Piknik na skraju drogi - Arkadij Strugacki, Borys Strugacki - ebook + audiobook

Piknik na skraju drogi ebook i audiobook

Arkadij Strugacki, Borys Strugacki

4,5

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Klasyka światowej fantastyki.

Arkadij i Borys Strugaccy to klasycy radzieckiego science fiction. Ich powieści doczekały się miana kultowych, przetłumaczono je na kilkadziesiąt języków, są regularnie wznawiane na całym świecie. Do Polski twórczość Strugackich dotarła w latach 70. XX wieku i szybko zyskała grono zagorzałych fanów, ze Stanisławem Lemem na czele.
Ich powieści dotykają zagadnień, które od wieków nurtowały ludzkość - Strugaccy pisali o roli człowieka w społeczeństwie, o tym, skąd się bierze zło i dobro, o mechanizmach władzy i jednostkach sprzeciwiających się totalitaryzmom. Ich powieści traktowały o absurdach biurokracji, cenie rozwoju cywilizacyjnego i sensie ludzkiego istnienia.
Opublikowany w 1972 roku "Piknik na skraju drogi" miał ogromny wpływ na popkulturę. Na podstawie powieści powstał film Andrieja Tarkowskiego "Stalker", później książka stała się inspiracją dla twórców gier komputerowych.
Powieści Strugackich weszły na stałe do kanonu fantastyki. Dziś, cenione przez krytykę oraz uwielbiane przez miliony czytelników, należą do klasyki literatury światowej.

W tomie znajduje się pięć utworów:
"Piknik na skraju drogi"
"Poniedziałek zaczyna się w sobotę"
"Żuk w mrowisku"
"Trudno być bogiem"
"Miliard lat przed końcem świata"

Arkadij Natanowicz Strugacki (Аркадий Натанович Стругацкий, ur. 28 sierpnia 1925 w Batumi, zm. 12 października 1991 w Moskwie) i Boris Natanowicz Strugacki (Борис Натанович Стругацкий, ur. 15 kwietnia 1933 w Leningradzie, zm. 19 listopada 2012 w Petersburgu) - rosyjscy pisarze science fiction, bracia, piszący wspólnie autorzy i krytycy fantastyki.

Braci Strugackich zalicza się do klasyków światowej fantastyki; są oni ogromnie popularni zarówno w Rosji, jak i poza jej granicami.
Dzieciństwo Strugackich upłynęło pod znakiem wojny. Arkadij ukończył szkołę artyleryjską i japonistykę. Służył w armii na Dalekim Wschodzie, a potem pracował w jednym z moskiewskich wydawnictw. Boris studiował astronomię - później pracował w obserwatorium.
Ogromna większość utworów, które wyszły spod piór braci Strugackich, jest ich wspólnym dziełem. Ich twórczość pod wieloma względami wyróżniała się na tle literatury fantastycznej powstającej w tamtych czasach w ZSRR. W swych utworach poruszali najbardziej ważkie tematy, pisali o kondycji człowieka na przestrzeni dziejów, granicach ludzkiego poznania i rozwoju świata. Ich książki cieszą się niesłabnącą popularnością wśród czytelników, doczekały się też wielu ekranizacji - np. "Piknik na skraju drogi" stał się inspiracją filmu Andrieja Tarkowskiego "Stalker" (Strugaccy byli współautorami scenariusza), a także gry komputerowej "S.T.A.L.K.E.R." Podobnie w oparciu o "Trudno być bogiem' powstała gra oraz film o tym samym tytule. Na podstawie książki "Miliard lat przed końcem świata" w 1988 roku Aleksander Sokurow nakręcił film "Dni zaćmienia". Twórczość braci Strugackich nie tylko zyskała uznanie czytelników nurtu science fiction, ale na stałe wpisała się do historii światowej literatury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1169

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 53 min

Lektor: Marcin Popczyński

Oceny
4,5 (48 ocen)
33
9
3
3
0

Popularność




 

 

Пикник на обочине дороги

Copyright © 1972 by Arkady & Boris Strugatsky

Понедельник начинается в субботу

Copyright © 1964 by Arkady & Boris Strugatsky

ТРУДНО БЫТЬ БОГОМ

Copyright © 1964 by Arkady & Boris Strugatsky

За миллиард лет до конца света

Copyright © 1976, 1977 by Arkady & Boris Strugatsky

Улитка на склоне

Copyright © 1966, 1968 by Arkady & Boris Strugatsky

All rights reserved

 

Projekt okładki

Dark Crayon/Piotr Cieśliński

 

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

 

Korekta

Maciej Korbasiński

Bożena Hulewicz

 

ISBN 978-83-8234-593-3

 

Warszawa 2021

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

PIKNIK NA SKRAJU DROGI

Przełożył Rafał Dębski

 

Trzeba tworzyć dobro ze zła,

bo nie ma nic innego,

z czego by można je tworzyć.

R.P. Warren

 

 

Fragment wywiadu przeprowadzonego przez korespondenta Radia Harmont z doktorem Valentinem Pealmanem z okazji przyznania mu Nagrody Nobla

– …Zgodzi się pan chyba, doktorze, że za pierwsze ważne odkrycie w pana karierze należy uznać tak zwany radiant Pealmana?

– Wydaje mi się, że jednak nie. Radiant Pealmana nie był ani pierwszy, ani specjalnie ważny, ani – prawdę rzekłszy – nie należy nazywać go odkryciem. A jeśli już, to nie całkiem moim odkryciem.

– Oczywiście pan żartuje, doktorze. O radiancie Pealmana słyszał przecież każdy uczeń.

– To mnie akurat nie dziwi, gdyż istnienie rzeczonego radiantu zauważył jako pierwszy właśnie uczeń. Niestety, nie pamiętam, jak się nazywał. Proszę sprawdzić w Dziejach Wizyty Stetsona, gdzie wszystko zostało dokładnie wyjaśnione. Radiant odkrył jakiś uczeń, następnie współrzędne opublikował jako pierwszy pewien student, a potem z jakiegoś powodu ochrzczono to odkrycie moim imieniem.

– Tak, z odkryciami nieraz dzieją się zadziwiające rzeczy. Czy mógłby pan wyjaśnić naszym słuchaczom…

– Proszę uważnie posłuchać. Radiant Pealmana to bardzo prosta sprawa. Proszę sobie wyobrazić, że wprawił pan w ruch wielki globus i zaczął do niego strzelać z rewolweru. Dziury w globusie uczynione podczas obrotu zawsze utworzą pewną płynną krzywą. Cały sens tego, co pan określił mianem mojego pierwszego ważnego odkrycia, zasadza się na fakcie, że wszystkie Strefy Wizyty układają się na powierzchni naszej planety tak, jakby ktoś oddał do niej sześć strzałów z rewolweru, znajdując się gdzieś na linii łączącej Ziemię z Denebem. Deneb jest najjaśniejszą gwiazdą konstelacji Łabędzia, a punkt na nieboskłonie, z którego strzelano – że tak to sobie pozwolę określić – nazwano właśnie radiantem Pealmana.

– Dziękuję, doktorze. Drodzy słuchacze, wreszcie wyjaśniono nam sensownie, czym jest sławetny radiant! A przy okazji chciałbym przypomnieć, że przedwczoraj minęło trzynaście lat od dnia Wizyty. Doktorze Pealman, może zechce pan powiedzieć naszym słuchaczom parę słów z tej okazji?

– A co by ich właściwie zaciekawiło? Proszę wziąć pod uwagę, że w owym czasie nawet nie przebywałem w Harmont…

– Tym bardziej interesujące byłoby dowiedzieć się, co pan pomyślał, kiedy pańskie rodzinne miasto znalazło się w centrum zainteresowania obcej supercywilizacji…

– Prawdę mówiąc, najpierw uznałem, że to zwyczajna kaczka dziennikarska. Trudno mi było sobie wyobrazić, że w naszym starym, małym Harmont może się zdarzyć coś podobnego. Wschodnia Syberia, Uganda, południowy Atlantyk, proszę bardzo, to jeszcze jakoś dawało się wyjaśnić. Ale Harmont?

– Jednak w końcu musiał pan w to uwierzyć.

– W końcu tak.

– I co pan wtedy pomyślał?

– Przyszło mi nagle do głowy, że Harmont i pozostałe pięć punktów wydarzenia nazwanego Wizytą… o, przepraszam, wówczas było wiadomo tylko o czterech innych… Otóż rzeczywiście wówczas pomyślałem, że wszystkie punkty wyznaczają bardzo płynną krzywą. Sprawdziłem współrzędne radiantu i wynik opublikowałem w „Nature”.

– I w żaden sposób nie martwił się pan losem rodzinnego miasta?

– Widzi pan, wówczas już uznałem, iż Wizyta rzeczywiście miała miejsce, ale w żaden sposób nie mogłem zmusić się do uwierzenia w sensacje o płonących dzielnicach, o potworach pożerających starców i dzieci, o krwawych starciach między niezniszczalnymi intruzami a ponoszącymi najwyższe ofiary, dzielnymi królewskimi oddziałami pancernymi.

– I miał pan rację. Pamiętam, że nasz korespondent nieźle wówczas narozrabiał… Wróćmy jednak do spraw naukowych. Odkrycie radiantu Pealmana stanowiło pierwszy, lecz na pewno nie ostatni pański wkład w badanie spraw związanych z Wizytą, prawda?

– Pierwszy i ostatni.

– Ale przecież bez wątpienia uważnie obserwował pan przez cały ten czas międzynarodowe poszukiwania w Strefach…

– Tak… Od czasu do czasu zdarza mi się przekartkować „Raporty”.

– Ma pan na myśli „Raporty Międzynarodowego Instytutu Obcych Cywilizacji”?

– Zgadza się.

– A zatem co, pana zdaniem, okazało się najważniejszym odkryciem przez te trzynaście lat?

– Sam fakt Wizyty.

– Można bliżej?

– Wizyta jako taka wydaje się najważniejszym wydarzeniem nie tylko ostatnich trzynastu lat, ale całej historii ludzkości. Nie jest tak istotne, kim są czy kim byli przybysze. Nieważne, skąd przylecieli, po co, dlaczego przebywali na Ziemi tak krótko i gdzie udali się później. Ważne, że teraz ludzkość wie z całą pewnością, iż nie jest sama we wszechświecie. Obawiam się, że Międzynarodowy Instytut Obcych Cywilizacji nie będzie miał już więcej okazji dokonać bardziej fundamentalnego odkrycia.

– To bardzo interesujące, doktorze Pealman, ale pytając, miałem raczej na myśli sprawy związane z nowymi technologiami. Odkrycia, które człowiek mógłby wykorzystać we własnej nauce i technice. Przecież bardzo wielu uczonych uważa, że to, co znajduje się w Strefach Wizyty, mogłoby zmienić bieg naszej historii.

– Cóż, ja sam nie należę do zwolenników tego poglądu. Jeśli zaś chodzi o konkretne znaleziska, nie jestem specjalistą.

– Jednak od dwóch już lat jest pan konsultantem Komisji Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wizyty…

– Owszem, lecz nie ma to żadnego związku z badaniem pozaziemskich cywilizacji. W komisji wraz z kolegami reprezentujemy społeczność międzynarodową, ale tylko w kwestiach dotyczących kontroli realizacji decyzji ONZ w sprawie internacjonalizacji Stref. Mówiąc dosadnie, pilnujemy, żeby cudami znalezionymi w Strefach Wizyty rozporządzał tylko Międzynarodowy Instytut Obcych Cywilizacji.

– Czy po owe cuda ktoś śmie wyciągać ręce?

– Tak.

– Zapewne ma pan na myśli stalkerów?

– Nie wiem, o kim pan mówi.

– W Harmont tak nazywa się śmiałków, którzy na własne ryzyko zakradają się do Strefy i przynoszą wszystko, co uda się znaleźć. Stało się to wręcz nową profesją.

– Rozumiem. Ale akurat to nie leży w naszych kompetencjach.

– Oczywiście. Tym zajmuje się policja. Lecz byłoby interesujące dowiedzieć się w takim razie, co właściwie wchodzi w wasze kompetencje.

– Mamy do czynienia z ciągłym wypływem materiałów ze Stref Wizyty, a trafiają one do nieodpowiedzialnych osób i całych organizacji. Zajmujemy się nie przyczynami, ale skutkami tego wypływu.

– A nieco konkretniej, panie doktorze?

– Może lepiej porozmawiajmy o sztuce? Czy słuchaczy nie zainteresuje raczej moje zdanie na temat niezrównanej Gwendy Mueller?

– Ależ oczywiście! Ale najpierw chciałbym zamknąć temat związany z nauką. Czy pana, jako uczonego, nie kusi, aby samemu zająć się pozaziemskimi cudami?

– Jak by to powiedzieć… Niewykluczone.

– A zatem można mieć nadzieję, że pewnego pięknego dnia mieszkańcy naszego pięknego miasta spotkają na ulicy znakomitego obywatela Harmont?

– To całkiem możliwe.

 

1.

Redrick Schuhart, lat 23, kawaler, laborant Międzynarodowego Instytutu Obcych Cywilizacji, filia w Harmont

Stoimy sobie dzień wcześniej w magazynie. Wieczór już, wystarczy tylko zrzucić kombinezony i pokulać się do Bordgish na coś mocniejszego. No to sterczę sobie tak, ścianę podpieram, już zrobiłem, co do mnie należało, więc trzymam w gotowości papierosa, bo palić mi się chce jak diabli – dwie godziny bez dymka – a ten się grzebie jak mucha w smole. Jeden sejf załadował, zamknął i opieczętował, teraz wziął się do drugiego. Wyjmuje z transportera „pustaki”, każdy ogląda ze wszystkich stron (a ciężkie są cholery, będzie ze sześć i pół kilo sztuka) i z chrząknięciem równiutko układa na półce.

Walczy z tymi „pustakami” okrutnie długo i na mój gust bez najmniejszego pożytku dla ludzkości. Na jego miejscu dawno bym już na to plunął i zajął się czymś innym za te same pieniądze. Chociaż, z drugiej strony, jeśli się zastanowić, „pustak” to naprawdę rzecz zagadkowa i jakaś taka niepojęta. Mnóstwo już ich przytargałem, a jednak za każdym razem jak ścierwo zobaczę, nie mogę wyjść ze zdumienia. Składa się tylko z dwu miedzianych dysków wielkości spodków, grubych na pięć milimetrów, odległość między nimi wynosi dokładnie czterdzieści centymetrów i oprócz pustki nic tam nie ma. Literalnie nic. Można przesunąć rękę, można i głowę wsadzić, gdyby komuś całkiem odbiło z nudów. Tylko pustka, samo powietrze. A jednak wiąże je jakaś potworna siła, tak to przynajmniej rozumiem, dlatego jeszcze nikomu nie udało się ich ani do siebie przybliżyć, ani rozciągnąć.

Naprawdę trudno opisać „pustaki” na użytek kogoś, kto ich nigdy nie widział. Wszystko tutaj wydaje się aż nazbyt proste, kiedy się już wreszcie „pustak” zobaczy i uwierzy w jego istnienie. To tak jakby nakazać komuś opisywać szklankę albo – nie daj Boże – kieliszek. Tylko palcami będzie człowiek przebierał i klął w bezradnej desperacji. Dobrze, będziemy udawać, że wszystko jest zrozumiałe, a jeśli ktoś nie pojął, niech sobie weźmie „Raporty”, bo tam w każdym wydaniu można znaleźć informacje o tych cholernych „pustakach” wraz ze zdjęciami…

Kirył walczy z tymi „pustaczkami” już prawie rok. Pracuję z nim od samego początku, ale do tej pory nie zdołałem się zorientować, czego od nich chce. Inna rzecz, że mi na tej wiedzy specjalnie nie zależy. Niech sam najpierw zrozumie, o co mu chodzi, a wtedy go może wysłucham. Na razie jedno jest dla mnie jasne: chciałby chociaż jeden rozwalić, spalić kwasami, rozkruszyć pod prasą, rozpuścić w piecu hutniczym. Wtedy wszystko stanie się dla niego jasne, zyska sławę, a nauka całego świata zadrży w ekstazie. Lecz na razie, jak mi się zdaje, do tej wiekopomnej chwili jest jeszcze bardzo daleko. Na razie Kirył niczego nie osiągnął, zgryzł się tylko, zrobił się jakiś taki szary, milczący, a jego oczy nabrały wyrazu jak u chorego psa, zaczęły nawet łzawić. Gdyby to był ktoś inny, po prostu spiłbym go do nieprzytomności, zaprowadził do fajnej dziewuchy na porządny rozruch, a nazajutrz znów bym go skuł i znów posłał do dziewuchy, tym razem innej. Po tygodniu byłby jak nowy – uszy w górę, portki w dół, nóżki na stół, ogon jak drąg. Tylko że na Kiryła taka kuracja nie podziała, nie ma nawet co próbować. Nie taka jego natura.

I tak stoimy w magazynie, patrzę na niego, jaki się zrobił, jak mu się oczy zapadły, i zrobiło mi się go żal, aż serce ścisnęło. Wtedy postanowiłem. A właściwie trudno powiedzieć, że ja postanowiłem, bo miałem wrażenie, jakby ktoś kazał mi to powiedzieć.

– Słuchaj, Kirył…

A ten stoi, trzymając ostatni „pustak” z takim wyrazem twarzy, jakby cały chciał w niego wejść.

– Słuchaj, Kirył! A chciałbyś dostać pełny „pustak”?

– Pełny „pustak”? – Uniósł brwi i popatrzył na mnie, jakbym po chińsku do niego zagadał.

– No tak. To znaczy tę twoją hydromagnetyczną pułapkę… czy jak to tam nazywasz… obiekt siedemdziesiąt siedem-be. Tylko że z takim niebieściutkim gównem w środku.

Widzę, że zaczęło do niego docierać. Popatrzył na mnie, zmrużył oczy, a za łzawą psią zasłoną rozbłysło coś jakby światełko rozumu. Chyba tak się zwykł o podobnym zjawisku wyrażać.

– Czekaj – mówi. – Pełny? Taki „pustak”, ale pełny?

– No tak, przecież mówię.

– Skąd?

I już – wyleczył się mój Kirył. Uszy do góry, portki w dół, nóżki na stół, ogon jak drąg.

– Chodźmy – proponuję – zapalimy.

Schował szybko „pustak” do sejfu, zamknął drzwi, przekręcił zamek i poszliśmy z powrotem do laboratorium. Za pusty obiekt Ernest płaci teraz cztery stówy, a za pełny bym z niego, sukinsyna, całą podłą krew wypił. Można mi wierzyć lub nie, ale w tej chwili nawet nie myślałem o zysku, widząc, że Kirył wrócił między żywych, wyprężył się jak struna, aż się zdawało, że zadźwięczy, a po schodach leciał po cztery stopnie naraz, niecierpliwy taki, że nawet człowiekowi zapalić by nie pozwolił. Opowiedziałem mu wszystko ze szczegółami: jaki to „pustak”, gdzie leży i jak najlepiej się do niego dobrać. Od razu wyjął mapę, znalazł ten garaż, nadusił punkt palcem, spojrzał na mnie i z miejsca wszystko zrozumiał. Zresztą co tu niby było do zrozumienia…

– Ożeż ty! – Śmieje się od ucha do ucha. – Co poradzisz? Trzeba iść. Najlepiej jutro rano. Na dziewiątą zamówię przepustki i „kalosz”. Jak dobrze pójdzie, o dziesiątej wyjdziemy. Może być?

– Może – odpowiadam. – A kto na trzeciego?

– Po co nam jakiś trzeci?

– Bo wiesz, Kirył, to nie imprezka z dziewczętami. A gdyby ci się coś stało? Przecież to Strefa, porządek musi być.

Uśmiechnął się znowu i wzruszył ramionami.

– Jak uważasz, ty już wiesz lepiej.

Jeszcze by nie! Pewnie, że lepiej. Oczywiście, Kirył był wielkoduszny, starał się specjalnie dla mnie: przecież trzeci niepotrzebny, poradzimy sobie we dwóch, wszystko odbędzie się dyskretnie, nikt się nie domyśli niczego na mój temat. Tylko że ja wiedziałem doskonale jedno – pracownicy instytutu nie chodzą do Strefy w parach. Procedura wymaga, żeby dwóch wykonywało zadanie, a trzeci służył za obserwatora.

– Wziąłbym Austina – mówi Kirył. – Ale ty pewnie nie zechcesz. Chyba że coś się zmieniło?

– Nie – odpowiadam. – Tylko nie Austina. Jego weźmiesz innym razem.

Austinowi w sumie nic nie brakuje – odwaga i ostrożność występują u niego w odpowiednich proporcjach, lecz według mnie ten gość jest naznaczony. Nie potrafiłbym tego wytłumaczyć Kiryłowi, ale ja takie rzeczy widzę: jeśli ktoś uznał, że zna Strefę i całkowicie ją rozumie, wkrótce go szlag trafi. Tylko że ja wtedy nie mam ochoty być w pobliżu.

– No dobrze – mówi Kirył. – A Tender?

Tender to drugi laborant. Niczego sobie chłop, spokojny.

– Trochę za stary. I dzieciaki ma…

– Nie szkodzi, bywał już w Strefie.

– Dobrze – zgadzam się. – Niech będzie Tender.

Zostawiłem Kiryła nad mapą, a sam poszedłem prosto do Bordgish. Zgłodniałem potwornie i w gardle mi zaschło.

No i dobrze. Następnego dnia przychodzę do roboty jak zwykle przed dziewiątą, pokazuję przepustkę. Służbę w wartowni ma ten drągalowaty sierżant, któremu w zeszłym roku dałem wycisk, kiedy się po pijaku cisnął do Guty.

– Czołem – mówi. – Szukają cię po całym instytucie, Rudy.

Przerywam mu bardzo bardzo uprzejmie:

– Dla ciebie nie jestem Rudy, koleś. I nie podlizuj mi się, buraku.

– Jak rany, Rudy! – dziwi się. – Przecież wszyscy tak do ciebie mówią.

A ja przed wyjściem do Strefy odczuwam podniecenie, w dodatku jestem całkowicie trzeźwy. Chwytam trepa za wszarz i mówię mu, kim jest i w jaki sposób przyszedł na świat. Sierżant spluwa, zwraca mi przepustkę i darowuje sobie jakiekolwiek uprzejmości:

– Redrick Schuhart ma natychmiast zgłosić się do kapitana Herzoga, pełnomocnika wydziału bezpieczeństwa.

– O, właśnie – odpowiadam. – Tak, to co innego. Ucz się pilnie, panie sierżancie, a zostaniesz porucznikiem.

I myślę sobie: Co to znowu ma być? Po jaką nagłą jestem potrzebny kapitanowi Herzogowi w godzinach pracy? Dobra, pójdę się zameldować. Will ma gabinet na trzecim piętrze, ładny gabinet. I kraty w oknach, zupełnie jak w komisariacie policji. Siedzi przy biurku, pyka z fajki i wystukuje jakiś raport, a w kącie sierżancik przekopuje żelazną szafę. Nowy jest, nie znam go jeszcze. W naszym instytucie tych sierżantów jest jak psów, więcej niż w jakiejś dywizji, a wszyscy do siebie podobni: rumiani, krew z mlekiem. Nie wolno ich puszczać do Strefy, a na problemy świata mogą lać grubym strumieniem moczu z trzeciego piętra.

– Dzień dobry – mówię. – Wzywał mnie pan?

Will patrzy na mnie jak na powietrze, po czym odsuwa klawiaturę, kładzie przed sobą grubą teczkę i zaczyna przekładać kartki.

– Redrick Schuhart? – pyta.

– We własnej osobie. – Z trudem powstrzymuję chichot. Nerwy puszczają.

– Od kiedy pracuje pan w instytucie?

– Trzeci rok.

– Ma pan rodzinę?

– Jestem sam – mówię. – Sierota.

Wtedy odwraca się do swojego podoficerka i wydaje rozkaz surowym głosem:

– Sierżancie Lummer, pójdziecie do archiwum i przyniesiecie akta sprawy numer sto pięćdziesiąt.

Sierżancik zasalutował i zniknął, a Will zamknął teczkę i spytał ponurym tonem:

– Co, recydywa?

– Jaka recydywa?

– Sam wiesz najlepiej. Znów przyszły materiały w twojej sprawie.

Tego się mogłem spodziewać.

– A skąd przyszły?

Nachmurzył się, zaczął nerwowo stukać fajką w popielniczkę.

– Nie twoja rzecz – mówi. – Uprzedzam cię po starej znajomości: rzuć to, rzuć na zawsze. Jeśli cię złapią drugi raz, nie wykpisz się sześcioma miesiącami. A z instytutu wylecisz raz na zawsze w trybie natychmiastowym, dotarło?

– Dotarło – odpowiadam. – To rozumiem, oczywiście. Nie mam tylko pojęcia, co za gnój na mnie naszczekał…

Ale on znów patrzy na mnie ołowianym wzrokiem, śwista przez pustą fajkę i przekłada kartki. To dlatego, że właśnie wrócił sierżant Lummer ze sprawą numer sto pięćdziesiąt.

– Dziękuję, Schuhart – mówi kapitan Will Herzog zwany Wieprzem. – To wszystko, jest pan wolny.

Poszedłem do przebieralni, włożyłem kombinezon, zapaliłem. Przez cały czas męczyło mnie pytanie: Co jest grane? Skąd Herzog dostał cynk? Jeśli z instytutu, to wszystko kłamstwo, bo nikt o mnie tutaj nic nie wiedział i wiedzieć nie mógł. A jeśli informację przysłała policja… Ale oni nie mogą mieć innych danych oprócz moich starych spraw. A może Ścierwojad wpadł? Ten skurwiel, żeby ratować siebie, każdego pogrąży… Myślałem, myślałem i niczego nie wymyśliłem, więc dałem sobie spokój. Ostatni raz byłem w Strefie nocą trzy miesiące temu, łup już praktycznie upłynniłem, a pieniądze wydałem. Nie złapali mnie na gorącym uczynku, to mogą mnie cmoknąć w lewy pośladek.

Ale teraz, kiedy wchodziłem już po schodach, nagle mnie olśniło. Tak olśniło, że wróciłem do przebieralni, usiadłem i znów zapaliłem. Wychodziło na to, że nie mogę dzisiaj iść do Strefy. Jutro też nie. Ani pojutrze. Wychodziło na to, że te skurczybyki mnie pilnują, nie zapomnieli o mnie, a jeśli nawet, to ktoś im przypomniał. Nieważne teraz, kto konkretnie. Nie ma stalkera, który podejdzie do Strefy bliżej niż na strzał z pistoletu, jeśli wie, że jest obserwowany. Powinienem się teraz gdzieś zamelinować, wpełznąć w najciemniejszy kąt. I rżnąć głupa – jaka znowu Strefa? Przecież nie chodzę tam już od wielu miesięcy, nawet z przepustką! Dlaczego się czepiacie uczciwego laboranta?

Przemyślałem to sobie i poczułem nawet coś na kształt ulgi, że dzisiaj nie wolno mi leźć do Strefy. Tylko jak to wyjaśnić delikatnie Kiryłowi?

Powiedziałem po prostu:

– Nie idę do Strefy. Jakie mi przydzielisz zadanie?

Rzecz jasna, najpierw wytrzeszczył na mnie gały. Potem widać zaczął czegoś się domyślać, bo wziął mnie pod ramię, zaprowadził do swojego gabinetu, posadził za biurkiem, a sam przysiadł na parapecie. Zapaliliśmy w milczeniu.

– Coś się stało, Red? – zapytał ostrożnie.

Co mu powiedzieć?

– Nie. Nic się nie stało. Wczoraj przegrałem w pokera dwadzieścia dolców. Nieźle gra ten Nounan, cwaniak…

– Czekaj – przerwał mi Kirył. – Ty co, rozmyśliłeś się?

Aż jęknąłem z napięcia.

– Nie mogę – wycedziłem przez zęby. – Nie mogę, rozumiesz? Herzog mnie przed chwilą wezwał.

Kirył oklapł. Znów wyglądał jak sto nieszczęść, a jego oczy stały się takie jak przedtem – niczym u chorego pudla. Westchnął spazmatycznie, zapalił nowego papierosa od niedopałka poprzedniego i powiedział cicho:

– Wierz mi, Red, nikomu nie pisnąłem nawet słówka.

– Daj spokój. Czy ja mam coś do ciebie?

– Nawet Tenderowi jeszcze nic nie mówiłem. Przepustkę na niego wypisałem, ale nawet nie dowiadywałem się, czy zechce pójść.

Milczę i palę. Śmiech i grzech, człowiek niczego nie rozumie.

– Co Herzog powiedział? – pyta Kirył.

– Nic szczególnego. Ktoś na mnie naszczekał i tyle.

Spojrzał na mnie dziwnie, zeskoczył z parapetu i zaczął krążyć po pomieszczeniu.

On biega po gabineciku, a ja siedzę, wypuszczam dym i milczę. Pewnie – szkoda mi go i czuję żal, że tak się głupio złożyło. A już się zdawało, że wyleczyłem człowieka z melancholii. I kto winien? Ja, nikt inny. Skusiłem dzieciaka pierniczkiem, ale piernik w schowku, którego strzegą źli wujowie…

Kirył przestaje biegać, zatrzymuje się przy mnie i patrząc gdzieś w bok, pyta niepewnie:

– Słuchaj, Red, a ile może kosztować taki pełny „pustak”?

Z początku nie zrozumiałem, pomyślałem, że liczy na zakup gdzie indziej. Tylko gdzie coś takiego dostać? Możliwe, że to jedyna taka sztuka na świecie, a poza tym nie wystarczyłoby mu pieniędzy. Zresztą skąd miałby wziąć pieniądze zagraniczny specjalista, w dodatku Rosjanin? A potem nagle dotarło do mnie, co ten drań kombinuje – że ja urządzam to przedstawienie dla paru dolców? Ech, ty baranie, myślę, za kogo mnie uważasz?… Już otworzyłem gębę, żeby go zelżyć i obsobaczyć jak trzeba, ale dałem spokój. A niby za kogo miałby mnie uważać? Stalker to stalker, jak mu dobrze zapłacić, będzie ryzykował życie. Wygląda to tak, jakbym wczoraj zarzucił haczyk, a dzisiaj już zanęcam, kuszę, cenę chcę podwyższyć.

Mowę mi odebrało od takich myśli, a on uważnie mi się przygląda nieruchomym wzrokiem. W jego oczach dostrzegam już nie pogardę, ale coś w rodzaju zrozumienia. Postanowiłem mu to wyjaśnić. Spokojnie.

– Do garażu jeszcze nikt nie chodził z przepustką. Droga nie została nawet oznakowana, wiesz o tym doskonale. A teraz wyobraź sobie, że wracamy, a twój Tender zaczyna paplać, jak to trafiliśmy prościutko na miejsce, zabrali swoje i do wyjścia. Jakbyśmy dosłownie do zwykłego składu rupieci sobie poszli. Od razu się wszyscy domyślą, że wiedzieliśmy, po co tam leziemy. A to znaczy, że ktoś doskonale wiedział, co i jak. A kto z naszej trójki mógł wiedzieć, nie trzeba przecież dodawać. Wiesz, czym to dla mnie pachnie?

Skończyłem przemówienie, patrzymy sobie w oczy i milczymy. Potem Kirył nagle klasnął w dłonie, zatarł ręce i oznajmił energicznie:

– Cóż, jak nie, to nie. Rozumiem cię, Red, i nie mam prawa oceniać. Sam pójdę. Jakoś to będzie, nie pierwszy raz…

Rozłożył na parapecie mapę, pochylił się nad nią i cała jego energia wyparowała w jednej chwili. Słyszę, jak mruczy:

– Sto dwadzieścia metrów… nawet sto dwadzieścia dwa… A co tam jeszcze w samym garażu… Nie, nie wezmę Tendera. Jak myślisz, Red, może nie ma co brać Tendera? Ma przecież dwójkę dzieci…

– Samego cię nie puszczą – odpowiadam.

– E tam, puszczą – mamrocze. – Znam wszystkich sierżantów… i poruczników. Nie podobają mi się te ciężarówki! Stoją pod chmurką trzynaście lat, a wyglądają jak nowe… Dwadzieścia kroków dalej cysterna przerdzewiała i dziurawa jak sito, a one jakby z platformy przed chwilą zjechały… Ech, ta Strefa!

Podniósł głowę znad mapy, zapatrzył się w okno. Podążyłem za jego spojrzeniem. Szyby w naszych oknach są grube, ołowiowane, a za nimi Strefa-mateczka. Bliziutko tak, że wystarczy ręką sięgnąć, całą widać doskonale z dwunastego piętra.

Kiedy tak na nią spojrzeć, to ziemia jak ziemia. Słońce identycznie oświetla ją i całą okolicę, niby nic się tam nie zmieniło, wygląda dokładnie jak trzynaście lat temu. Świętej pamięci ojciec nie dostrzegłby nic szczególnego, co najwyżej by zapytał, dlaczego z kominów fabryki dym nie leci. Strajk czy co?… Hałdy jakiegoś żółtego kruszywa, nagrzewnice hutnicze połyskują, szyny, szyny, szyny, parowóz z doczepionymi platformami wagonów. Jednym słowem krajobraz przemysłowy. Tylko ludzi brak. Żywych i martwych. A tam widać nasz garaż – długa szara kiszka z otwartymi drzwiami; na placyku przed nim stoją ciężarówki. Trzynaście lat tak stoją i nic się z nimi nie dzieje. Kirył słusznie się tym niepokoi. Pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić między dwie maszyny, trzeba je łukiem omijać… Jest tam taka szczelina w asfalcie, oczywiście jeśli do tej pory jeszcze nie zarosła kolczatką… Sto dwadzieścia dwa metry? Od jakiego punktu on to liczy? A, pewnie od skrajnej tyczki. Tak, stamtąd właśnie tyle będzie. Jednak jajogłowi robią pomalutku postępy… Patrzcie ich, do samego wału oznaczyli trasę, i to jak sprawnie! A tam widać rozpadlinę, w której Ślimak zakończył życie, dosłownie dwa metry od ich drogi… A przecież Guzowaty ostrzegał Ślimaka: „Trzymaj się, durniu, jak najdalej od kanałów, bo nic z ciebie nie zostanie”. I rzeczywiście – nic z biedaka nie zostało… Ze Strefą jest tak: jak się wróci z towarem to cud, jak się wróci żywym to szczęście, kula od wartowników to i tak fart, a wszystko inne – w gestii fortuny…

Popatrzyłem na Kiryła i widzę, że mnie obserwuje z ukosa. Minę ma taką, że w tym momencie wszystko znów zaczynam analizować. Niech ich wszyscy diabli! Co mi niby te skurczybyki mogą zrobić? Rosjanin mógłby już nic nie mówić, ale powiedział:

– Laborancie Schuhart, z oficjalnych, podkreślam: oficjalnych źródeł, otrzymałem informacje, że oględziny garażu mogą się okazać bardzo ważne dla prac naukowych. Jest propozycja, aby tam się udać. Gwarantuję premię. – Rozjaśnił się jak księżyc w pełni.

– A jakież to są oficjalne źródła? – pytam, śmiejąc się jak głupi do sera.

– Poufne źródła. Ale panu mogę uchylić rąbka tajemnicy. – Przestał się uśmiechać, zasępił się. – Powiedzmy, że otrzymałem wiadomość od doktora Douglasa.

– Aha. Od doktora Douglasa… Od jakiego znowu Douglasa?

– Od Sama Douglasa – odpowiada sucho. – Zginął w zeszłym roku.

Aż dreszcz przebiegł mi po plecach. A niech cię szlag! Kto przed wyjściem gada o takich sprawach? Można jajogłowym tysiąc lat tłumaczyć, w życiu tego nie pojmą. Zdusiłem niedopałek w popielniczce i mówię:

– Dobra. Gdzie ten twój Tender? Długo będziemy na niego czekać?

Więcej już o tym nie rozmawialiśmy. Kirył zadzwonił do logistyków, zamówił „latający kalosz”, a ja w tym czasie oglądałem mapę. Niczego sobie było to odwzorowanie Strefy. Mapę sporządzono z fotografii lotniczej, porządnie powiększonej. Widać nawet wzór bieżnika opony walającej się przed wejściem do garażu. Każdemu stalkerowi by się przydała taka mapa… A zresztą jaki niby byłby z niej pożytek w nocy, kiedy celujesz tyłkiem w gwiazdy i własnych rąk nie możesz dostrzec?

Przyszedł Tender, czerwony, zdyszany. Córeczka mu zachorowała, latał po doktorach. Tłumaczy się, przeprasza. Ale też mamy dla niego niezły prezencik – do Strefy idziesz, bracie. W pierwszej chwili zapomniał nawet, że się zadyszał. „Jak to tak, do Strefy mam iść? Dlaczego właśnie ja?”. Jednak kiedy usłyszał o podwójnej premii i że Red Schuhart też idzie, poczuł się lepiej i znów jął dyszeć.

