Pismo. Magazyn opinii Grudzień 2021 - Fundacja Pismo - ebook

Pismo. Magazyn opinii Grudzień 2021 ebook

Fundacja Pismo

4,3

Opis

W grudniu pochylamy się nad tematem miłości. To miłość partnerska, relacje w rodzinie, ale też uczucia, którymi obdarzamy zwierzęta. Temat tradycyjnie poruszamy również okładką - tym razem jej autorką jest Barbara Pospischil.

 

W tym miesiącu szczególnie polecamy materiały, w których:

  • rozmawiamy z Krystyną i Stefanem Chwinami o recepcie na udany (50-letni!) związek,
  • Ronan Farrow opowiada o koszmarze kurateli Britney Spears,
  • Oksana Zabużko analizuje, co fantazje seksualne mówią o naszych narodach,
  • Kate Crawford sprawdza, jak sztuczna inteligencja odczytuje ludzką mimikę,
  • Marta Zabłocka („Życie na kreskę”) publikuje komiks o życiu pośmiertnym naszych domowych zwierząt.

Ponadto w numerze znajdziesz opowiadania Joanny Bator i Joanny Rudniańskiej oraz oczywiście felieton Marcina Wichy.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 243

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (20 ocen)
8
9
3
0
0
Sortuj według:
kbuczek

Nie oderwiesz się od lektury

świetne refleksyjne teksty
00

Popularność




TYMCZASEM // FELIETON

Dzień Żółwia

Gady. Zwiérzęta Grzbietne bez cyców, bez włosów i bez piór, maiące czerwoną zimną krew, płuca do oddychaniá, serce o dwóch uszkach a o jednéy kómórce: niepodlegaiące w młodości przemianom.

(F.P. Jarocki, Zoologiia czyli Zwiérzętopismo ogólne, Warszawa 1821)

Kilka dni przed wigilią jedziemy do sklepu ze zwierzętami. Potem to już zawsze będzie Dzień Żółwia, chociaż nigdy nie będziemy pewni dokładnej daty.

– Zarezerwowałam tego.

– Tego? Wszystkie są identyczne.

– Zaczekaj. Da pan jeszcze cykorii? – prosisz sprzedawcę.

Sprzedawca wrzuca do terrarium kilka liści i zarezerwowany zrywa się do boju. Przypomina rozpędzony kamyk. Turla się po grzbietach rodzeństwa. Pozostałe dopiero wysuwają głowy.

– Widzisz?

– Cwaniak.

– Zobacz, jak je.

Żółw kłapie w powietrzu. Za pierwszym razem pudłuje. Ponownie otwiera dziób. Przez chwilę widać język i białoróżowe podniebienie. Wygląda jak wnętrze muszli przywiezionej z jakiegoś ciepłego kraju.

Kiedy żółw rozrywa włókna cykorii, można uwierzyć, że wszystkie kamienie świata są w środku różowe. Mają delikatne wnętrza, płuca, wątroby, nerki. Tylko nie zawsze są głodne.

Chcąc w roku 1815 umorzyć Żółwia dlá zrobieniá z niego preparatu: trzymałem go sześć tygodni bez jadła i napoiu; a nie zdechł. Czém przymuszony zostałem do odstąpieniá od zamiaru mego. (tamże)

Nigdy się nie dowiemy, czy tego dnia dzieci są rozczarowane. Może spodziewały się czegoś innego. Może skrycie wierzyły, że to będzie pies ze schroniska. Kot przybłęda. Coś puszystego i stałocieplnego. Dzielnie nie okazują zawodu.

– Mogę mu dać listek?

– To jest ona?

– Jak ją nazwiemy?

Początkowo oklejają terrarium rysunkami. Przez pierwsze lata szykują laurki na Dzień Żółwia. Pamiętają o kartkach świątecznych. Sześć wesołych żółwi w zaprzęgu Świętego Mikołaja. Żółw z czerwonym nosem. Serduszko z żółwiem. Żółw unoszący piramidę paczek. Na Wielkanoc żółw pisanka.

Poruszone zdjęcia żółwia trafiają na tapetę telefonów, w dość beznadziejnej, ale zasługującej na szacunek próbie rewanżu za wszystkie golden retrievery w iPhone’ach koleżanek.

Dzieci rosną. Postęp zaznaczamy kreskami na futrynie. Numerami ubrań. Rozmiarami rolek i rowerów. Jak było w szkole? Naprawdę musisz mieć konto na Facebooku? Kiedy wracasz? Kiedy wyjeżdżasz? Za parę lat sprawią sobie wykastrowane koty i osiatkowane balkony. Nie myślimy o tym.

Gady rosną prawie przez całe życie i dla tego niektóre z nich olbrzymiéy dorastaią wielkości.

Wiele między niémi jest takich, którém utracone części ciała odrástaią. (tamże)

Rysunki blakną. Żółw rośnie. Wszystkie paczki rukoli, liście rzodkiewki, pelargonii i mlecza („Idźcie do parku i nazbierajcie nieobsikanych”) zamieniają się w żółwia. Na skorupie przybywają kolejne słoje. Łapy są coraz potężniejsze. Manewruje w swoim terrarium jak kierowca samochodu dostawczego. Łypie czarnym okiem. Rozzłoszczony syczy, atakuje taranem i próbuje urwać kawałek palca.

Dzieci mają swoje sprawy. Martwią się o klimat. O fundamentalne prawa kobiet, o transformację energetyczną, o nas. Kupują używane ubrania. Wyjeżdżają w świat. Kogoś spotykają. Żeby tylko były szczęśliwe.

– Żółw o was nie dba – mówią znajomi.

– Nic do was nie czuje.

– Nawet was nie słyszy.

– Żółw jest taki niekontaktowy – powtarzają.

– Właśnie o to chodzi – powinniśmy odpowiedzieć.

Budzi się, kiedy zapalamy żarówkę. Zasypia, kiedy gasimy. Stuka w szybę. Czeka na okazję do ucieczki. Nie udaje przyjaciela. Nie okazuje uczuć. Ma przed sobą sto lat. Jest jak kawałek nieśmiertelności.

A my opiekujemy się żółwiem. Zapewniamy mu zbilansowaną dietę. Odmawiamy sałaty i ograniczamy truskawki. Dbamy o jego wątrobę.

Lubię tego żółwia. Lubię to my. Nasze my jest troskliwe, opiekuńcze, zgodne. Ma pod opieką żółwia. Program na sto lat.

Krew Gadów nié má stałego stopnia zimna; lecz zawsze go zmieniá przybieraiąc stopień ciepła tego mieysca, w którém się znáyduią. (tamże)

Idą święta. Zbliża się Dzień Żółwia.

MARCIN WICHA (ur. 1972), grafik i pisarz. Nagrodzony Paszportem „Polityki” 2017 w kategorii literatura. Laureat Nagrody Literackiej Nike 2018 za Rzeczy, których nie wyrzuciłem. W kwietniu ukazała się jego najnowsza książka Kierunek zwiedzania.

rysunek SONIA DUBAS

Rzecz gustu,

CZYLI REDAKCJA „PISMA”poleca w grudniu

Wystawa Portret osobisty vol. 4w Galerii Jednostka w Warszawie

12 grudnia

Do 12 grudnia w warszawskiej Galerii Jednostka możemy oglądać zdjęcia autorstwa Zuzy Krajewskiej, Michała Łuczaka oraz duetu Katarzyny Korzenieckiej i Szymona Rogińskiego. To czwarta odsłona projektu Portret osobisty, czyli bliskie spotkanie z..., w ramach którego artyści i artystki prezentują różne podejścia do sztuki portretu.

