Piętnastoletni kapitan - Juliusz Verne - ebook

Piętnastoletni kapitan ebook

Juliusz Verne

4,5

Opis

Piętnastoletni kapitan” to powieść Juliusza Verne’a,  uznanego za jednego z pionierów gatunku science fiction.

W 1873 grupa osób wypływa do Ameryki na wielorybniczym brygu „Wędrowiec”. Niespodziewana śmierć kapitana i załogi przy próbie polowania na płetwala sprawia, że dowódcą statku zostaje piętnastoletni chłopiec – Dick Sand. Mając do pomocy tylko pięciu uratowanych marynarzy, sam musi zająć się żeglowaniem oraz pasażerami, by doprowadzić ich bezpiecznie do celu.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 228

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-8226-192-9
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

CZĘŚĆ PIERWSZA

I. Na pokładzie „Pilgrima“

W pierwszych dniach lutego 1873 r. dwumasztowy statek „Pilgrim“ znajdował się pod 43°57’ południowej szerokości i 165°19’ wschodniej długości, według południka Greenwich.  Był to bryg specjalnie przysposobiony do połowu wielorybów; zbudowany był w San-Francisco i należał do Jakóba Weldona, który go oddał coś przed dziesięcioma laty pod władzę kapitana Hulla. Aczkolwiek bryg ten był najmniejszym z całej floty tego bogatego właściciela statków, był jednak zaliczany do liczby najlepszych z jego całej flotylli.  „Pilgrim“ był godny swego kapitana, zaś ten ostatni cieszył się oddawna utrwaloną już sławą wytrawnego marynarza i niezrównanego łowcy wielorybów. Ze względu na małe rozmiary statku, i jego załoga była bardzo nieliczna, gdyż składała się z pięciu zaledwie majtków. Ilość ta była niewystarczającą do łowów, lecz pan Weldon, idąc za przykładem wielu amerykańskich właścicieli statków wielorybniczych, wolał kompletować załogę po przybyciu statku do Nowej Zelandji dopiero, gdzie ludzi szukających pracy jest zawsze aż nadto dosyć.  Aczkolwiek polowania miały zazwyczaj przebieg dla „Pilgrima” nader pomyślny, ostatnia ekspedycja była dziwnie nie udana. Nie poszczęściło się absolutnie. Wielorybów nie spotkano zupełnie i trzeba było poprzestać na potfiszach, polowanie na które nie należy do najbezpieczniejszych. Lecz i tych upolować zdołano do tego stopnia małą liczbę, iż tylko niewielką ilość beczek tranem wypełnić zdołano. Wobec takiego niepowodzenia, kapitan Hull mial zamiar skierować swój statek jeszcze bardziej na południe, ku biegunowi, lecz projektu tego nie mógł przyoblec w ciało, ze względu, iż zebrana dorywczo załoga zaczęła nagle wyrażać swe niezadowolenie. Wobec tego, kapitan Hull uznał za wskazane pozbyć się jaknajprędzej tych wszystkich przygodnie zgodzonych majtków, którzy mogli się okazać nader niebezpiecznymi dla całego statku. To też ostrożny kapitan, tłumiąc gniew, odrazu zmienił: kierunek i skierował statek ku Nowej Zelandji.  W połowie stycznia zbliżył się on ku brzegom Auklandu, a następnie zarzucił kotwicę w Weitemata, gdzie pozbył się całej zbuntowanej załogi.  Na statku pozostał wtedy amerykański tylko komplet majtków, którzy byli, rzecz zrozumiała, krańcowo przygnębieni niepomyślnym wynikiem wyprawy, jak również przedwczesnem jej zakończeniem. Jeszcze bardziej był zmartwiony kapitan Hull, który zły wynik uważał wprost za hańbę dla siebie. Starał się więc usilnie o zebranie nowej załogi, lecz zabiegi te nie zostały uwieńczone powodzeniem, ze względu na to, iż pora była już nazbyt spóźniona na zawieranie podobnych kontraktów. Z konieczności więc należało pogodzić się z losem i uważać wyprawę za skończoną. Przeklinając w duszy zbuntowaną załogę, kapitan miał już porzucić Aukland, gdy inne okoliczności zmusiły go do dalszego przebywania w porcie, co w dodatku dało w wyniku to, iż „Pilgrim“, zamiast beczek z tranem, dostał najniespodziewaniej na swój pokład pasażerów, aczkolwiek pasażerskim statkiem nigdy nie był.  Niezwykłym zbiegiem okoliczności zdarzyło się mianowicie, iż w Auklandzie znajdowała się pani Weldon ze swym pięcioletnim synkiem, Jankiem. Przybyła ona tam wraz ze swym mężem i miała z nim razem powrócić również do San Francisco, czemu jednak stanęła na przeszkodzie nagła choroba małego Janka. Pan Weldon musiał wracać, wszelako gdyż jego rozliczne interesy domagały się tego, i z tej przyczyny pani Weldon sama w Auklandzie pozostała.  Trzy długie miesiące przeżyła pani Weldon z mężem w rozłące. Ukochany jej synek wrócił jednak w tym czasie całkowicie do zdrowia i mógł już śmiało udać się w podróż, na nieszczęście jednak ani jeden statek, do Kalifornji płynący, się nie trafiał i pani Weldon skazana być mogła na długie miesiące oczekiwania jeszcze.  W odległych tych czasach bowiem Nowa-Zelandja nie miała jeszcze prostego połączenia z Kalifornią i chcąc się tam dostać należało przedtem jechać do Australji, do Melbourne, ztamtąd - do brzegów Panamy i tam dopiero wyczekiwać na sposobność dostania się do San-Francisco. Podobny sposób podróżowania z tak licznemi przesiadaniami się jest niewygodny i uciążliwy dla każdego, a cóż dopiero dla młodej kobiety, obarczonej małem dzieckiem, w dodatku!  To też pani Weldon szczerze ucieszyła się, gdy się dowiedziała o przybyciu do portu „Pilgrima“ i niezwłocznie zwróciła się do kapitana Hulla z prośbą, by ten zechciał przyjąć ją wraz z synkiem na pokład, a także i towarzyszącego jej kuzynka Benedykta, oraz wierną. niańkę chłopczyka, murzynkę Noon, która całe swe życie spędziła w domu Jakóba Weldona. Perspektywa odbycia długiej podróży na małym statku, objętości 400 tonn, bynajmniej nie przerażała pani Weldon, zwłaszcza iż znała ona kapitana Hulla jako doskonałego marynarza i miała do niego olbrzymie zaufanie.  Kapitan Hull propozycję pani Weldon przyjął z radością, rzecz prosta, i natychmiast oddał do jej rozporządzenia swą kajutę kapitańską, ażeby mogła ona odbyć podróż w warunkach możliwie najdogodniejszych, co było tym konieczniejsze, iż podróż trwać miała 30 do 40 dni.  Faktem w pewnej mierze niekorzystnym dla pani Weldon była ta okoliczność jedynie, iż „Pilgrim“ musiał bezwarunkowo parę dni zatrzymać się w Valparaiso (Chili), gdzie „Pilgrim“ miał wyładować część swych wypełnionych tranem beczek. — Ale z tym trzeba się było pogodzić. Pozatym pani Weldon była młoda, silna i zdrowa, — nie obawiała się przeto niewygód podróży.  Co się tyczy kuzyna Benedykta, to ten bez jednego słowa opozycji zgodził się na wszystko, zdając się najzupełniej na wolę swej kuzynki. Kuzyn Benedykt był wogóle typem człowieka, który zgadzał się zawsze i na wszystko, nie dla tego, by był taki zgodny, lecz że wszystko było dla niego najzupełniej obojętne. Osobnik ten był sobie człeczyną najzacniejszym, lat około pięćdziesięciu, lecz tak niezaradnym, iż wprost nie sposób było pozostawiać go bez opieki. Było to życiowe dziecko. Pani Weldon traktowała go jakby był jej drugim synkiem, starszym, ale o wiele mniej aniżeli jej Janek rozgarniętym. Nie już cienki, ale wprost długi, chudy bardzo, twarz miał również ponad miarę wydłużoną, kościstą, włosy bardzo obfite, długie i gęste; charakterystyczną cechą tej oryginalnej postaci były bardzo długie ręce i nogi. Natrętnym nie był, przykrym również dla nikogo; zanudzał jednak wszystkich, a nawet i siebie. Dodatnim rysem jego charakteru było to jednak, i był bardzo zgodny i łatwy w pożyciu. Zaliczyć go było można raczej do roślinnego świata, aniżeli do istot, żyjących indywidualnem swem życiem. Był jak drzewo, wysoko strzelające ku niebu, nie dające ni cienia, ni owoców. Był dobry, szlachetny, prawy... jego pragnieniem było: być użytecznym, lecz nie leżało to w jego uzdolnieniach. Każda chęć zrobienia komuś przysługi, kończyła się dla kuzyna Benedykta jakąś komiczną katastrofą. Mimo to wszystko, poczciwy niedołęga cieszył się ogólną sympatją, był lubiany za swe złote serce, wypełnione zresztą po brzegi jedną jedyną namiętnością tylko: miłością nauki.  Tą jego namiętnością była entomologja, t j. nauka o owadach. Jej poświęcał wszystkie dni, a często i nieprzespane noce.  By wzbogacić swe zbiory właśnie, kuzyn Benedykt udał się z państwem Weldon w daleką podróż do Nowej Zelandji. Gdy zaś pani Weldon zdecydowała się odbyć podróż do San Francisco na pokładzie „Pilgrima“, kuzyn Benedykt zgodził się bez żadnego namysłu na to, iż jej towarzyszyć będzie również i w powrotnej drodze.  Nie upłynęło trzech dni nawet, a pani Weldon wraz z synkiem, kuzynem Benedyktem, z Noon wreszcie, znalazła się na pokładzie „Pilgrima“. Gdy się to już stało, kapitan Hull chciał odrazu dać rozkaz podniesienia kotwicy, lecz powstrzymał się, a następnie się zbliżył do pani Weldan ze słowami:  — Szanowna pani zechce za powrotem zakomunikować swemu małżonkowi, iż na własną odpowiedzialność raczyła wsiąść na pokład „Pilgrima“.  — Cóż to ma znaczyć, drogi kapitanie? — ze zdziwieniem zapytała pani Weldon — czyżby pan przypuszczał, że mi grozi jakieś niebezpieczeństwo?  — Nie, pani, tego nie potrzebujesz się pani obawiać — kategorycznym tonem odpowiedział kapitan, przyczem czuć było, iż zapytanie pani Weldon trochę go dotknęło — „”Pilgrim“ jest brygiem doskonałym, któremu śmiało zaufać można; jednak wszystko jest w ręku Boga i nigdy ręczyć nie można za to co się stanie. Nie będzie pani również miała tutaj należnych jej wygód.  — Ależ jeżeli tylko o to chodzi, to niema o czem mówić, kapitanie! — zawołała z wesołym śmiechem młoda kobieta — możemy śmiało ruszać w drogę.  Wobec tego „Pilgrim“, dnia 22 stycznia. podniósł kotwicę, a dnia 2 lutego znajdował się już na niezmierzonym oceanie, w punkcie który wskazaliśmy na początku niniejszego rozdziału.

II. Dick Sand i historia jego życia

Początek podróży był więcej niż pomyślny. Bez względu na drobne wymiary statku i brak wygodnych kajut pasażerskich, pani Weldon zdołała się ulokować wcale wygodnie w dość prymitywnem zresztą pomieszczeniu kapitana. Na szczęście kajuta była dosyć obszerna, to też w dzień przebrażała się ona w salon jadalny, w którym zasiadali do stołu: pani Weldon, Janek, kuzyn Benedykt i kapitan.  Dwaj ostatni znaleźli schronienie: — pierwszy w kajucie pomocnika kapitana, zaś drugi — w obszernej kajucie, która normalnie była przeznaczona dla załogi przygodnie angażowanej.  Stali majtkowie „Pilgrima“ mieli swą kajutę oddzielną, którą od pięciu lat wspólnie zajmowali. Byli to ludzie doskonale:z morzem obznajmieni i bardzo do swego kapitana przywiązani. Byli przytem oni wszyscy ze swej służby zadowoleni, ponieważ pan Weldon nagradzał szczodrze ich pracę.  Jednym jedynym człowiekiem zupełnie obcym na pokładzie Pilgrima był kucharz, Negoro, przyjęty do służby w Auklandzie dopiero, na miejsce dawniejszego, niemca, który zbuntował się wraz z resztą załogi. Wtedy Negoro, będący portugalczykiem, zaofiarował swe usługi i został przyjęty. Okazało się następnie, iż był to człowiek dobrze obznajmiony ze swą pracą i obowiązkowy. Z morzem był on również, jak się zdawało, wcale nie źle obznajmiony. Aczkolwiek świeżo przyjęty kucharz wypełniał: wzorowo swe obowiązki, był cichy, zgodny i gotował bardzo smacznie, kapitan nie był kontent z siebie, iż go przyjął na pokład, a to z przyczyny, iż nic nie wiedział o jego przeszłości. Nikt mu przytem Negora nie polecił, bo nikt go nie znał. Uporczywe milczenie tego czterdziesto-letniego, bladego i ponurego portugalczyka, jego stalowe, zimne, o złym wyrazie oczy, urągliwy wreszcie uśmiech, na jego wązkich wargach wiecznie się czający — również jakoś nie bardzo przypadały kapitanowi do smaku. Czy Negoro posiadał jakieś wykształcenie?... Czem się dawniej zajmował? Gdzie się urodził i wychował?... Wszystkie te zapytania pozostawały bez odpowiedzi. Kapitanowi było wiadome to tylko, iż Negoro pragnął opuścić statek w Valparaio. Ozy miał tam rodzinę jakąś, do której dążył?... Ozy też ztamtąd chciał się udać gdzieś dalej — było absolutnie niewiadome. Sternik Hewick był zdania, że kucharz: „posiada wychowanie, jakiego i oficer by się nie powstydził“, ale to były subjektywnie jedynie wrażenia, na niczem nie oparte. Prawda, iż wyrażał się on nieco wytworniej, aniżeli ogół majtków, ale to jeszcze nie dowodziło niczego. Twierdzić cośkolwiek o nim stanowczo — było nie sposób. Był tajemniczy — oto wszystko. Robił wrażenie tajemniczego z tej być może przyczyny jedynie, iż trzymał się w odosobnieniu, zdala od wszystkich. A tacy ludzie nie są lubiani.  Pomocnikiem kapitana na „Pilgrimie“, wobec braku „starszego oficera“, był tak zwany „ochotnik“, młodzieniec który dopiero się kształcił w szkole marynarzy, lecz który na statku, niemniej, pełnił obowiązki zwykłego majtka, nie z potrzeby, lecz by tym sposobem zdobyć wiedzę praktyczną. Dick Sand, tak się nazywał ów młodzieniec, urodzony był w Ameryce Północnej, w okolicach NewYorku najprawdopodobniej. Zupełnie ściśle nie było to wiadome, ponieważ biedny chłopiec był podrzutkiem, którego dobrzy ludzie znaleźli na ulicach tego wielkiego miasta; imię Dicka (Richard) otrzymał on, ponieważ takie właśnie imię nosił człowiek, który go podrzuconego znalazł na ulicy, zaś nazwisko Sand otrzymał z racji mielizny, na której został znaleziony, a która nosi miano „Sandy-Hook“. Pierwsze wychowanie maleńki Dick otrzymał w ochronce, przyczem bardzo szybko pojął swe smutne położenie i ocenił, iż ochronka, aczkolwiek starannie prowadzona, nic mu nie da, bo nic mu dać nie jest w stanie. To też mając ośm lat życia zaledwie, uprosił swoich przełożonych, aby ci zechcieli go oddać na jakiś statek. Jego prośba została wysłuchana i Dick znalazł się wkrótce na pasażerskim statku, kursującym regularnie pomiędzy portami Południowej i Północnej Ameryki.  Na statku tym, nietylko pasażerowie, ale i oficerowie zajęli się bardzo życzliwie bezdomnym sierotą i zaczęli go kształcić, tak iż Dick po trzyletniej na tym pasażerskim statku służbie, zdał egzamin do wyższej szkoły marynarskiej, do której został następnie przyjęty dzięki protekcji kapitana Hulla, Zacny ten człowiek opowiedział dzieje chłopca swemu chlebodawcy, p. Weldonowi i sprawił, iż bogaty właściciel okrętów zajął się losem Dicka, co dało ten skutek, że i profesorowie w szkole zajęli się gorliwiej jego nauką i w rezultacie pojętny, pilny i pracowity chłopiec ten w piętnastym roku życia posiadał wiedzę bardzo już rozległą.  Ponadto, Dick był zbudowany jak atleta; był silny, gibki i zręczny. Oczy miał niebieskie, przy ciemnych włosach. Zawód marynarski wyrobił w nim energję, bystrość, szybką orjentację i przedsiębiorczość. Nadmierna, umysłowa praca wyczerpała jednak nieco organizm młodego chłopca, tak iż sam kapitan Hull poradził mu, ażeby przyjął on na czas krótki obowiązki praktykanta na Pilgrimie, co będzie z dużą korzyścią dla jego wiedzy praktycznej. Dick zgodził się na to z ochotą, i tym sposobem znalazł się na pokładzie Pilgrima.  Pani Weldon znała Dicka jeszcze z San-Francisco, to też na jego widok ucieszyła się bardzo. Jeszcze bardziej uradowany był widokiem swego przyjaciela mały Janek, dla którego Dick był zawsze bardzo dobry. Podróż tymczasem odbywała się dalej w warunkach dość sprzyjających, aczkolwiek kapitan uskarżał się trochę na wiatr nie najpomyślniejszy, który mógł, gdyby dął dłużej w tym samym zachodnim kierunku, przedłużyć znacznie podróż.  Monotonję jazdy, dnia 20 lutego, około godziny 9-ej rano, ożywił wypadek nie tak znów często na oceanie się zdarzający.  Pogoda w dniu tym była jasna, słoneczna i cicha. Korzystając z niej Dick i Janek wesoło zabawiali się na pokładzie, a następnie wdrapali się po maszcie, aż do bocianiego gniazda.  Gdy się tam znaleźli, na twarzy Dicka zamarł nagle śmiech niefrasobliwy, chwilę patrzał on uważnie na jakiś punkt oddalony a następnie zawołał głośno:  — Rozbity statek!

III. Rozbity statek

Krzyk ten wywabił wszystkich na pokład. Nie mówiąc już nic o kapitanie, pani Weldon i Noon, nawet kuzyn Benedykt oderwał się od swych zbiorów i zaciekawiony wychylił swą głowę zza drzwi swej wiecznie zamkniętej kajuty. Jeden tylko Negoro pozostał głuchy, jak zwykle, nawet na ten wypadek najzupełniej obojętny. Cóż go obchodzić mógł cudzy, rozbity statek?!  Wszyscy wpatrywali się z uwagą w daleki ciemny punkt na morzu, znajdujący się od nich w odległości trzech mil mniej więcej.  — Niema wątpliwości, że to jest rozbity statek! — powiedział kapitan.  — Ach, Boże! — zawołała wtedy pani Weldon — kapitanie, śpieszmy tam!... Przecież na tych szczątkach znajdować się mogą ludzie wyczekujący pomocy?!  — Przekonamy się o tem — odpowiedział spokojnie kapitan, który, zwracając się następnie do sternika, zakomenderował:  — Howicku, skieruj statek ku rozbitym szczątkom.  W bardzo krótkim czasie Pilgrim znajdował się już w odległości pół mili od rozbitego statku. Wtedy wszyscy z całą dokładnością rozpoznać byli w stanie, iż statek, leżący na lewym boku, był ciężko uszkodzony i fale zalewały jego część już w wodzie się znajdującą.  — Tutaj miało miejsce zetknięcie się dwóch statków — powiedział z bólem w głosie kapitan Hull, pokazując pani Weldon dużą szczelinę widniejącą w prawym boku statku, — gdyby otwór ten znajdował się pod wodą, statek zatonąłby już oddawna; na szczęście zdarzyło się inaczej.  — No, w takim razie, chwała Bogu, że przynajmniej na tym nieszczęsnym statku niema rozbitków — rzekła z westchnieniem ulgi pani Weldon — boć przecież statek, który był winowajcą zderzenia się, musiał wziąć niewątpliwie całą załogę statku poszkodowanego na swój pokład.  — Tak przynajmniej statek ten uczynić był obowiązany — odpowiedział kapitan — mogło się stać wszelako i inaczej, tak mianowicie, że załoga tonącego statku zmuszona została do szukania ratunku na swych własnych szalupach. Bardzo często się bowiem zdarza, iż statki, które wyszły cało z wypadku, ratują się ucieczką, ażeby uniknąć odpowiedzialności.  Pani Weldon podniosła wtedy na mówiącego swe piękne, pełne zdumienia oczy.  — Czyżby mogli się znaleźć ludzie-zawolała-do tego stopnia podli, by pozostawić bez ratunku tonących, świadomi przytem jeszcze, iż są winni nieszczęściu? Czyżby się mógł znaleźć kapitan, do tego stopnia nieludzki?  — Niestety, podobnego rodzaju nikczemnicy trafiają się dosyć często, pomiędzy żeglarzami wszystkich narodowości, zaś najczęściej — pomiędzy Anglikami. Chęć uniknięcia odpowiedzialności, a zwłaszcza obawa, iż w razie stwierdzenia winy, przyjdzie płacić odszkodowanie za uczynione straty, aż nazbyt często sprawia iż winowajcy, nie troszcząc się o załogę skazaną ich czynem na zagładę-w szybkiej ucieczce, starają się zatrzeć swój ślad. I w tym wypadku tak właśnie się niewątpliwie stało. zaś to moje mniemanie opieram na fakcie, że nie widzę u boków tonącego statku ani jednej łodzi ratunkowej. Gdyby osada była przyjęta na pokład tamtego statku, — szalupy byłyby pozostały.  — Może jednak zostały one porwane falami — nieśmiało odważył się wtrącić swe zdanie miody Dick.  — Byłyby wtedy pozostały resztki sznurów, a tych nie widzę tutaj — odpowiedział kapitan. — Stwierdza to, iż były opuszczane na wodę przez samą załogę.  — A więc w takim razie należy jedynie prosić Boga, ażeby nieszczęśliwym pozwolił cało dotrzeć do brzegów — żałośliwym głosem powiedziała pani Weldon.  — Niestety!.. Staćby się to mogło cudem chyba jedynie. Najbliższy ląd jest tak daleko, iż nadzieje ocalenia równa się zeru.  — Mamo, mamo! — wmieszał się nieoczekiwanie do rozmowy mały Janek — mnie się zdaje, iż z tamtego statku dochodzi do nos głos jakiś. Może więc tam ktoś pozostał?  Te słowa chłopczyny zastanowiły wszystkich. Zaczęli się uważnie przysłuchiwać.  — Mam wrażenie — powiedział nakoniec Dick — jakbym słyszał szczekanie psa.  — Tak jest, — zawołał radośnie Janek — to piesek szczeka! My go uratujemy, nieprawdaż mamusiu?...  — Poproś o to kapitana, dziecino moja! On jest tutaj panem — odpowiedziała ciepłym głosem pani Weldon — jestem jednak przekonana, że wysłucha on twej prośby.  — Uczynię to bez najmniejszej kwestji, proszę pani. Grzechem by było pozostawiać na pastwę głodowej, powolnej śmierci nieszczęśliwe stworzenie.  Po wypowiedzeniu słów tych, zacny kapitan zwrócił się z rozkazem do sternika:  — Hallo!... zatrzymać statek i spuścić na wodę szalupę. Dicku — mówił dalej kapitan, zwracając się do praktykanta, — pojedziesz ze mną, ażeby obejrzeć pozostałe szczątki i przeprowadzić na statek tego nieszczęśliwego psiaka.  — Słucham! — odpowiedział młody chłopiec, przywykły do ślepego posłuszeństwa.  Nie upłynęło pięciu minut nawet, jak mała łódka kapitańska płynęła ku resztkom rozbitego statku, popychana dwoma parami wioseł, znajdujących się w żylastych rękach dwóch marynarzy. Młody Dick zajął miejsce przy sterze i skierował łódkę ku rufie, gdzie, jak się zdawało, najłatwiej było można wydostać się na pokład.  W miarę zbliżania się statku, szczekanie słychać było coraz wyraźniej, aż nakoniec wielki pies ukazał się na parapecie, utrzymując się z trudem na pochyłości.  — Dicku!... stop! — zakomenderował kapitan.  Pies, na widok zbliżających się, zaczął ujadać gwałtownie, a następnie wyć żałośnie i podbiegać do drzwi, do wnętrza statku prowadzących.  — Czyżby się tam ktoś znajdował? — zrobił uwagę kapitan.  — Uważaj, piesku, uważaj, bo spadniesz, — wołał tymczasem z oddali mały Janek, przesyłając psu powietrzne pocałunki.  Pies na ten głos ucichł nagle, wyciągnął mordę i zaczął węszyć.  W tej samej chwili ze swego kuchennego państwa wyszedł na pokład Negoro i w milczeniu, jak zazwyczaj, zbliżył się ku przodowi statku.  Zaledwie Negoro zaczął się zbliżać ku rozbitemu statkowi, idąc po pokładzie »Pilgrima“, zachowywanie się psa zmieniło się zasadniczo. Ze wściekłem ujadaniem zaczął się rwać ku Pilgrimowi i była chwila, iż chciał się już rzucić do wody.  Brwi Portugalczyka na widok psa zmarszczyły się, a twarz zawsze blada nabrała ziemistych odcieniów. Negoro niczem wszelako nie ujawnił swego wzburzenia, i równie spokojnie, jak przyszedł, wrócił do swej kuchni, jakby nie znajdując nic ciekawego w widoku tonącego statku.  — Co się temu psu nagle stało, wściekł się, czy co? — zapytał kapitan Hull ze zdziwieniem.  Lecz z oddaleniem się Negora i pies uspokoił się momentalnie.  — Biedak, najwidoczniej ginie z głodu — zrobił uwagę kapitan — i to go chwilami do szału doprowadza.  Łódź tymczasem przybita już do brzegu tonącego statku, z wody się wynurzającego i wtedy Dick przeczytał nazwę okrętu: »Waldeck“. Nic ponad to. Z budowy pudła wszelako i z różnych innych szczegółów, które ujść nie mogły fachowemu oku, kapitan Hull wywnioskował, iż Waldeck byt zbudowany w Ameryce, czego dowodziła zresztą sama nazwa. Statek miał około 500 ton objętości.  Po za psem na statku nie było najmniejszego śladu żywej istoty. Stan pokładu okrętowego, z którego fale zmiotły już wszystko, ujawniał, iż katastrofa dość już dawno się wydarzyła.  — Jeżeli na statku tym ludzie pozostali nawet, to oddawna musieli już poumierać z głodu i pragnienia — odezwał się smutnym głosem sternik Howick — i jestem zdumiony, że ten pies żyje jeszcze, wypadek bowiem, zdarzył się conajmniej dwa tygodnie temu.  — Masz, najzupełniejszą słuszność Howicku, — przyznał kapitan — jednak obowiązkiem naszym, gdy raz już tu jesteśmy, zbadać wnętrze statku, zwłaszcza iż zachowywanie się tego psa daje do myślenia. Być może, iż znajdziemy jeszcze pod pokładem nieszczęśliwych, na ratunek oczekujących.  — Znajdziemy conajwyżej parę trupów — pochmurnie odpowiedział stary sternik.  — Mylisz się Howicku — pełnym wiary głosem odezwał się Dick — inne zupełnie byłoby zachowywanie się tego psa, gdyby w kajutach nie było nikogo żyjącego.  Pies, jakby zrozumiał słowa te, z głośnym skowytem poskoczył ku drzwiom, do kajut wiodącym, a następnie jednym skokiem rzucił się do wody i zaczął płynąć ku łódce, na którą wydostały go bez większego trudu silne ręce majtków i Dicka. Gdy pies znalazł się już w łodzi, natychmiast podbiegł do beczułki ze słodką wodą i zaczął pić chciwie.  — Otóż to, — zawołał sternik — czyż nie mówiłem?.. — biedak zdychał z pragnienia.  No, teraz możemy już śmiało wracać do Pilgrima.  I, mówiąc to, uderzył wiosłami, które oddaliły natychmiast łódkę od rozbitego pudła.  Lecz pies spostrzegł to natychmiast, bez najmniejszego ociągania się zaprzestał gasić pragnienie i zaczął wyć żałośnie, zwracając mordę ku okrętowym szczątkom. Jego postać i wycie były tak wymowne, że zrozumieć je musiał każden. Nie mogło już ulegać najmniejszej wątpliwości, iż na statku ktoś się znajdował, właściciel psa najprawdopodobniej. Lecz z jakich przyczyn nie dawał on znaku życia? Jeżeli żyje, to słyszeć musiał przecież głosy nawołujących majtków.. Dlaczego więc nie odpowiada?...  Wahać się wszelako było nie sposób dłużej. Łódka powtórnie przybliżyła się do pudła, a gdy się to stało, pies momentalnie wydostał się na pokład i stanął przy drzwiach kajuty, przymilającym skomleniem przywołując przybyłych.  Dick i kapitan podążyli za nim i wydostali się na pokład, po którym, czołgając się, z wielkim trudem dotarli do przejścia między masztami i weszli pod pokład. Gdy się tam znaleźli, ujrzeli pięć ciał, które leżały bez ruchu na podłodze, zdawało się, że martwe. Byli to murzyni.  — Spóźniliśmy się — smutnie powiedział kapitan, zdejmując czapkę z głowy. — Niech ich Bóg przyjmie do Chwały Swojej.  Lecz pies najwidoczniej nie podzielał zdania tego, gdyż z głośnymi skowytami rzucał się na nieruchome ciała, liżąc ręce i twarze.  — Możliwe, iż w biedakach tych tli jeszcze życie, że znajdują się oni w silnem omdleniu jedynie, wywołanem wycieńczeniem organizmu — odezwał się Dick — w każdym razie nie możemy ich tak pozostawić, bez porobienia prób przyprowadzenia ich do życia.  Dla wykonania powyższego, nieszczęśliwi szalupami zostali przewiezieni na pokład „Pilgrima“, gdzie po licznych zabiegach zaczęli wszyscy powracać do życia.  Wtedy kapitan zawołał Negora, ażeby ten dał buljonu i rumu dla uratowanych.  Nie zdążył kapitan wymówić słowa Negoro, gdy pies, który do tej chwili tulił się do uratowanych, skomląc cicho, stanął wyprostowany i zaczął pokazywać groźne kły.  — Negoro! — zawołał kapitan ponownie — ogłuchłeś, czy co?  Portugalczyk ukazał się nakoniec na pokładzie, lecz wtedy pies jednym skokiem rzucił się na niego, chcąc go pochwycić za gardło.  Na szczęście inni majtkowie pochwycili rozjuszonego psa.  — Co to ma znaczyć? — zapytał zdziwionym głosem kapitan Hull — z jakiej przyczyny pies ten, taki łaskawy dla wszystkich, tobie jednemu pokazuje zęby, Negoro? — Czy go znałeś? — I może wtedy wyrządziłeś mu jakąś krzywdę?  — Ja? Pierwszy raz w życiu widzę psa tego — spokojnie odpowiedział Negoro — z głodu oszalało psisko i upatrzyło sobie coś do mnie.  — Szczególna rzecz — szepnął do siebie wtedy Dick — i myślę, że pies ten mógłby nam opowiedzieć wiele o przeszłości tego człowieka, którego nie znamy zupełnie.

