Pismo. Magazyn opinii Marzec 2022 - Fundacja Pismo - ebook

Pismo. Magazyn opinii Marzec 2022 ebook

Fundacja Pismo

4,1

Opis

W marcu planowaliśmy skupić się na… nicości. Na niczym, na próżni. Kiedy dziś myślimy o tym temacie, stagnacja jawi się jako stan, do którego chętnie byśmy wrócili.

 

Tymczasem treści, które publikujemy w marcowym numerze, nabrały nowego, nieoczekiwanego kontekstu. Polecamy Wam szczególnie:

  • reportaż Julii Szabłowskiej – pod jakże aktualnym tytułem W poszukiwaniu domu i pokoju – opowiada o Białorusinach w Polsce, którzy uciekają przed reżimem Aleksandra Łukaszenki i budują tu swoje życie na nowo,
  • fotografię Nowy rozdział z cyklu Remedium (jakże teraz pożądanego), 
  • rozmowę z Elizą Radzikowską-Białobrzewską – fotografką polskich prezydentów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 240

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (13 ocen)
6
3
3
1
0

Popularność




ROZMOWY Z K. // FELIETON

Kim jestem?

tekstKAROLINA LEWESTAM

Droga K,

piszę do ciebie, bo intensywnie zastanawiam się ostatnio nad tym, kim jestem. (...) Patrzę w lustro rano: nawet włosy mam nieokreślonego koloru. (...) Codziennie kiedy myję zęby, patrzę na swoją twarz i zastanawiam się, kim jest ta dziewczyna. Znam ją tak długo, a nagle nie mam pojęcia. (...) Zostawił mnie chłopak po wielu wspólnych latach, bo zeszliśmy się już w liceum, i bez niego jakbym straciła kawałek siebie, ten potrzebny, kiedy nie wątpisz w siebie i rozumiesz, kim jesteś. Nie o to chodzi, że za nim tęsknię. Owszem, trochę tęsknię, ale bardziej jeszcze tęsknię za sobą. Otwieram szafę: czy to w ogóle moje ubrania? Czy to moje rzeczy? Moje książki? Proszę, tylko nie mów, że mam iść na terapię. Kiedyś tam trafię, ale jeszcze nie teraz. Chciałabym najpierw znów rozpoznać się w lustrze i nauczyć się siebie (...).

Julia

Kim jest Julia?

Pytanie należy do kategorii trudne, zwłaszcza jeśli nie możemy dokonać bezpośrednich oględzin rzeczonej. Mimo to spróbujmy.

Julia: przedstawicielka gatunku homo sapiens, który pojawił się na Ziemi dwieście lub trzysta tysięcy lat temu i zastąpił starsze gatunki człowieka, takie jak homo habilis, homo rudolfensis czy homo erectus. Należy do gatunku, który zwyciężył. Gratulacje, Julio.

Julia: potomkini neandertalczyków, bo dziś już wiemy, że nasi przodkowie parzyli się z neandertalczykami, tak, tak, w Julii płynie krew tych dawnych barbarzyńców. No cóż.

Julia: należy do gatunku, który zwyciężył, ale i gatunku, który najprawdopodobniej przegra. Przegra swój ekosystem, jest bowiem gatunkiem szkodniczym, który potrafi z każdego pełnego życia lasu zrobić kukurydziano-zbożową monokulturę, zabijając w ten sposób inne gatunki. Biada Julii.

Julia: stworzenie wybrane. Potomkini Ewy i Adama, którzy usłyszeli od Boga: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, bo lubię na to patrzeć, abyście zaludnili Ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po Ziemi”. Jeśli ktoś chce znać moją opinię, wtedy właśnie zaczęły się wszystkie nasze problemy. Także kłopoty Julii.

Julia: dziewczyna o włosach nieokreślonego koloru. Dba o higienę jamy ustnej, nawet gdy trapią ją głębokie problemy. To na pewno godne pochwały.

Julia: cudowna i niemożliwa chmura atomów, trzymających się w stadzie tajemniczą energią kosmosu. Jeśli to nie jest cud, to nie wiem, co nim jest. Jesteś cudem, Julio.

Julia: to, co zostałoby z Julii, gdyby odebrać jej ciało, jest bowiem duszą.

Julia: ciało, w którym zachodzi naraz kwadrylion procesów; mitochondria produkują energię, serce kurczy się i wypluwa z siebie krew we wszystkich kierunkach przez maleńkie rurki zwane tętnicami; małe cząsteczki kopiują materiał genetyczny w jądrach niezliczonych komórek i powracają do cytoplazmy, by tam tworzyć jeszcze więcej Julii.

Julia: kropka na mapie społecznej, połączona z innymi kropkami modelu siecią ogromnej liczby relacji reprezentowanych przez podobne do dendrytów linie. Jedna z tych relacji została niedawno przecięta i kropka Julia nie może sobie znaleźć miejsca; kropka Julia boi się, że spadnie gdzieś w niebyt, poza mapę. Trzymaj się, kochana kropko Julio.

Julia: abstrakcyjne centrum praw własności, łączących podmioty prawne z różnymi przedmiotami. Są to na przykład ubrania i książki; Julia dotyka grzbietów tych książek i nie rozpoznaje ich, a mimo to prawo własności wciąż jest w mocy. „Czemu nas nie pamiętasz? – pytają szeptem zasmucone książki. – Wciąż jesteśmy twoje. To niesprawiedliwe, myśmy się nie zmieniły, a ty dotykasz nas zupełnie inaczej, jest nam z tym nieswojo”. Nie martwcie się, książki; Julia do was wróci, wiem to.

Julia: przedstawicielka jednego z tych gatunków, które posiadają samoświadomość (zrozumienie, że są odrębnym bytem) badaną przez naukowców przy pomocy testu lustra. Podobnie jak szympansy i delfiny, a także słonie, Julia zdaje test lustra, bowiem bezbłędnie dotyka się w miejsce, w którym eksperymentator narysował jej na czole czerwony znak. A jednak Julia nie wie, kim jest. Co to nam mówi o teście lustra?

Julia: pasażerka. Klientka. Pracownica. Uczennica. Petentka. Powódka. Pacjentka. Obywatelka. Ładna. Brzydka. Niska, wysoka. Dawczyni o rzadkiej (częstej?) grupie krwi.

Julia: jest tym wszystkim i żadną z tych rzeczy, bo klasyfikacja musi zblednąć w obliczu samej Julii.

Nigdy nie nauczysz się siebie, Julio. Jest w tobie cały kosmos i tysiąc wymiarów, nigdy nie przejdziesz ich wszystkich. Ale to nic; i tak przyjdzie taki dzień, że obudzisz się i pójdziesz pewnym krokiem, bez wahań, bez poczucia, że idziesz jak we śnie. Zobaczysz się w lustrze i uśmiechniesz się do tej tajemniczej istoty, którą jesteś – i będziesz się cieszyć tą piękną, straszną, cudowną, niezgłębioną tajemnicą.

rysunek SONIA DUBAS

KAROLINA LEWESTAM (ur. 1979), dziennikarka i redaktorka. Obroniła doktorat z filozofii na Uniwersytecie Bostońskim. Wielokrotnie nominowana do nagrody Grand Press. Członkini redakcji „Pisma”.

Czasem o trudnych rzeczach dobrze jest napisać do kogoś, kto jest daleko. Napisz do mnie.rozmowyzk@magazynpismo.pl

Więcej na magazynpismo.pl/rozmowy-z-k

Rzecz gustu,

CZYLI REDAKCJA „PISMA”poleca w marcu

W dziesiątą rocznicę śmierci Wisławy Szymborskiej w MOCAK-u

W Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie od 1 lutego trwa wystawa W dziesiątą rocznicę śmierci Wisławy Szymborskiej. Możemy na niej zobaczyć przegląd kolaży poetki wraz z polskimi wydaniami jej wierszy, wyborem tłumaczeń i poświęconych jej monografii, plakaty Ryszarda Krynickiego, prywatne pamiątki oraz portrety Szymborskiej autorstwa Beaty Stankiewicz, Leszka Sobockiego i Krzysztofa M. Bednarskiego. Wystawa powstała w ramach cyklu literackiego prezentującego mistrzów literatury jako artystów wizualnych.

WIĘCEJ:mocak.pl

BEATA STANKIEWICZmateriały prasowe

Zderzenia epistemiczne.Sztuka, nauka i antropocenw CSW Łaźnia w Gdańsku

Od 4 lutego w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku trwa wystawa Zderzenia epistemiczne. Sztuka, nauka i antropocen, będąca zwieńczeniem trzynastu artystyczno-naukowych rezydencji w ramach projektu Studiotopia: Art meets Science in the Anthropocene. Jej kuratorzy podejmują temat wyzwań ekologicznych i społecznych, styku człowieka z technologią oraz celów zrównoważonego rozwoju wyznaczonych przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Wystawę można oglądać do 3 kwietnia.

WIĘCEJ:laznia.pl

Wystawa Antoniego Gaudíego w CK Zamek w Poznaniu

5.03.2022

Piątego marca w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu otwiera się pierwsza w Polsce wystawa poświęcona twórczości jednego z najwybitniejszych światowych artystów i wizjonerów, katalońskiego architekta Antoniego Gaudíego. Na wystawie zaprezentowanych zostanie ponad sto pięćdziesiąt eksponatów pochodzących z kolekcji hiszpańskich instytucji publicznych oraz prywatnych.

Oglądać ją można do 3 lipca.

WIĘCEJ:ckzamek.pl

Wystawa Materia(l)nie w Galerii Studio w Warszawie

Do 17 kwietnia w warszawskiej Galerii Studio można oglądać wystawę Materia(l)nie, podczas której artystka Alicja Bielawska wchodzi w dialog z serią rzeźb Barbary Falender Poduszki erotyczne z 1973 roku. Głównym tematem wystawionych prac jest kobieca rozkosz i przyjemność płynąca z seksualności. Wystawa jest częścią roku jubileuszowego i obchodów pięćdziesięciolecia Teatru i Galerii Studio.

WIĘCEJ:teatrstudio.pl

Festiwal World Wide Warsaw

31.03.2022

World Wide Warsaw to pierwszy festiwal multi-venue, czyli wydarzenie, podczas którego koncerty odbywać się będą naraz w kilkunastu klubach i nietypowych przestrzeniach Warszawy. W szóstej już edycji festiwalu weźmie udział ponad czterdziestu artystów, prezentujących różnorodne gatunki muzyczne. Organizatorzy zapraszają do stolicy w dniach 31 marca – 2 kwietnia.

WIĘCEJ:worldwidewarsaw.com

REMEDIUM

Nowy rozdział

zdjęcieKATARZYNA HECZKO BODORAtekstKAROLINA WYBRANIEC

RAV•ASTORIES

Może to być początek roku. Szaruga. Dający się we znaki bezruch. Zastygłe ciało, czekające na ciepło lata. I przemęczona głowa, marząca o powiewie świeżości wraz z wiosną.

Lecz na to przyjdzie jeszcze czas.

Zaszywamy się w naszych domach, przyzwyczajeni dotąd do wiecznego działania. Czujemy, jak nas roznosi od poczucia wewnętrznej niemocy. Chcemy coś zrobić, ale bezskutecznie. Ciągle coś nie gra.

Gdzieś jest w nas ta iskierka, ale tylko się tli. Nie na tyle, by dać nam siłę, więc wciąż trwamy w stagnacji. A stagnacja to niepozorna bestia. Trzeba wiedzieć, jak ją okiełznać, żeby nie odebrała nam naszej własnej sprawczości. Najczęściej pierwszym rozwiązaniem, jakie przychodzi nam do głowy, jest podróż – potrzeba nagłej zmiany perspektywy, w dużym kontraście do tego, co nam dobrze znane.

Odkrywanie świata to jeden z najlepszych sposobów na poznanie umysłu. Łatwiej wtedy dostrzec to, co dotąd umykało naszej uwadze.

Ale pamiętajmy, że nawet wyjeżdżając z jednym małym plecakiem, tak naprawdę będziemy tam z całym naszym dobytkiem – tym, który mieści się w nas samych.

Inicjując podróż, rozpoczynamy ruch. Coś zaczyna się zmieniać, coś przepływa. Ale w ujarzmianiu stagnacji nie chodzi tylko o to, by nagle poczuć ten przepływ. Trzeba z nim płynąć, a wtedy łatwiej jest swobodnie się z niej wygrzebać, krok po kroku.

Bo mimo że nasza historia jest zakopana, my ciągle pozostajemy jej podmiotem. I mamy wybór. Możemy na nowo stać się narratorem tej opowieści i swoim działaniem dopisać jej dalszy bieg.

PROZA

Słowa na wiatr

tekstZOŚKA PAPUŻANKArysunkiKASIA MOCHI

T ylko woda, dziękuję.

Umowa albo teraz, albo po spotkaniu, jak wygodniej.

Oczywiście, może być teraz.

Nie, bankiet nie, może na chwilkę, ale planowałam od razu wrócić do hotelu, mam jeszcze trochę pracy, a jutro z samego rana pociąg.

I znowu to samo.

Kilka osób już siedzi, kilka kręci się po sali, oglądając ze ślepym zainteresowaniem gołe ściany, jakby nie potrafiły zdecydować, czy przyszły na spotkanie, czy nie, czy koniecznie muszą obnosić swoje nonszalanckie ajakmisię spodoba tozostanę. Wielu stoi na zewnątrz, palą, chociaż przed chwilą palili, zapalą zaraz znowu, wejdą w ostatnim momencie, tak jest najwygodniej; wcale nie czekałem, ja tylko tak, wśród codziennych obowiązków, spotkanie literackie to takie samo zajęcie jak kupowanie pomidorów czy przejazd autobusem. Po drodze. Pośród innych spraw. Pomiędzy innymi ludźmi, wśród innych rozmów. Niby intymne, a publiczne przecież.

Najtrudniej jest wejść. Im i mnie. Nigdy nie wiem kiedy. Czy gdy sala jest pusta, czy gdy część siedzi, część się rozgląda, czy też należy się rozglądać, jakby się przyszło z zamiarem wykonania zupełnie innej czynności, jakby się było zwiedzającym, nie zwiedzanym, a na tych kilka pytań odpowiedziało się zupełnie przypadkiem, jak podczas spaceru brzegiem morza, odgarniamy włosy z czoła, a fale zgarniają nas na piasek, co tam u ciebie. Czy też może wejść dopiero wtedy, gdy już wszyscy siedzą na swoich miejscach, pozwolić się zapowiedzieć, trochę jak w cyrku, no i całe to siadanie, przypinanie mikrofonu, nalewanie wody do szklanki, cała ta moja zwykłość na ich oczach. Można też przyjść dużo wcześniej i patrzeć, jak wchodzą, rozpinają kurtki i płaszcze, wyłączają telefony, wyjmują gumę do żucia z ust i ważą jej miętowe przekleństwo między palcami. Można pooglądać ich zwykłość, to fascynujące, ale niemoralne.

Z czego pani czerpie natchnienie i co panią inspiruje. Otóż ta zwykłość wasza, powinnam odpowiedzieć. Te guziki wołające o przyszycie, w pół drogi między płaszczem a podłogą, ta pani ze swoim halonie mogę teraz rozmawiać odgrzej sobie nie wiem kiedy wrócę bo jestem na spotkaniu autorskim, miętowa guma do żucia między kciukiem a palcem wskazującym tamtej dziewczyny, guma, która wybiera sobie właśnie miejsce ostatecznego przylepienia. Powinnam tak odpowiedzieć. Ale się obrażą. Trzeba powiedzieć, że natura, ulubieni pisarze, nie pisarze, mistrzowie słowa, przeżycia estetyczne rozmiarów gargantuicznych. Jeśli już, to nie mówić wy, tylko codzienny wyrafinowany kontakt z ludzkością, czyli że chciałabym pogrzebać w waszych szafkach na detergenty i podsłuchiwać, jak wrzeszczycie na dzieci, ale tak nie można mówić do czytelników.