Splat!FilmFest

1 grudnia

Splat!FilmFest – International Fantastic Film Festival to największy w Polsce festiwal nowego kina grozy, fantastyki, kina gatunkowego i bezkompromisowego kina arthousowego. Tegoroczna, siódma edycja, której lubelska i wrocławska odsłona miały miejsce w listopadzie, w grudniu odbędzie się w Warszawie w kinie Muranów między 1 a 5 grudnia, oraz online, między 6 a 19 grudnia.

WIĘCEJ:splatfilmfest.com

Spotkanie w ramach projektuCzytanie wody: Wisła w Krakowie

2 grudnia

Jeśli pamiętacie nasz projekt Czytanie wody: Wisła, zrealizowany z Małgorzatą Lebdą i Rafałem Siderskim, być może zainteresuje was spotkanie z bohaterami naszej wrześniowej „Soczewki Pisma”. Drugiego grudnia w CRAG Store w Krakowie Lebda i Siderski spotkają się z publicznością, aby opowiedzieć o tym, co wyczytali z ponadtysiącstukilometrowego biegu wzdłuż Wisły.

Festiwal PraPremier w Bydgoszczy

4 grudnia

W tym roku teatralny Festiwal PraPremier w Bydgoszczy obchodzi 20. jubileusz. Poza prezentacją spektakli teatralnych festiwal skupia się na działalności rezydencyjnej i inicjowaniu współpracy polskich i zagranicznych twórców i twórczyń teatralnych. Hasłem tegorocznej edycji będzie „odzyskiwanie”, rozumiane jako przywrócenie zapomnianych i pominiętych przez teatr tematów, tekstów, idei i form.

WIĘCEJ:festiwalprapremier.pl

Festiwal Watch Docs

10 grudnia

Jeden z największych festiwali filmowych poświęconych prawom człowieka, organizowany przez Helsińską Fundację Praw Człowieka, odbędzie się w tym roku w formie hybrydowej. Filmy wybrane w ramach 21. edycji festiwalu Watch Docs będzie można oglądać w kinach w Warszawie w dniach 10–16 grudnia oraz online od 10 do 19 grudnia. Podobnie jak w poprzednich latach po oficjalnej części festiwalowej seanse ruszą w objazd po całej Polsce.

WIĘCEJ:watchdocs.pl

Slavs and Tatars we Wrocławiu

grudzień

Po raz pierwszy we Wrocławiu swoją wystawę indywidualną pokazuje jeden z najbardziej znanych kolektywów artystycznych na świecie Slavs and Tatars, którego założycielami są Polka Katarzyna Korczak i Irańczyk Payam Sharifi. W przestrzeni OP ENHEIM opowiadają o wspólnej historii Wrocławia i Lwowa. Wystawę można oglądać do 30 stycznia 2022 roku.

PRAWA CZŁOWIEKA

Polowanie

zdjęcieKAROL GRYGORUKzdjęcieANNA ALBOTH

RATSAGENCY

Sameh (25) i Ali (40) próbują ukryć się w głębi lasu. Muszą być niewidoczni, dlatego nie podpisujemy zdjęcia. W ostatnich tygodniach polska Służba Graniczna wielokrotnie wywoziła ich na granicę i wypychała na Białoruś. Paraliżuje ich każdy szelest. Gdy w oddali słychać silniki wojskowych aut, zamierają w zupełnej ciszy. Trwa polowanie.

Uciekli z ogarniętego wojną domową Jemenu. Podobnie jak setki innych osób, usiłują dostać się do Unii Europejskiej w poszukiwaniu bezpieczeństwa i stabilności. W Polsce tego nie znajdują. Na granicy polsko-białoruskiej od miesięcy trwa kryzys humanitarny. 

Pod koniec października weszła w życie tzw. ustawa wywózkowa. Polska zalegalizowała pushbacki, czyli wypychanie osób, które przekraczają granice w nieuregulowany sposób – jedyny możliwy, ponieważ bezpieczne szlaki migracyjne nie istnieją. Tym samym rząd polski łamie postanowienia Konwencji Genewskiej dotyczące statusu i praw uchodźców. Zawracani są wszyscy, niezależnie od wieku, płci i stanu zdrowia. Mężczyźni, kobiety i dzieci wypychani są do kraju, w którym panuje dyktatura, a prawa człowieka pozostają fikcją. Aktywistki i aktywiści od miesięcy alarmują o systemowej przemocy, do której dochodzi po obu stronach granicy. 

– Teraz jesteście naszymi żołnierzami! – usłyszał Abdullah (31) od białoruskiego pogranicznika. Chwilę później został po raz kolejny wypchnięty za drut z żyletek.

13

• liczba ofiar kryzysu humanitarnego na granicy polsko-białoruskiej (informacja z 13 listopada 2021 roku, za: Grupa Granica)

PROZA

Stare buty

tekstJOANNA BATORrysunkiKASIA KOZAKIEWICZ

P rzez ostatnie trzy lata opowiadałam ludziom wiele historii, jednak przynajmniej na początku czyniłam to nie tyle z potrzeby mówienia o sobie, ile dla świętego spokoju, żeby zaspokoić ich ciekawość. Mówili: acha, to bardzo interesujące tak zacząć wszystko od nowa, niesamowite, straszne, ja bym się bał, bała albo ja też bym tak chciał, chciała, może kiedyś. Po roku nie byłam już pewna swoich intencji, bo zaczęłam z tych konfabulacji czerpać jakiś rodzaj satysfakcji, która nie była wprawdzie czystą przyjemnością, lecz pozwalała mi głębiej zakorzenić się w życiu, w które tu wpadłam. Tak o tym myślałam na samym początku, gdy czułam się połamana jak wagonik kolejki elektrycznej strącony z toru łapą kota. Fakt, iż zamieszkałam na Krecie, po prostu się wydarzył i nie mogłam nic na to poradzić. Wpadłam w to życie po uszy i nie czułam już dna pod stopami. Czasem wybór rozwiązań jest pozorny i można zrobić tylko tę jedną, jedyną rzecz, by przeżyć. Turystom i miejscowym, którzy pytali mnie, jak, dlaczego, od jak dawna – po prostu nie mówiłam całej prawdy o tym, co stało się tamtego dnia we Vrahos.

To właśnie z powodu kota lubiącego strącać przedmioty pojechaliśmy z Michałem na wakacje, które wszystko zmieniły. A raczej z powodu nagłego, choć niezaskakującego braku Racucha. Spędził z nami dwadzieścia lat, od kiedy znaleźliśmy go w śmietniku, jedynego żywego obok pięciu martwych ciałek pokrytych szronem. Daliśmy mu na imię Racuch, bo był chudy i zimny, a to imię kojarzyło nam się z ciepłem i sytością, którymi chcieliśmy go obdarzyć, mimo że nie planowaliśmy zwierzęcia. Ani nawet nie lubiliśmy za bardzo racuchów. Został z nami do późnej kociej starości, cichy jak puszysty cień. A potem, któregoś lipcowego ranka zjadł śniadanie i poszedł na balkon, by jak zwykł to czynić po posiłku, położyć się w plamie słońca, i już się nie obudził.

