Pensjonat - Piotr Paziński - ebook + książka

Pensjonat ebook

Piotr Paziński

3,5

Opis

Debiutancka powieść Piotra Pazińskiego, za którą został on nagrodzony Paszportem "Polityki" i Nagrodą Literacką Unii Europejskij, był też nominowany do Nike, Przełożona na 12 języków.

 

"To powiastka filozoficzna o trwaniu, przemijaniu i rozpadzie, a zarazem literacki obrzęd wskrzeszania pamięci. Pierwszy w Polsce lietracki głos trzeciego pokolenia po Holokauście".

                                               Justyna Sobolewska, "Polityka"

 

"Proza przejmująca i niezwykle sugestywna. Autor potrafi opowiadać o swoich bohaterach, sugerować w ich dziejach sensy ogólne i symboliczne, ale też opisać na przykład las czy drzewo".

                                               Profesor Michał Głowiński

 

 

Piotr Paziński, filozof,

pisarz, tłumacz, naczelny redaktor żydowskiego dwumiesięcznika "Midrasz", autor książek o Jamesie Joysie. Do tematyki Pensjonatu powrócił w zbiorze czterech opowiadań Ptasie ulice. Za przekład 12 opowiadań Szmuela Josefa Agnona zebranych w tomie Przypowieść o skrybie został wyróżniony Nagrodą im. Boya-Żeleńskiego 2017.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 166

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja: Krystyna Bratkowska
Korekta: Helena Zalewska
Projekt graficzny: Ryszard Kajzer
Skład: zerkaj studio
Copyright © by Piotr Paziński
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Nisza
Copyright © for the illustrations and calligraphy by Ryszard Kajzer
Warszawa 2010
Wydanie II
Wydanie pierwsze elektroniczne, Warszawa 2017
ISBN 978-83-62795-55-0
Wydawnictwo Nisza ul. Łukowska 9/22904-133 Warszawa tel. 22 617 89 61 e-mail: nisza@intertop.pl Księgarnia internetowa: www.nisza-wydawnictwo.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Z zieleni wyłonił się murowany, dwupiętrowy pawilon, przykryty blaszanym, lekko spadzistym dachem. Wyblakła czerwona tabliczka informowała, że nie zmienił przeznaczenia. Dom wypoczynkowy.

Dawno mnie tutaj nie było.

Za parkanem, zamknięty w sobie, wciąż trwał ogród. Niby zwyczajny, z tych, jakich wiele „na linii”. Ot, trochę drzew, krzaków, kilka betonowych alejek z latarenkami, klombik begonii poprzetykanych srebrzystymi mrozami, ławki. Zawsze chciał stanowić enklawę w enklawie, być wyłączonym z natury i dziejów i żyć w utajeniu, podług własnych prawideł. Jak gdyby na przekór całej epoce, wszystkim tym czasom, które starały się go unieważnić i zepchnąć razem z domem w przeszłość. Był chyba bardziej wilgotny od reszty lasu, choć sosny rosły w nim takie same jak tuż za ogrodzeniem, rude i powyginane. Latem siedziało się tu na leżakach czy łóżkach polowych albo wprost na miękkiej trawie pokrytej kłującymi szyszkami. Było rojno i gwarno. Tętniło życie.

Furtka na szczęście otwarta. Wystarczy przejść przez ogród i już człowiek jest na werandzie. Parę kroków zaledwie, choć dziecku wydawało się, że to daleko.

Po tej alejce uczyłem się chodzić. Od furtki do werandy i od werandy do furtki. Wielka wyprawa. To tutaj, w jednym z drucianych koszy na śmieci odkryłem truchło gołębia. Patrzył na mnie otwartymi oczkami. Uciekłem z krzykiem i przez długie dni omijałem tę ścieżkę. Wolałem slalom pomiędzy drzewami. Albo zbieranie szyszek do plastikowego wiaderka. Pani Stefa mnie nauczyła, jak robić na ziemi portret z szyszek i mchu. Na przykład portret pana Abrama. Czerwone kulki jarzębiny świetnie się nadają na oczy. Pan Abram patrzył przyjaźnie, miał uszy z liści i zielone policzki. Potem spadł deszcz i następnego dnia niewiele zostało z pana Abrama. Pan Leon wolał struganie łódek z miękkiej sosnowej kory. Zajęcie w sam raz dla mężczyzny. Raz-dwa. Szwajcarski scyzoryk migał w jego rękach, bo tylko pan Leon mógł strugać łódkę. Mały się zaraz skaleczy. On musi mieć jakiś zawód! Jak będziesz duży, zostaniesz inżynierem od budowy okrętów. Maszt zrobimy z patyka, o widzisz. I żagle. Z czego tu zrobić żagle? Może z gazety, ale panu Leonowi zawsze było szkoda gazety, bo jeszcze czegoś w niej nie przeczytał, więc moje łódki nigdy nie doczekały się żagli i sczezły w końcu na dnie worka z kolekcją patyków i polnych kamieni.

Przemaszerowałem ścieżką, odwracając głowę w miejscu, gdzie w koszu mógł leżeć ten martwy gołąb. Drzwi wejściowe zamknięte. Dzwonek chyba nie działa, w każdym razie nikogo nie udało się nim zawezwać. Cały budynek zdawał się pogrążony we śnie. Zatrzaśnięte okna, na tarasie nikogo, pusto na balkonach. Pogoda niepewna, więc nawet nic się nie suszy, leżaki złożone, żeby nie zamokły.

Pozostaje wejście kuchenne. Głupio to jakoś – wchodzić od kuchni. Jak intruz. Ale stać tak w nieskończoność?

– A pan do kogo?

Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Wyrosła jak spod ziemi, choć musiała przecież nadejść alejką. Czyżby drzwi do jadalni były uchylone? Prawie nie było jej widać w kostiumie z szarego tweedu. Przypominała woskową lalkę. Krzywa i krucha, odchylona do tyłu, z wysuniętymi do przodu biodrami. Ruda, ondulowana głowa drżała niespokojnie jak łepek wiewiórki, spoglądała na mnie z ukosa, wpierw jednym, a zaraz drugim okiem. Bladość cery maskowała różem. Wąskie i suche usta pociągnięte grubym karminem. Raz po raz zwilżała je koniuszkiem języka, jakby chciała się upewnić, że nadal są na swoim miejscu.

– Ja? Do siebie – wymamrotałem.

– Do siebie? – wyraźnie się oburzyła. – Tutaj jest dom wczasowy.

Ustawiła się tak, by swoją drobną sylwetką zasłaniać schodki na ganek. Udałem, że ich nie widzę.

– Wiem i chciałbym wejść do środka.

– Dlaczego chce pan wejść? – była podejrzliwa.

– Ja jestem stąd – nie umiałem inaczej się wytłumaczyć. – Ja tutaj kiedyś mieszkałem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki