Pierwsza krew - Vladimir Wolff - ebook

Pierwsza krew ebook

Vladimir Wolff

3,9

Opis

Odwieczna walka, konflikt stary jak ludzkość – a jednak nienazwany i ukrywany. Czas poznać nieznanych bohaterów i skryte boje o nasze istnienie. Czas zerwać zasłonę złudzeń i manipulacji.

Dlaczego zatonęła Atlantyda? Gdzie przepadła wielotysięczna armia króla Kambyzesa? Skąd się wzięły nieprzebrane, warte miliardy skarby w świątyni w Padmanabhaswamy? No i – najważniejsze – co ukrywają starzy ubecy?

Jesteśmy szczęśliwcami – Vladimir Wolff w brawurowy sposób odpowiada na pytania, które dręczyły wiele pokoleń. Co zrobimy z tą wiedzą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 475

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (132 oceny)
44
53
21
12
2

Popularność




VLADIMIR WOLFF

Pierwsza krew

 

 

© 2020 Vladimir Wolff

© 2020 WARBOOK Sp. z o.o.

 

Re­dak­tor se­rii: Sławomir Brudny

 

Re­dak­cja: Zespół redakcyjny

 

eBo­ok:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Pro­jekt okład­ki: Paweł Gierula

Ilu­stra­cja: Jan Jasiński

 

ISBN 978-83-65904-77-5

 

Wy­daw­ca: Warbook Sp. z o.o.ul. Bład­nic­ka 65 43-450 Ustrońwww.war­bo­ok.pl

Niezłomny

Rok 3752 p.n.e.

Trzask ła­ma­nych wio­seł brzmiał w uszach Al­ke­sti­sa jak mu­zy­ka. Pi­rac­ki okręt zwol­nił, na­wet za­ło­ga zło­żo­na z do­świad­czo­nych że­gla­rzy nic nie mo­gła na to po­ra­dzić.

Że­gla­rze… Uśmie­szek na ustach wo­dza szyb­ko prze­ro­dził się w gry­mas. Żad­ni z nich że­gla­rze, jeno zwy­kli łu­pież­cy, ra­bu­sie, pa­ra­li­żu­ją­cy mor­ski sys­tem im­pe­rium. Swą głów­ną bazę za­ło­ży­li na Na­ksos. Ka­mien­ne mury ich twier­dzy wzno­si­ły się po­nad wo­da­mi za­to­ki na za­chod­nim brze­gu wy­spy. To stąd wy­ru­sza­li pa­lić, gra­bić i mor­do­wać. Przez całe lata nie moż­na było so­bie z nimi po­ra­dzić. Aż do te­raz.

Rada Star­szych w koń­cu za­de­cy­do­wa­ła – pi­ra­tów na­le­ży uni­ce­stwić, zaś na cze­le flo­ty, któ­ra ma tego do­ko­nać, sta­nie Al­ke­stis.

Praw­dę rze­kł­szy, flo­ta nie była duża. Uda­ło się zgro­ma­dzić pa­rę­dzie­siąt jed­no­stek, co sta­no­wi­ło kro­plę w mo­rzu po­trzeb. Star­szy­zna naj­wy­raź­niej była prze­świad­czo­na, iż umie­jęt­no­ści do­wód­cy waż­niej­sze są niż licz­ba okrę­tów. Al­ke­stis nie raz i nie dwa na cze­le wie­lo­kroć mniej­szych sił po­tra­fił w bez­po­śred­niej wal­ce po­ko­nać znacz­nie sil­niej­sze­go prze­ciw­ni­ka. Jego imię ota­cza­ła sła­wa. Znał je chy­ba każ­dy, co nie było dziw­ne, gdyż od po­nad dwu­dzie­stu lat gro­mił ko­lej­nych wro­gów im­pe­rium, czym zy­skał so­bie uzna­nie i sza­cu­nek.

Inna rzecz, że sza­cun­kiem i uzna­niem trud­no się na­jeść. Ro­bił, co mu ka­za­no. Był mie­czem w ręku ge­ron­tów, lecz sam nie­wie­le po­sia­dał.

Żoł­nie­rze zgro­ma­dze­ni na dzio­bie die­ry szy­ko­wa­li się do abor­da­żu. Wal­ka na mo­rzu była zu­peł­nie inna niż zma­ga­nia na lą­dzie. Za całe wy­po­sa­że­nie mu­siał wy­star­czyć im miecz i mała, sple­cio­na z wi­kli­ny tar­cza. Ofi­ce­ro­wie no­si­li heł­my – skó­rza­ne cza­pecz­ki z po­na­szy­wa­ny­mi ka­wał­ka­mi bla­szek bądź przy­mo­co­wa­ny­mi dru­tem kła­mi dzi­ków. Nic na so­bie nie mie­li prócz prze­pa­ski bio­dro­wej, nie chro­nił ich pan­cerz, za to po­tra­fi­li wal­czyć w szy­ku. Sam ich tego na­uczył. Prze­ciw­nik szyb­ko na­dzie­wał się na mie­cze Atlan­tów, pa­da­jąc pod ich cio­sa­mi jak ścię­ty łan zbo­ża.

Pierw­szy z żoł­nie­rzy prze­sko­czył na wro­gą jed­nost­kę. To był kry­tycz­ny mo­ment, każ­dy o tym wie­dział. Al­ke­stis ob­ser­wo­wał star­cie z nie­po­ko­jem. Kło­po­ty w po­sta­ci wo­jow­ni­ka wy­ma­chu­ją­ce­go ma­czu­gą po­ja­wi­ły się nie­mal od razu. Je­den wście­kły za­mach omal nie roz­wa­lił czasz­ki Atlan­ty. Żoł­nierz od­parł atak, acz ja­sne było, że dłu­go nie wy­trzy­ma. Po­kład za­chwiał się moc­niej pod ich sto­pa­mi, utrud­nia­jąc do­stęp po­zo­sta­łym człon­kom gru­py abor­da­żo­wej. W koń­cu je­den z nich zde­cy­do­wał się na skok i do­łą­czył do to­wa­rzy­sza. Trze­ci źle ob­li­czył od­le­głość i spadł po­mię­dzy bur­ty, nik­nąc im z oczu. Resz­ta się za­wa­ha­ła. Te­raz de­cy­do­wa­ły się losy star­cia. Al­ke­stis chwy­cił miecz i po­pę­dził na dziób, aby sta­nąć na cze­le swo­ich lu­dzi.

Prze­pchnął się przez nich, od­bił z le­wej nogi i z ło­mo­tem wy­lą­do­wał na po­kła­dzie obok pierw­szej dwój­ki.

Wiatr się wzma­gał, hu­cząc w oli­no­wa­niu. Te­raz to nie­waż­ne: stał przed nim wróg, któ­re­go na­le­ża­ło znisz­czyć.

Wódz schy­lił się, gdy mor­ski ra­buś spró­bo­wał roz­trza­skać mu gło­wę. Wy­cze­kał i pchnął z całą siłą ra­mie­nia. Głow­nia pra­wie do po­ło­wy we­szła w cia­ło. Wy­szarp­nął ją. Po­so­ka zbry­zga­ła po­kład. Mimo po­waż­nej rany drań wciąż nie za­mie­rzał od­pu­ścić. Ko­lej­ne cię­cie roz­pła­ta­ło pi­ra­to­wi udo. W ostat­nim mo­men­cie. Resz­ta roz­bój­ni­ków przy­stę­po­wa­ła wła­śnie do ata­ku z ta­kim wrza­skiem, że pu­chły uszy.

– Na­przód! – roz­ka­zał Al­ke­stis.

Za jego ple­ca­mi ufor­mo­wał się szyk. Sta­ło już pię­ciu żoł­nie­rzy i wciąż przy­by­wa­li nowi. Na pierw­szy sze­reg wy­star­czy, wię­cej i tak się nie zmie­ści. Ru­szy­li do przo­du.

Za­ma­chem z dołu roz­pła­tał gar­dło bro­da­czo­wi z opa­ską na czo­le, a ko­lej­ne­go ra­ził w brzuch.

Wy­star­czy, wy­co­fał się. Wal­ka to za­da­nie dla żoł­nie­rzy, on mu­siał do­wo­dzić.

Z po­mo­stu wła­snej jed­nost­ki sta­rał się ogar­nąć wzro­kiem bi­twę. Siły Atlan­tów, cho­ciaż mniej­sze, ra­dzi­ły so­bie nie­po­rów­na­nie le­piej, spy­cha­jąc okrę­ty wro­ga w głąb za­to­ki. Kil­ku mniej­szym jed­nost­kom uda­ło się wy­mknąć na otwar­te wody, ale na ra­zie nie za­wra­cał so­bie nimi gło­wy. Na­le­ża­ło wy­bić tych, któ­rych przy­par­to do brze­gu.

„Smo­czy Ogon”, fla­go­wa die­ra, na któ­rej że­glo­wał, prze­wyż­sza­ła dłu­go­ścią i dziel­no­ścią mor­ską po­zo­sta­łe jed­nost­ki Atlan­ty­dy. Szkut­ni­cy się po­sta­ra­li. Dłu­gi i smu­kły ka­dłub roz­ci­nał fale z gra­cją, ja­kiej nie po­sia­da­ły inne okrę­ty. Od dzio­bu po rufę prze­cho­dził po­most, rzę­dy wio­śla­rzy zaj­mo­wa­ły ławy po obu stro­nach ka­dłu­ba, a wy­so­ki maszt z ża­glem po­zwa­lał osią­gać dużą pręd­kość. Gru­py wo­jow­ni­ków ob­sa­dza­ły po­mo­sty z przo­du i z tyłu, ra­żąc z góry wro­ga na ło­dziach o znacz­nie niż­szych bur­tach. Po­dob­nej jed­nost­ki ze świe­cą szu­kać. Je­że­li uda się stwo­rzyć ta­kich wię­cej – może kil­ka­dzie­siąt, może set­kę – Atlan­ci ugrun­tu­ją prze­wa­gę nad po­zo­sta­ły­mi lu­da­mi za­miesz­ku­ją­cy­mi wy­brze­ża.

Tak, „Smo­czy Ogon” to praw­dzi­wy okręt, a nie trans­por­to­wiec do prze­wo­zu zbo­ża bądź oli­wy.

– Pa­nie…

– Cze­go chcesz, Ure­uszu?

Za­stęp­ca wska­zał miej­sce, gdzie dwie pi­rac­kie ło­dzie pró­bo­wa­ły osa­czyć jed­nost­kę Atlan­tów.

Głu­piec z nie­go. Za­my­ślił się, a prze­cież wciąż trwa­ła za­cię­ta bi­twa.

– Płyń­my tam.

Sy­tu­acja wy­glą­da­ła groź­nie. Nie­ma­ją­cy nic do stra­ce­nia pi­ra­ci wal­czy­li z zim­ną fu­rią. Krew lała się ob­fi­cie. Nikt nie ustę­po­wał.

– Ster­nik, ma­newr na lewą bur­tę i przy­spie­szyć.

Czło­wiek przy bęb­nie na­da­ją­cym wio­śla­rzom rytm za­czął ude­rzać w na­cią­gnię­tą skó­rę dwa razy szyb­ciej. Po­mknę­li po szma­rag­do­wych wo­dach za­to­ki z pręd­ko­ścią kłu­su­ją­ce­go ko­nia.

Wiatr się wzma­gał. Po raz ko­lej­ny Al­ke­stis spoj­rzał na nie­bo, gdzie gro­ma­dzi­ły się ciem­ne chmu­ry. Nie­do­brze. Bu­rza mo­gła po­krzy­żo­wać im pla­ny. Mu­szą roz­strzy­gnąć bi­twę, za­nim spad­nie na nich na­wał­ni­ca.

– Szyb­ciej!

Wio­śla­rze na­par­li na wio­sła w ostat­nim, de­spe­rac­kim wy­sił­ku. Jesz­cze parę ude­rzeń pió­ra­mi o spie­nio­ne fale i ta­ran wy­sta­ją­cy przed dziób okrę­tu ude­rzył w bur­tę pi­rac­kiej ło­dzi, prze­ła­mu­jąc ją na pół. Wrzask to­ną­cych mie­szał się z wy­ciem wi­chru. Łucz­ni­cy po­sy­ła­li strza­łę za strza­łą w skłę­bio­ną masę mor­skich ban­dy­tów. Do za­cho­du słoń­ca nie po­zo­sta­nie ich wie­lu. Ci, któ­rzy prze­ży­ją, zo­sta­ną za­ku­ci w łań­cu­chy, aby po kres swych dni pra­co­wać na chwa­łę im­pe­rium. Jed­ni skoń­czą w ko­pal­niach, inni na po­lach, a jesz­cze inni – ha­ru­ją­cy we flo­cie – nie zo­ba­czą ni­cze­go oprócz ple­ców in­ne­go wio­śla­rza i nie usły­szą ni­cze­go oprócz świ­stu bata nad­zor­cy.

Nie chcie­li się pod­po­rząd­ko­wać? Ich spra­wa. Im­pe­rium jest ła­ska­we. Ale do cza­su. Nikt w nie­skoń­czo­ność nie bę­dzie to­le­ro­wał cier­nia wbi­ja­ją­ce­go się w że­bra.

Sza­la zwy­cię­stwa prze­chy­li­ła się na stro­nę wojsk Al­ke­sti­sa, któ­rym szyb­ko ule­ga­ły mniej­sze jed­nost­ki pi­ra­tów. W za­le­d­wie jed­nym przy­pad­ku okręt Atlan­tów zo­stał osa­czo­ny i padł ich łu­pem, lecz krót­ka była ra­dość zbi­rów. Eska­dra pię­ciu atlan­tydz­kich jed­no­stek, po­zo­sta­ją­cych do tej pory w od­wo­dzie, prze­szła do ata­ku, bły­ska­wicz­nie gro­miąc wro­ga. Lo­sów tej bi­twy już nic nie mo­gło od­wró­cić.

Przy­szła pora na de­sant. Tam, gdzie się dało, ster­ni­cy przy­bi­li do po­mo­stu, po­zo­sta­li kie­ro­wa­li stat­ki na pla­żę. Za­czę­to for­mo­wać od­dzia­ły do sztur­mu na twier­dzę.

„Smo­czy Ogon” był jed­nym z tych okrę­tów, któ­re przy­bi­ły do cze­goś w ro­dza­ju mola – dłu­gie­go, chy­bo­tli­we­go po­mo­stu usta­wio­ne­go na pły­ciź­nie.

Al­ke­stis ze­sko­czył na ląd. To nic, że będą mu­sie­li sztur­mo­wać wzgó­rze wzno­szą­ce się nad za­to­ką, spra­wę za­koń­czy jesz­cze dziś. Nie mógł zmi­trę­żyć cza­su na dłu­gie ob­lę­że­nie, po­go­da wciąż się po­gar­sza­ła. Czyż­by ol­brzy­mi, któ­rzy nie po­wró­ci­li do ot­chła­ni, uwzię­li się na nich? Do tej pory im sprzy­ja­li, co za­tem spra­wi­ło, że na­gle zmie­ni­li zda­nie? Słoń­ca nie da­wa­ło się już doj­rzeć, zaś wiatr po­ry­wa­ją­cy pia­nę z fal siekł po twa­rzach ni­czym bicz.

– Za mną! – roz­ka­zał do­wód­ca.

Ru­szy­li bie­giem w stro­nę skle­co­nych z byle cze­go chat, szop i ko­zich za­gród. Pierw­sze kro­ple desz­czu spa­dły na nich, zmie­sza­ne z wodą mor­ską. Nie zwa­żał na to, przy­spie­sza­jąc. Zwy­cię­stwo i tak bę­dzie jego.