Z czego pani czerpie natchnienie. Jakie są źródła pani inspiracji. Dlaczego pani napisała tą książkę. Tę. Nad czym pani obecnie pracuje. Ile w pani książce jest pani, a ile nie pani, ile pani jakiejś innej, proszę bezwzględnie podać w liczbach bezwzględnych lub w punktach procentowych. Pani jest bardzo wnikliwą obserwatorką świata, no to jak pani obserwuje ten świat, że aż tak wnikliwie.

Imię i nazwisko. I czym się zajmuję. I co napisałam. I co piszę. I co napiszę. Nalewam wody do szklanki.

Za panem mówiącym o mnie rzeczy, których sama o sobie nie wiem, na scenie siedzi jeszcze jedna osoba, młoda dziewczyna w niebieskiej bluzce. Nie patrzy ani na mnie, ani na zadającego pytania, wzrok ma raczej nieruchomy, zatrzymany gdzieś wysoko, na lampie pod sufitem. Nie musi patrzeć, tylko jej uszy i ręce są w pracy. Dotyka swoich ramion, czoła, składa w powietrzu origami, niewidzialne żurawie z niewidzialnego papieru. Chwilę dziwię się jej tańczącym palcom, zanim przypomnę sobie, że wszystkie spotkania na festiwalu są tłumaczone na język migowy i że jeśli będę patrzeć na słowa jej palców, do głowy nie przyjdą mi moje własne. Ona łapie uchem moje słowa i przekłada je na język rąk. Ciekawe, ilu ludzi, jeden na dziesięciu, piętnastu, ci, którzy przyszli jako pierwsi, czy ci, którzy wemknęli się pięć minut po rozpoczęciu, kto z nich umie czytać w powietrzu moją odpowiedź na pytanie, skąd się bierze pomysł na książkę. Skąd się bierze pomysł na książkę. Nie wiem, pewnie z powietrza.

Ruchy palców w powietrzu są ładniejsze niż dźwięki. Dziewczyna wygląda, jakby szyła coś z tego, co mówię. Jakby pestkowała owoce i odkładała do dużej misy te, które nadają się na dżem. Nie wiem, zapewne z powietrza. Ciekawe, czy ładne w powietrzu są te same słowa, które ładnie wyglądają na papierze. Fajka, lutnia, winorośl, zawiść. Powietrze. A może te, które brzmią ładnie, te, które pieszczą ucho, może te właśnie są jak krem rumiankowy dla rąk, które je wypowiadają. Strumień, skrzynia, kosodrzewina, zawiść. Powietrze. Ciekawe, które moje słowa wyglądają ładnie w powietrzu, które to są te upuszczane szybko i ze wstrętem, jak stonoga, a które wymagają podtrzymania jak srebrna nić, miękkie włosy dziecka, długa suknia.

Ja piszę, oddaję do druku, znowu piszę, znowu robię wszystko, żeby słowa pozbierać. Tłumaczka języka migowego odwrotnie, ona słowa odpycha, odkłada, rzuca na wiatr. Naprawdę odchodzą z wiatrem i nic po nich. Nic po nich nie zostaje, tak jest najlepiej.

Ile w twojej ostatniej książce jest ciebie, a ile ciebie jest w twoich słowach rzucanych na wiatr.

Mówię dużo i gęsto, brnę przez banalne pytanie albo okrążam je, zmieniam temat; po dwóch minutach odpowiedzi i tak niewielu ludzi pamięta, co było na początku. Skończę, podpiszę książki i wszyscy pójdą, gdzieś pójdą. Ciekawe, ile osób na sali potrzebuje rąk dziewczyny, ilu ludzi nie słyszy moich słów, wyciąga je tylko spomiędzy palców tłumaczki jak rozerwany sznur korali, które posypały się pod łóżko. Komu dziewczyna w niebieskiej bluzce jest bardziej potrzebna niż ja. Ile osób patrzy nie na mnie, lecz na nią. Tamta starsza pani. Nie, raczej nie. Chłopak w drugim rzędzie. Nie, szepcze coś na ucho siedzącej obok kobiecie. Wszystkie festiwalowe spotkania tłumaczone są na język migowy, ale kto słucha tych słów. Ile osób słucha słów, które widać. Może wszyscy, a może nikt.

Mniej więcej w połowie spotkania moja tłumaczka w niebieskiej bluzce podnosi się z krzesła, skleja coś jeszcze w palcach i szybko zamienia się miejscami z siedzącym w pierwszym rzędzie mężczyzną, na którego do tej pory nie zwróciłam uwagi, być może dlatego, że przesłaniała go kamera. Mężczyzna siada na krześle dla tłumacza i natychmiast podejmuje wątek, który przerwały palce dziewczyny, zupełnie jakby czytali jedną książkę, którą ona przed chwilą założyła zakładką w miejscu, w którym on teraz czyta, czyta i pisze niewidzialnymi literami moje słowa, które tak naprawdę piszę i które mówię ja. I co mnie najbardziej inspiruje, oczywiście, pada pytanie od publiczności, bo teraz jest chwila na pytania od publiczności i publiczność zadaje pytania, które już wcześniej zadał prowadzący spotkanie, te same pytania, na które powinnam odpowiedzieć inaczej niż za pierwszym razem.

Nalewam wodę do szklanki, piję powoli, rozważam słowa, nie przychodzi mi to z łatwością. Milczę. Milczę, a palce nowego tłumacza rysują nowe słowa. Powinien już chyba skończyć tłumaczyć pytanie, było przecież krótkie i proste, ja nie zaczęłam udzielać odpowiedzi, a jego ręce składają się i składają w coraz to nowe konfiguracje. Tłumacz przerywa. Patrzy na mnie. Oczy ma niebieskie jak bluzka dziewczyny, która siedziała tu przed nim. Upijam jeszcze jeden łyk wody i kątem oka widzę, jak odpoczywające przed chwilą dłonie tłumaczki, dłonie w niebieskich rękawach, dłonie zapracowane w czasie pierwszej połowy spotkania, podnoszą się z kolan dziewczyny, na których leżały grzecznie jak dwa zmęczone lotem liście kasztanowca, podnoszą się tylko do nadgarstków i kreślą symbol, który miał pozostać niewidoczny, znak wyglądający jak nieśmiała odpowiedź na zadane wprost pytanie.

Powoli odstawiam szklankę. Nie trzeba mojego gestu przekładać na język migowy, a jednak palce mężczyzny cały czas coś mówią, tłumaczą cierpliwie słowa, których nie było.

Układam w dźwięki głupią odpowiedź na głupie pytanie, krótką, spokojną, banalną odpowiedź, wyrazy bez charakteru, ubrane w beżowy płaszcz z sieciowego sklepu jak wszystkie wyrazy, które codziennie jadą przed ósmą rano tramwajem do pracy, wyrazy żadne. I czekam. Palce tłumacza wykonują kilka nieskomplikowanych układów, a potem zaczynają dokądś biec, szukają miejsca na ciele mężczyzny, komunikują się z czołem, z sercem, jakby uznały moją odpowiedź za zbyt trywialną i podjęły decyzję o uzupełnieniu jej pięknym porównaniem. Dziewczyna, która tłumaczyła pierwszą część spotkania, teraz wbija wzrok w swojego następcę, a jej palce wypowiadają coś stanowczego, wykrzykują to nisko, tuż ponad jej kolanami, jakby dłonie nie chciały, żeby zobaczyła, co mają do powiedzenia, jakby działały autonomicznie, w oderwaniu od jej woli.

Moja ciotka pracowała kiedyś w szkole dla dzieci głuchoniemych. Paliła cienkie papierosy, była cienka i dystyngowana jak one; uważała, że nadmierne okazywanie emocji po prostu nie przystoi przedstawicielom gatunku ludzkiego, dlatego gdy się zdenerwowała, klęła gestem; stukała dwoma złożonymi palcami prawej ręki w przedramię, co oznaczało brzydkie słowo. Uwalniała się w ten sposób od złości, dając upust palcom, nie słowom. Oprócz pięknego znaku przekleństwa nauczyła mnie jeszcze kilku przypadkowych rzeczowników, które nigdy wcześniej nie były mi przydatne. Cytryna na przykład. Umiem powiedzieć cytryna, cytrynę ściska się trzema palcami, zupełnie jakby się trzymało między nimi niewielką gumową piłkę. Zdarzają się takie dziwne pytania, ostre jak brzytwa, kwaśne jak plasterek cytryny, mówię na głos i czekam na znak ręki tłumacza, ale on się nie pojawia.

Dom, jeszcze pamiętam dom. Dom to ręce składające się palcami w daszek, schronienie dla słów. Dom to takie schronienie dla słów, mówię. Patrzę na palce mojego tłumacza, ale nie szukają schronienia dla słów, nie układają się w daszek, przeciwnie, szukają sobie jakiejś napowietrznej wolności, jakby błądziły po ciele, którego pragną, a które jest daleko, zbyt daleko, w rzędzie naprzeciwko. Nie rozumiem, co mówią palce, ale gdybym rozumiała, mówiłyby: chodźmy stąd, wszyscy na nas patrzą, a ja chcę szeptać ci słowa, które wymagają ust, bo ręce dla nich to za mało.

Dzień. Umiem pokazać dzień. Dzień w języku migowym jest rozkładającym się wachlarzem dłoni, rozsuwanymi zasłonami, słońcem podnoszącym się zza morza. Taki dzień, mówię, dzień za dniem, sprawdzam, patrzę tłumaczowi na ręce. Ale jego ręce wcale nie rysują dnia i zamiast się otwierać, zaciskają pięści, krzyżują się na piersiach, a potem jedna z nich wyciąga się w stronę niebieskiej bluzki z drobnym, prawie niezauważalnym gestem, jakby dając jej publicznie to, co miało być intymne. Wydaje mi się, że dziewczyna kręci głową, ale uśmiecha się, a jej palce, które naprawdę mówią to, co myślą, pokazują nieśmiało, czego chcą, a co jest takie trudne do znalezienia w słowach. A może nie. Może ja to właśnie powiedziałam, co mężczyzna tłumaczy, może mówię coś innego, niż słyszę. Może nie wolno mi tak na nich patrzeć, kiedy wszyscy na nich patrzą, może nie wolno mi doszukiwać się znaczenia w znakach, których nie rozumiem, a które stają się wspólne.

Patrzę. Patrzę i nie wiem, co mówią. Ani co mówią oni, ani czy ktoś ich słyszy.

Może na sali nie ma nikogo, komu potrzebne są słowa sklejane między palcami, może wystarczy mój głos, a ta para tłumaczy nie tłumaczy niczego, tylko swobodnie plotkuje, przekręcając moje odpowiedzi, z czego pani czerpie inspirację, z pana palców mogłabym zaczerpnąć. Albo się kłócą. On jest jej mentorem i poucza ją, jak nie należy mówić. Nigdy więcej tak nie pokazuj, to niedopuszczalne. Jak mogłaś. Jak twoje dłonie mogły, jak w ogóle na to wpadły.

Pewnie najpierw wplatają jakieś pojedyncze słowa bez związku, a gdy się orientują, że nikt na nich nie patrzy, mają w nosie to, co mnie inspiruje, i czy piszę ręcznie, czy na komputerze, i rozmawiają w najlepsze o jakichś swoich sprawach, czy ty wiesz, jaki ostatnio zrobiłam błąd, co mi się pomyliło, źle przeliterowałam, tyle było tych nazw własnych, palce mi się poplątały, ludzie się śmiali, co za wpadka. Mogłaby już kończyć, prawie półtorej godziny gada o niczym, ręce opadają.

Patrzę na ich dłonie i ciała, nie mogę oderwać wzroku od niewidzialnych pajęczyn, które wokół siebie plączą, i czuję, jak moje słowa, jedyna rzecz, z której jestem naprawdę dumna, moje słowa, które ludzie kupują i czytają, których chcą słuchać, moje słowa uciekają z moich ust zbyt szybko, bez stylu i zastanowienia. Wydają mi się nagie i głupie, jakby rzeczywiście jedyną ich ambicją stało się nagle odpowiedzieć na pytanie, co je inspiruje albo nad czym obecnie pracują.

Są kochankami. Umawiają się na później, kiedy ja już przestanę gadać, a ich palce w jakimś hotelowym pokoju albo pod stolikiem w restauracji będą mogły robić, co do nich należy. On zaznacza palcem na swoim ciele te miejsca, gdzie planuje jej dotykać. Ona trochę się opiera, przecież tu jest tylu ludzi, ktoś nas może zobaczyć. Wszyscy nas mogą zobaczyć, wszyscy nas widzą, ale nas nie rozumieją, mówi on, nic się nie bój, powiesz, że po spotkaniu był bankiet i nie wypadało ci odmówić. A ja narysuję na twoim brzuchu takie słowa, o których nawet nie pomyślałaś, które żadnemu pisarzowi nie przyjdą pod pióro ani pod klawiaturę. A twoja żona, pyta dziewczyna. Nie przejmuj się żoną, już jej powiedziałem, że zostaję na bankiecie. Jego żona pewnie siedzi w drugim rzędzie, patrzy spokojnie przed siebie i się uśmiecha.

I jeszcze ostatnie pytanie. Nad czym pani obecnie pracuje.

Ktoś klaszcze, ktoś wstaje i ostentacyjnie wychodzi, ktoś przynosi mały stolik, przystawia mi krzesło. Nalewam wodę, wyciągam z torebki pióro, udaję, że jeszcze rozmawiam z organizatorami festiwalu, żeby zabić trzy puste minuty, które muszą upłynąć, zanim ustawi się kolejka osób ściskających moje książki. Poszukiwanie straconego czasu jest takie proste, przecież to właśnie tych dziesięć minut przed i trzy minuty po każdym spotkaniu autorskim, trzynaście minut z każdego spotkania, można by zebrać z łatwością ze trzy godziny straconego czasu na każdym festiwalu literackim, tylko co z tym czasem potem zrobić. Po co się go szuka właściwie.

To dla mamy na imieniny. Dla Agnieszki, to ja jestem Agnieszka. Dla Kasi i Wojtka. Sam podpis, bez dedykacji. A ja jeszcze nie czytałem żadnej pani książki, ale przeczytam, obiecuję, tak ładnie pani mówiła, obrazowo.

Zakręcam pióro, wkładam ręce głęboko do kieszeni płaszcza. Są gotowe. Temat jest w palcach, trzeba tylko odnaleźć czas stracony i zasiąść do tkania. Ktoś zatrzymuje mnie jeszcze w drzwiach. Tak, jestem bardzo zadowolona ze spotkania. Bankiet, ach tak, ale raczej daruję sobie bankiet, jestem już ze sobą umówiona .

ZOŚKA PAPUŻANKA (ur. 1978), pisarka. Jej debiutancka powieść Szopka była nominowana do Nagrody Literackiej Nike i do Paszportów „Polityki”. Za powieść On otrzymała nominację do Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia 2017. W ostatnich latach ukazały siętakże Przez (2020) i Kąkol (2021). Mieszka w Krakowie.

Partnerem Prozy w „Piśmie” jest Wrocław Miasto Literatury UNESCO i Wrocławski Dom Literatury.

ROZMOWA

Jedyna fotografka prezydentów

zELIZĄ RADZIKOWSKĄ-BIAŁOBRZEWSKĄrozmawiaMONIKA SZEWCZYK-WITTEKzdjęciaELIZA RADZIKOWSKA-BIAŁOBRZEWSKA

DO KANCELARII PREZYDENTA RP trafiła pod koniec lat 90., jako maturzystka. Jak fotografować głowę państwa uczył ją Damazy Kwiatkowski – wieloletni fotoreporter Centralnej Agencji Fotograficznej i główny fotograf prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Potem przez krótki czas dokumentowała pracę Lecha Kaczyńskiego, następnie Bronisława Komorowskiego, a obecnie prezydenta Andrzeja Dudy.

Prezydent Aleksander Kwaśniewski karmi foki na Helu.

Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy wzięłaś aparat do ręki?

Miałam naście lat. Pierwszy, który dostałam, nie był doskonały, bo ciągle się złościłam, że zdjęcia wychodzą nieostre, a mama – Małgorzata Radzikowska – cierpliwie tłumaczyła, że to ja muszę tę ostrość ustawić. Aparat towarzyszył mi na obozach harcerskich, gdzie robiłam dokumentację ze wszystkich wydarzeń. Ale wtedy mówiłam, że fotografia to przyjemność, a nie przyszły zawód. Długo się buntowałam, a wyszło inaczej. Może tak miało być, bo fotografia zawsze była obecna w moim życiu – moja mama od 1980 roku prowadziła punkt fotograficzny w Domu Handlowym Smyk w Warszawie, gdzie robiła zdjęcia dzieciom.

A jak to się stało, że mama otworzyła taką działalność?

Najpierw w Polskiej Akademii Nauk (PAN) fotografowała różne obiekty przez mikroskop elektronowy. W dzieciństwie dużo chorowałam, więc mama zrezygnowała z pracy, żeby być ze mną. I wymyśliła sobie ten biznes. Rodzice zabierali dzieci do fryzjera, potem na galaretkę do Hortexu i do fotografa, czyli do mojej mamy. To ją pochłonęło jeszcze bardziej niż wcześniejsza praca w PAN, a ja siłą rzeczy często towarzyszyłam jej w pracy. Dobrze poznałam Smyk, od podziemi przez ostatnie piętro, gdzie nikt postronny nie wchodził.

Jakie zdjęcia robiła twoja mama?

Wykonywała tak zwane zdjęcia okolicznościowe w czasach, gdy używanie aparatu w domu nie było tak powszechne. Czasem się śmiała, że miała tyle zamówień, że zdjęcia z Bożego Narodzenia kończyła kopiować koło Wielkanocy. Fotografowała dzieci na kolorowych tłach, z misiem czy Świętym Mikołajem, za którego przebierał się albo mój wujek, albo tata. To był prawdziwy rodzinny biznes.

Mama współpracowała też z wytwórnią Polfilm, dla której robiła fotosy do filmów, między innymi do Europy, Europy czy Kingsajzu. Ciemnia mieściła się na drugim końcu miasta, na Jelonkach. Często po pracy i zdjęciach zabierała mnie tam, pokazywała, jak wywołać film czarno-biały, jak robić kolorowe odbitki. Co prawda nie byłam zbyt chętna, by chłonąć wiedzę, ale sporo w głowie mi zostało.

Mama była samoukiem?

Nie. Skończyła tę słynną szkołę przy ulicy Spokojnej.

Znam ją z opowieści innych fotografek – Technikum Fototechniczne w Warszawie. Kończyły je między innymi Anna Pietuszko czy Iwona Burdzanowska, wspaniałe polskie fotoreporterki. Jak długo mama prowadziła zakład fotograficzny?

Dopiero niedawno go zamknęła. Miała w Smyku drugi w Warszawie minilab, czyli szybkie laboratorium fotograficzne, i zajmowała się wywoływaniem nie tylko zdjęć prywatnych, ale też tych dostarczanych przez zawodowców. W tej chwili prowadzi moje archiwum domowe. Mówi, że ma dość tych naszych zdjęć w telefonie, więc przesyłam jej fotografie, które robię swoim córkom, i mama mi je drukuje. Dzięki temu moje dzieci mają albumy rodzinne.

Kto przychodził do laboratorium?

Między innymi Damazy Kwiatkowski, wieloletni fotoreporter Centralnej Agencji Fotograficznej, a potem Polskiej Agencji Prasowej, który przynosił fotografie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Wówczas w Pałacu Prezydenckim nie było miejsca, gdzie można by robić odbitki. Ufał mojej mamie i wiedział, że żadne zdjęcia nie wypłyną. Kiedyś rzucił hasło, że szuka kogoś do pracy w archiwum, więc rodzice zaproponowali mnie, bo po skończeniu szkoły średniej nie miałam na siebie pomysłu. Przyszłam w 1997 roku i zostałam do dziś.

Czyli ponad ćwierć wieku?

Miałam czteroletnią przerwę za kadencji prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wtedy się ze mną pożegnano. Wróciłam w 2010 roku, na początku kadencji Bronisława Komorowskiego. Miałam też krótkie przerwy, gdy byłam w ciąży, ale wracałam potem do pracy.

Zatrzymajmy się, proszę, na pierwszych tygodniach twojej pracy w kancelarii. Kto tworzył zespół fotograficzny?

Alicja Niziołek – fotografowała pierwszą damę i prezydenta, Damazy – główny fotograf, i ja – miałam się zajmować archiwum. Po moim zatrudnieniu pożegnano się z Alicją, a Damazy zaczął wprowadzać mnie w pracę fotografa. Przedstawił mnie prezydentowi Kwaśniewskiemu i tak zostałam częścią zespołu dokumentującego jego pracę.

Jak wspominasz to spotkanie?

O to samo spytał Damazy, gdy wróciłam z gabinetu prezydenta. Ale wiesz, miałam dwadzieścia lat. Chyba nie byłam do końca świadoma znaczenia tego spotkania.

Jak wyglądała twoja nauka zawodu?

Sporo o pracy w kancelarii i wymaganiach dotyczących zdjęć nauczyłam się, przeglądając i porządkując archiwum. Oglądając zdjęcia, zapamiętywałam ciekawe kadry. Na pierwsze tematy chodziłam z Damazym, który mówił mi, gdzie stanąć, żeby zrobić dobre zdjęcie, ale też nie wchodzić komuś w kadr. Uczyłam się w biegu i jakoś to szło. Z czasem zyskiwałam na samodzielności.

Eliza Radzikowska-Białobrzewska oraz prezydenci: George W. Bush i Aleksander Kwaśniewski, Biały Dom, 17 lipca 2002 roku.

Przed wami nie było w kancelarii zespołu fotograficznego? Prezydent Lech Wałęsa nie miał swojego fotografa?

Nie miał osobistego, do tej pracy oddelegowano kogoś z Polskiej Agencji Prasowej. Gdy obsługiwał wydarzenia, dostawał do dyspozycji jeden z pokoi, numer 110. Gdy Damazy zaczął pracę z prezydentem Kwaśniewskim, to też zajął ten pokój. Jest to nadal przestrzeń pracy fotografów i jednocześnie najlepsze miejsce w pałacu, wszędzie można z niego dobiec w kilka minut.

Koniec lat 90. to praca na analogowym sprzęcie, tymczasem świat powoli zaczynał się zmieniać, to czasy zachłyśnięcia się internetem. Radziliście sobie tylko we dwójkę?

Pracowałam tylko z Damazym. Mimo że wydarzeń z udziałem prezydenta kiedyś było bardzo dużo, a zdjęcia robiliśmy aparatami analogowymi, to dawaliśmy sobie radę. Dopiero po paru latach mojej pracy powstała strona internetowa Prezydenta RP, zdjęcia wpadały na nią z tygodniowym opóźnieniem. To były trochę inne czasy i dla nikogo wówczas to nie było dziwne. Dzisiaj świat funkcjonuje w innym rytmie i dwie osoby do obsługi fotograficznej urzędu to byłoby zdecydowanie za mało. Aparaty cyfrowe pojawiły się pod koniec drugiej kadencji prezydenta Kwaśniewskiego.

Jaki aparat kupiliście?

Damazy wywalczył pierwszy aparat cyfrowy, który kosztował ze 150 tysięcy złotych. Za te pieniądze wtedy można było kupić mieszkanie na Dolnym Mokotowie. To był twór Kodaka z przystawką Canona. Można było za jednym zamachem zrobić cztery czy pięć zdjęć. Damazy tym fotografował, ale się wściekał, że technicznie to jest bardzo niedoskonały sprzęt.

Dużo mu zawdzięczasz?

Bardzo dużo. Niestety, zmarł dwa lata przed końcem drugiej kadencji prezydenta Kwaśniewskiego. Później fotografowałam już sama, ale było bardzo trudno. Prezydent zapytał, czy dam radę obsłużyć sama wszystkie wydarzenia. Dostałam wsparcie logistyczne w przemieszczaniu się – podróżowałam z prezydentem i dzięki temu poradziłam sobie.

Mam przed sobą zdjęcie prezydenta Kwaśniewskiego ze swoim pieskiem. Prywatna sytuacja. Miałaś poczucie, że było ci dużo wolno?

Z prezydentem Kwaśniewskim pracowaliśmy długo. Mieliśmy czas na poznanie się i wypracowanie kontaktu, co niestety nie zawsze było możliwe z jego następcami. Byłam w miejscach, w których przeciętny człowiek nie ma szans być. Byłam świadkiem rozmów, których może nie powinnam słyszeć. Ale mieli do mnie zaufanie, na które sobie wcześniej zapracowałam.

Pierwsza dama Jolanta Kwaśniewska i Książę Filip, Londyn, 4 maja 2004 roku.

Jak opisałabyś relację z tamtą parą prezydencką?

Miałam z nimi dobry kontakt. Chyba z żadnym kolejnym szefem nie miałam takiej relacji. Do tej pory, gdy spotykam ich na jakichś uroczystościach, pytają mnie o rodziców i babcię. Taki mają stosunek do ludzi, z którymi pracowali. Bardzo ciepły, rodzinny. Zawsze z sentymentem będę wspominać fotografowanie dla prezydenta Kwaśniewskiego. Na pewno także dlatego, że była to moja pierwsza praca.

A czy były takie sytuacje, w których nie mogłaś fotografować? Czy postawiono ci jakieś granice?

Wręcz przeciwnie, gdy były bardziej prywatne wydarzenia, prezydent Kwaśniewski pytał, czy przyjdę zrobić parę zdjęć na pamiątkę. Pamiętam, jak byliśmy w rezydencji prezydenckiej w Wiśle i wieczorem miałam stamtąd wracać. Przyszłam się pożegnać. A prezydent Aleksander Kwaśniewski zapytał, czy nie zostanę z nimi na część nieoficjalną i spacer w górach, który miał się odbyć kolejnego dnia. Powiedziałam, że jestem nieprzygotowana. Prezydent zarządził, żeby mi pomóc, i znalazły się dla mnie buty, skarpety, a nawet kosmetyki.

Miałaś dwadzieścia lat, gdy zaczęłaś pracę dla kancelarii prezydenckiej. Przyznaj się, w którym momencie poczułaś, że woda sodowa uderza ci do głowy?

W tamtym czasie praca w Kancelarii Prezydenta RP wzbudzała respekt. To było coś. Rzeczywiście, w pewnym momencie uderzyła mi woda sodowa do głowy. Chyba byłam niesympatyczna, według niektórych osób, z którymi pracowałam, byłam bufonem. Teraz, po latach pracy wiem, że większość osób przechodzi przez ten etap.

Koncentrowałaś się głównie na pracy?

Byłam wtedy młoda i sama. Znajomych miałam w biurze. Nasze życie towarzyskie i zawodowe mieszało się ze sobą. Zdarzało nam się wyjeżdżać nawet na wspólne urlopy. Urodziny, imieniny, wieczorne wyjścia na kawę czy drinka – to był standard.

Z perspektywy czasu zrozumiałam, że byłam świadkiem wielu ważnych wydarzeń i spotkałam niezwykłych ludzi. W Warszawie dokumentowałam wizytę cesarza Akihito i cesarzowej Michiko. Fotografowałam między innymi w Białym Domu czy w Pałacu Królewskim w Belgii. Długo można wymieniać. To była przygoda życia.

A czy z byciem fotografką prezydenta wiążą się jakieś specjalne zasady, ograniczenia?

Musimy się zachowywać godnie, jak przystało na urzędnika państwowego. Obowiązują nas proste zasady, czyli kultura osobista, odpowiedni do sytuacji strój, dbanie o rozsądne zachowanie. I to właściwie tyle i aż tyle.

Byliście sprawdzani na potrzeby pracy w kancelarii?

Tak. Miałam certyfikaty bezpieczeństwa, także te specjalne wystawiane przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, dzięki którym mogłam towarzyszyć prezydentowi podczas szczytu NATO. Ale powtórzę – na zaufanie pracowałam latami.

Dokumentowałaś moment wejścia Polski do NATO, potem do Unii Europejskiej. Obserwowałaś niezwykle ważne wydarzenia w historii Polski i świata, jak konflikt w Ukrainie i pomarańczową rewolucję. Wielokrotnie byłaś też w Stanach Zjednoczonych.

Odbyliśmy wiele podróży zagranicznych. Pamiętam wizytę państwową w Stanach Zjednoczonych w lipcu 2002 roku. Prezydentem był wtedy George W. Bush. Pojechałam tam jeszcze razem z Damazym. Zazdrościłam mu wtedy, bo poleciał Air Force One z obydwoma prezydentami. Ja poleciałam z pierwszą damą innym samolotem. Pamiętam pompę, przemówienia, flagi, wojsko. Wieczorem był oficjalny obiad i osoby towarzyszące musiały założyć smoking lub długą suknię. Nawet dziennikarze.

Ty też?

Z aparatami przewieszonymi przez ramię i w ciągłym ruchu nie dało się nosić sukni. Poza tym trampki by do niej nie pasowały. Kupiłam smoking, który przerobiłam na tę okazję. Do tego pas i muchę. Wieczorem, gdy pojawiłam się na kolacji, prezydent Kwaśniewski powiedział: „Wow. Nie wpadłbym na to”. Potem używałam tego smokingu podczas oficjalnych wydarzeń w Polsce.

Podpatrywaliście pracę zagranicznych fotografów prezydentów?

Pewnie. Musieliśmy się wszystkiego nauczyć i wprowadzać pewne standardy także w naszej kancelarii. Z czasem nawet ochrona musiała zacząć zakładać smokingi na wieczorne kolacje. Bywało, że z zazdrością patrzyliśmy, jak funkcjonowały kancelarie zagraniczne, jaki miały sprzęt. Nie było wtedy możliwości finansowych, żeby wszyscy pracownicy mieli służbowe telefony, więc korzystaliśmy z własnych. Z drugiej strony, panowały bardziej przyjacielskie relacje.

A sytuacje niespodziewane, przypadkowe? Dużo ich było w twojej pracy?

Jedną z wizyt, podczas której niewiele mogłam zrobić, była ta w Moskwie, w Dniu Zwycięstwa 9 maja 2005 roku, w sześćdziesiątą rocznicę zakończenia drugiej wojny światowej. Miałam wyznaczone dwa punkty, z których mogłam fotografować. Stałam tam, gdzie media, nie mogłam nigdzie wejść za prezydentem Kwaśniewskim, więc z tego wydarzenia nie powstały jakieś wybitne kadry. Pamiętam, że obok mnie stał Wojciech Grzędziński, utytułowany fotoreporter, z którym później pracowałam w kancelarii.

Pełne niespodzianek były wizyty w Ukrainie w trakcie pomarańczowej rewolucji. Nigdy nie wiedzieliśmy, kiedy wrócimy. Teraz jest trochę spokojniej. Z reguły każdy rodzaj wizyty ma swój harmonogram: państwowa, oficjalna, nieoficjalna, robocza, prywatna – wszystko jest ustawione i zawsze znam ramy czasowe danego wydarzenia. Różnią się między sobą protokołem i skalą ważności. Najważniejsza jest zawsze wizyta państwowa i do niej muszę się przygotować szczególnie, także pod kątem technicznym.

Ale czasem okazuje się, że nawet najlepiej przygotowany sprzęt trzeba odłożyć, bo mamy całkowity zakaz fotografowania, jak na przykład podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych, w bazie wojskowej wybudowanej w górze Cheyenne.

Udało ci się tam wejść?

Tak. Wiedziałam, że taka okazja już się nie powtórzy.

Rozumiem, że uroczystości z udziałem prezydenta mają wcześniej zaplanowany przebieg?

Gdy mają się odbyć na przykład nominacje sędziowskie, to wiem dokładnie, co się będzie działo. Najpierw zdjęcia z wręczania nominacji, a potem fotografia z białym misiem.

Ciekawe określenie.

Funkcjonuje od czasów Aleksandra Kwaśniewskiego, którym sam tak o sobie powiedział i śmiał się z tego.

Wyjazdy pozwalają uciec od rutyny?

Zdecydowanie. Trzeba się szybko zorientować w miejscu, w którym nigdy wcześniej się nie było. Z jednej strony goście, z drugiej media, tu mogę fotografować. Z czasem zaczęło mi to przychodzić z łatwością. Ale nie zawsze było tak kolorowo. Zdarzały mi się wpadki: na przykład przewróciłam się przed Gabinetem Owalnym podczas wizyty roboczej prezydenta Kwaśniewskiego w Białym Domu. To było 27 stycznia 2004 roku. Na chodnikach była szadź, a prezydenci przechodzili właśnie z gabinetu na zewnątrz budynku. Biegłam tyłem przed nimi, żeby zrobić im ładne zdjęcie. I w pewnym momencie poślizgnęłam się i upadłam na kolano. Prezydent George W. Bush podniósł mnie, wziął pod rękę i zapytał, czy potrzebuję lekarza. Nalegał wręcz. A prezydent Kwaśniewski trochę się śmiał z tej sytuacji. Mnie z kolei trudno było przyznać, że coś mnie boli, bo przecież prowadzi mnie pod rękę jedna z najważniejszych osób na świecie. Nawet nie zauważyłam, że fotograf prezydenta Stanów Zjednoczonych zrobił nam w tej sytuacji zdjęcie. Zapytał mnie potem, jak mam na imię, i po pewnym czasie dostałam odbitkę, na której widać, jak prowadzi mnie prezydent. Widniała na niej odręcznie napisana dedykacja George’a W. Busha. Potem prezydent Kwaśniewski opowiadał, że Damazy tyle razy wywalił się w różnych miejscach, ale nigdy z takim przytupem jak ja.

I masz pamiątkę na całe życie! A czy podczas wyjazdów obowiązywały jakieś specjalne wytyczne?

Zdecydowanie przed każdą delegacją musimy się przygotować. Zasady są mniej więcej te same. Co nie znaczy, że w trakcie zagranicznych wizyt nic nie może nas zaskoczyć. Podczas wizyty u króla Tajlandii Bhumibola Adulyadeja Ramy IX zobaczyliśmy podwładnych wchodzących na kolanach przed oblicze władcy. Przed wyjazdem do Arabii Saudyjskiej poproszono mnie, abym na miejscu miała zakryte włosy. Podczas wizyty w pałacu powiedziano mi jednak, że jestem gościem i nie jest to konieczne. Pamiętam, jak przed wizytą cesarza Japonii w Warszawie zasygnalizowano nam, abyśmy po wykonaniu zdjęć nie odwracali się do niego plecami.

Dlaczego nie ma innych kobiet w zespole fotograficznym?

Nie mam pojęcia. Gdy zaczęłam pracę w kancelarii i spotykałam się z ludźmi z mediów, sporadycznie widziałam fotoreporterki. Z czasem to się zmieniło.

Jak ci jest w męskim świecie?

Dobrze. Lubię pracować z mężczyznami. Dogadujemy się bez problemu. Zresztą pracując z mężczyznami, nauczyłam się, że oni są zdecydowani i konkretni. Plusem też jest to, że gdy wyjeżdżamy w delegację, to w damskiej toalecie nie ma kolejki.

A zdarzyło ci się spóźnić na ważne zdjęcia?

Na szczęście chyba nie, ale było blisko. Byliśmy w Watykanie na pogrzebie papieża Jana Pawła II. Czekaliśmy dość długo na rozpoczęcie uroczystości. Skorzystałam z okazji i udałam się w ustronne miejsce. Po chwili słyszę: „Eliza!”. Krzyczę: „Co się stało?” i wybiegam z impetem z toalety. Na szczęście na czas, bo prezydent Kwaśniewski mówi – „No, zrób nam zdjęcie”. I widzę scenę, gdy prezydenci Kwaśniewski i Wałęsa podają sobie ręce, pierwszy raz od dziesięciu lat. To zdjęcie obiegło wszystkie media. Mam je do dziś. A mogło mnie tam w ogóle nie być.

Dlaczego?

Jechałam samochodem z ministrem Adamem Rotfeldem, ale gdy wjeżdżaliśmy na teren Watykanu, ktoś z polskiej ambasady chciał, żebym wysiadła. Minister powiedział, że muszę zostać. Tym sposobem udało mi się wejść na sam plac Świętego Piotra. Byłam w ostatnim rzędzie delegacji siedzących przy ołtarzu. Fotograficznie niewiele wtedy zrobiłam.

Pamiętam obraz tej zamykanej księgi.

Nawet tego dokładnie nie widziałam. Poczułam zimny wiatr, mimo że było wtedy bardzo ciepło. Usłyszałam tylko reakcję innych osób. Przed rozpoczęciem mszy, ale już na placu, fotografowałam moment, kiedy składano kondolencje parze prezydenckiej. Stałam obok słynnego fotografa papieskiego Artura Mariego, który zawsze był bardzo miły, i dlatego nikt mnie nie przegonił. Dzięki temu mam inne zdjęcia niż wszyscy.

Były inne wyjątkowe wydarzenia w prezydenturze Aleksandra Kwaśniewskiego, które szczególnie wspominasz?

Oficjalna wizyta pary prezydenckiej w Londynie, u królowej Elżbiety II. Takiej oprawy, z wojskiem, przejazdem karetami do pałacu Buckingham, ze wszystkimi honorami, nie widziałam do dzisiejszego dnia. Prezydent Aleksander Kwaśniewski jechał z królową, a pani prezydentowa Jolanta Kwaśniewska z księciem Filipem. Choć wiedziałam, że wielu rzeczy i sytuacji podczas tej wizyty nie uwiecznię, bo obowiązywały limity liczby miejsc nawet dla fotografów prezydentów.

Jakie były te obostrzenia?

Nie wpuszczono nas na rozmowy w cztery oczy. Na oficjalny obiad w pałacu Buckingham też nie mogliśmy wejść. Ani na wystąpienie królowej Elżbiety II przed uroczystą kolacją. Podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych, a było to wydarzenie tej samej rangi, mogliśmy dużo więcej.

Gdy przeglądam twoje zdjęcia, wydaje mi się, że sprawnie reagowałaś na sytuacje, które wymykały się regułom. Patrzę na zdjęcie prezydenta Kwaśniewskiego, który karmi foki na Helu. I grono ludzi, którzy stoją i mu się przyglądają. Część z nich jest w garniturach. Zabawna sytuacja.

Bardzo. Teraz rzadziej fotografuję takie sceny. Prezydent Kwaśniewski miał duży dystans do siebie. Poza tym większość tego rodzaju zdjęć powstała w drugiej kadencji, kiedy nie trzeba było już się ubiegać o reelekcję.

W 2005 roku prezydentem został Lech Kaczyński. Jak z twojej perspektywy wyglądała ta zmiana?

Pamiętam słowa prezydenta Kwaśniewskiego, gdy 22 grudnia 2005 roku poszłam do jego gabinetu, żeby podpisał mi się na zdjęciu. Powiedział, że ma dużo pracy i żebym przyszła innego dnia, do biura. Ale uparłam się, że chcę mieć podpis złożony w gabinecie prezydenckim. To był jego ostatni dzień w tym miejscu.

Co to było za zdjęcie?

Z ostatniej wizyty w Stanach Zjednoczonych, w Aspen, z wycieczki w górach. Jestem z nim na tym zdjęciu. Prezydent po złożeniu podpisu zapytał, co robię następnego dnia. Odpowiedziałam, że jadę z nim do Sejmu i wracam do Pałacu Prezydenckiego. Ale nie wiem, co potem.

Zrobiłam zdjęcia podczas zaprzysiężenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wróciłam do pałacu, a w kolejnych punktach ceremonii prezydentowi Kaczyńskiemu towarzyszył już jego fotograf Maciej Chojnowski. Wprowadziłam go do kancelarii. Trzeba dodać, że każdy prezydent przychodzi do kancelarii ze swoim fotografem, który często jest z nim już podczas kampanii.

Na czym polegało to przekazanie obowiązków?

Wprowadziłam go w pracę kancelarii, poznałam z odpowiednimi ludźmi i fotografowaliśmy trochę razem wydarzenia. Potem robiłam też zdjęcia pierwszej damie, Marii Kaczyńskiej. Pracowałam z parą prezydencką około roku.

A jak wspominasz prezydentową?

Jako bardzo ciepłą osobę. Pamiętam, gdy pojawiła się wraz z mężem już po zaprzysiężeniu. To było spotkanie z ludźmi odpowiedzialnymi za protokół dyplomatyczny w pałacu i Maria Kaczyńska w pewnym momencie podeszła do mnie i zapytała, jak tu właściwie jest w tym Pałacu Prezydenckim. Dowiedziała się, że długo tu pracuję, i chciała porozmawiać. Niestety, nie miałam możliwości jej długo fotografować.

Zostałaś odsunięta od pracy?

Tak. Dawano mi odczuć, że nie jestem od nich, że mam inne poglądy. Nie byłam informowana o wszystkich wydarzeniach, spotkaniach, sprawach dotyczących bieżącej pracy.

Co wtedy czułaś?

Wiesz, zawsze byłam „od nich”, czyli od poprzedniej ekipy. Myślałam: czy to dobrze, czy źle? Jestem lepsza czy gorsza? Osoba, która ma słabą psychikę, może tego nie udźwignąć. A jednak miałam świadomość, że za mną stoją wiedza, doświadczenie, kontakty.

Para prezydencka, sierpień 2005 roku

Ktoś cię pytał o poglądy polityczne?

Nikt, do dziś nie pytają. Ja też nigdy tych tematów nie poruszam. Znałam osoby, które z powodu poglądów politycznych odchodziły z pracy. Ja wychodzę z założenia, że pracuję dla głowy państwa – prezydenta, który został wybrany w demokratycznych wyborach. Mimo to tamta ekipa dała mi odczuć, że nie pasuję.

Pamiętasz pierwsze wpadki podczas wystąpień prezydenta Lecha Kaczyńskiego? A to flaga źle postawiona, a to źle wywieszona. Odsunięto ludzi, którzy się na tym znali, specjalistów od protokołu czy spraw organizacyjnych w kancelarii. Oczywiście prezydent musi mieć swoich zaufanych ludzi, ale trzeba zrobić okres przejściowy. Ja też za każdym razem musiałam zdobywać zaufanie nowych ludzi. Wprowadzałam Maćka Chojnowskiego, bo uważałam, że tak należy zrobić, dla dobra urzędu. Z czasem przeniesiono mnie do innego biura administracyjnego przy ulicy Wiejskiej. Potem w ogóle podziękowano mi za pracę w Pałacu Prezydenckim. Ale życie jest przewrotne, bo przecież tam wróciłam.

Co robiłaś w czasie, w którym nie byłaś fotografką prezydentów?

Miałam epizod gastronomiczny. Otworzyłam z mężem kawiarnio-galerię. To było coś zupełnie nowego na rynku. Ale mój brak doświadczenia spowodował, że niezbyt dobrze się to skończyło. Czasem się śmieję, że pewne rzeczy, tak jak moja mama, robię z wyprzedzeniem, zanim stanie się to modne.

Pamiętam to miejsce. Przesiadywaliśmy tam z fotografami z agencji Napo Images. W twojej kawiarni odbieraliśmy zdjęcia z Gruzji od Wojtka Grzędzińskiego, za które później w 2009 roku otrzymał World Press Photo.

Żałuję, że Bracka 18 nie przetrwała.

Czyli 10 kwietnia 2010 roku nie pracowałaś już w Kancelarii Prezydenta RP.

Znałam część osób, które wtedy zginęły. Ale sama świadomość, że ginie głowa państwa, jest przytłaczająca. Do dzisiaj brakuje mi słów.

Prezydent Bronisław Komorowski i pierwsza dama Anna Komorowska w towarzystwie harcerzy, 22 sierpnia 2012 roku.

Pamiętasz, gdzie byłaś, gdy się o tym dowiedziałaś?

To była sobota i mieliśmy zamówioną salę na szkolenie w naszej kawiarni. W telewizorze leciały wiadomości. Poszłam do kuchni coś zrobić. Nagle usłyszałam, jak mąż krzyczy do mnie, że spadł jak – samolot prezydencki. Ale prezydent nie latał już jakiem. Wiedziałam, że to niemożliwe. Coś się nie zgadzało. Zadzwoniłam do znajomych z kancelarii. Szukałam informacji. Potem pojawiła się lista pasażerów i już było wiadomo.

Latałaś z prezydentami?

Tak.

Nigdy się nie bałaś?

Zawsze czułam się bezpiecznie. Mówiłam, że traktuję z sentymentem prezydencki samolot, tupolewa. Jak wracaliśmy na lotnisko po wizycie zagranicznej, to gdy widziałam na płycie nasz samolot, czułam, jakbym była w domu.

Wróciłaś do kancelarii i stałaś się częścią zespołu budowanego przez Łukasza Kamińskiego, który fotografował prezydenta Komorowskiego w trakcie kampanii prezydenckiej w 2010 roku.

Łukasza znałam prywatnie, a właściwie dobrze znali się nasi rodzice. Mama i tata Łukasza także prowadzili laboratorium fotograficzne. Zadzwonił do mnie w 2010 roku i wróciłam do pracy.

Początkowo Łukasz był głównym fotografem prezydenta. To było uhonorowanie jego pracy podczas kampanii. Ja fotografowałam pierwszą damę, a Łukasz prezydenta. Cały czas wprowadzałam go do pracy w kancelarii. Wiedział, że znam ludzi i jestem w stanie wiele rzeczy załatwić od ręki. Potem zespół się powiększył. Dołączyli do nas Piotr Molęcki i Wojtek Grzędziński, który z czasem przejął obowiązki głównego fotografa.

Wasza praca jest bardziej relacjonowaniem wydarzeń czy budowaniem wizerunku głowy państwa?

Pomiędzy. Z jednej strony dokumentujemy wydarzenia, które trafiają do archiwum i są częścią dokumentacji i relacji z kadencji, a z drugiej – nasze zdjęcia są częścią wizerunku Prezydenta RP.

A emocje? Udaje się złapać to, co najcenniejsze w fotografii?

Mam w pamięci wizytę grupy dzieci, pacjentów onkologicznych, u papieża Jana Pawła II. To był 2002 rok. Pani prezydentowa Jolanta Kwaśniewska zorganizowała to spotkanie w Watykanie. Dla tych dzieci to często był pierwszy raz, kiedy opuściły szpital i gdzieś wyjechały. To było też moje pierwsze spotkanie z papieżem. Zrobiło to na mnie duże wrażenie. Emocje były bardzo silne. Pamiętam łzy w oczach pani prezydentowej. Wiem też, że dla części z tych dzieci to był w ogóle ich ostatni wyjazd w życiu.

Jak radzisz sobie w takich sytuacjach?

Często, gdy towarzyszyłam pierwszej damie Jolancie Kwaśniewskiej, spotykałam chore dzieci i musiałam się chować za aparatem. Moja wrażliwość i poziom empatii są zbyt wysokie. Cieszę się, że teraz, gdy jestem mamą, nie biorę udziału w tego rodzaju wizytach. Byłam raz, gdy prezydent Andrzej Duda objął urząd i pojechaliśmy do Kliniki Onkologii Centrum Zdrowia Dziecka, w grudniu 2015 roku. Zanim zaczęłam fotografować, przeszłam się po szpitalu, żeby zobaczyć oddział i zapytać pacjentów oraz rodziców, czy mogę robić zdjęcia. Chciałam mieć pewność, że nie będę im przeszkadzać. Pamiętam, że chwilę po tym wyszłam na korytarz i się popłakałam. Wiedziałam, że muszę się zebrać do kupy, bo jestem tam służbowo. Skupiłam się na wykonaniu zadania i musiałam wyłączyć emocje.

A czy możesz fotografować emocje pierwszej pary?

Czasami są takie sytuacje, w których może nie powinniśmy fotografować, ale robimy to, bo nigdy nie wiemy, co i kiedy może się przydać. W przypadku Jolanty Kwaśniewskiej powstało dużo takich zdjęć: i tych, kiedy ocierała łzę z policzka, i takich, gdy śmiała się wspólnie z osobami, które spotykała. Pary prezydenckie bardzo się różnią, więc trudno to porównywać, nie jest to nawet wskazane. Każdy wykonuje swoje zadania na swój sposób i pokazuje światu innego siebie.

I za to, jak są pokazywani, odpowiadają między innymi fotografowie prezydentów. Mieliście jasny podział obowiązków w zespole za czasów prezydenta Bronisława Komorowskiego?