Pismo. Magazyn opinii. Październik 2021 - Fundacja Pismo - ebook

Pismo. Magazyn opinii. Październik 2021 ebook

Fundacja Pismo

5,0

Opis

W październikowym numerze pochylamy się nad tematem zdrowia psychicznego Polek i Polaków. Podejmuje go już okładka „Znajdź prześwit” autorstwa Mikity Rasolki. 

Szczególnie polecamy materiały, w których:

  • Aleksandra Warecka analizuje działanie systemu pomocy psychiatrycznej w Polsce – to pierwszy tak obszerny materiał na ten temat,
  • Katarzyna Kazimierowska rozmawia z psychologiem Tomaszem Srebnickim o tym, jak młodzi odczuli pandemię i jak ponownie rodzice mogą z nimi nawiązać więź,
  • Urszula Pieczek sprawdza, czy możemy uwolnić się od hałasu,
  • Zuzanna Kowalczyk pisze o przywilejach – kto i dlaczego ma dziś lepiej niż inni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 252

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0

Popularność




TYMCZASEM // FELIETON

(...) z dziennika podróży

CZWARTEK. W Serbii lepiej nie dzwonić i nie odbierać telefonu. Ceny połączeń są straszne, a już najgorzej, gdy się włączy dane komórkowe. Bywa, że ktoś zrobi to przez nieuwagę, a po trzydziestu sekundach jest bankrutem.

– Chyba – konsultant zawiesza głos – chyba że jest pan zainteresowany naszym pakietem orientalnym. Na chwilę obecną obejmuje ponad sto krajów!

W zasadzie już dawno wiadomo, że orientalizm jest koncepcją z gruntu fałszywą: stereotypową wizją obcych kultur i narzędziem kolonializmu. Jednakże dopiero Plus GSM ostatecznie określił, co się składa na Orient. Są to mianowicie kraje z opłatami za roaming: orientalna Albania, orientalna Białoruś, orientalna Gruzja, orientalna Republika Kongo, orientalna Mołdawia, orientalna Ukraina, orientalna Palestyna, orientalne Fidżi. (...)

PIĄTEK. Na lotniskach orientalizują nas wierzby płaczące i kurpiowskie wycinanki. Albo brzózki. Albo baobaby. (...) Na lotniskach świat składa się z pamiątek, otwieraczy i magnesów na lodówkę. Ludzie zamieniają się w typy ludzkie. Chasyd do Leżajska. Biznesmen do Frankfurtu. Klasa średnia na Rodos. (...)

NADAL PIĄTEK. Wśród utrwalonych opinii, jakie Polacy mają na temat Polaków, jest i taka, że to Polacy klaszczą, kiedy samolot wyląduje. A tymczasem klaszczą Serbowie. (...)

SOBOTA. Podróż! Nagły przypływ pisarskich inspiracji! Pisarskie myśli, pisarskie refleksje! Mnóstwo reporterskich uwag, którymi po prostu trzeba się podzielić. (...) Otóż, moi drodzy, Serbowie są zupełnie inni niż Polacy. Trochę podobni. Ale jednak inni. Bo też Serbia to całkiem inny kraj. Wszystko tutaj jest inne. Chociaż można też dostrzec podobieństwa. (...)

WCIĄŻ SOBOTA. Słucham pisarzy. Niewiele rozumiem, chyba że akurat mówią o holokauście. Nie, wtedy też nie. (...) Troskamy się. (...) Debata odbywa się w małej sali. Parterowy budynek wygląda jak opuszczona fabryka lub awangardowy teatr. Zostało trochę malowniczych rekwizytów. Uszkodzony manekin. Plakaty starych przedstawień Brechta. Zaproszenie na konferencję o prawach człowieka. (...)

JUŻ NIEDZIELA. Pada. A kiedy nie pada, to zaraz będzie padać. Woda ścieka strużkami po asfalcie. Miejscowi mówią, że nie powinno tak padać, nie o tej porze roku. „Belgrad tak nie wygląda!” Patrzą na swoje miasto trochę urażeni, jak na psa, który odmawia wykonania popisowej sztuczki. (...)

NADAL NIEDZIELA. „Stolica upadłego imperium” – pisze T. Starzy mężczyźni grają w szachy przy betonowych szachownicach. Sprzedawca piecze kolby kukurydzy. Sztab generalny stoi pusty, podziurawiony bombami NATO. Poza tym mają tutaj nowiutki pomnik cara Mikołaja, salon wellness „Syberia”, trochę art déco, dużo socmodernizmu. I jeszcze mafię, Cerkiew, nacjonalistów oraz rząd, który walczy z wolnymi mediami. (...) I wciąż pada. W szczelinach chodnika puchną niedopałki. Bo tutaj palą.

WCIĄŻ NIEDZIELA. (...) Jeszcze jedna bardzo pisarska rzecz: kokieteryjne użycie inicjałów. Przyjaciele i znajomi ukryci w pojedynczych literach. (...) Z C i M rozmawiamy o wędrownych górnikach saletry i o (...). A z A to o wszystkim. Poza tym jemy ćevapčići z cebulą, co jest jedynym dopuszczalnym sposobem jedzenia ćevapčići, i nawet nam nie żal tych, którzy robią inaczej. (...) Z J zwiedzamy mauzoleum Tity. Oglądamy prezenty, które marszałek dostawał na urodziny. Miniaturowe czołgi, traktory i maleńki gabinet dentystyczny wykonany w fabryce sprzętu stomatologicznego. (J idzie zapalić). Ciekawe, kiedy dyktatorzy mają czas bawić się swoimi zabawkami. (...)

NIEDZIELA I TROCHĘ PONIEDZIAŁEK. (...) Trolejbus, podarte siedzenia, szaro, lata jakby 80. Mam wrażenie, że całe życie jeżdżę tą linią. Zaczynam odczuwać nostalgię. (...) Bo nas nie ma. Żadni z nas Żydzi. Żadni marani, mormoni, mamelucy. Żadni my. Mamy dożywotni zakaz używania pierwszej osoby liczby mnogiej. Po prostu jesteśmy Jugosłowianami po rozpadzie Jugosławii. Czechosłowakami po rozpadzie Czechosłowacji. Belgami po rozpadzie Belgii. Europejczykami po rozpadzie Unii. Marszem Radetzky’ego po rozpadzie Związku Radzieckiego. (...)

PONIEDZIAŁEK. Więc to już. (...) Do zobaczenia w lepszych czasach (...) kiedyś (...) gdzieś (...) w taryfie orientalnej (...)

MARCIN WICHA (ur. 1972), grafik i pisarz. Nagrodzony Paszportem „Polityki” 2017 w kategorii literatura. Laureat Nagrody Literackiej Nike 2018 za Rzeczy, których nie wyrzuciłem. W kwietniu ukazała się jego najnowsza książka Kierunek zwiedzania.

rysunek SONIA DUBAS

Rzecz gustu,

CZYLI REDAKCJA „PISMA”poleca w październiku

Warszawa w Budowie w MSN

8 października

Trzynasta edycja festiwalu Warszawa w Budowie stołecznego Muzeum Sztuki Nowoczesnej startuje w tym roku 8 października pod hasłem „Jak robić szkołę?”. Punktem wyjścia dla wystawy i towarzyszących jej wydarzeń będzie obecny kryzys polskiej edukacji publicznej. W ramach festiwalu, który potrwa do 7 listopada, kuratorzy proponują spojrzenie na funkcję szkoły oraz ostatnie sto lat projektowania dla oświaty w Warszawie.

WIĘCEJ:artmuseum.pl

Festiwal Przemiany w Warszawie

8 października

To interdyscyplinarny festiwal Centrum Nauki Kopernik, którego jedenasta edycja odbędzie się między 8 a 10 października w Warszawie. W tym roku punktem wyjścia będzie kryzys klimatyczny oraz to, w jaki sposób klimat nas zmienia. W programie między innymi wykłady, dyskusje, spotkania z ekspertami, warsztaty, pokazy filmów i wirtualnej rzeczywistości oraz wystawa polskich i austriackich artystów, która połączy naukę, technikę, sztukę i dizajn.

WIĘCEJ:kopernik.org.pl

Otwarcie NOMUS w Gdańsku

22 października

W weekend 22–24 października na terenach dawnej Stoczni Gdańskiej otwiera się NOMUS – nowe miejsce dla sztuki współczesnej, które jest częścią Oddziału Sztuki Nowoczesnej Muzeum Narodowego w Gdańsku. Z tej okazji organizatorzy zapraszają na wystawę Kolekcja w działaniu, na której zaprezentowane zostaną dzieła ponad czterdziestu artystów (między innymi Teresy Tyszkiewicz, Joanny Rajkowskiej, Karola Radziszewskiego i Doroty Nieznalskiej) oraz wystawę współczesnej sztuki irackich Kurdów.