W osa­dzie ni­ko­go nie za­sta­li. Miesz­kań­cy ucie­kli w głąb wy­spy bądź skry­li się w twier­dzy na wzgó­rzu. Do­tych­czas łupy za­po­wia­da­ły się mi­zer­nie. Pi­ra­ci nie sia­li i nie ora­li, po­prze­sta­jąc na ra­bun­ku. W po­bli­żu nie było więc ga­jów oliw­nych ani pól upraw­nych, ani na­wet ryb w becz­kach czy też su­szo­nych na wie­trze. Je­dy­nie dwie kozy – czar­na i bia­ła – przy­glą­da­ły się cie­ka­wie, jak na­je­żo­na ostrza­mi mie­czy i włócz­ni ko­lum­na zmie­rza ku chwa­le albo zgu­bie.

Po­dą­ża­li szyb­ko w na­ra­sta­ją­cej ule­wie. Bose sto­py grzę­zły z bło­cie. Na lą­dzie trud­no cho­dzić bez obu­wia, by nie ka­le­czyć się o po­kru­szo­ne ka­wał­ki skał, z ko­lei na po­kła­dach nie spo­sób wal­czyć w san­da­łach. Na szczę­ście mu­sie­li po­ko­nać tyl­ko parę idą­cych za­ko­sa­mi za­krę­tów, żeby zna­leźć się przed wej­ściem do twier­dzy.

Praw­dę po­wie­dziaw­szy, bu­dow­la z bli­ska nie wy­glą­da­ła im­po­nu­ją­co. Wy­so­kie na ja­kieś pięt­na­ście stóp mury uło­żo­no z gru­bo cio­sa­nych gła­zów, a prze­strzeń po­mię­dzy nimi wy­peł­nio­no gli­ną. Na blan­kach sta­li wo­jow­ni­cy, cze­ka­ją­cy, aż Atlan­ci po­dej­dą bli­żej. Są­dząc po tym, że naj­le­piej umoc­nio­na zo­sta­ła bra­ma – wy­su­nię­ta nie­co do przo­du i zwień­czo­na od góry drew­nia­nym da­chem – ob­lę­że­ni za­pew­ne spo­dzie­wa­li się, że wróg bę­dzie ata­ko­wał ten frag­ment for­ty­fi­ka­cji. Al­ke­stis nie miał za­mia­ru speł­niać ich ocze­ki­wań.

Dał znać. Ka­mie­nie z proc i oszcze­py po­le­cia­ły w stro­nę obroń­ców na mu­rach. Łu­ków z po­wo­du desz­czu nie dało się użyć, a szko­da. Trud­no, ja­koś so­bie po­ra­dzą.

Pierw­sze liny z przy­wią­za­ny­mi na koń­cach ko­twicz­ka­mi wy­rzu­co­no w górę. Co naj­mniej po­ło­wa za­cze­pi­ła się na tyle so­lid­nie, by utrzy­mać cię­żar wspi­na­ją­ce­go się czło­wie­ka. W paru in­nych przy­pad­kach po­trzeb­ne były ko­lej­ne pró­by. Pierw­si śmiał­ko­wie za­czę­li piąć się na wały za­chę­ca­ni okrzy­ka­mi ko­le­gów. Z góry le­cia­ły na nich gła­zy. Je­den z Atlan­tów spadł z roz­trza­ska­ną gło­wą. Dru­gi prze­trą­cił ra­mię.

– Da­lej! – wódz po­na­glił okrzy­kiem po­zo­sta­łych. Naj­chęt­niej sam chwy­cił­by miecz w zęby i przy­stą­pił do sztur­mu.

Ko­lej­ny żoł­nierz spadł na zie­mię, gdy prze­cię­to linę. Wciąż jesz­cze nic ta­kie­go się nie sta­ło. Po­sia­dał do­sta­tecz­nie wie­lu pod­ko­mend­nych, by pró­bo­wać do skut­ku.

– Ata­kuj­cie! – roz­ka­zał gnie­wie. – Ure­uszu, niech idą na lewo. Żwa­wo. Nie ocią­gać się!

Wi­dział, jak ka­mień ci­śnię­ty wpraw­ną ręką roz­bił obroń­cy nos. Dru­gi spra­wił, że inny wo­jow­nik na mu­rach stra­cił rów­no­wa­gę i ru­nął w dół. Pręd­ko zo­stał za­dep­ta­ny przez ata­ku­ją­cych, któ­rzy wciąż pró­bo­wa­li się wspiąć.

Pi­ra­ci prze­sza­co­wa­li swo­je siły, za­kła­da­jąc, że wy­gra­ją na mo­rzu. Sta­ło się jed­nak ina­czej. Obroń­ców szyb­ko uby­wa­ło. Mimo ule­wy wkrót­ce po­nad mu­ra­mi wzbił się w po­wie­trze słup dymu, co ozna­cza­ło, że wal­ka prze­nio­sła się na dzie­dzi­niec.

W samą porę. Al­ke­sti­so­wi nie­zbyt się po­do­ba­ło sta­nie w za­ci­na­ją­cym desz­czu. Ża­ło­wał, że nie za­brał ze sobą płasz­cza. Czuł zim­ne dresz­cze prze­bie­ga­ją­ce przez ple­cy. Chęt­nie roz­grzał­by się w ogniu bi­twy, a nie marzł na ty­łach. Nie mu­siał wszak­że dłu­go cze­kać. Bra­ma zo­sta­ła uchy­lo­na, a Atlan­ci wbie­gli do środ­ka peł­ni za­pa­łu.

Gdzie nie spoj­rzeć, trwa­ła rzeź. Na ra­zie jej nie prze­ry­wał, roz­ko­szu­jąc się wy­ciem mor­do­wa­nych i ję­ka­mi oka­le­czo­nych. Dał upust zło­ści, jaką po­czuł, gdy tyl­ko prze­stą­pił przez bra­mę.

Wzdłuż muru na pa­lach wbi­tych w zie­mię doj­rzał jeń­ców z trans­por­tow­ca, któ­ry wpadł w ręce pi­ra­tów parę dni wcześ­niej. Chwi­li oca­le­nia nie do­cze­kał ża­den z nich. Cia­ła zo­sta­ły zma­sa­kro­wa­ne, oczy wy­dłu­ba­ne, koń­czy­ny po­uci­na­ne, po­dob­nie jak nosy, uszy i usta. Bar­ba­rzyń­stwo, wręcz nie­ludz­kie, wstrząs­nęło nim do głę­bi. Był żoł­nie­rzem, wie­dział, jak za­bi­jać, ale pa­stwie­nie się nad po­ko­na­ny­mi nie mie­ści­ło mu się w gło­wie. To byli zwy­kli ma­ry­na­rze, nikt wy­jąt­ko­wy, na pew­no nie za­słu­ży­li na taki los. Znał paru z nich. Kor­pus z wy­pru­ty­mi wnętrz­no­ścia­mi chy­ba na­le­żał do ka­pi­ta­na. Trud­no go było roz­po­znać, bo i z twa­rzy nie­wie­le zo­sta­ło.

– Tam­ci chcą się pod­dać! – za­wo­łał do nie­go zzia­ja­ny Ure­usz.

– Za­bić ich wszyst­kich.

– Pa­nie…

– Głu­chy je­steś? – wark­nął. – Wy­ko­nać.

– Ko­bie­ty i dzie­ci też?

– Wszyst­kich bez wy­jąt­ku. Wy­rwie­my chwa­sty.

– Star­szy­zna…

– Nią się nie przej­muj. – Mach­nął ręką, co ozna­cza­ło, że za­koń­czył roz­mo­wę.

Ure­usz od­szedł.

Nie był z sie­bie za­do­wo­lo­ny, ale nic na to nie mógł po­ra­dzić.

***

Ka­mien­ny fa­lo­chron, przy któ­rym za­cu­mo­wał „Smo­czy Ogon”, roz­le­głym pół­ko­lem wy­cho­dził w głę­bi­nę, z jed­nej stro­ny osła­nia­jąc port przed gnie­wem mo­rza, a z dru­giej za­pew­nia­jąc wy­god­ne ko­twi­co­wi­sko dla zgro­ma­dzo­nej tu flo­ty. Ska­li­sta The­ra nie na­le­ża­ła do du­żych wysp, za­tem wy­kar­mie­nie ro­sną­cej po­pu­la­cji oby­wa­te­li sta­no­wi­ło co­raz więk­szy pro­blem, mimo to tu­taj wciąż znaj­do­wał się głów­ny ośro­dek ich cy­wi­li­za­cji i stąd wy­ru­sza­li ko­lo­ni­za­to­rzy. Tu­taj rów­nież naj­waż­niej­sze kla­ny ście­ra­ły się w wal­ce o wpły­wy.

Po wie­lu dniach spę­dzo­nych na chy­bo­tli­wej plat­for­mie die­ry Al­ke­stis wciąż nie zdą­żył przy­zwy­cza­ić się do sta­łe­go lądu i miał wra­że­nie, że za­raz się prze­wró­ci. Może ku­bek wina po­mo­że na jego do­le­gli­wo­ści? Nie za­szko­dzi spró­bo­wać.

– Pa­nie.

– Co zno­wu?

Po­sła­niec odzia­ny w dłu­gą tu­ni­kę po­ja­wił się do­słow­nie zni­kąd. Mimo że wciąż po­staw­ny, za­pew­ne miał już swo­je lata, gdyż bro­dę i wło­sy prze­pla­ta­ły nit­ki si­wi­zny. To za­pew­ne je­den z za­ufa­nych któ­re­goś człon­ka Rady Star­szych. Z ta­kim nie war­to za­dzie­rać.

Ge­ne­rał wy­pro­sto­wał się, pró­bu­jąc przy­jąć god­ną po­sta­wę. Chi­ton, w któ­ry się odział, był po­pla­mio­ny, w jed­nym miej­scu na­de­rwa­ny. Srebr­ne­go łań­cu­cha, ozna­ki god­no­ści, w ogó­le nie za­ło­żył. Wło­sy nie­dba­le spły­wa­ły falą na kark. Gę­sta siat­ka zmarsz­czek w ką­ci­kach oczu i ust, a tak­że spa­lo­na na brąz twarz wy­raź­nie świad­czy­ły o tym, że nie oszczę­dzał się i ży­cie upły­nę­ło mu na mo­rzu i w pa­lą­cym słoń­cu. Na woj­nie, nie zaś w do­mo­wym za­ci­szu.

– Rada Star­szych chce cię wi­dzieć – oświad­czył po­sła­niec z nie­dba­ło­ścią ocie­ra­ją­cą się o po­gar­dę.

– Kie­dy?

– Od razu.

– Do­pie­ro przy­pły­ną­łem. – Li­czył się z we­zwa­niem, ale do­pie­ro na­za­jutrz.

– Masz waż­niej­sze za­ję­cia? – Oczy tam­te­go zwę­zi­ły się w wą­skie szpar­ki.

– Do­brze.

Był do­wód­cą, ale i on mu­siał znać swo­je miej­sce w sze­re­gu – pew­ne rze­czy ni­g­dy się nie zmie­nią. Przyj­dzie mu się wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go wy­pra­wa przy­nio­sła tak mar­ny łup. Nie zo­stał prze­cież wy­sła­ny na Na­ksos, żeby się mścić, więc samo zwy­cię­stwo nie mia­ło zna­cze­nia jako oczy­wi­ste.

Ob­le­śne sta­ru­chy my­śla­ły tyl­ko o jed­nym – jak po­mno­żyć wła­sne bo­gac­two i po­gnę­bić po­zo­sta­łych człon­ków rady. Każ­dy z nich mógł po­zo­wać rzeź­bia­rzom jako wzór wy­ra­cho­wa­nia. Al­ke­stis nie wy­klu­czał, że za­miast na­gro­dy spo­tka go kara. Zo­sta­nie do­wód­cą na pla­ców­ce gdzieś na pe­ry­fe­riach im­pe­rium lub każą mu odejść. Wy­da­wa­ło się to cał­kiem praw­do­po­dob­ne – po co im do­wód­ca, któ­ry nie po­tra­fi wy­peł­niać po­le­ceń? Na jego miej­sce znaj­dą ko­goś in­ne­go. Mało to mło­dzi­ków pró­bu­je się wy­bić? Choć­by Ure­usz. Zdo­był do­świad­cze­nie i wie, co jest waż­ne, w prze­ci­wień­stwie do nie­go, sta­re­go głup­ca ule­ga­ją­ce­go emo­cjom.

Wódz wlókł się noga za nogą w stro­nę wyj­ścia z por­tu i mo­nu­men­tal­nych scho­dów pro­wa­dzą­cych do pa­ła­cu rady. Mi­jał dzie­siąt­ki stat­ków przy­cu­mo­wa­nych do pir­su. Jed­ne do­pie­ro co przy­pły­nę­ły, inne zbie­ra­ły się wła­śnie do po­dró­ży. Wszę­dzie pię­trzy­ły się to­wa­ry – am­fo­ry peł­ne wina i oli­wy, skó­ry, ko­sze z wa­rzy­wa­mi i wor­ki ze zbo­żem. W por­cie wo­jen­nym pa­no­wał więk­szy po­rzą­dek, ina­czej Al­ke­sti­sa szlag by tra­fił. Wy­mi­nął stos ko­zich bob­ków, któ­re­go nikt nie ra­czył uprząt­nąć, i becz­kę peł­ną su­szo­nych ryb, z któ­rej za­la­ty­wa­ło nie­spo­ty­ka­nym smro­dem. W koń­cu do­tarł do przy­kle­jo­ne­go do ska­ły mia­sta. Set­ki do­mów z ka­mie­nia pię­ły się wy­so­ko po­nad mo­rze ota­cza­ją­ce The­rę.

Do pa­ła­cu pro­wa­dzi­ły sze­ro­kie ka­mien­ne scho­dy. Stą­pa­jąc po nich, mi­jał stra­że i gro­ma­dy miesz­kań­ców. Nikt go nie po­zdro­wił, wy­glą­dał jak je­den z nich, za­tem nie mie­li po­wo­du, by się płasz­czyć. Wła­ści­wie mógł­by nie­zau­wa­żo­ny skrę­cić i prze­paść wśród wie­lu uli­czek, zajść do ta­wer­ny, od­po­cząć i za­sta­no­wić się nad swo­im lo­sem.

Jesz­cze przyj­dzie na to czas. Może już nie­dłu­go.

Nie oglą­dał się za sie­bie. Kie­dyś czer­pał z tego przy­jem­ność, dziś już nie. Wszyst­ko może się znu­dzić. Zwłasz­cza jak się ma pro­ble­my.

Wej­ścia do pa­ła­cu pil­no­wa­ła gro­ma­da straż­ni­ków z eli­tar­nych od­dzia­łów. Odzia­ni na czar­no, z twa­rza­mi skry­ty­mi za osło­na­mi heł­mów nie przy­po­mi­na­li lu­dzi. Al­ke­stis ich nie cier­piał. Co oni mo­gli wie­dzieć o woj­nie? Całe ży­cie upły­wa­ło im na służ­bie gar­ni­zo­no­wej. Ro­bi­li wra­że­nie, to fakt, ale w praw­dzi­wym boju pój­dą w roz­syp­kę, w prze­ci­wień­stwie do za­har­to­wa­nych we­te­ra­nów.

– Kim je­steś? – za­py­tał je­den z nich, choć pew­nie wie­dział, do kogo mówi.

– Al­ke­stis.

Po­sta­li chwi­lę w mil­cze­niu.

– Prze­szu­kać go.

Roz­kaz zo­stał wy­ko­na­ny bez­zwłocz­nie. Wódz nie miał przy so­bie prak­tycz­nie żad­nej bro­ni, je­dy­nie mały no­żyk przy pa­sie, bar­dziej na­da­ją­cy się do pa­tro­sze­nia ryb niż do wal­ki.

– Chodź za mną – ski­nął straż­nik.

