Piekielna nieobecność. Opowieść o przyjaźni z Zuzią Łapicką - Magda Umer, Marcin Zaborski - ebook

Piekielna nieobecność. Opowieść o przyjaźni z Zuzią Łapicką ebook

Magda Umer, Marcin Zaborski

4,3

Opis

 

Magda Umer poznała Zuzię Łapicką w 1977 roku. Zbliżyła je emigracja w Paryżu, kiedy Zuzia i jej mąż Daniel Olbrychski stali się dla Umer „rodziną zastępczą“.„Przeżyłyśmy kawał życia“, mówi Magda Umer we wzruszającej rozmowie z Marcinem Zaborskim.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 161

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (29 ocen)
17
6
3
3
0
Sortuj według:
Voncohn

Z braku laku…

Blebleble.
01

Popularność




Copyright © Magda Umer Copyright © Marcin Zaborski Copyright © OsnoVa, 2019
Redakcja i układ książkiIza Bartosz
Projekt graficzny i łamanieŁukasz Aksamit
KorektaBeata Saracyn
FotoedytorBartłomiej Molga
DTPAgnieszka Kawalec-Brzeska
Zdjęcie okładkoweMagda Umer
OsnoVa sp. z o.o. ul. Mokotowska 49 00-542 Warszawa
ISBN 978-83-66275-07-2
Konwersja:eLitera s.c.
.

Był rok 1977. Magda Umer z Zuzią (zdjęcie obok) na plaży w Łebie – początek przyjaźni(fot. Jan Grosfeld; archiwum prywatne Magdy Umer)

1

.

Przyjaciółkistanuwojennego

Umie pani lepić pierogi?

Nie. Ale umiem robić placki ziemniaczane!

Czyli z ruskich jednak nici...

Gdyby ktoś mi pomógł, może bym się nawet nauczyła. Ale nie będę udawać, że potrafię. Zacząć od kłamstwa?! To byłaby najgorsza rzecz.

A jak smakowały te pierogi, które jadłyście w Kawiarni Literatów przy placu Zamkowym?

Ach, tam to umieli je robić! To prawda. A my – nie tylko dlatego, że nie umiałyśmy – chodziłyśmy do nich na pierogi. Bo tak naprawdę bywałyśmy tam głównie po to, żeby posłuchać, jak i o czym rozmawia ze sobą ginąca w Polsce klasa inteligencji. Przychodzili tam wspaniali, ciekawi ludzie.

Czyli pani Zuzanna też nie umiała robić pierogów!

A skąd! Zuzia niczego nie umiała... ugotować. Przypomina mi się ciekawa historia na ten temat. To było wtedy, gdy urodziła się Weronika. Zuzia pomieszkuje w Podkowie Leśnej z Danielem, którego zazwyczaj nie ma. Ja też tam pomieszkuję ze swoim synem Mateuszem. I jest z nami pani Krystyna, niania Weroniki i gosposia, która była też wcześniej nianią maleńkiej Zuzi. Pewnego dnia przyjeżdżają do nas rodzice Zuzi – Zosia i Andrzej – a pani Krystyna skarży się im, załamuje ręce i donosi na dorosłe dziecko, które traktuje jak niedorosłe, mówiąc, że ta Zuźka niczego nie potrafi. „Ona, proszę państwa, sama w kuchni to nic nie potrafi zrobić... nawet ziemniaków obrać! Przecież to wstyd, dorosła kobieta, no chociaż tyle, to już powinna umieć”, mówi gosposia. Na co pan Andrzej odpowiada: „Otóż myli się pani, pani Krystyno. Zuzia niczego nie powinna umieć robić w kuchni!”. I biedna kobiecina zamilkła zdumiona. Tak właśnie była wychowywana Zuzia.

Prawdziwa żona modna!