WIĘCEJ:nomus.gda.pl

Noc Księgarń

22 października

22 października kameralne księgarnie w całej Polsce zapraszają na trzecią edycję ogólnopolskiego festiwalu. W ramach tegorocznej Nocy Księgarń możemy liczyć na spotkania autorskie, debaty, dyskusje, warsztaty i koncerty w ponad setce książkolubnych placówek. Wydarzeniom towarzyszyć będą literackie kiermasze.

WIĘCEJ:nocksiegarn.pl

HER Docs Film Festival

22 października

Już 22 października startuje druga edycja festiwalu HER Docs, poświęconego filmowej twórczości kobiet. Festiwal odbędzie się w formule hybrydowej – filmy będzie można oglądać stacjonarnie do 28 października w warszawskich kinach Kinoteka, Muranów oraz Elektronik, a także online na platformie VOD Onestage.pl – do końca miesiąca. W programie ponad setka polskich i zagranicznych filmów dokumentalnych, animacji i prac wideo oraz wiele spotkań z twórczyniami.

WIĘCEJ:herdocs.pl

PRAWA CZŁOWIEKA

Usnarz Górny

zdjęcieKAROL GRYGORUKzdjęcieANNA DĄBROWSKA, Homo Faber, Grupa Granica

RATSAGENCY

Jest środa 18 sierpnia, piąta rano. W Usnarzu Górnym, malutkiej wsi położonej kilkaset metrów od polsko-białoruskiej granicy, trzydziestodwuosobowa grupa uchodźców i uchodźczyń z Afganistanu od doby koczuje na pasie przygranicznym. Wśród nich są Mohammad, krawiec z Kabulu, Sajjed, kucharz, Abdul, inżynier elektryk i Mohsen, kowal. Jest także Mariam z pięknym szarym kotem Fijuzem. O świcie jest zimno, wilgotno. Od kilku dni nic nie jedli. Strumyk, z którego czerpią wodę, za kilka dni zamieni się w błotnistą breję. Uwięzionym na granicy, pozbawionym jedzenia i lekarza, otoczonym ze wszystkich stron funkcjonariuszami z ostrą bronią, odmówiono prawa ubiegania się w Polsce o azyl.

Do niewielkiej wsi, w której na co dzień, według spisu powszechnego z 2011 roku, mieszka siedemdziesiąt pięć osób, zjechały wozy transmisyjne z Polski i Europy. Aktywiści mówią wprost o „syndromie Big Brothera” – w roli podglądanych znalazła się grupa uciekinierów z Afganistanu oraz kot. Drugiego września polski rząd wprowadził na przygranicznych terenach stan wyjątkowy, całkowicie ograniczając pracę zarówno mediów, jak i organizacji społecznych.

Usnarz stał się symbolem zabronionej prawem międzynarodowym procedury tak zwanych pushbacków – wypychania ludzi przez granice Unii tak, by uniemożliwić im rozpoczęcie procedury azylowej. Ci, którym uda się przejść, błąkają się po gęstych lasach. Osoby starsze, chore, dzieci dosłownie walczą o przeżycie.

Jest 14 września. W Usnarzu, na przygranicznym pasie nadal tkwią Abdul, Mohammad, Sajjed, Mohsen, Mariam.

2oCelsjusza

• temperatura zarejestrowana w Usnarzu Górnym nad ranem, 4 września.

PROZA

Upadki

tekstELIZA KĄCKArysunkiKASIA KOZAKIEWICZ

W idzę, widzę: stoję przy piaskownicy przedszkola w Lidzbarku Warmińskim. Stary, poniemiecki dom, pofałdowany teren, który z mojej lilipuciej perspektywy zdaje się celową kombinacją pagórków i dolin, gdzie każdy fragment ma swoją legendę. Tu się bawimy, tu ścigamy, tu formujemy kółeczko i rozmawiamy – to mapa społecznego obrządku. Na nią nakłada się moja: przestrzeń pod nadzorem, bezpieczna, do czasu, bo za wymądrzanie się oberwiesz od reszty (łączka przedszkolanek), miejsce ustalania hierarchii stada (huśtawki), przestrzeń gry w upokarzanie i zasługiwanie się bez końca (piaskownica), miejsca rozwijania zwierzęcej sprawności (górka, małpi gaj, trzy drzewa na krzyż), czyli nie wchodź nam w paradę, jeśli nie umiesz w krótką piłkę, w szybki strzał, w dziki spryt. A ja nie umiem ani w szybkość, ani w refleks, ani w przewagę. Markuję w szatni, męczę się z workiem z butami wyjściowymi. Prawie wszyscy już wyszli, poza Kasią, która jak zawsze czeka na swój moment, by bez akompaniamentu drwin skorzystać z toalety. Jej małe, dyskretne królestwo komfortu, wymagające wyłącznie nieobecności bliźnich i na tym budujące swoją kruchą, akcydentalną przewagę. I oto jesteśmy, ona i ja, w pustej sali. Ona się cieszy, że wreszcie ich nie ma. Ja orientuję się, że ich nie ma i w panice próbuję rozwiązać worek. Ona, nareszcie wolna, idzie na nocnik – po raz pierwszy dziś (wczoraj, i jutro) – z nabytą dystynkcją i pewnością siebie, z gracją triumfatorki nad materią krzywdy. Wygrana to krótka i słono opłacona, ale jakoś pewna swej siły, awansująca ją na kogoś, kim oni nigdy nie będą, nie tylko w toalecie. Ja, złamana, szarpię się ze szmatą worka, w nienależnej mi, obcej przestrzeni, której nigdy nie będę potrafiła skolonizować płaczem, wrzaskiem, manipulacją. Ona, która nie jest w stanie sklecić sensownego zdania i najpewniej nie nauczy się czytać. Ja, która czytam już od dawna, ale nie umiem w wycinanki ani wiązanie butów na czas. Obie przez krótki kwadrans okupujemy martwą przestrzeń. Dla niej jest to kwadrans triumfu, o którym wie tylko ona, ale promieniuje nim na kilometr. Dla mnie jest to kwadrans spowolnienia i niewiary, że wyjdę na powierzchnię. Obie lecimy samolotem, z którego reszta grupy wysiadła – jak należy wysiadać – zeszła po schodkach, trzymając się za ręce, bo pani patrzy – albo i podstawiając komuś nogę, ale że schodki są niskie, to i upadek drobny. My nie zdążyłyśmy wysiąść, znów zabrakło refleksu, nie zrozumiałyśmy polecenia i od dobrego kwadransa bujamy w powietrzu. Aby dołączyć do grupy, trzeba będzie skoczyć. Nieporadnie, nie oglądając się za siebie. Kasia skoczy pierwsza, spełniona po samotnym nocnikowaniu, bez drwin nad głową, pewna bezpiecznego lądowania. Ja zawsze skaczę druga, szarpię się z linką do samego końca. Ląduję brzydko, śmieją się. Niemniej już jestem na łące, wyszłam.