W oto­cze­niu pię­ciu po­nu­rych dra­bów Al­ke­stis ru­szył da­lej, wciąż nie wie­dząc, czym so­bie za­słu­żył na ta­kie trak­to­wa­nie. Nic złe­go nie zro­bił, tak ostat­nio, jak i wcze­śniej wy­peł­niał wszyst­kie roz­ka­zy, za­pro­wa­dził spo­kój na dłu­gie lata. Oby tyl­ko nie wy­lą­do­wał w ko­pal­ni sre­bra na Pe­lo­po­ne­zie. Ni­g­dy żad­nej nie wi­dział na wła­sne oczy, lecz sły­szał od wie­lu osób o za­bój­czych wa­run­kach, ja­kie w nich pa­nu­ją. Więź­nio­wie pa­da­li tam jak mu­chy, ty­ra­jąc w ciem­no­ściach. On z pew­no­ścią nie­dłu­go wy­trzy­ma bez świa­tła i prze­strze­ni. Le­piej już paść z wła­snej ręki. Szko­da, że za­re­kwi­ro­wa­no mu nóż. Może póź­niej wy­cze­ka oka­zji i skoń­czy ze sobą, nie da­jąc ra­dzie sa­tys­fak­cji z wy­mie­rzo­nej kary.

Sala zgro­ma­dzeń może nie na­le­ża­ła do du­żych, ale na nim wy­war­ła spo­re wra­że­nie. Do­kład­nie po­środ­ku po­miesz­cze­nia pło­nął ogień. Tra­dy­cja mó­wi­ła, że zga­śnie do­pie­ro, gdy wy­spę po­chło­ną fale. Pod ścia­na­mi za­sia­da­li ge­ron­ci – dwu­dzie­stu czte­rech przed­sta­wi­cie­li wszyst­kich kla­nów Atlan­ty­dy. Przy każ­dym stał po­moc­nik i skry­ba. Za zło­te i srebr­ne ele­men­ty wy­stro­ju da­ło­by się wy­sta­wić flo­tę, ja­kiej nie wi­dział świat. Woń pa­lo­ne­go ka­dzi­dła odu­rza­ła. Może dla­te­go, gdy wszedł do środ­ka, od­niósł wra­że­nie, że star­cy śpią.

– Za­cze­kaj tu­taj – po­le­cił straż­nik i wska­zał mu miej­sce z boku.

Wódz chciał usiąść na ka­mien­nej ła­wecz­ce, lecz nie zdą­żył. Wraz z jego po­ja­wie­niem się w star­szy­znę wstą­pił nowy duch.

Znał kil­ku przed­sta­wi­cie­li rady, a z jed­nym roz­ma­wiał oso­bi­ście. Za­zwy­czaj wy­słu­chi­wał, co mają do po­wie­dze­nia, a póź­niej za­czy­nał dzia­łać.

Po prze­ciw­nej stro­nie do­strzegł Anak­sa­go­ra­sa, niż­sze­go ran­gą do­wód­cę. Twarz daw­ne­go pod­wład­ne­go drę­czył nie­po­kój. A więc Al­ke­stis nie był tu je­dy­nym, któ­ry nie wie­dział, co go cze­ka…

– Al­ke­sti­sie, wy­stąp na­przód – ode­zwał się Epi­diasz, przed­sta­wi­ciel naj­po­tęż­niej­sze­go kla­nu. – Miło cię wi­dzieć w do­brym zdro­wiu.

Po­wi­ta­ny w ten spo­sób omal nie po­tknął się na pro­stej dro­dze. Nie tego się spo­dzie­wał.

– Śmia­ło – usły­szał za­chę­tę. – Już do nas do­tar­ły wie­ści o two­im świet­nym zwy­cię­stwie.

Za­pew­ne.

– Zro­bi­łem tyl­ko to, co do mnie na­le­ża­ło.

– Ależ ge­ne­ra­le, po co ta skrom­ność. Je­steś na­szą chlu­bą. Pro­szę, nie za­prze­czaj.

Al­ke­sti­sto­wi wy­da­wa­ło się, że sta­rzec chce wstać i go uści­skać. Na szczę­ście nic ta­kie­go nie na­stą­pi­ło.

– Trud­ne mia­łeś za­da­nie?

– Po­dob­nie jak po­przed­nie, pa­nie… – za­wa­hał się, nie wie­dząc, ku cze­mu zmie­rza roz­mo­wa.

Nie­pew­nie ro­zej­rzał się do­oko­ła, a to, co uj­rzał, nie pod­nio­sło go na du­chu. Tu każ­dy wy­glą­dał jak sęp. Po­marsz­czo­nych, wy­chu­dłych, po­nu­rych de­spo­tów, mimo że na­zy­wa­li się radą, in­te­re­so­wa­ła je­dy­nie wła­sna kie­sa. Je­że­li je­den zy­ski­wał, resz­ta jed­no­czy­ła się, by go za­gryźć. Nikt nie mógł wy­ro­snąć po­nad po­zo­sta­łych. Stąd frak­cje i ukła­dy. Jak dłu­go tak moż­na?

– Z pół­no­cy do­cho­dzą nas nie­po­ko­ją­ce wie­ści – ode­zwał się po­now­nie sto­ją­cy na cze­le rady Epi­diasz.

Al­ke­stis zmarsz­czył brwi.

– Utra­ci­li­śmy kon­takt z pa­ro­ma naj­od­le­glej­szy­mi ko­lo­nia­mi. Mar­twi­my się.

Tyl­ko tyle? Co za pro­blem wy­słać szyb­ki okręt z do­świad­czo­nym ka­pi­ta­nem na po­kła­dzie. Niech ro­ze­zna, o co cho­dzi, i wró­ci wraz z po­dmu­cha­mi wia­trów ete­zyj­skich z pół­no­cy.

– Za­cho­dzi oba­wa…

– Jaka tam oba­wa. – Ko­lej­ny sta­rzec, któ­re­go imie­nia wódz so­bie nie przy­po­mi­nał, ude­rzył otwar­tą dło­nią w rzeź­bio­ną po­ręcz sie­dzi­ska. – Wszy­scy wie­my, o co cho­dzi.

– Gi­the­onie, ła­miesz za­sa­dy – upo­mniał na­rwań­ca prze­wod­ni­czą­cy Rady Star­szych.

– A ty, Epi­dia­szu, nie do­ce­niasz wagi za­gro­że­nia. Nie mo­że­my cho­wać gło­wy w pia­sek, gdy wróg stoi u na­szych gra­nic.

– Nie mo­że­my być tego pew­ni.

– Ależ mo­że­my i je­ste­śmy. Każ­dy ko­lej­ny dzień zwło­ki zbli­ża nas do za­gła­dy.

– Mó­wisz tak, bo twoi zwo­len­ni­cy sta­no­wią więk­szość jed­nej z tych ko­lo­nii…

– Ty się tym nie mar­twisz? Ja­kie to ma zna­cze­nie w tej sy­tu­acji? – od­pa­ro­wał Gi­the­on. – Co z cie­bie za czło­wiek! Spójrz praw­dzie w oczy: Cha­ru­no­wie nad­cho­dzą.

Pa­dło sło­wo, któ­re­go każ­dy z obec­nych pod­świa­do­mie się oba­wiał. O bar­ba­rzyń­cach z od­le­głe­go ste­pu nikt daw­no nie sły­szał. Kon­tak­ty z nimi były spo­ra­dycz­ne, na szczę­ście, bo­wiem je­że­li już do nich do­cho­dzi­ło, naj­czę­ściej koń­czy­ły się ma­sa­krą Atlan­tów. Ostat­ni raz mia­ło to miej­sce jesz­cze przed uro­dze­niem Al­ke­sti­sa, jed­nak­że ze­bra­ni tu ge­ron­ci mu­sie­li to pa­mię­tać. Może na­wet któ­ryś z nich brał udział w wal­kach.

Co spo­wo­do­wa­ło, że ci strasz­li­wi wo­jow­ni­cy znów wtar­gnę­li w gra­ni­ce im­pe­rium?

– Na po­czą­tek mu­si­my po­twier­dzić fak­ty.

– Co tu po­twier­dzać – prych­nął Gi­the­on. – Splą­dro­wa­ne i znisz­czo­ne Se­stos to mało?

Epi­diasz za­prze­stał dys­ku­sji, wi­dząc, że po­zo­sta­li człon­ko­wie rady przy­chy­la­ją się do zda­nia Gi­the­ona.

– We­dług mnie ist­nie­je tyl­ko jed­no wyj­ście. Ge­ne­rał musi sta­nąć na cze­le ar­mii i od­bić na­szą zie­mię. Nie mo­że­my po­zwo­lić, by Cha­ru­no­wie dyk­to­wa­li nam wa­run­ki.

Zgro­ma­dze­ni za­czę­li prze­krzy­ki­wać się je­den przez dru­gie­go, wy­bu­chła wrza­wa. Każ­dy miał coś do po­wie­dze­nia. Każ­dy oprócz wo­dza i Anak­sa­go­ra­sa. Przy­ję­cie sta­no­wi­ska Gi­the­ona ozna­cza­ło ko­lej­ną woj­nę, i to z prze­ciw­ni­kiem, któ­ry nie znał li­to­ści.

Z Cha­ru­na­mi nie było żar­tów. Ci miesz­kań­cy nie­zna­nych ste­pów na­le­że­li do lu­dów, któ­rych ani nie uda­ło się ujarz­mić, ani wejść z nimi w so­jusz. Po­ja­wia­li się rów­nie na­gle i nie­spo­dzie­wa­nie, jak póź­niej zni­ka­li, zo­sta­wia­jąc sto­sy tru­pów i zglisz­cza. Ni­g­dy do tej pory jed­nak nie ata­ko­wa­li ufor­ty­fi­ko­wa­nych miast, i to tak bli­sko The­ry. Czyż­by im­pe­rium sta­nę­ło przed naj­więk­szym wy­zwa­niem w swo­jej hi­sto­rii?

– Ci­sza! Ci­sza! – Głos Gi­the­ona pró­bu­ją­ce­go za­pa­no­wać nad zgro­ma­dzo­ny­mi wzbił się po­nad zgiełk. – W ten spo­sób do ni­cze­go nie doj­dzie­my.

Na­pię­cie, ja­kie wódz od­czu­wał, wkra­cza­jąc do sali, nie ustę­po­wa­ło. Spo­dzie­wał się de­gra­da­cji, a na­wet wy­da­le­nia ze służ­by, któ­re to oba­wy się nie zi­ści­ły, jed­nak­że mi­sja, któ­rą mu po­wie­rzo­no jako do­wód uzna­nia, może się dla nie­go skoń­czyć jesz­cze go­rzej.

– Dro­gi chłop­cze… – Gi­the­on zstą­pił z pod­wyż­sze­nia i pod­szedł do Al­ke­sti­sa, a całą po­sta­cią wy­ra­żał za­tro­ska­nie. – Wszel­kie za­so­by pań­stwa zo­sta­ną od­da­ne do two­jej dys­po­zy­cji.

Ge­ne­rał zdrę­twiał. Do tej pory ni­g­dy nie spo­tkał się z taką hoj­no­ścią. Nie­mal za­wsze mu­siał so­bie ra­dzić z dużo mniej­szy­mi si­ła­mi, że­brać o każ­dy do­dat­ko­wy okręt i ko­lej­ny od­dział żoł­nie­rzy. Ar­gu­men­ty były nie­zmien­ne: skarb jest pu­sty, po­trze­by spo­re, a sko­ro on so­bie nie ra­dzi, może zo­stać za­stą­pio­ny przez in­ne­go stra­te­go­sa. Co wpły­nę­ło na tak ra­dy­kal­ną zmia­nę po­dej­ścia wład­ców?

Wrza­wa uci­chła. Człon­ko­wie Rady Star­szych wpa­try­wa­li się z uwa­gą w Al­ke­sti­sa, cze­ka­jąc jego de­cy­zji. Tym­cza­sem on zda­wał so­bie spra­wę, jak nie­wiel­kie w isto­cie ma pole ma­new­ru. Pań­stwo było w po­trze­bie, a ge­ron­ci zde­ter­mi­no­wa­ni. Je­że­li on się nie zgo­dzi, wy­ślą ko­goś in­ne­go. On sam praw­do­po­dob­nie zo­sta­nie w ar­mii, lecz na ja­kimś po­śled­nim sta­no­wi­sku. Być może w nad­cho­dzą­cej woj­nie w ogó­le nie weź­mie udzia­łu, ode­sła­ny na pro­win­cję, by do­glą­dać bła­ho­stek.

Na­to­miast przy­ję­cie do­wódz­twa uczy­ni go naj­po­tęż­niej­szą oso­bą w im­pe­rium. Ty­leż da­wa­ło to swo­bo­dę po­czy­nań, co ją ogra­ni­cza­ło. Roz­ma­ite frak­cje za­czną wy­wie­rać na nie­go pre­sję, gdy tyl­ko pierw­szy en­tu­zjazm i strach nie­co opad­ną. Ge­ron­ci nie­wąt­pli­wie już te­raz ży­wią oba­wy, czy nie oka­że się ty­ra­nem, któ­ry roz­pę­dzi radę i za­stą­pi oli­gar­chię dyk­ta­tu­rą bądź też mo­nar­chią. Będą go wiel­bi­li i nie­na­wi­dzi­li jed­no­cze­śnie, a zgu­bę może mu przy­nieść na rów­ni klę­ska, jak i zwy­cię­stwo.

– Tak mało na ra­zie wie­my – bąk­nął pod no­sem, wciąż nie­pew­ny, czy przy­ję­cie do­wódz­twa go nie prze­ro­śnie.

– Je­że­li od po­cząt­ku twar­do się nie po­sta­wi­my, to zgi­nie­my. My wszy­scy. Tu nie cho­dzi o ja­kąś ko­lo­nię, ge­ne­ra­le.

Gi­the­on się bał. Do­pie­ro te­raz do­tar­ło to do Al­ke­sti­sa z całą mocą. Jak to moż­li­we? Ten czło­wiek był jed­nym z po­tęż­niej­szych w im­pe­rium, a mimo to cze­kał na zgo­dę ge­ne­ra­ła, jak­by od tego mia­ło za­le­żeć jego dal­sze ży­cie.

Klan Gi­the­ona – Aszi­ro­wie – wraz z po­zo­sta­ją­cy­mi z nimi w so­ju­szu Mi­le­ta­mi i So­ba­mi to nie­mal po­ło­wa sił im­pe­rium. Sami mo­gli wy­sta­wić po­tęż­ną ar­mię. Ich do­cho­dy spo­koj­nie na to po­zwa­la­ły. Bra­ko­wa­ło im tyl­ko zdol­ne­go wo­dza.

– To jak?

– Zga­dzam się.

Na ob­li­czu Gi­the­ona od­ma­lo­wa­ła się ulga.

Klep­nął wo­dza w ra­mię, co nie­ja­ko przy­pie­czę­to­wa­ło no­mi­na­cję.

Al­ke­stis ze­brał gra­tu­la­cje, po­chwa­ły, rady i ostrze­że­nia. Na tym eta­pie to było wszyst­ko. Wkrót­ce za­cznie się wy­tę­żo­na pra­ca. Może przed nim ostat­nia noc, któ­rą dane mu bę­dzie prze­spać?

Zo­stał ode­sła­ny na kwa­te­rę. Na ra­zie nie chciał ni­ko­go wi­dzieć, nie miał na­stro­ju ani po­trze­by. Po­pi­jał wino, po­grą­żo­ny w po­nu­rych roz­wa­ża­niach. Miał wy­łącz­nie złe prze­czu­cia. Za­mknął oczy w ocze­ki­wa­niu na sen, któ­ry wciąż nie nad­cho­dził. Tak było za­wsze, gdy się de­ner­wo­wał.

Oby nie ża­ło­wał swo­jej de­cy­zji, al­bo­wiem już za póź­no na jej zmia­nę. Drę­czył się tym. W koń­cu zmę­czo­ny od­pły­nął do kra­iny da­le­kiej od trosk i zmar­twień. Ju­tro bę­dzie le­piej.

Na pew­no.

***

– Nie we­zwa­łem cię do sie­bie bez po­wo­du.

Pry­wat­ne kom­na­ty Gi­the­ona sta­no­wi­ły ide­al­ne po­łą­cze­nie wy­go­dy, har­mo­nii i funk­cjo­nal­no­ści, a wi­dok roz­ta­cza­ją­cy się z ma­łe­go ta­ra­su na mia­sto i ko­twi­co­wi­sko za­pie­rał dech w pier­si. Bie­do­ta we­ge­tu­ją­ca na niż­szych po­zio­mach mo­gła po­ma­rzyć o ta­kich luk­su­sach. U Gi­the­ona wino za­wsze było wy­bor­ne, po­tra­wy naj­smacz­niej­sze, a służ­ba dys­kret­na.

Nie­wol­ni­ca na­le­wa­ją­ca im trun­ku z am­fo­ry po­cho­dzi­ła z ja­kiejś po­łu­dnio­wej kra­iny. Po­są­go­we kształ­ty skry­wał wzo­rzy­sty pe­plos z de­li­kat­nej tka­ni­ny, zaś mi­ster­nie upię­te wło­sy sta­no­wi­ły wy­raź­ny znak, że Gi­the­on ce­nił so­bie jej to­wa­rzy­stwo.

– Po­do­ba ci się? – Sta­rzec pod­chwy­cił spoj­rze­nie Al­ke­sti­sa.

– Ow­szem.

– Mogę ci ją od­dać. Po­tra­fi ta­kie rze­czy…

– Na okrę­cie na nic mi się nie przy­da.

– Je­steś re­ali­stą i to mi się w to­bie po­do­ba.

– Sta­ram się – od­po­wie­dział skrom­nie ge­ne­rał.

– Po­słu­chaj za­tem. – Uśmiech znikł z twa­rzy Gi­the­ona. – Do­sta­łeś do­wo­dze­nie…

– Pa­mię­tam, komu je za­wdzię­czam – po­wie­dział po­spiesz­nie.

– Nie mu­sisz mi ka­dzić. Po­li­ty­ką zaj­mu­ję się do­sta­tecz­nie dłu­go, by wie­dzieć, że wszel­kie za­pew­nie­nia i de­kla­ra­cje są nic nie­war­te i ła­ma­ne przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji.

Al­ke­stis uniósł brwi do góry.

– Oczy­wi­ście, nie mó­wię o to­bie, je­steś chlub­nym wy­jąt­kiem.

– Miło mi to sły­szeć.

Gi­the­on z roz­ba­wie­niem zmru­żył oczy.

– Nie kpij.

– Je­stem wier­nym słu­gą im­pe­rium.

– I niech tak zo­sta­nie. – Ge­ront upił wina i od­sta­wił ku­bek. – Przed tobą trud­na kam­pa­nia.

– Cha­ru­no­wie sły­ną z okru­cień­stwa i nie­ustę­pli­wo­ści.

– Nie­ste­ty, nie cho­dzi tyl­ko o Cha­ru­nów. – Gi­the­on wy­raź­nie się za­sę­pił. – Wi­dzia­no z nimi jesz­cze ko­goś.

– Zy­ska­li so­jusz­ni­ków?

– Moż­na tak po­wie­dzieć. Lecz to nie są zwy­kli lu­dzie, na­wet na tle Cha­ru­nów. Nie wiem, jak to po­wie­dzieć, ale… we­dług re­la­cji to praw­dzi­we po­two­ry z ot­chła­ni.

Al­ke­stis spoj­rzał nie­uf­nie na star­ca. Od po­cząt­ku oczy­wi­stym było, że za­po­wia­da się krwa­wa woj­na z nie­ludz­kim prze­ciw­ni­kiem, mimo to nie wie­dział, co my­śleć o sło­wach Gi­the­ona.

– Po­two­ry? – za­py­tał ostroż­nie.

– Wę­drow­cy z mrocz­nej stro­ny.

– Dziw­ne okre­śle­nie. Kto tak po­wie­dział?

– Świad­ko­wie. Za­ło­ga stat­ku, któ­ry wy­pły­wał z Se­stos, gdy wróg za­ata­ko­wał mia­sto. Czy­ta­łem re­la­cje ma­ry­na­rzy. Są prze­ra­ża­ją­ce.

– Dla­cze­go o tym nie wspo­mnia­łeś?

– My­ślisz, że Epi­diasz i po­zo­sta­li są go­to­wi na ta­kie wie­ści? Nie są­dzę. – Gi­the­on wstał i po­chy­lo­ny zro­bił kil­ka kro­ków po kom­na­cie. – Znam ich do­brze. Chcą się mnie po­zbyć. Uwa­ża­ją mnie za spraw­cę wszyst­kich swo­ich nie­szczęść.

Wódz po­wstrzy­mał się od ko­men­ta­rza.

– To pew­ne?

– Nic nie jest pew­ne – prych­nął po­li­tyk. – Mam tyl­ko list. We­dług mnie dość wia­ry­god­ny, jed­nak­że to opo­wieść z dru­giej ręki, na­to­miast gdy­by do­szła do nie­po­wo­ła­nych uszu, na pew­no wzbu­dzi­ła­by pa­ni­kę. Jak chcesz, mogę ka­zać ci prze­czy­tać to spra­woz­da­nie, ale le­piej po­płyń do Ilio­nu i wy­py­taj tych świad­ków oso­bi­ście, mają ich za­trzy­mać do two­je­go przy­by­cia. Wiem, że „Smo­czy Ogon” może od­bić choć­by dzi­siaj.

– Ty ka­za­łeś ich tam uwię­zić?

Gi­the­on przy­tak­nął, a ge­ne­ra­ło­wi nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak po­gra­tu­lo­wać roz­trop­no­ści. Do Ilio­nu, ma­łej osa­dy, do­pły­nie w parę dni. Da­lej znaj­do­wa­ły się wro­ta Hel­le­spon­tu i znisz­czo­ne Se­stos.

– Obo­wiąz­ki mo­żesz prze­ka­zać Anak­sa­go­ra­so­wi – za­su­ge­ro­wał sta­rzec.

Al­ke­stis po­krę­cił gło­wą.

– Po­cze­kam na po­sił­ki z pro­win­cji i do­pie­ro wte­dy wy­ru­szę. Rada bę­dzie mu­sia­ła syp­nąć zło­tem, je­że­li jest fak­tycz­nie tak, jak mó­wisz.

– Zwło­ka może nas spo­ro kosz­to­wać. Trans­por­tow­ce ze zbo­żem już pły­ną, a kon­tyn­gent ana­to­lij­ski jest pra­wie go­to­wy. Gdzie chciał­byś się z nim spo­tkać?

– Pod Ilio­nem. To do­bre miej­sce.

– Na­pi­szę do nich. Niech ru­sza­ją nie­zwłocz­nie.

To była do­bra wia­do­mość. Od­dzia­ły z Ana­to­lii dys­po­no­wa­ły jaz­dą, ry­dwa­na­mi i pie­cho­tą. Na wy­spach kon­ni­ca się nie spraw­dza­ła, co in­ne­go pod­czas woj­ny na sze­ro­kich rów­ni­nach. Jaz­da i ry­dwa­ny prze­to­czą się przez wro­ga, wy­ry­wa­jąc w jego za­stę­pach krwa­wą bruz­dę.

– Mu­szę iść – oświad­czył Al­ke­stis, do­piw­szy wino. – Cze­ka mnie mnó­stwo pra­cy.

– Nie bój się pro­sić, gdy bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wał.

– Je­steś dla mnie nad wy­raz hoj­ny.

– Nie dla cie­bie, mar­twię się o na­szą przy­szłość.

I swo­ją kie­sę – po­my­ślał Al­ke­stis. Kie­sę i wpły­wy. Nie znał Gi­the­ona z tej lep­szej stro­ny. Tak szczo­dry sta­rzec chy­ba jesz­cze ni­g­dy nie był. Szczo­dry i prze­stra­szo­ny – chcia­ło­by się do­dać. Za­czął dzia­łać, nim po­zo­sta­li o czym­kol­wiek się do­wie­dzie­li. Al­ke­sti­so­wi nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak ko­lej­ny raz po­zaz­dro­ścić ge­ron­to­wi spraw­nej siat­ki szpie­gów roz­sia­nej po wszyst­kich za­kąt­kach im­pe­rium. On o po­dob­nej nie mógł na­wet ma­rzyć. Naj­czę­ściej po­zo­sta­wał w dys­po­zy­cji rady, a gdy był po­trzeb­ny, otrzy­my­wał do­wo­dze­nie i wy­ru­szał na woj­nę. Jego kom­pe­ten­cje były ści­śle okre­ślo­ne i ogra­ni­czo­ne. Nie mógł się prze­cież wy­bić po­nad radę.

Do wyj­ścia od­pro­wa­dził go mil­czą­cy nie­wol­nik z pła­ską twa­rzą i mu­sku­la­tu­rą god­ną ty­ta­na. Ni­g­dzie nie uda­ło się do­strzec sma­gło­li­cej nie­wol­ni­cy. Szko­da. Za­pa­da­ła w pa­mięć.

Do­tarł do głów­nych scho­dów i zszedł do por­tu, gdzie wrza­ło jak w ulu. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej lu­bił to miej­sce niż peł­ne prze­py­chu pu­ste sale.

Od­su­nął się na bok, aby zro­bić miej­sce gru­pie brań­ców sku­tych za szy­je i pę­dzo­nych jak by­dło na targ. Przy koń­cu pir­su zna­lazł Ure­usza w to­wa­rzy­stwie ka­pi­ta­nów cu­mu­ją­cych w po­bli­żu okrę­tów.

– Pa­nie…

– Nie­dłu­go wy­pły­wa­my – oświad­czył wódz.

– Do­my­ślam się. – Ure­usz wska­zał na za­pa­sy pię­trzą­ce się do­oko­ła. – Da­le­ko pły­nie­my?

– Na po­czą­tek do Ilio­nu.

– Tam prze­cież nic nie ma. To dziu­ra bez zna­cze­nia.

– Zga­dzam się z tobą. Nie za­ba­wi­my tam dłu­go. – Nie po­wie­dział nic wię­cej.

– Przy­by­ły kon­tyn­gen­ty z Ere­trii i Ky­re­ne.

– To do­brze.

– Wszy­scy mó­wią o woj­nie.

Po Ure­uszu wi­dać było, że moc­no się nie­po­koi. Taki ruch wojsk był do­syć nie­zwy­kły. Od razu moż­na było się do­my­ślić, że nie cho­dzi o krót­ką wy­pra­wę ma­ją­cą spa­cy­fi­ko­wać nad­mor­skie ludy czy uspo­ko­ić nie­za­do­wo­lo­nych wład­ców na ru­bie­żach im­pe­rium, tyl­ko o coś znacz­nie więk­sze­go. Wszy­scy to wy­czu­wa­li.

– Ma­cie trzy dni na za­ła­twie­nie pry­wat­nych spraw i po­że­gna­nie się z ro­dzi­na­mi. Resz­ty do­wie­cie się póź­niej. Mo­że­cie odejść.

Ka­pi­ta­no­wie ro­ze­szli się. Po­zo­stał tyl­ko Ure­usz.

– W ko­sza­rach spo­kój? – za­py­tał go Al­ke­stis.

– Nie bar­dzo. Lu­dzie piją i za dużo ga­da­ją. Robi się ner­wo­wo.

– Niech się wy­szu­mią… Dla wie­lu to bę­dzie ostat­nia wy­pra­wa – do­dał.

– Po­wiesz mi coś wię­cej?

– Nie mogę, ale do­wiesz się wkrót­ce.

Wy­star­czy­ło, że po­wiódł spoj­rze­niem po znaj­du­ją­cych w po­bli­żu cie­ślach, nad­zor­cach i ma­ry­na­rzach, by Ure­usz zro­zu­miał, w czym rzecz. Tu ro­iło się od do­no­si­cie­li. Kto wie, któ­ry z nich pra­co­wał dla Gi­the­ona, któ­ry dla Epi­dia­sza, a któ­ry bie­rze sztu­ki sre­bra od któ­re­goś z po­zo­sta­łych człon­ków rady. Nie­je­den ga­du­ła skoń­czył na dnie za­to­ki z ka­mie­niem przy­wią­za­nym do stóp, bo za bar­dzo kła­pał zę­ba­mi. Jemu nic się nie sta­nie, ale Ure­usza nie ochro­ni. Sko­ro obie­cał Gi­the­ono­wi, że nie po­wie, to do­trzy­ma obiet­ni­cy.

Przy­naj­mniej do­pó­ki znaj­do­wa­li się na The­rze.

***

Jak na wa­run­ki i po­śpiech, w ja­kich przy­szło im dzia­łać, ze­brał cał­kiem po­kaź­ną ar­mię – pięć ty­się­cy pie­cho­ty, ty­siąc kon­nych i kil­ka­dzie­siąt ry­dwa­nów. Ar­mia ana­to­lij­ska była rów­nie licz­na i skła­da­ła się z do­świad­czo­nych żoł­nie­rzy. Im­pe­rium mo­gło wy­sta­wić dużo więk­sze siły, lecz do tego po­trzeb­ny był czas. W ostat­niej roz­mo­wie ze stra­te­go­sem Gi­the­on zo­bo­wią­zał się do nie­zwłocz­ne­go do­sy­ła­nia ko­lej­nych od­dzia­łów, gdy tyl­ko będą go­to­we do wy­pły­nię­cia w mo­rze.

Nie było więc tak źle. Al­ke­stis mar­twił się, że wie­le ko­lo­nii po­zo­sta­nie bez od­po­wied­niej ochro­ny, wy­sta­wio­nych na nie­spo­dzie­wa­ny atak pi­ra­tów, któ­rych do tej pory nie uni­ce­stwi­li, ale obie­cy­wał so­bie, że wy­pra­wa nie po­trwa dłu­go.

Zła­pa­li wiatr w ża­gle i nie mi­nę­ły czte­ry dni, jak do­pły­nę­li do Ilio­nu. Ure­usz miał ra­cję, to była dziu­ra. Opa­sa­na ziem­nym wa­łem nie­wiel­ka osa­da u stóp wzgó­rza da­le­ce od­bie­ga­ła wy­glą­dem od cen­trum ich cy­wi­li­za­cji, a krót­ko mó­wiąc, Ilion przy­po­mi­nał wio­chę bar­ba­rzyń­ców. Było tro­chę pól upraw­nych, a sta­da kóz i owiec wy­ja­da­ły li­chą tra­wę na pa­stwi­skach. Nie wi­dział tu nic, co mo­gło za­chwy­cić, i ab­so­lut­nie żad­ne­go po­ten­cja­łu na roz­wój. Za parę lat pew­nie wy­pro­wa­dzą się stąd ostat­ni lu­dzie. Je­dy­nie po­bli­ska za­to­ka wy­glą­da­ła za­chę­ca­ją­co. Ko­twi­co­wi­sko z pew­no­ścią po­mie­ści okrę­ty i trans­por­tow­ce znaj­du­ją­ce się pod jego ko­men­dą.

Wy­słał szyb­ką jed­nost­kę ma­ją­cą do­ko­nać roz­po­zna­nia w stro­nę Hel­le­spon­tu, a sam zszedł na ląd. Do­wód­ca gar­ni­zo­nu cze­kał na pla­ży, wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­ny. W przy­pad­ku sta­re­go wy­ja­da­cza było to nie­spo­ty­ka­ne.

– Wi­taj, Teo­gi­sie.

– Pa­nie.

– Ile to lat?

– Dwa. Pra­wie trzy. – Wia­rus uśmiech­nął się pod wą­sem.

– Czas był dla cie­bie ła­ska­wy.

– I dla cie­bie, pa­nie.

Daw­ny pod­wład­ny lek­ko uty­kał na lewą nogę. Sta­ra rana nie po­zwa­la­ła o so­bie za­po­mnieć.

– Co u Ne­me­ny?

– Jest tu ze mną. Przy­go­to­wu­je małą ucztę. Bę­dzie rada ze spo­tka­nia.

