Piekło Hulka - Agnieszka Siepielska - ebook
BESTSELLER

Piekło Hulka ebook

Agnieszka Siepielska

4,6

138 osób interesuje się tą książką

Opis

Mistrzyni mafijnego humoru powraca z drugim tomem serii o motocyklistach!

„Dlaczego ona nie cierpi z powodu tego, co zrobiła, kiedy ja cały czas płonę w piekle, które mi zgotowała?”.

Hulk

Podczas pobytu w domu rodzinnym Jay spotyka Chloe – dziewczynę, którą znał od dziecka. Patrzy na nią jak oniemiały, ponieważ nigdy by się nie spodziewał, że podlotek zmieni się w taką piękność.

I co gorsza – chyba się zakochał.

Wszystko układa się idealnie. Kiedy Chloe zachodzi w ciążę, Jay postanawia kupić pierścionek zaręczynowy i się oświadczyć. Jednak to, co stanie się później, będzie przyczyną jego cierpienia przez kilka długich lat. Dziewczyna zrani go najboleśniej jak to tylko możliwe.

Kiedy po latach Jay widzi ją w klubie, nie może uwierzyć w to, jakie ma szczęście. W końcu będzie mógł się zemścić. Chloe zapłaci za to, co zrobiła! Zgotowała mu piekło, a teraz sama pozna jego smak.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 276

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (1587 ocen)
1117
298
120
42
10

Popularność




Copyright © 2020

Agnieszka Siepielska

Wydawnictwo NieZwykłe

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja:

Kamila Recław

Korekta:

Katarzyna Moch

Katarzyna Olchowy

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Dystrybucja: ATENEUM www.ateneum.net.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-408-5

Mojemu mężowi Pawłowi,

który nawet będąc tysiąc kilometrów dalej,

zawsze jest ze mną.

Rozdział 1

JAY

Siedem lat wcześniej

– Rodzinko! Wróciłem! – krzyczę, wchodząc do domu rodziców, po czym trzaskam drzwiami.

– W kuchni! – woła mama.

Przemierzam salon i staję w wejściu do wskazanego pomieszczenia.

Obserwuję, jak Bonnie Davis krząta się po kuchni, przygotowując wszystko na zapowiedzianego rodzinnego grilla.

Tęsknię za tą kobietą, za całą rodziną, nawet moją czasem wkurzającą, małą siostrzyczką. Cholernie brakuje mi przebywania w tym domu, jego zapachów, zwyczajów i w ogóle codziennej rutyny.

Mama myje i osusza ręce, po czym rozkłada ramiona, witając mnie promiennym uśmiechem. Podchodzę, przytulam ją, całując w czubek głowy i wdycham waniliowy zapach jej blond włosów.

– Stacy nie przyjechała? – pyta podejrzliwie.

Wie bardzo dobrze jak ostatnio miały się sprawy.

– Jest bardzo zajęta – odpowiadam.

Nie dodaję, że pakowaniem, bo zakończyłem naszą wspólną męczarnię.

Bonnie odsuwa się ode mnie i kręci głową.

– Znowu pokłóciliście się o klub.

Tylko nie to. Przez ostatnie kilka godzin już to przerabiałem, ale owszem, jak zwykle poszło o klub.

Od zawsze chciałem pójść w ślady wuja i być członkiem klubu motocyklowego. Kiedy tylko skończyłem osiemnaście lat, zostałem kandydatem w Sinners&Rea­pers. Potem poznałem Stacy. Jej odpowiadał mój styl życia, a ja nie miałem ochoty ganiać codziennie za klubowymi panienkami jak inni bracia. Zostaliśmy więc parą, a rok później zamieszkaliśmy razem. Jeśli chodzi o uczucia, nigdy jej nie kochałem, nie byłem tego nawet bliski.

Ostatnio jej ojciec postanowił zająć się polityką. Od tej pory dziewczyna próbowała namówić mnie na opuszczenie klubu i wciskać w garniaki. To jednak nie moja bajka, więc każda rozmowa na ten temat kończyła się awanturą. Dzisiaj to zakończyłem.

– Cześć, brat! – krzyczy wchodząca do kuchni Erica i podbiega mnie uściskać, ja jednak nie spuszczam wzroku z nowej osoby.

Stoi w wejściu, nieśmiało unosząc rękę.

– Dzień dobry, pani Davis, cześć, Jay.

Z szarymi błyszczącymi oczami, pokrytym kilkoma piegami nosem i w niebieskiej, kwiecistej sukience wygląda… słodko?

Co, do chuja, się ze mną dzieje? Ja nigdy nie interesuję się lukrowymi dziewczynkami. Nigdy!

Marszczę brwi, a dziewczyna nerwowo gładzi długie włosy, może trochę ciemniejsze od moich.

– Jay? Co się z tobą dzieje? – beszta mnie mama. – Przywitaj się z Chloe.

Chloe?

To jest ona. Dziewczyna, która od dzieciaka się we mnie podkochiwała. Nie widziałem jej chyba całe wieki.

No proszę, proszę. Mała Elliot wyhodowała sobie cycki. Nie żebym narzekał, ale co zrobić, jeśli na widok już dorosłej przyjaciółki mojej siostry dopada mnie strzała pieprzonego Amora?

Niech tylko dorwę tego gnojka…

***

Teraz

Po obejściu Sinners i upewnieniu się, że wszystko jest w porządku, staję przy barze i obserwuję siedzących pod sceną Paxtona i Nikki.

Kobieta przygląda się striptizerce, podczas gdy Hays rozgląda się wokół, byle nie spojrzeć w to samo miejsce. Wiele mnie kosztuje, żeby nie wybuchnąć śmiechem, bo wiem, że jeśli Hays chociaż na ułamek sekundy spojrzy na striptizerkę, Preston zamieni się w pieprzonego Terminatora. Przez cały tydzień będzie miał jazdy z użyciem kajdanek, taśmy i supermocnego kleju.

Uroki zabierania kobiet do barów ze striptizem.

Kręcę głową i ruszam z miejsca, po czym siadam obok Paxa. Ten stara się wciągnąć mnie w rozmowę, ale nie słyszę, co do mnie mówi, bo kątem oka zauważam nową, ciemnowłosą tancerkę, dla której czasami tu przychodzę. Jest w niej coś, czego nie potrafię opisać.

Hays przerywa swój monolog i odwraca się do Nikki.

– Mówiłaś coś?

– Tak – odpowiada Preston, przyglądając się dziewczynie. – Nie wiedziałam, że ona jeszcze tu tańczy.

– Kto to jest? – pyta Pax, zerkając na scenę.

– To moja była sekretarka, Chloe Elliot.

Dalej nie wiem, co się dzieje. W uszach dudni przyspieszony puls i czuję chęć mordu. Widzę tylko ją – kobietę, która zrujnowała mi życie.

Dopiero teraz rozpoznaję te oczy, w których pojawia się przerażenie. Zaraz potem odwraca się i ucieka.

Wstaję i podążam za nią, a kiedy wpadam na zaplecze, chwytam ją i przyszpilam do ściany. Bez chwili zawahania oplatam palce wokół jej szyi. Zaciskając coraz mocniej, obserwuję, jak z każdą sekundą uchodzi z niej życie.

Dopiero kiedy słyszę krzyk Nikki, wracam do rzeczywistości i zdaję sobie sprawę z tego, co się stało.

Ignoruję opadającą na podłogę kobietę, którą właśnie mogłem zabić, i wiem jedno. Muszę stąd wyjść.

Opuszczam Sinners i wsiadam na motocykl, po czym ruszam przed siebie, mając cały czas przed oczami wyraz jej twarzy. Jakby to ona była poszkodowana.

Zatrzymuję się w końcu na kompletnym odludziu, nad brzegiem rzeki. Jest cholernie ciemno i jedynie światło księżyca pozwala mi widzieć na tyle, żebym wyjął z kieszeni kurtki papierosy i zapalniczkę.

Palę jednego za drugim, wspominając chwilę, w której Chloe Elliot rozpieprzyła moje życie na drobne kawałki.

Trzeba było trzymać się od niej z daleka, kiedy zobaczyłem ją w domu rodziców, ale nie potrafiłem. Wpuściłem ją do swojego życia, życia swojej rodziny i klubu, który, jak sama twierdziła, kochała. Moi rodzice traktowali ją jak własną córkę, bracia uwielbiali, a ja dosłownie czciłem ziemię, po której stąpała.

Byłem akurat z Paxtonem, Reedem i Jaxem poza miastem i zabezpieczaliśmy towar dla Vito, kiedy zadzwoniła moja siostra, Erica. Wtedy dowiedziałem się, że Chloe jest w ciąży.

Miałem dwadzieścia cztery lata, a Chlo osiemnaście, ale nie przeszkadzało mi to, cieszyłem się. Załatwiłem więc kamizelkę, kupiłem pierścionek zaręczynowy i pojechałem do niej zaraz po powrocie do Phoenix. I tak, jak na tysiąc sposobów planowałem wcześniej, jak się oświadczę, w ogóle nie byłem przygotowany na to, co usłyszę. Nawet nie przyszło mi do głowy, że kiedy tylko otworzy drzwi, z każdym słowem będzie miażdżyć moje serce, a potem zostawi mnie samego.

Zniszczyła mnie i moją rodzinę. Nie mogłem wytrzymać cierpienia mojej siostry, która straciła przyjaciółkę, matki, która opłakiwała swoje dzieci i przepełnionych litością spojrzeń ojca. Odszedłem więc.

Wracam do rzeczywistości, mając dość przypominania sobie, że sześć lat temu straciłem niemal wszystko. Niemal, bo gdyby nie bracia, nie miałbym już nic.

Zastanawia mnie tylko, co ona robi tutaj, w Prescott, i dlaczego, do cholery, życie nie potraktowało jej tak, jak na to zasługuje? Dlaczego nie cierpi z powodu tego, co zrobiła, kiedy ja cały czas płonę w piekle, które mi zgotowała?

Kilkanaście razy zadaję sobie to samo pytanie, aż nastaje świt.

Kurwa!

Całą noc siedziałem i myślałem o kobiecie, która nie jest tego warta. Wiem tylko jedno, jeśli karma jej jeszcze nie dopadła, zrobię to ja.

Wyciągam z kieszeni telefon i zauważam, że mam pierdyliard nieodebranych połączeń, głównie od Paxtona. Później się tym zajmę. Teraz wybieram odpowiedni numer i dzwonię.

Rozdział 2

JAY

Po powrocie do klubu od razu kieruję się do biura. Tak jak się spodziewałem, zastaję tam Paxa. Stoi w centrum pomieszczenia, wlepiając we mnie rozwścieczony wzrok. Niech mi tylko oszczędzi jazd typu: Gdzieś ty się, kurwa, podziewał?

Nie spałem przez całą noc i nie mam ochoty na jego kazania.

Teraz mam zresztą gdzieś to, co sobie pomyśli. Podchodzę do stolika z alkoholem, sięgam po butelkę pierwszego lepszego trunku, po czym przechodzę obok niego i siadam na narożniku.

Kładę nogi na stolik, odkręcam butelkę, po czym piję do utraty tchu. Ignoruję cholerne pieczenie w gardle, bo jest niczym w porównaniu z tym, co zgotowała mi Chloe.

Odstawiam szkło na podłogę i zerkam na Haysa, którego za chwilę ciśnienie rozsadzi od środka.

– Gdzieś ty się, kurwa, podziewał?! – wydziera się w końcu.

Mam ochotę mu odpowiedzieć, że w dupie, ale chcę tylko, żeby skończył tę jazdę. Potem muszę iść się wyspać.

– Siedziałem na jakimś zadupiu i myślałem, co z nią zrobić – odpowiadam, przesuwając dłońmi po twarzy.

Pax podchodzi do biurka, rozsiada się w fotelu. Chwyta kubek i bierze duży łyk.

– Po pierwsze, masz klub, braci. Twój problem jest naszym problemem i rozwiązujemy go wspólnie. Po drugie, to tu właściwie nie ma o czym myśleć. Kończymy z nią i wywozimy na bagna. Musimy tylko chwilę odczekać, bo po wczorajszej akcji od razu będzie wiadomo, kto za tym stoi – tłumaczy i coś automatycznie we mnie drga.

– Chcę to załatwić sam. Tak jej dam popalić, że z krzykiem będzie wiała z miasteczka – oznajmiam spokojnie i pobieram następną dawkę promili.

– Mhm! Dokładnie to samo mówiłem o Preston i zobacz, jak skończyłem. Trzyma mnie za jaja i gdybym tylko zrobił coś źle, to… – Nie kończy, tylko się otrząsa.

– Nikki nie zrobiłaby ci takiego świństwa. Jest lojalna wobec ciebie i klubu – mówię.

Taka jest prawda. Nie wiem, co ma w sobie ta kobieta, ale odkąd pojawiła się w miasteczku, nieźle namieszała w naszym życiu. Tyle że zdobyła tym nasz szacunek.

Chloe? Kiedyś była temu bliska.

– Nie wierzę, że nikt z nas nie rozpoznał Chlo – wzdycha Hays.

– To nie tak, że szukaliśmy – prycham. – Sam widziałeś, jak się zmieniła. Kiedyś biegała w sukienkach i klapkach. Teraz ubranie od Heatona zamieniła na gorsety. Do tego miała na sobie tonę tapety. Tego też wcześniej nie robiła.

– Ale mieliśmy ją, kurwa, pod nosem cały ten czas! – warczy Hays.

– Kilka razy w Sinners wydawało mi się, że to ona, ale czasami…

– Co, do chuja, Hulk?! Dlaczego nic nie powiedziałeś?! Jestem jak twój rodzony brat, zbierałem cię przez lata po tym, co ci zrobiła, a teraz mi mówisz, że ją widziałeś w naszym klubie?!

– Powiedziałem, że mi się wydawało i zazwyczaj byłem pijany – tłumaczę. – Gdybym miał pod wpływem procentów mówić za każdym razem, że widziałem w jakiejś kobiecie podobieństwo do Chloe, nie mielibyśmy już striptizerek.

– To prawda – prycha Hays.

– Załatwię to, serio, ale muszę to zrobić sam.

Wstaję i podchodzę do drzwi, zabierając ze sobą butelkę, którą mam zamiar opróżnić w samotności.

– Ach, jeszcze jedna sprawa – odzywa się Pax. Przystaję i spoglądam w jego stronę na tyle, na ile pozwala mój już zmęczony wzrok. – Kiedy Nikki wczoraj krzyczała, żeby cię powstrzymać…

– Mów, kurwa, bo chcę iść spać! – warczę, a Hays drapie się po karku.

– Wszyscy słyszeli, jak do ciebie mówi i masz teraz klubową ksywę. Hulk.

Zajebiście, a dopiero co dobrze o niej pomyślałem. Małe pieprzone utrapienie. Nie moje słowa, tylko Paxa, ale to święta prawda.

– Następnym razem, jak zabierzesz ją do Sinners, nie zapomnij taśmy – oburzam się i wychodzę, słysząc śmiech Haysa.

Wchodzę do swojego pokoju, po czym opadam na łóżko. Dopijając resztki alkoholu z butelki, zastanawiam się, na ile sposobów mógłbym zabić Chloe.

CHLOE

Siedzę na stopniu, przed domem, ściskając w dłoniach kubek z kawą. Obserwuję krople deszczu roztrzaskujące się o betonową ścieżkę i powodujące, że liście drzew uginają się raz po raz pod ich ciężarem.

Mimo że znajduję się pod zadaszeniem, co chwilę kilka z nich muska moje nogi.

Zaciągam się zapachem świeżego powietrza, zamykam oczy i, tak jak za każdym razem, pojawia się jego wizerunek.

Widzę wyraźnie te śliczne błękitne oczy. Długie blond włosy okalające jego piękną twarz, choć nadal przepełnioną nienawiścią. Sylwetkę ma teraz o wiele bardziej rozbudowaną.

Ile bym dała, żeby moje myśli go zmaterializowały, a historia miała inny bieg.

Niechętnie unoszę powieki, wiedząc, że obraz mężczyzny, którego nadal bezsprzecznie i bezgranicznie kocham, zniknie.

Upijam łyk gorzkiego napoju i wspominam najgorszy dzień mojego życia.

Niecałe sześć lat temu, kiedy z każdym kolejnym słowem cięłam jego serce na drobne kawałki, to samo robiłam ze swoim. W momencie, gdy zatrzasnęłam drzwi przed jego nosem, chciałam natychmiast je otworzyć i wykrzyczeć całą prawdę. Jednak to zniszczyłoby go jeszcze bardziej. Zniszczyłoby wszystkich.

Do tej pory każdego dnia zastanawiam się, jak wyglądałoby nasze życie, gdybym nie była zmuszona do tego, co zrobiłam. Wierzę, że każdy dzień byłby piękny. Jestem tego pewna.

Po feralnym zdarzeniu nie minęło dużo czasu, a już musiałam opuścić Phoenix. Rozważałam wiele opcji, ale ostatecznie wylądowałam tutaj, w Prescott.

Kontynuowałam naukę i jednocześnie rozpoczęłam staż w biurze Heatona. Potem dostałam umowę na stałe i życie zaczęło się układać. Dopóki Sinners&Reapers nie postanowili otworzyć tu oddziału.

Kiedy zobaczyłam Jaya po tak długim czasie, moją pierwszą myślą było to, że Bóg daje nam drugą szansę. Jednak zaraz potem przypomniałam sobie, że my nigdy nie będziemy razem. Nie możemy. Ze wszystkich możliwych opcji wybrałam właśnie tę i tego zawsze będę musiała się trzymać.

Wiedziałam też, że muszę jakoś tu przetrwać i nie mogłam pozwolić sobie na powrót do domu. Przefarbowałam więc włosy na ciemny kolor i zaczęłam robić zbyt mocny makijaż. Inaczej niż kiedy byłam z Jayem. Czasami nosiłam okulary, które nie były mi potrzebne. Do tej pory udawało się. Zdawałam sobie jednak sprawę, że kiedyś ten dzień nastąpi i Jay lub inny członek klubu mnie rozpozna. Być może podświadomie tego chciałam. Czasami zgrywanie tępej idiotki, która wszystkiego się boi, było już po prostu męczące.

Wczoraj miałam dziwne przeczucie, że wydarzy się coś złego. Wysłałam więc dziewczyny na weekend do rodziców i jak zawsze pojechałam do pracy. Moje przeczucia się sprawdziły.

Gdyby nie Nikki, Jay zabiłby mnie. Był w takim amoku…

Teraz z całą pewnością jestem na dodatek bezrobotna, a na to nie mogę sobie pozwolić. Taniec na rurze, podczas którego muszę się obnażać, nie jest szczytem moich marzeń i w normalnych okolicznościach nie zgodziłabym się na to za żadne pieniądze.

Wstaję i wchodzę do domu zbudowanego z drewnianych belek. Kocham to miejsce i leśne otoczenie. Starałam się tu stworzyć dla nas coś w rodzaju bezpiecznej przystani.

O ironio!

Mijam salon z szarą sofą i dwoma fotelami, tego samego koloru puszystym dywanem oraz białym stolikiem kawowym i komodą. W centralnej części stoi kominek.

Potem przechodzę obok krętych schodów usytuowanych po lewej stronie. W końcu kieruję się do kuchni i podchodzę do zlewu. Myję kubek i odstawiam na suszarkę.

Po chwili siadam przy stole, w centrum pomieszczenia, i uruchamiam laptop, po czym sprawdzam oferty pracy. Po długich poszukiwaniach z żalem stwierdzam, że ma nic, co byłoby w miarę blisko i za rozsądne wynagrodzenie. Jeśli szybko nie znajdę etatu, będę zmuszona pójść tam i błagać, aby przyjęli mnie do klubu z powrotem.

Uczucie, jakby ktoś sypnął mi piaskiem w oczy, powoduje, że odpuszczam sobie przeglądanie ofert.

Zamykam urządzenie, wstaję i kieruję się do salonu. Kładę się na sofie z nadzieją, że może uda mi się choć trochę odespać zarwaną nockę.

***

– Wstawaj!

Otrząsam się, gwałtownie wyrwana ze snu i otwieram oczy.

Na widok mężczyzny stojącego w pomieszczeniu, natychmiast rozbudzam się i siadam. Właściwie nie wiem, co dalej. Zostać tak, czy uciekać.

Prawda jest jednak taka, że chciałabym podejść do niego. Zatopić palce w jego włosach i powiedzieć prawdę. Zakończyć lata cierpienia.

Wtedy jednak, znając powód, nienawidziłby samego siebie. Nie mogę mu tego zrobić.

Kocham go na tyle, że jestem w stanie do końca życia nosić ten ciężar za nas oboje. Wolę, żeby nienawidził mnie.

Rozdział 3

CHLOE

Chcę zapytać go, co tu robi, ale nie pozwalają mi suchość i ból w gardle.

Nachodzi mnie nagle myśl, że może przyszedł dokończyć to, co zaczął wczoraj. Odruchowo przykładam dłoń do posiniaczonego miejsca, jakby to miało mnie przed nim uchronić.

Drugą ręką daję mu znak, żeby poczekał, wstaję i idę do kuchni, czując jego wzrok wbity w moje plecy.

Wchodzę do pomieszczenia i z przerażeniem zerkam na lodówkę, a następnie w popłochu zdejmuję z niej wcześniej przyczepione magnesami rysunki, które chowam do szuflady.

Trzęsąc się od narastających we mnie z każdą minutą przeróżnych emocji, sięgam z górnej szafki szklankę i nalewam wodę z kranu. Zimny płyn chłodzi moje obolałe gardło i przynosi ulgę.

Odstawiam naczynie do zlewu, opieram dłonie na brzegu blatu i wpatruję się w widoki za oknem, właściwie w nic konkretnego. Chcę tylko przygotować się psychicznie na to, co nastąpi.

Słyszę dźwięk uderzania ciężkich butów Jaya o drewnianą podłogę, kiedy się zbliża. Odwracam się powoli i ogarniam wzrokiem jego masywną posturę, opartą o ramę w wejściu.

– Czemu zawdzięczam twoje odwiedziny? – pytam zachrypniętym głosem, nie mogąc zdobyć się na nic innego.

Blondyn mruży oczy, jakby z niedowierzaniem i nie bardzo wiem, o co mu chodzi.

– Żeby zapytać, jak się, kurwa, masz – odpowiada w końcu i prycha kpiąco.

Nie zasłużyłam na to, ale nie mogę mu nawet o tym powiedzieć. Wciągam głęboko powietrze, po czym robię powolny wydech.

– Posłuchaj mnie, Jay…

– Nie! – wydziera się i rusza w moim kierunku.

Kiedy zatrzymuje się przede mną i uderza pięścią w blat, a ja podskakuję przerażona jego nagłym atakiem agresji.

– Jay? – szepczę tym razem.

– Nie będę słuchał niczego, co wychodzi z ust tak zakłamanej, bezdusznej suki!

Podczas gdy jego słowa ranią, dopada mnie nagła tęsknota za chłopakiem pełnym radości. Tym, którego twarz na mój widok rozświetlała się ze szczęścia. Wiem jednak, że nigdy go już nie ujrzę.

– Jay, uwierz mi, cokolwiek planujesz, nie chcesz tego robić. Będziesz tego żałował.

Głęboki gardłowy, przepełniony złośliwością śmiech wyrywa się z jego gardła i wypełnia pomieszczenie.

Niewidzialne sztylety po raz kolejny przebijają moje ciało. Gdyby nie Carly i Lexi, padłabym teraz na kolana i błagała, żeby dokończył to, co zaczął zeszłej nocy. To, po wszystkim, co przeżyłam, byłoby łaską.

Łzy wzbierają w moich oczach i mrugam pośpiesznie kilka razy, aby je zatrzymać.

– Ja już żałuję – odpowiada. – Żałuję, że nie przejrzałem od razu, jaką jesteś podstępną, przebiegłą żmiją – cedzi przez zęby, po czym podchodzi do mnie. Jest blisko, bardzo blisko. – Co ci przyszło z tego? Hm? Pamiętasz, co mi wtedy powiedziałaś?!

– Jay... – kwilę błagalnie, patrząc w dół.

Nie chcę pamiętać tamtego dnia.

– Pamiętasz?! – Bolesny ryk wypełnia pomieszczenie, a w moich uszach aż dzwoni. On nadal cierpi, a ja nie mogę nic z tym zrobić.

Jest jednak jeden szczegół. Jego trawi ogień bolesnych wspomnień, a ja, aby uniknąć dalszego cierpienia, okryłam się niewidzialną warstwą lodu. Jeśli tylko za bardzo się do mnie zbliży, stopię się i nie będę w stanie więcej utrzymać sekretu.

– Pamiętam, ale nie cofnę przeszłości. Przykro mi – odpowiadam szeptem.

– Ty słyszysz samą siebie? Kurwa?! – Momentalnie odchodzi gdzieś. Spoglądam w górę, żeby zobaczyć, jak stół kuchenny przelatuje przez pomieszczenie i z hukiem odbija się od ściany, a zaraz po nim krzesła.

– Zabiłaś moje dziecko! – krzyczy rozszalały człowiek, a ja wzrokiem ciskam w jego stronę pioruny. Nie, tylko nie to, nie zniosę więcej. – Z dnia na dzień stwierdziłaś, że wolisz życie z jakimś bogatym gogusiem!

Nie mam już nic do powiedzenia, bo nie mogę wyznać, że wszystko to było jednym wielkim stekiem bzdur.

– Daj mi swój numer telefonu – rozkazuje nagle, wyjmując z kieszeni jeansów komórkę. Ton jego głosu jest już spokojny, lecz wyczuwam, z jakim trudem się opanowuje. Ja w tym momencie jestem zupełnie zagubiona, lecz nie chcę, żeby był znów zły. Podaję mu kolejno cyfry, które wystukuje na klawiaturze telefonu. – Gratuluję, nadal masz pracę w Sinners, gdyby to cię interesowało. Od jutra pracujesz w sekcji VIP i spróbuj nie odebrać, kiedy zadzwonię.

– Ale ja… Tam dziewczyny oprócz prywatnego pokazu…

– Ty co? Uważasz, że jesteś od nich lepsza? – prycha nienawistnie. – Nie dorastasz im, kurwa, do pięt.

– Nie będę uprawiać seksu z jakimiś przypadkowymi facetami. Nie będę się sprzedawać – mówię ostro. Tego już za wiele.

– Już to zrobiłaś. – Odraza z jaką na mnie spogląda, jest nie do zniesienia. – Nie mogę na ciebie patrzeć.

Odwraca się i wychodzi, zostawiając mnie kompletnie rozbitą. Jeśli chciał wyrównać rachunki, to z całą pewnością to zrobił z nawiązką i dzisiejszą rozmową, i planami, jakie dla mnie ma.

Aby się nie rozkleić, powtarzam sobie, że mam cel, który muszę osiągnąć.

Ogarniam bałagan w kuchni i idę do salonu po komórkę, którą zostawiłam na komodzie. Zastygam w miejscu, przyglądając się zdjęciom w srebrnych ramkach. Z pewnością Jay nie zwrócił na nie uwagi, bo gdyby tylko zobaczył te błękitne tęczówki, od razu wiedziałby, kim ona jest.

Przesuwam opuszkami palców po drobnej uśmiechniętej buźce, za którą już tęsknię i przypominam sobie, po co tu przyszłam. Sięgam po telefon i wybieram numer Madison.

– Hej! – Podniesiony ton głosu siostry wzbudza we mnie ponowny niepokój.

– Coś się stało? – pytam, zaciskając palce mocniej wokół urządzenia.

– Nie. Carly z pomocą taty chciała zrobić babeczki, więc ja z mamą mamy teraz co sprzątać. – Na beztroski śmiech siostry moje serce mięknie. – Poczekaj, ty nie jesteś przypadkiem chora? Masz dziwny głos.

– Tak, złapałam coś, więc pomyślałam, że może zostałybyście u rodziców jeszcze tydzień, dopóki nie dojdę do siebie. Nie chcę też was zarazić.

– Tym bardziej powinnam przyjechać.

– Nie! – krzyczę spanikowana, po czym następuje cisza.

– On już wie. Poznał cię, prawda?

– Tak – odpowiadam cicho.

– Mowy nie ma, żebym tu została. Wracamy tak, jak się umawiałyśmy.

– Nie! – Chcę jej wytłumaczyć, że to najgorszy moment z możliwych, lecz w słuchawce słychać tylko przerywany sygnał.

HULK

Minęło kilka dni od wizyty w Sinners i nadal nie mogę się otrząsnąć z pieprzonego szoku. Od tamtej pory byłem tam tylko raz, żeby wpisać Chloe na listę.

Po wizycie u niej wracam do klubu i od razu idę do baru, gdzie siedzi już Colton. On też nie ma łatwo ostatnimi czasy. Pieprzona, krwiożercza pijawka, z którą się ożenił, zostawiła go samego z małą Lily i zwiała z jego pieniędzmi.

– Jak leci, bracie? – pytam, odbierając piwo od dziewczyny.

– Nawet, kurwa, nie pytaj. Dyżur za dyżurem, w domu pieluchy, a dla klubu ledwie znajduję czas.

Nagle obaj na odgłos krzyków dochodzących z góry odwracamy głowy w kierunku schodów.

Po chwili spoglądamy na siebie, wiedząc już, o co chodzi.

– Do kogo to, kurwa, należy, Nikki?! – ryk Paxa słychać w całym cholernym budynku.

Chociaż u nich wszystko jest w normie, o ile można to tak nazwać. Nikki odwala szopkę, Pax idzie do biura wypieprzyć z niej głupoty i przez następny tydzień jest spokój.

– Co znowu odwaliła? – pytam.

– Poszła z psem do weterynarza.

O kurwa!

– Do tego Nolana? – Colt kiwa głową, nie zwracając uwagi na krzyk Nikki i trzaśnięcie drzwiami.

No nieźle.

Popijam piwo, czując, że nasz prezes się zbliża i wiem, że za chwilę będzie miał do mnie problem.

– Co, do chuja, Hulk?! – wydziera się, stając obok. – Od kiedy zajmujesz się organizacją w Sinners?

– Potrzebuję wolnego pokoju – tłumaczę, patrząc na niego poważnie.

– I to ma pewnie coś wspólnego z Chloe wpisaną do tej sekcji. Masz zamiar się jeszcze męczyć, wiedząc, że tańczy dla napalonych facetów, a potem może daje coś ekstra?

– O tym właśnie sam chciałem ci powiedzieć – mówię, wpatrując się w butelkę przed sobą.

– Chwileczkę – wtrąca Colt. – Ona nie będzie tańczyła dla „jakichś tam” facetów, prawda?

– O kurwa! – warczy Pax.

Rozdział 4

CHLOE

Jakieś pięć lat temu, kiedy moja depresja osiągnęła apogeum i zamknęłam się przed całym światem, dwie zwariowane młodsze siostry, z błogosławieństwem rodziców, wpadły na pewien pomysł.

Postanowiły mnie ponownie uspołecznić i zaczęły wpadać na coraz to bardziej szalone pomysły. Jednym z nich było zapisanie mnie na naukę tańca na rurze. Coś dla ciała i ducha, jak stwierdziły. Dałam się wtedy namówić.

Kiedy więc Heaton zamknął biuro, a kolejne miejsce pracy zostało doszczętnie zdemolowane, po raz kolejny stałam się bezrobotna. Potrzeba zarabiania pieniędzy, nie dla siebie, ale dla Lexi, zawiodła mnie do Sinners.

Nie ma takiej rzeczy, której nie zrobiłoby się dla najbliższych. Dlatego, odsuwając dumę na bok i zamykając na cztery spusty poczucie jakiegokolwiek wstydu, zostałam striptizerką.

Kto wie? Może coś, co zrobiły kilka lat temu moje siostry, aby ratować mnie, teraz uratuje jedną z nich. Oby.

Po kilku dniach w końcu zadzwonił Jay, żądając, abym wieczorem stawiła się w Sinners. Nie wiem, co dokładnie dla mnie zaplanował, jestem jednak przekonana, że zrobi wszystko, aby mnie upokorzyć.

Nakładam duże ilości podkładu, nie mówiąc o cieniach do powiek, które ledwo pozwalają na to, abym mogła utrzymać otwarte oczy. Zostaje jeszcze tusz do rzęs i czerwona szminka.

Zsuwam z siebie jedwabny szlafrok i ubieram się na mój pierwszy, jak podejrzewam, prywatny występ. Skórzane, cholernie niewygodne stringi i gorset, w którym już zaczynam się pocić. Czerwone szpilki dopełniają cały strój.

Wplatam ostatni raz przed wyjściem palce w burzę loków, nad którymi ślęczała Maddie. Obserwuję jeszcze przez chwilę osobę w dużym lustrze, nie dowierzając, że to ja.

Otrząsam się z zamyślenia i przygotowuję do wyjścia. Zarzucam na siebie kremowy płaszcz i zapinam go szczelnie od góry do dołu.

Przez chwilę zastanawiam się, co pomyślałyby Carly albo moja mama, co powiedziałby tata. Natychmiast jednak odrzucam zmartwienia gdzieś na margines mojego zdrowego rozsądku. Jeśli kiedykolwiek się dowiedzą, mam nadzieję, że mi wybaczą, zważywszy na okoliczności.

Wychodzę z pokoju i po chwili schodzę do kuchni, gdzie zastaję siostrę.

Jak zawsze na jej twarzy malują się wyrzuty sumienia i bezradność, a oczy lśnią od łez.

Tyle razy jej tłumaczyłam, że to, co w tej chwili robi, jest wystarczającym poświęceniem.

Podchodzę i ciasno ją do siebie przytulam.

– Carly śpi? – pytam, robiąc krok w tył, a kiedy Maddie potwierdza kiwnięciem głowy, uśmiecham się. – To dobrze. Pójdę już.

Bez głębszych refleksji odwracam się i prędko kieruję do wyjścia. Jeśli tego nie zrobię, sama się rozkleję.

Chłodne powietrze omiata nieosłonięte części ciała, kiedy tylko wychodzę na zewnątrz. Wiosna w tym roku nie jest łaskawa dla tego regionu i ciepło ociąga się z nadejściem.

Wskakuję do starego forda, którego dał mi tato, i odpalam silnik, po czym ruszam w kierunku przeznaczenia.

Im bliżej Sinners się znajduję, tym bardziej dociera do mnie, że tym razem nie chodzi o zwykły taniec, w którym udaję, że jestem sama, że wokół nie ma śliniących się mężczyzn. Tym razem może być zupełnie inaczej i to z każdą sekundą przeraża mnie coraz bardziej.

Parkuję pojazd z tyłu budynku, po czym idę do biura Delii, naszej przełożonej.

Kobieta około pięćdziesiątki daje mi oschle wytyczne odnośnie do występu i po raz pierwszy chciałabym, aby potraktowała mnie tak jak inne dziewczyny. Ciepło i przyjaźnie.

Sama się jednak o to prosiłam. Od samego początku unikałam ścisłego kontaktu z kimkolwiek. Chciałam uciec przed całą serią pytań typu: skąd jestem i dlaczego tu trafiłam.

Zerkam na zegar w przejściu między pomieszczeniami. Jest pięć minut przed dziewiątą. Za pięć minut zaczynam.

Przychodzi po mnie hostessa i prowadzi na górę, po czym zatrzymujemy się przed jednym z pokoi. Dziewczyna oznajmia, że klient jest już w środku i mogę zaczynać.

Podaje mi kilka zasad, których nie powinnam łamać, oraz te, które obowiązują klienta.

Na koniec informuje mnie, że facet chce pozostać anonimowy, i zostawia mnie samą. Przez chwilę stoję w bezruchu, obserwując, jak odchodzi, w końcu chwytam za mosiężną klamkę. Biorę kilka głębokich oddechów, wpatrując się w drewnianą podłogę i bez dalszego zastanawiania wchodzę.

Zamykam za sobą drzwi i rozglądam się, właściwie nic nie widząc, bo panuje tu kompletny mrok. Jedynie delikatne światło pada na srebrny drążek w centrum pomieszczenia.

Czuję obecność mężczyzny siedzącego w głębi pokoju. Z relacji innych dziewczyn wiem, że po skończonym pokazie wyjdzie drugim wyjściem, które znajduje się za kotarą.

Wciskam przycisk na ścianie i z głośników wydobywają się pierwsze rytmy muzyki. Niemal wybucham śmiechem.

Serio, Jay? ,,Poison” Alice’a Coopera?

Podchodzę do rury i zaczynam przedstawienie. Powoli odpinam płaszcz i leniwie zsuwam go z ramion, po czym rzucam gdzieś na bok.

Dźwięk wciąganego powietrza z ciemności podpowiada mi, że klient jest raczej zadowolony z tego, co widzi. Uśmiecham się przebiegle. Nie dlatego, że w jakikolwiek sposób mi się to podoba.

Poza tym, że muszę grać, wyobrażam sobie, że gdzieś tam siedzi on, Jay. Mój Jay sprzed kilku lat, odwzajemniający uśmiech.

Zaczynam swój ,,repertuar”, myśląc tylko o nim. Oplatam półnagim ciałem metalowy przedmiot i uwodzę go z każdym ruchem, gestem.

Stając tyłem, wskakuję na drążek i zaciskam na nim uda, odchylając ciało do tyłu. Czuję, jak moje włosy opadają na podłogę. Dłonią sunę od obojczyka w dół, śledzę miejsce między piersiami i kontynuuję wędrówkę.

Kiedy jestem przy krawędzi stringów, zauważam zarys sylwetki wychylającego się do przodu mężczyzny i zamieram.

Czy tak głęboko sięgnęłam wyobraźnią, czy to naprawdę on?

Prostuję się i kiedy nogami dotykam podłoża, stoję bez ruchu.

Nagle słyszę cichy szmer i ten dźwięk ciężkich butów. Potem trzaśnięcie drzwiami, powodujące, że aż podskakuję.

Wiem, że zostałam sama. Niepewnie podchodzę więc do stolika, na którym leży plik banknotów.

***

Przez kilka kolejnych dni nie dostałam żadnej wiadomości od Jaya, odnośnie do następnej wizyty w Sinners. Potem z kolei kazał mi przyjeżdżać niemal codziennie. Za każdym razem, kiedy wiłam się wokół tej cholernej rury, zastanawiałam się, czy to on, aż do dzisiaj. Dziś przekonałam się, że to faktycznie on. Jeśli jednak tak bardzo mnie nienawidzi, jak może wytrzymać w tym pomieszczeniu bez próby zabicia mnie?

HULK

– Możesz mi powiedzieć, po cholerę się tak dręczysz? – pyta Pax, stawiając przede mną butelkę z piwem.

Siada przy stole naprzeciwko mnie i oskarżycielsko unosi brwi.

Ostatnio, kiedy tylko wychodzę z Sinners, przychodzę do jego domu. Czuję się jak mały bezradny dzieciak, a nie członek klubu.

Paxton jednak jako jedyny zna całą historię

– Patrzę na nią i za każdym razem chcę podejść i ją zabić, albo czekam, aż sama sobie coś zrobi – mówię, zaciskając dłonie w pięści i przełykając nagłą gorycz własnych słów.

– Powiedziałem już – jedno słowo i będziesz miał problem z głowy. To będzie przyjemność, bracie – oświadcza Hays i nagle się spina. – Mówiłem, Nikki, żebyś nie podsłuchiwała?

Zerkam na wejście do kuchni, gdzie pojawia się ta klubowa diablica z niewinną miną.

– Po pierwsze, nie podsłuchiwałam. Chłopcy zasnęli i zeszłam po coś do picia. Po drugie, sprawy klubu omawiajcie na tych swoich zebraniach, a nie w mojej w kuchni – mruczy, niezadowolona z tego, że została przyłapana.

Podchodzi do szafek i, odwracając się w naszym kierunku, opiera o blat.

– Wiecie co? Tak sobie myślałam…

– Co robiłaś, Nikki? – pyta sarkastycznie Pax, a ja parskam piwem, które akurat popijałem.

Nikt nie zwraca na to uwagi, bo utrapienie Haysa właśnie morduje go wzrokiem.

– Myślałam, Pax. To coś, czego ludzie bez mózgu jak ty, nie potrafią – warczy blondynka i zerka na mnie. – Zastanawiałeś się kiedykolwiek nad tym, że może to, co Chloe tobie zrobiła, cokolwiek to było, nie do końca jest prawdą? Pracowałam z nią, niedługo, co prawda, ale ta dziewczyna nie skrzywdziłaby muchy.

Oboje z Paxtonem prychamy na domysły jego kobiety, a ona, mrużąc oczy, przygryza dolną wargę.

Ona na serio myśli.

Rozdział 5

CHLOE

Uśmiechając się, zerkam na małą niewinną twarzyczkę mojej córeczki – mojej i Jaya –odgarniając przeszkadzający jej, zabłąkany pukiel blond włosów, kiedy słodko marszczy nos.

Dziś przeżyłyśmy jeden z tych lepszych dni zarezerwowanych tylko dla naszej dwójki.

Pojechałyśmy na zakupy do Phoenix, jadłyśmy w McDonald’s, potem wróciłyśmy do domu i upiekłyśmy razem ciasto na naszą imprezę. Potrzebowałam tego.

Po kolacji i kąpieli zasnęła wtulona w różową poduszkę.

Taki dzień jak dziś to jednak rzadkość. Czas mija nieubłaganie, a mój umysł jest coraz bardziej otumaniony, zdrętwiały.

Pokazy w Sinners są coraz częstsze i dłuższe, co zaczyna odbijać się na moich relacjach z Carly.

Nie mogę już czytać jej bajek na dobranoc, bo muszę jechać do klubu. Nie odprowadzam jej do przedszkola, bo jestem totalnie padnięta. Spędzam z nią tyle czasu, ile tylko mogę popołudniami, ale chciałabym dać z siebie więcej.

Gdyby tylko sprawa związana z Lexi już się rozwiązała ze szczęśliwym finałem…

Z każdym pobytem w tym ciemnym pokoju klubu, coraz bardziej przekonuję się, że to Jay siedzi w jego zakamarku.

Nigdy jednak nie zrozumiem jego toku myślenia. Chce mnie zabić, za chwilę jakby się od tego powstrzymywał. Nienawidzi mnie, a jednak nie przeszkadza mu przyglądanie się, jak tańczę.

A może chodzi tylko o napawanie się moim upadkiem, totalną klęską?

Zsuwam się z łóżka małej księżniczki i powoli wychodzę z pokoju, starając się cicho zamknąć drzwi.

Schodzę na dół i kieruję do kuchni. Biorę telefon zostawiony wcześniej na blacie, po czym sprawdzam, czy Madison jeszcze nie dzwoniła.

Na ekranie pojawia się jednak nieodebrane połączenie od Delii. Marszcząc brwi, zastanawiam się, czego mogła dziś chcieć. Oddzwaniam więc.

– Dlaczego nie odbierałaś? – warczy kobieta. Nie ma to jak jej piękne powitania.

– Zajmowałam się… Byłam zajęta, poza tym dziś mam wolne – tłumaczę i przełykam nerwowo ślinę.

Mało kto w starej części miasteczka wie o Carly. Odkąd otworzyli tu oddział klubu, nie pokazuję się tam z córką.

– Odpadły mi dziś dwie dziewczyny, musisz przyjechać.

– Delia, ale ja nie mam jak, poza tym Jay nie dzwonił. Zawsze daje mi znać, kiedy mam się stawić. – Słyszę, jak kobieta klnie cicho w odpowiedzi. Wiem, że jest zła, nie mając pełnej kontroli nad moim grafikiem.

– Mówiłam mu o tym i zgodził się. Najwyraźniej zapomniał. Jeśli chcesz nadal tu pracować, za godzinę masz być na miejscu. – Po tych słowach Delia się rozłącza.

I co ja mam teraz począć?

Madison pierwszy raz od wieków mogła wyjść z Rogerem i znajomymi. Chociaż nie chcę jej tego psuć, nie mam innego wyboru i dzwonię do niej, prosząc, żeby przyjechała, a sama zabieram się za siebie.

***

– Dzisiaj idziesz pod dziesiątkę – oznajmia moja szefowa.

Jeśli wcześniej byłam zdenerwowana, to nie wiem, jak określić stan, w którym teraz jestem. Mój żołądek dosłownie zawija się w supeł. Coś jest zdecydowanie nie tak.

– Dlaczego nie do tego pokoju, co zawsze? Jay…

Delia uderza dłonią w blat biurka, mordując mnie wzrokiem.

– Jaya tu nie ma i to ja decyduję, co będziesz robić! – wybucha kobieta.

Takie zachowanie zarezerwowane jest oczywiście tylko dla mnie i spowodowane moim dystansem wobec niej i dziewczyn.

Zaciskam dłonie w pięści, zamykam oczy i wciągam powietrze przez nos. Przypominam sobie, jak za każdym razem, że to dla Lexi.

– Idź już, klient nie płaci za czekanie! – warczy.

Natychmiast odwracam się na pięcie i zmierzam we wskazanym kierunku. Innego wyjścia nie mam.

Docieram do drzwi pokoju, wchodzę i rozpoczynam swoją rutynę. Tym razem wszystko jest jednak inne. Nie ta piosenka, pomieszczenie jakby wypełniało inne powietrze.

Zaczynam tańczyć jeden z układów, choć idzie mi to jakoś niezdarnie, bo mam cholernie złe przeczucia.

Nagle lampka na stoliku zapala się i staję jak wryta, bo to oznacza tylko jedno.

– Podejdź tu – żąda mężczyzna. Jest młody, być może młodszy ode mnie, i zdecydowanie pijany.

– Przepraszam, ale ja nic innego nie robię. Może nastąpiła pomyłka – tłumaczę szybko.

Klient wstaje i powolnym krokiem podchodzi do mnie. Cholera.

Ręce i nogi zaczynają mi się trząść. Czuję, jak na moim ciele pojawiają się kropelki potu, a wnętrzności kręcą się jak w jakimś młynku.

– Ależ nie było żadnej pomyłki, zażądałem właśnie ciebie i zapłaciłem fortunę za ten wieczór – bełkocze, uśmiechając się krzywo.

Tego już za wiele. Nie dam rady.

– To niemożliwe, muszę już iść. – Odwracam się i chcę odejść, kiedy zostaję gwałtownie pociągnięta w kierunku sofy.

Wyrywam się, ile sił, ale na nic się to zdaje. Facet ciągnie mnie za włosy, krzycząc, że dokończę to, co zaczęłam. Nie dając za wygraną, walczę i w pewnym momencie odpycham się z całych sił nogą od ściany i oboje upadamy. Z impetem uderzam twarzą w podłogę, lecz ignoruję ból, myśląc tylko o tym, aby się stąd wydostać.

Mężczyzna próbuje mnie ponownie złapać, ale uderzam łokciem w nos. Natychmiast zakrywa dłońmi obolałe miejsce, co wykorzystuję i uciekam, słysząc za plecami wyzwiska.

Biegnę korytarzem w kierunku zaplecza, żeby zabrać torebkę, ale przy samym wejściu wpadam na osobę, której obecności się tu nie spodziewałam.

Nikki Preston.

Kobieta lustruje mnie wzrokiem, powodując, że czuję się jeszcze bardziej upokorzona.

– Wiedziałam! – krzyczy nagle, wyrzucając ręce ku górze.

– Nic nie wiesz! – fukam.

Jestem zła na wszystko, wszystkich i mam dość pomiatania mną. Mam dość tego cholernego miasteczka.

– Jak się czujesz? – pyta, udając, że mnie nie słyszała.

– Tak jak wyglądam – mówię, przykładając dłoń do obolałego miejsca na twarzy.

Nikki krzyżuje ramiona na klatce piersiowej i mruży oczy.

– Wiesz? Kiedyś obiecałam sobie, że w końcu cię dorwę i wyśpiewasz mi, co się dzieje. Właśnie nadszedł ten moment i uwierz mi, że jeśli będę musiała, to powiem chłopakom, żeby zamknęli nas razem w jednym pomieszczeniu, gdzie będziemy siedzieć tak długo, aż nie powiesz, o co chodzi – grozi dziewczyna.

– Co chcesz wiedzieć? – Rozkładam bezradnie ręce. – Że świecę tyłkiem przed nosami śliniących się facetów? To już wiesz! Mam ci powiedzieć, że tego nie chcę? – prycham. – Otóż nie! Nie każdy ma bogatą rodzinę i faceta, który rzuca ci pod nogi wszystko, czego tylko zapragniesz.

Nikki patrzy na mnie ze współczuciem i przygryza dolną wargę.

– Po pierwsze, posiadanie bogatej rodziny nie oznacza, że masz wszystko, a po drugie, nie wierzę ci.

Wzdycham z bezradności i ostatecznie opowiadam jej, co się dzisiaj stało. Tym razem kiwa tylko głową.

– Dasz radę jeszcze coś zrobić? – pyta szeptem.

Niewiarygodne! Czy oni wszyscy zwariowali?

– Nie mam zamiaru spędzić tutaj ani chwili dłużej, a już z pewnością nie będę klubową dziwką – cedzę wściekle przez zęby, na co dziewczyna się uśmiecha.

– Nie, nie będziesz żadną klubową dziwką. Chodzi o to, że Jay tu jest i należy mu się coś, co nazywamy zemstą. – Uśmiecha się. – Mówię ci, ta potrafi być wredną suką i Nikki, pieprzone utrapienie, Preston, pomoże ci ją wcielić w życie.

Blondynka mruga do mnie i jest z siebie zadowolona, jakby właśnie odkryła nową planetę. Godzę się na wymyślony przez nią plan. Postanawiam, że potem ucieknę z tego miasteczka jak najdalej.

Biorę torebkę i wchodzę do sali, gdzie siedzi Jay. Podchodzę do niego natychmiast.

Unosi wzrok i jego oczy natychmiast robią się wielkie.

– Co ty tutaj robisz?!

– Przyjechałam na wezwanie. Dziękuję ci, że wyjątkowo dostałam innego klienta. Zatańczyłam, poszliśmy do jego pokoju, a potem… Nie muszę ze szczegółami mówić, co robiliśmy, tylko nie dał napiwku, jak ty to robisz, i tak, wiem, że to ty za każdym razem siedziałeś w tym pokoju – mówię zadziwiająco spokojnie, po czym odchodzę, zostawiając zszokowane towarzystwo.

***

W domu czeka na mnie Madison. Kiedy mnie zauważa, znów zalewa się łzami.

– Dość tego, Chloe – szepcze, chlipiąc. – Straciłam już jedną siostrę, a teraz muszę się bezczynnie przyglądać, jak tracę drugą. Nie chcę tego. Te pijawki wciąż ciągną od ciebie pieniądze i wszystko na nic. Zostaw to i wróćmy do Phoenix, znajdziemy inny sposób.

– Wiem – odpowiadam. – Podjęłam już tę decyzję jakąś godzinę temu. Jutro z samego rana wyjeżdżamy.

– Naprawdę? – pyta siostra z ulgą w głosie.

Jej piwne oczy, które odziedziczyła po tacie, błyszczą z nadzieją. Podchodzę i przytulam ją, obiecując, że będzie dobrze.

***

Z samego rana pakujemy walizki do samochodu. Carly podskakuje radośnie, wiedząc, że jedzie do dziadków. Jeszcze jej nie powiedziałam, że nie wrócimy, a to będzie dopiero dramat. Ma tutaj przyjaciół z przedszkola i ciężko się jej będzie przestawić.

Ruszamy spod domu i obiecuję, że w drodze do Phoe­nix zatrzymamy się na jakieś porządne śniadanie. Carly jednak zaczyna już marudzić, że jest głodna. Nie mam więc innego wyjścia.

Nigdy nie przyprowadzałam jej do marketu w miasteczku, w obawie, że ktoś może ją zobaczyć. Dzisiaj będzie ten pierwszy raz i nie sądzę, żebyśmy na kogoś trafiły. Jest dziewiąta rano, a w klubie oznacza to środek nocy.

Wchodzimy do sklepu, a ja pośpiesznie przemierzam sekcję z żywnością, po czym sięgam po sok dla córki. Carly wraca po żelki. Skręcając do kasy, wpadam na osoby, których właśnie najbardziej się nie spodziewałam.

Jay, Paxton i Reed stoją obok Nikki, która pcha granatowy bliźniaczy wózek.

– O! Cześć – wita mnie dziewczyna, ale nie jestem w stanie nic odpowiedzieć, bo czuję, jak obok staje moja córka.

Cała czwórka dorosłych blednie, zerkając na małą osóbkę obok mnie, a ja zaciskam powieki, bojąc się jednej rzeczy.

– Mamusiu, tatuś wrócił!

Rozdział 6

CHLOE

Cały mój gniew spowodowany wczorajszymi wydarzeniami ulatnia się. Teraz czekam tylko na reakcję Jaya. Już przed chwilą był kompletnie blady, ale po słowach Carly zrobił się niemal przezroczysty. Wpatruje się w naszą córkę jak zahipnotyzowany. Nawet nie mruga i mam wrażenie, że chyba przestał oddychać.

Mijają sekundy, minuty i nic, ani drgnie.

– Co, do chu… – słyszę z boku głos Paxtona, a potem jęk.

Wzrok Jaya w końcu wędruje na mnie i miliony emocji przelatują przez błękit jego tęczówek. Totalna dezorientacja, ból, wściekłość, zapytanie – dlaczego?

Jestem pewna jednej rzeczy. Jeśli wcześniej mnie nienawidził, teraz niezaprzeczalnie mnie zniszczy.

Nawet nie wiem, jak i w którym momencie Carly podchodzi do swojego ojca. Nie jest jakoś specjalnie drobna, wręcz przeciwnie, jest najwyższa w swojej przedszkolnej grupie. Przy Jayu wydaje się jednak taka malutka.

– Tatusiu? – słyszę jej głosik i to, jak się do niego zwraca.

Boże, wymiękam na sam widok tej dwójki razem.

Kiedy jednak nasza córka wyciąga do niego ramiona, moje serce eksploduje. Ze wzruszenia, ogromu miłości, jaką darzę tę dwójkę i, mimo wszystko, radości, że w końcu się spotkali. Następny jednak nadchodzi niepokój. W tym momencie Jay odsuwa się od córki, robiąc dwa kroki w tył.

JAY

Prawie sześć lat żałoby, całe dnie i noce rozmyślań, czy miałbym syna, czy córkę. Czy byłby, byłaby podobna do mnie, czy do Chlo. Prawie sześć lat katowania się, mentalnego samobiczowania, że gdybym wtedy nie wyjechał…

Ciągłe pytania, co by było gdyby, a teraz staje przede mną dzieciak i mówi do mnie – Tatusiu?

Czy to jakiś pieprzony żart? Czy Chloe mści się za wczoraj?

Jeśli tak, niech lepiej spyta dwa poćwiartowane ciała wywiezione za miasteczko, a raczej ich części, kto lepiej wyszedł z tej sytuacji.

Natury jednak nie da się oszukać. Ta mała istota przede mną niezaprzeczalnie jest moją córką – tak cholernie podobna do mnie i mojej siostry.

Wychodzę ze stanu kompletnego osłupienia i staram się ogarnąć, co, do chuja, dzieje się z moim ciałem.

Coś jest nie tak. Już wiem, moje serce zaczyna bić. Pieprzony mięsień, który zatrzymał się niecałe sześć lat temu, zaczyna funkcjonować, powodując kurewski ból.

Z każdą sekundą popierdala coraz szybciej, jakby zaraz miał wyrwać dziurę w mojej piersi i spaść tuż pod nogi mojej… córki.

Kurwa, mam dzieciaka!

Stoi z rękoma uniesionymi, wpatrując się we mnie z nadzieją, a ja jak debil nie potrafię się ruszyć.

Ponownie spoglądam na kobietę, której godziny definitywnie są policzone. Ból, jaki zamierzam jej zadać, jest niczym w porównaniu z tym, co mi zrobiła.

– O mój Boże. – Spoglądam w stronę dziewczyny, która podeszła i zajmuje mi chwilę, żeby ją rozpoznać. To Madison, młodsza siostra tej żmii.

– Jedź do rodziców, my chyba będziemy musiały zostać trochę dłużej – mówi Chlo. Ma szczęście, bo może sobie pomarzyć o jakiejkolwiek wolności.

Do akcji nagle wkracza Nikki, klękając przed córką, której imienia nie znam. Prosi ją o pomoc w zakupach. Dzieciak po raz ostatni spogląda na mnie z rozczarowaniem, po czym idzie z kobietą Paxa.

– Nie zostawię cię z nim samej – odzywa się Madison, na co unoszę brwi.

– Załatwię tę sprawę sama i dołączymy do ciebie – odpowiada Chlo.

Obie kobiety porozumiewają się chyba wzrokiem, gapiąc jedna na drugą. W końcu młodsza siostra odciąga Chloe na bok i fuka coś niezrozumiale. Obserwuję je przez chwilę i zaczynam tracić pieprzoną cierpliwość, nie wiedząc, o co chodzi. Jednej rzeczy jestem pewny – to ich ostatnia rozmowa, przynajmniej osobiście.

Podchodzę bliżej.

– Dobra, ale odbieraj telefon – rozkazuje Madison, po czym spogląda w górę, na mnie. – Jeśli ją skrzywdzisz, Jay, będziesz do końca życia tego żałował, a teraz chodź po walizki dziewczyn.

Coś jest w chuj nie tak z wodą w miasteczku albo po prostu tracę fason. Ludzie przestają się mnie bać. Wcześniej, kiedy trzęśli się na mój widok, było zabawniej. Dzisiaj nic mnie już jednak nie doprowadzi do stanu zadowolenia, a młodsza siostra Chlo zawsze zresztą była pyskata.

– Reed, zadzwoń do kandydata, żeby przyjechał samochodem – rozkazuję. – Trzeba zapakować ich walizki i zawieźć je do klubu.

– Jay, nie możesz dziecka zabierać do klubu – odzywa się Chlo. – Nie możesz być z nami…

– Zamknij się – cisnę przez zęby.

***

Wchodzimy do domu klubowego i idę prosto do baru, gdzie stoją Jess i Sophie. Kobiety dopiero zauważają Chloe z naszą córką, a ich reakcja jest dokładnie taka sama jak moja jeszcze pół godziny temu.

– Kim jest ta dziewczynka? – pyta Sophie.

– Nie teraz! – warczę. – Przygotujcie dla niej pokój – rozkazuję.

– Co jest z tobą, Jay? Oszalałeś? – fuka Jess. – Nie możemy tutaj trzymać dziecka.

– Nie pytałem, kobieto.

– A Chloe?

– Dla niej mam specjalny apartament – mówię. – Weźcie dzieciaka.

Sophie patrzy na mnie, jakby wyrosła mi druga głowa i idzie do mojej córki, po czym prowadzi ją w stronę kuchni. Ja chwytam pod ramię żmiję i ciągnę ją do miejsca, w którym spędzi resztę swojego życia. Do piwnicy.

Kiedy wchodzimy do pomieszczenia, popycham ją z całej siły, aż z hukiem upada na betonową podłogę. Jęk bólu wyrywa się z jej ust, kiedy leży tak bezwładnie.

Nigdy przedtem nie wyobrażałem sobie, że tak naprawdę mógłbym skrzywdzić kobietę, tym bardziej ją. Teraz nie czuję nic, nawet kiedy unosi głowę i spogląda na mnie przez łzy.

– Jay, nie rób tego – błaga. – Porozmawiajmy.

Prycham.

– Teraz chcesz rozmawiać?! A to, kurwa, nowość! – krzyczę. – Kiedy nawciskałaś mi kitu, że nie chcesz bachora motocyklisty, zatrzasnęłaś mi drzwi przed nosem, pamiętasz?

– Jay… – Udawane łzy spływają po jej twarzy, a potem kapią na podłogę. – Nie możemy być z tobą, bo wszyscy będziemy cierpieć. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, przez co ja sama przechodzę.

– Przez co ty przechodzisz?! – Śmieję się. – Jesteś, kurwa, niemożliwa.

Podchodzę bliżej i patrzę na nią z wyższością. Wczoraj zabiłem dwie osoby za to, co jej zrobiono. Dzisiaj? Dziś Delii dałbym podwyżkę, a facetowi roczny karnet do klubu, żeby mógł robić z nią, co tylko zechce.

Nic straconego, kto wie? Może pozwolę kandydatom się zabawić.

– Witaj w twoim nowym domu, w pierwszym dniu reszty swojego życia. – Po tych słowach wychodzę i trzaskam drzwiami.

Mijam korytarz, salon i wchodzę na górę, po czym zamykam się w swoim pokoju. Oparty o drzwi rozglądam się po pomieszczeniu i mam ochotę wszystko dookoła rozpieprzyć w drobny mak. Do tego zaczyna prześladować mnie jej cholerne spojrzenie, ale pieprzyć to. Zniszczyła mi życie, rozwaliła moją rodzinę i zapłaci za wszystko z nawiązką.

***

O czym rozmawia się z pięciolatką? Kurwa! Mam zapytać, jaki lubi kolor albo ile ma lalek Barbie? Ale bagno.

Plus w tym, że od Sophie wiem, jak mała ma na imię. Carly.

Siedzę właśnie w centrum klubu naprzeciw małej dziewczynki świdrującej mnie wzrokiem. Jasne, niemal białe włosy okalają jej małą twarz i co chwilę odgarnia je drobnymi rączkami.

Zwracam też uwagę na jej różową sukienkę. Kto, do chuja, pozwolił jej się tak ubierać? Od jutra będzie nosiła tylko spodnie.

Spoglądam na nią z powrotem i teraz nie jest już tak podekscytowana moją obecnością. Wydyma usta i krzyżuje ramiona na klatce piersiowej. Porusza nogami wystającymi poza fotel.

W pewnym momencie wzdycha, przekrzywia głowę na bok i uśmiecha się.

– Mamusia pokazywała mi twoje zdjęcia i nie wspomniała, że nie umiesz mówić, ale nie przejmuj się, możemy do siebie pisać na kartce – tłumaczy mądrala, wzruszając ramionami. Jej oczy po chwili robią się olbrzymie. – Pisać chyba umiesz, prawda? – Z boku słyszę odgłosy, jakby ktoś się dusił i zerkam na chwilę w ich kierunku. Jess i Sophie siedzą tyłem do nas i najwyraźniej podsłuchują.

Z mojego gardła wyrywa się pomruk, sam nie wiem czego. Odkrywam jedno i to jedno muszę zapamiętać. Oprócz tego, że ta istota przede mną to moja córka, jest też kobietą, jeszcze małą, ale należy do kurewsko niebezpiecznej rasy skłonnej do zapadania na chorobę zwaną wścieklizną.

Najpierw łapią człowieka na nieśmiały uśmiech, a kiedy już zwabią ofiarę, rozszarpują bezlitośnie ciało na drobne kawałeczki.

***

Siedzę na zebraniu i omawiam z braćmi pilne sprawy klubu. Ktoś obrobił nam część klubowych kont. Wszyscy domyślamy się, kto to może być, ale Jax dla pewności sprawdza wszystkie możliwe opcje.

Na koniec zostaje omówienie popierdółek i moja córka.

Nie mogę jej tu trzymać i muszę przyspieszyć budowę mojego domu. Stawiam go zaraz za działkami Paxa i Coltona, który mieszka obok prezesa.

Ustalamy też sprawę Chloe. Właściwie nie ma za dużo o czym dyskutować, jej los jest już przesądzony.

Drzwi z hukiem otwierają się i do pomieszczenia wparowuje blond kłopot.

Pax podrywa się z siedzenia i wściekły pędzi w jej kierunku.

– Wyjdź, Nikki – rozkazuje.

– Nie! Dopóki nie uwolnicie Chloe, nie wyjdę! – wydziera się kobieta. – Ta mała dziewczynka siedzi i pyta, gdzie jest jej mama! – Na te słowa czuję ukłucie w klatce piersiowej. Kurwa.

– To nie twoja sprawa, wyjdź. Kobiety nie mają tu wstępu.

– Powiedz mi, Pax – chcecie ją zabić, nie wiedząc, dlaczego tak postąpiła?

– To już przesądzone i możesz mnie szantażować, czym chcesz, tym razem się nie ugnę! Dość tego! – warczy nasz prezes.

Nikki najpierw rozgląda się po sali, aż w końcu spogląda na niego.

– Nie zostanę twoją żoną, choćbyś miał mnie wrzucić do kotła z rozgrzaną smołą. Nienawidzę cię, Hays. – Zdejmuje pierścionek, podaje mu go i wychodzi.

Spoglądam na Coltona, który zawsze bronił Nikki, ale sam jest teraz wykończony własnymi problemami, oczywiście z kobietą.

Tak jak powiedziałem, niebezpieczna rasa.

Rozdział 7

CHLOE

Prawie cały dzień przesiedziałam na krzesełku w kącie pomieszczenia. Choć jestem już zmęczona, myśl o położeniu się na starej pryczy w kącie odrzuca mnie.

Obserwuję zanikające światło dnia przez zabrudzone małe okienko pod sufitem. Czuję, jakbym tym samym zaglądała w głąb swojej gasnącej duszy.

Jestem już śpiąca, głodna i oddałabym wszystko, żeby wrócić do mojej córeczki, bo biedna musi być przerażona.

Gorąca kąpiel też by mi się przydała.

Wsłuchuję się w coraz głośniejszą muzykę i odgłosy przekrzykujących się ludzi na górze. No tak, impreza klubowa.

Słysząc dobiegające z korytarza kroki, wlepiam wzrok w metalowe drzwi, które po chwili zostają otwarte, a do pomieszczenia wchodzi Paxton.

Stoi tak długi czas i patrzymy na siebie, nic nie mówiąc, nawet nie mam na to siły.

Człowiek, o którym kiedyś mogłam powiedzieć, że jest moim przyjacielem, uważa mnie teraz za największą zarazę tego świata.