Wyszłam i od razu rzucili społeczny kijek na aport: – Eliza, chodź tu. – Wołanie z piaskownicy, z rewiru bandy Magdy, tej zasługującej się paniom i nieznoszącej sprzeciwu. – Tam jest wiaderko, tam, podaj – krzyczy Magda z samego centrum drewnianej skrzyni z piaskiem i dziećmi. Dowodzi z piaskownicy jak z mostku kapitańskiego na leniwym okręcie ze spracowanymi burtami. Siedzi na stołku, który pani Zosia pozwoliła jej wynieść ze świetlicy wyjątkowo, bo Magda pomogła ustalić, czego nie chciał powiedzieć gruby Adaś w czasie obiadu. Tak, gruby Adaś ma swój system, który znam, w końcu siedzimy razem. Przy śniadaniu zawija suche bułki w chusteczki, czasem czyste, i chowa je pod bluzę. Potem chodzi ostrożnie, podtrzymując dodatkową fałdę na brzuchu, a gdy chwilowo nikt nie patrzy, upycha zawiniątka za książkami, doniczką, szafą, między piłkami. Pytam, dlaczego to robi. – Boję się głodu. – Potem, gdy przedszkolanki tracą czujność, a każda z band pilnuje swojego terytorium, Adaś zakrada się do pustej sali „po piłkę” i szybko zjada bułkę. Pięć czy sześć takich wypraw przed obiadem i może spokojnie przeżyć dzień. Tylko ja wiem, ile go to kosztuje, gdy skrada się spięty do bunkrów przedszkola i wychodzi rozluźniony, do kolejnego lęku, do następnej kompulsji. I jakoś jest, do momentu, w którym przedszkolanka nie pozwala nam wstać od obiadu i w towarzystwie Magdy wyciąga zawiniątko zza doniczki. – Jest to bułka, bardzo źle potraktowana – mówi. – W niebie płaczą od tego. Spadły na ziemię chlebek się całuje, a wasz kolega poniewiera. Niech się kolega przyzna, bo my wiemy. – Widzę kątem oka, jaka jest radość na trybunach tego przedszkolnego koloseum, ile kciuków poszło w dół nad poobiednim kompotem. Dzika frajda spektaklu. Adaś trzęsie się i patrzy w okno. W końcu mówi: „ja”, a to „ja” ma w sobie pudowy ciężar codziennych uników, kluczeń, podchodów. To „ja” bierze na siebie wszystkie zarzuty jak lej i szybko wypełnia się kamieniami. I oto siedzi przy mnie niezgrabne zwierzę i ciężko oddycha pod presją obławy. Słucham, jak śmieje się banda Magdy, i w jazgoczącym tonie dziewcząt moje ucho dziecka spod lasu chwyta wspólny rytm łowieckiego gonu, zgodny zew krwi. – Wstań, zakopiesz bułeczki w ogrodzie, a wcześniej każdą pocałujesz – przedszkole najwyraźniej chce mszy z całopaleniem. Adaś wstaje i, odprowadzany rechotem, idzie wolno ku drzwiom. – Bierzesz szpadel i na pagórku pochowasz to pieczywo. – Pani Zosiu, a może damy ptaszkom, w parku – pokrzykuje Ala. – Nie, wasz kolega musi odczuć, co znieważył. – Stoimy zatem przed budynkiem, a zgięty wpół pod szpadlem Adaś wychodzi z budki woźnego. Woźny waha się, czy nie wziąć na siebie roli Cyrenejczyka, ale pod karzącym wzrokiem pani Zosi ustępuje. Adaś tężeje, jego ruchy stają się automatyczne. Nie wiem, czy to ciężar szpadla, czy naszych spojrzeń. Z wielkim trudem zdobywa pagórek, z którego zimą zjeżdżaliśmy na sankach. – Teraz wykopiesz dołek na bułki! – Zaczyna. Trudno mu utrzymać łopatę, chwieje się, a tu nieprzychylny szmer narasta i niedługo przebije granicę głosu, sforsuje próg impertynencji. Adaś zahacza się o szpadel, upada. Przykucam z wrażenia, chcę biec, wybiec na ulicę, do niego, rozbiec się. Woźny klnie, rzuca pracę i rusza na pagórek. – Kopiesz, kopiesz, Elizka przyniesie ci bułki. – Dostałam zadanie, wbiegam do budynku, nie wiem, w co zebrać bułki ze stołu, więc zawijam je w obrus i wynoszę. – Szybciej, Eliza, szybciej, zemdlałaś tam czy co? – Wybiegam i ruszam łąką. Idę tak, by ich nie upuścić. Dochodzę do linii drzew i cienia. Słyszę jeszcze jedno „szybciej” – i zamieram. Zamieram, bo chyba weszłam w pisklę. Nastąpiłam, nadepnęłam, zgniotłam. Ten moment, kiedy staję dęba i wiem, że jeśli nie utrzymam przechyłu, runę i zmiażdżę. I nie będę się mogła podnieść, by nie zobaczyć. A jednak przegrywam z ciążeniem i padam. Za moimi plecami salwa śmiechu, a przez ciało po raz pierwszy idzie mi prąd. Od kości ogonowej po kark, jakby ktoś wpychał mi szybko w rdzeń pręt pod napięciem. Robi mi się słabo. Bułki z obrusem w trawie przede mną, powypadkowa martwa natura, a ja nie mogę się ruszyć. Nie mogę się ruszyć, bo widzę to pisklę na moich niebieskich spodniach. Widzę błotnistą maź z piórami i resztkami ptasiej anatomii na nogawkach. Nie wiem, dlaczego w mojej głowie nie wyświetla się obraz z domieszką krwi. Nie wiem, ale odtąd podręczniki biologii kłamią. I ja kłamię na sprawdzianach z anatomii opierzonych, ale co innego mam zrobić z tym swoim wtajemniczeniem. Nie wiem, dlaczego w asyście wewnętrznego dudnienia, które rozsadza mi czaszkę, kradnie mi mózg instalacja w kolorze sinego błota. Dlaczego zamiast dziecięcych nogawek widzę w powiększeniu dwa drgające płótna z panoramą skóry, piór, kostek, pazurków, dzioba. Odtąd wszystkie ptaki będą już dla mnie opierzonymi workami o cienkich ściankach, w których błoto rozkładu miesza się z gnijącymi fragmentami ich sekretnej anatomii. Mogę podziwiać je w locie, słuchać ich śpiewu, ale niech nie zbliżają się do mnie. Niech się nie zbliżają, bo jeszcze zbyt raptownie potrząsną główką i wypłynie im oczko zatyczka. I wtedy wyleje się mętna, okropna treść, którą na pewno mam teraz na spodenkach. Od tych kilkunastu sekund, które spięły moje ciało w skurcz. W ostry, ciemny, paraliżujący skurcz wstrętu. Ciągle widzę, jak otwiera dziób. I nie jest to już dziób opierzonego pisklaka, który jeszcze nie potrafi latać i bezradnie się stroszy, pierwszy raz poza gniazdem. Wiem, nie ma się czego bać. Czuję, że nie przestanę się bać.

Tak, bracia ptaki, nie umiem udźwignąć waszej roztrzepotanej, pulsującej, zranionej, nielotnej bliskości. Nie umiem od chwili, w której nie mogłam się ruszyć, jakby odjęło mi nogi, bo z dreszczem wstrętu w pięcioletnim ciele poczułam, że zabiłam. Zabiłam, rozgniotłam i nie da się tego ukryć. Słyszę głos przedszkolanki: – Masz ci los, teraz ta. Skórę zdarłaś? Wstawaj! – Trawa pod drzewami, jeszcze wilgotna, pachnie słodkawą soczystością, jadalnie, na rozpulchnionej rosą ziemi. Myślę, że dobrze być kretem, ten nie widzi martwych ptaków i spokojnie, dyskretnie przemieszcza się pod powierzchnią, po której chodzą złość, przymus i żal. A potem myślę, że kret, kopiąc, natrafia pod ziemią na te wszystkie rozmiękłe bułki, truchła i, niedowidząc, przegarnia je z obrzydzeniem palcami, ryje w nich, nie potrafiąc ich okrążyć. I przestaję być kretem. Ale sobą też nie chcę być, zwłaszcza że pokrzykiwanie przedszkolanek eskaluje. Za moimi plecami gromadzą się koleżanki i z czułością, z ciumkaniem kucają blisko nóg, które mi odpadły. – Jaaaki biedny ptasiu, ptasiorek. – Proszpani, proszpani, on musiał spaść z drzewa. – Jaaaki słodziak. A mój kręgosłup po raz drugi sztywnieje, jakby ktoś podpiął mi rdzeń do gniazdka. Za dużo naraz, by mieć dostęp do myśli. Adaś zawodzi na pagórku, pani Zosia krzyczy, a ja obracam w głowie tę jedną wiadomość, że nie zabiłam. Nie zabiłam, więc mogę się ruszyć. Mogę, ale od pasa w dół ciało odmawia mi współpracy. Posuwam się zatem na rękach, powłócząc nogami, jak ranny żołnierz w okopach dzieciństwa. – Co się wydurniasz, dziewczyno – krzyczy woźny. A ja czuję tylko, że nie mogę spojrzeć za siebie, bo łąka wybuchnie. Dziś nie pamiętam, jaki odcinek pokonałam na łokciach. Ja, która twierdziłam zawsze, że mam wyjątkowo słabe ręce. Bardzo ci współczuję, wróbelku, że twój niepozorny upadek stał się dla pięciolatki, której po dziś dzień nie rozumiem, inicjacją w lęk. Jedyny lęk, który okazał się lękiem upartym i panicznym, schronem dla złych snów, gnomem wyobraźni. Współczuję ci, ptaszku, że sam przerażony, zainfekowałeś swoim smutnym wypadkiem wszystkie moje łąki, bo do dziś, potykając się o kamień, raptownie się zatrzymując, rozdeptuję cię na miazgę. Dopiero sam wyszedłeś z jaja, a stałeś się niedopierzonym akuszerem mojej grozy.