Przy­pro­wa­dzo­no ko­nie. Al­ke­sti­so­wi przy­pa­dła spo­koj­na klacz ze strzał­ką na czo­le. Do­siadł jej z pew­nym tru­dem, gdyż tro­chę od­wykł od jaz­dy kon­nej. Zer­k­nął w tył. Żoł­nie­rze na wszel­ki wy­pa­dek po­odw­ra­ca­li gło­wy.

Do­brze, że nie spadł – taka kom­pro­mi­ta­cja nad­szarp­nę­ła­by jego au­to­ry­tet.

– W dro­gę – roz­ka­zał.

Szyb­ko zła­pał rytm. Klacz pro­wa­dzi­ła się do­sko­na­le.

– Jak się na­zy­wa?

– Rok­sa­na.

– Sam to wy­my­śli­łeś?

– Nie. Moja żona. To jej ulu­bie­ni­ca.

– Mo­głem się tego spo­dzie­wać.

Mi­nę­li pierw­sze go­spo­dar­stwo i wje­cha­li po­mię­dzy wały. Z bli­ska for­te­ca ro­bi­ła lep­sze wra­że­nie. Na­le­ża­ło ją oto­czyć ka­mien­nym mu­rem, wów­czas sta­nie się wa­row­nią z praw­dzi­we­go zda­rze­nia. Dzie­dzi­niec nie był duży, znacz­nie róż­nił się od po­lis, do któ­rych Al­ke­stis przy­wykł. Dwo­ro­wi też da­le­ko było do pa­ła­cu.

Przy­wi­tał się z Ne­me­ną, któ­rą pa­mię­tał jako mło­dą dziew­czy­nę. Te­raz to już sta­tecz­na ma­tro­na. Za­mie­ni­li parę słów, a póź­niej wódz od­cią­gnął Teo­gi­sa na bok.

– Wiesz, po co tu przy­by­łem.

– Chcesz ich zo­ba­czyć?

– Oczy­wi­ście.

– To nie bę­dzie miły wi­dok. Oni po­stra­da­li ro­zum.

– Sam to oce­nię.

Wy­szli do są­sied­nie­go po­miesz­cze­nia. Nie wie­dział, cze­go ma się spo­dzie­wać. Naj­pierw Gi­the­on, a te­raz Teo­gis ostrze­ga­li go przed… No wła­śnie… Przed czym? Przed po­two­ra­mi? Nie­po­trzeb­nie. Był świa­dom, że ta­kie ist­nie­ją. Do­sta­tecz­nie dłu­go pły­wał po mo­rzach, by parę spo­tkać oso­bi­ście, o in­nych tyl­ko sły­szał. Ląd na po­łu­dniu za­miesz­ki­wa­ły prze­róż­ne po­two­ry, na­wet urzą­dza­no na nie po­lo­wa­nia. Wi­dział sło­nie, kro­ko­dy­le i ży­ra­fy. To tyl­ko głu­pie be­stie, któ­re da­wa­ło się ujarz­mić, tyle że więk­sze lub o dzi­wacz­nych kształ­tach. Prze­trzy­my­wa­nym tu nie­szczę­śni­kom fak­tycz­nie mu­sia­ło po­mie­szać się w gło­wach.

W do­dat­ku ich wi­dok przy­pra­wiał o mdło­ści.

– Gdzie ty ich trzy­masz, Teo­gi­sie?

– W lo­chu.

– I jest ich tyl­ko trzech?

– Resz­ta po­mar­ła, pa­nie. Od tego sza­leń­stwa.

Al­ke­stis wes­tchnął, przy­glą­da­jąc się przy­pro­wa­dzo­nym. Odzia­ni w łach­ma­ny, brud­ni, za­ro­śnię­ci, ro­bi­li fa­tal­ne wra­że­nie.

– Jest wśród was ka­pi­tan? – za­py­tał na po­cząt­ku.

Nikt nie po­spie­szył z od­po­wie­dzią.

– A jego za­stęp­ca?

Sto­ją­cy w środ­ku męż­czy­zna po­stą­pił nie­pew­nie krok do przo­du.

– Jak się na­zy­wasz?

– Pe­reus.

– Po­słu­chaj uważ­nie, Pe­reu­sie. Je­że­li szcze­rze od­po­wiesz na moje py­ta­nia, każę cię na­kar­mić i wy­pu­ścić.

– Pa­nie… – Ner­wo­wy szept Teo­gi­sa roz­draż­nił głów­no­do­wo­dzą­ce­go.

– Po­wie­dzia­łem.

– Roz­ka­zy Gi­the­ona…

– On tu nie ma żad­nej wła­dzy. Jesz­cze o tym nie wiesz?

Ofi­cer wy­co­fał się skon­ster­no­wa­ny.

– Zro­zu­mia­łeś mnie? – Al­ke­stis zwró­cił się do Pe­reu­sa.

– Tak, pa­nie.

– Opo­wiedz mi, cze­go by­łeś świad­kiem. Nie po­miń ni­cze­go.

– Ten dzień za­po­wia­dał się pięk­nie, pa­nie.

– Do­my­ślam się.

– Szy­ko­wa­li­śmy się do wy­pły­nię­cia. – Pe­reus od­gar­nął po­zle­pia­ne wło­sy z brud­ne­go czo­ła. – Na­sza łódź nie była duża.

– Jak licz­ną mie­li­ście za­ło­gę?

– Ra­zem ze mną to osiem osób, pa­nie. Prze­wo­zi­li­śmy su­szo­ne ryby i jęcz­mień, cza­sa­mi oli­wę. Cięż­ko pra­co­wa­li­śmy na swo­je utrzy­ma­nie.

– Co da­lej?

– Wła­śnie od­bi­ja­li­śmy od przy­sta­ni, gdy po­ja­wi­li się oni.

– Jacy oni?

– Wro­go­wie ro­dza­ju ludz­kie­go – wy­du­sił z sie­bie Pe­reus, drżąc na ca­łym cie­le, aż li­tość bra­ła, ale stra­te­gos w tym mo­men­cie nie mógł so­bie po­zwo­lić na mi­ło­sier­dzie.

– Jacy wro­go­wie? Mów sen­sow­nie!

– Wpa­dli do mia­sta i wszyst­kich mor­do­wa­li, nie li­tu­jąc się nad ni­kim.

– Cha­ru­no­wie?

– Tak, pa­nie, ale nie to było naj­gor­sze. Na ich cze­le stał…

– Kto?

– To nie był czło­wiek – wy­du­kał ma­ry­narz. – Po­dob­ny do nas, ale inny. Jak… z za­świa­tów.

– On bre­dzi, prze­cież mó­wi­łem – wtrą­cił się Teo­gis.

– Daj mu skoń­czyć.

– Nie mam nic wię­cej do po­wie­dze­nia, pa­nie – jęk­nął Pe­reus ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię.

– Roz­cza­ro­wa­łeś mnie. – Ge­ne­rał prze­niósł spoj­rze­nie na dwóch po­zo­sta­łych nie­szczę­śni­ków. – A wy? Może wy mo­że­cie coś do­dać?

Chwi­lę cze­kał, aż z ocią­ga­niem wy­stą­pił ten od­waż­niej­szy.

– Po­dob­no… – za­czął i za­raz prze­rwał.

– Mów. Ja słu­cham.

– Po­dob­no na pół­no­cy miesz­ka dzi­kie ple­mię. Mó­wi­ła mi o tym bab­ka, gdy by­łem mały. Rzad­ko po­ja­wia­ją się w na­szych stro­nach, a jak już, to za­wsze przy­no­szą woj­nę.

– To już coś – mruk­nął Al­ke­stis.

– Oni, pa­nie, wy­glą­da­ją jak my, ale mają rogi.

Al­ke­stis wy­trzesz­czył oczy.

– Rogi? Jak u byka?

– Mniej­sze, jak u ko­zioł­ka. Skó­ra u nich prze­zro­czy­sta jak woda w stru­mie­niu, a wło­sy zu­peł­nie bia­łe.

– Rogi i bia­łe wło­sy, mó­wisz?

Pew­ne wspo­mnie­nia wy­pły­nę­ły na po­wierzch­nię. Przy­po­mniał so­bie, że kie­dyś zna­lazł w sali z ma­pa­mi wzmian­kę o ta­kim lu­dzie. Tak na­zwa, jak też bez mała wszel­kie szcze­gó­ły za­tar­ły się w jego pa­mię­ci, ale ów opis pa­so­wał jak ulał do opo­wie­ści ma­ry­na­rza. Wów­czas nie zwró­cił nań zbyt­niej uwa­gi, obec­nie uznał, że ani chy­bi do pierw­sze­go kon­tak­tu z tymi dzi­wa­dła­mi do­szło już wcze­śniej. Sam ra­port do tej pory pew­nie prze­padł. Na­wet je­śli­by go ktoś jesz­cze prze­czy­tał, ra­czej po­trak­to­wał­by jako zwy­kłą cie­ka­wost­kę, ja­kich wie­le.

– Mo­że­cie odejść.

– Tak, pa­nie.

– Teo­gi­sie, znajdź im ja­kieś za­ję­cie. A wy ani pary z gęby. Jak się do­wiem, że jest ina­czej, to za­wi­śnie­cie – za­gro­ził na od­chod­nym. Był głod­ny, a woń pie­czy­ste­go do­cho­dzi­ła aż tu­taj.

– Ja­kie roz­ka­zy? – spy­tał do­wód­ca gar­ni­zo­nu.

– Cze­ka­my na od­dzia­ły ana­to­lij­skie. Póź­niej się zo­ba­czy.

Wszyst­ko za­le­ża­ło od tego, ja­kie wie­ści do­star­czą zwia­dow­cy. Sam też wy­bie­rze się na mały re­ko­ne­sans. Nie bę­dzie gnił w pie­le­szach, to nie le­ża­ło w jego cha­rak­te­rze. Je­że­li plot­ki po­twier­dzą się, cze­kać ich bę­dzie trud­na prze­pra­wa. Otrzy­mał środ­ki, by za­że­gnać nie­bez­pie­czeń­stwo. Jak je wy­ko­rzy­sta, za­le­ża­ło tyl­ko od nie­go.

***

Cie­płe po­dmu­chy wia­tru owie­wa­ją­ce twarz Al­ke­sti­sa tyl­ko odro­bi­nę ła­go­dzi­ły jego nie­po­kój. Klacz, któ­rą do­sia­dał, ner­wo­wo prze­stę­po­wa­ła z nogi na nogę. Jej też udzie­li­ła się at­mos­fe­ra wy­cze­ki­wa­nia.

Wi­dok ze wzgó­rza w kie­run­ku Hel­le­spon­tu był zna­ko­mi­ty. Da­le­ko na ho­ry­zon­cie wi­dział znisz­czo­ne Se­stos i opusz­czo­ne Aby­dos, któ­re­go miesz­kań­cy ucie­kli w pa­ni­ce na wieść o be­stiach nad­cho­dzą­cych z pół­no­cy.

Cha­ru­no­wie nie po­sia­da­li flo­ty jako ta­kiej i prze­pra­wia­li się na dru­gą stro­nę cie­śni­ny cha­otycz­nie w łód­kach, czół­nach i na tra­twach, tra­cąc spo­ro cza­su. Wie­lu z nich przy tym uto­nę­ło. Nie­mniej de­sant wciąż był bar­dzo licz­ny. I na­wet je­śli nie do­rów­ny­wa­li ar­mii Al­ke­sti­sa w wy­szko­le­niu, to za­ję­cie przez nich Ilio­nu, An­tan­dros, a na­wet Elei było je­dy­nie kwe­stią cza­su. Dzia­łać na­le­ża­ło nie­zwłocz­nie, nim ufor­mu­ją szy­ki i ru­szą na po­łu­dnie, nio­sąc śmierć i znisz­cze­nie.

– Anak­sa­go­ra­sie, zbierz puł­ki ana­to­lij­skie i bądź go­to­wy na mój roz­kaz. Spró­bu­je­my wcią­gnąć ich w pu­łap­kę.

– Tak, pa­nie. – Ofi­cer od­da­lił się, by wy­peł­nić roz­kaz.

– Ure­uszu, two­ja jaz­da wy­ko­na pierw­szy atak. Zbliż się do nich, zmie­szaj szy­ki, a póź­niej za­rządź od­wrót na rów­ni­nę.

Plan zdał się ge­ne­ra­ło­wi ry­zy­kow­ny, nade wszyst­ko z uwa­gi na nie­wiel­kie siły, ja­ki­mi dys­po­no­wał do jego prze­pro­wa­dze­nia, wsze­la­ko nie mógł po­zwo­lić, by wróg dyk­to­wał mu wa­run­ki. Spo­rą cześć ar­mii po­zo­sta­wił na okrę­tach, li­cząc się z moż­li­wo­ścią od­bi­cia Se­stos. Naj­gor­sze było jed­nak to, że wciąż nie wie­dział, jak licz­ny jest prze­ciw­nik. Czy ci, któ­rych ma przed sobą, to już wszy­scy, czy za­le­d­wie for­pocz­ty ar­mii łu­pież­ców.

Po­ja­wi­ły się pierw­sze cho­rą­gwie wro­ga – za­tknię­te na dłu­gich tycz­kach koń­skie ogo­ny i po­wie­wa­ją­ce na wie­trze zwie­rzę­ce skó­ry. Z po­cząt­ku zna­ków nie było dużo, lecz szyb­ko zo­ba­czył na­stęp­ne.

– Teo­gi­sie, zo­rien­tuj się, czy z Se­stos przy­by­wa­ją ko­lej­ni.

Ofi­cer przy­tak­nął. Do­wód­cy gar­ni­zo­nu przy­pa­dło wy­jąt­ko­wo trud­ne za­da­nie. Mu­siał do­trzeć jak naj­bli­żej cie­śni­ny i osza­co­wać ruch na wo­dzie. Osta­tecz­nie cho­dzi­ło o wy­wa­bie­nie jak naj­więk­szych sił wro­ga z bez­piecz­ne­go pół­noc­ne­go brze­gu. Al­ke­stis chciał mieć je po tej stro­nie, aby na­stęp­nie od­ciąć od po­sił­ków i wy­bić. Prze­dłu­ża­ją­ca się kam­pa­nia ozna­cza­ła­by kło­po­ty, nie tyl­ko dla nie­go, ale i dla tych, któ­rzy wspie­ra­li go na The­rze.

Dal­sze roz­wa­ża­nia prze­rwa­ło po­ja­wie­nie się jeźdź­ców Ure­usza. Cha­ru­no­wie zda­wa­li się cał­ko­wi­cie za­sko­cze­ni. Nie spo­dzie­wa­li się Atlan­tów w po­bli­żu miej­sca prze­pra­wy. Ure­usz, pro­wa­dzą­cy ze sobą dwu­stu kon­nych, na­tarł szyb­ko i zde­cy­do­wa­nie. Bły­ska­wicz­nie zmiótł pierw­szy pod­jazd wro­ga i na­wet przy tym nie zwol­nił. Wierz­chow­ce kon­ni­cy po­cho­dzi­ły z naj­lep­szych ho­dow­li. To nie były wło­cha­te po­kur­cze, na ja­kich po­ru­sza­li się bar­ba­rzyń­cy, któ­rzy na swo­ich ku­cy­kach wy­glą­da­li po pro­stu śmiesz­nie, nie­mal trąc sto­pa­mi o zie­mię. Nim zdo­ła­li wy­ko­nać zwrot, byli tra­to­wa­ni i sie­cze­ni mie­cza­mi. Jed­nak po­wo­dze­nie Atlan­tów nie mo­gło trwać wiecz­nie. Do wal­ki przy­stę­po­wa­ło co­raz wię­cej Cha­ru­nów, stop­nio­wo osa­cza­jąc lu­dzi Ure­usza ze wszyst­kich stron.

Al­ke­stis zmełł w ustach prze­kleń­stwo.

– No, da­lej.