Kiedyś do Zuzi i Daniela miał przyjść z pierwszą wizytą Jarosław Iwaszkiewicz, który także mieszkał w Podkowie Leśnej. Obserwowałam go z zachwytem wiele razy, jak spacerował po wielkim lesie-ogrodzie i wyglądał jak stary kroczący dąb, król tych wszystkich drzew, które mijał. Panu Jarosławowi oczywiście bardzo podobał się Daniel, więc chciał go sobie pooglądać z bliska. A Zuzia postanowiła zaimponować jako żona i udać dobrą gospodynię. Kupiła więc w Milanówku taki tort, który nazywa się Jojo. Do dzisiaj kupuję go na Wigilię, a moje dzieci to uwielbiają. Jojo to jest prawdziwe dzieło sztuki. Zaczyna się uroczysty podwieczorek. Zuzia kroi tort, podaje go na kryształowych talerzykach po prababci, idzie na całość i łże straceńczo, że to wszystko własnej roboty. A pan Jarosław zaczyna jeść, śmieją mu się oczy i mówi: „Ach! Ten Milanówek!”.

Wszystko się wydało...

Zuzia naprawdę nie umiała niczego zrobić. Nawet jajecznicy! Przywoziła obiad z chińskiej restauracji i udawała przed Danielem, że sama go zrobiła. Ale to mama nauczyła ją tak kłamać. Mama, która do końca życia podawała swojemu ukochanemu mężowi niedogotowany makaron do jedzenia, bo przecież uczono ją dobrych manier i języka francuskiego, a nikt jej nie uczył, jak się dogotowuje makarony. I Zuzia była po prostu uczona takiego udawania od dzieciństwa. Była wychowywana na hrabiankę. I naprawdę nią była.

Jak zatem połączyć ten świat hrabianki ze światem dziewczyny, w której domu koncertują świerszcze i wiatr w kominie? W swojej książce „Dodaj do znajomych” Zuzanna Łapicka napisała tak: „Znając ją jedynie z ekranów telewizora, nigdy nie myślałam, że się z nią zaprzyjaźnię. Wydawała mi się poetycko egzaltowana, bez poczucia humoru. Okazało się, że jest całkiem odwrotnie”. To o pani.

Tak było. Często mi to w życiu powtarzała. Jak mówiła – do głowy jej nie przyszło, że śpiewając te moje „Leśmiany”, mogę mieć poczucie humoru. Tymczasem gdyby nie to, już dawno nie byłoby mnie na świecie. Tak myślę. Właśnie to ratuje i broni mnie przed całym mozołem i złem tego świata. I wydaje mi się, że to wspólny typ poczucia humoru bardzo nas połączył. Krysia Janda też zresztą coś takiego o mnie mówiła, zanim poznałyśmy się osobiście. Podobno mam coś w spojrzeniu, co niektórzy nazywają nieprzystępnością. Z tego powodu ludzi onieśmielam. Już pan profesor Kamiński od fizyki mówił, że nie może wytrzymać mojego krytycznego spojrzenia na lekcji. Ale ja o tym nie wiedziałam i do dzisiaj nie zdaję sobie z tego sprawy. Mnie się wydaje, że mam łagodne oczy skomplikowanej kobiety.

Pani od razu wiedziała, że się zaprzyjaźnicie?

Nie. To było tak, że znałam się wtedy dużo bliżej z Danielem Olbrychskim, bo występowaliśmy razem w różnych przedsięwzięciach artystycznych. Na przykład w Weselu w Teatrze Narodowym u Hanuszkiewicza albo w programach telewizyjnych Krysi i Michała Bogusławskich. Któregoś dnia przyprowadził mi właśnie Zuzię czy też raczej mnie do niej przyprowadził. Mówił, że poznał taką polską Marię Schneider. Tak właśnie ją opisywał. Przypominała mu aktorkę, która grała wówczas w Ostatnim tangu w Paryżu. Może dlatego, że Zuzia miała wtedy na głowie loczki? Nie wiem. W każdym razie Daniel zachwycał się nią, a i mnie szalenie spodobał się jej uśmiech i jej, jak mi się wtedy wydawało, niezwykła serdeczność. Zdobyła mnie od pierwszej chwili. Złamała cały mój dystans, pancerz i asekurację przed innymi. Bo ja nie jestem łatwa do poznawania się z kimkolwiek. Boję się ludzi. A ona była bardzo nieśmiała, skromna i zalękniona, a jednocześnie nawet przez moment nie było z nią nudno. Żadna chwila z nią nie była stratą czasu. Oj, dużo wspomnień.

Jakie było wasze pierwsze spotkanie?

Byłam wtedy w ciąży. Kręciliśmy z Danielem widowisko pod tytułem Leśmian.

Jakie były te wasze pierwsze spotkania?

Kręciliśmy z Danielem widowisko pod tytułem Leśmian, w reżyserii Bogusławskich, gdzieś w wąwozach Kazimierza nad Wisłą. Naturalna, niesamowita scenografia i jeszcze do tego wspaniały Adam Myjak poustawiał tam swoje rzeźby. Zuzia już jako młoda narzeczona do nas dojeżdżała. Pomagała, dowoziła jedzenie, chyba nawet podpowiadała tekst. Wszystkich uwiodła swoim wdziękiem i serdecznością. A ja oprócz śpiewania miałam tam biegać po łące prawie nago i to mnie trochę przerażało, bo byłam już w ciąży. Ktoś wpadł wtedy na pomysł, żeby zatrudnić jakąś panią, która zamiast mnie będzie biegała na golasa po łące. Kiedy zobaczyłam, jaki ona ma biust, powiedziałam, że nigdy w życiu nie pozwolę, żeby myślano, że to mój biust i sama zaczęłam biegać po łące. Prawie na golasa!

Ale co było nie tak z biustem dublerki?

No jakiś taki... Z jej biustem to było po prostu nieporozumienie!

To znaczy nie spełniał warunków?

O właśnie. Nie spełniał warunków. A jeszcze ten Leśmian, który pisał: „A jej pierś zakończona różową soczystką”. I tamta miała udawać, że to ja? Nie, nie. I tak wyszło, że to ja biegałam, okryta jakąś gazą. Ktoś niedawno mi to pokazał na YouTubie. To były już ostatnie chwile, kiedy nie było jeszcze aż tak widać mojego brzucha. Ale był już biust, który za chwilę będzie pełen mleka i będzie karmił jakieś cudowne dziecko.

A jak to się stało, że Daniel i Zuzanna, już jako małżeństwo, przyjęli panią pod swój dach we Francji?

Oni stali się wtedy moją małą rodziną zastępczą.

„Grzeję się przy ich ognisku, nie mając nadziei na własne”. Tak pisała pani w swoich pamiętnikach, które później spłonęły w pożarze domu.

Rzeczywiście spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu, ponieważ ja byłam sama. To znaczy prawie sama, bo byłam w tajemnym związku z pewnym żonatym mężczyzną. Daniel grał w filmach, a my z Zuzią bardzo dużo razem podróżowałyśmy. To właśnie wtedy pierwszy raz pokazała mi swoje ukochane Chałupy, Juratę, Hel... Stałyśmy się prawie nierozłączne i kiedy zbliżał się czas mojego porodu, to właśnie Zuzia załatwiła, żeby ten poród odbierał tata jej przyjaciółek, Marysi i Basi Winiarskich, które śpiewały i tańczyły. To był grudzień 1977 roku. Miałam chyba jeden z pierwszych w Polsce bezbolesnych porodów. Parę lat nie mogłam po nim dojść do siebie, ale naprawdę nic mnie nie bolało. Jakiś asystent dał mi zastrzyk i kazał przeć. Pytałam: „Kiedy mam zacząć?”. A on na to, że kiedy mnie zacznie boleć. „Ale kiedy mnie zacznie boleć?”, dopytywałam. „Jak się zapali czerwone światełko”, tłumaczył. Taki był mój poród z pierwszym dzieckiem, z Mateuszem. A Zuzia to zorganizowała i przy tym wszystkim była. To nas szalenie złączyło. A potem ona zaszła w ciążę, którą niestety straciła i wielka to była dla nas wszystkich tragedia. Długo dochodziła do siebie. Uratowała ją następna ciąża szczęśliwie zakończona przyjściem na świat zdrowiutkiej i ślicznej Weroniki. Te wszystkie przeżycia sprawiły, że byłyśmy już bardzo, bardzo blisko. I zaczęłyśmy żyć jak rodzina.

Kiedy Weronika miała dwa lata, Mateusz był pięcioletnim chłopcem. Wtedy właśnie zaczął się stan wojenny i wyjechałam do nich, do Francji. Zaprosili mnie dlatego, że w Polsce straciłam pracę, nie miałam za co żyć i zostałam wyrzucona z telewizji jako ta, która tworzy antysocjalistyczne programy.

Tak mówił pewien generał.

I dostałam tak zwany rosyjski szlaban. To znaczy, że nikt do mnie nie przyszedł, żeby mi powiedzieć: „Nie może pani występować”. Było zupełnie inaczej. Wszędzie tam, gdzie mnie zapraszano, szedł komunikat, że nie mogę przyjechać. A mnie mówili, że coś się tam zepsuło. Z bardzo wieloma ludźmi tak postępowano. Wielu nie rozumiało, co się dzieje i dlaczego nie dochodzi do żadnego koncertu. Nie miałam więc żadnych pieniędzy. Niczego. I uratował mnie wtedy między innymi Andrzej Wajda, który w stanie wojennym kręcił w Paryżu Dantona. Zaangażował tam całą masę polskich aktorów i z Teatru Starego z Krakowa, i z teatrów warszawskich. Jednocześnie był zaprzyjaźniony z Teatrem Nanterre pod Paryżem i ludziom, którym chciał pomóc, załatwiał w nim fikcyjny angaż. W ten sposób dostawało się papiery.

I tak wyjechała pani do Francji.

Była tam wtedy Krysia Janda, która kręciła jakiś film. Daniel pracował nad dwoma czy trzema filmami i miał świetny czas zawodowy. Szaleli za nim Anouk Aimée i Claude Lelouch. Był już naprawdę gwiazdą. Wynajął willę pod Paryżem i ja tam zamieszkałam z Mateuszem, który zaczął chodzić do francuskiego przedszkola. Okazało się, że obok mieszka słynna gorszycielka Irena Krzywicka. Chodziłam do niej spisywać jej wspomnienia i w ten sposób zarabiałam na życie. Później dokończyła to Agata Tuszyńska i zrobiła z tego dobrą książkę. Pracowałam gdzie się dało, u kogoś sprzątałam, komuś pomagałam przy dzieciach i dostawałam za to pieniądze. A potem wysyłałam je do Polski, pomagając w ten sposób biednym ludziom. Zawsze dobrze się czułam tylko wtedy, kiedy mogłam pomagać innym. To strasznie szokowało Zuzię, ponieważ ona uważała, że jestem najzwyczajniej w świecie stuknięta. Bo przecież to oni płacili za dom, czynsz, prąd, ciepłą wodę. A ja? Co zarobiłam jakieś pieniądze, to kupowałam komuś buty albo płaszcz.

„My, w tym domu pod Paryżem, stworzyliśmy sobie taką małą Warszawę. To był nasz Motel Lambert”, pisała.

Bardzo ładnie Zuzia to nazwała. Wszyscy tam bywaliśmy. Były spory o to, czy Daniel, Wojtek Pszoniak i Krysia Janda mogą chodzić w drogich i modnych ubraniach, skoro w Polsce tylu ludzi siedzi w więzieniu. Razem z Krysią Zachwatowicz chodziłam po tanich sklepach i kupowałyśmy majtki i staniki, bieliznę dla internowanych kobiet w Gołdapi. Każdy pomagał, jak mógł i umiał.

Pamięta pani Wigilię na emigracji w 1982 roku?

Było ciepło i rodzinnie i była namiastka ojczyzny. A wszystko dzięki tej wspólnocie, bo byli tam z nami rodzice Zuzi.