Zeszliśmy więc do „buduaru”, Kirył skoczył po przepustki. Pokazaliśmy je jeszcze jednemu sierżantowi, który na ich podstawie wydał nam skafandry. Trzeba powiedzieć, że to bardzo pożyteczny ubiór. Gdyby go jeszcze przefarbować z czerwonego na bardziej dyskretny kolor, każdy stalker wyskoczyłby spokojnie z pięciuset dolców i nie grymasił. Już dawno sobie przysiągłem, że przynajmniej jeden zdobędę. Na pierwszy rzut oka taki ubiór to nic szczególnego – przypomina skafander nurka głębinowego, nawet hełm ma podobny, z wielkim wizjerem z przodu. A może nawet bardziej podobny jest do ciśnieniowego kombinezonu lotniczego, albo i kosmicznego. Lekki, wygodny, nigdzie nie uciska i nie jest w nim gorąco. W czymś takim można i w ogień wleźć, i w trujące opary. Podobno materiał jest nawet kuloodporny. Oczywiście i ogień, i jakiś tam iperyt, i kula, wszystko to wynalazki ziemskie, człowiecze. W Strefie tego nie ma, tam trzeba się obawiać zupełnie innych zagrożeń. Co tu gadać, ubrani w te kombinezony także mrą w Strefie jak muchy. Inna sprawa, że bez nich mogłoby być dużo więcej ofiar. Chociażby przed „palącym kurzem” te ubiory chronią w stu procentach. Albo przed splunięciami „czarciego zielska”… No dobrze.

Włożyliśmy skafandry, przesypałem nakrętki z woreczka do kieszeni na biodrze i powlekliśmy się przez cały dziedziniec ku wejściu do Strefy. Tutaj właśnie tak jest przyjęte – defilować, żeby wszyscy wiedzieli: patrzcie, ludziska, oto idą bohaterowie złożyć życie na ołtarzu nauki w imię człowieczeństwa, wiedzy i Ducha Świętego, amen. Faktycznie – we wszystkich oknach aż do czternastego piętra widać głowy. Żegnają, współczują, brakuje tylko powiewających chusteczek i orkiestry dętej.

– Dłuższy krok – upominam Tendera. – Wciągnij brzuch, ofiaro kompanijna! Wdzięczna ludzkość o tobie nie zapomni!

Spojrzał na mnie i widzę, że mu nie do śmiechu. Bardzo dobrze, bo tu naprawdę nie ma się z czego śmiać. Lecz kiedy się idzie do Strefy, to albo płacz, albo kawały opowiadaj. A ja jeszcze w życiu nie płakałem. Popatrzyłem na Kiryła. Trzymał się nieźle, tylko ustami poruszał, jakby klepał pacierz.

– Modlisz się? – pytam. – Módl się, bracie, módl! Im głębiej w Strefę, tym bliżej nieba.

– Co? – pyta zdezorientowany.

– Módl się lepiej! – krzyczę. – Choć stalkerów i tak wpuszczają do nieba bez kolejki!

A on niespodziewanie uśmiechnął się i poklepał mnie po plecach, jakby chciał powiedzieć: „Nie bój się, ze mną nie zginiesz, a jeśli nawet, to umiera się tylko raz”. Doprawdy, zabawny z niego gość.

Oddaliśmy przepustki ostatniemu sierżantowi, który tym razem wyjątkowo okazał się porucznikiem. Znałem go, jego tatulek handluje ogrodzeniami cmentarnymi w Rexopolis. A „latający kalosz” już gotów, postarali się chłopaki, podstawili pod samą wartownię. Wszystko na miejscu: i pogotowie ratunkowe, i straż pożarna, i nasza dzielna gwardia, nieustraszeni ratownicy, czyli banda darmozjadów z helikopterem. Patrzeć na skurczysynów nie mogę!

Wsiedliśmy do „kalosza”, Kirył stanął przy sterach i mówi:

– No, Red, rozkazuj.

Bez pośpiechu rozsunąłem zamek na piersi, wyjąłem piersiówkę, odpiłem jak należy i schowałem z powrotem. Bez tego nie potrafię. Który to już raz idę do Strefy, a bez wódy ani rusz. A ci dwaj tylko patrzą i czekają.

– Nie proponuję wam – mówię – bo idziemy razem pierwszy raz i nie wiem, jak na was działa alkohol. Ustalamy sposób działania. Wszystko, co powiem, macie wykonywać natychmiast i bez dyskusji. Jeśli któryś zacznie się ociągać albo zadawać durne pytania, będę lał czym popadnie, uprzedzam lojalnie. Jeśli panu, panie Tender, rozkażę na przykład, żebyś szedł na rękach, w tej chwili masz pan poderwać swoje tłuste dupsko i wykonać polecenie. A jeśli tego nie zrobisz, nie zobaczysz więcej swojej chorej córeczki. Jasne? Ale bez obaw, postaram się, żebyś ją zobaczył.

– Red, najważniejsze, żebyś nie zapomniał rozkazać – syczy Tender. Już jest czerwony, spocony, wargi mu drżą. – Na rzęsach pójdę, jeśli będzie trzeba. Nie jestem żółtodziobem.

– Dla mnie obaj jesteście żółtodzioby. A rozkazywać nie zapomnę, spokojna twoja rozczochrana. A tak w ogóle, umiesz sterować „kaloszem”?

– Umie – odpowiada Kirył za niego. – Doskonale umie.

– To świetnie. W takim razie z Bogiem. Zamknąć przyłbice! Mała naprzód wzdłuż tyczek, wysokość trzy metry. Przy dwudziestej siódmej przystanek.

Kirył podniósł „kalosz” na zadaną wysokość i rozpoczął powolny lot, a ja nieznacznie odwróciłem głowę i splunąłem samym powietrzem przez lewe ramię. Patrzę, a gwardziści ratownicy wsiedli do śmigłowca, strażacy wstali, żeby okazać szacunek, natomiast idiota porucznik postanowił na pożegnanie salutować. Nad nimi wszystkimi wielki baner, nieco już wyblakły: „Serdecznie witamy, drodzy Przybysze!”. Tender już się zbierał, żeby pomachać rączką, ale dostał taką sójkę w bok, że mu z miejsca te uprzejmości wywietrzały ze łba. Już ja ci pokażę takie gesty! Żegnać mi się tutaj będziesz, mordo zapowietrzona!

Polecieliśmy.

Po prawej mieliśmy instytut, po lewej Dzielnicę Zadżumionych, podążaliśmy od tyczki do tyczki samym środkiem ulicy. Od jakże już dawna nikt po tej ulicy nie chodził i nie jeździł! Asfalt całkiem popękał, szczeliny zarosły trawą, ale tutaj przynajmniej jeszcze rosła nasza dobra, znajoma trawa. Na chodniku po lewej stronie już zagościła czarna kolczatka, pokazując wyraźnie, jak Strefa odcina się od zwyczajnego świata: czarne rośliny tuż przy krawężniku wyglądały, jakby je ktoś równiutko przyciął. Nie można powiedzieć – przybysze jednakowoż okazali się przyzwoitymi chłopakami. Napaskudzili zdrowo, to jasne, ale wytyczyli temu swojemu gnojownikowi wyraźne granice. Nawet „palący kurz” nie przelatuje na naszą stronę, choćby nie wiadomo jak wiało.

W Dzielnicy Zadżumionych domy są podniszczone, martwe, jednak prawie wszędzie pozostały szyby w oknach, choć tak brudne, że wyglądają na nieprzejrzyste. Lecz w nocy, gdy się tędy przemykać, widać doskonale, że w środku coś się świeci niebieskimi językami, zupełnie jakby ktoś podpalał spirytus. To sprawka „upiornej flegmy” zalegającej w piwnicach. Ale tak w ogóle – dzielnica jak dzielnica, budynki jak budynki. Remont, oczywiście, by się przydał, ale nic w nich szczególnego, tylko ludzi brak. W tym domu z cegły mieszkał między innymi nasz nauczyciel matematyki, nazywany Przecinek. Nudziarz był z niego i nieudacznik, druga żona porzuciła go przed samą Wizytą, córka miała bielmo na oku, a my dokuczaliśmy jej tak, że ryczała. Kiedy zaczęła się panika, Przecinek wraz z pozostałymi zasuwał w samej bieliźnie aż do mostu, całe sześć kilometrów bez zatrzymywania się. Potem długo chorował, skóra z niego oblazła, odpadły paznokcie. Prawie wszyscy z tej dzielnicy na to zapadli, dlatego tak a nie inaczej ją nazwano. Niektórzy umarli, ale głównie starcy, a i to nie wszyscy. Mnie się w ogóle wydaje, że nie zabiła ich choroba, tylko strach.

A w tych trzech kwartałach ludzie ślepli. I teraz tak je nazwano: Pierwszy Ślepców, Drugi Ślepców… Ale niezupełnie tracili wzrok, głównie kończyło się kurzą ślepotą. Mówi się, że wcale nie zaszkodził im jakiś tam błysk wybuchu, chociaż eksplozje się zdarzały, ale przyczyną był mocny hałas. Zagrzmiało ponoć z taką siłą, że od razu rzuciło się ludziom na oczy. Doktorzy im mówią, że to niemożliwe, przypomnijcie sobie, dobrzy ludzie, a oni upierają się przy swoim: grzmot ich oślepił. Przy czym nikt, ale to nikt oprócz nich tego grzmotu nie słyszał…

No właśnie – tak wygląda, jakby się tutaj nic nie zdarzyło. Tam stoi nieuszkodzony przeszklony kiosk. W drzwiach wózek dziecięcy, zdaje się, że kołderka w nim zupełnie czysta… Anteny tylko ucierpiały, obrosły jakimś paskudztwem przypominającym łyko. Jajogłowi od dawna ostrzą sobie zęby na te anteny. Ciekawi ich niezmiernie, cóż to za łyko, bo nigdzie indziej nic podobnego nie ma, tylko w Dzielnicy Zadżumionych i tylko na tych antenach. A najbardziej ich dręczy to, że to coś znajduje się tuż pod samym nosem, pod ich oknami. W zeszłym roku spróbowali spuścić z helikoptera kotwiczkę na stalowej linie, zaczepili łyko w jednym miejscu. Ale jak tylko pociągnęli, nagle rozległ się szum! Patrzymy, a z anteny wali dym, z kotwicy też, a zaraz potem zaczęła się dymić nawet linka i zaraz buchnęła jadowitym płomieniem. Na szczęście pilot okazał się przytomny, zorientował się, że jest źle, linkę odrzucił, a sam dał dęba… Teraz ta linka wisi do samej ziemi, też obrośnięta już łykiem.

Powolutku, po cichutku dobrnęliśmy do końca ulicy, do zakrętu. Kirył spojrzał na mnie pytająco, a ja machnąłem ręką: leć jak najwolniej! „Kalosz” skręcił i pokonał ostatnie metry bezpiecznej ziemi. Coraz bliżej i bliżej do chodnika, cień pojazdu już padł na kolczatkę… Strefa! Od razu poczułem dreszcze. Za każdym razem tak mnie łapie i nie wiem, czy to Strefa tak mnie wita, czy też nerwy dają znać o sobie. I za każdym razem postanawiam, że spytam innych stalkerów, czy też tak mają, i zawsze zapominam.

No dobrze, wleczemy się nad dawnymi ogródkami działkowymi, silnik pod nogami pracuje równo, spokojnie. Jemu przecież wszystko jedno, jego to wszystko zupełnie nie rusza. Nagle Tender nie wytrzymał. Nie zdążyliśmy nawet dotrzeć do pierwszej tyczki, jak dopadł go słowotok. Żółtodzioby tak właśnie gadają w Strefie: zęby takiemu dzwonią, serce wali jak młotem, facet traci nad sobą kontrolę i chociaż mu wstyd, nie umie się powstrzymać. To coś podobnego do kataru – nic nie zależy od człowieka, a z nosa się leje i leje. A czego ci nowicjusze nie wygadują! To się taki jeden z drugim pejzażem zachwyca, to zaczyna wyłuszczać swoje światłe teorie na temat przybyszów, to gada coś zupełnie od rzeczy, jak teraz Tender, który zaczął bredzić o swoim nowym garniturze i nie może przestać. Opowiada, ile zapłacił, jaki materiał delikatny, jak mu krawiec guzik przeszywał…

– Zamknij się – mówię.

On patrzy na mnie smutno, przez chwilę porusza niemo ustami, a potem znowu: ile jedwabiu poszło na podszewkę. Działki już się kończą, pod nami już gliniasta pustynia, gdzie kiedyś znajdowało się miejskie śmietnisko. Ciągnie tutaj jakiś podmuch. Tylko że nie ma wiatru, lecz potoczyły się pyłkowe diabliki i zdaje mi się, że coś słyszę.

– Zamknij pysk, kretynie! – mówię.

Ale on nie potrafi się powstrzymać. Teraz zaczął bredzić o włosiance. No cóż, wybacz.

– Zatrzymaj się – mówię do Kiryła.

Natychmiast hamuje. Świetna reakcja. Ujmuję Tendera za ramię, odwracam do siebie i walę z rozmachu w hełm. Uderzył nieszczęśnik nosem w szkło, zamknął oczy i zamilkł. A jak się tylko zrobiło cicho, od razu usłyszałem terkotanie: tr-r-r… tr-r-r… tr-r-r… Kirył patrzy na mnie, zacisnął zęby, wyszczerzył się. Pokazuję mu gestem, żeby stał, żeby się absolutnie nie ruszał. Ale przecież on też to słyszy i jak każdy żółtodziób chciałby coś zaradzić, coś zrobić.

– Dać do tyłu? – szepcze.

Kręcę głową, pięścią mu wygrażam przed samym wizjerem – stój! Matko jedyna! Z tymi nowicjuszami tak zawsze, nie wiadomo, czy patrzeć na nich, czy obserwować okolicę. W tej chwili o wszystkim zapomniałem. Nad kupą starego śmiecia, nad potłuczonym szkłem i różnymi szmatami popełzło takie drżenie, takie falowanie jak nad gorącym dachem w upalne południe, przewaliło się przez wzniesienie i poszło, poszło, poszło na przełaj, przy samej tyczce, nad drogą, zatrzymało się, postało z pół sekundy – a może tylko mi się zdawało, że stanęło? – i poleciało w pole, za krzaki, za spróchniałe płoty, w stronę cmentarzyska starych maszyn.

Niech ich szlag, jajogłowych! Też sobie wymyślili – wytyczyć trasę nad wykopem! Ja zresztą też jestem dobry – gdzie miałem oczy, kiedy zachwycałem się tą ich mapą?

– Daj małą naprzód – mówię.

– A to co było? – pyta Kirył.

– Cholera wie! Było i nie ma, chwała Bogu. I zamknij się, proszę. Nie jesteś teraz człowiekiem, rozumiesz? Teraz jesteś maszyną, moją dźwignią i kołem zębatym…

I nagle złapałem się na tym, że mnie samego dopada słowotok.

– Ani słowa więcej – uciąłem.

Teraz by sobie łyknąć! Wyjąć ukochaną piersióweczkę, nieśpiesznie zdjąć nakrętkę, położyć szyjkę na dolnej wardze i odchylić głowę, żeby wódeczka sama popłynęła wprost do gardła, przepaliła je, aż łzy polecą… A potem pokołysać naczyniem i jeszcze raz pociągnąć… Do niczego te wszystkie skafandry, ot co! Tyle lat bez nich przeżyłem, a bez dobrego łyka w takiej chwili…

No, już dobrze!

Wiaterek ucichł zupełnie i nic nie słychać poza spokojnym, sennym mruczeniem motoru. Świat skąpany w słońcu, upalnie się zrobiło… Nad garażem łuna drżącego powietrza… Niby wszystko zwyczajnie, tyczki przepływają jedna za drugą. Tender milczy, Kirył milczy – wyrabiają się żółtodzioby. Nic, chłopaki, w Strefie można sobie poradzić przy odrobinie wprawy…

A oto dwudziesta siódma tyczka – żelazny pręt z czerwoną tarczką i wypisanym numerem. Kirył popatrzył na mnie, skinąłem mu i „kalosz” się zatrzymał.

Jak to mówią, mapa się skończyła, zaczęło się kartoflisko… Teraz najważniejsze to zachować spokój. Nie warto się śpieszyć, nie ma wiatru, widoczność dobra, wszystko jak na dłoni. Tam biegnie kanał, w którym zginął Ślimak. Widać coś pstrego, może to nawet jego szmaty. Parszywiec był z niego, Panie świeć nad jego duszą, chciwy, głupi i brudny. Tylko tacy sprzymierzają się ze Ścierwojadem, takich właśnie Ścierwojad Barbridge wywącha na milę i ściągnie do siebie… A tak w ogóle Strefa nie pyta, kto jaki jest, zły czy dobry. I należałoby Ślimakowi podziękować, bo chociaż głupek był, a jego prawdziwego imienia nikt nie pamięta, ale mądrym ludziom pokazał, którędy chodzić nie należy…

Tak. Oczywiście najlepiej byłoby nam teraz dotrzeć do asfaltu. Jest równy, wszystko na nim lepiej widać i jest ta znajoma szczelina. Tylko coś mi się nie podobają te pagóreczki. Jeśli iść prosto do jezdni, trzeba przejść między nimi. Niby tak sobie stoją, jakby z uśmiechem, czekają. Nie, między wami nie pójdę. Drugie przykazanie stalkera: albo z prawa, albo z lewa należy mieć teren czysty na sto kroków. Ale przez lewy pagórek można by się przeprawić… Tylko że nie wiadomo, co za nim. Na mapie niby niczego nie widziałem, ale jak wierzyć tutaj mapom?…

– Słuchaj, Red – szepcze Kirył. – Skoczymy, co? Dwadzieścia metrów w górę, potem od razu w dół i jesteśmy przy garażu.

– Milcz, durniu – warczę. – Nie przeszkadzaj.

Do góry by chciał. Jak go coś rąbnie na tych dwudziestu metrach, nie będzie co zbierać. A jeśli się gdzieś wpieprzy w „krwawe pole”, nie tylko kości, ale nawet mokrej plamy nie znajdziesz. Jak to się niecierpliwi, skubaniec: skoczymy… Trzeba tak – dotrzeć do wzgórka, a potem się zobaczy. Włożyłem rękę do kieszeni, wyjąłem garść muterek. Pokazałem je Kiryłowi i mówię:

– Bajkę o Tomciu Paluchu pamiętasz? Przerabiałeś w szkole? No to teraz będzie na odwrót. Patrz! – Rzuciłem pierwszą nakrętkę. Niedaleko rzuciłem, tak jak trzeba, z dziesięć metrów. Metalowa bryłka poleciała normalnie. – Widziałeś?

– No i co?

– Nie „no i co”, tylko czy widziałeś, pytam.

– Widziałem.

– Teraz powolutku podleć do tej muterki, ale zatrzymaj się dwa metry przed nią. Rozumiesz?

– Pewnie, że rozumiem. Szukasz stref grawikoncentracji?

– Czego szukam, to szukam. Poczekaj, rzucę jeszcze jedną. Patrz, gdzie upadnie, i potem nie spuszczaj z niej oka.

Rzuciłem. Też poszła normalnie i upadła obok pierwszej.

– Jedź – mówię.

„Kalosz” ruszył. Twarz Kiryła zrobiła się całkiem spokojna i stało się jasne, że wszystko zrozumiał. Oni wszyscy są tacy sami, ci jajogłowi. Najważniejsze to wymyślić nazwę. Dopóki taki nie wymyśli odpowiedniego określenia, żal na niego patrzeć, wygląda jak jakiś idiota. Ale skoro wymyślił te strefy grawikoncentracji, zaraz wszystko pojął i od razu mu łatwiej żyć.

Minęliśmy pierwszą nakrętkę, potem następną i następną. Tender wzdycha, przestępuje z nogi na nogę, ziewa z nerwów, z takim psim popiskiwaniem – zmordował się, biedaczek. Nic mu nie będzie. Zrzuci dzisiaj z pięć kilo, taka wycieczka jest lepsza od dowolnej diety… Rzuciłem czwartą nakrętkę. Jakoś nie tak poleciała. Nie potrafię powiedzieć, o co chodzi, ale czuję, że nie tak, i od razu chwytam Kiryła za rękę.

– Stój, ani się rusz.

Biorę nakrętkę i rzucam dalej, wyższym łukiem. Jest! „Krwawe pole”! Mutra w górę poleciała normalnie, ale w połowie drogi zupełnie jakby ktoś ją odbił w bok tak mocno, że wbiła się w glinę i znikła.

– Widziałeś? – pytam szeptem.

– Jak do tej pory tylko w kinie – odpowiada Kirył i pochyla się do przodu tak daleko, że tylko patrzeć, a wyleci z „kalosza”. – Rzuć jeszcze jedną.

Śmiać się czy płakać? Jedną! Tutaj się na jeszcze jednej nie skończy. Ech, ta nauka! Rzuciłem jeszcze osiem nakrętek, zanim określiłem rozmiary „pola”. Wprawdzie wystarczyłoby i siedem, ale jedną cisnąłem specjalnie dla Kiryła, w sam środek, żeby nacieszył się swoją grawikoncentracją. Klepnęła w glinę, zupełnie jakby to nie była zwykła nakrętka, ale stukilowy ciężar. Huknęła i została tylko dziurka w glinie. Kirył chrząknął z zadowolenia.

– No dobrze – mówię. – Pobalowaliśmy i wystarczy. Tam patrz. Rzucam przejściową, obserwuj ją cały czas.

Ominęliśmy „krwawe pole” i wjechaliśmy na wzgórek. Mały był, jakby kot narobił, w ogóle go aż do dzisiaj nie zauważyłem. Zawiśliśmy nad pagórkiem, do asfaltu mamy ledwie ze dwadzieścia metrów. Miejsce czyściutkie, widać każde źdźbło trawy, każdą szczelinkę. Zdawałoby się, że wystarczy rzucić nakrętkę i – z Bogiem.

Ale nie mogę rzucić.

Nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje, ale nie mogę się zdecydować.

– Tobie co? – pyta Kirył. – Dlaczego stoimy?

– Poczekaj. Nie odzywaj się teraz, człowieku!

Myślę sobie, że teraz rzucę muterkę, spokojnie przejdziemy, jak po maśle, nawet się trawka nie zachwieje – asfalt o pół minuty… I nagle jak mnie dopadło! Aż mi pot oczy zalał i wiem już, że nakrętki tam nie rzucę. W lewo – proszę bardzo, choćby i dwie. I droga tamtędy dłuższa, i kamyczki jakieś widzę niezbyt przyjemne, ale tam rzucić mogę, a prosto za żadne skarby. Rzuciłem więc nakrętkę w lewo. Kirył nic nie powiedział, skręcił „kaloszem”, podleciał do nakrętki i dopiero na mnie spojrzał. Musiałem wyglądać bardzo nieszczególnie, bo natychmiast odwrócił wzrok.

– Nic się nie dzieje – mówię. – Tak będzie bliżej.

I rzuciłem ostatnią nakrętkę na asfalt.

Dalej poszło już łatwiej. Znalazłem moją szczelinę, okazała się na szczęście czysta, nie zarosła żadnym draństwem, nie zmieniła koloru. Patrzyłem na nią i radowałem się w duchu. Poprowadziła nas pod same drzwi garażu lepiej od wszystkich tyczek.

Kazałem Kiryłowi zniżyć się na półtora metra, położyłem się na podłodze pojazdu i zacząłem obserwować otwarte skrzydła. Z początku nic nie mogłem dostrzec przez rażące słońce – czarno zupełnie. Potem oczy przywykły i widzę, że w środku nic się od ostatniego razu nie zmieniło. Wywrotka jak stała na kanale, tak stoi, caluteńka, bez uszkodzeń, bez plam, a na posadzce dookoła wszystko jak przedtem, pewnie dlatego, że w kanale zebrało się niewiele „upiornej flegmy”, więc nie wykipiała ani razu. Jedno mi się tylko nie spodobało: w głębi garażu, gdzie stoją kanistry, coś się srebrzyło. Przedtem tego nie było. Na pewno! No cóż, srebrzy się, to się srebrzy, przecież się przez to nie wycofamy! I nie srebrzy się jakoś szczególnie, ale odrobinę, ledwie-ledwie i tak spokojnie, nawet jakby łagodnie… Wstałem, otrzepałem się i rozejrzałem dookoła. Na placyku ciężarówki, rzeczywiście jak nowe, a od czasu, kiedy byłem tu ostatnio, zdają się jakby jeszcze nowsze. Z kolei cysterna całkowicie przerdzewiała, niedługo się rozsypie. A tutaj leży opona, ta sama co na mapie…

Nie spodobała mi się ta opona. Cień rzucała jakiś dziwny. Słońce mamy w plecy, a tutaj cień pada w drugą stronę. Ale to nic, daleko stąd do niej. Tak w ogóle, można spokojnie zacząć pracę. Tylko co tam się tak srebrzy? Nie daje spokoju… A może to tylko mi się przywidziało? Dobrze by było teraz zapalić, przysiąść spokojnie i pomyśleć – dlaczego nad kanistrami tak się srebrzy, a dalej już nie, dlaczego opona rzuca taki dziwny cień? Ścierwojad Barbridge opowiadał coś o cieniach, coś dziwacznego, ale nie wiązało się to z niebezpieczeństwem. Z cieniami tak tu bywa. Ale co tam się tak srebrzy? Zupełnie jak pajęczyna w lesie rozpięta między drzewami. Jaki też pajączek ją uplótł? Nigdy jeszcze nie spotkałem w Strefie żuczków ani pajączków. A najgorsze, że mój „pustak” leży właśnie tam, o dwa kroki od kanistrów. Trzeba było wtedy go zgarnąć, nie miałbym teraz problemu. Ale to cholerstwo strasznie ciężkie, podnieść bym i podniósł, ale żeby taszczyć na własnych plecach, w dodatku nocą na czworakach… Kto nigdy nie nosił „pustaków”, niech sobie spróbuje: to tak jakby całą wannę wody targać… Iść czy nie iść? Trzeba by pójść. Teraz by sobie golnąć… Odwróciłem się i mówię do Tendera:

– Pójdziemy z Kiryłem do garażu. Zostaniesz tutaj jako kierowca. Nic nie rób bez mojego rozkazu, choćby się paliło i waliło. Jeśli zawiedziesz, znajdę cię nawet na tamtym świecie.

Pokiwał poważnie głową, jakby chciał powiedzieć: nie zawiodę. Nos mu się zrobił jak gruszka, zdrowo go rąbnąłem… Spuściłem awaryjne liny z blokami, popatrzyłem jeszcze raz na to srebrzenie, machnąłem Kiryłowi i zacząłem schodzić. Stanąłem na asfalcie i czekam, aż Kirył zejdzie.

– Nie śpiesz się – mówię. – Spokojnie. Bez nerwów.

Stoimy więc na asfalcie, „kalosz” kołysze się obok, liny wiją się pod nogami. Tender wystawił łeb przez poręcz i patrzy na nas, a w oczach ma przerażenie. Trzeba ruszać.

– Idź za mną dokładnie po moich śladach – mówię. – Dwa kroki z tyłu, patrz na moje plecy i bądź czujny.

Poszedłem. Zatrzymałem się w progu, rozejrzałem uważnie. Jednakowoż to zupełnie co innego pracować w dzień, a nie w nocy! Pamiętam, jak leżałem na tym samym progu. Ciemno jak w tyłku u Murzyna, „upiorna flegma” wystawia języki z kanału, ale co najgorsze, niczego cholera nie oświetla, przez te niebieskie spirytusowe języki ciemności są jeszcze głębsze. A teraz – proszę. Oczy przywykły do półmroku, wszystko widać jak na dłoni, nawet w najdalszych kątach. I rzeczywiście, srebrzy się tam coś, jakieś nitki ciągną się od kanistrów ku sufitowi, na podobieństwo pajęczyny. Może to i zwykła pajęczyna, ale lepiej trzymać się z daleka.

I wtedy wszystko spieprzyłem. Powinienem poczekać, aż oczy Kiryła także przyzwyczają się do półmroku, a potem pokazać mu pajęczynę. Ale przywykłem pracować sam, więc nawet o tym nie pomyślałem.

Wszedłem do środka i skierowałem się prosto do kanistrów. Przykucnąłem nad „pustakiem”, do niego pajęczyna się nie przyczepiła. Ująłem jeden koniec i mówię do Kiryła:

– Bierz, tylko nie upuść, bo ciężki.

Podnoszę wzrok i ściska mnie w gardle tak, że słowa nie mogę wydobyć. Chcę zawołać: „Stój, nie rusz się!” – ale nie mogę. I tak bym nie zdążył, zbyt szybko się stało. Kirył przeszedł nad „pustakiem”, odwrócił się tyłem do kanistrów i wpakował się w to srebrzenie. A ja tylko oczy zamknąłem w odrętwieniu. I słyszę, jak ta pajęczyna się rozdziera z takim cichym trzaskiem, zupełnie jak prawdziwa, ale głośniej. Siedzę z zamkniętymi oczami, rąk i nóg nie czuję, a Kirył mówi:

– Co jest? Bierzemy?

– Jasne…

Podnieśliśmy „pustak” i skierowaliśmy się do wyjścia, idąc bokiem. Ciężkie cholerstwo, nawet we dwóch trudno nieść. Wyszliśmy na słoneczko, stanęliśmy przy „kaloszu”, a Tender łapy już wyciąga.

– No – mówi Kirył – raz, dwa…

– Nie – oponuję. – Poczekaj, najpierw to połóżmy.

Wykonał polecenie.

– Odwróć się – mówię.

Stanął do mnie plecami. Patrzę uważnie, ale niczego na kombinezonie nie widzę. Ze wszystkich stron go obejrzałem – nic. Odwracam się więc i patrzę na kanistry. A tam już pusto.

– Słuchaj – mówię do Kiryła, nie spuszczając wzroku z garażu. – Widziałeś pajęczynę?

– Jaką pajęczynę? Gdzie?

– Dobra. – Macham ręką. – Dzięki Bogu. – A myślę: Zobaczymy, co z tego będzie. – W takim razie bierz.

Wtargaliśmy „pustak” do „kalosza” i postawiliśmy na sztorc, żeby się nie turlał. Stoi sobie, gołąbeczek, nowiuśki, czyściutki, słońce odbija się w miedzi, a niebieski ładunek między dyskami przelewa się niby strużki mgły. I widać teraz, że to nie „pustak”, lecz coś w rodzaju naczynia, jakby szklana bańka z niebieskim syropem. Popatrzyliśmy sobie na to, wdrapaliśmy się do „kalosza” i bez zbędnych słów ruszyliśmy z powrotem.

Labę mają ci uczeni. Po pierwsze, w dzień sobie pracują, a po drugie, tylko w jedną stronę muszą się męczyć podczas wypraw do Strefy, w drugą „kalosz” sam ich wiezie. Ma zamontowane takie urządzenie, kursograf, które prowadzi go dokładnie po tej samej drodze. Płyniemy sobie, powtarzając wszystkie manewry, zatrzymujemy się, powisimy trochę i dalej. Nad nakrętkami przechodzimy dokładnie, że tylko je zbierać.

Moje żółtodzioby od razu odetchnęły z ulgą. Głowami kręcą, strach ich prawie całkiem odszedł, zostały tylko ciekawość i radość, że wszystko się dobrze skończyło. Zaczynają gadać. Tender macha łapami i pitoli, jak to zaraz po obiedzie wraca do Strefy, by oznaczać drogę do garażu, a Kirył zaczął mi tłumaczyć, co to jest ta grawikoncentracja, czyli „krwawe pole”. Nie zgasiłem ich z miejsca i brutalnie. Spokojniutko opowiedziałem tylko, ilu durniów życie kosztowała taka radość podczas powrotu.

– Milczcie – mówię – i rozglądajcie się uważnie, bo inaczej zdarzy się wam to samo co Lyndonowi Pokurczowi. W Strefie można sto razy przejść tą samą drogą, a za sto pierwszym kopnąć w kalendarz.

Płyniemy więc w ciszy. Rozmyślam, jak będę odkręcał piersiówkę. Tak i owak wyobrażam sobie ten pierwszy łyk, ale przed oczami wciąż mam tę przeklętą pajęczynę.

Gdy tylko opuściliśmy „Strefę”, od razu nas zagnali do „odwszalni”, czyli mówiąc naukowo, do hangaru sanitarnego. Myli nas tam w trzech kwasach, w trzech zasadach, napromieniowywali jakimś syfem, czymś obsypali i znów myli, wreszcie wypuścili ze słowami „Chłopaki, jesteście wolni”. Tender z Kiryłem powlekli „pustak”. Tylu ludzi zbiegło się popatrzeć, że przejść się nie dało. I, co charakterystyczne, wszyscy patrzą i witają, ale żeby kto pomógł, to już nie.

Dobrze. Mnie już to wszystko nie obchodzi. W tej chwili już nic mnie nie obchodzi…

Zdjąłem skafander, rzuciłem na podłogę – niech sierżanci nieroby sprzątną. Poszedłem pod prysznic, żeby zmyć pot. Zamknąłem się w kabinie, wyciągnąłem piersiówkę i przyssałem się do niej jak kleszcz. Siedzę na ławeczce, w kolanach miękko, w głowie pusto, w duszy pusto, piję tę gołdę jak wodę. Przeżyłem, Strefa mnie wypuściła. Wypuściła, małpa jedna. Wiedźma kochana. Cholera podła. Przeżyłem. Żółtodzioby za diabła tego nie zrozumieją. Nikt nie zrozumie oprócz stalkera. Łzy ciekną mi po policzkach – albo od mocy gorzały, albo sam już nie wiem od czego. Wyssałem zawartość do końca. Ja wciąż mokry, a flaszeczka sucha. Zabrakło tego jednego, ostatniego łyka. To nic, to się naprawi. Teraz wszystko się naprawi. Przeżyłem.

Zapaliłem papierosa, siedzę. Zaczynam się uspokajać. Przypomniałem sobie o premii. W naszym instytucie świetnie to zorganizowano. Choćby zaraz mogę iść po kopertę. A może sami przyniosą mi prosto do łazienki?

Powoli się rozbieram. Zdjąłem zegarek i dopiero spojrzałem na godzinę. Boże mój! Pięć godzin z minutami byliśmy w Strefie! Pięć godzin! Aż mną potrząsnęło. W Strefie nie istnieje czas. Pięć godzin… Ale, z drugiej strony, cóż to dla stalkera pięć godzin? Tyle co splunąć. A nie łaska dwanaście? A może dwie doby? Jeśli się nocą nie zdąży, cały dzień trzeba w Strefie leżeć z mordą przy ziemi i już się człowiek nawet nie modli, tylko zaczyna bredzić, i nie wie sam, czy żyje jeszcze, czy też może umarł… Następnej nocy wykona się robotę, wraca z ładunkiem, a tam patrole. Te psy nienawidzą stalkera, wcale nie chcą go aresztować, boją się, że może być zarażony. Chcą ofiarę rozwalić i mają po temu wszelkie atuty. Kto im potem udowodni, że kropnęli człowieka bez powodu, wbrew prawu? I znowu trzeba leżeć z mordą w ziemi, modlić się aż do świtu, a potem do zmierzchu. Ładunek spoczywa obok i nie wiadomo, czy nie ma w nim czegoś, co powoli zabija. Albo można się wpieprzyć jak Guzowaty Icchak – świt go zastał na otwartym terenie, Icchak zgubił drogę i utkwił między dwoma kanałami. Ani w prawo, ani w lewo się ruszyć. Dwie godziny do niego strzelali, nie zdołali dopaść. Dwie godziny udawał martwego. Na szczęście wreszcie im się znudziło, uznali, że faktycznie nie żyje, i odjechali. Widziałem go potem i nie poznałem – jakby człowieka nie było, złamali go…

Otarłem łzy i puściłem wodę. Myłem się długo. W gorącej wodzie, w zimnej, znów w gorącej. Zużyłem całą kostkę mydła. Wreszcie miałem dość. Zakręciłem kurek i słyszę – ktoś bębni w drzwi. A potem głos Kiryła:

– Ej, stalker, wyłaź! Zielonymi tutaj pachnie!

Jak zielonymi, to dobrze. Otworzyłem. Stoi Kirył w samych majtkach, wesolutki, bez śladu niedawnego przygnębienia i wręcza mi kopertę.

– Trzymaj. Od wdzięcznej ludzkości.

– Sram na twoją ludzkość! Ile tu jest?

– W drodze wyjątku, za bohaterską postawę w niebezpiecznych okolicznościach, dwie pensje!

No, tak można żyć. Gdyby mi za każdy „pustak” tyle dawali, dawno bym posłał Ernesta do diabła.

– Zadowolony? – pyta Kirył, a sam aż promieniuje blaskiem, gębę ma od ucha do ucha.

– Niczego sobie. A ty?

Nie odpowiedział. Chwycił mnie za szyję, przycisnął moją głowę do spoconej piersi, odepchnął i zniknął w swojej kabinie.

– Hej! – krzyczę jeszcze za nim. – A co z Tenderem? Gaci mu nie trzeba wyprać?

– Coś ty! Tendera dopadli dziennikarze, musiałbyś go teraz zobaczyć, jaki ważny… I jak im wszystko kompetentnie i koherentnie objaśnia…

– Jak niby objaśnia?

– Kompetentnie i koherentnie.

– Dobrze, sir – mówię. – Następnym razem koniecznie zaopatrzę się w słownik. – I w tej chwili coś mnie tknęło. – Poczekaj, Kirył. Wyjdź no na moment.

– Już gatki zdjąłem.

– Wyłaź, nie zmacam cię przecież!

Wyszedł. Ująłem go za ramiona, odwróciłem tyłem do siebie. Nie, zdawało mi się. Skóra czyściutka, to tylko zaschnięte strużki potu.

– Co ci się tak spodobały moje plecy? – pyta.

Wypłaciłem mu kopniaka w goły tyłek, zanurkowałem do swojej kabiny i zamknąłem się. Nerwy, niech to cholera weźmie. Tam miałem zwidy, tutaj mam zwidy… Do diabła z tym! Skuję się dzisiaj do nieprzytomności. Dobrze by było obedrzeć z forsy Richarda… Ale gdzie tam, skubany za dobrze gra… W ogóle go podejść nie idzie. Próbowałem oszukiwać, karty znaczyłem pod stołem i nic…

– Kirył! – krzyczę. – Przyjdziesz dzisiaj do Bordgish?

– Nie do Bordgish, tylko do Barszczu, ile razy mam ci tłumaczyć…

– Weź nie dziwacz! Napisane jest Bordgish. Ty nam ze swoimi porządkami językowymi nie wyjeżdżaj! Przyjdziesz czy nie? Trzeba by dołożyć w karty Richardowi.

– Sam nie wiem, Red. Ty poczciwy człowiek jesteś, nie masz pojęcia, jaką sztukę dzisiaj przytaszczyliśmy…

– A ty masz?

– Też na pewno nie do końca. Ale teraz przynajmniej wiadomo, do czego służyły „pustaki”, a jeśli moja maleńka idea okaże się słuszna… Napiszę artykuł i zadedykuję tobie, Redrickowi Schuhartowi, znakomitemu stalkerowi, z szacunkiem i wdzięcznością.

– To mnie wtedy zapudłują minimum na dwa latka – mówię.

– Za to wejdziesz do historii nauki. I tak będą ten przedmiot nazywać „puszka Schuharta”. Ładnie brzmi?

Podczas tej paplaniny ubrałem się, schowałem pustą piersiówkę do kieszeni i przeliczyłem banknoty.

– Trzymaj się, ty skomplikowana duszo…

Nie odpowiedział, pewnie nie usłyszał przez szum wody.

Wyszedłem z łazienek, patrzę, a w korytarzu szanowny pan Tender we własnej osobie, poczerwieniały i nadęty jak indor. Wkoło niego tłumek – i pracownicy, i dziennikarze, i jacyś sierżanci (pewnie prosto z obiadu, bo w zębach jeszcze dłubią). Niezłomny bohater zaś głosi wiekopomne słowa: „Technika, którą dysponujemy, daje nam stuprocentową pewność sukcesu i bezpieczeństwa”…

Kiedy mnie zobaczył, z miejsca nieco oklapł, uśmiechnął się z przymusem, przywołał gestem. No, myślę, trzeba spieprzać. Wziąłem nogi za pas, ale nie zdążyłem, usłyszałem za sobą tupot.

– Panie Schuhart! Panie Schuhart! Prosimy o dwa słowa na temat garażu!

– Bez komentarzy – odpowiadam i zaczynam biec. Ale sam diabeł by się od nich nie odgonił: jeden z mikrofonem z prawej, drugi z kamerą z lewej.

– Widział pan w garażu coś niezwykłego? Dosłownie dwa słowa poprosimy!

– Nie udzielam komentarzy! – Staram się trzymać tyłem do obiektywu. – Garaż jak garaż…

– Dziękujemy. A jakie jest pana zdanie o turboplatformach?

– Są przewspaniałe. – Kieruję się prościutko do kibelka.

– A co pan myśli o powodach Wizyty?

– Proszę pytać naukowców – odpowiadam i wpadam za drzwi.

Słyszę, że się czają na zewnątrz, więc wołam:

– Naprawdę bym radził popytać pana Tendera, dlaczego ma taki spuchnięty nos. On milczy, bo jest skromny, a to była nasza najbardziej ekscytująca przygoda.

Jak podrałowali korytarzem! Niby jakieś narwane źrebaki. Poczekałem chwilę, nasłuchując. Cisza. Wyjrzałem. Pusto. Ruszyłem dalej, pogwizdując. Zszedłem do wartowni, pokazałem drągalowi przepustkę, a ten mi salutuje. Bohaterem dnia się stałem.

– Spocznijcie, sierżancie – mówię. – Jestem zadowolony z waszej postawy.

Wyszczerzył zębiska, jakbym mu powiedział nie wiadomo jaki komplement.

– Zuch z ciebie, Rudy – odzywa się. – Jestem dumny z takiej znajomości.

– A co? Będziesz miał co opowiadać dziewczynom w swojej Szwecji?

– Jeszcze pytasz! Z majtek będą na mój widok wyskakiwać.

W sumie całkiem fajny z niego chłop. Ja wprawdzie takich rosłych i rumianych nie lubię, ale dziewuchy lubią bardzo. A przecież rzecz nie we wzroście… Idę sobie ulicą i rozmyślam, o co w tym chodzi. Słoneczko świeci, ludzi nie ma. I nagle zachciało mi się natychmiast zobaczyć Gutę. Tak po prostu. Popatrzeć na nią, potrzymać za rękę. Po wyjściu ze Strefy tylko jedno człowiekowi zostaje – potrzymać dziewczynę za rękę. Szczególnie jeśli przypomnieć sobie te opowieści o dzieciach stalkerów… Ale co mi tam teraz Guta, powinienem raczej wypić przynajmniej flaszkę czegoś mocniejszego.

Doszedłem do parkingu, a tam kordon. Stoją dwie maszyny patrolowe w całej okazałości, szerokie, żółte, z reflektorami i karabinami maszynowymi. No i oczywiście obok błękitne kaski. Całą ulicę zastawili, nie ma jak przejść. Ale idę ze spuszczonym wzrokiem – lepiej żebym teraz na nich nie patrzył, w dzień w ogóle na nich lepiej nie patrzeć. Są tam dwie lub trzy takie mordy, że jeśli je rozpoznam, skończy się awanturą. Mają kupę szczęścia, że mnie Kirył ściągnął do instytutu, bo tych skurwieli bym znalazł i zarżnął bez mrugnięcia…

Przechodzę przez kordon nieco bokiem, wystawiając naprzód ramię, już prawie się udało, ale nagle słyszę: „Hej, stalker!”. Udaję, że mnie to nie dotyczy, idę dalej, wyjmuję z paczki papierosa. Ktoś mnie dogania, chwyta za rękę. Strząsam obcą dłoń i pytam uprzejmie, odwracając się lekko:

– Dlaczego się pan mnie czepia?

– Czekaj, stalker. Dwa pytania.

Podniosłem wzrok. Kapitan Quotterblood. Stary znajomy. Jakoś wysechł mocno i jakby zżółkł.

– O, wszystkiego najlepszego, kapitanie. Jak pańska wątroba?

– Ty mnie nie próbuj zagadywać, stalker – mówi dobitnie i przewierca mnie wzrokiem. – Powiedz lepiej, dlaczego się nie zatrzymujesz, kiedy cię wołają?

Od razu zjawiły się dwa błękitne kaski, stanęły za jego plecami – łapy na kaburach, oczu nie widać, tylko ciemne szczeliny pod okapami. Skąd w tej Kanadzie takich biorą? Na rozpłód ich do nas przysłali, czy co?… W dzień nie boję się patroli, ale gnoje zawsze mogą zrobić przeszukanie, a teraz mi to niepotrzebne do niczego.

– Wołał mnie pan, kapitanie? – dziwię się. – Chodziło o jakiegoś stalkera…

– A ty już nie jesteś stalkerem?

– Odkąd z pańskiej łaski odsiedziałem swoje, rzuciłem ten fach. Całkowicie. Dziękuję, kapitanie, że mi pan wtedy oczy otworzył. Gdyby nie pan…

– Co robiłeś w przedstrefie?

– Jak to co? Pracuję tam już od dwóch lat.

I żeby zakończyć tę nieprzyjemną rozmowę, wyjmuję identyfikator. Quotterblood wziął, obejrzał uważnie, sprawdził każdy znaczek, obwąchał, myślałem, że jeszcze obliże. Zwraca mi dokument, zadowolony, z roześmianymi oczami, zarumienił się nawet.

– Wybacz, Schuhart. Nie spodziewałem się. A zatem moje rady nie poszły na marne. No to pięknie. Możesz wierzyć lub nie, ale już wtedy przypuszczałem, że jeszcze wyjdziesz na ludzi. Nie chciało mi się w głowie pomieścić, żeby taki chłopak…

I się, cholera, rozkręcił. Pomyślałem, że na moje nieszczęście jeszcze jednego melancholika udało mi się wyleczyć. Słucham go i słucham, oczka spuszczam niby wstydliwie, potakuję, rozkładam ręce i nawet nóżką lekko wiercę po płycie chodnika. Żołdacy za jego plecami posłuchali trochę, ale ich chyba zemdliło, bo odeszli do weselszego towarzystwa. A kapitan opowiada mi o perspektywach: nauka to światło, a jej brak to ciemność nieprzejrzana. Bóg uczciwą pracę kocha i ceni. Ogólnie chrzani ten oficer zupełnie jak kapelan, który nam przytruwał w więzieniu w każdą niedzielę. A mnie się chce wypić, że wytrzymać nie mogę. Nic to, Red, myślę, braciszku, to też musisz przetrzymać. Cierpliwości, chłopie! Ten pacan nie da rady utrzymać takiego tempa, już się zadyszał… Na szczęście jeden z samochodów włączył sygnał. Kapitan obejrzał się, warknął coś ze złością i podał mi rękę.

– Cóż – powiada – miło było poznać uczciwego człowieka, panie Schuhart. Z przyjemnością wychyliłbym z tobą szklaneczkę z tej okazji. Wprawdzie ostrego alkoholu pić mi nie wolno, lekarze zabraniają, ale piwka chętnie. Jednak widzisz – służba! Na pewno się jeszcze spotkamy.

Nie daj Panie Boże, myślę. Ale rączkę mu ściskam i czerwienię się, i grzebię nóżką, wszystko, żeby był zadowolony. Wreszcie sobie polazł, a ja pognałem jak strzała do Bordgish.

O tej porze lokal zazwyczaj jest pusty. Ernest stoi za barem, wyciera pokale i ogląda je pod światło. Zadziwiająca sprawa, że kiedykolwiek by człowiek wszedł do knajpy, barmani zawsze wycierają szkło, zupełnie jakby od tej czynności zależało zbawienie ich duszy. I może taki to robić przez cały dzień – weźmie kieliszek, zmruży oczy, popatrzy pod światło, pochucha na szkło i zaczyna trzeć. Potrze, potrze, znów obejrzy, teraz od strony dna, i znowu trze…

– Cześć, Ernie! – witam się. – Nie szoruj tak, bo dziurę zrobisz!

Popatrzył na mnie przez pokal, coś wyburczał, jakby był brzuchomówcą, i bez zbędnego gadania nalał mi gorzały na cztery palce. Wgramoliłem się na stołek, łyknąłem, przymknąłem oczy, potrząsnąłem głową i znów łyknąłem. Chłodnia pomrukuje, z szafy grającej dochodzi jakieś zawodzenie, Ernest chucha na następne szkło. Dobrze tutaj, spokojnie… Dopiłem wódę, postawiłem szklankę na kontuar, a Ernest natychmiast nalewa następną dawkę czystej.

– Lepiej już? – burczy. – Odpuściło ci, stalkerze?

– O siebie się martw i lepiej trzyj. Wiesz, jeden taki też tarł i tarł, aż wreszcie przywołał złego ducha. Żył sobie potem w szczęściu i dostatku.

– Kto to był? – pyta Ernie z niedowierzaniem.

– A barman taki tutaj, jeszcze przed tobą.

– No i co?

– No i nic. Myślisz, że po co była Wizyta? On tarł, tarł… i stało się. Kto nas odwiedził twoim zdaniem?

– A niech cię – mówi Ernie z szacunkiem.

Wyszedł na zaplecze i wrócił z talerzem. Grillowane kiełbaski. Postawił talerz przede mną, podsunął keczup i znów chwycił za szkło. Ernest zna swój fach. Oko ma sokole, od razu widzi, że stalker wraca ze Strefy, że będzie towar. Wie też Ernie, czego stalkerowi potrzeba po powrocie. Swój człowiek ten Ernie. Dobrodziej nasz.

Zjadłem kiełbaski, zapaliłem i zacząłem obliczać, ile też Ernest zarabia na naszej braci. Nie wiem, ile płacą za towar w Europie, ale obiło mi się o uszy, że taki „pustaczek” idzie za jakieś dwa i pół tysiąca. Ernie nie płaci nam nawet czterech setek. „Bateryjki” stoją nie mniej niż sto, a my przy dobrych wiatrach dostajemy dwie dychy. I wszystko mniej więcej tak samo wygląda. Oczywiście przetransportowanie towaru do Europy swoje kosztuje. Temu w łapę, tamtemu w łapę, utrzymują bez wątpienia szefów logistyki… Jeśli dobrze zliczyć, Ernest wcale tak dużo kasy nie da rady wyczesać – z piętnaście, dwadzieścia procent, nie więcej, a gdyby wpadł, dostanie z dziesięć lat jak nic…

W tej chwili moje rozmyślania przerywa jakiś uprzejmy typek. Nie zauważyłem nawet, jak wszedł. Pojawia się przy moim prawym łokciu i pyta:

– Można?

– Nie ma sprawy – mówię. – Proszę bardzo.

Maleńki jakiś ten facet, chudziutki, z ostrym nosem i muszką zamiast krawata. Gdzieś go już widziałem, ale nie pamiętam zupełnie gdzie. Wlazł na stołek obok i mówi do Ernesta:

– Bourbona poproszę! – I od razu do mnie: – Proszę wybaczyć, ale zdaje się, że pana znam. Pracuje pan w Międzynarodowym Instytucie Obcych Cywilizacji?

– Zgadza się. A pan?

Zręcznie wydobył z kieszonki wizytówkę, położył przede mną. „Alois Makno, agent pełnomocny Biura Emigracyjnego”. No pewnie, że go znam. Namawia ludzi, żeby wyjechali z miasta. Ktoś bardzo by chciał, żeby Harmont opustoszało. I tak została ledwie połowa dawnej populacji, a oni pragną całe miasto oczyścić. Odsunąłem kartonik.

– Nie, dziękuję. Nie interesuje mnie to. Marzę o tym, rozumie pan, żeby złożyć kości w ojczystej ziemi.

– Dlaczego? – pyta z ożywieniem. – Proszę wybaczyć ciekawość, ale co pana tutaj trzyma?

Zaraz mu powiem co!

– Wiele rzeczy! Słodkie wspomnienia z dzieciństwa. Pierwszy pocałunek w miejskim ogrodzie. Mamusia i tatuś. To, jak pierwszy raz wdałem się pijaniutki w bójkę w tym właśnie barze. Miły sercu posterunek policji… – Wyjąłem z kieszeni zasmarkaną chusteczkę, przyłożyłem ją do oczu. – Nie, za żadne skarby!

Koleś pośmiał się, spróbował swojego bourbona i mówi w zadumie:

– Nie potrafię was zrozumieć, mieszkańcy Harmont. Ciężko się tutaj żyje. Władzę sprawują organizacje militarne. Zaopatrzenie kiepskie. Strefa pod samym nosem, żyjecie jak na wulkanie. W każdej chwili może się rozpocząć jakaś epidemia, albo i coś gorszego… Rozumiem starców – im trudno ruszyć się ze znajomego miejsca. Ale tacy jak pan… Ile pan ma lat? Dwadzieścia dwa, może trzy, nie więcej… Proszę zrozumieć, nasze biuro to organizacja charytatywna, działalność nie przynosi korzyści. Ludzie powinni opuścić to przeklęte miejsce i zacząć normalnie żyć. Przecież dajemy na początek wsparcie finansowe, zatrudnienie w nowym miejscu… a młodym ludziom, takim jak pan, możliwość nauki… Nie, zupełnie nie rozumiem.

– A co? – pytam. – Nikt nie chce wyjeżdżać?

– Nie to, żeby zupełnie nikt. Niektórzy się zgadzają, szczególnie całe rodziny. Ale młodzież i starzy… Po co wam to miasto? Toż to dziura straszliwa, zapyziała prowincja…

Wtedy zdradziłem mu wielką tajemnicę.

– Panie Makno, wszystko się zgadza oprócz kasy, jak to mówią. Nasze miasteczko to rzeczywiście dziura. Tylko że teraz to jest dziura prowadząca do przyszłości. Przez tę dziurę takie rzeczy wpompujemy do waszego parszywego świata, że wszystko się zmieni. Życie stanie się inne, normalne, każdy będzie miał to, czego potrzebuje. Taka to dziura. Przez tę dziurę rozwija się nauka. A kiedy zyskamy odpowiednią wiedzę, wszyscy staną się bogaci. I do gwiazd polecimy, i dotrzemy, gdzie nam się zamarzy. Taka właśnie to dziura…

Przerwałem, bo dostrzegłem, że Ernest patrzy na mnie z ogromnym zdumieniem, i zrobiło mi się głupio. Nie lubię powtarzać cudzych słów, nawet jeśli się z nimi zgadzam. Tym bardziej że mnie to zawsze jakoś nie tak wychodzi. Kiedy mówi Kirył, można się zasłuchać z otwartą gębą. A ja niby to samo wyłuszczam, ale jakoś dziwnie brzmi. Może dlatego, że Kirył nigdy nie podsuwał towaru Ernestowi…

A kochany Ernie zorientował się i szybciutko nalał mi od razu na sześć palców, jakby się martwił, że coś mi się dzisiaj stało. Ostronosy pan Makno znów wysączył odrobinę bourbona i mówi:

– Tak, oczywiście… Wieczne akumulatory, „niebieskie panaceum”… Ale czy naprawdę wierzy pan w to, co powiedział?

– Nie pańska sprawa, w co naprawdę wierzę – odpowiadam. – Mówiłem o mieście. A od siebie powiem tak: co mam niby wspaniałego zobaczyć w tej waszej Europie? Nudę waszą? W dzień harujesz, wieczorem gapisz się w telewizor, w nocy leziesz z paskudną babą do łóżka bachory płodzić. Te strajki, demonstracje, pieprzona polityka… W trumnie widzę waszą cuchnącą Europę.

– Ale czemu zaraz Europa? Są inne możliwości.

– E tam, wszędzie jest tak samo, a na Antarktydzie w dodatku zimno.

Co najdziwniejsze, wierzyłem z całej duszy w to, co mówię. I nasza Strefa, cholera zakichana, morderczyni, bardziej mi w tej chwili była bliska niż te ich Europy i Afryki. Pijany jeszcze nie byłem, ale na chwilę ogarnęła mnie wizja, jak to wracam zmordowany z pracy w tłumie takich samych kretynów, jak mnie dusi tłok w metrze, jak mi wszystko zbrzydło i nic mi się nie chce.

– A pan co powie? – Ostronosy zwraca się do Ernesta.

– Mam robotę – odpowiada dobitnie Ernie. – Nie jestem jakimś smarkaczem! Wszystkie pieniądze ulokowałem w tym interesie. Nieraz sam komendant do mnie zachodzi, prawdziwy generał, a nie jakaś kozia dupa. Po cholerę miałbym wyjeżdżać?

Makno zaczął coś tam mu wyjaśniać za pomocą liczb, ale już nie słuchałem. Chlapnąłem jak należy ze szklaneczki, wyjąłem z kieszeni drobne, zlazłem ze stołka i nastawiłem szafę grającą na cały regulator. Jest taka jedna piosenka Nie wracaj, jeśli nie masz pewności. Bardzo dobrze mi robi słuchanie jej po wizycie w Strefie. Automat grzmi i zawodzi, a ja biorę szklaneczkę i idę w kąt do „jednorękiego bandyty” uregulować stare porachunki. Czas zaczął mknąć jak wicher.

Przegrywam ostatnią monetę, a tu wkraczają w gościnne progi Richard Nounan z Szuwaksem. Szuwaks już prawie na rzęsach chodzi i patrzy tylko, komu by przyłożyć, a Richard troskliwie podtrzymuje go pod rękę i odwraca jego uwagę dowcipami. Świetna para! Szuwaks wielki, czarny jak oficerski bucior, kędzierzawy, ręce do kolan, a Dick maleńki, okrąglutki, różowiutki, zadowolony taki i życzliwy, że prawie emanuje własnym blaskiem.

– O! – woła Dick na mój widok. – Red jest tutaj! Chodź do nas, Red!

– Wła-właśnie! – ryczy Szuwaks. – W całym mieście jest tylko dwóch ludzi: Red i ja! Wszyscy pozostali to świnie, dzieci szatana! Red! Ty też szatanowi służysz, ale jednak człowiek z ciebie…

Podchodzę do nich ze swoją wódką, Szuwaks łapie mnie za ubranie, sadza przy stoliku i mówi:

– Siadaj, Rudy! Siadaj, sługo szatana! Lubię cię. Zapłaczmy razem nad grzechami ludzkości. Gorzko zapłaczmy!

– Zapłaczemy – potakuję. – A teraz łykniemy łez grzechu.

– Zaprawdę, nadchodzi ten dzień – zaczął wieszczyć Szuwaks. – Albowiem osiodłany został koń blady, a jeździec włożył już nogę w strzemię. I daremne są modlitwy zaprzedanych szatanowi. I ocaleni zostaną tylko ci, którzy wystąpili przeciwko niemu. Wy, dzieci człowiecze, szatanem opętane, szatańskimi świecidełkami omamione, szatańskich skarbów łaknące, powiadam wam: jesteście ślepe! Opamiętajcie się, kanalie, dopóki nie jest za późno! Podepczcie diabelskie błyskotki! – Nagle zamilkł, jakby zapomniał, co ma być dalej. – A dadzą mi tutaj coś do wypicia? – spytał zupełnie innym głosem. – Gdzie ja właściwie jestem?… Wiesz, Rudy, znów mnie wylali z roboty. Powiadają, żem agitator. A ja im tłumaczę: opamiętajcie się, ślepcy, ku przepaści pędzicie i innych ślepców za sobą ciągniecie! To się śmieją. Dałem kierownikowi po gębie i poszedłem. Wsadzą mnie teraz do mamra. A za co?

Wrócił Dick z butelką.

– Dzisiaj ja stawiam! – zawołałem do Ernesta.

Dick spojrzał na mnie bystro.

– Wszystko w porządku – mówię. – Premię będziemy przepijać.

– Chodziliście do Strefy? – pyta Dick. – Coś przynieśliście?

– Pełny „pustak” – wyjaśniam. – Ku chwale nauki. I pełne portki na dodatek. Polejesz gorzały czy gapimy się na siebie?

– „Pustak”! – zawodzi Szuwaks. – Dla jakiegoś tam „pustaka” życie ryzykowałeś! Przeżyłeś, lecz wyniosłeś na świat jeszcze jedno diabelstwo. Skąd możesz wiedzieć, Rudy, ile krzywdy i grzechu…

– Przymknij się, Szuwaks – mówię zniecierpliwiony. – Pij i ciesz się, że wróciłem żywy. Za powodzenie, chłopaki!

Dobrze poszło za powodzenie. Szuwaks całkiem się rozkleił – siedzi, płacze, łzy leją mu się z oczu jak z zepsutego kranu. To nic, znam go dobrze. To po prostu takie stadium – zalewać się łzami i przepowiadać, że Strefa to diabelska pokusa, nic stamtąd wynosić nie można, a co już zostało wyniesione, należałoby zwrócić i żyć tak, jakby Strefy wcale nie było. Co diabelskie diabłu, znaczy. Lubię tego Szuwaksa. W ogóle lubię cudaków. Kiedy ma pieniądze, skupuje towar od każdego i nawet się nie targuje, a potem w nocy zasuwa do Strefy, żeby go zakopać… Ależ ryczy teraz! To nic, jeszcze się rozkrochmali.

– A co to jest ten „pełny pustak”? – pyta Dick. – Zwykłe „pustaki” znam, ale żeby pełne? Pierwsze słyszę.

Wytłumaczyłem mu. Pokręcił głową, zacmokał.

– Tak. Ciekawe. To coś zupełnie nowego. Z kim chodziłeś? Z Rosjaninem?

– Tak. Z Kiryłem i z Tenderem. Wiesz, to nasz laborant.

– Musiałeś się z nimi nieźle namordować.

– No właśnie nie. Całkiem nieźle się trzymali. Szczególnie Kirył. Urodzony stalker. Trochę więcej doświadczenia, mniej młodzieńczej niecierpliwości i mógłbym z nim codziennie odwiedzać Strefę.

– I każdej nocy? – pyta Richard z uśmieszkiem.

– Daj spokój – proszę. – Żarty żartami…