IV. Ocaleni pasażerowie „Waldecka“

 Bez względu na to, iż było to hańbą cywilizacji, do samego niemial końce XIX-go stulecia handel niewolnikami w pewnych okolicach Afryki kwitł nieprzerwanie, na wielką był nawet prowadzony skalę, Bez względu na międzynarodowe konwencje, jak również staranny nadzór licznych, krążących po morzach okrętów wojennych wszystkich państw Europy — statki pełno niewolników odbijały, od brzegów Angoli i Mozambiku zwłaszcza, aby dowozić „heban“ t. j. czarnych niewolników, do różnych punktów odbiorczych, pomiędzy którymi, co ze wstydem przyznać trzeba, były i zakątki świata cywilizowanego.  Wszystko to było wiadome kapitanowi Hullowi jaknajlepiej, to też pierwszą jego myślą było, iż „Waldeck“ należał do tego samego typu statków i że uratowani murzyni — to byli niewolnicy na sprzedaż wiezieni?  Tak było, czy inaczej, ocaleni niewolnicy stali się wolnymi z chwilą, gdy wstąpili nogą na pokład okrętu, pod amerykańską flagą płynącego. To też pani Weldon już naprzód cieszyła się myślą, że biedakom udzieli tej radosnej nowiny, gdy tylko wrócą oni do pełnej przytomności.  Otoczono nieszczęśliwych najstaranniejszą opieką i już po upływie trzech dni wszyscy negrzy znajdowali się we wcale już dobrym stanie zdrowia. Można było wtedy rozpocząć badanie. Wszyscy mówili płynnie po angielsku, wyrażając się przytem bardzo poprawnie.  — Wasz statek zginął dzięki zetknięciu się z drugim? — zapytał przedewszystkiem kapitan Hull.  — Tak jest — odpowiedział najstarszy z gromadki ocalonych, wysoki, silny mężczyzna lat około 60-u, z sympatyczną twarzą, w której przejawiały się rozum i silna wola — stało się to nocą, gdyśmy spali w swej kajucie, musiało się to stać nagle bardzo, bo gdyśmy się nakoniec przebudzili i wyszli na pokład, ujrzeliśmy jedynie dwie „Waldecka“ łodzie, ginące już w mgle oddania. — Myśmy jedni na statku pozostali — zapomnieni. Winny katastrofy statek — uciekł najwidoczniej.  — Zkąd i dokąd płynął „Waldeck“?  — Z Melburne, w Australji, do portów Południowej Amoryki.  — A więc wy nie jesteście niewolnikami? — zapytał szybko orjentujący się Dick, wyciągając do starca rękę.  — Dzięki Niebiosom jesteśmy wolnymi obywatelami Stanów Zjednoczonych Północnej Ameryki — z poczuciem godności odpowiedział stary Tom, za siebie i za swych przyjaciół. — Pamiętam ja okropności niewoli, ponieważ mnie wywieźli z Afryki, gdy byłem bardzo małym chłopcem, dzieckiem prawie i sprzedali do plantacji znajdujących się w Południowej Ameryce. Szczęśliwy traf sprawił, iż ztamtąd dostałem się do Pensylwanji, gdzie nietylko uzyskałem swobodę, ale pozyskałem nawet prawa obywatelskie Stanów. Co się zaś tyczy moich towarzyszy, to jeden z nich jest moim synem i nazywa się Baty. Tak on, jak i pozostała reszta przyjaciół moich urodziła się już z rodziców wolnych, tak iż wszyscy oni są już wolnymi obywatelami Ameryki. W poszukiwaniu pracy pojechaliśmy, przed pięcioma laty, do Australji, gdzie pracowaliśmy w plantacjach. Poszczęściło nam się, gdyż zarabialiśmy dosyć dużo i obecnie właśnie, na pokładzie Waldecka, wracaliśmy do swych rodzin, gdy oto zły los nietylko pozbawił nas pięcioletnich naszych zarobków, ale i sami omal nie utraciliśmy życia.  — Oto cała nasza historja, — zakończył stary Tom swe przemówienie.  Wszystko to opowiedziane było z taką szczerością, że nikt nie powątpiewał w prawdę słów starego murzyna.  Następnie tak Tom, jak i jego towarzysze: Baty, Herkules, Austyn i Akteon gorąco dziękować zaczęli za uratowanie im życia.  Nie mniej wdzięczny od ludzi był i pies za ocalenie. Był to okaz pierwszorzędny, należący do rasy brytanów, o ile się zdaje. Wabił się „Dingo“. Według opowieści murzynów, należał on do kapitana, który go znalazł w warunkach dość niezwykłych, na poły martwego, w Afryce, nad brzegami rzeki Kongo. Dingo okazywał swemu wybawcy duże przywiązanie, lecz był stale bardzo smutny i osowiały. Jego olbrzymia siła i odwaga były ogólnie znane. Znaleziony był w obroży, na której znajdowały się napisy:„Dingo, oraz litery: S. V.”

V. Tajemnicze litery

Wypadek z Waldeckiem okazał się nader korzystny dla jednego z pasażerów „Pilgrima“. Szczęśliwcem tym był mały Janek mianowicie, ponieważ pozyskał dwóch przyjaciół: Dinga i Herkulesa. Ten ostatni był jednym z murzynów, zbudowany jak atleta, o sile wprost niewiarogodnej. łagodny przytem jak dziecko. Chłopczyk bawił się z nimi po całych dniach, co rozweselało jego matkę zmartwioną nieco tym, iż wiatr dął bez zmiany w kierunku nieprzyjaznym, co mogło bardzo opóźnić podróż.