Pilny na tropie. Tajemnica Canaletta. - Adam Michejda - ebook

Pilny na tropie. Tajemnica Canaletta. ebook

Adam Michejda

4,1

Opis

Powieść przygodowa dla młodzieży.

Słynny redaktor Rafał Pilny powraca. Po rozwiązaniu zagadki „Skarbu Getta” reporter i jego młodzi pomocnicy prowadzą nowe śledztwo – muszą rozwikłać tajemnicę kradzieży z warszawskiego Zamku Królewskiego słynnego obrazu Bernarda Bellotta, zwanego Canalettem. 
Razem z ekipą Pilnego tropem złodziei ruszamy do Włoch na najpiękniejszy wyścig świata - Mille Miglia. Nie zabraknie klasycznych samochodów, pięknych miejsc i niezwykłych uczestników imprezy. Zagubimy się na górzystych szlakach i popędzimy wraz z pościgiem wśród najpiękniejszych zabytków Rzymu. Nikt nie spodziewa się, dokąd zaprowadzi ich ta przygoda.

Ależ ten Michejda opowiada! Narrację prowadzi jak sportową alfę romeo: błyskawiczny start, ostro na zakrętach, z triumfalnym rykiem wydechu na długiej prostej. Autor ani razu nie wypada z trasy, intryga jest klarowna od początku do końca. Gdy opowieść się kończy, zahipnotyzowany czytelnik sprawdza, czy przypadkiem nie ma czegoś więcej na następnej kartce… Wielki bonus dla młodego czytelnika to bogactwo informacji o sztuce, motoryzacji, historii i geografii Włoch oraz o barwnych sprawach współczesności. „Tajemnica Canaletta”, druga część cyklu „Pilny na tropie”, zachwyci fanów wcześniejszego „Skarbu getta”. Adam Michejda kontynuuje najlepsze tradycje powieści dla młodzieży.

Mariusz Ziomecki, pisarz, dziennikarz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Projekt serii:

Monika Wojnarowska

Projekt okładki:

Tomasz Woody Borawski

Wykonanie graficzne:

Robert Trojanowski [editor.design]

Redakcja:

Jarosław Holden Gojtowski

Korekta:

Katarzyna Furman

Ilustracje:

Tomasz Woody Borawski

Zdjęcie autora:

Anna Michejda

Opracowanie e-wydania:

ISBN MOBI: 978-83-66242-36-4

ISBN EPUB: 978-83-66242-37-1

© wydanie: Oficyna 4eM, Warszawa 2020

©tekst: Adam Michejda 2020

Oficyna 4eM Chlabicz SP.J.

03-307 Warszawa, ul. Gersona 39

www.4em.pl

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział pierwszy > Jak w śnieżnych zaspach Hańczowej znaleźć propozycję roboty życia > O szczęściu do ludzi, których znają wszyscy – w Warszawie i w Nowym Jorku > Jak widok Kapitolu przesłonił nam chwilowo inne widoki > Dlaczego „Wytrzyszczka” brzmi świetnie > Czy można skraść uśmiech z powodów patriotycznych

Rozdział drugi > Jak za blond lokami trafiłem do królewskiej garderoby > Kto może zostać współpisaczem > Do poszukiwań Bellotta dołączają… Belotka i Stasiek > Jak Canaletto uratował Warszawę > Ile właściwie kosztuje arcydzieło > Wreszcie pojawia się ważny ślad > Czy kolega z Komendy Głównej Policji namierzy artystę

Rozdział trzeci > Lecimy do Włoch na Najpiękniejszy Wyścig Świata, a tu takie buty > Białowłosa Oli, czerwone ferrari i Max też czerwony, jak cegła > Kim jest Signor Francesco i po co mu baldachim > Jak zostałem Rafaelem

Rozdział czwarty > Jak wygląda XVIII-wieczne selfie > Znajomi młodzieńcy taplają się w błocie > „Szczurowaty” i przyczepa markiza > Czy naprawdę wszystkie drogi prowadzą do Rzymu? > Kto lubi sztukę nowoczesną, a kto woli czarować damy

Rozdział piąty > Dlaczego trzeba uważać na psy > Jak jednym tekstem rozzłościć samego Juliusza Cezara > Kogo znalazł w Polsce markiz Scalogno > Latające ciastka są najlepsze na świecie > Co robi koleś w sukience z ogonem

Rozdział szósty > Pozdrowienia od rozjeżdżanej żaby > Po co złodziej mierzy globusy > Start blokuje gwiazda Instagrama > Prawdziwych przyjaciół poznaje się przy kole > Ktoś popełnił błąd, ale czy Bellotto > Czy golasy noszą czapki

Rozdział siódmy > Samochody toną w kwiatach, a obok nurkuje podejrzany typ > Vera, znaczy prawdziwa… zawalidroga > Po co Stasiek liczy schody > Pływackie wyczyny na ulicach Ferrary > Kto wygrał wierszowane zawody > Intruz pod maską

Rozdział ósmy > O zaletach zimnych kąpieli nad ranem > Fryzjerzy grają w reprezentacji kraju, a rządzi nim nauczycielka > Piszczące fanki i zdjęcie z gwiazdą rocka > Starcie Emmy z piratem na ulicach Urbino > Skarb odnaleziony w dworcowej skrytce

Rozdział dziewiąty > Spotkanie z legendą > Święty Franciszek zatrzymuje czas > Randka pod fontanną > Cuda się zdarzają, czyli czego nie wie policja > Nówka sztuka z XVIII wieku > Męczący pan Janusz okazuje się bohaterem > Hołdy Tymka

Rozdział dziesiąty > Trzy bramki Tymka w Rzymie > Mur nie zatrzymał Wandalów z Polski > Ostry finisz markiza > Spłacony dług u Luki > Pan Janusz został rycerzem > Gdzie grzebał lub nie grzebał Marco > Cesarskie powitanie Scalogno i wywiad na rampie > Zamach na mecie

Rozdział jedenasty > Rachunek strat > Jak zostałem aniołem > Kojący szum najwspanialszej fontanny Rzymu > Dlaczego obraz nie wraca na zamek > Co „Szczurowaty” robi w domu markiza > Szalony rajd na jednośladach > Pościg jak wycieczka z przewodnikiem > Koty zatrzymują szczura tylko na chwilę > Widok Kapitolu przesłania żółty żagiel

Rozdział dwunasty > Bohaterska instagramerka i jej ostre zęby > Czy stare farby mówią > Policja nie wierzy profesorowi > Przyjęcie u markiza > Nieoczekiwany finał zabawy w chowanego > Aktorski talent Oli ratuje Tymka > Takiego prezentu nie spodziewał się nikt

Epilog

Rozdział pierwszy> Jak w śnieżnych zaspach Hańczowej znaleźć propozycję roboty życia > O szczęściu do ludzi, których znają wszyscy – w Warszawie i w Nowym Jorku > Jak widok Kapitolu przesłonił nam chwilowo inne widoki > Dlaczego „Wytrzyszczka” brzmi świetnie > Czy można skraść uśmiech z powodów patriotycznych

Wjazd kanapą narciarskiego wyciągu na Magurę Małastowską niektórym dłuży się niesamowicie. Chłopcy zakładali się nieraz, ile właściwie zajmuje minut. Max obstawiał, że trwa to dwanaście minut, Tymek zaś, zwykle skłonny do przesady, był gotów postawić całą swoją kolekcję piłkarskich szalików, twierdząc, że co najmniej piętnaście. Dobrze w sumie się stało, że ich nie postawił, bo całość podróży od dolnej stacji aż do stromego ześlizgu przy małym domku na szczycie trwa dokładnie osiem minut i dziesięć sekund, co udowodniłem synom ze stoperem w ręku.

Długa jazda ma też swoje dobre strony – można się odprężyć przed kolejnymi zjazdami, rozkoszując się typowo beskidzkim krajobrazem – gęsto zalesionymi zboczami, przeciętymi szerokim białym pasem stromej i krętej trasy narciarskiej.

Tym razem jednak o podziwianiu górskich widoków nie było mowy. Wyciąg tonął w mroku i gęstej mgle. Jazda pod górę była jak lot przez ciemną i tajemniczą otchłań, od czasu do czasu zmieniającą się w jasną i gęstą, niby mleczna pianka, chmurę rozświetloną mocnymi reflektorami ze stoku. Chłopcy, którym wcześniej na wyciągu usta właściwie się nie zamykały, tym razem zastygli w milczeniu, wpatrując się na przemian raz w ciemną, raz jasną nicość. Zresztą z trudem nawet widziałem wyraz ich twarzy, tak gęsta była mgła.

To miał być nasz ostatni przejazd. Piętnaście minut wcześniej, gdy próbowałem gonić chłopaków po stoku, mgła była ledwie lekką chmurką. Teraz jednak, z każdym przebytym w górę metrem, zdawała się zbijać w coraz to gęstsze tumany, zakrywając trasę, wyciąg i w końcu cały szczyt.

Nasza kanapa pięła się już do przedostatniego przed wierzchołkiem wielkiego słupa trzymającego całą konstrukcję, gdy nagle wyciąg gwałtownie stanął, a my zaczęliśmy się bujać niczym na ogromnej parkowej huśtawce.

Chwilowe zatrzymania wyciągu to oczywiście normalna sprawa. Często mniej doświadczeni narciarze potrzebują niewielkiej pomocy przy wsiadaniu bądź zsiadaniu, zdarza się też, że ktoś zgubi kijek, rękawicę albo wypnie mu się narta. Wtedy jednak po chwili kanapy znów ruszają. Tym razem tak się jednak nie stało. Bujanie kanapy powoli ustało, a wraz z nim skrzypienie całej metalowej konstrukcji. Wtedy odkryliśmy, że prócz ciemności i gęstej mgły otacza nas również absolutna, wręcz przerażająca cisza.

Pierwszy odezwał się Tymek:

– No to teraz zapewne spędzimy tu noc, zamarzając w tej lodowatej pianie, bo nawet ciężko nazwać to normalną mgłą. Zamarzniemy jak nic.

– Ciesz się, że widzisz światła i wisisz wysoko nad zboczem – wtrącił Max. – Na pewno pamiętasz tego wilka, którego widzieliśmy niedaleko drogi kilka dni temu?! Może teraz krąży tu gdzieś w pobliżu ze swoimi zębatymi koleżkami i się zastanawiają, co zjeść na kolację.

Straszenie młodszego brata w tej sytuacji nie było najlepszym pomysłem, szczególnie że nasze położenie naprawdę nie było komfortowe.

– Dajcie spokój, pewnie za chwilę ruszymy. Może to jakaś drobna awaria – zacząłem uspokajać również sam siebie.

Ale Tymek nie odpuszczał:

– Taaa… awaria… Akurat! To koniec pracy! Panowie z obsługi jadą zapewne już do swoich ciepłych domków. O nas rano będą mówić wszystkie serwisy radiowe i telewizyjne. „Tragedia w Beskidach. Znany dziennikarz Rafał Pilny i jego synowie zamarzli na wyciągu” – nie przestawał dramatyzować.

Najgorsze, że w pewnym sensie mógł mieć rację. Zegarek wskazywał trzy minuty przed dwudziestą drugą, było zatem trzy minuty przed planowanym zamknięciem obiektu. Przed nami nikt już nie wsiadał, za nami też nie ustawiał się nikt chętny. Z wielkim prawdopodobieństwem mogliśmy przyjąć, że byliśmy ostatnimi narciarzami tego wieczora. A ponieważ na górnej stacji obsługa od jakiegoś czasu nie widziała już nikogo, być może uznała, że nikt nie nadjedzie. Gdyby nie mgła, zauważyliby, że zdążamy w górę…

– Halo, halo, jest tam kto?! Jesteśmy na górze, na wyciągu! – starałem się, by mój głos był mocny i donośny, ale by nie brzmiał panicznie.

Odpowiedzi nie było. Głucha cisza. Nawet Tymek, który ma gotowy tekst na każdą okazję, tym razem w milczeniu złapał mnie mocno za rękę. Po ułamku sekundy wiedziałem dlaczego. Mocne światła, które dotąd wyznaczały narciarską trasę po naszej prawej stronie, zaczęły gasnąć. Niemal jak na filmie, od góry, jedno po drugim, aż całkiem pogrążyliśmy się w mroku. Max również milczał, jego twarz po chwili rozświetliła jednak poświata ekranu telefonu, a ciszę przerwał sygnał oczekiwania na rozmowę.

– Halo, słucham? Magura Ski Park, dyżurny ruchu…

– Dobry wieczór, chciałem zgłosić, że wisimy tuż przed szczytem, na wyciągu. Czy może nam pan pomóc? – głos Maxa był zadziwiająco spokojny.

– Chryste, mój dobry Boże… Naturalnie. Już!

Gdy niedługo potem włączałem silnik stojącego na dolnym parkingu samochodu, chłopcy byli już w wyśmienitych nastrojach. Przebijałem się przez zaśnieżone magurskie serpentyny, a oni na przemian żartowali z gapiostwa obsługi i chwalili się własną odwagą, bagatelizując niedawne lęki.

Po drugiej stronie przełęczy radio zaczęło łapać częstotliwość popularnej krakowskiej stacji. W rozpoczynających się właśnie wiadomościach nie było wprawdzie dramatycznych wieści z Beskidu Niskiego, ale pierwsza informacja serwisu sprawiła, że chłopcy natychmiast przerwali swoje żarty i przechwałki:

Zuchwała kradzież na Zamku Królewskim w Warszawie. Jak ustalił reporter naszej stacji, skradziono bezcenny obraz Bernarda Bellotta, zwanego Canalettem.

Policja na razie odmawia podania szczegółów sprawy, wiadomo jednak, że chodzi o dzieło namalowane w 1768 roku na zamówienie polskiego króla Stanisława Augusta i odzyskane ostatnio przez państwo polskie. Do sprawy będziemy wracać w kolejnych serwisach informacyjnych…

Nigdy nie wiemy, kiedy zaczyna się przygoda. Rzadko zauważamy nawet, co tak naprawdę jest jej początkiem. Dopiero z czasem odkrywamy, że poprzednie wydarzenia zaczynają układać się w jakąś całość.

Mało fortunny wieczorny incydent na wyciągu kosztował nas sporo emocji, na szczęście zakończył się niemal równie szybko, jak się zaczął. Gdy kilkadziesiąt minut później grzaliśmy się przy kominku w pensjonacie Hańczowa 28, popijając gorącą czekoladę i słuchając lokalnej legendy o pobliskim szczycie – Rysielcu, czytanej na dobranoc młodszym gościom przez właściciela, nawet nie podejrzewaliśmy, że najciekawsze wydarzenia dopiero przed nami. A kradzież obrazu z komnat warszawskiego zamku wciągnie nas w wir wydarzeń o międzynarodowym zasięgu. Ale po kolei.

Rozdział drugi> Jak za blond lokami trafiłem do królewskiej garderoby > Kto może zostać współpisaczem > Do poszukiwań Bellotta dołączają… Belotka i Stasiek > Jak Canaletto uratował Warszawę > Ile właściwie kosztuje arcydzieło > Wreszcie pojawia się ważny ślad > Czy kolega z Komendy Głównej Policji namierzy artystę

Poranne wędrówki po okolicach Hańczowej w czasie ferii zimowych to mój coroczny rytuał. Dzień zaczynam od góralskiej rozgrzewki – przywiezienia taczki drewna do ogrzania pensjonatu, napalenia w wielkim kominku i zaparzenia kawy w ekspresie. Gdy jej zapach roznosi się już po salonie, zwykle pojawia się gospodarz – Tomek Lachowicz.

Pensjonat jeszcze słodko śpi, pobliskie szczyty ciągle toną w mroku, a my łapiemy na szybko po kilka łyków mocnego naparu, wsiadamy w jego terenową toyotę i przebijamy się przez śniegi do Wysowej, pięknej zdrojowej miejscowości kilka kilometrów dalej. Tam gospodarz robi zakupy dla gości, w których równie ważna jak świeże pieczywo jest najświeższa prasa. A ja ruszam na piechotę z powrotem do pensjonatu, szlakiem, przez góry.

Znam Tomka od dawna. Przed laty był moim szefem w warszawskiej redakcji ogólnopolskiego dziennika. Tomasz, zawsze pełen pomysłów, profesjonalny i zdecydowany, dokładnie wiedział, jak ma wyglądać materiał. To jemu zawdzięczam wiele dziennikarskich przygód i wyjazdów w najgorętsze reportersko miejsca świata. To on zawsze wierzył, że warto, gdy przekonywałem, by poświęcić kolejne dni, a nawet tygodnie na zbieranie materiałów do artykułu. Był obok mnie, gdy święciłem dziennikarskie triumfy, ale był też przy porażkach, które są integralną częścią reporterskiej pracy.

Kilka lat temu porzucił jednak kolejny wygodny dyrektorski fotel i zaszył się w beskidzkiej głuszy, gdzie otworzył ze swoją żoną najcudowniejszy pensjonat jaki znam.

Choć nie pracujemy razem od dawna, ciągle lubię konsultować z nim najważniejsze zawodowe wyzwania. Dlatego to jemu pierwszemu powiedziałem, tuż po pysznym śniadaniu, o propozycji, którą dostałem podczas… porannego marszu z Wysowej.

Słońce zaczynało wychodzić nad horyzontem, a ja wychodziłem właśnie z lasu w piękną, otoczoną wzniesieniami dolinę, na której końcu rozpoczynają się pierwsze zabudowania Hańczowej, gdy na nadgarstku poczułem wibrowanie sportowej opaski. Na jej wyświetlaczu pojawił się długi numer telefonu rozpoczynający się od 001 212… to jak nic nowojorski Manhattan. O tej porze? Przecież tam jest środek nocy. Wyjąłem z kieszeni telefon i nacisnąłem ikonkę z zieloną słuchawką.

– Mr. Pilny? Nie wiem, czy mnie pan pamięta, Arnold Stern z „New York Timesa”.

Czy pamiętam? Oczywiście, że pamiętałem. To on pierwszy zadzwonił do mnie zaraz po rozwiązaniu zagadki „Skarbu getta”. To dzięki niemu najpierw w nowojorskich mediach, a następnie całych Stanach pojawiły się informacje o naszych poszukiwaniach pamiątek po Januszu Korczaku i jego wychowankach.

Ale to było kilka miesięcy temu, w ostatnie wakacje. Dlaczego dzwonił dziś i to o tej porze?

– Ralph, mogę tak mówić do ciebie po starej znajomości, prawda?

Głupio by było odmówić. Sterna znają w Nowym Jorku wszyscy. To miłe, że uważa mnie za swojego „starego znajomego”.

– Dzwonię z prośbą. Wiem, że u was jest wczesny ranek, ale nie chciałem czekać. Nie wiem, czy już słyszałeś o tym obrazie w Warszawie. Moja redakcja uznała, że zuchwała kradzież tak ważnego dzieła jest świetnym tematem na artykuł. Początkowo chcieliśmy na szybko wysłać do Polski jednego z naszych reporterów śledczych, ale podpowiedziałem im inny pomysł. Nie wiem, co ty na to, ale może chciałbyś zrobić dla nas materiał o kradzieży? Widziałem twoje poprzednie artykuły, masz naprawdę imponujący dorobek. Poza tym znasz Warszawę, ludzi. Wiesz o polskich realiach więcej niż nasz cały dział zagraniczny. No i już przecież współpracowaliśmy. Może coś powęszysz, popytasz, znajdziesz więcej, niż można wyczytać w oficjalnych komunikatach policji i muzeum. Jak, Ralph? Jesteś zainteresowany? Daj mi odpowiedź dziś do końca dnia, okej?

No pewnie, że okej! To naprawdę wielka rzecz: reporterskie śledztwo dla jednej z najważniejszych gazet na świecie. Ale z drugiej strony, to nie jest redakcja, którą można zadowolić byle czym. Codziennie publikują tam najwybitniejsze pióra naszych czasów. Laureatów najważniejszej dziennikarskiej nagrody – Pulitzera – jest tam chyba więcej niż laureatów Oscara w całym Hollywood! Czy podołam takiemu wyzwaniu? Czy zdołam znaleźć coś naprawdę ciekawego? Czy nie ośmieszę się w ich oczach?

Dokładnie tymi rozterkami dzieliłem się zaraz po śniadaniu z Tomaszem. Nikt inny nie był w stanie pomóc mi podjąć tej ważnej dla mnie zawodowej decyzji.

– Ale czym tak naprawdę ryzykujesz? – Tomek, jak zwykle, zaczął od odwołania się do elementarnego rozsądku. – Jeśli znajdziesz coś ciekawego, masz szansę błysnąć w jednej z największych gazet na świecie. Jeśli nie, cóż, trudno-świetnie – użył jednego ze swoich ulubionych powiedzonek. – Nie będziesz miał artykułu w „New York Timesie”. Ale dotąd też chyba nie miałeś, więc akurat w tej kwestii zmieni się niewiele. Dlatego nie zastanawiaj się, spróbuj. Tak się składa, że mam bardzo fajny kontakt w Zamku Królewskim. Umówię was od razu, na jutro. Przecież i tak mieliście wracać do Warszawy dziś wieczorem.

Tomek nastawił jeszcze jeden dzbanek kawy i wyciągnął argument ostateczny:

– Rafał, kilka lat temu dałbyś się pokroić za taki temat. Teraz dostajesz go na tacy, a do tego chce ci za niego zapłacić redakcja marzeń każdego rasowego reportera. Kradzież obrazu… I to jakiego obrazu?! Wiesz, że dopiero niedawno został odzyskany nakładem dużych sił i ogromnych środków z państwowej kasy?

Nie wiedziałem. Generalnie mało wiedziałem o skradzionym dziele Canaletta. Jako warszawiak znałem jego warszawskie pejzaże. Ale ten przedstawiał Rzym. Z kolejnych informacji radiowych zapamiętałem jego tytuł: „Widok Kapitolu z kościołem Santa Maria di Aracoeli”. Nie było to specjalnie trudne, bo – zgodnie z tytułem – obraz przedstawiał jedno z ulubionych miejsc romantycznych rzymskich przechadzek z moją żoną. Kilka lat temu zabrałem ją na wyprawę do Wiecznego Miasta z okazji urodzin, rok później wróciliśmy tam z Tymkiem i Maxem. A Kapitol, z przepięknym muzeum i stojącą obok kolumną wilczycy karmiącej własnym mlekiem założycieli miasta – Romulusa i Remusa, był punktem obowiązkowym naszych rzymskich spacerów. To z Kapitolu roztacza się najpiękniejszy widok na starożytną część miasta – Forum Romanum.

– Obraz był dwieście lat poza Polską – ciągnął Tomek, który zdążył już przejrzeć poranną prasę. – Zdaje się, że najpierw trafił do carskiej Rosji, potem przejmowali go kolejni prywatni właściciele. Wreszcie pojawił się w którymś z domów aukcyjnych. Cena? Kosmiczna, ale czego się można spodziewać, to w końcu Canaletto, czyli Bernardo Bellotto, genialny specjalista od miejskich pejzaży. Pieniądze wysupłała ze specjalnego funduszu kancelaria premiera. Mniej więcej półtora roku temu uroczyście prezentowano odzyskane dzieło. A teraz kradzież.

– Piszą coś więcej o tym, jak go skradziono? – zapytałem, bo informacje radiowe na ten temat były skąpe.

– No właśnie nie. Zdaje się, że policja nie chce ujawniać zbyt wielu szczegółów. Wiadomo, że było to po południu, jeszcze przed zamknięciem zamkowej ekspozycji. Ale ilu było złodziei, jak wynieśli obraz, czym uciekli – tego na razie nikt nie podaje.

Tomek otworzył gazetę i nasunął na nos jedną z dwóch par okularów, które akurat miał na czole, jakby jeszcze raz chciał się upewnić, że tak jest. Po chwili uśmiechnął się i dodał:

– No to masz szansę być pierwszy. Dzwoń do Nowego Jorku i powiedz Sternowi, że bierzesz ten temat.

W drodze powrotnej z Hańczowej miałem w głowie taką gonitwę myśli, że niemal przestałem zauważać, jaka jest piękna. Zwykle jeździmy dłuższą, ale bardziej widokową trasą w stronę Brzeska. Wybrałem ją i tym razem. Nie rozkoszowałem się jednak, jak zazwyczaj, Jeziorem Klimkowskim i Klimkówką, nie zauważyłem, kiedy pokryte śniegiem beskidzkie wzniesienia ustąpiły miejsca szarozielonym wzgórzom. Minęliśmy Nowy Sącz i dojechaliśmy do malowniczo wijącego się obok drogi Dunajca, a ja się zastanawiałem, z kim najpierw powinienem się umówić po przyjeździe do Warszawy.

Wspinaliśmy się widokową serpentyną przed Łososiną Górną, z przepięknym widokiem na Jezioro Rożnowskie, a ja drążyłem w myślach, który ze znajomych policjantów może prowadzić sprawę kradzieży. W końcu rozmyślania przerwał głos.

– Tato! Halo, tu Ziemia do taty. Widzisz, gdzie jesteśmy? – pytał Max.

Rozejrzałem się i – oczywiście – natychmiast złapałem:

– Za-mek Trop-sztyn, Wy-trzysz-czka, gmi-na Czchów – wyrecytowaliśmy głośno równym chórem.

Miejsce było równie urocze, co niemożliwe do wymówienia dla obcokrajowca. To dlatego zawsze, gdy przejeżdżaliśmy obok małego zameczku przypominającego – dzięki położeniu nad samą wodą – francuskie zamki nad Loarą, recytowaliśmy wspólnie te nazwy.

Wybiła akurat godzina czternasta i w radiu zaczynał się serwis informacyjny:

Trwają poszukiwania obrazu Bernarda Bellotta, zwanego Canalettem, skradzionego wczoraj w godzinach popołudniowych z Zamku Królewskiego w Warszawie.

Jak informuje policja, na miejscu zabezpieczono wszystkie dowody, które mogą być pomocne w dochodzeniu. Nie jest jednak jasne, czy śledczy natrafili na ślady sprawcy bądź sprawców kradzieży. Według Jana Skulińskiego, eksperta Ministerstwa Spraw Zagranicznych, od lat zajmującego się odzyskiwaniem dzieł sztuki, niewykluczone, że przestępca ukryje obraz na pewien czas.

– Natychmiastowa sprzedaż tak słynnego dzieła i to w atmosferze policyjnych poszukiwań będzie bardzo trudna. Najprawdopodobniej sprawca ukryje obraz Bellotta na jakiś czas, by przeczekać medialną burzę – mówił ekspert w radiu.

– A jeśli złodziej nie chce tego obrazu sprzedawać? – zapytał przytomnie Max. – Przecież może chcieć go zostawić wyłącznie dla siebie?

Przyznałem mu rację, bo rzeczywiście, bywało tak już nieraz w historii. Zysk jest oczywiście najczęstszym powodem kradzieży, ale zdarza się, że rabuś robi to z pobudek zupełnie niezwiązanych z finansami.

– Niewykluczone, że jest pasjonatem sztuki i dzieła danego artysty chce mieć na wyłączność. Albo ukradł obraz z powodów patriotycznych? – zastanawiałem się na głos.

– Patriotycznych? Nie za bardzo rozumiem. Ale jak? – Tymek wyglądał na szczerze zainteresowanego.

Opowiedziałem więc chłopcom o jednej z najsłynniejszych kradzieży dzieł sztuki w historii. Kiedy to w 1911 roku z francuskiego Luwru zginął najbardziej znany obraz świata – „Mona Lisa” Leonarda da Vinci. Z galerii zabrał go niejaki Vincenzo Peruggia – Włoch, który pracował tam przy oprawianiu obrazów. Nazwisko dość łatwe do zapamiętania, stanowi bowiem w przybliżeniu zbitkę dwóch włoskich miast Vicenzy i Perugii. Bezcenne dzieło wyniósł zwyczajnie pod roboczym fartuchem. Jako włoski patriota bardzo chciał, żeby płótno namalowane przez jego wielkiego rodaka trafiło do włoskiej galerii. Po kolejnych dwóch latach przetrzymywania tajemniczego uśmiechu Mony Lisy w walizce z podwójnym dnem zdecydował się na przewiezienie bezcennego malowidła do ojczyzny. Dzieło zaoferował słynnej i cenionej florenckiej galerii Uffizi. Gdy jednak jej dyrektor się zorientował, że obraz to autentyk, wezwał policję. Wymiar sprawiedliwości w pewien sposób docenił patriotyzm złodzieja, bo za kradzież bezcennego dziedzictwa ludzkości odsiedział zaledwie siedem miesięcy!

– Czyli myślisz, że obraz ukradł jakiś Włoch? Pamiętam z wycieczki do Zamku Królewskiego, że ten Canaletto pochodził chyba z Wenecji? – zauważył Tymek.

– Rzeczywiście, pochodził z Wenecji, nie wyciągałbym jednak zbyt pochopnych wniosków. Powód kradzieży mógł być równie dobrze zupełnie inny. Na przykład ktoś chciał udowodnić w ten sposób, że dzieła są źle zabezpieczone.

– To jak hakerzy, którzy włamują się na rządowe serwery, by pokazać, że zabezpieczenia są łatwe do obejścia – wtrącił Max.

– Dokładnie tak. Znane są i takie przypadki. Kilkanaście lat temu z muzeum w Manchesterze ukradziono trzy perły sztuki o niewyobrażalnej wręcz wartości, czyli obrazy Vincenta van Gogha, Pabla Picassa i Paula Gauguina. Znaleziono je trzy dni później, nie zgadniecie gdzie.

– Gdzieś obok? – niepewnie zapytał Tymek.

– Tak, dobrze kombinujesz. Odnaleziono je w luwrze. Nie chodzi jednak o słynną francuską galerię sztuki, a skromną toaletę publiczną niedaleko manchesterskiego muzeum. Nazywano ją właśnie „loovre”, pisane przez dwa „o”.

– No tak, „loo” to przecież angielskie WC – zaśmiał się Max.

– Złodzieje zostawili przy obrazach kartkę, w której wyjaśnili, że nie chodziło im o kradzież, a wykazanie słabości zabezpieczeń.