I ta wróciła. Wróciła po paru miesiącach, gdy wbiegłam na klatkę schodową naszego jednopiętrowego bloku pod lasem. Bloku, w którym na parterze mieści się lecznica weterynaryjna, a na piętrze mieszkają rodziny weterynarzy. Jest wczesny jesienny wieczór, chłód od pól powoli anektuje przydomową łąkę, przejmuje ją lekkim dygotem, przyprawia o gęsią skórkę liście, pnie i pędy. Rozochocona i oszołomiona zabawą z psami na bezpiecznych, bo odkrytych wzgórzach, ruszam do mieszkania po piłkę. Wbiegam, pokonuję pierwsze schody i słyszę uderzenie. Słyszę, nie widzę, bo na moment zamieram, ale magnes lęku wciąga mnie głębiej, na kolejne stopnie. Stąd już widzę ściemniałe pod wieczór okno. I oto w szybę uderza ptasi pocisk. Sikorka. Już osłabiona, ale na sprężynie amoku forsuje przeszkodę. Chcę krzyknąć: „Mamo, chodź!”, ale nie mogę się ruszyć. Podbrzusze i plecy przejmuje mi znany już elektryczny impuls. A ptak raptem wykręca przed oknem i po przekątnej tnie powietrze nade mną. Krzyczę, odskakuję, zahaczam butem o poręcz i spadam ze schodów. Kostka boli, ale nie wołam o pomoc. Boję się, że ptak wtedy runie w moją stronę, szukając wybawcy z labiryntu. Z labiryntu prostej blokowej klatki z dwiema doniczkami na parapecie. Tego wieczora jednak klatka jest studnią lęku. Nie mogę z niej wyjść w dół ani w górę. Gdy po dłuższej chwili, pocąc się z każdym odgłosem uderzenia, postanawiam wyczołgać się na podwórko tak cicho, by nie zwabić psów, słyszę głuche pacnięcie i wszystko zamiera. Tak, wiem, co się wydarzyło. Z obrzydzenia i smutku robi mi się niedobrze. Próbuję iść ku drzwiom na czworaka, gdy psy zaczynają szczekać. Sąsiad wraca ze spaceru z wnukiem, słyszę głosy. Po chwili przez drzwi wbiegają Bur, czarny, wyżłowaty pies sąsiadów, z Igorkiem. – Igor, zabierz go – krzyczę, ale ten patrzy na mnie z tępym rozbawieniem. Bur wbiega na półpiętro i zmienia ton. Szczeka cienko, z konsternacji, potem z podniecenia. Sąsiadka wychodzi z mieszkania: – Oj, Bur, zostaw, brzydki pies, brzydki, zostaw ptaka! – Wychodzi z mieszkania mój ojciec. „Dopiero teraz – myślę – dopiero, nie zauważylibyście, gdyby wszystko wokół zdechło, dopiero”. Ojciec wychyla się: – Chodź, Elizka, do domu, ja tu posprzątam potem. – Nie, nie pójdę, nie dam rady. Może jutro, może za tydzień. Wychodzi matka. Rozmawiamy. Do domu wchodzę po godzinie, mimo bólu kostki, sama, trzymając się poręczy, z zaciśniętymi oczami. Nigdy nie miałam takiego lęku wysokości i przestrzeni jak na tym jednym piętrze. Śpię w kurtce, twarzą do ściany.

A PO DWÓCH LATACH stoję zaaferowana, twarzą do stołu zabiegowego, w odnowionym gabinecie weterynaryjnym mojego ojca. Adoruję spojrzeniem pewność, masywność konstrukcji. Powagę fachu. Ojciec krząta się w kitlu przy szafce z miną – jak na niego – bardzo nabożną, jakby dopiero co odprawił na tym stole świecką mszę na cześć bożków profesjonalizmu. Dumny, puszcza oko do córki, zakasując rękawy lekarskich szat liturgicznych o barwie bieli, srebra i szarości. Tak, ma w kieszeni wszystkie atrybuty: skalpele, nożyczki, termometr w szarym pudełeczku, pęsety. Tańczy na wysokości mojego nosa ten jego wrogi, ale dziś wyjątkowo zalecający się przybornik. – Aleś się odstawił, Andrzej, jeszcze dziecko zachęcisz i po tobie przejmie – zagląda do gabinetu pan Przerwa, asteniczny złośliwiec, dziś, nie wiedzieć czemu, nastawiony przychylnie. – Ja jej tylko pokazuję, bo chciała wiedzieć, co tu się robi. – Nie chciałam, nie szkodzi, śledzę z odległości dwóch metrów półki z probówkami. – Podejdź, zobacz sobie, skrzynki z narzędziami, ciekłym azotem traktowałem. – Nie wiem, czym jest ciekły azot, zaczynam wyobrażać sobie żrącą białą mgłę, w którą ojciec ciska kolejnymi narzędziami, a potem, po ustąpieniu mgły, zbiera je i wkłada do metalowych skrzynek. „Lubię zbierać grzyby, lubiłabym i narzędzia, jakby tak można z łąki” – myślę. A tu ojciec podtyka mi pod nos wielkie kleszcze. – Tym się wyciąga cielątko z krowy, jak uwięźnie. – Uwięźnie? – No nie zawsze się dobrze odwróci. I ty się w mamie zaklinowałaś. – A to mnie też tym...? – pytam, wskazując wzrokiem przyrząd. – Ha, ha, nie – śmieje się ojciec. – Przy tobie było pęknięcie macicy i samo poszło. – Ach tak – odpowiadam, chociaż nie jestem pewna, czy mówię to nam, czy tylko sobie. – A tu jest lampa zabiegowa – ojciec z dumą kręci giętką szyją lampy i zbliża głowicę do stołu. – Piękna – mówię szczerze, chociaż jej piękno jest zimne i zbyt geometryczne. Wielością małych żarówek przypomina oko muchy. Jest groźna. Wpatruję się w nią jak zahipnotyzowana, w jej świetlne kanały, w przezroczyste ścianki izolujące żarówki. – O, a tu zobacz, kogo dzieci przyniosły – mówi ojciec, zwrócony do mnie plecami. Odrywam wzrok od lampy, mroczki przed oczami, a on odwraca się i pewnym ruchem podtyka mi pod brodę dłonie. W dłoniach zraniony ptak z bandażem na skrzydle. Słabnę. – No co, młody gołąbek, samochód go potrącił, możesz pogłaskać, nie dziobnie cię. – Cofam się na ścianę, wywracam śmietnik. – Boisz się? To tylko ptak. – Podchodzi i ponownie przybliża mi go do twarzy. Przez chwilę przyglądam się w stuporze. Oko mojego lęku chłonie rozczapierzone pazurki, czarne szramy na pulsującym podgardlu, szklane, wyłupiaste oczka, korpus-bukłak z chlupoczącym w środku bezkostnym błotem. Piórka sterczą zeń w różne strony, widać, że dopiero co wylizał to stworzenie szorstki jęzor losu. Jakby tego było mało, ojciec rozpościera mu zdrowe skrzydło. Atak mdłości. Gołąb się ożywia. Trzepot, biały opar i siwy puch w powietrzu. I raptem sypie się trupie próchno spod tłustego od połysku pancerza piór. Suchość truchła podżera masywne ciało ptaka. Nigdy nie uwierzę, że gołębie są żywe, nie, one są tylko nakręcane. To widać po oczkach. Chmura piór opada, a ja budzę się z letargu, wybucham płaczem, wypadam na korytarz. Wybiegam, wybiegam, wybiegam. Na parking, skrótem, do ogrodzenia, w stronę lasu. Niesie mnie. Niesie tak, jakbym sama miała zaraz nauczyć się latać. Dopadłszy skraju lasu, siadam na kamieniu z wyrytą strzałką wskazówką dla poszukujących pozostałości po cmentarzu wojennym. Tu przeszywa mnie po raz trzeci wiadomy prąd. Wymiotuję. Znów fala wstrętu, wymiotuję raz jeszcze. Uspokojenie. Zwijam się w kłębek i próbuję zapomnieć. Nie słyszę nawoływań. Wracam do domu o zmierzchu.

Komu to piszę? Wszystkim bogom dziecięcej traumy. Złośliwcom losu, podrzucającym mi martwe ptaki. Pod koła roweru, na balkon, pod krzak czerwonej porzeczki. Testującym, czy wciąż robi to na mnie wrażenie. Czy można, po tylu już latach dręczenia, przejść na myszy, pająki, cokolwiek ożywionego? Otóż nie, nie ma takiej konieczności. Dręczenie jest wyjątkowo wydajne, a pionek Eliza nadal staje dęba na planszy i traci kolejkę, gdy na sąsiednie pole upada martwy ptak. Można rzucać do woli.

ELIZA KĄCKA (ur. 1982), adiunktka na Wydziale Polonistyki UW, współredaktorka antologii poezji najnowszej Poeci i poetki przekraczają granice (2011), autorka książek Stanisław Brzozowski wobec Cypriana Norwida (2012), Lektura jako spotkanie. Brzozowski – tekst – metoda (2017), Elizje (2017) oraz po drugiej stronie siebie (2019). W tym roku ukaże się jej Strefa zgniotu.

Partnerem Prozy w „Piśmie” jest Wrocław Miasto Literatury UNESCO i Wrocławski Dom Literatury.

Miniatury  Karoliny Lewestam

REPORTAŻ

Powrót z peryferii

tekstALEKSANDRA WARECKArysunkiKAROLINA LUBASZKO

OD TRZECH LAT trwa reforma, która ma szansę wydobyć polską psychiatrię z zapaści. Albo raczej ją miała.