Odebraliśmy urnę z prochami Racucha i usiedliśmy przy stole, na którym stała jak skondensowany smutek w kształcie drewnianego pudełka. Kupiliśmy ten stół wiele lat temu w komisie z używanymi meblami. Niech będzie na razie, mówiliśmy, dopóki nie zarobimy więcej pieniędzy, a został przez całe życie naszego kota. Racuch do śmierci strącał przedmioty z brzydkiego politurowanego blatu, którego brak urody usiłowałam zamaskować lnianym obrusem i podkładkami z liści bananowca. Widniały na nich niezmywalne plamy z sosu pomidorowego i oliwy. – Może kupimy nowy stół – powiedziałam. Po moich słowach zapadła cisza w kolorze popiołu, jakim stał się nasz kot. Zawirowała jak strzępki ektoplazmy i rozpłynęła się po kątach mieszkania, w którym było więcej sprzętów trzymanych na teraz. Na tymczasem. Szafa w przedpokoju, spadek po mojej ciotce, utknęła we wnęce, dwa stare taborety poplamione farbą na balkonie, przetarty dywan w sypialni, kuchenne meble robione na wymiar, ale już niemodne i zużyte przybrały brzydki żółtawy kolor. W sumie całe mieszkanie i życie na blokowisku miały być tymczasowe, tak się łudziliśmy, wprowadzając się tu dwadzieścia lat temu, gdy odziedziczyłam po dalekiej krewnej dwa pokoje z kuchnią.

Myślałam, że Michał powie, jak zawsze, że ten stół mu wystarcza, bo jest przecież całkiem dobry, nic mu nie brakuje, tak samo zresztą myślał o naszym małym mieszkaniu czy swoich starych butach trekkingowych, ale mój mąż się nie odezwał. Patrzył w stronę balkonu, gdzie w plamie słońca brakowało Racucha, odbijały się w niej tylko poruszane wiatrem pędy bluszczu porastającego już niepotrzebną siatkę ochronną. Twarz Michała nagle wydała mi się obca w nowy, nieprzyjemny sposób. Kiedy aż tak posiwiała mu broda? I ten dziwaczny sposób wzdychania! – Może też krzesła by nowe – powiedziałam więc, by przerwać milczenie, i mój mąż zgodził się, że może by, ale to jego „może” było kruche jak wysuszony mól wymieciony spod szafy.

Przestaliśmy się kochać, taka była prawda, a śmierć tej małej istoty sprawiła, że łączące nas więzi rozerwały się całkowicie i opadły jak zmurszała guma do majtek. Rozluźniały się latami, odrzucając nas coraz dalej od siebie, co nie było łatwe, bo przy każdym gwałtownym oddaleniu obijaliśmy się o ściany niewielkiego mieszkania i rykoszetem z powrotem wpadaliśmy na siebie w drzwiach sypialni, kuchni lub łazienki. Może łatwiej jest przestać się kochać i nadal pozostać pod wspólnym dachem dużego domu z ogrodem, ale na pięćdziesięciu metrach kwadratowych sprawiało to kłopot, codziennie grożąc drobnymi stłuczkami i kolizjami z rozlewem krwi. Nocami spaliśmy obok siebie jak podróżni w kuszetkach, starając się zachowywać schludnie i w sposób nieuciążliwy. Po przebudzeniu niczym nieznajomi w windzie omijaliśmy się wzrokiem, jak teraz przy stole z urną Racucha; patrząc na nią, Michał powiedział: – To może pojedźmy na Kretę.

Im bardziej się nie kochaliśmy, tym sprawniej szły nam wspólne działania wymagające wykonania sekwencji konkretnych czynności, które mieliśmy przećwiczone. Na pewno nie podjęlibyśmy się wielkiej zmiany albo tego, co nazywa się realizacją marzeń, bo nawet jeśli jakieś mieliśmy, dawno obumarły. Michał kiedyś marzył o tym, by hodować kozy gdzieś daleko od miasta, a ja nie lubiłam swojej pracy, bo zostałam inżynierką tylko dlatego, że miałam dysgrafię i zero szans na kierunki humanistyczne. Od lat pracowałam w tym samym biurze, przyzwoicie wykonywałam swoją robotę i tylko czasem, po godzinach, wpadałam w cukrowe ciągi, zjadając w aucie pięć pączków z adwokatem naraz. Nie rozmawialiśmy już z Michałem o tak niebezpiecznych rzeczach jak marzenia. Jednak brak emocji sprawiał, że nie mieliśmy do siebie o nic pretensji i z łatwością ulegaliśmy zachciankom drugiej strony, choć żadne z nas nigdy nie było wybredne czy kapryśne. – Kreta? – powtórzyłam więc, wciąż patrząc na urnę Racucha – niech będzie Kreta. Może Vrahos? – dodałam, bo byliśmy tam wiele razy, co wszystko ułatwiało. A Michał przytaknął, że Vrahos będzie akurat, i znów westchnął w ten nowy sposób.

Vrahos, czyli skała wystająca z morza, tak nazywał się kompleks kilku skromnych domków na wzgórzu koło Agia Galini, w cieniu gigantycznego kamulca dominującego nad spalonymi słońcem wzgórzami porośniętymi gajami oliwnymi i kolczastymi krzakami. Podobno Vrahos przypomina siedzącą kobietę, starą babę patrzącą na morze, ale mnie kojarzył się od początku z Piknikiem pod wiszącą skałą, moim ulubionym filmem. Zanim poznałam Michała, spotykałam się z chłopakiem z roku, którego imię nie tyle zapomniałam, co tak zupełnie wyciekł z niego cielesny desygnat, że nie ma sensu go przytaczać w żadnej historii. Widzieliśmy się tylko kilka razy i podczas ostatniej randki poszliśmy do małego studyjnego kina właśnie na Piknik pod wiszącą skałą. Chciałam się podzielić tym obrazem z kimś, kto go nie znał, a stawał się dla mnie ważny. Tak interpretowałam to świadomie, ale dziś, patrząc z perspektywy czasu, przypuszczam, że w bardziej perfidny sposób wystawiłam nowego kochanka na próbę w obliczu rodzących się wątpliwości. W trakcie seansu, jeszcze zanim Amanda tanecznym krokiem znikła w szczelinie skały, zostawiwszy za sobą opustoszałą złotą poświatę jak nasz kot na balkonie, zobaczyłam, że mój towarzysz drzemie, posapując cicho, a kilka tygodni później poznałam Michała. Bardzo lubił Piknik pod wiszącą skałą i nabraliśmy zwyczaju oglądania go co roku, ale ostatnio zapomnieliśmy o tym.

Byliśmy w Vrahos już kilka razy i dobrze znaliśmy okolicę, choć nie miałam pewności, czy tak bardzo nam się podobała, czy raczej w ostatnich latach jeżdżenie w to samo miejsce zdejmowało z nas ciężar wybierania nowego i przedzierania się przez wstępną fazę oswajania przestrzeni, oznaczającą mnóstwo drobnych decyzji: gdzie jeść, dokąd i którędy iść, gdzie robić zakupy, co zobaczyć, co się podoba, co mniej. Powrót do Vrahos oszczędzał nam więc również gwałtownych przeżyć estetycznych i tych pierwszych zachwytów, które o wiele łatwiej wychodzą parom nadal żywiącym do siebie uczucie. Móc dzielić się pięknem z kimś, kogo się kocha, to najlepsza rzecz w życiu, nawet jeśli je się przy niepięknym stole i chodzi po przetartych dywanach. A my zatraciliśmy tę zdolność. Zestarzała się i umarła jak nasz stary Racuch.

– Ciepło – powiedziałam więc tylko, gdy po wyjściu z samolotu w twarz uderzył mnie pierwszy powiew kreteńskiego upału, a Michał przytaknął i znów westchnął w ten nowy, nieprzyjemny sposób, jakby chwytał nieistniejącą rurkę do napoju. Poza tym jednak od momentu, gdy podjęliśmy decyzję o Vrahos, do wylądowania na lotnisku w Heraklionie wszystko odbywało się tak, jak zawsze, gdy coś robiliśmy razem, czyli bez tarć. Byliśmy zgranym dwuosobowym zespołem do obsługi życia. W samolocie lubiłam siedzieć od strony korytarza, Michałowi było wszystko jedno, on wolał prowadzić samochody z manualną skrzynią biegów, mnie to nie sprawiało różnicy, więc wynajęliśmy starszy model toyoty przesiąknięty zapachem wielu wakacyjnych ciał i lepki od potu i napojów, które wylały się na tapicerkę. – Kto prowadzi? – zapytał mój mąż, ja wzruszyłam ramionami, więc rzucił monetą i wyszła reszka, czyli on. Zawsze był reszką, ale kiedyś na koniec przybilibyśmy dla zabawy piątkę. Teraz oboje poczuliśmy się niezręcznie.