Za­brzmia­ły pisz­czał­ki. Atlan­ci ode­rwa­li się od nie­przy­ja­cie­la, gna­jąc z po­wro­tem ile sił w koń­skich ko­py­tach. Na zie­mi, w stra­to­wa­nej tra­wie, po­zo­sta­li ci, któ­rym zbra­kło szczę­ścia. Żoł­nie­rze w bia­łych tu­ni­kach za­le­gli we­spół z wy­ma­lo­wa­ny­mi wo­jen­ny­mi bar­wa­mi pół­na­gi­mi Cha­ru­na­mi.

Al­ke­stis pod­niósł dłoń do czo­ła, aby osło­nić oczy przed ra­żą­cym bla­skiem słoń­ca, któ­re wy­szło spo­za chmur. Licz­ny za­gon bar­ba­rzyń­ców pró­bo­wał od­ciąć Ure­usza od głów­nych sił. W plan stra­te­go­sa wdał się nie­prze­wi­dzia­ny ele­ment.

Ko­lej­ni Atlan­ci spa­da­li na zie­mię. Wkrót­ce z ca­łej, dość prze­cież licz­nej gru­py, na koń­skim grzbie­cie utrzy­ma­ła się naj­wy­żej po­ło­wa. Nie tak to za­pla­no­wał. Ure­usz za póź­no od­trą­bił od­wrót, wdaw­szy się w bez­sen­sow­ny bój z dużo licz­niej­szym prze­ciw­ni­kiem. Naj­wy­raź­niej go po­nio­sło, a za­tem je­że­li zgi­nie, sam so­bie bę­dzie win­ny.

Nędz­ne reszt­ki pod­jaz­du ode­rwa­ły się wresz­cie od wro­ga i po­pę­dzi­ły ni­czym wi­cher po ste­pie.

– Za­czy­nać – roz­ka­zał Al­ke­stis.

Po­nad jego gło­wą po­ja­wi­ły się dwie cho­rą­gwie, bia­ła i czer­wo­na. Pre­lu­dium bi­twy już się od­by­ło, te­raz przy­szła pora na część głów­ną. Ry­dwa­ny ude­rzą na wro­ga w cen­trum, a jaz­da spró­bu­je osa­czyć go z obu skrzy­deł. Pie­cho­tę usta­wił z tyłu, w dłu­gich sze­re­gach po dzie­sięć rzę­dów. Na­zwał to fa­lan­gą. Nie wie­dział, czy aku­rat taki szyk się spraw­dzi, nie­mniej in­tu­icja wy­ra­sta­ją­ca z do­świad­cze­nia pod­po­wia­da­ła, że tak bę­dzie le­piej. Cha­otycz­ny atak prze­mie­sza­nych ze sobą wo­jow­ni­ków na po­tęż­nych i nie­ustra­szo­nych bar­ba­rzyń­ców na pew­no się nie uda. Pora wy­pró­bo­wać coś no­we­go.

– Niech ru­sza­ją.

Zza wzgó­rza wy­je­cha­ła dłu­ga li­nia ry­dwa­nów. Na każ­dym sta­ło po dwóch wo­jow­ni­ków – woź­ni­ca i oszczep­nik. Z osi łą­czą­cych koła wy­sta­wa­ły do­dat­ko­we ostrza. Atak jed­ne­go za­przę­gu po­tra­fił nie­raz prze­chy­lić sza­lę bi­twy, a on zgro­ma­dził wszyst­kie ry­dwa­ny, ja­ki­mi dys­po­no­wa­ło im­pe­rium. Bar­dzo by się zdzi­wił, gdy­by Cha­ru­no­wie wy­trzy­ma­li pierw­sze ude­rze­nie po­nad stu pięć­dzie­się­ciu wo­zów, któ­re za­raz na nich spad­nie.

Do uszu Al­ke­sti­sa do­szedł ło­skot roz­pę­dza­ją­cej się for­ma­cji. Atak pój­dzie sze­ro­ką ławą, w miej­scu, któ­re wy­brał na za­sadz­kę, za cenę pra­wie cał­ko­wi­te­go znisz­cze­nia od­dzia­łu do­wo­dzo­ne­go przez Ure­usza. Ża­ło­wał, że tak wie­lu spo­śród ka­wa­le­rzy­stów zgi­nę­ło. Trud­no, sta­ło się. Te­raz bi­twa z pew­no­ścią przy­bie­rze bar­dziej ko­rzyst­ny dla nich ob­rót.

Tym­cza­sem wozy osią­gnę­ły peł­ną pręd­kość. Dwa lub trzy roz­pa­dły się, gdy koła ude­rzy­ły w ka­mie­nie. Spo­dzie­wał się tego, gdyż w su­mie był to wiel­ce pro­ble­ma­tycz­ny ro­dzaj bro­ni. Bo­go­wie jed­nak czu­wa­li nad Atlan­ta­mi, sko­ro w tej wstęp­nej fa­zie od­pa­dło tak nie­wie­le ry­dwa­nów.

Cha­ru­no­wie, któ­rzy za­pu­ści­li się da­le­ko w po­ści­gu za Atlan­ta­mi, te­raz za­wró­ci­li, jed­no­cze­śnie roz­pierz­cha­jąc się na boki. Uczy­ni­li to tak zręcz­nie, jak­by tyl­ko to ćwi­czy­li przez ostat­nie lata. Za­miast do­ko­nać ma­sa­kry, ude­rze­nie tra­fi­ło w próż­nię. Naj­wy­żej kil­ku­dzie­się­ciu bar­ba­rzyń­ców nie wy­ka­za­ło się do­sta­tecz­ną zwin­no­ścią i pa­dło ofia­rą oszcze­pów. Ko­nie bez jeźdź­ców po­ga­lo­po­wa­ły w dal.

Al­ke­stis przy­mknął na mo­ment oczy, czu­jąc, jak wzbie­ra w nim gniew. Naj­chęt­niej sam zła­pał­by za to­pór i po­gnał gro­mić wro­ga oso­bi­ście. Za­iste, dupa z nie­go, a nie stra­teg. Ko­lej­ne nie­po­wo­dze­nie.

Przyj­rzał się bacz­niej li­niom wro­ga, usi­łu­jąc od­gad­nąć, kto po­krzy­żo­wał mu szy­ki. Gru­pa kon­nych Cha­ru­nów na od­le­głym pa­gór­ku prak­tycz­nie nie róż­ni­ła się od in­nych. Nad nimi też po­wie­wa­ły buń­czu­ki, może tyl­ko oka­zal­sze. No tak. Byli na tyle da­le­ko, że nie wi­dział szcze­gó­łów, ale dał­by so­bie od­rą­bać rękę, że wła­śnie tam mu­siał znaj­do­wać się wódz wro­giej ar­mii.

– Od­wrót.

– Co, pa­nie? – nie do­sły­szał je­den z cho­rą­żych.

– Od­wrót, cym­ba­le! To nie ma sen­su.

Cho­rą­gwie wy­ko­na­ły skom­pli­ko­wa­ny układ na­ka­zu­ją­cy po­wrót. Do­brze, że przed bi­twą omó­wił sy­gna­ły z do­wód­ca­mi, ina­czej stra­cił­by wpływ na roz­wój wy­da­rzeń, ten zaś nie wy­glą­dał naj­le­piej.

Bar­ba­rzyń­cy na wi­dok od­jeż­dża­ją­cych wo­zów rzu­ci­li się za nimi w po­ścig z ogłu­sza­ją­cym wy­ciem. Jako że z ry­dwa­nów w od­wro­cie nie ma naj­mniej­sze­go po­żyt­ku, wie­le z nich pa­dło łu­pem dzi­ku­sów.

On też omal nie padł ra­żo­ny apo­plek­sją.

Ry­dwa­ny gna­ły na tyły, ma­jąc za sobą Cha­ru­nów na wy­ciąg­nię­cie mie­cza.

Je­że­li woź­ni­ce wpad­ną na pie­cho­tę, doj­dzie do ma­sa­kry. Do­bo­ro­we jed­nost­ki im­pe­rium zmio­tą eli­tar­ne puł­ki. Ar­mia uni­ce­stwi się sama. Mógł­by od razu rzu­cić się na swój miecz. Tak by­ło­by naj­pro­ściej i przy­naj­mniej nie mu­siał­by oglą­dać nie­chyb­nej klę­ski.

Nie, woź­ni­ce nie byli chy­ba aż tak głu­pi, by wpaść wprost na fa­lan­gę. Prze­cież wie­dzie­li, że jego no­wa­tor­ski szyk za żad­ną cenę się nie roz­stą­pi, na­wet przed nimi. Po­win­ni wie­dzieć. Niech­że w koń­cu coś za­cznie ukła­dać się po jego my­śli!

– Wo­dzu.

– Cze­go chcesz, Teo­gi­sie?

– Mam wie­ści.

– Oby do­bre.

Teo­gis, któ­re­mu pot spły­wał z czo­ła, ga­pił się na bi­twę z wy­trzesz­czo­ny­mi oczy­ma.

– Co u…

– To wszyst­ko, co mi chcia­łeś po­wie­dzieć?

– Nie, pa­nie. Przed nami jest je­dy­nie część ar­mii. Resz­tę wciąż prze­pra­wia­ją. Moż­na by tak…

– Cze­kaj.

Do­brze, że pie­cho­tę da­wa­ło się do­strzec z da­le­ka. Pierz­cha­ją­ce po nie­uda­nym ata­ku ry­dwa­ny od­bi­ły w bok ni­czym stru­mie­nie wody bi­ją­ce w mur. Część Cha­ru­nów po­gna­ła za nimi, inni, wi­dząc przed sobą sze­re­gi wro­ga, ude­rzy­li w peł­nym ga­lo­pie.

Wy­da­wa­ło się, że od­dzia­ły pój­dą w roz­syp­kę. Tak się jed­nak nie sta­ło. Pierw­sza li­nia zo­sta­ła prze­ła­ma­na, lecz na dru­giej atak ugrzązł. Pie­cho­ta spra­wi­ła się le­piej, niż przy­pusz­czał. Ko­nie i jeźdź­ców za­rą­by­wa­no jed­ne­go po dru­gim. Bez li­to­ści. Zgiełk, tym ra­zem pe­łen nie trium­fu, a wście­kło­ści, wzniósł się pod same nie­bio­sa. To jesz­cze nie był prze­łom, ale pierw­szy krok w do­brym kie­run­ku zo­stał uczy­nio­ny.

– Mu­szą wy­trzy­mać. – Ge­ne­rał wy­dał ko­lej­ne po­le­ce­nie, a go­niec po­spie­szył prze­ka­zać je da­lej. – Co mó­wi­łeś?

– Ja? – Teo­gis rzu­cił zdu­mio­ne spoj­rze­nie.

– Chcesz mnie roz­gnie­wać?

Teo­gis cof­nął się i nie­pew­nie otarł pot z czo­ła, po czym prze­cze­sał dło­nią wło­sy. Krew na pal­cach za­sko­czy­ła ich obu.

– Je­steś ran­ny.

– Ach, tak… – Ofi­cer prze­chy­lił się na bok i spadł z wierz­chow­ca.

– Opa­trz­cie go – roz­ka­zał wódz. – Gdzie są ci, któ­rzy z nim po­je­cha­li?

– Wró­cił sam, pa­nie – od­rzekł je­den z przy­bocz­nych.

Jed­no nie­for­tun­ne zda­rze­nie go­ni­ło dru­gie. Od Teo­gi­sa nie­pręd­ko się cze­goś do­wie, o ile do­wie się jesz­cze cze­go­kol­wiek. Z ra­na­mi gło­wy nie ma żar­tów. Niby czło­wiek cho­dzi i mówi, ale tak na­praw­dę jest ży­wym tru­pem. Nikt mu nie po­tra­fił wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go tak się dzie­je, jed­nak sam wi­dział ta­kie przy­pad­ki.

Tym­cza­sem bi­twa przy­bra­ła nie­ocze­ki­wa­ny ob­rót. Wy­da­wa­ło się, iż to nie ry­dwa­ny ją roz­strzy­gną, a pie­chu­rzy, któ­rzy nie ustą­pi­li pola wro­go­wi. Dziel­ni żoł­nie­rze wy­sie­kli znaj­du­ją­cych się w ich za­się­gu dzi­ku­sów i te­raz cze­ka­li na ko­lej­ne roz­ka­zy.

Wa­hał się le­d­wie chwi­lę.

– We­zwać Ure­usza. Na­tych­miast.

Anak­sa­go­ras spra­wił się zna­ko­mi­cie, te­raz więc Ure­usz do­sta­nie dru­gą szan­sę. Pie­cho­ta wy­bor­nie spi­sa­ła się w obro­nie, lecz atak to zu­peł­nie co in­ne­go, nie moż­na ocze­ki­wać cudu. Sze­re­gi są zbyt dłu­gie, by dało się nimi kie­ro­wać. Ewen­tu­al­na zmia­na kie­run­ku mar­szu przy za­cho­wa­niu spój­ne­go szy­ku nie wcho­dzi w ra­chu­bę. Może gdy­by po­dzie­lić pie­chu­rów na mniej­sze gru­py?

Na­der ry­zy­kow­nie jest wy­my­ślać nową tak­ty­kę ca­łych for­ma­cji w trak­cie bi­twy.

– Wzy­wa­łeś mnie.

Po­li­czek Ure­usza prze­ci­na­ła krwa­wa kre­cha. Stra­te­gos by­naj­mniej nie za­rzu­cał mło­dzień­co­wi bra­ku od­wa­gi, już ra­czej zbyt­nią za­pal­czy­wość, któ­ra nie przy­stoi do­wód­cy po­lo­we­mu.

– Za­bierz po­ło­wę jaz­dy, obejdź tam­te pa­gór­ki i ata­kuj od wscho­du. – Al­ke­stis wska­zał ręką pa­smo nie­wy­so­kich wzgórz.

– Ro­zu­miem.

– Wy­ko­nać.

Pie­cho­ta musi przejść kil­ka­dzie­siąt kro­ków i usta­wić się na no­wej po­zy­cji. Ry­dwa­ny na ra­zie po­zo­sta­ną w od­wo­dzie.

Nie­spo­dzie­wa­nie Cha­ru­no­wie przy­stą­pi­li do ko­lej­ne­go na­tar­cia. Szli sze­ro­ko, tak jak po­zwa­la­ły na to wa­run­ki, i tym ra­zem było ich wię­cej. Zgiełk, jaki przy tym czy­ni­li, draż­nił po­nad wszel­ką mia­rę. Trud­no orzec, co chcie­li w ten spo­sób osią­gnąć. Sa­mym wrza­skiem Atlan­tów nie wy­stra­szą.

A gdy­by tak…

Ma­newr mógł się udać. Pie­cho­ta przy­trzy­ma bar­ba­rzyń­ców, kie­dy ry­dwa­ny wyj­dą na nich z flan­ki. Po­mysł god­ny opi­sa­nia dla po­tom­nych jako przy­kład no­we­go ro­dza­ju woj­ny, w któ­rej istot­ne zna­cze­nie ma wy­so­ka ma­new­ro­wość. Wszyst­kie for­ma­cje wy­ko­nu­ją okre­ślo­ne za­da­nia, ale to wozy roz­strzy­ga­ją o zwy­cię­stwie.

Wy­dał roz­ka­zy. Mar­twił się je­dy­nie, czy zo­sta­ną do­brze wy­ko­na­ne, do po­wo­dze­nia bo­wiem nie­zbęd­na była ko­or­dy­na­cja róż­nych for­ma­cji i od­dzia­łów. Gdy­by na do­miar tego jesz­cze uda­ło się na­wią­zać kon­takt z flo­tą i do­ko­nać de­san­tu na tyły wro­ga, osią­gnął­by mak­si­mum moż­li­wo­ści ar­mii. Co praw­da wy­słał goń­ca na wy­brze­że, jed­nak na re­zul­tat przyj­dzie mu po­cze­kać.

– Mu­szą utwo­rzyć bar­dziej zwar­ty szyk! – Ge­ne­rał za­czy­nał się go­rącz­ko­wać.

