nie­oszli­fo­wa­nych słów.

Aż pew­ne­go razu przy­sze­dł do niej Bóg. Usia­dł koło jej łó­żka, po­ło­żył nogi na noc­nym sto­li­ku i po­wie­dział: „Ćśśś, nic nie mów, A. Ja sło­wa­mi stwo­rzy­łem cały świat i wiem o nich co nie­co. I zdra­dzę ci wiel­ki se­kret: z ga­da­nia po pró­żni­cy ni­g­dy nic do­bre­go jesz­cze nie wy­ni­kło. Trzy­maj sło­wa w so­bie, głaszcz je, roz­cze­suj im ko­łtu­ny, do­kar­miaj; pew­ne­go dnia będą go­to­we. Spo­tkasz ko­goś, do kogo za­tęsk­nią i same będą chcia­ły wy­jść na świat”.

I A. spo­koj­nie za­snęła. Bóg i spoj­rzał na nią, wie­dząc, że ona już wie, że jest wła­śnie taka, jaka ma być, i że śni o dniu, w któ­rym sło­wa same będą się jej wy­ry­wać z pier­si.

I wie­dział Bóg, że to było do­bre.

ry­su­nek SO­NIA DU­BAS

KA­RO­LI­NA LE­WE­STAM (ur. 1979), dzien­ni­kar­ka i re­dak­tor­ka. Obro­ni­ła dok­to­rat z fi­lo­zo­fii na Uni­wer­sy­te­cie Bo­sto­ńskim. Wie­lo­krot­nie no­mi­no­wa­na do na­gro­dy Grand Press. Człon­ki­ni re­dak­cji „Pi­sma”.

Cza­sem o trud­nych rze­czach do­brze jest na­pi­sać do ko­goś, kto jest da­le­ko. Na­pisz do mnie.roz­mo­wyzk@ma­ga­zyn­pi­smo.pl

Wi­ęcej na ma­ga­zyn­pi­smo.pl/roz­mo­wy-z-k

Rzecz gu­stu,

CZY­LI RE­DAK­CJA „PI­SMA”po­le­ca w sierp­niu

OFF Fe­sti­wal w Ka­to­wi­cach

5 sierp­nia

OFF Fe­sti­wal to je­den z naj­wi­ęk­szych fe­sti­wa­li mu­zy­ki al­ter­na­tyw­nej w Pol­sce. Od­będzie się od 5 do 7 sierp­nia, jak za­wsze w Ka­to­wi­cach. Na sce­nie fe­sti­wa­lo­wej za­gra­ją mi­ędzy in­ny­mi Iggy Pop, Me­tro­no­my, Mura Masa oraz Cen­tral Cee.

WI­ĘCEJ:off-fe­sti­val.pl

Fe­sti­wal Sto­li­ca Języ­ka Pol­skie­go w Za­mo­ściu i Szcze­brze­szy­nie

7-13 sierp­nia

Or­ga­ni­za­to­rzy te­go­rocz­nej, ósmej edy­cji fe­sti­wa­lu li­te­rac­kie­go Sto­li­ca Języ­ka Pol­skie­go za­pra­sza­ją do Za­mo­ścia i Szcze­brze­szy­na już 7 sierp­nia. W pro­gra­mie spo­tka­nia au­tor­skie (mi­ędzy in­ny­mi z Anną Bi­kont, Woj­cie­chem Bo­no­wi­czem, Woj­cie­chem Chmie­la­rzem), pa­smo języ­ko­we, wie­czor­ne kon­cer­ty oraz spek­ta­kle. Fe­sti­wal po­trwa do 13 sierp­nia.

WI­ĘCEJ:sto­li­ca­je­zy­ka­pol­skie­go.pl

Fe­sti­wal Li­te­rac­ki So­pot

18 sierp­nia

Już 18 sierp­nia roz­pocz­nie się trzy­dnio­wy Fe­sti­wal Li­te­rac­ki So­pot. Te­ma­tem prze­wod­nim te­go­rocz­nej, je­de­na­stej edy­cji będzie li­te­ra­tu­ra ir­landz­ka. Pro­gram ob­fi­tu­je w spo­tka­nia z au­to­ra­mi i au­tor­ka­mi (ta­ki­mi jak Eli­za­beth Stro­ut, Liz Nu­gent czy Lucy Cald­well), de­ba­ty, wy­sta­wy sztu­ki, po­ka­zy fil­mo­we, te­atral­ne i ró­żne dar­mo­we warsz­ta­ty.

WI­ĘCEJ:li­te­rac­ki­so­pot.pl

OPO Fe­sti­val w Opo­lu

26-27 sierp­nia

OPO Fe­sti­val to im­pre­za zna­na do tej pory pod na­zwą Opo­le Son­gw­ri­ters Fe­sti­val. Klu­bo­ka­wiar­nia spo­łecz­na OPO, pro­wa­dzo­na przez Sto­wa­rzy­sze­nie Kul­tu­ral­ne Opo­le, za­pra­sza po raz dzie­si­ąty nad Odrę 26 i 27 sierp­nia. Na sce­nie fe­sti­wa­lu za­gra­ją mi­ędzy in­ny­mi Ke­vin Mor­by, Ti­be­rius b oraz Ed Do­wie.

WI­ĘCEJ:opo­fe­sti­val.com

Fe­sti­wal fil­mo­wy Hom­ma­ge à Kie­ślow­ski w So­ko­łow­sku

26-28 sierp­nia

So­ko­łow­sko, któ­re zy­ska­ło roz­głos dzi­ęki ostat­niej po­wie­ści Olgi To­kar­czuk, jak co roku za­pra­sza na fe­sti­wal fil­mo­wy pod pa­tro­na­tem Krzysz­to­fa Kie­ślow­skie­go. Je­de­na­sta edy­cja tego wy­jąt­ko­we­go wy­da­rze­nia w Su­de­tach od­będzie pod ha­słem „Kino-In­ter­wen­cja”. W pro­gra­mie se­an­se pol­skich i świa­to­wych fil­mów ko­re­spon­du­jących mniej i bar­dziej bez­po­śred­nio z ki­nem pol­skie­go re­ży­se­ra.

WI­ĘCEJ:hom­ma­ge­akie­slow­ski.pl

RE­ME­DIUM

Re­ge­ne­ra­cja

zdjęcie i tekstTO­MASZ WA­TRAS

RAV•ASTO­RIES

Wy­cho­wa­łem się na przed­mie­ściach, przy na­szej uli­cy ro­sło kie­dyś wie­le drzew. Może były to gra­by albo klo­ny? Ka­żdy z nas po­wi­nien taką uli­cę znać. Przed do­mem bie­gła wy­dep­ta­na w tra­wie ście­żka, któ­ra po desz­czu za­mie­nia­ła się w ba­jo­ro. Da­lej był za­ro­śni­ęty rów, a na­stęp­nie dro­ga.Ba­wi­łem się wśród łąk. Na po­la­nie po­śród drzew bro­ni­łem swo­ich pierw­szych kar­nych. Gó­ru­jący nad oko­li­cą zie­lo­ny szczyt skar­py ko­le­jo­wej go­ścił na­sze ogni­ska.Pod­czas wa­ka­cji spędza­nych na wsi ka­le­czy­łem sto­py, cho­dząc nie­roz­wa­żnie po ścier­ni­sku. Wraz z ro­dzi­ną prze­rzu­ca­łem świe­żo ze­bra­ne zbo­że, a po­tem za­sy­pia­łem w ha­ma­ku z ksi­ążką w ręku. Wuj­ko­wie mie­li sad pe­łen ja­bło­ni.

Przy­wo­łu­ję te ob­ra­zy z za­mkni­ęty­mi ocza­mi, gdy w moim ży­ciu pra­ca, dom, za­ku­py, pra­ca po pra­cy, zna­jo­mi. Wszyst­ko na go­dzi­nę i co do mi­nu­ty. Wte­dy kra­iny z mo­ich wspo­mnień przy­wra­ca­ją mi spo­kój i re­ge­ne­ru­ją. Na cie­bie może dzia­łać coś in­ne­go. Czy będzie to kawa w ulu­bio­nej ka­wiar­ni? Spa­cer z psem? Ksi­ążka? A może ta­niec na środ­ku chod­ni­ka?

PRO­ZA

Je­śli na­pi­szesz tę ksi­ążkę, będzie­my mu­sie­li się wy­pro­wa­dzić

tekstMA­CIEJ MAR­CISZry­su­nekTO­MEK MA­JEW­SKI

J eśli na­pi­szesz tę ksi­ążkę, będzie­my mu­sie­li się wy­pro­wa­dzić – mówi moja mama. Bar­dzo mo­żli­we, że od daw­na szu­ka ja­kie­goś osta­tecz­ne­go po­wo­du do wy­pro­wadz­ki, a ostra­cyzm spo­łecz­ny wy­wo­ła­ny na­pi­sa­niem prze­ze mnie ksi­ążki o na­szym ma­łym mie­ście by­łby dla niej naj­lep­szym pre­zen­tem. Kie­dy to wy­po­wia­da, wiem, że nic ta­kie­go się nie wy­da­rzy. I nie mó­wię o ksi­ążce ani o wy­pro­wadz­ce. Mam pew­no­ść, że ta dru­ga nie doj­dzie do skut­ku w wy­ni­ku pierw­szej. Lu­dzie w Ry­du­łto­wach nie czy­ta­ją ksi­ążek w ta­kich ilo­ściach, by mo­gło to do­pro­wa­dzić do praw­dzi­wej ma­ło­mia­stecz­ko­wej ha­ńby.

– Do­sko­na­le, tego nam wła­śnie trze­ba. Ko­lej­ne­go au­to­ra z War­sza­wy po­chy­la­jące­go się z tro­ską nad pro­win­cją – mówi pew­na elo­kwent­na dziew­czy­na na spo­tka­niu au­tor­skim w Często­cho­wie, kie­dy dzie­lę się wstęp­nym po­my­słem na tę ksi­ążkę. Od tego cza­su na wszel­ki wy­pa­dek uży­wam sfor­mu­ło­wa­nia „po­wie­ść o na­pi­ęciach mi­ędzy du­żym a ma­łym mia­stem”.

– Je­śli chcesz na­pi­sać ksi­ążkę o na­szym mie­ście, mu­sisz ko­niecz­nie iść do Mar­ty – mówi moja przy­ja­ció­łka z dzie­ci­ństwa. – Ona pra­cu­je w la­bo­ra­to­rium, wszyst­ko wie. Kto ma syfa, kto na co cho­ru­je. Zna wszyst­kie se­kre­ty.

Za­czy­nam wy­obra­żać so­bie tę po­wie­ść jak za­klęcie. Wy­po­wia­dam po­my­sł, a ona po pro­stu do mnie przy­cho­dzi. Lu­dzie błęd­nie za­kła­da­ją, że do na­pi­sa­nia ksi­ążki po­trzeb­ny jest wkład w po­sta­ci ta­jem­nic, skan­da­li i epic­kich do­ko­nań. Chcia­łbym na­pi­sać o lu­dziach ży­jących w prze­ci­ęt­nym ma­łym mie­ście, w któ­rym nie stał się ża­den cud. Gdzie ni­ko­mu nie ob­ja­wi­ła się Ma­ry­ja. Ani w ko­rze drze­wa, ani w ku­pie węgla. Do­pa­la­nie fa­buł re­ali­zmem ma­gicz­nym, tak jak do­da­wa­nie wędzo­nej pa­pry­ki do ka­żde­go we­ga­ńskie­go da­nia, za­czy­na mnie nu­żyć. Chcia­łbym na­pi­sać o lu­dziach co­dzien­nie sta­wia­jących się do pra­cy, prze­miesz­cza­jących się z miej­sca na miej­sce, ku­pu­jących od sie­bie to­wa­ry i usłu­gi, i na prze­ci­ęciu tych dzia­łań wy­twa­rza­jących coś, co na­zy­wa­my rze­czy­wi­sto­ścią. Nie, Ry­du­łto­wy nie są cen­trum świa­ta. Pro­ble­my Pol­ski i wspó­łcze­sne­go świa­ta nie­ko­niecz­nie od­bi­ja­ją się w nich jak w so­czew­ce. Moje mia­sto nie musi sym­bo­li­zo­wać cze­goś wi­ęcej, by być istot­ne.

– Będziesz wspo­mi­nał te spa­ce­ry – pi­sze pro­fe­tycz­nie Zyta w od­po­wie­dzi na moją nie­zbyt uza­sad­nio­ną wia­do­mo­ść z dzie­si­ęcio­ma zdjęcia­mi spa­ce­ru z mamą. W tym pi­ęk­nym zda­niu jest za­po­wie­dź śmier­ci. Tak chy­ba po pro­stu mają wy­bit­ne pi­sar­ki, prze­my­ca­ją śmie­rć i roz­pad na­wet w krót­kich wia­do­mo­ściach. Trwa ko­lej­ny mie­si­ąc lock­dow­nu i za­miast trzy dni, zo­sta­ję u ro­dzi­ców mie­si­ąc. Pra­cu­ję, spa­ce­ru­ję z mamą, ogląda­my te­le­wi­zję z tatą. Czer­pię z ro­dzin­ne­go źró­de­łka mocy, czu­ję, jak wra­ca­ją mi siły ży­cio­we. Pod­czas spa­ce­rów po pu­stym od pan­de­mii mia­stecz­ku od­kry­wa­my nowe miej­sca, prze­gląda­my się w na­szych prze­szłych ży­ciach. Opo­wie­ść o tym, że je­stem z Ry­du­łtów, ma­łe­go śląskie­go mia­sta, za­cząłem wy­ci­ągać jako jed­ną z pierw­szych aneg­dot na swój te­mat, kie­dy po­czu­łem się już wy­star­cza­jąco pew­ny swo­jej wiel­ko­miej­sko­ści. Hi­sto­ria o by­ciu z ma­łe­go mia­sta po­wo­du­je, że jest się po­strze­ga­nym jak ktoś mniej gro­źny, bar­dziej przy­stęp­ny, pa­su­je do wi­zji chło­pa­ka z sąsiedz­twa. Ta opo­wie­ść jest jak mały, brzyd­ki pie­sek z krzy­wym zgry­zem. Ni­ko­mu nie przy­no­si wsty­du, zwłasz­cza że jest taki uro­czy.

– Czy­li będziesz się te­raz ba­wił w ma­ło­mia­stecz­ko­wą eg­zo­ty­kę? – pyta moja mama, kie­dy do­wia­du­je się, że bez po­in­for­mo­wa­nia jej za­ło­ży­łem na Fa­ce­bo­oku wy­da­rze­nie z pro­te­stem Straj­ku Ko­biet w na­szym mie­ście. Przez kil­ka go­dzin jest na mnie lek­ko ob­ra­żo­na. Pó­źniej za­czy­na po­ma­gać w or­ga­ni­za­cji. Na pro­test w dwu­dzie­sto­ty­si­ęcz­nym mie­ście przy­cho­dzi ja­kieś 250 osób. Dużo.

– Spo­koj­nie, nic nam nie zro­bią. Jak by nam po­tem spoj­rze­li w oczy na uli­cy? – mówi o po­li­cji jed­na z ko­biet. Oto jed­na z za­po­mnia­nych ta­jem­nic mniej­sze­go mia­sta: kon­tro­la spo­łecz­na dzia­ła tu w obie stro­ny. Kil­ka dni pó­źniej or­ga­ni­zu­je­my jesz­cze je­den pro­test. Leje deszcz, lu­dzie sta­wia­ją się jed­nak tłum­nie. Za­czy­na­my z mamą snuć fan­ta­zje o tym, że wra­cam do Ry­du­łtów i roz­kręcam tu ka­rie­rę po­li­tycz­ną.

– Zo­sta­łbym bur­mi­strzo­wym, po­bu­do­wa­li­by­śmy się obok ro­dzi­ców – mówi mój chło­pak, do­kła­da­jąc do wi­zji swo­ją ce­gie­łkę. Do­pie­ro ja­kiś czas pó­źniej uświa­da­miam so­bie, jaki spo­kój wy­wo­łu­je we mnie ten ob­ra­zek.

W ko­ńcu wra­cam do War­sza­wy. Cza­sem tęsk­nię za tym spo­ko­jem, któ­ry od­czu­wa­łem przez czte­ry ty­go­dnie w Ry­du­łto­wach. Na świe­cie po­ja­wia­ją się dzie­ci mo­je­go ro­dze­ństwa i przy­ja­ciół, za­wie­ra­ne są ma­łże­ństwa. Ko­ńczę dru­gą ksi­ążkę, że­gna­jąc tym spo­so­bem po­wra­ca­jące ata­ki pa­ni­ki. Umie­ra mój dzia­dek i umie­ra bab­cia. Śmie­rć, któ­ra do tej pory przy­da­rza­ła się in­nym lu­dziom, za­czy­na do­ty­czyć mo­jej ro­dzi­ny.

– Je­ste­śmy na­stęp­ni w ko­lej­ce – mówi tata na sty­pie bab­ci. Przy­po­mi­nam so­bie sło­wa Zyty o spa­ce­rach. Chcę od­być ich jak naj­wi­ęcej. W wy­ni­ku tego splo­tu wy­da­rzeń sta­rze­ję się w rok o ja­kieś pięć lat.

– Przy­pu­dru­jesz się przed? – pyta tro­skli­wie mama. Tak, przy­pu­dru­ję się.

Bio­rę prysz­nic, na­kła­dam krem, pod­kład, no i pu­der, za­ku­pio­ny ko­mi­syj­nie z mamą w ra­mach in­ter­wen­cji, po tym, jak stwier­dzi­ła, że za bar­dzo świe­cę się na zdjęciach ze spo­tkań au­tor­skich. Pu­der wpa­da mi w oczy i do nosa. Wy­da­je mi się, że wy­glądam jak trup, ale wszy­scy mó­wią, że wy­glądam nor­mal­nie.

Wy­cho­dzę z domu ro­dzin­ne­go. Sta­ram się re­je­stro­wać ka­żdy szcze­gół, prze­cież zbie­ram ma­te­riał. Mi­jam cu­kier­nię In­fer­no obok ko­ścio­ła, w któ­rym przy­stępo­wa­łem do pierw­szej ko­mu­nii, i sklep pa­pier­ni­czy, w któ­rym za­cząłem ku­po­wać czar­ne cien­ko­pi­sy, uży­wam ich do dziś. Do­cie­ram do skrzy­żo­wa­nia dró­żek, prze­sia­dy­wa­li tam nie­grzecz­ni chłop­cy gro­żący mi re­gu­lar­nie, że po­bi­ją mnie za by­cie la­lu­siem. Wi­dzę nad­ci­ąga­jącą pacz­kę szes­na­sto­lat­ków. Zmie­niam stro­nę uli­cy, za­nim uświa­do­mię so­bie, że na­dal się boję. Idę da­lej, wi­dzę pla­kat. „Jar­mark świ­ątecz­ny. Spo­tka­nia ze zna­ny­mi Śląza­ka­mi”. Moje zdjęcie su­ge­ru­je, że je­stem jed­nym z nich. Śmia­ło­ść tego ko­mu­ni­ka­tu wpro­wa­dza mnie w po­zy­tyw­nie iro­nicz­ny na­strój. Nie dość, że nie je­stem zna­ny, to nie mam rów­nież pew­no­ści, czy jesz­cze je­stem, czy kie­dy­kol­wiek by­łem Śląza­kiem.

Zbli­żam się do jar­mar­ku. Na dwie go­dzi­ny przed roz­po­częciem im­pre­zy prze­sta­je pa­dać, w po­wie­trzu czuć przy­jem­ną wio­sen­ną wil­goć, kil­ka ciem­nych chmur tło­czy się nad mia­stem jak gro­źba. Na tyl­nej ścia­nie sce­ny pysz­ni się wiel­ki ba­ner z na­pi­sem: „Re­ak­ty­wa­cja uli­cy Ofiar Ter­ro­ru. Zre­ali­zo­wa­no z gran­tów nor­we­skich”. Kie­dyś to była uli­ca han­dlo­wa z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, te­raz umie­ra. Za­sta­na­wia­no się, czy nie oży­wi­łby jej po­wrót do po­przed­niej na­zwy, Dwor­co­wa, jak­kol­wiek by­ło­by to dość nie­uprzej­me wo­bec ofiar ter­ro­ru. Tak na­praw­dę za­bi­ło ją po­ja­wie­nie się su­per­mar­ke­tów. Tego nie dało się od­wró­cić. Dziś oży­wia­na jest jar­mar­kiem.

Wcho­dzę w ła­wi­cę lu­dzi, mi­jam stra­ga­ny z fi­gur­ka­mi wiel­ka­noc­nych kró­li­ków o tok­sycz­nie żó­łtych twa­rzach, jest miód i oscyp­ki, ale nie ma ciu­pag. Przed sce­ną tłu­my, na sce­nie dzie­ci. Może przed­szko­la­ki, może pierw­szo­kla­si­ści.

– Cała przy­ro­da wra­ca do ży­cia, mała bie­dron­ka wy­cho­dzi z ukry­cia – fa­łszu­ją uro­czo, se­ple­ni­ąco, bez­zęb­nie. Prze­jęci ro­dzi­ce nie mogą się na­pa­trzeć. Zde­cy­do­wa­nie je­stem te­raz gdzieś na da­le­kiej or­bi­cie swo­je­go ży­cia, wi­dzę jed­nak, jak lu­dzie obok znaj­du­ją się w sa­mym cen­trum swo­ich. Wy­pe­łnia ich czy­sta mi­ło­ść do dzie­ci, ich słod­kie­go, ku­la­we­go wy­stępu. Pa­trzę na to i je­stem na gra­ni­cy pła­czu, co za­słu­gi­wa­ło­by na uwa­gę, gdy­by nie fakt, że prze­wa­żnie je­stem na gra­ni­cy pła­czu. Do mo­je­go spo­tka­nia jesz­cze go­dzi­na.

– Sy­pa­na czy pa­rzo­na? – ni­g­dy nie pa­mi­ętam, któ­ra jest któ­ra, zu­pe­łnie jak z ofen­sy­wą i de­fen­sy­wą, nie­chcący de­cy­du­ję się na tę z fu­sa­mi. Wy­pi­jam je, prze­ły­kam tak spo­koj­nie, jak się tyl­ko da, pró­bu­jąc za­cho­wać god­no­ść. Jem ma­ko­wiec. Pod sce­ną za­mie­sza­nie, po­ja­wia się nowa do­sta­wa dzie­ci. Sia­da­ją na zim­nym be­to­nie. Wy­obra­żam so­bie, co by się sta­ło, gdy­by usia­dły tak w in­nych oko­licz­no­ściach. Od razu by­ły­by krzy­ki, że zła­pią wil­ka, żeby prze­sta­ły się wy­głu­piać. Ich cia­ła są jed­nak te­raz w try­bie przy­no­sze­nia dumy, któ­re­go zim­no be­to­nu nie do­ty­czy. Sie­dzą bez ru­chu już tro­chę zbyt dłu­go, na­wet ja za­czy­nam się mar­twić. Na­uczy­ciel­ka bie­gnie do na­mio­tu tech­nicz­ne­go. Dzie­ci się wier­cą. Mo­ment nie­po­ko­ju. Pły­ta ru­sza. Roz­brzmie­wa mu­zy­ka, dzie­ci otwie­ra­ją się jak kwia­ty, sta­ją na nogi. Bar­dziej cho­dzą, niż ta­ńczą. Słon­ko wy­cho­dzi zza chmur, dzie­je się praw­dzi­wy przed­wiel­ka­noc­ny cud.

– Póki są dzie­ci, trze­ba ro­bić dużo zdjęć – mówi or­ga­ni­za­tor do ko­goś obok. – Zo­ba­czysz, przed­szko­la­ki się zmy­ją i im­pre­za się sko­ńczy.

Za­czy­nam mar­twić się moim spo­tka­niem, ale umy­sł szyb­ko zmie­nia te­mat. Wi­dzę ko­le­gę z dzie­ci­ństwa, któ­re­go opi­sa­łem w pierw­szej ksi­ążce.

– Dzień do­bry, sław­ny Śląza­ku, gdzie twój ochro­niarz?

– To ty za­wsze nim by­łeś – od­po­wia­dam zgod­nie z praw­dą.

Sto­imy, ogląda­my dzie­ci. Śmie­je­my się z nich, jak­by nam wy­pa­da­ło, jak­by­śmy byli sze­ść klas wy­żej i za­czy­na­ła nas do­ty­kać na­sto­let­nia iro­nia. Po­dob­nie trak­tu­je­my wy­stępu­jący po dzie­ciach chór eme­ry­tów. Przez ko­lej­nych dzie­si­ęć mi­nut je­ste­śmy głu­pi­mi szcze­nia­ka­mi. Pod­cho­dzi do mnie ko­bie­ta w śred­nim wie­ku, trzy­ma za rękę dziew­czyn­kę z ple­ca­kiem Kra­ina Lodu, na oko dwa razy wi­ęk­szym niż ona.

– Prze­pra­szam, czy fan­ka może so­bie zro­bić z pa­nem zdjęcie?

– Ja... ja­sne – od­po­wia­dam, nie wie­dząc, o któ­rą z nich cho­dzi. Ko­bie­ta po­py­cha w moją stro­nę lek­ko prze­ra­żo­ną dziew­czyn­kę z ple­ca­kiem. Robi tyl­ko jed­no zdjęcie.

– Pro­szę po­zdro­wić mamę – mówi i od­cho­dzą.

– Kto to był?

– Jesz­cze nie wiem.

Chór ko­ńczy ostat­ni utwór, or­ga­ni­za­to­rzy dają znać, że za­raz moja ko­lej. Roz­mo­wa ma po­trwać trzy­dzie­ści mi­nut, po­pro­wa­dzi ją ta sama ko­bie­ta, któ­ra za­po­wia­da­ła kon­cert Maj­ki Je­żow­skiej, kie­dy mia­łem osiem lat.

– Taki by­łeś ma­lut­ki – mówi na po­cząt­ku spo­tka­nia. Wi­dzę na wi­dow­ni mo­ich ro­dzi­ców, dziew­czy­nę z pod­sta­wów­ki, ko­le­żan­ki mamy, daw­ną dy­rek­tor­kę mo­je­go gim­na­zjum. Scho­dzę ze sce­ny, na wszel­ki wy­pa­dek uprzej­mie ki­wam gło­wą do wszyst­kich, któ­rzy po­ja­wia­ją się na li­nii mo­je­go wzro­ku. Krót­ko po spo­tka­niach je­stem tak ze­stre­so­wa­ny, że za­po­mi­nam imion i nie roz­po­zna­ję twa­rzy.

Wi­dzę jed­nak jed­ną, któ­rą ko­ja­rzę bar­dzo do­brze, i ka­mie­nie­ję.

– No wi­tam pana pi­sa­rza – od­zy­wa się mój prze­śla­dow­ca z okre­su doj­rze­wa­nia. Jego iro­nicz­ne spoj­rze­nie to­wa­rzy­szy­ło mi przez dwa­na­ście lat ży­cia.

– O, hej – od­po­wia­dam przy­mil­nie. Z opcji „walcz – ucie­kaj – za­sty­gnij – łaś się” w sto­sun­ku do nie­go za­wsze wy­bie­ra­łem „łaś się”.

– Spraw­dza­łem cię w ne­cie, ta­kie spo­tka­nie to już chy­ba dla cie­bie chleb po­wsze­dni, co?

– Mniej wi­ęcej.

W pod­sta­wów­ce na­ma­wiał ko­le­gów, żeby nie wy­bie­ra­li mnie do dru­ży­ny. W gim­na­zjum wy­śmie­wał mnie w racz­ku­jącym jesz­cze in­ter­ne­cie. W li­ceum pro­wa­dził ak­tyw­ne śledz­two ma­jące udo­wod­nić moją ho­mo­sek­su­al­no­ść. Uda­ło mu się, ale nie wszy­scy uwie­rzy­li. Naj­gor­sze, że wie­dzia­łem, że jest in­te­li­gent­ny. Po­do­bał mi się jego dy­stans, mniej jego brud­ne gla­ny. Na­uczy­ciel­ki na­zy­wa­ły go fi­lo­zo­fem. Pra­gnąłem, żeby mnie do­ce­nił. Żeby przy­znał mi ra­cję.

Te­raz mówi do mnie ze zro­zu­mia­łym roz­ko­ja­rze­niem ojca pil­nu­jące­go dwoj­ga dzie­ci.

– Głów­nie słu­cham au­dio­bo­oków – mówi. – Mor­fi­nę ze trzy razy prze­słu­cha­łem. Twar­do­cha to chy­ba wszyst­ko prze­słu­cha­łem. Świet­ny jest.

„Oczy­wi­ście, że uwiel­bia Twar­do­cha” – my­ślę.

– A ty pew­nie w te­le­fo­nie masz nu­me­ry do wszyst­kich, któ­rych ja słu­cham, co?

– Pew­nie – od­po­wia­dam.

– A do Twar­do­cha masz?

Spraw­dzam. Nie mam.

Wy­py­tu­je o pra­cę. Na­stęp­nie ku­pu­je moją ksi­ążkę i robi so­bie ze mną zdjęcie. Wy­gląda­my na nim jak mężczy­źni. Nie je­stem na sto pro­cent pe­wien, czy przy­znał ra­cję mo­je­mu ży­ciu. Idzie do ro­dzin­ki. Nie od­czu­wam żad­nej sa­tys­fak­cji czy trium­fu. Po­wra­ca do mnie stan­dar­do­we po­czu­cie, że w ży­ciu wszyst­ko się dziw­nie ple­cie.

Prze­cho­dzę do punk­tu pod­pi­sy­wa­nia ksi­ążek, gdzie cze­ka­ją już moi ro­dzi­ce. W ko­lej­ce sto­ją trzy zna­jo­me mamy, je­stem im za to bar­dzo wdzi­ęcz­ny.

– No i jak to jest mieć syna sław­ne­go Śląza­ka? – pyta jed­na z nich mo­je­go tatę.

– Przy­zwy­cza­iłem się – od­po­wia­da tata i wra­ca do gra­nia w sza­chy na ko­mór­ce. Zmy­wa się wcze­śniej, mama zo­sta­je jesz­cze na jar­mar­ku.

Wra­cam do domu pie­szo. My­ślę o tym, jak ro­man­ty­zu­ję moje mia­sto, jak ła­two jest czcić miej­sce, w któ­rym nie ma już mo­ich pro­ble­mów. Za­czy­nam tra­cić kon­tro­lę nad swo­im smut­kiem, dzwo­nię do Mag­dy.

– Nie wiem, po pro­stu czu­ję ja­kiś przy­pływ bra­ku zna­cze­nia – mó­wię. – Wszy­scy do­oko­ła sku­pia­ją się na dzie­ciach, te dzie­ci was ci­ągną przez ko­lej­ne dni.

– No tak, a ty masz ksi­ążki, to nie są two­je dzie­ci?

– Pro­szę cię. Odej­dą w za­po­mnie­nie, za­nim zdążę umrzeć. Jak wi­ęk­szo­ść ksi­ążek.

– Na­sze dzie­ci też umrą i odej­dą w za­po­mnie­nie.

Za­czy­na­my się hi­ste­rycz­nie śmiać. Ta myśl daje mi dziw­ne po­cie­sze­nie. Ko­lej­ne­go dnia wy­je­żdżam, spo­koj­niej­szy, na­po­jo­ny z ro­dzin­ne­go źró­de­łka. Tata cze­ka na mnie w sa­mo­cho­dzie, za­raz od­wie­zie mnie na dwo­rzec. Mama wy­cho­dzi na ze­wnątrz w ciem­nych oku­la­rach, mimo że nie jest ani tro­chę sło­necz­nie. Ma­cha do mnie.

W po­ci­ągu przy­go­to­wu­ję się do War­sza­wy jak do szko­ły. Spraw­dzam new­sy, od­pi­su­ję na za­le­głe wia­do­mo­ści, uzu­pe­łniam ka­len­darz. Wra­cam do mia­sta, do któ­re­go po­sta­no­wi­li przy­je­chać wszy­scy prze­wod­ni­czący i prze­wod­ni­czące szko­ły i kla­sy, wi­ęk­szo­ść gwiazd lo­kal­nych li­ce­ów.

– To mia­sto może was znisz­czyć. Dla­te­go mu­si­my trzy­mać się ra­zem – po­wie­dział do mnie i bra­ta mój chrzest­ny, kie­dy za­brał nas daw­no temu do sto­li­cy.

Jak na ra­zie prze­trwa­łem. Za­sta­na­wiam się, czy nie mylę źró­dła mo­jej ży­cio­wej mocy. Nie ma ona tyle wspól­ne­go z ma­łym mia­stem, co z mi­ło­ścią mo­ich ro­dzi­ców.

De­cy­du­ję się na­pi­sać inną ksi­ążkę.

Tego i in­nych opo­wia­dań po­słu­chasz rów­nież w wer­sji au­dio nama­ga­zyn­pi­smo.pl/pro­za

MA­CIEJ MAR­CISZ (ur. 1988), jego pierw­sza po­wie­ść, Ta­śmy ro­dzin­ne (2019), sta­ła się jed­nym z naj­częściej ko­men­to­wa­nych de­biu­tów ostat­nich lat, dru­ga – Ksi­ążka o przy­ja­źni – uka­za­ła się pod ko­niec ze­szłe­go roku. Ra­zem z przy­ja­ció­łką pro­wa­dzi Nowy Klub Czy­tel­ni­czy. Ab­sol­went Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go i PWS­FTViT w Ło­dzi. Od de­ka­dy pra­cu­je w bra­nży wy­daw­ni­czej, od pi­ęciu lat w Gru­pie Wy­daw­ni­czej Fok­sal.

Part­ne­rem Pro­zy w „Pi­śmie” jest Wro­cław Mia­sto Li­te­ra­tu­ry UNE­SCO i Wro­cław­ski Dom Li­te­ra­tu­ry.

ESEJ TECH­NO­LO­GIE

Ma­szy­ny kre­su cza­su

tekstKA­TA­RZY­NA KA­ZI­MIE­ROW­SKAry­sun­kiPA­WEŁ MILD­NER

CZY WO­BEC NIE­UCHRON­NE­GO sta­rze­nia się pol­skie­go spo­łe­cze­ństwa i bra­ku roz­wo­ju wspar­cia in­sty­tu­cjo­nal­ne­go dla osób star­szych po­win­ni­śmy zwró­cić się w stro­nę sztucz­nej in­te­li­gen­cji? Czy ro­bot albo apli­ka­cja za­stąpią kon­takt z dru­gim czło­wie­kiem i za­dba­ją o nasz kom­fort fi­zycz­ny i emo­cjo­nal­ny? Czy może ska­za­ni je­ste­śmy na doj­mu­jącą sa­mot­no­ść?

Jakiś czas temu moja zna­jo­ma wpa­dła z nie­za­po­wie­dzia­ną wi­zy­tą do swo­jej ciot­ki i jej męża. Obo­je po sie­dem­dzie­si­ąt­ce, od daw­na miesz­ka­li sami, choć re­gu­lar­nie od­wie­dzał ich star­szy syn, a cór­ka pod­rzu­ca­ła im od cza­su do cza­su wnu­ka na kil­ka go­dzin. Nie­daw­no syn za­czął na­rze­kać, że z mat­ką co­raz trud­niej się roz­ma­wia, co­raz mniej rze­czy ją in­te­re­su­je, z ko­lei cór­ka przy­zna­ła, że mama co­raz go­rzej zaj­mu­je się wnu­kiem, naj­chęt­niej spędza­ła­by czas tyl­ko na pa­le­niu pa­pie­ro­sów i czy­ta­niu kry­mi­na­łów. Gdy przed zbli­ża­jącą się Wiel­ka­no­cą zna­jo­ma za­dzwo­ni­ła, aby za­pro­sić ciot­kę z mężem na świ­ątecz­ny obiad, usły­sza­ła, że ra­czej nie przy­ja­dą, bo ciot­ka nie czu­je się na si­łach. Prze­sta­ła wsta­wać z łó­żka, a jej męża męczy­ła rwa kul­szo­wa. Wia­do­mo­ści te, prze­ka­za­ne ra­czej bez­na­mi­ęt­nym to­nem, zna­jo­ma uzna­ła za alar­mu­jące. Po­je­cha­ła więc do ich miesz­ka­nia z in­ter­wen­cją. W środ­ku pa­no­wał ba­ła­gan, ciot­ka rze­czy­wi­ście nie wsta­wa­ła z łó­żka, a kon­takt z nią był ogra­ni­czo­ny – nie chcia­ła roz­ma­wiać, z ko­lei jej mąż wy­glądał na obo­la­łe­go i tak prze­jęte­go wła­snym złym sta­nem fi­zycz­nym, że nie wy­star­czy­ło mu ener­gii na za­jęcie się żoną. Zna­jo­ma za­dzwo­ni­ła po ka­ret­kę.

Co by było, gdy­by ciot­ka nie ode­bra­ła te­le­fo­nu, miesz­ka­ła w in­nym mie­ście albo nie była w re­gu­lar­nym kon­tak­cie ze swo­imi do­ro­sły­mi dzie­ćmi, któ­re – po­wia­do­mio­ne przez zna­jo­mą – za­raz po­je­cha­ły do szpi­ta­la i za­jęły się nie­do­ma­ga­jącym oj­cem? Cze­go tu za­bra­kło? Albo kogo? Jak często ta­kie sy­tu­acje zo­sta­ją prze­oczo­ne przez za­bie­ga­ną ro­dzi­nę, zba­ga­te­li­zo­wa­ne przez bli­skich? I czy spo­so­bów na prze­ciw­dzia­ła­nie tym za­nie­dba­niom mogą nam do­star­czyć nowe tech­no­lo­gie?

Za­sta­na­wiam się, czy do­szło­by do tej sy­tu­acji, gdy­by star­sze ma­łże­ństwo miesz­ka­ło w in­te­li­gent­nym domu, w któ­rym za­in­sta­lo­wa­ne pod su­fi­tem czuj­ni­ki ru­chu za­alar­mo­wa­ły­by ro­dzi­nę, nie wy­kry­wa­jąc ak­tyw­no­ści w ta­kich po­miesz­cze­niach jak kuch­nia? A może do ciot­ki mo­jej zna­jo­mej za­dzwo­ni­łby le­karz, za­nie­po­ko­jo­ny bra­kiem kon­tak­tu z pa­cjent­ką, któ­rej pa­ra­me­try ży­cio­we wy­ra­źnie się po­gor­szy­ły, o czym zo­sta­łby po­in­for­mo­wa­ny przez sto­sow­ną apli­ka­cję? A może – wy­obra­źnia pod­po­wia­da ró­żne fu­tu­ry­stycz­ne ob­ra­zy – po­łączy­łby się z nimi elek­tro­nicz­ny to­wa­rzysz, na przy­kład żó­łty ro­bot Mabu, pro­du­ko­wa­ny przez fir­mę Ca­ta­lia He­alth, któ­ry za­uwa­żyw­szy zmia­nę w za­cho­wa­niu pary, uzna­łby sy­tu­ację za wy­ma­ga­jącą re­ak­cji? Py­ta­nie brzmi jed­nak, czy ro­bo­ty zaj­mu­jące się oso­ba­mi star­szy­mi to w ogó­le kie­ru­nek, w któ­rym chce­my zmie­rzać? A może – wo­bec nie­po­ko­jących pro­gnoz de­mo­gra­ficz­nych – to je­dy­ny kie­ru­nek, któ­ry z obec­nej per­spek­ty­wy ma sens?

WE­DŁUG DA­NYCH Głów­ne­go Urzędu Sta­ty­stycz­ne­go (GUS) sprzed dwóch lat z roku na rok w Pol­sce zna­cząco zwi­ęk­sza się licz­ba osób w wie­ku po­pro­duk­cyj­nym, czy­li po­wy­żej sze­śćdzie­si­ęciu pi­ęciu lat. Jak pro­gno­zu­ją eks­per­ci GUS-u, „do roku 2050 po­pu­la­cja Pol­ski będzie sta­wa­ła się co­raz star­sza. Rów­no­le­gle do prze­wi­dy­wa­ne­go spad­ku licz­by lud­no­ści o 4,3 mln osób do roku 2050 spo­dzie­wa­ny jest sta­ły wzrost licz­by lud­no­ści w wie­ku se­nio­ral­nym”. Do 2030 roku osób po­wy­żej sze­śćdzie­si­ąte­go roku ży­cia ma być w Pol­sce po­nad 10 mi­lio­nów (to wzrost o 10 pro­cent wo­bec 2020 roku), a w 2050 – pra­wie 14 mi­lio­nów, co będzie sta­no­wić po­nad 40 pro­cent pol­skie­go spo­łe­cze­ństwa.

Co to ozna­cza? Wzrost wy­dat­ków z bu­dże­tu Na­ro­do­we­go Fun­du­szu Zdro­wia (NFZ), to pew­ne. Ko­niecz­no­ść zwi­ęk­sze­nia licz­by po­ten­cjal­nych pro­fe­sjo­nal­nych opie­ku­nów, pla­có­wek opie­ku­ńczych i in­nych form od­ci­ąże­nia bli­skich se­nio­rów, na któ­rych bar­ki spa­da dziś ko­niecz­no­ść opie­ki (w prze­wa­ża­jącej części są to bar­ki ko­biet). Do tego do­cho­dzi ko­niecz­no­ść za­sta­no­wie­nia się, jak w ogó­le po­win­na wy­glądać na­sza sta­ro­ść. I czy w po­pra­wie jej ja­ko­ści zna­czącą rolę po­win­ny ode­grać roz­wi­ąza­nia tech­no­lo­gicz­ne, ta­kie jak to­wa­rzy­stwo i wspar­cie hu­ma­no­idal­nych an­dro­idów czy sys­te­mów ro­bo­tycz­nych będących przedłu­że­niem na­sze­go cia­ła.

Jak po­da­je prze­wi­du­jący kon­se­kwen­cje zmian de­mo­gra­ficz­nych w Pol­sce ra­port Fun­da­cji Ba­to­re­go i fo­ru­mI­dei W stro­nę spra­wie­dli­wej tro­ski. Opie­ka nad oso­ba­mi star­szy­mi w Pol­sce pod re­dak­cją me­ry­to­rycz­ną Ire­ny Wó­y­cic­kiej, zgod­nie z pro­gno­zą Eu­ro­sta­tu w 2050 roku w Pol­sce zna­cząco „po­gor­szy się̨ re­la­cja po­mi­ędzy licz­bą po­ten­cjal­nych opie­ku­nów nie­for­mal­nych a licz­bą osób star­szych wy­ma­ga­jących opie­ki. Jed­no­cześnie ro­snąć będzie licz­ba wy­ma­ga­jących opie­ki sa­mot­nych osób star­szych”. Dla­te­go we­dług twór­ców ra­por­tu je­dy­nym roz­wi­ąza­niem w tej sy­tu­acji by­ło­by prze­kszta­łce­nie zna­ne­go nam mo­de­lu fa­mi­li­zmu bez wspar­cia (gdy to krew­ni zaj­mu­ją się po­trze­bu­jącym bli­skim) w mo­del fa­mi­li­zmu ze wspar­ciem, co wi­ąże się z wi­ęk­szą do­stęp­no­ścią for­mal­nych usług opie­ku­ńczych i ich ró­żno­rod­no­ścią, do­sto­so­wa­nych do wa­run­ków do­mo­wych (po­le­ga­jących na do­star­cza­niu po­si­łków, opie­ce i pie­lęgna­cji, po­mo­cy z wy­cho­dze­niem na dwór), roz­wo­jem usług me­dycz­nych w ro­dza­ju te­le­po­rad, ale też z ko­niecz­no­ścią wzmoc­nie­nia wspar­cia in­sty­tu­cjo­nal­ne­go, ta­kie­go jak domy dzien­nej opie­ki. Zwłasz­cza że jak pod­kre­śla­ją twór­cy ra­por­tu, licz­ba osób star­szych two­rzących go­spo­dar­stwa jed­no­oso­bo­we, któ­re szcze­gól­nie będą wy­ma­gać co­raz częst­szej i in­ten­syw­nej opie­ki, będzie ro­sła.

Dok­tor Ra­fał Ba­ka­lar­czyk, re­dak­tor na­czel­ny je­dy­ne­go w Pol­sce pi­sma eks­perc­kie­go po­świ­ęco­ne­go te­ma­ty­ce sta­rze­nia się i po­li­ty­ki se­nio­ral­nej na po­zio­mie lo­kal­nym i sys­te­mo­wym, „Po­li­ty­ki Se­nio­ral­nej”, pod­czas kon­fe­ren­cji on­li­ne zor­ga­ni­zo­wa­nej przez Fun­da­cję Ba­to­re­go i fo­ru­mI­dei na po­cząt­ku 2022 roku pod­kre­ślił, że po­win­ni­śmy pa­mi­ętać „nie tyl­ko o pie­lęgna­cji [osób star­szych], ale ta­kże o bra­ku kon­tak­tów spo­łecz­nych i to­wa­rzy­skich, o kwe­stii sa­mot­no­ści”. Zwłasz­cza gdy do sędzi­we­go wie­ku doj­dą nie­pe­łno­spraw­no­ści lub cho­ro­by prze­wle­kłe, a ta­kże miesz­ka­nie w lo­ka­lu na wy­ższym pi­ętrze w blo­ku bez win­dy [o tak zwa­nych wi­ęźniach czwar­te­go pi­ętra, czy­li oso­bach w po­de­szłym wie­ku, któ­re nie są w sta­nie wy­cho­dzić z domu o wła­snych si­łach, pi­sa­ła Ewa Wo­łka­now­ska-Ko­ło­dziej w „Pi­śmie” nr 1/2018 – przyp. red.]. Wi­zja lu­dzi sa­mot­nie umie­ra­jących w swo­ich do­mach, od­naj­dy­wa­nych ty­go­dnie po śmier­ci przez sąsia­dów za­nie­po­ko­jo­nych ulat­nia­jącym się z miesz­kań za­pa­chem, nie jest prze­cież dla nas nowa. Hi­sto­rie osób, któ­re zma­rły w ten spo­sób, szo­ku­ją w me­diach, zwłasz­cza że pod­czas dwóch lat pan­de­mii było ich zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej.

Pro­blem na­ra­sta, więc re­flek­sja nad tym, co mo­że­my z nim zro­bić, wy­da­je się co­raz bar­dziej nie­zbęd­na. – To jest bar­dzo wa­żne py­ta­nie, czy za­kła­da­my, że sta­wia­my na wy­dłu­że­nie zdro­wia i spraw­no­ści fi­zycz­nej osób star­szych, in­we­stu­je­my w tech­no­lo­gie i te­ra­pie, któ­re po­zwo­lą nam dużo dłu­żej żyć w zdro­wiu i sa­mo­dziel­nie, czy może za­sta­na­wia­my się, jak uła­twić ży­cie oso­bom, któ­rym fi­zycz­nie trud­no jest żyć w po­je­dyn­kę – mówi mi Alek­san­dra Prze­ga­li­ńska, fi­lo­zof­ka i ba­dacz­ka roz­wo­ju no­wych tech­no­lo­gii, en­tu­zjast­ka roz­wo­ju sztucz­nej in­te­li­gen­cji (AI). – Tak na­praw­dę od ja­kie­goś cza­su ba­da­cze wska­zu­ją, że to, co już wi­dzi­my w Ja­po­nii czy Chi­nach, jak wi­ęk­sza obec­no­ść sys­te­mów ro­bo­tycz­nych i sztucz­nej in­te­li­gen­cji cho­ćby w do­mach spo­koj­nej sta­ro­ści, za dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści lat sta­nie się na­szym udzia­łem. Mo­de­le pre­dyk­cyj­ne po­ka­zu­ją, że jako glob sta­rze­je­my się, więc z jed­nej stro­ny będzie nas uby­wać, a z dru­giej – co­raz wi­ęcej osób będzie co­raz star­szych, więc już te­raz trze­ba sta­wiać na nową po­li­ty­kę spo­łecz­ną, na przy­kład pro­jek­to­wa­nie do­świad­czeń ko­rzy­sta­nia z tech­no­lo­gii spe­cy­ficz­nie dla osób star­szych i in­we­sty­cje w tech­no­lo­gie me­dycz­ne – do­da­je.

NIC NIE WSKA­ZU­JE NA TO, że nowa stra­te­gia w po­li­ty­ce spo­łecz­nej po­ja­wi się od razu, a pan­de­mia uwi­docz­ni­ła gi­gan­tycz­ne bra­ki ka­dro­we w do­mach opie­ki i do­mach spo­koj­nej sta­ro­ści. W pierw­szej ko­lej­no­ści za­sta­na­wiam się więc nad tren­dem wy­dłu­ża­nia ży­cia i po­lep­sze­nia jego ja­ko­ści, w tym po­pra­wy sta­nu zdro­wia, któ­ry dziś łączy się z ideą trans­hu­ma­ni­zmu. Jej czo­ło­wy wy­znaw­ca i twór­ca fun­da­cji SENS (z ang. Stra­te­gies for En­gi­ne­ered Ne­gli­gi­ble Se­ne­scen­ce, czy­li „stra­te­gii na rzecz za­pro­jek­to­wa­nej nie­istot­no­ści sta­rze­nia się”), bry­tyj­ski bio­in­for­ma­tyk Au­brey de Grey, uwa­ża, że trze­ba za wszel­ką cenę roz­wi­jać na­ukę w stro­nę te­ra­pii wy­dłu­ża­jących ży­cie. Ste­phan Berg­mann, twór­ca fil­mu do­ku­men­tal­ne­go W po­szu­ki­wa­niu nie­śmier­tel­no­ści, od­da­je głos bio­lo­gom, fi­lo­zo­fom i bio­ha­ke­rom (oso­bom prze­pro­wa­dza­jącym eks­pe­ry­men­ty bio­lo­gicz­ne poza uzna­ny­mi struk­tu­ra­mi aka­de­mic­ki­mi czy pa­ństwo­wy­mi), któ­rzy po­sta­no­wi­li udo­wod­nić, że pro­ces ten mo­żna opó­źnić, a na­wet za­trzy­mać. Jed­na z bo­ha­te­rek fil­mu – Liz Par­rish, pre­ze­ska start-upu Bio Viva, pro­mu­jące­go te­ra­pię ge­no­wą jako spo­sób na od­mło­dze­nie ko­mó­rek w cie­le – jest ży­wym przy­kła­dem na po­wo­dze­nie tych pla­nów. W oba­wie przed sta­rze­niem się i w po­szu­ki­wa­niu le­ków na cho­ro­by prze­wle­kłe (jej syn za­cho­ro­wał w 2013 roku na cu­krzy­cę typu 1) zwró­ci­ła się w stro­nę te­ra­pii ge­no­wej: pierw­szej po­le­ga­jącej na od­mło­dze­niu ko­mó­rek, dru­giej – na przyj­mo­wa­niu in­hi­bi­to­ra mio­sta­ty­ny, któ­ry wzmac­nia mi­ęśnie. Par­rish do­bie­ga pi­ęćdzie­si­ąt­ki, a mimo to w fil­mie wy­gląda na trzy­dzie­sto­lat­kę, bo wie­le jej ko­mó­rek, a na­wet ca­łych na­rządów od­młod­nia­ło. Obec­ny wiek nie­któ­rych jej ko­mó­rek osza­co­wa­no na oko­ło trzy­dzie­ści trzy lata. „Psy­chicz­nie je­stem bez­cza­so­wa” –  mówi w do­ku­men­cie Liz.

Te­ra­pia ge­no­wa nie jest no­wym kon­cep­tem i wpi­su­je się w sce­na­riusz lon­ge­vi­ty esca­pe ve­lo­ci­ty (z ang. LEV, czy­li pręd­ko­ść uciecz­ki w dłu­go­wiecz­no­ść, to hi­po­te­tycz­na sy­tu­acja, w któ­rej ocze­ki­wa­na dłu­go­ść ży­cia po­pra­wia się szyb­ciej, niż lu­dzie się sta­rze­ją), o któ­rym opo­wia­da mi Krzysz­tof Kor­nas, do nie­daw­na ku­ra­tor w Cen­trum Na­uki Ko­per­nik, dziś dok­to­rant w In­sty­tu­cie Nauk Hu­ma­ni­stycz­nych na Uni­wer­sy­te­cie SWPS w War­sza­wie i ana­li­tyk tren­dów, ba­da­jący za­le­żno­ści mi­ędzy roz­wo­jem na­uko­wo-tech­nicz­nym a zmia­na­mi spo­łecz­no-kul­tu­ro­wy­mi. Zwra­ca uwa­gę na kie­ru­nek ba­dań, któ­ry ma na celu spo­wol­nie­nie sta­rze­nia się i utrzy­ma­nie cia­ła jak naj­dłu­żej ak­tyw­ne­go, spraw­ne­go, zdro­we­go i sa­mo­dziel­ne­go, czy­li wy­dłu­że­nie okre­su w ży­ciu czło­wie­ka, kie­dy cie­szy się on do­brą kon­dy­cją i nie cier­pi na żad­ne scho­rze­nia, cho­ro­by prze­wle­kłe lub inne do­le­gli­wo­ści.

– Lon­ge­vi­ty esca­pe ve­lo­ci­ty to dys­ku­to­wa­na od wie­lu lat stra­te­gia pro­mo­wa­nia dłu­ższe­go ży­cia, mo­żli­we­go do osi­ągni­ęcia dzi­ęki in­we­sto­wa­niu w swo­je zdro­wie, spraw­no­ść swo­je­go cia­ła i umy­słu tak dłu­go, aż na­uka po­zwo­li nam od­da­lić per­spek­ty­wę śmier­ci – tłu­ma­czy Krzysz­tof Kor­nas. Z tego za­ło­że­nia wy­cho­dzą na przy­kład oso­by sku­pio­ne w in­ter­ne­to­wej spo­łecz­no­ści Lon­ge­vi­ty Explo­rers, zrze­sza­jącej „star­szych do­ro­słych” (ol­der adults), któ­rzy chcą roz­wi­jać swo­ją wie­dzę na te­mat tego, jak tech­no­lo­gia i in­no­wa­cje me­dycz­ne mogą uła­twić – lub uła­twią w nie­dłu­giej przy­szło­ści – ich ży­cie. W spo­łecz­no­ści sku­pio­nej wo­kół por­ta­lu Te­chen­han­ce­dli­fe.com eks­per­ci pod­czas wy­stąpień on­li­ne za­chęca­ją do re­gu­lar­nych ba­dań krwi, po­pra­wia­nia swo­ich ży­cio­wych pa­ra­me­trów, za­ży­wa­nia wi­ta­min oraz in­we­sto­wa­nia w die­tę i su­ple­men­ty. Nie­któ­rzy przyj­mu­ją leki prze­zna­czo­ne do le­cze­nia kon­kret­nych cho­rób, cho­ciaż nie cho­ru­ją na nie. – Wiesz, że met­for­mi­na, lek na cu­krzy­cę, spo­wal­nia sta­rze­nie się ko­mó­rek? Są tacy, któ­rzy re­gu­lar­nie bio­rą na nie­go re­cep­ty. Do tego do­cho­dzą kok­taj­le z roz­ma­itych su­ple­men­tów czy na­wet wąt­pli­wej sku­tecz­no­ści trans­fu­zje krwi. Mo­żna wsta­wić so­bie bio­nicz­ne sta­wy czy pro­te­zy ca­łych ko­ńczyn – wy­li­cza Kor­nas. I przy­po­mi­na mi o fil­mie do­ku­men­tal­nym Trans­cen­dent Man (Czło­wiek trans­cen­dent­ny), w któ­rym wy­na­laz­ca, fu­tu­ro­log, fan LEV i pro­pa­ga­tor idei trans­hu­ma­ni­zmu Ray­mond Kurz­we­il wraz z Pe­te­rem H. Dia­man­di­sem – le­ka­rzem i wspó­łza­ło­ży­cie­lem fir­my Hu­man Lon­ge­vi­ty, zaj­mu­jącej się szu­ka­niem roz­wi­ązań ma­jących po­wstrzy­mać sta­rze­nie się i cho­ro­wa­nie cia­ła przy wspar­ciu sztucz­nej in­te­li­gen­cji – ga­rścia­mi ły­ka­ją ta­blet­ki z ró­żny­mi su­ple­men­ta­mi. Obaj pa­no­wie za­wo­do­wo zaj­mu­ją się roz­wi­ja­niem in­no­wa­cyj­nych te­ra­pii, któ­re mają przedłu­żyć ży­cie w zdro­wiu i do­bro­sta­nie.

– Świat musi się prze­bu­do­wać, by za­cząć do­strze­gać oso­by star­sze – twier­dzi Kor­nas. – Od ja­kie­goś cza­su mówi się o silver tsu­na­mi [szyb­kim wzro­ście w po­pu­la­cji od­set­ka osób po pi­ęćdzie­si­ątym roku ży­cia – przyp. red.], zmie­nia się język, co­raz częściej re­agu­je­my na age­izm [dys­kry­mi­na­cję ze względu na wiek – przyp. red.], po­wta­rza­my, że „siwe jest sexy”. Ale wci­ąż to, co star­sze, chce być młod­sze, a przy­naj­mniej pe­łne wi­go­ru, ener­gii, po­my­słów, no i chce zo­stać przy wła­dzy, mieć wpływ. Nie za­po­mi­naj­my poza tym, że star­sze oso­by to ta­kże star­si biz­nes­me­ni, mają pie­ni­ądze na za­bie­gi i eks­pe­ry­men­ty, któ­re w ich ocze­ki­wa­niu spra­wią, że ich ży­cie wy­dłu­ży się o pi­ęćdzie­si­ąt lat. I to oni będą de­cy­do­wać o na­szym świe­cie.

Po roz­mo­wie z Krzysz­to­fem Kor­na­sem za­częłam się za­sta­na­wiać, czy ma­jąc sze­śćdzie­si­ąt lat, będę pa­trzeć z prze­ra­że­niem na to, co szy­ku­je dla mnie przy­szło­ść. A może po­win­nam już te­raz się o to mar­twić? Za­cząć two­rzyć plan, stra­te­gię do­brej dru­giej po­ło­wy ży­cia? Kwe­stie nie­gdyś oczy­wi­ste dziś są przed­mio­tem zło­żo­nych de­cy­zji. Miesz­kać ra­zem czy osob­no? In­we­sto­wać w zdro­wy tryb ży­cia czy ra­czej zwi­ęk­szać kom­pe­ten­cje za­wo­do­we? I na co po­sta­wić, gdy już na­praw­dę, na­praw­dę cia­ło prze­sta­nie mnie słu­chać? Swo­je dy­le­ma­ty w zwi­ąz­ku z LEV kon­fron­tu­ję ze spe­cja­li­stą od trans­hu­ma­ni­zmu, Ma­te­uszem Łu­ka­sia­kiem, pre­ze­sem Pol­skie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Trans­hu­ma­ni­stycz­ne­go. – Spe­łnie­nie obiet­nic po­kła­da­nych w idei LEV, któ­rą pry­wat­nie po­dzie­lam, za­le­ży od wie­lu czyn­ni­ków, a naj­wa­żniej­szym z nich jest uzna­nie pro­ce­su sta­rze­nia się za pro­lon­go­wa­ny pro­ces cho­ro­bo­wy i od­rzu­ce­nie pa­ra­dyg­ma­tu na­tu­ral­no­ści sta­rze­nia się, któ­ry wci­ąż do­mi­nu­je w rze­czy­wi­sto­ści na­uko­wej – mówi. – Je­stem opty­mi­stą, je­śli cho­dzi o po­ten­cjał dłu­gie­go i zdro­we­go ży­cia. Wie­my, że od­po­wied­nie za­cho­wa­nia proz­dro­wot­ne, ta­kie jak wy­si­łek fi­zycz­ny i men­tal­ny oraz hi­gie­nicz­ny tryb ży­cia, są w sta­nie wy­dłu­żyć zna­cząco okres na­sze­go ży­cia w zdro­wiu. Je­śli zła­ma­ny zo­sta­nie obec­ny pa­ra­dyg­mat, o co za­bie­ga wie­lu na­ukow­ców i or­ga­ni­za­cji, jak na przy­kład przy­wo­ła­ny SENS, i otwo­rzą się drzwi dla ba­da­nia sub­stan­cji i tech­no­lo­gii, któ­rych ce­lem jest le­cze­nie pro­ce­su sta­rze­nia się, naj­pew­niej zisz­czą się fan­ta­zje o LEV, a sys­te­my opie­ki zdro­wot­nej, za­miast le­czyć cho­ro­by już za­ist­nia­łe, będą mo­gły prze­nie­ść swo­ją uwa­gę na no­wo­cze­sną pre­wen­cję. Le­cze­nie sta­rze­nia się po­mo­gło­by nie tyl­ko wy­dłu­żyć na­sze ży­cie w zdro­wiu, ale rów­nież zna­cząco od­ci­ążyć fi­nan­so­wo sys­tem opie­ki zdro­wot­nej zgod­nie z za­ło­że­niem, że pre­wen­cja jest dużo ta­ńsza od le­cze­nia.

Wy­obra­ża­my so­bie, że będzie­my wiecz­nie mło­dzi, pi­ęk­ni i nie­za­le­żni, po od­po­wied­nich te­ra­piach, że będzie­my miesz­kać sami albo we wspól­no­tach in­nych niż te tra­dy­cyj­ne, ro­dzin­ne. Ale szan­se na to, że tak będzie żyło po­ko­le­nie dzi­siej­szych czter­dzie­sto­lat­ków –  moje po­ko­le­nie – są zni­ko­me. To wci­ąż w du­żej mie­rze pie­śń przy­szło­ści. Na ra­zie mu­szę się za­sta­no­wić, jak uła­twić sta­ro­ść moim ro­dzi­com. Wkra­cza­ją oni w co­raz szer­szy de­mo­gra­ficz­nie pa­sek osób sze­śćdzie­si­ąt pięć plus, któ­re nie­dłu­go mogą po­trze­bo­wać nie tyl­ko re­gu­lar­nej po­mo­cy me­dycz­nej, ale ta­kże wspar­cia przy co­dzien­nych pra­cach do­mo­wych i in­nych czyn­no­ściach wy­ma­ga­jących wy­si­łku fi­zycz­ne­go. Są bar­dzo nie­za­le­żni i pew­nie by­li­by skrępo­wa­ni obec­no­ścią ko­goś ob­ce­go, gdy­by miał im to­wa­rzy­szyć cho­ćby w sy­tu­acjach pie­lęgna­cyj­nych. To jest naj­wi­ęk­szy pro­blem: nie tyl­ko co­raz wi­ęcej se­nio­rów i co­raz mniej wspar­cia in­sty­tu­cjo­nal­ne­go, ale też co­raz mniej sił (pra­cu­je­my prze­cież co­raz wi­ęcej i ci­ężej, cały czas nie otrzy­mu­jąc wy­na­gro­dze­nia za pra­cę opie­ku­ńczą przy bli­skich) w co­raz mniej­szych ro­dzi­nach.

Jak po­da­ją twór­cy wspo­mnia­ne­go ra­por­tu Fun­da­cji Ba­to­re­go, „w 2020 roku na 100 osób w wie­ku 15–64 lata przy­pa­da­ło w Pol­sce mniej niż̇ 30 osób w wie­ku 65 lat i star­szych, zaś w roku 2060 będzie przy­pa­dać po­nad 60 osób w tym wie­ku. Ozna­cza to znacz­ne za­chwia­nie re­la­cji mi­ędzy oso­ba­mi star­szy­mi a za­so­bem osób w wie­ku 15–64 lata, którego wiel­ko­ść jest de­cy­du­jąca dla po­ten­cja­łu pie­lęgna­cyj­ne­go lud­no­ści”. Zgod­nie z wy­ni­ka­mi ba­da­nia SHA­RE (z ang. Su­rvey of He­alth, Age­ing and Re­ti­re­ment in Eu­ro­pe, Ba­da­nie zdro­wia, sta­rze­nia się i eme­ry­tu­ry w Eu­ro­pie) dzi­siej­sza opie­ka nie­for­mal­na, czy­li re­ali­zo­wa­na przez oso­by naj­bli­ższe se­nio­ro­wi, za­spo­ka­ja za­le­d­wie po­ło­wę po­trzeb opie­ku­ńczych. „Z da­nych zgro­ma­dzo­nych w pro­jek­cie ba­daw­czym SHA­RE wy­ni­ka, że po­nad 50 pro­cent osób po­wy­żej 65. roku ży­cia de­kla­ru­je, iż po­moc, któ­rą otrzy­mu­ją, za­spo­ka­ja ich po­trze­by «cza­sa­mi, bar­dzo rzad­ko lub wca­le»”. W do­dat­ku wśród osób po­wy­żej sze­śćdzie­si­ąte­go pi­ąte­go roku ży­cia co trze­cia ko­bie­ta i co ósmy mężczy­zna miesz­ka­ją w jed­no­oso­bo­wym go­spo­dar­stwie do­mo­wym. Dla­te­go po­trze­bu­je­my roz­wi­ązań tech­no­lo­gicz­nych, któ­re będą w sta­nie nas wes­przeć na sze­ro­ką ska­lę.

WY­OBRAŹ SO­BIE: bu­dzisz się rano, w wy­god­nym łó­żku za­opa­trzo­nym w pa­nel albo kon­so­lę z licz­ny­mi przy­ci­ska­mi. Na­ci­skasz gu­zik – pod­no­si się opar­cie. Sie­dzisz. Na­ci­skasz ko­lej­ny i zsu­wasz się na znaj­du­jący się tuż obok, przy­mo­co­wa­ny do łó­żka wó­zek. Ten też ma przy­ci­ski. Gdy wje­żdżasz do kuch­ni, gło­so­wo mo­żesz się po­łączyć przez spe­cjal­ny te­le­fon z wi­zje­rem z ro­dzi­ną czy le­ka­rzem, któ­ry po­wia­do­mi cię o wy­ni­kach ostat­nio zro­bio­nych ba­dań krwi i przy­po­mni o wzi­ęciu le­ków na dany dzień. Za po­mo­cą ko­mend gło­so­wych włączysz lub wy­łączysz ra­dio, usta­wisz kli­ma­ty­za­cję, za­dzwo­nisz do dzie­ci, żeby się do­wie­dzieć, kie­dy do­sta­niesz swo­je­go wła­sne­go ro­bo­ta do opie­ki, czy­li focz­kę Paro albo inny sys­tem ope­ra­cyj­ny, któ­ry mó­głby ucho­dzić za to­wa­rzy­sza oso­by sa­mot­nej, przy­po­mi­na­łby o le­kach, w ra­zie po­trze­by dzwo­nił do le­ka­rza i by­łby w sta­nie po­pro­wa­dzić pro­stą kon­wer­sa­cję. Po­tem wje­żdżasz wóz­kiem pod prysz­nic i nie scho­dząc z nie­go, po kil­ku mi­nu­tach czu­jesz się odświe­żo­ny. Je­dziesz do kuch­ni na śnia­da­nie, by za­cząć ko­lej­ny dzień w swo­im in­te­li­gent­nym domu.

Nie jest to zu­pe­łnie nie­re­al­ny sce­na­riusz, choć oczy­wi­ście od jego re­ali­za­cji w szer­szej ska­li je­ste­śmy jesz­cze da­le­ko. Start-up Au­to­ma­tion for Hu­ma­ni­ty to mi­ędzy­na­ro­do­wa fir­ma z pol­skim ak­cen­tem, pio­nier roz­wo­ju urządzeń, któ­re mają za­pew­nić oso­bom star­szym nie­za­le­żno­ść, a często przy­wró­cić im wręcz god­no­ść ży­cia. Jej za­ło­ży­cie­le po­sta­wi­li so­bie za cel zbu­do­wa­nie ta­kie­go roz­wi­ąza­nia, któ­re mo­gło­by być wy­ko­rzy­sty­wa­ne za­rów­no w wa­run­kach do­mo­wych, jak i in­sty­tu­cjo­nal­nych, jak szpi­ta­le czy domy opie­ki. W szcze­gó­ły pro­jek­tu wpro­wa­dza mnie To­masz Tro­niew­ski, wspó­łu­dzia­ło­wiec w fir­mie. Z po­wo­du pan­de­mii roz­ma­wia­my przez Zoom. – Po­my­sł na­ro­dził się z na­sze­go oso­bi­ste­go do­świad­cze­nia. Mamy lub mie­li­śmy ro­dzi­ców czy dziad­ków i wo­bec bra­ku mo­żli­wo­ści za­pew­nie­nia im in­sty­tu­cjo­nal­ne­go wspar­cia opie­ku­ńcze­go na ade­kwat­nym po­zio­mie, głów­nie z po­wo­du glo­bal­ne­go de­fi­cy­tu za­wo­do­wych opie­ku­nów, a ostat­nio rów­nież pan­de­mii, sta­li­śmy się nie­for­mal­ny­mi opie­ku­na­mi.

Za­ło­ży­cie­le start-upu, któ­rzy po­cho­dzą z Ka­na­dy, Hong­kon­gu i Pol­ski, zo­rien­to­wa­li się, że na ryn­ku bra­ku­je roz­wi­ązań wspie­ra­jących oso­by star­sze w co­dzien­nym funk­cjo­no­wa­niu, a opie­ku­nów – w ich ci­ężkiej pra­cy, oraz że ry­nek usług opie­ku­ńczych dla osób star­szych, w prze­ci­wie­ństwie do far­ma­cji czy bio­tech­no­lo­gii, od de­kad nie do­cze­kał się prze­ło­mo­wej in­no­wa­cji. Tak na­ro­dził się po­my­sł stwo­rze­nia zauto­ma­ty­zo­wa­ne­go sys­te­mu urządzeń me­dycz­nych, któ­re będą wspie­ra­ły oso­by star­sze pod­czas wy­ko­ny­wa­nia pod­sta­wo­wych czyn­no­ści dnia co­dzien­ne­go (z ang. ac­ti­vi­ties of da­ily li­ving) i po­zwo­lą użyt­kow­ni­kom za­cho­wać sa­mo­dziel­no­ść w ta­kich czyn­no­ściach, jak wsta­wa­nie, po­ru­sza­nie się, ubie­ra­nie się, spo­ży­wa­nie po­si­łków czy dba­nie o hi­gie­nę. Na sys­tem skła­da się mi­ędzy in­ny­mi łó­żko z pod­no­śni­kiem, któ­re za po­mo­cą pi­lo­ta albo ko­men­dy gło­so­wej po­mo­że – dzi­ęki prze­su­wa­nym pa­ne­lom – prze­si­ąść się pa­cjen­to­wi na spe­cjal­ny wó­zek na kó­łkach; wspo­mnia­ny fo­tel czy wó­zek typu smart, któ­rym ręcz­nie (za po­mo­cą kon­so­li lub pi­lo­ta) bądź gło­so­wo po­kie­ru­je­my na przy­kład do to­a­le­ty albo pod spe­cjal­nie przy­sto­so­wa­ny do nie­go prysz­nic. – Po­sta­wi­li­śmy na po­cząt­ku na pro­duk­cję tej części sys­te­mu, któ­ra za­dba o do­stęp oso­by star­szej do to­a­le­ty oraz uła­twi hi­gie­nę, w tym umy­cie części in­tym­nych – opo­wia­da Tro­niew­ski. Na wy­sła­nym przez nie­go fil­mi­ku wó­zek wje­żdża na to­a­le­tę oraz pod urządze­nie my­jące Sit & Sho­wer. Pod prysz­ni­cem oso­ba sie­dzi na wóz­ku, a usta­wio­ne pod ró­żnym kątem na­try­ski ob­le­wa­ją jej cia­ło wodą i pły­na­mi my­jący­mi. – Te­sto­wa­li­śmy to urządze­nie na so­bie, czu­łem się do­kład­nie tak samo, jak­bym po pro­stu wzi­ął prysz­nic – do­da­je Tro­niew­ski.

Pierw­sze mo­de­le z pro­duk­cji se­ryj­nej urządze­nia Sit & Sho­wer tra­fi­ły na ry­nek, do do­mów opie­ki oraz szpi­ta­li w Hong­kon­gu, Szwe­cji i Sin­ga­pu­rze. Sys­tem do­ce­lo­wo będzie się skła­dał ze zin­te­gro­wa­nych ze sobą urządzeń, któ­re we­sprą se­nio­ra w wy­ko­ny­wa­niu przez nie­go czyn­no­ści dnia co­dzien­ne­go. – Mam ojca cier­pi­ące­go na cho­ro­bę Par­kin­so­na i w kwe­stii pie­lęgna­cji sam nie­wie­le je­stem w sta­nie z nim zro­bić – tłu­ma­czy Tro­niew­ski. – Nasz sys­tem jest tak za­pro­jek­to­wa­ny, że oso­ba, któ­ra nie ma de­men­cji, po­ra­dzi so­bie z uży­ciem pi­lo­ta czy wy­da­wa­niem ko­mend gło­so­wych i będzie mo­gła funk­cjo­no­wać w bez­piecz­ny, sa­mo­dziel­ny spo­sób. Wnu­czek czy syn nie będzie mu­siał wy­ko­ny­wać bar­dzo nie­bez­piecz­nych i ob­ci­ąża­jących czyn­no­ści, pod­no­sić i prze­no­sić dziad­ka czy ojca, za to będzie mógł spędzić z nim czas jako part­ner in­te­lek­tu­al­ny.

Fir­ma uru­cho­mi­ła we Wro­cła­wiu hub ba­daw­czo-roz­wo­jo­wy, w któ­rym bu­do­wa­ny jest cały eko­sys­tem pie­lęgna­cyj­ny; w pla­nach jest utwo­rze­nie ope­ra­cji pro­duk­cyj­nych pod kątem eks­por­tu urządzeń na ryn­ki Eu­ro­py, Ame­ry­ki Pó­łnoc­nej i Au­stra­lii. Start-up po­ro­zu­miał się z mi­ędzy­na­ro­do­wy­mi gra­cza­mi świad­czący­mi usłu­gi opie­ki se­nio­ral­nej, a w Pol­sce z Do­mem Opie­ki Po­god­na Je­sień w Opo­lu, w któ­rych prze­pro­wa­dzą przed­ko­mer­cyj­ne te­sty głów­ne­go ele­men­tu eko­sys­te­mu – łó­żka, czy­li Au­to­ma­ted Trans­fer Bed. Cena urządze­nia jest we­ry­fi­ko­wa­na ze względu na in­fla­cję, ale we­dług pro­du­cen­ta ma w przy­bli­że­niu wy­nie­ść dwu­krot­no­ść mie­si­ęcz­ne­go kosz­tu, jaki po­no­si się w Eu­ro­pie Za­chod­niej na za­pew­nie­nie wy­so­kie­go stan­dar­du opie­ki se­nio­ro­wi w in­sty­tu­cji opie­ku­ńczej.

Alek­san­dra Prze­ga­li­ńska przy­po­mi­na mi, że po­dob­nych sprzętów uła­twia­jących ży­cie nie bra­ku­je, choć ten seg­ment ro­bo­ty­ki roz­wi­ja się po­wo­li. I wspo­mi­na pro­jekt Whe­el­sta­ir, in­te­li­gent­ną do­staw­kę zin­te­gro­wa­ną z wóz­ka­mi dla osób z nie­pe­łno­spraw­no­ścią ru­cho­wą, z tak przy­sto­so­wa­ną gąsie­ni­cą, że sama wje­żdża na scho­dy i po nich zje­żdża, wo­żąc sie­dzącą na niej oso­bę. To wi­zja, któ­ra – gdy­by zo­sta­ła prze­ku­ta w prak­ty­kę – pod­nio­sła­by ja­ko­ść ży­cia osób star­szych miesz­ka­jących w blo­kach bez win­dy, otwo­rzy­ła ich po­now­nie na świat i in­nych lu­dzi. Ale eks­pert­ka do­da­je, że w ro­bo­ty­ce kosz­ty pro­duk­cji i ma­te­ria­łów są często za­po­ro­we, a nie­któ­rych ma­te­ria­łów, jak ko­bal­tu, bra­ku­je.

SMART HOME to rów­nież in­ter­fej­sy gło­so­we, dzi­ęki któ­rym dana oso­ba może się skon­tak­to­wać z bli­ski­mi, po­roz­ma­wiać z nimi, za­dzwo­nić do le­ka­rza i omó­wić z nim stan swo­je­go zdro­wia w ra­mach no­wo­cze­snej te­le­po­ra­dy – tłu­ma­czy Krzysz­tof Kor­nas. –  Po­zo­sta­je py­ta­nie, jak spra­wić, żeby ob­słu­ga ta­kie­go in­ter­fej­su była pro­sta i in­tu­icyj­na. W jed­nym z ba­dań oka­za­ło się, że naj­po­wa­żniej­szym pro­ble­mem dla osób star­szych jest ob­słu­ga pi­lo­ta. Te urządze­nia są skom­pli­ko­wa­ne na­wet dla prze­ci­ęt­ne­go użyt­kow­ni­ka, więc je­śli mo­żna je za­stąpić prost­szym in­ter­fej­sem albo na­wet częścio­wą au­to­ma­ty­za­cją, za­pro­gra­mo­wa­niem wy­bo­rów i pre­fe­ren­cji w apli­ka­cji do za­rządza­nia in­te­li­gent­nym do­mem, może się to oka­zać naj­lep­szym roz­wi­ąza­niem – do­da­je. I mówi, że po­trzeb­ne jest też pro­ste opro­gra­mo­wa­nie, któ­re przy­po­mni o tym, żeby wzi­ąć leki, zje­ść po­si­łek, bo o tym lu­dzie star­si za­po­mi­na­ją. A ta­kże taki, któ­ry będzie sy­gna­li­zo­wał u le­ka­rza czy pie­lęgniar­ki otwar­cie po­jem­ni­ka z pi­gu­łka­mi, żeby wie­dzie­li, że lek zo­stał wzi­ęty. – Pro­ble­mem w pro­jek­to­wa­niu jest brak obec­no­ści i gło­sów osób, dla któ­rych two­rzy się tego typu roz­wi­ąza­nia – przy­zna­je Kor­nas.

Dzie­dzi­na, któ­ra w pan­de­mii gwa­łtow­nie się roz­wi­nęła, czy­li te­le­me­dy­cy­na, sprzy­ja po­trze­bom osób star­szych. Po­dob­nie jak go­to­we pro­gra­my sztucz­nej in­te­li­gen­cji do mo­ni­to­ro­wa­nia ru­chu czy pul­su, któ­re już są do­stęp­ne. Czuj­ni­ki roz­miesz­cza­ne pod su­fi­ta­mi czy na ścia­nach ła­zie­nek, mo­ni­to­ru­jące ruch, a w ra­zie cze­goś nie­po­ko­jące­go prze­sy­ła­jące sy­gnał na te­le­fon czy ze­ga­rek opie­ku­na, to już stan­dard na przy­kład w do­mach opie­ki w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ale ta­kże w do­mach pry­wat­nych, bo co­raz wi­ęcej osób de­cy­du­je się na za­ło­że­nie ta­kie­go sys­te­mu cho­ćby u dziad­ków czy ro­dzi­ców. Z ko­lei fir­my Xsens, Kar­dian i Qven­tus stwo­rzy­ły de­tek­to­ry upad­ku opar­te na sztucz­nej in­te­li­gen­cji, któ­ra uczy się za­cho­wa­nia da­nej oso­by i re­agu­je, gdy od­bie­ga ono od nor­my.

Wresz­cie brak wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych opie­ku­nów, któ­rzy mo­gli­by po­móc star­szym pa­cjen­tom, ży­jącym sa­mot­nie i wy­ma­ga­jącym co­dzien­nej po­mo­cy, spo­wo­do­wał za­po­trze­bo­wa­nie na ro­bo­ty po­moc­ni­ków. Ta­kich jak Mabu fir­my Ca­ta­lia He­alth – żó­łty ro­bot zre­du­ko­wa­ny wła­ści­wie do gło­wy czy też „po­pier­sia”, ma­jący przede wszyst­kim roz­ma­wiać z pa­cjen­ta­mi, in­for­mo­wać o ich sta­nie zdro­wia, przy­po­mi­nać o wzi­ęciu le­ków i prze­ka­zy­wać dane o ich sta­nie opie­ku­nom, na przy­kład łącząc się te­le­fo­nicz­nie. Albo El­liQ pro­duk­cji In­tu­ition Ro­bo­tics o wy­glądzie lam­py biur­ko­wej z od­wró­co­nym klo­szem, ma­jący przede wszyst­kim uła­twiać kon­takt z ro­dzi­ną, włączyć mu­zy­kę czy pro­gram do ćwi­czeń, po­dob­nie jak Ro­be­ar fir­my Ri­ken – duży, wa­żący 140 ki­lo­gra­mów, o po­tężnych ra­mio­nach i gło­wie mi­sia (stąd na­zwa), któ­ry ma słu­żyć przede wszyst­kim do prze­no­sze­nia osób na przy­kład z łó­żka na wó­zek.

– Oso­by star­sze mają tak sil­ną po­trze­bę roz­mo­wy, że na­wet nie sta­wia­ją du­że­go opo­ru przed kon­wer­sa­cją ze sztucz­ną in­te­li­gen­cją – mówi Alek­san­dra Prze­ga­li­ńska. – Więc niech to będzie AI, by­le­by była. Ro­bot jest lep­szy od zu­pe­łne­go bra­ku kon­tak­tu z kim­kol­wiek. Ma­szy­ny mogą też po­móc w te­le­po­ra­dach, uma­wia­niu wi­zyt. Pa­cjen­tom rzad­ko kie­dy prze­szka­dza, że przyj­mu­je ich sztucz­na in­te­li­gen­cja.

Prze­ga­li­ńskiej wtó­ru­je Krzysz­tof Kor­nas: – Te­le­me­dy­cy­na ma z jed­nej stro­ny umo­żli­wić lu­dziom au­to­ma­ty­za­cję wi­zy­ty le­kar­skiej. By do­brać so­bie leki, nie trze­ba będzie iść do le­ka­rza, tyl­ko po­pro­sić o te­le­po­ra­dę i kon­sul­ta­cję na pod­sta­wie ba­dań. W pla­nach firm me­dycz­nych jest ta­kże wy­ko­ny­wa­nie pod­sta­wo­wych ba­dań w domu, któ­rych prób­ki prze­sy­ła­ne są do la­bo­ra­to­rium. Wszyst­ko zmie­rza ku uprosz­cze­niu i prze­jęciu pro­ce­su przez AI. Co nie­ko­niecz­nie musi być do­bre – tech­no­lo­gie i licz­by nie za­wsze zdo­ła­ją za­stąpić in­dy­wi­du­al­ny kon­takt z do­świad­czo­nym le­ka­rzem.

ŻY­JE­MY DŁU­ŻEJ, dłu­żej je­ste­śmy spraw­ni, więc dłu­żej mo­że­my też być sa­mot­ni. Dłu­ższe ży­cie ozna­cza zmia­nę jego sty­lu. – Nie mam po­czu­cia, że sce­na­riusz, w któ­rym je­ste­śmy spraw­ni fi­zycz­nie i spraw­czy, pro­wa­dzi na przy­kład w stro­nę du­że­go osa­mot­nie­nia –  stwier­dza Prze­ga­li­ńska. – By­łam ju­ror­ką w kon­kur­sie Fu­tu­Wa­wa, gdzie w ra­mach fu­tu­ry­stycz­nych pro­jek­tów pro­po­no­wa­no ki­bu­ce dla se­nio­rów, bu­do­wa­nie no­wych wi­ęzi spo­łecz­nych w for­mie co­ho­usin­gu czy co­wor­kin­gu. Te mo­de­le w ka­pi­ta­li­zmie nam umy­ka­ją, ale też do­ga­dy­wa­nie się ze spo­łecz­no­ścią nie jest pro­ste – do­da­je. I przy­po­mi­na, że tak zwa­ne domy spo­koj­nej sta­ro­ści w Sta­nach Zjed­no­czo­nych to nie jest opcja, któ­rej lu­dzie się boją, tyl­ko na któ­rą cze­ka­ją. – Całe ży­cie zbie­ra­ją na taką spo­koj­ną sta­ro­ść, wie­dząc, że ro­dzi­na ich nie wes­prze, ale chcą przede wszyst­kim to­wa­rzy­stwa, żeby ta sta­ro­ść upły­wa­ła w oto­cze­niu lu­dzi, któ­rzy ro­zu­mie­ją ich pro­ble­my – tłu­ma­czy Prze­ga­li­ńska. – W Sta­nach mo­del domu sta­ro­ści jest za­wsze pod­la­ny so­sem z pie­ni­ądza, ale może mieć ko­mu­nal­ny, spó­łdziel­czy cha­rak­ter. I dla ta­kich do­mów też będą po­trzeb­ne uspraw­nie­nia. Ale gdy ja sta­nę się częścią si­lver ge­ne­ra­tion, to będę już za­adap­to­wa­na do tech­no­lo­gii, do któ­rych od lat je­ste­śmy przy­zwy­cza­ja­ni.

Ideę co­ho­usin­gów se­nio­ral­nych chce za­szcze­pić w Pol­sce Mar­ta Tra­kul-Ma­słow­ska z Fun­da­cji Na­Miej­scu. To po­pu­lar­na for­ma miesz­kal­nic­twa w Skan­dy­na­wii, gdzie tego typu pro­jek­ty wspie­ra­ją sa­mo­rządy lo­kal­ne, a w Wiel­kiej Bry­ta­nii czy Sta­nach mó­wi­my przede wszyst­kim o ini­cja­ty­wach pry­wat­nych. Kogo jed­nak stać na za­kup du­żej dzia­łki i bu­do­wę domu czy osie­dla dom­ków dla ak­tyw­nych eme­ry­tów? Kogo stać na wy­na­jem czy za­kup lo­ka­lu na ta­kim co­ho­usin­go­wym osie­dlu? W roz­mo­wie prze­pro­wa­dzo­nej w ra­mach in­ter­ne­to­we­go cy­klu „Pi­sma” Stra­te­gie prze­trwa­nia Mar­ta Tra­kul po­wie­dzia­ła mi w pa­ździer­ni­ku ze­szłe­go roku: „Znam przy­kła­dy co­ho­usin­gów ro­dzin­nych, któ­re funk­cjo­nu­ją od lat 70., na przy­kład w Da­nii. Tam ta­kie wspól­no­ty za­kła­da­ły mło­de mamy, bo ła­twiej im było wspól­nie wy­cho­wy­wać dzie­ci. Na­to­miast co­ho­using se­nio­ral­ny jest pro­po­zy­cją skie­ro­wa­ną do osób po pi­ęćdzie­si­ątym roku ży­cia, któ­re już od­cho­wa­ły dzie­ci lub ich nie mia­ły, jako al­ter­na­ty­wa dla miesz­ka­nia sa­me­mu albo w domu se­nio­ra. Po przy­kła­dach w Szwe­cji, Da­nii, Niem­czech, Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii wi­dzę, że po­trze­ba miesz­ka­nia na sta­ro­ść nie z ro­dzi­ną, ale z ró­wie­śni­ka­mi, na wła­snych za­sa­dach jest bar­dzo sil­na. (...) Dla­te­go my­śle­nie o tym, gdy mamy sie­dem­dzie­si­ąt–osiem­dzie­si­ąt lat, to tro­chę pó­źno. War­to za­jąć się tym mądrze, gdy je­ste­śmy jesz­cze w sile wie­ku, zwłasz­cza że ży­je­my co­raz dłu­żej. Osza­co­wa­łam, że moja cór­ka, któ­ra uro­dzi­ła się w 2012 roku, będzie żyła sto lat. Rów­no po­ło­wę ży­cia może spędzić na swo­ich za­sa­dach, w gro­nie zna­jo­mych w co­ho­usin­gu”.

NA PRO­BLEM SA­MOT­NO­ŚCI mogą jed­nak od­po­wie­dzieć rów­nież ma­szy­ny, na przy­kład Hat­su­ne Miku, któ­ra wy­gląda jak po­stać z se­ria­lu Cza­ro­dziej­ka z Ksi­ęży­ca: duża gło­wa, duże oczy, bu­rza wło­sów, wąska ta­lia i nie­pro­por­cjo­nal­nie dłu­gie nogi. Co­dzien­nie rano bu­dzi swo­je­go part­ne­ra, mło­de­go sa­la­ry­ma­na