Zapadał zmierzch, słońce zachodziło wielkie i soczyste, a przy drodze szybkiego ruchu moje oczy wyławiały ciała martwych kotów, które już niczego nie strącą ze stołu. W Grecji przeszkadzały mi tylko koty, to znaczy nie ich istnienie, ale fakt, że większość była bezdomna i głodna, a najmniej szczęśliwe z nich ginęły. Prawie nie rozmawialiśmy, a ja kiedyś lubiłam nasze bezsłowne bycie razem w podróży albo przy posiłku, wynikające z zażyłości i spokoju, braku przymusu, ale teraz ciążyła mi gęsta cisza o zapachu obcego auta. Włączyłam radio i auto wypełniła grecka muzyka rebetiko, którą lubiliśmy, ale Michał nie zareagował na nią w żaden sposób. Spojrzałam na jego profil, siwiejące włosy opadające na spocone czoło, zbyt długą brodę, którą przestał trymować jakiś czas temu. – Niech sobie rośnie – powiedział tylko, gdy go o to zapytałam, więc nie drążyłam dalej, zakładając, że jemu też może się nie podobać mój zaokrąglony brzuch, krótkie włosy i coraz większa niechęć do aktywności fizycznej. W ostatnich latach jeździł w góry sam albo z najbliższym kumplem, który niedawno się rozwiódł, a ja z przyjemnością zostawałam w domu i jadłam pączki z adwokatem. To, że piosenka była piękna, zabolało mnie, bo nie pasowała do zapuszczonej brody mojego męża, drogi, milczenia, więc bez sensu przełączałam stacje, wypełniając wnętrze kakofonią greckich głosów, przy których dojechaliśmy do Vrahos oświetlonego ostatnimi promieniami słońca. Skała odcinała się na tle nieba w kolorze budyniu malinowego, jeszcze bardziej posępna i dominująca, niż pamiętałam.

Nie wiem, czy tak dokładnie utkwił w moim umyśle tamten wieczór, czy nałożyły się na niego podobne wakacyjne wieczory z dwudziestu lat, które spędziłam z Michałem. Ludzie potem mówią, że nic nie wskazywało, że wszystko było normalnie albo na siłę szukają znaków tego, co miało nadejść, co czaiło się już w mroku. Rozpakowaliśmy się jak zawsze, wymieniając powitalne uprzejmości z gospodarzem, który przyniósł nam kilka świeżych ciemnofioletowych fig, a potem zjedliśmy je na kolację na tarasie, popijając winem. Między niebem a ziemią błyszczała kreska morza, słychać było daleką muzykę i cykady. Figi smakowały jak kiedyś i przez chwilę pomyślałam, że wszystko jakoś się ułoży, właśnie w tych banalnych słowach, ale uniósł je wiatr. – Rano pójdę popływać – powiedział Michał i wytarł palce poklejone sokiem. Budził się zawsze o piątej i zanim wstałam trzy godziny później, często szedł na spacer albo popływać, nie było w tym nic dziwnego. Może tylko to, że w pierwszy dzień wakacji zwykle robiliśmy zakupy spożywcze, by potem nie zawracać sobie tym głowy. – Na Agios Georgios? – Zapytałam o małą plażę, odległą od Vrahos o kilka kilometrów. Morze tam było spokojne, woda krystalicznie czysta i ciepła. Michał skinął głową i nie wymieniliśmy już żadnych słów, zasypiając daleko od siebie na chłodnym białym prześcieradle, szorstkim pod palcami jak piach.

Kiedy się obudziłam, nieco później niż zwykle, mojego męża nadal nie było. Wyjrzałam przed dom i zauważyłam, że brak także naszego wynajętego samochodu, więc pomyślałam, że po pływaniu Michał postanowił sam zrobić zakupy. Nie musiałam przygotowywać listy, bo znaliśmy doskonale swoje upodobania, co było tym prostsze, że lubiliśmy prawie te same rzeczy. Kupiłby więc chleb, ser, trochę warzyw, melona, dwie, trzy kiście małych bezpestkowych winogron, oliwę, miód i miejscowy jogurt, słone orzeszki dla mnie i słodkie w nugacie dla siebie. Zrobiłam sobie kawę i wypiłam ją na tarasie, skąd widziałam jedno zakole drogi prowadzącej od Agia Galini, ale raczej nie rozpoznałabym stąd samochodu Michała. Żaden nie podjechał pod nasz dom, słońce wędrowało w górę, coraz bardziej rozpalone. Zadzwoniłam na komórkę męża koło południa, a dźwięk rozległ się z sypialni. Telefon leżał w szufladzie koło łóżka, a moje imię na wyświetlaczu wydało mi się nagle osobliwie złowieszcze. Tknięta nagłym przeczuciem zajrzałam do szafy, ale wszystkie rzeczy Michała nadal tam były. Porządnie powieszone wakacyjne koszule, te same od co najmniej dziesięciu lat, dżinsy i bermudy w rekiny. Bielizna, koszulki. Wziął ze sobą plecak i portfel, nic więcej. Wychodząc, potknęłam się o klapki Michała, wysłużone crocsy, które normalnie włożyłby, gdyby jechał pływać. Brakowało za to górskich butów. Pomyślałam, że rano mój mąż zdecydował się na górską wycieczkę zamiast pływania, ale nie było także płetw i okularów. I książki, którą położył wieczorem na stoliku i podczytywał, czekając, aż zwolnię łazienkę. Wiatr uniósł zasłony i nagle świat na zewnątrz wydał mi się przerażająco obcy, kanciasty, a Vrahos górował nad nim jak nadęta Buka.

Plaża Agios Georgios znajdowała się niecałą godzinę szybkiego marszu od Vrahos, jeśli szłabym szosą, a nie górskimi ścieżkami. Ubrałam się więc i ruszyłam rozgrzanym asfaltem, mając po lewej stronie morze lśniące oślepiająco w świetle wczesnego popołudnia, a po drugiej wzgórza niemal bezludne, bo dopiero od niedawna zaczęli osiedlać się tu zamożni cudzoziemcy i Grecy. Miałam nadzieję, że Michał będzie jechał z naprzeciwka tą rzadko uczęszczaną drogą, więc szłam jej środkiem, czując pot spływający po plecach i piersiach, ale minęła mnie tylko ciężarówka ze sprzętem budowlanym. Sypnął się z niej szary cementowy pył i chwilę stałam, krztusząc się i wycierając oczy, a kierowca krzyczał do mnie niecenzuralne malaki. Chciałam, żeby Michał po prostu się pojawił, w bezsensownych butach trekkingowych i z torbą zakupów, przynosząc ulgę podszytą irytacją, że wszystko jest po staremu, ale równie mocno, jeśli nie mocniej, jakaś część mnie pragnęła iść tą rozgrzaną drogą pod wielkim greckim słońcem.

Gdy dotarłam do Agios Georgios, od razu wiedziałam, że nie ma tam Michała. Nie chodzi nawet o to, że żaden z czterech samochodów nie był toyotą z logo wypożyczalni, ale o moją wewnętrzną pewność, która uderzyła mnie z wielką siłą, gdy stałam powyżej plaży, patrząc na kilkoro opalających się i kąpiących ludzi. Zeszłam do małej tawerny, gdzie para starszych turystów zastygła nad butelkami piwa Mythos w gęstym powietrzu wczesnego popołudnia. Byli ze Szwecji, nie kojarzyli mojego męża, we are sorry. Właściciel lokalu, mężczyzna obdarzony gęstą czupryną i urodą, która przyciągała kobiety, znał nas z poprzednich pobytów w taki sposób, w jaki właściciele wakacyjnych biznesów znają turystów, czyli kojarzył nasze twarze, i rozjaśnił się na mój widok z profesjonalną ochoczością. Nie widział tu Michała, a na pewno zauważyłby go, bo od świtu czyścił łódź na plaży. Byłam mu wdzięczna za brak żartów na temat znikającego męża, miałam ich usłyszeć dość tego dnia i następnych.

Przez kolejne tygodnie wszystkie dni wydają mi się jednym i tym samym dniem powtarzanym wciąż na nowo, noce jedną i tą samą nocą pełną dziwacznych snów i nagłych przebudzeń. Po miesiącu przeniosłam się w inne miejsce, dalej na wschód od Agia Galini, bo turystyczne lokum we Vrahos było dla mnie za drogie. Malutki dwuizbowy dom wynajął mi za bezcen litościwy stary Holender, mówiąc, że i tak już tu prawie nie bywa i połowa rzeczy nie działa, więc cena jest uczciwa. Nie działało tylko światło w łazience, poza tym dom na zupełnym odludziu miał wszystko, co potrzebne do życia, a na pewno jego pomniejszonej i zredukowanej wersji, jaką tu wiodłam. Stół, przy którym jadłam, był jeszcze starszy i bardziej zniszczony niż nasz, ale okazał się akurat. Nie spędzałam wiele czasu w domu Holendra, bo szukałam Michała. Policja wyspy nie była zbyt zainteresowana tą sprawą, nie stał się też bohaterem internetu, bo zaginięcia panów po czterdziestce rzadko wzbudzają sensację. Michał, lat czterdzieści cztery, oczy niebieskie, 178 centymetrów wzrostu, znaków szczególnych brak, stał się tylko jednym więcej zaginionym, ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, ale nikt nic znaczącego nie widział i nie wiedział.

Pierwszym „przełomem”, który niczego nie wyjaśnił, było odnalezienie po tygodniu naszego wynajętego samochodu. Stał zaparkowany pod opuszczonym domem w górskiej wiosce Melambes i okoliczni mieszkańcy zarzekali się, że pojawił się dopiero poprzedniej nocy. W środku nie było ani Michała, ani żadnych jego rzeczy oprócz opakowania po orzeszkach ziemnych w nugacie. Ci, którzy oglądają dużo seriali kryminalnych, mogliby się spodziewać wnikliwej analizy śladów i odcisków, ale nic takiego nie miało miejsca i auto chyba po prostu odwieziono z powrotem do wypożyczalni. Policjanci kilka razy pytali mnie, czy mąż zabrał dokumenty i karty kredytowe, czy się pokłóciliśmy i tak dalej, ale nic z tego nie wynikało. Zbywali moje pytania o postępy i czasem miałam wrażenie, że coś przede mną ukrywają, bo znikali, zwalając sprawę jeden na drugiego, gdy ich prześladowałam wizytami na komisariacie w Agia Galini. Właśnie to nic-się-nie-dzianie było najbardziej dojmujące. Michał jednego dnia był, a kolejnego przestał być, nie zostawiwszy śladu, który pozwoliłby domyślić się, co się stało. Nie miał bliskiej rodziny, ja ze swoją szczątkową nie utrzymywałam kontaktu, więc niewiele osób zaangażowało się w poszukiwania. Wydawało się, że byłam jedyną osobą, której jego brak zrobił różnicę. Po kilku miesiącach właściwie skończyły się pytania o mojego męża, wcześniej zadawane jeszcze przez jego kumpli od górskich wspinaczek i współpracowników z firmy. Jego najbliższy przyjaciel unikał mnie albo tylko tak mi się wydawało, więc też przestałam się do niego odzywać. Informatycy i tak żyją w świecie wirtualnym, a jeśli pracują głównie w domu, jak Michał w ostatnich latach, ich zniknięcie nie rzuca się w oczy. Po prostu przestają być.

Zostałam z brakiem Michała sama i nie mogłam opuścić wyspy. Na początku byłam na niego wściekła, potem czułam irytację i znużenie, smutek i nagłe, kłopotliwe przypływy ulgi, że już nie omijamy się wzrokiem przy śniadaniu, że nie wąchamy swoich zapachów w łazience, nie mówimy: co mówiłeś, co mówiłaś z rosnącym znużeniem w głosie. W ostatnich latach oboje cierpieliśmy na szczególny rodzaj głuchoty, który sprawiał, że nasze uszy zamykały się tylko na to, co mówiło to drugie. Coraz częściej więc podnosiliśmy głos, wykrzykując z kuchni do sypialni i z salonu do łazienki komendy wspólnej codzienności. Im dłużej jednak Michała nie było, tym bardziej nad wszystkimi sprzecznymi uczuciami dominował smutek. Dotyczył on oczywiście także zniknięcia mojego męża, ale jego główną treścią były wspomnienia, bo teraz, gdy straciłam niekochanego Michała, z całą wyrazistością przypomniałam sobie tego, z którym spędziłam dobre lata. Chwile, o których od dawna nie myślałam, bo ich przywoływanie wydawało mi się osobliwie niezręczne, wręcz żenujące w ostatnich czasach chłodu, teraz stawały mi przed oczami. To byłam ja? Naprawdę byłam tą dziewczyną w sukience z indyjskiego sklepu, która tańczyła z Michałem na plaży w Amoudarze? Czy to on, ten sam Michał, który znikł z Vrahos, dla zabawy naśladował psy różnych ras, wyjąc jak husky, radośnie szczerząc kły jak labrador, trzęsąc się i wybałuszając jak chihuahua, rozśmieszając mnie do łez? Z tarasu domu Holendra widać było ponad koronami oliwnych drzew skrawek morza i często siedziałam tam nocami. Szutrową drogą prawie nikt nie jeździł, nie licząc gospodarza gaju i starej zielonej furgonetki, która pewnie należała do tej samej rodziny i czasem zatrzymywała się nieopodal.

Jeździłam po wyspie starym gratem Holendra, sprawdzając wszystkie miejsca, które kiedyś odwiedziłam z Michałem, począwszy właśnie od Amoudary, gdzie wieki temu byliśmy na pierwszych kreteńskich wakacjach. Brzydki kurort pod Heraklionem niewiele się zmienił przez dwadzieścia lat, a nasz oddalony od morza apartamentowiec nadal przyjmował gości. Zauważyłam, że nawet śniadanie podawano takie samo, chleb, dżem, żółty ser i jasnoróżowa wędlina, na widok której zrobiło mi się niedobrze. Ślicznej młodej Greczynce na recepcji wydawało się, że widziała mojego męża, pytał o pokój, ale nie miała wolnych, ale myślę, że chciała się popisać atrakcyjnością hotelu przed grupą turystów, którzy właśnie przyjechali. Poszłam na zatłoczoną plażę i przemierzyłam ją aż do elektrowni, czując, że od plażowiczów oddziela mnie ściana ze szkła, której nie było, gdy na tym samym piasku spędzałam czas z Michałem. Robiliśmy mnóstwo zdjęć naszego wspólnego świata, który znikał w tym samym momencie, dając nam iluzję utrwalenia czegoś, co utrwalić się nie da. Ja na tle morza i zachodzącego słońca, my razem z kwitnącą bugenwillą w tle, Michał na łodzi, ja na tle morza i słońca wschodzącego, w sumie dwa staroświeckie albumy z przezroczystymi kieszonkami, które wyrzuciłam przy ostatnich porządkach, drąc każdy wizerunek, mimo iż nikogo nie zainteresowałyby banalne zdjęcia obcych ludzi znalezione na śmietniku. A może właśnie tego chciałam uniknąć i zniszczyłam je z litości, bo nie ma nic smutniejszego niż zdjęcie, które już nikogo nie obchodzi. Z Amoudary pojechałam do Heraklionu, który lubiliśmy z Michałem, i kiedy o tym pomyślałam w ten sposób, przyszło mi do głowy, że niezależnie od tego, czy mój mąż odnajdzie się, czy nie, część tego wspólnego lubienia na zawsze zostanie ze mną. Heraklion będzie miastem, które kiedyś lubiłam z mężem, a on pewnego ranka włożył górskie buty, mówiąc, że idzie popływać, i znikł. Może dlatego wydawało mi się, że widzę Michała w tłumie ludzi wchodzących na prom, ale byłam od niego oddzielona barierką, za którą nie wpuszczano nikogo oprócz pasażerów, a moje krzyki utonęły w hałasie odboju. Klapa uniosła się za ostatnim turystą biegnącym w jej gardziel z ogromną walizą na kółkach i stary Prevelis odpłynął na północ. To mógł być ten sam prom, którym pływaliśmy wiele razy na otwartym pokładzie. Lubiliśmy promy.

Drugim i ostatnim przełomem okazało się odnalezienie starych górskich butów mojego męża. Zamieściłam ich zdjęcie w internecie na stronie „Gdzie jest Michał”, która miała tylko czterystu pięćdziesięciu trzech obserwatorów. Rozpoznał je na stopach swojego dziadka Jorgosa pewien mężczyzna, również imieniem Jorgos, dla przyjaciół George, który pracował w tawernie przy Agia Fotini, odludnej plaży kilka kilometrów ode mnie. Obiecał zabrać mnie do dziadka, uprzedziwszy, że staruszek ma kłopoty z pamięcią, ale nie spodziewałam się, że będzie aż tak wiekowy, pokręcony i ściemniały jak stare oliwne drzewo. Mieszkał w małym białym domku bez wygód w towarzystwie dwóch kóz i kilku kur, a George powiedział, że mimo starań rodziny dziadek nie zamierza przeprowadzić się do nikogo z krewnych. Rzeczywiście to buty Michała były na jego stopach, zakurzone i jeszcze bardziej zniszczone, ale bez wątpienia ta sama para, którą znałam od lat. Ostatni raz widziałam je pod drzwiami naszego domu we Vrahos, skąd wyruszyły w tajemniczą podróż. Dziadek gestykulował i modulował głos jak w starożytnym teatrze, a może to kwestia inaczej akcentowanego dialektu, którym się posługiwał, bo z jego potoczystej mowy wyłowiłam tylko dwa czy trzy znane mi greckie słowa. Nieznajomy przyszedł o świcie, gdy dziadek doił kozy, i napił się z nim świeżego mleka. Posiedział. Patrzyli na deszcz. Gadali. O czym? A o życiu, o deszczu. I o kozach. Dziadek Jorgos mówił dużo, podbijając treść dramatyczną gestykulacją, ale najwidoczniej tylko te parę zdań, przetłumaczonych przez wnuka, dotyczyło bezpośrednio sprawy. Michał napił się mleka, porozmawiał o życiu, deszczu i kozach, na koniec dał mu buty, z których starzec był bardzo zadowolony. Co rusz poklepywał je i głaskał. Nie zamierzałam mu ich odbierać i wyraźnie się ucieszył, gdy wnuk mu to przetłumaczył. Powiedział jeszcze, że na Michała te buty już nie pasowały, demonstrując z emfazą, jak straszliwe w nich cierpiał katusze, jakby chciał mieć pewność, że nagle nie pożałuję swej decyzji. Stary Jorgos nie był w stanie precyzyjnie określić daty wizyty Michała, ale wspólnie z George’em ustaliliśmy, że mogło to być od dwóch do trzech miesięcy po jego zniknięciu. Michał żył, tego byłam pewna. Jeśli nie przekonałyby mnie buty na nogach starca – mógł przecież wejść w ich posiadanie w inny sposób – na pewno zrobiłyby to kozy.

Zostałam więc na wyspie, bo tylko to mogłam zrobić. Chyba najbardziej zdumiało mnie, że tak łatwo było po prostu przenieść całe życie w inne miejsce, bo przecież ludzie myślą o czymś takim, ale najczęściej po prostu tkwią tam, gdzie są ich niezbyt ładne stoły i szafy po ciotce. Tymczasem ja po kilku miesiącach żyłam w domu Holendra między Agia Galini i Agia Fotini, przejadając oszczędności, dwa tysiące kilometrów od dawnego domu. Rzuciłam pracę, ale znalazłam nową i wielu określiłoby ją na pewno zajęciem poniżej kwalifikacji, ale odpowiada mi to, co robię. Raz na dwa tygodnie jadę samochodem dostawczym do dużego supermarketu po zakupy spożywcze, a cztery razy w tygodniu wieczorami pomagam w tawernie otwartej przez cały rok w Agia Galini, gdzie goszczą ekspaci, miejscowi Grecy i nieliczni wędrowcy wysmagani górskim wiatrem, w butach podobnych do tych, które Michał podarował dziadkowi Jorgosowi. Poza sezonem podawaliśmy tylko dwa, trzy świeże dania i ryby z porannego połowu, których greckich nazw nauczyłam się z nieznaną mi wcześniej łatwością, a moja znajomość języka była atrakcją dla gości. Jestem wysoką blondynką o bardzo jasnej, piegowatej skórze, więc mój wygląd skłania nowych klientów do pytań: skąd, na jak długo, dlaczego, jak mi się podoba. Nauczyłam się z czasem wykorzystywać te rozmowy do subtelnej inwigilacji, bo przecież niejeden z gości, pałaszujących wielkie złote frytki z kreteńskich ziemniaków zamawiane do każdego dania, mógł spotkać gdzieś Michała. Niektórzy wiedzieli, że jestem tą cudzoziemką, której mąż zaginął bez śladu, i zgadywałam, czy ta albo inna wzruszająca się moim losem kobieta raczej mi współczuje, czy jednak trochę zazdrości. Nauczyłam się rozpoznawać delikatne drgnienie powieki, napięcie ramion, które przeczyły słowom, że to straszne.

W wolnych chwilach jeździłam po wyspie, a odwiedziwszy wszystkie miejsca, które lubiłam z Michałem, zbaczałam w nieznane wcześniej drogi, kierując się przypadkiem, ciekawą nazwą na drogowskazie albo wskazówkami wyłowionymi z rozmów z nieznajomymi w tawernie. Objeżdżałam nadmorskie miejscowości z życiem spowolnionym jesienią i zimą, trawersowałam góry. Czasem musiałam poczekać, aż przed maską mojego samochodu przedefiluje we mgle stado owiec albo kóz i niekiedy pytałam te ostatnie, czy nie słyszały o Michale.

To była para Szwajcarów w nieokreślonym wieku, ludzi odnoszących sukcesy, jak to się mówi, zawodowe i osobiste, i zamożnych w dyskretny, ale oczywisty sposób. On był żylasty i wysportowany, o południowej urodzie, ona należała do tych kobiet, na których pozorną delikatność i kruchość na pewno niejeden się nabrał – na tej samej zasadzie, na jakiej ludzie zakładają a priori, że ktoś tak wysoki i mocno zbudowany jak ja wszystko wytrzyma. Piękna Szwajcarka niosła swoją urodę z nonszalancją, jak kosztowny kaszmirowy szal zarzucony na zwykły szary tiszert, a jej partner miał minę kogoś, kto już nie musi się nigdzie spieszyć. Zachowywali się ze swobodą ludzi, którzy wszędzie czują się u siebie, a może z wyboru wszędzie byli obcy i nie potrzebowali domu, wolni od związanego z tym ciężaru i przymusu. Mieli ze sobą młodego łaciatego psa i żywiołowo opowiadali grupie starszych Włochów przy sąsiednim stoliku, gdzie i jak go znaleźli. Zamówili grillowane sardynki, sałatkę, frytki i z radością dzieci, choć robili to na pewno już wiele razy, użyli greckich nazw potraw. Psa znaleźli przywiązanego koło metalowej beczki w górach, po których wędrowali tydzień temu. Nie miał wody ani jedzenia, więc napoili go i zabrali ze sobą. Mężczyzna pokazał, jak rozgiął metalową obrożę na szyi zwierzęcia, a kobieta pogłaskała go po ramieniu, to był ładny gest. Wszystkie jej gesty były ładne i jakoś niepokojące, ale może po prostu zazdrościłam jej tego kruchego i twardego jak stal jestestwa charakterystycznego dla kogoś, kto jest bezdyskusyjnie piękny. Gdy zeszli niżej – ciągnęła nieznajoma – spotkali jakiegoś Polaka, który dał psu kozi twaróg. – Jadł i warczał – wtrącił jej partner, roześmiali się oboje. Mówili po angielsku ze śpiewną miękkością i wplatali włoskie słowa w opowieść o psie i dziwnym Polaku niosącym twaróg na targ, dziwnym, ale jednak cool, very cool. Wygłodzony pies zjadł prawie wszystko, ale nieznajomy nie chciał pieniędzy, powiedział im, że ma jeszcze dużo mleka, że nie trzeba, co było very cool, a nawet awesome. Do tego znał weterynarza w pobliżu i dał im jego telefon. A potem pojechali do miasteczka, jak ono się nazywało, i ten weterynarz okazał się super i... Butelka zsunęła się i rozbiła na kamiennej posadzce, opryskując mi nogi. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że tkwię pośrodku lokalu z tacą, na której bateria mythosów czekała na dostarczenie do stolika Włochów. – Ten Polak – przerwałam Szwajcarce, czując osobliwe wzruszenie, aż załamał mi się głos i kobieta popatrzyła na mnie czujnie zielonymi oczami. – Jak wyglądał? – Wiedziałam, zanim opisali Michała tak wyraźnie, jakby kilkoma szybkimi ruchami naszkicowali na dwie ręce jego portret, wiedziałam. Zanim Szwajcar spojrzał na fotografię i powiedział: – To on, tylko teraz ma dłuższą brodę i włosy.

Minęło jeszcze pół roku, zanim podjechałam o świcie pod gospodarstwo, do którego prowadziła szutrowa droga pełna dziur wymytych przez wodę spływającą z górskich szczytów, gdzie w ostatnich dniach stopniały resztki śniegu. Wiedziałam, że na podwórzu nie będzie zielonej furgonetki, którą czasem widywałam nocą pod moim domem, bo o tej porze gospodarz wyjeżdżał w góry. Nie wiem, czy on też widywał mój samochód z okna, ale być może był on znany psu, który nie zaszczekał, patrząc na mnie z drugiej strony bramy dziwnie ludzkimi oczyma. Nie znałam jego imienia, więc powiedziałam: – Cześć, piesku. – Nigdy nie byłam tak blisko miejsca, w którym zamieszkał Michał, bo zwykle zatrzymywałam się na drodze asfaltowej poniżej, skąd w każdej chwili mogłam odjechać. Pachniało świeżą ziemią, morzem, kozami i dymem. Żaden z tych zapachów nie przypominał Michała, który trzy lata temu wyszedł z Vrahos, i pomyślałam, że ja też pachnę inaczej. Powiesiłam na bramie plastikową torbę ze sklepu sportowego, do którego specjalnie pojechałam do Heraklionu. Były w niej nowe buty trekkingowe.

JOANNA BATOR (ur. 1968), pisarka, antropolożka kultury i podróżniczka. Za zbiór esejów Japoński wachlarz (2004) otrzymała nagrodę im. Beaty Pawlak. Za powieść Ciemno, prawie noc (2012) zdobyła Nagrodę Literacką Nike. Pochodzi z Wałbrzycha, najchętniej umieszcza akcję swoich powieści na Dolnym Śląsku. Mieszka w Podkowie Leśnej.

Partnerem Prozy w „Piśmie” jest Wrocław Miasto Literatury UNESCO i Wrocławski Dom Literatury.

.

POEZJA

Często się garbisz?

JAKUB KORNHAUSER

Siedzisz zgarbiony? Z magnetycznym korektorem postawy będziesz zawsze wyprostowany. Chroni kręgosłup. Dużo siedzisz, bolą cię plecy? Dzięki magnetycznemu korektorowi postawy wyprostujesz plecy. Często się garbisz? Wyprostuj się z korektorem postawy doskonałym do każdej pracy. Natychmiast cię wyprostuje! Cudowny korektor dla każdego, w wielu rozmiarach. Garbate plecy znikną! Skuteczny korektor postawy dla osób młodych i starszych. Dużo pracujesz przy komputerze? Noś korektor postawy i siedź z prostymi plecami. Będziesz atrakcyjniejszy. Wyprostowane plecy dzięki korektorowi postawy, przez cały dzień.

Wiersz pochodzi z tomu Brzydko tną twoje noże?, który w grudniu 2021 ukaże się w Wydawnictwie Warstwy.

JAKUB KORNHAUSER (ur. 1984), poeta, tłumacz, eseista, redaktor, krytyk literacki i literaturoznawca, nauczyciel akademicki Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Opublikował książki naukowe, eseistyczne i poetyckie. Ostatnio ukazał się jego tom Krwotoki i wiewiórki. Nominowany m.in. do Nagrody Literackiej Gdynia (2021), laureat Nagrody im. Wisławy Szymborskiej (2016). Mieszka w Krakowie.

Poezja w „Piśmie” powstaje przy wsparciuFundacji Jana Michalskiego

ROZMOWA

Sukces czworonoga

zKRYSTYNĄ i STEFANEM CHWINAMIrozmawiaDAGNY KURDWANOWSKArysunkiSONIA DUBAS

KIEDY KTOŚ MNIE PYTA o moje sukcesy, odpowiadam: każdy sukces ma cztery nogi. Dwie męskie i dwie żeńskie. I tak właśnie jakoś trzymamy się ze sobą. A dlaczego nam to wychodzi, nie wiem.

Błysk w oku Stefana Chwina, gdy mówi o swojej żonie Krystynie. Filuterny uśmiech Krystyny Chwin, gdy droczy się ze Stefanem. Czułość w głosie i gestach, gdy rozmawiają o błahostkach. Znają się już ponad pięćdziesiąt lat i wciąż ich wspólne życie przesycone jest młodzieńczą energią. Ale tamtego październikowego wieczoru, kiedy siedzieliśmy w salonie państwa Chwinów, nasza rozmowa zaczęła się w zgoła innym nastroju – od rozważań o chorobie, odchodzeniu, stracie. Dlatego, gdy włączyłam nagrywanie w dyktafonie, pierwsze pytanie zabrzmiało właśnie tak:

Starość jest trudnym sprawdzianem dla miłości?

Stefan: Starość to niedobry czas.

Krystyna: Choroby bliskich, przyjaciół, także nasze. Ale ze Stefanem myślimy przede wszystkim o dzieciach.

Stefan: Nie chciałbym za nic w świecie być dla nich ciężarem. Czy pani wierzy w Boga?

Nie wierzę.

S.: Tym, którzy wierzą, jest trudniej w obliczu choroby czy odchodzenia bliskich. Pytają: „Dlaczego?”.

Być może w trudnym momencie nie mogę się pomodlić, ale też nie dręczą mnie różne wątpliwości, na przykład „Dlaczego mnie to spotkało? Dlaczego to spotyka mojego bliskiego? Czy to jakaś kara?”. Jestem od tego wolna.

S.: Tak, to prawda, coś za coś.

portret na podstawie zdjęcia RUDOLFA H. BOETTCHERA (CC BY-SA 4.0)

Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, wierzę w takich trudnych momentach w miłość i w to, że daje nam siłę, żeby przetrwać. Takie są moje doświadczenia z czasu, gdy chorowały i odchodziły moje mama i babcia. Choroba, poza cierpieniem, dała nam też szansę, by odkryć bliskość, której wcześniej nie było.

S.: Widzi pani, ja z obawą wymawiam słowo „miłość”, bo to jest bardzo poważne słowo, które należy wymawiać rzadko, a pani wypowiada je z takim spokojem, jakby ono było zwyczajne, lekkie. Nie wierzę, że dzięki miłości życie staje się lżejsze. Ono staje się dzięki niej tylko jaśniejsze, co zresztą jest wielkim darem. Jak sobie przypominam nasze życie, to zawsze działo się coś trudnego.

Nawet gdy byliście młodzi i w ten młodzieńczy sposób zakochani?

S.: Związaliśmy się bardzo szybko. Oboje nie mieliśmy skończonych dwudziestu lat. Byliśmy biedni jak myszy kościelne. Nie mieliśmy kompletnie nic.

K.: Nie mieliśmy gdzie mieszkać.

S.: Zamieszkaliśmy u rodziców, co nie było najlepszym pomysłem. Nie pamiętam w naszym życiu żadnej Arkadii, do której teraz mógłbym wracać pamięcią bez ukłucia w sercu. Zawsze były jakieś poważne problemy.

K.: Masz na myśli problemy życiowe, zewnętrzne czy naszą rodzinę?

S.: Mam na myśli okoliczności, w których żyliśmy. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, w jakim stopniu ich życie intymne zatruwa na rozmaite sposoby Polska. Nawet życie tych, którzy przysięgają, że mają zupełnie gdzieś wielką politykę. Mówią sobie, że nic ich to nie obchodzi. Nie biorą udziału w wyborach, naiwnie wierząc, że są poza tym wszystkim. Pamiętam z młodości niewidzialny, komunistyczny czad unoszący się w powietrzu, którym trudno było oddychać. To było długotrwałe wrażenie duszności i poniżenia. Jak mówił Mickiewicz: „Szczęścia nie znalazł w domu, bo go nie było w ojczyźnie”.

K.: Uważasz, że Polska aż tak wpływała na nasze życie małżeńskie?

S.: Na mnie wpływała bardzo silnie, bo ja się Polską zawsze mocno przejmowałem. Pamiętam, jak źle znosiłem sytuację w Grudniu 1970 roku, a potem w okresie stanu wojennego. Myślisz, że to jakoś nie wpłynęło na to, co działo się między nami?

Krystyno, a jak ty pamiętasz tamte chwile – życie młodego małżeństwa w cieniu PRL?

K.: Prawdę mówiąc, byłam bardziej skupiona na życiu codziennym, rodzinnym, a nie społecznym czy publicznym. Chciałam stworzyć dom i dobrze zajmować się dziećmi. I bywałam wtedy bardzo szczęśliwa. Uważałam rodzinę za ważniejszą niż ogólna sytuacja, w której żyjemy. Ale znajdowałam też czas, aby organizować podczas stanu wojennego w naszym mieszkaniu spotkania autorskie i wernisaże, uczestniczyłam w organizowaniu „żywej gazety” – punktów mówionych u dominikanów, bywałam na konspiracyjnych spotkaniach w kościołach i innych miejscach. Do dzisiaj jestem wdzięczna niektórym zakonnikom i księżom za to, że stwarzali nam w klasztorach i kościołach miejsca, gdzie mogliśmy bezpiecznie się spotykać: rozmawiać i poznawać własną twórczość. Fotografie z tamtych lat są moją piękną pamiątką. Zresztą ogólna sytuacja zawsze wygląda tak sobie. A życie trzeba budować w każdych warunkach, które zwykle nie są najpiękniejsze.

S.: Oczywiście, że ja nie w każdej chwili naszego życia rozmyślałem o ojczyźnie. Ale przecież przeżywaliśmy to, co się działo, dyskutowaliśmy o tym razem i z przyjaciółmi.

K.: Tak, to prawda, że w jakiś sposób tym też żyliśmy.

S.: Ja mam zresztą nadal podobne wrażenie duszności, kiedy żyję w dzisiejszej Polsce. Może nawet silniejsze niż wtedy. Ale widzę, że wiele osób, także młodych, mówi dziś, że w tej Polsce nie czują się dobrze. Kiedy włączają wiadomą telewizję i czują się po prostu obrażani. Tak właśnie się czułem również w PRL, gdy my byliśmy młodymi, zakochanymi w sobie ludźmi. Krystyna ma jaśniejszą duszę. Chyba dlatego potrafiła duchowo odgrodzić się od tego wszystkiego dużo lepiej niż ja.

Z jednej strony szczęście płynące z zakochania, z drugiej strach i frustracja, którymi karmiła zwykłych ludzi Polska? Tak jakbyśmy nigdy nie potrafili wyzwolić się z pułapki romantyzmu.

S.: Pani oczekuje ode mnie tylko miłych opowieści. Powiem tylko, że mieliśmy piękne, ale trudne życie.

K.: Masz na myśli nasze małżeństwo?

S.: Ty byłaś jasnością mojego życia. Czułą Tkaczką, jak ciebie nazywam. Bo ty potrafisz tkać dobre związki między ludźmi. I naszą rodzinę też tak utkałaś, Krysiu, żebyśmy czuli się w niej bezpiecznie. Zawsze to podziwiałem, bo sam tak nie potrafię. Polska robiła wiele, żeby mnie, studenta, potem młodego pracownika uczelni poniżyć i ubezwłasnowolnić. A ty potrafiłaś stworzyć dom, w którym mogłem dojść do siebie. Bardzo mi pomagała sama twoja obecność. Nic nie musiałaś robić, tylko być taka, jaka jesteś.

K.: Przyznam ci się, że to, co dzieje się dziś, odczuwam znacznie dotkliwiej niż to, co działo się przed 1989 rokiem.

Trudniej ci się dziś ochronić przed rzeczywistością i płynącą z różnych stron podłością?

K.: Kiedyś dzieci były odskocznią. A teraz wyfrunęły już z gniazda i mają własne życie.

S.: Widzę, jak Krystyna mocno przeżywa to, co wyprawia się dziś w polskim życiu publicznym, i jak trudne są to emocje. Ja z czasem chyba nauczyłem się dystansować. Może dlatego, że bardzo dużo już w życiu widziałem i mało co potrafi mnie zdziwić.

K.: U mnie to wszystko przechodzi przez serce, a ty poddajesz to jednak od razu intelektualnej analizie. Robisz zapiski w dzienniku i w ten sposób łapiesz dystans.

S.: To prawda, jak się coś opisze, to się uzyskuje kojące złudzenie porządku świata, nawet jeśli opisany został chaos.

A jednak kiedy pan profesor o tym opowiada, widzę w tym ogromnie dużo emocji, wzburzenia. To, jak pan o tym opowiada, nie przypomina chłodnej analizy.