Krwa­wa jat­ka, któ­rą spra­wi­ła dzi­ku­som pie­cho­ta, nie po­zo­sta­ła bez wpły­wu na jej sze­re­gi. Wie­lu Atlan­tów zo­sta­ło ran­nych bądź po­le­gło i zwar­ta do tej pory li­nia po­czy­na­ła się chwiać.

Ure­usz po­ja­wił się w ostat­nim mo­men­cie, na­tych­miast moc­no wbi­ja­jąc się w bok ata­ku­ją­cej masy wro­ga i czy­niąc cha­os na jego ty­łach.

Gdzie są ry­dwa­ny? No, gdzie?!

– Pa­nie.

– Teo­gi­sie, je­steś ran­ny.

– Nic mi nie jest. – Wo­jow­nik splu­nął na zie­mię fleg­mą zmie­sza­ną z krwią.

– Bre­dzisz.

– Po­zwól mi wró­cić do bi­twy.

– I co tam bę­dziesz ro­bił?

– Po­ra­dzę so­bie.

Sta­ry druh chwiał się na no­gach, ale mę­stwa nie da­wa­ło się mu od­mó­wić.

– Wi­dzisz tam­ten pułk? – Al­ke­stis wska­zał miej­sce, gdzie oko­ło pół set­ki Atlan­tów z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ło na­pór wro­ga.

Teo­gis ski­nął gło­wą.

– Jedź do nich i stań na cze­le. Mu­szą wy­trzy­mać. Ina­czej na­sza lewa flan­ka pój­dzie w roz­syp­kę.

– Ro­zu­miem.

– Ru­szaj.

Mie­li po­ga­dać, ale o czym? Tego stra­te­gos już nie pa­mię­tał.

Ko­men­dant do­siadł pod­sta­wio­ne­go ko­nia i wy­ru­szył z nową mi­sją.

Ge­ne­rał do­strzegł kłę­by ku­rzu uno­szą­ce­go się po­nad rów­ni­ną i zra­zu się za­nie­po­ko­ił, że z ku­rza­wy uka­że się ja­kiś od­dział Cha­ru­nów, o któ­rym go nie uprze­dzo­no, ostat­ni od­wód. Na szczę­ście szyb­ko roz­po­znał ry­dwa­ny w ko­lej­nej szar­ży.

– Po­daj mi wino – roz­ka­zał chło­pa­ko­wi peł­nią­ce­mu przy szta­bie rolę po­słu­ga­cza.

Do­stał bu­kłak, z któ­re­go po­cią­gnął so­lid­ny łyk, po czym otarł usta.

Uda­ło się osa­czyć wro­ga z trzech stron i ze­pchnąć w ko­tli­nę, co by­naj­mniej nie prze­są­dza­ło o wik­to­rii. Z tymi dzi­ku­sa­mi za­wsze była trud­na prze­pra­wa. Po­tęż­ni, bit­ni, nie pod­da­wa­li się zwąt­pie­niu, nie ucie­ka­li, wal­czy­li do sa­me­go koń­ca. Ist­nia­ła oba­wa, że szyb­ciej Atlan­ci opad­ną z sił, niż zdo­ła­ją wy­siec wro­gów. Na­wet je­śli jego plan się po­wie­dzie, to koń­ców­ka za­po­wia­da się krwa­wa i mo­zol­na.

Aby zy­skać lep­szy punkt do ob­ser­wa­cji, Al­ke­stis prze­niósł się bli­żej wal­czą­cych. Mar­twił się tym, że siły im­pe­rium tak pręd­ko top­nie­ją. Gdzie by nie spoj­rzał, wszę­dzie le­że­li za­bi­ci Atlan­ci. Cho­ciaż bez­spor­nie wię­cej po­le­gło Cha­ru­nów, nie zmie­nia­ło to wiel­ce nie­ko­rzyst­ne­go bi­lan­su tej bi­twy. Oby­wa­te­li im­pe­rium nie było wie­lu. To lu­dzie z naj­lep­szych do­mów, wy­szko­le­ni wo­jow­ni­cy, do­wód­cy, któ­rych trud­no bę­dzie za­stą­pić – kwiat ar­mii. Na­wet je­den za­bi­ty Atlan­ta przy­pa­da­ją­cy na trzech Cha­ru­nów to za dużo. Je­że­li dzi­ku­sów jest nie­skoń­cze­nie wie­lu, a któż za­rę­czy, że nie, w koń­cu Atlan­ty­da prze­gra tę wal­kę. Oby na po­łu­dnie za­pu­ścił się tyl­ko ten je­den za­gon.

Czar­ne my­śli pierz­chły do­pie­ro, gdy do­strzegł na wo­dach Hel­le­spon­tu ża­gle okrę­tów ta­ra­nu­ją­cych mniej­sze ło­dzie wro­ga. Wszyst­kie, ale to wszyst­kie jed­nost­ki, któ­re uda­ło się zgro­ma­dzić Cha­ru­nom, ło­dzie, tra­twy, wszyst­ko na­le­ża­ło za­to­pić.

Z pierw­szych trans­por­tow­ców zbie­ga­ły już po­sił­ki. Prze­ciw­nik zna­lazł się w ko­tle śmier­ci i już się z nie­go nie wy­rwie.

Al­ke­sti­sa zmę­czy­ło bez­czyn­ne przy­glą­da­nie się rze­zi. Wy­cią­gnął miecz, ude­rzył pię­ta­mi w koń­skie boki i wraz ze swo­im pocz­tem włą­czył się do wal­ki, wy­braw­szy wcze­śniej miej­sce, w któ­rym jego od­dzia­ły wy­da­wa­ły się naj­słab­sze.

Na sa­mym wstę­pie wje­chał po­mię­dzy zmę­czo­nych pie­chu­rów i po­tęż­nym za­ma­chem po­zba­wił gło­wy ol­brzy­ma sie­ją­ce­go tam spu­sto­sze­nie. Dru­gie­go ra­ził ostrzem w gar­dło. Fon­tan­na krwi try­snę­ła z prze­cię­tej tęt­ni­cy. Nie zwa­żał na to.

– Da­lej, Rok­sa­na.

Klacz wierz­gnę­ła przed­ni­mi ko­py­ta­mi i sko­czy­ła na pró­bu­ją­ce­go wstać wo­jow­ni­ka. Ko­py­ta wgnio­tły gło­wę w zie­mię. Mózg roz­bry­zgnął się z pęk­nię­tej czasz­ki. Na po­dzi­wia­nie efek­tów tej sztucz­ki bra­kło cza­su, bo oto po­ja­wił się ko­lej­ny bar­ba­rzyń­ca z je­sio­no­wą włócz­nią i spró­bo­wał ude­rzyć w koń­ski bok.

Nie­do­cze­ka­nie two­je.

Wy­star­czył lek­ki ruch lej­ca­mi, a klacz za­tań­czy­ła w miej­scu i ob­ró­ci­ła się w stro­nę no­we­go za­gro­że­nia. Dzi­kus dzia­łał z roz­wa­gą, o jaką ge­ne­rał by go nie po­dej­rze­wał. Nie pró­bo­wał wal­czyć w zwar­ciu, lecz na dy­stans, wy­ko­rzy­stu­jąc spo­sob­ność, jaką da­wa­ła mu włócz­nia. Pierw­sze pchnię­cie roz­ora­ło Rok­sa­nie skó­rę na szyi. Mu­sia­ło ją to moc­no za­bo­leć, bo wy­da­ła z sie­bie od­głos prze­ra­że­nia, a póź­niej…

Póź­niej wstą­pił w nią de­mon. Wy­cią­gnąw­szy łeb, kłap­nę­ła zę­ba­mi i wy­rwa­ła wo­jow­ni­ko­wi ka­wał mię­śnia z ra­mie­nia. Chwi­lę po­tem za­trza­snę­ła szczę­ki na kar­ku na­past­ni­ka i po­tęż­nym za­ma­chem od­rzu­ci­ła ran­ne­go w bok. Al­ke­stis z tru­dem utrzy­my­wał się na jej grzbie­cie, gdyż klacz po­czę­ła jak sza­lo­na ska­kać na wro­ga, ko­piąc, ką­sa­jąc i oba­la­jąc swo­ją masą, a na­stęp­nie tra­tu­jąc le­żą­cych. Po raz pierw­szy był świad­kiem po­dob­ne­go amo­ku u zwie­rzę­cia.

W po­wsta­ły wy­łom wla­li się Atlan­ci, nie po­zwa­la­jąc otrzą­snąć się Cha­ru­nom z za­sko­cze­nia. Już nikt nad ni­czym nie pa­no­wał. Prze­ciw­ni­cy za­ja­dle okła­da­li się czym po­pa­dło. Al­ke­sti­so­wi wy­da­wa­ło się, że jest świad­kiem ja­kie­goś pan­de­mo­nium. Bar­dziej świad­kiem niż uczest­ni­kiem, bo­wiem tyl­ko raz mach­nął mie­czem – i nie tra­fił – a całą swą zręcz­ność i uwa­gę mu­siał sku­pić na jed­nym – by za nic nie spaść na zie­mię.

Ko­lej­ne nie­bez­pie­czeń­stwa po­ja­wia­ły się to z le­wej, to z pra­wej stro­ny. O mało nie wpa­dli na ry­dwan, któ­ry ko­sił Cha­ru­nów bocz­ny­mi ostrza­mi. Za­ło­gi na plat­for­mie nie było, pew­nie zgi­nę­ła wcze­śniej. Dwie kare ko­by­ły po­kry­te pia­ną cią­gnę­ły w ga­lo­pie ten za­przęg śmier­ci niby wy­słan­nicz­ki pie­kieł.

Rok­sa­na po­tknę­ła się o tru­pa wa­ła­cha. Al­ke­stis bły­ska­wicz­nie po­le­ciał na zad kla­czy, a póź­niej na kark. Zdą­żył chwy­cić jej szy­ję, nim zle­ciał z grzbie­tu, tyl­ko przy­gryzł so­bie ję­zyk.

Nie­ustan­ne har­ce wierz­chow­ca spra­wi­ły, że czuł się jak na mo­rzu w środ­ku strasz­li­we­go sztor­mu. Mimo wszyst­ko wo­lał po­kład od koń­skie­go grzbie­tu. Za­czy­na­ło mu się ro­bić nie­do­brze.

Niech­że to się już skoń­czy.

Prze­mknę­li przez pole bi­twy po­dob­ni isto­tom z za­świa­tów.

Doj­rzał ob­ró­co­ne­go do nich ty­łem oszczep­ni­ka szy­ku­ją­ce­go się do rzu­tu. Ciach! Miecz wy­rył bruz­dę w ple­cach Cha­ru­na. Jed­no ude­rze­nie ser­ca póź­niej ge­ne­rał stra­cił go z oczu, pę­dząc przed sie­bie. Zde­spe­ro­wa­ny, z ca­łych sił ścią­gnął wo­dze. Rok­sa­na tro­chę się uspo­ko­iła i zwol­ni­ła. Na szczę­ście. Dłu­żej by tego nie zniósł.

Na ka­wał­ku wol­nej prze­strze­ni ze­sko­czył z kla­czy, cały się trzę­sąc. Chwi­lę po­tem zgiął się w pół i zwy­mio­to­wał. Ro­zej­rzał się, dy­sząc cięż­ko. Do­brze, że nikt go nie wi­dział.

A na­wet je­śli­by wi­dział, cóż z tego.

Prze­cież był tyl­ko czło­wie­kiem.

***

Pod wie­czór, gdy już wy­rżnę­li wszyst­kich Cha­ru­nów, jacy po­zo­sta­li do wy­rżnię­cia, w oto­cze­niu szta­bu ru­szył na pole bi­twy, aby upo­rząd­ko­wać na­pły­wa­ją­ce ze­wsząd wia­do­mo­ści.

Naj­sam­pierw do­tarł w miej­sce, gdzie wrzał naj­bar­dziej za­cię­ty bój. Cia­ła były tu stło­czo­ne i prze­mie­sza­ne, że aż trud­no było przejść. Dłu­go trwa­ło, za­nim zna­leź­li Teo­gi­sa.

Wi­dok zwłok sta­re­go przy­ja­cie­la z wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi i gry­ma­sem sza­leń­stwa na twa­rzy spra­wił, że Al­ke­stis po­czuł mdło­ści.

– Pa­nie, co ci się sta­ło? – na­tych­miast za­nie­po­ko­ił się Ure­usz.

– Źle się po­czu­łem – od­parł, za­ci­ska­jąc szczę­ki.

Ne­me­na do­sta­nie spa­zmów. Nie mie­li dzie­ci, więc zo­sta­nie zu­peł­nie sama, bez środ­ków do ży­cia. Mar­ny był los wdo­wy. Gdy już wy­prze­da wszyst­kie war­to­ścio­we przed­mio­ty, a w miesz­ku nic nie zo­sta­nie, umrze z gło­du bądź zo­sta­nie że­bracz­ką. Kto przy­gar­nie sta­rą ko­bie­tę?

Czuł się temu win­ny. Uległ na­mo­wie Teo­gi­sa i wy­sy­łał ran­ne­go w sam śro­dek bi­twy.

– Przy­pro­wa­dzić le­ka­rzy?

– Nie trze­ba – zbył Ure­usza. – Mają dość pra­cy. Wie­lu żoł­nie­rzy dziś stra­ci­li­śmy, wie­lu jest ran­nych.

– Oni ni­ko­go nie ob­cho­dzą, pa­nie. To ty je­steś waż­ny – wtrą­cił Anak­sa­go­ras.

– Wy­da­wa­nie roz­ka­zów jest pro­ste.

– Nie wy­da­wa­nie wła­ści­wych roz­ka­zów, pa­nie. To róż­ni­ca.

– Spo­koj­nie mo­żesz mnie za­stą­pić.

Nie za­brzmia­ło to naj­le­piej i mo­gło zo­stać opacz­nie zro­zu­mia­ne.

– Nie zga­dzam się z tobą, wo­dzu.

– Inny na two­im miej­scu pod­ska­ki­wał­by z ra­do­ści.

– Ale nie ja, by­naj­mniej.

Anak­sa­go­ras do­sko­na­le ro­zu­miał po­li­tycz­ne niu­an­se. By­cie na­czel­nym do­wód­cą to ogrom­na od­po­wie­dzial­ność. Do­pó­ki od­no­si zwy­cię­stwa, star­si są za­do­wo­le­ni, ale prze­gra­na może go kosz­to­wać gło­wę. Może nie zo­sta­nie do­słow­nie zde­ka­pi­to­wa­ny, tyl­ko na przy­kład otru­ty, lecz bez wzglę­du na szcze­gó­ły w po­li­ty­ce wszyst­ko jest moż­li­we. Dzi­siej­si so­jusz­ni­cy ju­tro mogą stać się za­go­rza­ły­mi wro­ga­mi. Ży­cie do­wód­cy śred­nie­go szcze­bla jest znacz­nie prost­sze i przy­jem­niej­sze.

Po­szli da­lej. Ge­ne­rał chciał ko­niecz­nie zo­ba­czyć miej­sce, gdzie zgi­nął wódz Cha­ru­nów. Po dro­dze słu­chał mel­dun­ków i pró­bo­wał osza­co­wać stra­ty. Po­trza­ska­ne ry­dwa­ny, koń­skie ścier­wa, ludz­kie zwło­ki, któ­re do­pie­ro szy­ko­wa­no do po­chów­ku, wy­raź­nie wska­zy­wa­ły, gdzie miej­sce mia­ły naj­bar­dziej za­wzię­te wal­ki.

– Tu­taj.

Skrę­ci­li tam, gdzie tru­py wręcz się pię­trzy­ły w ma­ka­brycz­nych sto­sach. Tych Cha­ru­nów, któ­rzy jesz­cze nie sko­na­li, do­bi­ja­no po­przez po­de­rżnię­cie gar­dła, skra­ca­jąc im w ten spo­sób mękę. W zie­mię wsią­kło już wie­le krwi.

– Spójrz, pa­nie.

Żoł­nie­rze roz­stą­pi­li się, aby prze­pu­ścić Al­ke­sti­sa.