Myślałam, że się z tego nie wygrzebię. Jestem zdziwiona, że mi się udało. I to do tego stopnia, że mogę normalnie żyć.

Katarzyna Szczerbowska nie lubi światła. Siedzi w półmroku, ubrana w czarną bluzkę, ale cała jest jasna. Ma krótki blond warkocz i jasny, ciepły głos. W poprzednim życiu, które skończyło się w 2008 roku, pracowała jako sekretarz redakcji w miesięczniku o podróżach. Miała trzydzieści osiem lat, gdy zaczęła czuć i widzieć rzeczy, których nie było. – Wydawało mi się, że wszyscy się za mną oglądają, śledzą mnie, słyszą moje myśli. Czułam, że zaraz umrę, że się uduszę – opowiada. Trafiła do Instytutu Psychiatrii i Neurologii przy ulicy Jana III Sobieskiego w Warszawie. – Nie mówiłam, nie chciałam jeść, nie poznawałam bliskich. Nie było ze mną kontaktu. W szpitalu moczyłam głowę pod kranem i chlapałam na innych mokrymi włosami.

Jej mama przynosiła zdjęcia i mówiła: „To jest twoja córka, Ola. Ty masz na imię Kasia. Tutaj, zobacz, jesteś w górach”. Partner ją karmił. Nastawiał muzykę, gimnastykował się, a ona go naśladowała. Poprosił jednego z pacjentów, żeby się nią zajął, kiedy nie będzie przy niej bliskich. Chłopak, który trafił na Sobieskiego z więzienia, czytał jej Mistrza i Małgorzatę. Budowali razem z gazet instalację do kontaktu z kosmosem. – Te wszystkie osoby przyczyniły się do tego, że wróciłam do zdrowia. Ale największą motywacją była moja trzynastoletnia wówczas córka. Chciałam wyzdrowieć, by móc ją wspierać – opowiada Szczerbowska.

– Zapytałam mojego partnera, dlaczego trzymają mnie w pasach. „Wiesz, Kasiu, nikt nie ma siły bawić się z tobą w kółko graniaste przez całą dobę” – powiedział. Użycie tego środka jest trudne dla pacjenta i dla personelu, ale w szpitalu nie ma miejsca na indywidualną opiekę. Pasy są sposobem na zabezpieczenie osób, które zachowują się nieprzewidywalnie. Tam są cztery osoby personelu na trzydziestu pacjentów.

Szczerbowska była w szpitalu trzykrotnie. Pierwsze dwa pobyty – w latach 2008 i 2010 – były półroczne. Trzeci, w 2018 roku, trwał dwa miesiące. Przyczyną jej psychozy była kombinacja niesprzyjających okoliczności: przewlekłego stresu, nieprzespanych nocy, zbyt intensywnej psychoterapii grupowej, która nastąpiła w niewłaściwym momencie, oraz wrodzonej wrażliwości.

Diagnozę – schizofrenia – usłyszała w 2008 roku. Choroba i tak była dla niej łaskawa. Wkroczyła w poukładane życie, w którym był partner, córka, praca. To nietypowe, bo najczęściej perfidnie uderza w młodych, między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, którzy często nie zdążyli pokończyć studiów, założyć rodzin. Im trudniej odbudować to, co zburzyła.

Pobyt w szpitalu Szczerbowska nazywa doświadczeniem granicznym. Gdy pierwszy raz trafiła do Instytutu Psychiatrii i Neurologii, na ścianach był grzyb, jedna łazienka na trzydzieścioro pięcioro pacjentów, nieszczelne okna, zimno. Spała w czapce, w palarni, bo tam miała spokój, była sama. Jednak w szpitalu czuła się otoczona opieką. Byli lekarze, którym ufała, i podane na czas posiłki. Po pobycie na oddziale całodobowym, gdzie trafiają najciężej chorzy pacjenci, poszła na oddział dzienny, na którym odbywa się intensywna, trzymiesięczna terapia grupowa, mająca przygotować do stawienia czoła codziennemu życiu.

– Po wyjściu ze szpitala trafiłam w próżnię. Nie dostałam żadnej pomocy. Miałam zalecenie, że powinnam znajdować się pod opieką lekarza. Ale do poradni zdrowia psychicznego była kolejka i ciężko się było do niej dostać.

Poradnie zdrowia psychicznego to miejsca, gdzie może się zgłosić zarówno pacjent, który wyszedł ze szpitala i tu chce kontynuować swoje leczenie, jak i osoba, która zauważyła u siebie problemy natury psychicznej. Niestety, na wizytę czeka się kilka miesięcy.

– Musiałam sama sobie zorganizować opiekę. Miałam ciężką depresję i – pierwszy raz w życiu – myśli samobójcze. Wpadłam na pomysł, że będę grała na komputerze w tryktraka, grę przypominającą warcaby. Starałam się skupić na niej, a nie na tym, jak odebrać sobie życie. Ten stan trwał kilka miesięcy. Błąkałam się, szukając psychiatry i odpowiedniego psychoterapeuty, bo nie każdy chce i umie się zajmować osobą po kryzysie psychotycznym.

Według Analizy świadczeń psychiatrycznych dla pacjentów z rozpoznaniem schizofrenii sprawozdanych do Narodowego Funduszu Zdrowia w latach 2009–2018 opublikowanej w „Psychiatrii Polskiej” jedynie 5 procent osób z rozpoznaniem schizofrenii (osiem tysięcy chorych) korzystało z różnych form opieki, takich jak psychoterapia, oddział dzienny czy opieka domowa. Pozostałe 95 procent (153 tysiące chorych) miało do dyspozycji wyłącznie leczenie szpitalne i wizyty u psychiatry w poradniach zdrowia psychicznego.

Szczerbowska przyznaje, że trudno jej było zaakceptować nową siebie. Schizofrenia stereotypowo kojarzy się źle: z kimś nieprzewidywalnym, kogo trzeba izolować. Nie czuła się tak sprawna intelektualnie, jak wcześniej. Miała trudności ze skupieniem się na pisaniu i redagowaniu tekstów. Pracowała wolniej. Redaktor naczelna zdjęła z niej zadanie comiesięcznych wywiadów. Chciała ją odciążyć, a Szczerbowska bardzo to przeżyła. Uważała, że sobie poradzi. – Chciałam być traktowana jak zdrowa. A ludzie reagowali litością albo ucieczką.

Jej nowe życie zaczęło się od skarpetek. Po drugim pobycie na Sobieskiego zaczęła je zbierać wśród znajomych: – To taki symboliczny prezent. Kojarzy się z ciepłem i troską – tłumaczy. – Boże Narodzenie 2010 roku spędziłam w szpitalu. Kiedy skończyły się odwiedziny bliskich, zostaliśmy sami. To najtrudniejszy moment. Poczułam, że jestem na marginesie. Nikomu niepotrzebna. Gdy wyszłam, myślałam o tych, którzy zostali. Postanowiłam co roku robić im prezenty. Po kilku latach trafiłam do portalu Gazeta.pl, gdzie napisałam artykuł o pobycie w szpitalu psychiatrycznym: Spałam w palarni. Następnego dnia byłam w Dzień dobry TVN.

Potem poszło szybko. Psychiatra Joanna Krzyżanowska-Zbucka zaprosiła ją do rady Fundacji eFkropka działającej na rzecz osób doświadczających kryzysu psychicznego. Została też rzeczniczką prasową Kongresu Zdrowia Psychicznego – cyklicznych spotkań psychiatrów, psychoterapeutów, organizacji pacjentów i osób po kryzysach z całej Polski, na których są omawiane problemy opieki psychiatrycznej wymagające najpilniejszej zmiany.

Trzeci kryzys zachwiał nowym życiem Katarzyny Szczerbowskiej w 2018 roku, gdy była rzeczniczką Biura do spraw Pilotażu Narodowego Programu Zdrowia Psychicznego. Do szpitala przy Sobieskiego trafiła na dwa miesiące, po wyjściu zgłosiła się do Wolskiego Centrum Zdrowia Psychicznego. Nadal pozostaje pod jego opieką.

Narodowy Program Zdrowia Psychicznego to projekt reformy psychiatrii, który ma zapewnić wszechstronną opiekę osobom chorującym psychicznie. W jego ramach od 2018 roku powstają centra zdrowia psychicznego – takie jak wolskie centrum, do którego trafiła Szczerbowska – gdzie pacjent doświadczający kryzysu psychicznego może dostać kompleksową pomoc blisko domu. Bez kolejek, bez skierowania. Zadaniem centrów jest nie tylko opieka medyczna, ale też wsparcie osób po kryzysach w powrocie do pełnego życia: pracy, nauki, zakładania rodziny. Obecnie działają trzydzieści trzy centra, między innymi w Kościerzynie, Suwałkach, Łomży, Bełchatowie, Toruniu, Łodzi i Radzyniu Podlaskim. Program przewiduje, że do końca 2027 roku powstanie ich ponad trzysta – jedno w każdym powiecie. Biuro do spraw Pilotażu kwalifikuje placówki medyczne do programu.

Katarzyna Szczerbowska wspomina prowadzoną przez siebie po powrocie do pracy konferencję prasową, która jej zdaniem zupełnie nie wyszła. Dreptała w miejscu, bo taki był skutek uboczny leków. O paru kwestiach zapomniała. Ale jej ówczesny szef Marek Balicki powiedział: „Dziękuję bardzo, wyszło świetnie”. Jest mu wdzięczna, że traktował ją jak zdrową. To uskrzydla i mobilizuje.

Dla Szczerbowskiej terapią okazały się praca i miłość do córki. Gdy ją pytam, jaka jest Ola, opowiada o kawałku sernika dzielonym na pół, z którego córka oddaje jej lepszą część. Mówi, że dała Oli życie, ale też dostała życie od niej. – Chorujący psychicznie milczą – opowiada. – Boją się ujawniać. Nie chcą być postrzegani przez pryzmat choroby. A ja chciałabym wyjść na ulicę i krzyczeć: „W szpitalach psychiatrycznych są ludzie! Jeśli szybko im pomożemy, scenariusz ich chorowania może być inny niż mój”.

W CIĄGU jednego miesiąca z publicznych szpitali psychiatrycznych odeszło trzech moich znajomych psychologów – opowiada Lucyna Muraszkiewicz, psycholożka kliniczna, dyrektorka prywatnej lecznicy Salus Pro Domo. – Zrezygnowali z powodu dramatycznych warunków związanych z obciążeniem obowiązkami. Stwierdzili, że nie są w stanie uczciwie wykonywać swojej pracy.

Siedzimy w gabinecie centrum medycznego, które bardziej przypomina spa. Mieści się w odnowionej zabytkowej kamienicy w centrum Warszawy. Ze zdobionych sztukateriami sufitów zwisają kryształowe żyrandole, kanapy w kolorze fuksji odcinają się od wysokich, śnieżnobiałych ścian. W recepcji stoi piękny, stary piec kaflowy.

Muraszkiewicz przepracowała ponad trzydzieści lat w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, gdzie – jak opowiada – zakładała ze współpracownikami oddziały dzienne i środowiskowe oraz pierwszy w Polsce oddział dla młodych pacjentów z pierwszymi epizodami psychoz schizofrenicznych. Odeszła pięć lat temu.

– Zajęcia psychoterapeutyczne na moim oddziale były od rana do wieczora. Program zakładał psychoterapie indywidualne, grupowe i rodzinne, psychoedukację dla pacjentów i ich rodzin. Mieliśmy efekty. Obniżaliśmy ryzyko nawrotów choroby. Nasi pacjenci, którzy wcześniej mieli po kilka hospitalizacji w ciągu roku, wracali do aktywnego życia. Pamiętam pacjentkę, która w ciągu jednego roku pięć razy lądowała na oddziale. Brała leki, nauczyła się kontrolować chorobę, przestała wracać do szpitala. Wyszła za mąż, urodziła dziecko, wróciła do pracy. Takich przykładów mam więcej. Niestety Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ) za naszego pacjenta płacił tyle samo co za tego, który nie miał tak intensywnej terapii. Zmniejszano etaty. Poczułam, że to nie my decydujemy o leczeniu, ale NFZ.

O swojej obecnej lecznicy opowiada z entuzjazmem. Mówi o terapii szytej na miarę. O ludziach, których przywraca na rynek pracy, na studia. O terapeutach, którzy – gdy trzeba – towarzyszą pacjentom na zajęciach na uczelniach, w kawiarniach, na stokach narciarskich. O kompleksowym programie leczenia psychoz. To jednak rozwiązanie dla zamożnych. Godzina psychoterapii kosztuje 150 złotych, wizyta u psychiatry – 210 złotych, wizyta domowa psychologa – 400 złotych. Publiczną psychiatrię podsumowuje: – Dziewiętnastowieczne podejście do leczenia. Zapomniany obszar. Pokutuje myślenie, że zaburzenia psychiczne to wstydliwy problem – i dodaje: – Kondycja psychiczna Polaków od dawna była zła. Badanie EZOP [Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej – przyp. A.W.] z 2012 roku pokazuje, że prawie jedna czwarta Polaków choć raz miała jakieś zaburzenie psychiczne. Jesteśmy po transformacji, narażeni na niesamowite tempo zmian cywilizacyjnych i technologicznych. Teraz jeszcze doszedł koronawirus. Od roku jesteśmy w ciągłym napięciu i poczuciu zagrożenia. Myślimy: „Jak przeżyję?”. To się przekłada na nasilone zaburzenia depresyjne, lękowe, obsesyjno-kompulsywne, na uzależnienia. Myślę na przykład o dzieciach, które siedzą osiemnaście godzin przed komputerami, a gdy im się ograniczy do nich dostęp, mają zespół abstynencyjny, którego rodzice nie rozumieją. Ja prowadzę podmiot komercyjny. Ale na miły Bóg, co z tymi, którzy nie mają pieniędzy?

FIASKO. Tak Najwyższa Izba Kontroli podsumowała pierwszą edycję Narodowego Programu Zdrowia Psychicznego na lata 2011––2015. W jej ocenie jego główne przyczyny to: „niezaplanowanie środków finansowych (...), nieskuteczna koordynacja programu, a także ogólnikowość części celów i zadań”.

„Brak realizacji Narodowego Programu oznacza nie tylko lukę w lecznictwie (tylko połowa ludzi z zaburzeniami jest objęta leczeniem), ale znacząco oddziałuje na stan praw człowieka w Polsce” – punktuje rzeczniczka praw obywatelskich [w latach 2010–2015 – przyp. red.] Irena Lipowicz w raporcie Ochrona zdrowia psychicznego w Polsce: wyzwania, plany, bariery, dobre praktyki z 2014 roku.

– Dwie trzecie powiatów nie ma na swoim terenie oddziału dziennego, niemal tyle samo nie ma zespołów leczenia środowiskowego – przybliża sytuację Marek Balicki, były kierownik Biura do spraw Pilotażu Narodowego Programu Zdrowia Psychicznego. – Dominuje szpital i poradnia zdrowia psychicznego.

Według raportu firmy doradczej Upper Finance Med Consulting przed pandemią 1,6 miliona Polaków leczyło się psychiatrycznie. Na termin w poradni zdrowia psychicznego czekali trzy, cztery miesiące. We wszystkich wskaźnikach dotyczących opieki psychiatrycznej jesteśmy w ogonie Europy. Mamy zaledwie dziewięciu psychiatrów na sto tysięcy mieszkańców (w Europie mniej mają Macedonia Północna, Bułgaria i Turcja). Na psychiatrię wydajemy 3,4 procent całego budżetu na zdrowie (mniej przeznacza na nią tylko Bułgaria). Więcej wydają na nią kraje zbliżone do nas gospodarczo: Czechy, Węgry, Słowacja. Średnia europejska to 6–8 procent. Marek Balicki przekonuje: – Absolutne minimum to 6 procent.

– „Przeznaczymy więcej na zdrowie, gdy będziemy bogatsi”. Takie Balcerowiczowskie myślenie o wydatkach na zdrowie ukształtowało się w latach 90. – wyjaśnia Balicki. – Staliśmy się bogatsi, a psychiatrię mamy nadal niedofinansowaną. Według Banku Światowego należymy do krajów o wysokim dochodzie, tymczasem strukturę wydatków na opiekę psychiatryczną mamy jak kraje biedne: 70 procent na oddziały całodobowe, 7 procent na oddziały dzienne i 23 procent na leczenie ambulatoryjne. W krajach bogatych środki rozłożone są po równo.

Taki podział wydatków utrwala archaiczny, izolacyjny sposób leczenia. Na oddziałach całodobowych pacjent ma stawianą diagnozę, po której następuje leczenie farmakologiczne, ale najczęściej nie ma tam miejsca na wszechstronne, długotrwałe terapie, które oferują oddziały dzienne.

Niskie i źle rozplanowane finansowanie oraz niezauważanie problemów psychicznych Polaków ma konsekwencje. Według raportu Komendy Głównej Policji w 2020 roku 5165 osób odebrało sobie życie. Dramatycznie rośnie liczba nieobecności w pracy z powodu zaburzeń psychicznych. Według raportu firmy Human Power między 2012 a 2018 rokiem wzrosła o 39,2 procent. To więcej niż w przypadku nowotworów czy chorób krążenia. Za ponad połowę absencji jest odpowiedzialny stres w miejscu pracy. Jak podaje Upper Finance Med Consulting, koszty pośrednie zaburzeń psychicznych jeszcze przed pandemią koronawirusa mogły przekraczać 30 miliardów złotych rocznie.

– Wszyscy mówią, że psychiatria jest priorytetem, deklarują dobrą wolę – zauważa Balicki. Ale w działaniach instytucji i urzędów okazywało się coś przeciwnego. Powodem było trwające od lat niezrozumienie problemu i stereotypy, co skutkowało odkładaniem reform na kolejne lata, wypychaniem psychiatrii z głównego nurtu zainteresowań, niskimi nakładami. To zjawisko nazywa się stygmatyzacją strukturalną.

TO BYLI ZAWSZE jacyś oni. Inni. Nie my. Obłąkani. Chorzy na umyśle. Chorzy psychicznie. Ukryci. Izolowani. Wyrzucani na margines. Ze świadomości, pamięci i dosłownie: do szpitali molochów gdzieś na peryferia, poza miastem, poza zasięgiem wzroku. Gdzieś, gdzie instytucja – nazwana przez amerykańskiego socjologa Ervinga Goffmana totalną – wyznaczała rytm dnia i podporządkowywała regulaminom. Ale z czasem psychiatrzy doszli do wniosku, że przedłużająca się izolacja pogłębia cierpienie. Oducza decydowania o sobie. Osadza w chorobie. Raport rzeczniczki praw obywatelskich z 2014 roku powołuje się na badania Jacka Moskalewicza, który wykazał, że średni czas hospitalizacji w Polsce wynosi dwa miesiące i należy do najdłuższych w Europie. „Przebywanie długo (...) w wielkich izolowanych instytucjach, z dala od rodzin i własnego środowiska, zwiększa ryzyko trwałego wykluczenia społecznego” – wskazywał Moskalewicz.

To nie choroba wyklucza. Wyklucza podejście do niej. Choroba psychiczna czy – jak dziś mówimy – kryzys psychiczny może dotknąć każdego. Kryzys – bo to stan trudny, ale przejściowy, znany każdemu. Nie definiuje ani nie skreśla nikogo.

– Rozwój człowieka od narodzin do śmierci odbywa się przez kryzysy – tłumaczy psychiatra Izabela Ciuńczyk, dyrektorka Środkowopomorskiego Centrum Zdrowia Psychicznego. – Kryzysem jest to, że idziemy do nowej pracy, wychodzimy za mąż, że w naszej rodzinie pojawia się dziecko. Większość z nas sobie w takich sytuacjach radzi, korzystając z własnych zasobów albo pomocy najbliższych. Ale prawie 25 procent ludzi potrzebuje wsparcia. Wśród nich są cierpiący na zaburzenia depresyjne i lękowe, w których występują objawy znane wszystkim: smutku, przygnębienia, pustki. Ale są też kryzysy psychotyczne, gdy pacjent doświadcza urojeń czy omamów. Te objawy dotyczą 1 procentu populacji. Nikt nie może mieć pewności, że jego zaburzenie psychiczne nie dotknie.

Pionierem nowego podejścia do psychiatrii w Polsce był Antoni Kępiński, działający od późnych lat 40. krakowski psychiatra, humanista i filozof, który mówił: „Nie ma pacjenta, jest człowiek”. W leczeniu stawiał na słuchanie, rozmowę, uwagę i empatię. Jego ideę rozwijało potem środowisko krakowskiej Kliniki Psychiatrii, które w 1999 roku stworzyło Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Psychiatrii i Opieki Środowiskowej. Humanistyczne podejście do chorego miało za zadanie ułatwić mu powrót z peryferii do wspólnoty, do bliskich, sąsiadów.

– Taki model solidarności, odpowiedzialności i troski o pacjenta rozwijaliśmy w Krakowie przez ostatnie czterdzieści pięć lat – wspomina profesor Andrzej Cechnicki, psychiatra, psychoterapeuta, kierownik Zakładu Psychiatrii Środowiskowej Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Tworzyliśmy środowisko, w którym oprócz psychiatrów pracowali psycholodzy, pedagodzy, pielęgniarki, terapeuci zajęciowi, doradcy zawodowi i artyści. Ci ostatni malują z pacjentami, tworzą z nimi teatr, budzą w nich ekspresję, kreatywność, chęć do życia. Wydajemy razem z pacjentami czasopismo „Dla Nas”. Prowadzimy pensjonat U Pana Cogito, w którym pracują osoby chorujące psychicznie. Całe nasze zawodowe życie poświęciliśmy temu, żeby Kraków nauczył się żyć z nami. Teraz ta idea przenosi się dalej.

Psychiatria środowiskowa z idei realizowanej przez rozrzuconych po Polsce wizjonerów i entuzjastów w 2018 roku zaczęła nabierać bardziej zorganizowanych kształtów, gdy ruszyły pierwsze centra zdrowia psychicznego. Marek Balicki: – Stary model psychiatrii utrwala stygmatyzację, przekonanie, że osoba chorująca psychicznie nie może normalnie żyć, tak jak inni. A my już zatrudniamy osoby po kryzysach w pomaganiu innym.

Funkcjonujące obecnie trzydzieści trzy centra zdrowia psychicznego obejmują swoim zasięgiem 12 procent terytorium Polski. Powstały w ramach pilotażu, są sprawdzianem rozwiązań organizacyjnych i finansowych. W tradycyjnej psychiatrii Narodowy Fundusz Zdrowia płaci za usługę, która jest warta określoną liczbę punktów. Jak twierdzi Balicki, takie finansowanie sprawdza się przy operacji wyrostka, a nie przy chorobach przewlekłych, jakimi są zaburzenia psychiczne. – Wyobraźmy sobie, że NFZ zaczyna płacić chirurgowi osobno za rozpoczęcie operacji i osobno za jej zakończenie – tłumaczy. – Przy rozpoczęciu trzech operacji wypracuje tyle samo punktów, które by uzyskał, gdyby wyleczył jednego pacjenta. Absurd, prawda? Tak w tej chwili działa system: nie oczekuje wyleczenia pacjenta, tylko rozliczenia każdej pojedynczej usługi, na przykład jednej sesji terapeutycznej. Dlatego zdarza się, że osoby chorujące na schizofrenię mają jedną godzinę psychoterapii w roku.

Centra zdrowia psychicznego dostają zryczałtowaną kwotę uzależnioną od liczby mieszkańców terenu, na którym się znajdują. Oddział dzienny, całodobowy, poradnia i zespół środowiskowy mają jeden wspólny budżet. To powoduje, że dany ośrodek może nim dysponować elastycznie i dostosowywać wydatki do potrzeb pacjentów.

SZPITAL WOLSKI przy ulicy Kasprzaka w Warszawie. Wnętrze pawilonu piątego to Centrum Zdrowia Psychicznego. Ściany pomalowane na śmietankowy kolor, na podłodze jasne płytki, gdzieniegdzie przetykane grafitowymi prostokątami. Czysto i jasno. Tutaj może się zgłosić osoba potrzebująca pomocy. W punkcie zgłoszeniowo-koordynacyjnym dyżuruje psycholog, który robi wstępne rozeznanie, czy i jakie wsparcie jest potrzebne. Można też zadzwonić i uzyskać informację.

– Jeśli zgłasza się do nas osoba, która zostanie oceniona jako przypadek pilny, mamy siedemdziesiąt dwie godziny [według rozporządzenia ministra zdrowia o pilotażu – przyp. A.W.], żeby zapewnić pomoc – tłumaczy Agnieszka Kaliszewska, neuropsycholog, zastępczyni kierownika Wolskiego Centrum Zdrowia Psychicznego. – Jeśli stan jest stabilny, najczęściej w ciągu miesiąca pacjent ma wizytę u psychiatry. Specjalista decyduje, gdzie następnie powinien trafić: na oddział całodobowy czy dzienny, a może wystarczy pomoc psychiatry w poradni zdrowia psychicznego. Tam diagnostyka jest pogłębiana i powstaje plan terapii.

– My jesteśmy ostatnią deską ratunku – uzupełnia psychiatra Kama Pierzgalska, ordynatorka oddziału całodobowego. Lekarka przez siedemnaście lat pracowała w Instytucie Psychiatrii i Neurologii. Krótko ostrzyżona, w okularach, uśmiechnięta i kontaktowa, prowadzi mnie na górę. Oddział całodobowy zajmuje dwa piętra. Zwiedzam pierwsze, bo drugie to izba przyjęć i oddział izolacyjno-obserwacyjny pod kątem koronawirusa. Gdy zauważam, że oddział jest odnowiony, lekarka przyznaje z entuzjazmem: – O tak, to ważna rzecz po wielu latach pracy w psychiatrii w strasznych warunkach! Oddział ma trzydzieści łóżek, po piętnaście na każdym piętrze. W tej chwili mamy dwudziestu czterech pacjentów. Tu, po prawej są ich sale.

Zaglądamy do jednej. W pomieszczeniu trzy metalowe, szaro-zielone łóżka na kółkach, przy każdym szafka nocna. Jasne, puste ściany. Przy łóżku krząta się ubrany w dresy szczupły mężczyzna. Nazwijmy go Adamem Nowakiem. Po wypisie z oddziału całodobowego ordynatorka przekaże Nowaka w ręce koleżanek i kolegów z centrum. Już wcześniej zapoznają się z jego historią. Pacjent zostanie umówiony na oddział dzienny albo – jeśli jego samopoczucie będzie dawało nadzieję na szybszy powrót do zdrowia – do poradni zdrowia psychicznego. Tam będzie miał spotkania z psychiatrą lub indywidualną psychoterapię. Jeśli jednak będzie wymagał intensywniejszej opieki, może zostać skierowany do zespołu leczenia środowiskowego, który w razie potrzeby odwiedza pacjentów w domach. W jego skład wchodzą lekarz, psycholog, pielęgniarka i asystent zdrowienia – osoba, która przeszła kryzys psychiczny i odpowiednie szkolenie, a teraz służy pomocą innym chorującym.

– Pobyt na naszym oddziale odbywa się na zasadzie krótkiej interwencji kryzysowej – tłumaczy Pierzgalska. – Średni czas hospitalizacji to osiemnaście dni. To krótko, bo opieka nad pacjentem jest kompleksowa i skoordynowana. Wiem, do kogo trafi później. Mogę z tym specjalistą porozmawiać.

Gdyby Adam Nowak wyszedł z dużego szpitala psychiatrycznego, trafiłby do nieznanej sobie przychodni, a na psychoterapię mógłby czekać nawet dwa lata. W centrum zdrowia psychicznego nie tylko dostanie on szybką pomoc, ale również jego rodzina będzie mogła uczestniczyć w grupie wsparcia.

– Mamy bliską współpracę z ośrodkiem pomocy społecznej (OPS). Jesteśmy niemal w codziennym telefonicznym kontakcie – opowiada Pierzgalska. – Raz w miesiącu spotykamy się (podczas pandemii na Zoomie) z jego pracownikami, z pracownikami ze środowiskowych domów samopomocy [ośrodków, w których osoby z cięższymi zaburzeniami psychicznymi otrzymują wsparcie w codziennych czynnościach – przyp. A.W.], z psycholożkami z interwencji kryzysowej. Rozmawiamy o pacjentach, którzy wymagają naszym zdaniem opieki. Czasem pracownicy OPS-u zgłaszają nam osoby, u których zauważą, że dzieje się coś niedobrego, i proszą o objęcie ich opieką. Leczenie środowiskowe to model, który się sprawdza, choć wymaga więcej energii i zaangażowania.

Adam Nowak jest mieszkańcem warszawskiej Woli, dlatego mógł trafić do ośrodka przy Kasprzaka. Takie jest założenie centrów zdrowia psychicznego: są odpowiedzialne za mieszkańców terenu, na którym się znajdują. Ośrodek jest częścią dużego, wielospecjalistycznego szpitala, dzięki czemu pacjenci mogą po sąsiedzku wykonać potrzebne badania, a psychiatrzy – skonsultować przypadek z lekarzami innych specjalności.

– Z oddziału dziennego w Wolskim Centrum Zdrowia Psychicznego korzysta 42 pacjentów. Zespół leczenia środowiskowego ma pod opieką 160 osób. Poradnia prawie sześć tysięcy. Centrum ma w planach współpracę z przychodniami podstawowej opieki zdrowotnej. To ważne, bo pacjenci z zaburzeniami psychicznymi, którzy zapadają na choroby somatyczne, często nie dbają o leczenie – opowiada Pierzgalska.

ZWINIĘTA W KŁĘBEK na łóżku to ja – pokazuje mi swój rysunek Natalia Szymanek. Prosty, schematyczny, wykonany ołówkiem. Elegancka, sześćdziesięcioletnia autorka ma półdługie, lekko falujące włosy, staranny makijaż i jasne perły na szyi, które ze względu na pandemię mogę podziwiać tylko na ekranie komputera. – Obdrapany budynek to szpital przy Nowowiejskiej – wyjaśnia. A to moje łzy. Wtedy leki tak na mnie działały, że nie byłam w stanie słowa wykrztusić. W psychorysunku nie chodzi o tworzenie dzieł sztuki, ale o to, żeby wyrazić swoje emocje. Potem o nich rozmawiamy.

Psychorysunek, o którym mówi Szymanek, odbywa się w ramach zajęć klubu dla pacjentów „Fajrant” Wolskiego Centrum Zdrowia Psychicznego. W klubie mają też miejsce treningi kreatywności oraz arteterapia i biblioterapia, czyli zajęcia z wykorzystywaniem sztuki i literatury, które mają prowadzić do lepszego poznania siebie i radzenia sobie z emocjami. Terapeutka zajęciowa pilnuje, żeby rozmowy nie sięgały za głęboko. Przypomina, że od tego jest psychoterapia. Ale klub jest też miejscem, gdzie uczestnicy wychodzą ze świata choroby do spotkań z drugim człowiekiem. Dostają i dają wsparcie. Zawiązują przyjaźnie, które też mają moc terapeutyczną.

Szymanek nie jest w stanie policzyć swoich pobytów w szpitalu. Ma zdiagnozowaną schizofrenię paranoidalną. Pierwszy raz trafiła na oddział w 1977 roku, gdy miała siedemnaście lat. Do 1984 roku była hospitalizowana kilka razy. Potem dobrze dobrane leki, bezpieczna atmosfera w pracy, miłość i wsparcie matki sprawiły, że choroba wycofała się na długo. Wróciła w 2011 roku. Powody były złożone, została napadnięta i okradziona, a także doznawała długotrwałej przemocy ze strony partnera. Większość 2012 roku spędziła w szpitalu. – Wychodziłam i znów wracałam – wspomina Szymanek. – Kilkanaście razy.

Leczyła się w warszawskich szpitalach: na Sobieskiego, Gruzińskiej, Nowowiejskiej. Na koniec trafiła do Centrum Zdrowia Psychicznego przy Kasprzaka. Takie szybkie powroty do szpitali psychiatrzy nazywają drzwiami obrotowymi. Symbolizują niemoc systemu. Czasem wynikają z natury choroby, ale często są skutkiem nieefektywnego leczenia.

– W pierwszym roku po wyjściu ze szpitala 75 procent chorujących na schizofrenię ma nawrót – zwraca uwagę Lucyna Muraszkiewicz. – Gdy znikają objawy, pacjenci odstawiają leki. To jeden z głównych powodów kolejnych hospitalizacji.

– Lekarze nie mogli mi dobrać leku. Doktor Buczek, który wówczas pracował w wolskim centrum, postawił mnie na nogi. W 2015 roku wyszłam z oddziału całodobowego na trzęsących się nogach – opowiada Szymanek. – Bałam się ludzi, unikałam środków komunikacji miejskiej. Bałam się, że nie starczy mi pieniędzy na taksówki. Że kobieta, która mnie okradła, dorobiła sobie klucze do mieszkania. Proces zdrowienia trwał, uspokajałam się pomału. Trafiłam pod opiekę Zespołu Leczenia Środowiskowego Wolskiego Centrum Zdrowia Psychicznego. Pani psycholog przyjeżdżała do mnie co tydzień i prowadziła psychoterapię. Miałam też przyznanego psychologa z ośrodka pomocy społecznej, który przychodził do mnie codziennie na cztery godziny. O te wizyty wystarało się centrum na Kasprzaka. Skorzystałam też z porady dietetyka i doradcy zawodowego. Gdy się lepiej poczułam, zaczęłam pracować jako konsultantka kosmetyków. Z terapii korzystam nadal.

Szymanek się uśmiecha: – Teraz jestem w okresie remisji. Dużo wysiłku włożyłam w to, żeby choroba nie wróciła. Chciałabym być asystentką zdrowienia. Moja terapeutka mówi, że mam potencjał.

ELŻBIETA JEŁOWICKA zawodowo zajmuje się dawaniem nadziei. Pracuje jako asystentka zdrowienia w Wolskim Centrum Zdrowia Psychicznego. Wspiera chorych obecnością i rozmową. Gdy spotykamy się po raz pierwszy, emerytowana inżynierka z asymetryczną blond fryzurą jest żywym nośnikiem krzepiącego przekazu: „Da się”. Da się żyć, pracować, kochać, być matką i żoną mimo przejścia głębokiego kryzysu psychicznego. Gdy we wrześniu dzwonię, by uaktualnić informacje do tekstu, Jełowicka wraca do zdrowia po kolejnym pobycie w szpitalu. Zbita z tropu, wyrażam współczucie, ona odpowiada trzeźwo: – Kryzysy wracają, ale ja nabyłam nowych kompetencji do bycia asystentem.