Paradoksalnie – wszystko to dzięki stanowi wojennemu.

No tak. Byłyśmy przyjaciółkami stanu wojennego.

Zuzanna pisała tak: „Czas emigracji bardzo nas do siebie zbliżył. Przyjaźń z Krysią Jandą i Magdą Umer zawiązała się wtedy na dobre i na złe i trwa do dziś. Nie musimy sobie niczego tłumaczyć. Mamy wspólne wspomnienia, każdą rozmowę zaczynamy od słów: A pamiętasz, jak...?”.

A potem nawet już nie musiałyśmy wcale mówić: „A pamiętasz, jak...?”. Wystarczyło, że na coś popatrzyłyśmy i w tym samym momencie machałyśmy głowami. Od razu wiedziałyśmy, o co każdej z nas chodzi.

Paryski bruk wiele widział. Przecież to pani podjęła się przewiezienia do Francji, do paryskiej „Kultury”, książek wydawanych w Polsce w podziemiu.

O przewiezienie poprosiła mnie Agnieszka Osiecka. To była jedna z najodważniejszych rzeczy, jakich w życiu dokonałam. Tym bardziej że konsekwencje mogły być przerażające, bo przecież jechałam do Paryża z małym synkiem, który miał niecałe pięć lat. Wiozłam dziesiątki, jeśli nie setki przemycanych listów od internowanych do ludzi, którzy byli gdzieś za granicą. I wiozłam do Giedroycia nową książkę Janusza Andermana Brak tchu.

Ale gdzie to wszystko było?

Wszędzie! Poupychane w ubrankach dziecka, majtkach, stanikach, paskach. Obłożyłam się tym wszystkim, gdzie się tylko dało. Pamiętam, że wiozłam także piżamkę dla malutkiej Kasi Adamik – córki Agnieszki Holland.

Samą książkę Janusza Andermana włożyłam najpierw tu, potem tam, aż w końcu pomyślałam, że nie dam rady. Zwariuję, oszaleję! Wreszcie włożyłam ten tekst do maszyny do pisania. W zasadzie nie wiem, dlaczego ją ze sobą wiozłam.

Może dla kogoś.

Może tak. Tak czy inaczej – najpierw włożyłam te papiery do maszyny, a potem jednak w jakieś normalne miejsce. Gdyby mnie wtedy złapali, poszłabym po prostu do więzienia. Ale to wcale nie byłoby najgorsze.

Pytanie, co by się stało z Mateuszem?

Właśnie. Trafiłby pewnie do jakiegoś więziennego żłobka. Myślę, że rzeczywiście byłam odważna.

Zupełnie jak historia Agnieszki Osieckiej. Ta opisana przez Zuzannę Łapicką w jej książce. „Przed powrotem do Polski pakowała w naszym paryskim mieszkanku walizkę. Przeczuwając, że będzie rewidowana, poprosiła, żebym kupiła w sklepie na dole dwa tekturowe pudełka proszku do prania. »Na dnie położymy książki z Kultury, przysypiemy proszkiem i nikt tam nie zajrzy«, tłumaczyła mi zachwycona swoim pomysłem. Zrobiłam, jak kazała. Ale kiedy przed wyjściem zobaczyła się w wiszącym w przedpokoju lustrze, z dwoma pudełkami Persilu w rękach, jęknęła: »No, teraz to każdy celnik mnie zatrzyma«. Włożyła książki do walizki, dotarły szczęśliwie do kraju, a ja przez wiele tygodni prałam”.

I to tak zawzięcie, że wyprała pieniądze. To były franki, które Daniel trzymał w kieszeni spodni.

„Tak na mnie nakrzyczał, że zrozumiałam wtedy, iż pranie pieniędzy to niebezpieczne zajęcie”, napisała.

Tak naprawdę było.

Czyli jednak odwaga.

Rzeczywiście byłyśmy odważne, jeśli chodzi o mówienie tego, co myślimy. Kiedy mnie wyrzucili z pracy i miałam zakaz występów, najpierw przeraziłam się, bo nie wiedziałam, jak sobie dam radę. Ale jednocześnie byłam z siebie dumna. Czułam się przyzwoitym człowiekiem, który spokojnie może patrzeć na siebie w lustrze.

Kiedy byłyście w Paryżu, Agnieszka Osiecka mówiła, że tęskni za ławeczką w Alejach Ujazdowskich. A Zuzanna przyznawała się do tęsknoty za Głową na Krakowskim Przedmieściu...

I ławeczka w Alejach, i Głowa warci byli tęsknoty. Janusz był rzeczywiście wspaniałym chłopcem. Niełatwym, ale wspaniałym. Za każdym zakrętem mógł mieć już następną kobietę. Był połączeniem playboya, szydercy i inteligenta z poczuciem humoru.

I za nim tęskniła?

Właśnie za nim. Wiesz, dla kobiet, które nie chciały mieć z nim romansu, Janusz Głowacki był po prostu bardzo ciekawym rodzajem koleżanki. Tak o nim myślałyśmy. Kiedyś Agnieszka nawet zaprosiła go do nas w prezencie urodzinowym, żebyśmy sobie z nim pobyły i porozmawiały. Wspaniale mówił o literaturze, był wybitnym obserwatorem życia, a my wychowywaliśmy się przecież na Wirówce nonsensu i innych jego książkach.

A tego generała, który wyrzucił panią z pracy, kiedyś pani spotkała?

Nie. Natomiast zadzwoniłam odważnie do pana Patyka, który był wtedy zastępcą Macieja Szczepańskiego, szefa telewizji. Chciałam zapytać, za co mnie wyrzucili. Prezes Patyk przez trzy tygodnie nie miał dla mnie czasu. A sekretarka, bo tylko z nią mogłam oczywiście rozmawiać, podczas ostatniej naszej rozmowy już tylko błagała, żebym więcej nie dzwoniła. Przyznała, że on nigdy nie będzie miał czasu. Najzwyczajniej w świecie się bał. Później jednak weszła we mnie taka moc i siła, że nie odpuściłam. Agnieszka Osiecka kiedyś napisała, że jestem osobą wulkaniczną. I to jest trafne określenie. Nigdy nie wiem, ile to będzie trwało, miesiąc czy szesnaście lat. Cisza, cisza i wreszcie ogień, lawa. I walczę. Mam siłę. Wtedy, w takim dobrym momencie, zaczęłam walczyć i miałam z telewizją kilka procesów, które wygrałam. Nie dałam za wygraną i wygrałam.

Jeszcze w latach 80.

Tak, wróciłam z Francji, nabrałam sił, powalczyłam z telewizją i wygrałam. Ale kiedy zobaczyłam, jak obrzydliwe rzeczy dzieją się na Woronicza, to sama się wypisałam, na własnych warunkach. Z honorem. Dzięki temu mogłam później wrócić do telewizji i zrobić cały szereg ważnych rzeczy.

Między innymi tych Jeremiowych.

Bardzo pomógł mi wtedy mój ówczesny szef Tomasz Raczek. O wszystko musiałam walczyć, bo nikogo nie interesowały moje pomysły i propozycje. Chciałam powtórzyć koniecznie wszystkie Kabarety Starszych Panów, a wiedziałam, że w stanie wojennym wywozili z Woronicza nagrania Teatru Telewizji i Kabaretu Starszych Panów. Ci ludzie zachowywali się jak troglodyci. Załadowywali te taśmy na kontenery i wywozili, a potem ktoś znalazł to na śmietnisku w Gdańsku. Wiele z tych spektakli ocaliła pani Barbara Walusiak, redaktorka z Teatru Telewizji. A i mnie udało się odnaleźć pewne Kabarety Starszych Panów, które były uważane za zaginione. Opracowałam je i przeprowadziłam rozmowy z każdym żyjącym aktorem.

Pewnie bym tego wszystkiego nie zrobiła, gdybym wtedy została we Francji.

A zanosiło się na to?

Pani Irena Krzywicka chciała mnie wtedy swatać ze swoim synem, bo właśnie zmarła mu żona. Inna pani, z dalekiej rodziny, chciała mnie wyswatać ze swoim synem. Było więc sporo okazji, żebym związała się z jakimś zamożnym mężczyzną, na zawsze została z małym dzieckiem we Francji i nigdy nie wróciła do Polski. A jeszcze Zuzia załatwiała mi wtedy wizę i wyjazd do Australii.

Ale wiadomo, że Magda Umer jest stuknięta.

Tak, byłam stuknięta i wróciłam. Bo przecież zostawiłam tutaj jakiegoś chłopca, z cyklu „na strychu w Łomiankach”. Ale od razu rozstałam się z tymi Łomiankami.

Pani od razu wiedziała, że się zaprzyjaźnicie?

Nie, znałam się wtedy dużo bliżej z Danielem.

Strych był już pusty?

Widocznie takie było przeznaczenie i miałam tutaj zacząć zupełnie nowy rozdział w swoim życiu. Strych był już pusty, a ja po miesiącu poznałam mojego męża.

Wcześniej byłam dwa razy w związkach z żonatymi mężczyznami. Trochę tylko cierpiałam, ponieważ podobała mi się wolność. Mogłam iść z chłopcem na spacer albo do łóżka, pisać do niego listy albo czytać piękne listy od niego, ale potem wracałam do siebie i byłam u siebie. Uciekłam od rodziców i wynajmowałam mieszkania, od kiedy zaczęłam występować, czyli od dziewiętnastego roku życia. Bardzo tego potrzebowałam.

Jednak ta wolność miała cenę – taką, że Wigilia była zawsze 23 grudnia, a sylwester 30 grudnia.

To prawda. A potem zaczęłam być kobietą starą, to znaczy skończyłam trzydzieści lat, a do tego jeszcze byłam panną z dzieckiem. Myślałam sobie tak: „Mam trzydzieści trzy lata, jestem kobietą w wieku chrystusowym i będę tak unieszczęśliwiać kolejne żony tych teoretycznie zakochanych mężczyzn?”. Żonaci mężczyźni bardzo chętnie kochają się w takich wolnych, trzydziestoparoletnich kobietach. I jak mawiał Julian Tuwim: „bardzo długo pozostają pod wrażeniem, jakie wywarli na kobiecie”. Ale widocznie przyszedł i na mnie czas. Zjawił się kolejny.

Znowu żonaty!

Jak się ma tyle lat, to już wszyscy są żonaci. Mówiłam: „Proszę wracać do żony albo szukać sobie następnych przygód. Ja nie będę już w żadnym związku z żonatym mężczyzną”. Chciałam go zwyczajnie przepędzić. Ale on dopytywał, co ma zrobić. Odpowiadałam, że powinien pójść do swojej żony, niczego nie ukrywać i o wszystkim jej powiedzieć: „Zakochałem się, ta kobieta w ogóle mnie nie kocha, a w dodatku ma dziecko i jest nieszczęśliwa po różnych przeżyciach z przeszłości. Ale bez niej nie umiem żyć”.

Poszedł?

Poszedł i tak właśnie powiedział. I tu mi rzeczywiście zaimponował. Chociaż jeszcze przez długi czas nie chciałam go wpuścić do domu.

Wtargnął.

Wtargnął do mojego życia.

„Pani nie jest w moim typie osobą, w moim typie nie nazbyt jest pan. Ale może od słowa do słowa, od czynu do czynu zmieni nam się ten inny stan”.

Od słowa do słowa został moim mężem. Trochę jak w piosence Wojtka Młynarskiego: „Urządzimy sobie jakoś tę miłość”.

„My będziemy ją zdobywać na raty”.

„Bo to będzie miłość nieduża, poryw uczucia maleńki”. To już oczywiście Jeremi Przybora. A on pisał tylko: „Barw tysiąc gaśnie przy bladości twojej”... i tym mnie ujął.