Zła­ma­ny buń­czuk z reszt­ka­mi koń­skie­go wło­sia le­żał na ubi­tej ko­by­le. Spo­czy­wa­ją­cy obok bar­ba­rzyń­ca wy­da­wał się ol­brzy­mem. Bar­ki miał sze­ro­kie jak koło ry­dwa­nu, skó­rę po­kry­wa­ły wo­jen­ne bar­wy, wciąż wi­docz­ne po­mi­mo za­krze­płej krwi, jaką po­wa­la­ne było całe jego ciel­sko. Dwaj Atlan­ci z tru­dem prze­wró­ci­li je na ple­cy.

Ależ on był brzyd­ki. Za­mknąć ta­kie­go w klat­ce i po­ka­zy­wać ga­wie­dzi za sto­sow­ną opła­tą. Aż strach po­my­śleć, jak wy­glą­da­ły ich ko­bie­ty.

Swo­ją dro­gą, gdzie po­dział się ten po­twór, o któ­rym wspo­mi­nał Pe­reus? Na ślad zja­wy z in­ne­go świa­ta nikt do tej pory nie na­tra­fił, nikt też jej nie wi­dział w trak­cie bi­twy. Cha­ru­no­wie, choć brzyd­cy, ro­ślej­si i sil­niej­si niż inne zna­ne mu ludy, byli tyl­ko ludź­mi. Ni­czym wię­cej. Bro­nią rów­nież po­słu­gi­wa­li się pry­mi­tyw­ną. Mało któ­ry po­sia­dał so­lid­ny miecz. Naj­czę­ściej wy­ma­chi­wa­li drzew­ca­mi, na któ­rych osa­dza­li róż­ne­go ro­dza­ju zdo­bycz­ne że­la­stwo. Ma­czu­gi, to­po­ry, a na­wet zwy­kłe pał­ki nie były im obce. Męż­ni do sza­leń­stwa, wal­czy­li z cał­ko­wi­tym po­świę­ce­niem, nie ucie­ka­li. Ich rajd mógł zmieść mniej­sze gar­ni­zo­ny i uni­ce­stwić pod­jaz­dy, nie­mniej w bez­po­śred­nim boju prze­waż­nie ule­ga­li le­piej zor­ga­ni­zo­wa­nym Atlan­tom.

Pod­niósł gło­wę, usły­szaw­szy wy­mia­nę zdań po­mię­dzy Ure­uszem a po­słań­cem.

– Mam się nie­po­ko­ić? – za­py­tał, zmie­rza­jąc w ich kie­run­ku.

– Nie, pa­nie. To nic ta­kie­go.

– Sko­ro nic, to mów.

– Mała gru­pa tych dzi­ku­sów prze­by­wa w Se­stos.

– Nie ucie­kli? – za­py­tał ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

– Jak do tej pory nie.

Co ich po­wstrzy­my­wa­ło? Atlan­ci nie­po­dziel­nie pa­no­wa­li nad oko­licz­ny­mi szla­ka­mi że­glu­go­wy­mi, a ar­mia Cha­ru­nów zo­sta­ła roz­bi­ta. Z pola bi­twy uszli nie­licz­ni.

Al­ke­stis po­dra­pał się po gło­wie. Wciąż dys­po­no­wał od­po­wied­ni­mi si­ła­mi, by wkro­czyć do za­ję­te­go przez wro­ga mia­sta i do­koń­czyć dzie­ła. Był­by głup­cem, gdy­by nie wy­ko­rzy­stał oka­zji. Za­nim osad­ni­cy po­wró­cą do do­mów, bez­względ­nie mu­siał oczy­ścić pro­win­cję z na­jeźdź­ców i za­bez­pie­czyć ją przed ko­lej­nym ata­kiem. Nikt nie bę­dzie siał i orał, wciąż oglą­da­jąc się za sie­bie.

Dziś będą świę­to­wać zwy­cię­stwo, ju­tro zaś ru­szą da­lej.

***

Za­okrę­to­wa­nie od­dzia­łów za­ję­ło wię­cej cza­su, niż się spo­dzie­wał. I choć do prze­pły­nię­cia mie­li nie­wiel­ki od­ci­nek, nie mo­gli po­ko­nać go wpław.

Praw­dę rze­kł­szy, nie dzi­wił się żoł­nie­rzom. Le­d­wo co prze­cież za­koń­czy­ła się krwa­wa ca­ło­dzien­na bi­twa, a już przy­szło im szy­ko­wać się do ko­lej­nej. Wie­lu ran­nych ode­słał do Aby­dos, gdzie oby pręd­ko wró­ci­li do peł­ni sił. Resz­cie nie po­zwo­lił na wy­tchnie­nie, uznaw­szy, że do­syć cza­su już zmi­trę­ży­li.

– Ile mamy ry­dwa­nów? – za­py­tał Ure­usza.

– Nie­speł­na pięć­dzie­siąt.

Nie­wie­le. Przy sztur­mie na mury wozy na nic się im nie przy­da­dzą, to praw­da, wsze­la­ko i tak szko­da, że tyle ich utra­cił. Wie­czo­rem po­dyk­tu­je list do Gi­the­ona i zda re­la­cję. To do­bry mo­ment. Jest się czym po­chwa­lić, a być może dal­szy wy­si­łek wo­jen­ny nie bę­dzie już po­trzeb­ny.

– Bra­ku­je nam cze­goś?

– Nie, pa­nie. Wczo­raj przy­by­ło pięć trans­por­tow­ców ze zbo­żem i ob­ro­kiem dla koni. Oli­wy i wina mamy pod do­stat­kiem, ale bra­ku­je nam żoł­nie­rzy.

– Wiem.

Ko­niecz­no­ścią sta­ło się prze­or­ga­ni­zo­wa­nie paru puł­ków. Roz­wią­za­nie jed­nych i po­łą­cze­nie z nie­do­bit­ka­mi in­nych. Pa­ru­set no­wych cięż­ko­zbroj­nych bar­dzo by się im przy­da­ło.

Szczę­śli­wie wciąż dys­po­no­wał nie­na­ru­szo­ną flo­tą pra­wie dwu­stu jed­no­stek. Przy­jem­nie było spoj­rzeć na tur­ku­so­we wody Hel­le­spon­tu: jak okiem się­gnąć, na fa­lach uno­si­ły się okrę­ty, któ­re przy­pro­wa­dził tu z The­ry. Drżyj­cie, bar­ba­rzyń­cy. Ta­kiej po­tę­dze nikt nie spro­sta.

Wio­sła za­nu­rzy­ły się z trza­skiem i skrzy­pie­niem, ich dłu­gie pió­ra po wy­nu­rze­niu ocie­ka­ły wodą. „Smo­czy Ogon” na­bie­rał pręd­ko­ści, roz­ci­na­jąc grzy­wa­cze.

– Roz­wi­nąć ża­giel.

Bry­za po­mo­że im szyb­ciej do­pły­nąć na miej­sce. Maszt jęk­nął, gdy po­dmuch wia­tru na­piął ma­te­riał. Stra­te­gos się uśmiech­nął. Z tego, co pa­mię­tał, w cie­śni­nie utrzy­my­wa­ły się do­syć sil­ne prą­dy mor­skie, lecz dziś im nie prze­szko­dzą. Bęb­niarz nadał rytm, a ster­nik moc­niej na­parł na rum­pel. Wy­ko­na­li zwrot i za­ję­li miej­sce na cze­le flo­ty.

Wzrok Al­ke­sti­sa błą­dził po mu­rach Se­stos, a wła­ści­wie po wy­pa­lo­nej ru­inie, w jaką prze­obra­zi­ło się mia­sto.

– Pe­reu­sie! – przy­wo­łał mło­de­go ry­ba­ka, któ­ry uwol­nio­ny z lo­chu w Ilio­nie, tra­fił do za­ło­gi die­ry.

– Tak, pa­nie.

– Jak ci się po­do­ba­ła wczo­raj­sza bi­twa?

– To­pi­li­śmy dra­ni aż miło. Nie­wie­lu nam ucie­kło. Na tych swo­ich czół­nach byli bez szans.

– Czy za­uwa­ży­łeś coś nie­po­ko­ją­ce­go?

W miej­sce uśmie­chu na twa­rzy ry­ba­ka po­ja­wił się nie­przy­jem­ny gry­mas.

– Py­tasz, pa­nie, o…

– Wiesz o co. – Al­ke­stis spoj­rzał bacz­nie Pe­reu­so­wi w oczy.

– To byli sami bar­ba­rzyń­cy, pa­nie. Sta­ra­no­wa­li­śmy dwie ło­dzie i jed­ną tra­twę. Tych, któ­rzy utrzy­my­wa­li się na wo­dzie, za­tłu­kli­śmy wio­sła­mi. Mu­szę przy­znać, że pięk­ny był to wi­dok. Wart opi­sa­nia. Tyle krwi nie wi­dzia­łem ni­g­dy wcze­śniej.

Jak na pro­ste­go chło­pa­ka Pe­reus wy­po­wia­dał się za­dzi­wia­ją­co swo­bod­nie i pre­cy­zyj­nie.

– Po­tra­fisz czy­tać i pi­sać? – rzu­cił ge­ne­rał.

– Tak, pa­nie.

– Kła­miesz. – W Al­ke­sti­sie za­wrzał gniew. W ca­łym im­pe­rium, we wszyst­kich jego pro­win­cjach, na wy­spach, lą­dzie i mo­rzu tę umie­jęt­ność po­sia­da­ło naj­wy­żej sto osób – a byli to człon­ko­wie Rady Star­szych i skry­bo­wie. Resz­cie ta sztu­ka do ni­cze­go nie była po­trzeb­na.

– Oj­ciec mnie na­uczył… – Pe­reus skur­czył się, ką­tem oka do­strze­ga­jąc nad­zor­cę, któ­ry do tej pory stał parę kro­ków da­lej, ale sły­sząc ton gło­su wo­dza, go­tów był po­trak­to­wać za­ło­gan­ta ba­tem.

– Je­steś ry­ba­kiem.

– Ale on był skry­bą na­czel­ni­ka Se­stos, pa­nie, i bar­dzo chciał, bym po­szedł w jego śla­dy.

– Gdzie jest te­raz?

– Umarł daw­no temu. Miej­sce przy na­czel­ni­ku za­jął ktoś inny.

– Każę to spraw­dzić.

– Mó­wię praw­dę. Przy­gar­nął mnie stryj, ale szyb­ko wy­gnał z domu. Je­dy­ne za­ję­cie, ja­kie zna­la­złem, to na mo­rzu.

– Precz.

Za­wiódł się na Pe­reu­sie. Al­ke­stis jako stra­te­gos czy­tał zna­ki, ale Ure­usz już nie. Co do Anak­sa­go­ra­sa, nie miał pew­no­ści. O cza­sy! O oby­cza­je! Co się sta­nie, gdy każ­dy bę­dzie umiał prze­czy­tać taj­ną wia­do­mość prze­zna­czo­ną dla naj­wyż­szych osób w pań­stwie? To pro­sty prze­pis na ka­ta­stro­fę. Atlan­ty­da nie­chyb­nie upad­nie, kie­dy byle chłop z kre­sów im­pe­rium bę­dzie w sta­nie ko­mu­ni­ko­wać się z kimś choć­by i na The­rze. Pew­ne jest, że fun­da­men­ty cy­wi­li­za­cji zo­sta­ną pod­ko­pa­ne. Sys­tem się nie obro­ni przed am­bi­cja­mi rze­szy głup­ców dość mą­drych, by sa­me­mu czy­tać, acz zbyt głu­pich, by sa­me­mu my­śleć. Co ro­bić, by po­wstrzy­mać i tę za­ra­zę?

Tak się wściekł, że omal nie prze­ga­pił wro­ga wy­pły­wa­ją­ce­go z przy­sta­ni Se­stos w kil­ka ło­dzi, któ­re po­spiesz­nie roz­wi­nę­ły ża­gle, pró­bu­jąc się od nich od­da­lić.

Krew po­now­nie się w nim za­go­to­wa­ła. Pa­dły ko­men­dy, rytm bęb­na przy­spie­szył, wio­śla­rze moc­niej na­par­li na wio­sła. Ten wy­ścig nie po­trwa dłu­go, jako że Atlan­tów od ucie­ki­nie­rów dzie­li­ło naj­wy­żej pięć staj. „Smo­czy Ogon” gnał przed sie­bie, zo­sta­wia­jąc da­le­ko po­zo­sta­łe okrę­ty flo­ty. Ni­g­dy jesz­cze nie pły­nę­li tak szyb­ko.

Jęki nie­wol­ni­ków nie in­te­re­so­wa­ły wo­dza. Je­śli bę­dzie trze­ba, zu­ży­tych za­stą­pi na­stęp­ny­mi, jak nie dziś, to ju­tro. Niech ko­na­ją. Li­czy się tyl­ko chwa­ła im­pe­rium.

Oparł dło­nie o bur­tę, mie­rząc wzro­kiem ma­le­ją­cą od­le­głość do Cha­ru­nów. Nie umkną, wszyst­ko miał pod kon­tro­lą. Po­zo­sta­ło tyl­ko cze­kać.

Przez chwi­lę zda­wa­ło mu się, że uj­rzał coś jak­by sil­ny błysk, błę­kit­ny pro­mień na jed­nym z ucie­ka­ją­cych stat­ków. Nie­zwy­kła świe­tli­stość bły­ska­wicz­nie zbli­ża­ła się w jego kie­run­ku i za­nim zdą­żył się zdzi­wić, ude­rzy­ła w maszt, któ­ry ru­nął z gło­śnym trza­skiem na gło­wy za­ło­dze i żoł­nie­rzom.

Wio­śla­rze od razu zgu­bi­li rytm, a Al­ke­stis na­dal stał w tym sa­mym miej­scu, nie mo­gąc uwie­rzyć w zda­rze­nie, któ­re­go właś­nie był świad­kiem. Tym­cza­sem ko­lej­na błę­kit­na strza­ła sma­gnę­ła w bur­tę jed­nost­ki idą­cej tuż za nimi, wy­ry­wa­jąc dziu­rę w po­szy­ciu. Okręt prze­chy­lił się, na­bie­ra­jąc wody.

Za­ło­ga „Smo­cze­go Ogo­na” wy­szła z ata­ku w za­sa­dzie bez szwan­ku. Jak ge­ne­rał zdą­żył oce­nić, gdy otrzą­snął się z szo­ku, wszy­scy żyli, cho­ciaż na­je­dli się stra­chu.

– Pa­nie, co z tobą? – Śmier­tel­nie bla­dy Ure­usz szar­pał go za tu­ni­kę. Oka­za­ło się, że spo­ra drza­zga tra­fi­ła wo­dza w ra­mię. Krew spły­wa­ła aż na dłoń. Dziw­ne, ale nie bo­la­ło. Okręt już nie pły­nął, jeno dry­fo­wał, ko­ły­sa­ny po­dmu­cha­mi wia­tru.

Alk­se­tis po raz pierw­szy był świad­kiem ta­kie­go wy­da­rze­nia, ni­g­dy też o ni­czym po­dob­nym nie sły­szał. Co­kol­wiek by to było, nie mógł przejść nad tym do po­rząd­ku dzien­ne­go. Cha­ru­no­wie zmie­ni­li re­gu­ły pro­wa­dze­nia woj­ny, a to było nie do za­ak­cep­to­wa­nia. Atlan­ci od tej pory ży­li­by w nie­ustan­nym po­czu­ciu za­gro­że­nia.

Nie był to ra­czej pio­run – z ja­sne­go nie­ba bez jed­nej więk­szej chmu­ry. Ja­kaś strza­ła? Pło­ną­ca włócz­nia? Iskra?

– Pa­nie!

– Jesz­cze raz mną szarp­niesz, Ure­uszu, a każę cię oskó­ro­wać – za­gro­ził.

Mło­dzie­niec prze­stra­szo­ny od­sko­czył na bok, zaś Al­ke­stis…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej