Pełnia miłości - Sigrid Nunez - ebook

Pełnia miłości ebook

Sigrid Nunez

4,1

Opis

Główna bohaterka Pełni miłości opowiada o spotkaniach i rozmowach z różnymi ludźmi napotkanymi w codziennym życiu: niewidzianym od dawna byłym partnerem, właścicielką wynajmowanego przez nią mieszkania Airbnb, obcym mężczyzną, który prosi o pomoc w dotrzymaniu towarzystwa matce. Z wszystkich tych rozmów wybrzmiewa potrzeba bycia zrozumianym i podzielenia się swoimi doświadczeniami z kimś, kto nas naprawdę słucha. Kobieta skupia się na swoich rozmówcach, ale pozostaje wobec nich raczej obojętna, aż nagle, po latach osłabionych kontaktów towarzyskich, odbiera telefon od dawnej przyjaciółki i mierzy się z jej niezwykle trudną i niespodziewaną prośbą o coś, co być może jest najważniejsze – o towarzyszenie w odchodzeniu.

Sigrid Nunez jest znana w Polsce za sprawą wydanej w 2019 roku powieści Przyjaciel, która wzbudziła zachwyt całej rzeszy czytelników. Ta piękna opowieść o przemijaniu i miłości stała się jednym z bestsellerów Pauzy, trafiła również na pierwsze miejsca rankingów najlepszych książek wydanych w 2019 roku. Nunez powraca w pięknym stylu, jak zawsze trafiając w najczulsze punkty i opisując najskrytsze emocje. To powieść o empatii i o tym, jak bardzo możemy pomóc swoją obecnością drugiej osobie, która nas potrzebuje.

„W prozie Nunez poznajemy mikrohistorie zbierane w ciągu życia przez dwie główne bohaterki – nie tylko z własnego doświadczenia, ale też wysłuchane z ust innych kobiet. To rewers szczęścia znanego z prozy romansowej, małe tragedie pleniące się między kobietami i mężczyznami, małżonkami, kochankami, matkami i córkami, matkami i synami. Dotyczą miłości, szczęścia, pieniędzy i odkrycia, że każde życie w gruncie rzeczy jest niespełnione”.

– Juliusz Kurkiewicz, „Książki. Magazyn do Czytania”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 210

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




W tekście wykorzystano cytaty z następujących utworów:

Simone Weil, Rozważania o dobrym użytku studiów szkolnych w miłości do Boga, [w:] Wybór pism, przekład i opracowanie Czesław Miłosz, Społeczny Instytut Wydawniczy „Znak”, Kraków 1991.

Ingeborg Bachmann, Trzy drogi do morza, [w:] Symultanka, przekład Anna M. Linke, Czytelnik, Warszawa 1975.

Jeśli nie podano inaczej, cytaty w przekładzie Dobromiły Jankowskiej.

Tytuł oryginału What Are You Going Through

Przekład Dobromiła Jankowska

Redakcja Ewa Pawłowska

Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek, Jagoda Pawłowska

Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski

WHAT ARE YOU GOING THROUGH by Sigrid Nunez

Copyright © 2020 by Sigrid Nunez

By arrangement with the author. All rights reserved.

Original titleWhat Are You Going Through

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Dobromiła Jankowska, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2020

Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Nancy Crampton

Skład i łamanie Dariusz Ziach

ISBN 978-83-958009-5-5 (EPUB); 978-83-958009-5-5 (MOBI)

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2020

Wydanie pierwsze

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151,

03-948 Warszawa

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Część pierwsza
Pełnia miłości bliźniego to po prostu byćzdolnym go zapytać: „Jaka jest twoja udręka?”.Simone Weil, Rozważania o dobrym użytkustudiów szkolnych w miłości do Boga
I

Wybrałam się do uczelnianego kampusu na wykład. Wygłosił go profesor, ale uczący na innym uniwersytecie, w innej części kraju. Był on też znanym pisarzem, który niedawno otrzymał międzynarodową nagrodę. Jednak mimo darmowego wstępu dla publiczności sala wypełniła się tylko w połowie. Ja również bym nie przyszła, gdybym nie znajdowała się akurat w tamtym mieście, gdyby nie zbieg okoliczności. W pobliskim szpitalu, specjalizującym się w leczeniu określonego typu nowotworu, leżała moja przyjaciółka. Przyjechałam ją odwiedzić, tę bardzo drogą, starą przyjaciółkę, której nie widziałam od kilku lat i której – biorąc pod uwagę jej stan zdrowia – mogłam już więcej nie zobaczyć.

Był trzeci tydzień września 2017 roku. Wynajęłam pokój na portalu Airbnb. Właścicielką lokalu okazała się emerytowana bibliotekarka, wdowa. Z jej profilu wiedziałam już, że ma czworo dzieci i sześcioro wnucząt, a najbardziej lubi gotować i chodzić do teatru. Mieszkała na najwyższym piętrze niewielkiego budynku usytuowanego jakieś trzy kilometry od szpitala. Apartament był czysty, schludny i wypełniony delikatną wonią kminku. Pokój gościnny urządzono tak, jak większość ludzi chciałaby widzieć przytulną kwaterę: miękkie dywaniki, łóżko z rzędem poduszek, puchowa kołdra, niewielki stolik, na nim ceramiczny dzbanek z suszonymi kwiatami, a na stoliku nocnym kilka kryminałów w miękkich okładkach. W takich miejscach nigdy nie czuję się jak w domu. To, co większość ludzi nazywa przytulnym – gemütlich, hygge – innym odbiera powietrze.

W ogłoszeniu wspomniano o kocie, ale żadnego nie dostrzegłam. Dopiero później, kiedy miałam już wyjeżdżać, dowiedziałam się, że w czasie między dokonaniem rezerwacji a moim przyjazdem kot gospodyni zdechł. Oznajmiła mi to dość obcesowo, natychmiast zmieniając temat, bym nie mogła dopytywać – co zresztą zamierzałam zrobić tylko dlatego, że coś w jej zachowaniu pozwoliło mi myśleć, że chciała być zapytana. Pomyślałam wtedy, że to nie emocje kazały jej zmienić temat, ale raczej troska: mogłabym później narzekać w opinii wystawionej na portalu. „Smutna właścicielka zbyt wiele mówiła o zdechłym kocie”. Takie komentarze pojawiają się bardzo często.

W kuchni, gdy piłam kawę i jadłam przekąski przygotowane dla mnie przez gospodynię (sama, co rekomendowano wynajmującym na Airbnb, rzadko się pokazywała), przyglądałam się korkowej tablicy, na której wieszała dla gości informacje o wydarzeniach w mieście. Wystawa japońskich grafik, jarmark rzemiosła, występ kanadyjskiego teatru tańca, festiwal jazzowy, festiwal kultury karaibskiej, program lokalnego centrum sportowego, slam poetycki. A tamtego wieczoru o wpół do ósmej wspomniany już wykład.

Na zdjęciu prowadzący wygląda surowo. Nie – „surowo” to zbyt surowe określenie. Poważnie. Takiego wyglądu nabiera wielu starszych białych mężczyzn w pewnym wieku: całkiem siwe włosy, wydatny, haczykowaty nos, cienkie wargi, przeszywające spojrzenie. Jak ptak drapieżny. Niezbyt zachęcająco. Niezbyt przyjemny image, by przekonać kogoś: „Proszę, przyjdź i posłuchaj mojego wykładu. Ucieszy mnie twoja obecność”. Bardziej jakby chciał powiedzieć: „Bez wątpienia wiem dużo więcej od ciebie. Powinieneś mnie wysłuchać. Może wtedy dowiesz się, co jest czym”.

Prelegenta przedstawia jakaś kobieta, szefowa wydziału, który zaprosił gościa do wygłoszenia wykładu. Znam ten typ – elegancka kobieta robiąca karierę naukową, intelektualny wamp. Bardzo się stara, by wszyscy wiedzieli, że – choć jest inteligentną i dobrze wykształconą feministką na odpowiedzialnym stanowisku – nie stała się bynajmniej czarownicą, nudną kujonką, bezpłciową heterą. Co z tego, że osiągnęła już pewien wiek. Dopasowana spódnica, wysokie obcasy, czerwone usta i farbowane włosy (kiedyś słyszałam, jak pewna fryzjerka powiedziała: „Jeśli kobieta ma siwe włosy, chyba przeszkadza jej to w myśleniu”) – wszystko ma sugerować: „Wciąż warto mnie przelecieć”. Szczupłość, która niemal na pewno oznacza głodowanie przez większość dnia. W umysłach takich kobiet ze smutną regularnością pojawiają się myśli, że w e   F r a n c j i  intelektualiści bywają symbolami seksu. Nawet jeśli ten symbol bywa czasami żenujący (na przykład Bernard-Henri Lévy w swoich rozpiętych koszulach). Kobiety te pamiętają, jak w młodości je dręczono – nie z powodu wyglądu, lecz inteligencji. Powiedzenie „Faceci nie lecą na okularnice” obejmuje tak naprawdę wszystkie dziewczyny inteligentne, oczytane, matematyczki i pasjonatki innych nauk ścisłych. Ale czasy się zmieniają. Teraz okulary to element mody. I jakże często słyszymy mężczyzn przechwalających się, że pociągają ich bystre kobiety. Niedawno pewien młody aktor wyznał: „Zawsze uważałem, że najseksowniejsze kobiety to te mądrale”. Słysząc go, przewróciłam oczami tak gwałtownie, że gałki cofnęły się na swoje miejsce dopiero wtedy, gdy machnęłam głową.

To przecież nie może być prawda (a może jednak…), że Toscanini w trakcie próby z jakąś sopranistką stracił kiedyś cierpliwość, złapał kobietę za wydatny biust i zawołał: „Gdyby to tylko były mózgi!”.

Później pojawiło się jeszcze powiedzenie „Faceci nie lecą na laski grubaski”.

Wyobrażam ich sobie, tego mężczyznę i tę kobietę, podczas wydziałowej kolacji, która zapewne odbędzie się po wykładzie i – ponieważ gość jest wyjątkowo znany – zostanie zorganizowana z rozmachem w jednej z najdroższych miejscowych restauracji, gdzie pewnie usiądą obok siebie. Kobieta oczywiście z nadzieją na pobudzającą intelektualnie rozmowę – nie żaden small talk – może nawet na lekki flirt, okaże się jednak, że to wcale nie takie proste, uwaga mężczyzny wciąż bowiem będzie się kierowała na drugi koniec stołu, do doktorantki, którą przydzielono mu jako opiekunkę, osobę odpowiedzialną za przewożenie go z miejsca na miejsce, łącznie z powrotem do hotelu po wieczornej kolacji, i która po wypiciu zaledwie jednego kieliszka wina odpowiada na kolejne rzucane spojrzenia profesora własnymi, coraz bardziej śmiałymi.

Wygląda na to, że istotnie mogło tak być. Wygooglowałam to. Według niektórych doniesień nie złapał sopranistki za biust, tylko na niego pokazał.

Podczas obowiązkowego wyliczenia osiągnięć dzisiejszego mówcy mężczyzna spuszcza wzrok i przybiera grymas zażenowania w pozie afektowanej skromności, którą – moim zdaniem – nikogo nie oszuka.

Gdyby oceny zależały bardziej od tego, ile wiedzy przyswoiłam z wykładów niż z analizy lektur, pewnie oblałabym później wszystkie egzaminy. Kiedy coś czytam albo słucham czyjejś rozmowy, rzadko tracę koncentrację, ale wszelkie wykłady zawsze sprawiały mi problem (najgorsi są autorzy czytający własne teksty). Właściwie gdy tylko prelegent zaczyna mówić, moje myśli powoli odpływają. A tamtego wieczoru byłam w dodatku bardzo rozkojarzona. Całe popołudnie spędziłam w szpitalu z przyjaciółką. Czułam się umęczona obserwowaniem, jak cierpi, i próbami nieokazywania zaniepokojenia jej stanem zdrowia, byle tylko nie zauważyła mojej troski. Radzenie sobie z chorobą – w tym także nigdy nie byłam zbyt dobra.

A zatem moje myśli odpływały. Odpływały od samego początku. Kilka razy traciłam główny wątek. Ale nie miało to właściwie znaczenia, ponieważ wykład bazował na długim artykule napisanym przez prelegenta do pewnej gazety, w której przeczytałam ten tekst. Poza mną czytali go wszyscy moi znajomi. Moja przyjaciółka leżąca w szpitalu go czytała. Obstawiałam, że większość przybyłych na wykład również. Pomyślałam, że przynajmniej część z nich pojawiła się tutaj, by zadać pytania, posłuchać dyskusji na główny temat, skoro treść i najważniejsze wątki znali już dzięki artykułowi. Jednak mężczyzna podjął niezwykłą decyzję o nieodpowiadaniu na pytania. Nie było tego wieczoru żadnej dyskusji, lecz dowiedzieliśmy się o tym dopiero wtedy, gdy skończył przemawiać.

– To już koniec – mówił. Zacytował innego pisarza, tłumacząc z francuskiego: „Przed człowiekiem był las, po człowieku zostanie pustynia”. – Jeśli dawniej istniało coś, co mogło powstrzymać katastrofę, jakieś działania czy poświęcenie, stało się jasne, że ludzkości brakuje chęci, zbiorowej woli, by je przedsięwziąć. Każdemu inteligentnemu kosmicie wydawałoby się oczywiste, że ludzkość dąży do samozagłady – kontynuował przemowę.

– To już koniec – powtórzył. – Nie ma wiary i pocieszenia, które podtrzymywały kolejne pokolenia, złudzenia, że choć czas pojedynczego człowieka na Ziemi dobiegnie końca, to, co kochaliśmy i co miało dla nas znaczenie, będzie trwało, świat, którego byliśmy częścią, przetrwa. Ten czas również dobiegł końca. Nasz świat i nasza cywilizacja nie przetrwają. Musimy żyć i umierać z tą nową świadomością – dodał.

– Nasz świat i nasza cywilizacja nie przetrwają – ciągnął – ponieważ nie mogą przetrwać tak wielu różnych sił, które przeciwko nim wystawiamy. Jesteśmy swoim najgorszym wrogiem, ustawiliśmy się jak kaczki na strzelnicy, nie tylko dając przyzwolenie na tworzenie broni mogącej zabić nas wszystkich po stokroć, ale także pozwalając, by trafiła ona w ręce egoistów, nihilistów, ludzi bez empatii, bez sumienia. Po naszej porażce w kontroli proliferacji broni masowego rażenia i odebraniu władzy tym, dla których jej użycie jest nie tylko możliwością, lecz także trudną do opanowania pokusą, apokaliptyczna wojna staje się coraz bardziej prawdopodobna… – wieszczył ponuro.

– Kiedy odejdziemy, choć przyjemnie byłoby tak myśleć, nie zastąpi nas rasa szlachetnych i inteligentnych człekokształtnych. To pocieszające, ponieważ daje nadzieję, że po wymarciu gatunku ludzkiego planeta będzie jeszcze miała jakąś szansę, żeby się odrodzić. Niestety, królestwo zwierząt jest także skazane na zagładę. Choć żaden z tych złych uczynków to nie ich wina, małpy i inne stworzenia wyginą tak jak człowiek. Oczywiście te, których ludzka działalność jeszcze nie zdążyła unicestwić – dodał.

– Ale przypuśćmy, że nie będzie zagrożenia atomowego. Powiedzmy, że jakimś cudem w ciągu jednej nocy arsenały nuklearne na całym świecie rozsypią się w proch. Czy i tak nie będziemy mierzyć się z niebezpieczeństwami stworzonymi przez pokolenia ludzkiej głupoty, krótkowzroczności i zdolności do oszukiwania samych siebie? – pytał retorycznie.

– Producenci paliw kopalnych – kontynuował. – Ilu ich jest, a ilu nas? Przechodzi wszelkie pojęcie, że my, wolni ludzie, członkowie społeczeństwa obywatelskiego żyjący w ustroju demokratycznym, nie zdołaliśmy ich zatrzymać, nie zdołaliśmy sprzeciwić się tym zachłannym drapieżcom i wysługującym się im politykom, którzy pracują tak wytrwale nad wyparciem ze świadomości ogółu oczywistego faktu postępujących zmian klimatycznych. I pomyśleć, że ci sami przedsiębiorcy zdążyli już zedrzeć z nas miliardowe zyski, dzięki czemu stali się najbogatszymi ludźmi, jacy kiedykolwiek chodzili po tym świecie. A skoro najpotężniejszy naród świata trzyma ich stronę, dumnie krocząc w pierwszym szeregu kłamców, którzy zaprzeczają, że nadchodzi katastrofa ekologiczna, jaką nadzieję na przetrwanie ma planeta Ziemia? Absurdem jest myśleć, że miliony uchodźców uciekających przed brakiem żywności i czystej wody spowodowanymi klęskami żywiołowymi o zasięgu globalnym znajdą współczucie tam, gdzie zawiedzie ich desperacja. Wręcz przeciwnie – mówił – wkrótce zobaczymy nieludzkie traktowanie człowieka przez człowieka na skalę dotychczas niespotykaną w historii świata.

Był dobrym mówcą. Na pulpicie przed nim stał iPad, na który od czasu do czasu zerkał, lecz zamiast czytać tekst, mówił tak, jakby znał na pamięć każdy wers. Przypominał aktora. Dobrego aktora. Bardzo dobrego. Ani razu się nie zawahał, nie zająknął, ale też prelekcję wygłaszał w sposób bardzo naturalny. Miał prawdziwy dar. Przemawiał zdecydowanie i był bardzo przekonujący, w stu procentach pewny każdego wypowiadanego zdania. Tak jak w artykule, który czytałam i z którego zaczerpnął tezy swojego wykładu, popierał kolejne stwierdzenia licznymi przykładami. Można było jednak również odnieść wrażenie, że wcale nie obchodzi go przekonywanie kogokolwiek. To, co mówił, nie było kwestią opinii, ale niezaprzeczalnym faktem. Nie miało znaczenia, czy mu wierzysz, czy nie. I z tego powodu wydało mi się dziwne, wydało mi się naprawdę bardzo dziwne, że w ogóle wygłasza ten wykład. Wcześniej założyłam, że skoro zwraca się do żywych ludzi, którzy przyszli, aby go posłuchać, przybierze ton inny niż ten, jaki pamiętałam z artykułu. Założyłam, że tym razem pojawi się, jeśli nie optymistyczny, to przynajmniej nie totalnie apokaliptyczny wtręt, chociaż jakiś gest, że istnieje droga naprzód, okruszek – nawet jeśli tylko okruszek – nadziei. Na przykład: „Teraz, skoro już zwróciłem państwa uwagę, skoro niemal śmiertelnie was przestraszyłem, porozmawiajmy o tym, co można jeszcze zrobić, by zapobiec katastrofie”. Bo w innym przypadku po co w ogóle do nas mówić, proszę pana? Byłam pewna, że to właśnie czuli również pozostali słuchacze.

– Cyberterroryzm. Bioterroryzm. Nieuniknione nadchodzące pandemie grypy, na które w oczywisty sposób nie jesteśmy przygotowani. Nieuleczalne zabójcze infekcje wywołane bezkrytycznym nadużywaniem antybiotyków. Dojście do władzy skrajnie prawicowych reżimów na całym świecie. Upowszechnienie propagandy i oszustwa jako strategii politycznych i podstaw polityki rządowej. Niemoc w walce ze światowym dżihadyzmem. Zagrożenia dla życia i wolności wszystkiego, co można nazwać cywilizacją, kwitną. Z drugiej strony niewiele jest środków, za pomocą których można je powstrzymać… – rozkręcał się profesor.

– Komu przyszłoby do głowy, że koncentracja tak wielkiej władzy w rękach kilku korporacji, nie wspominając już o systemie masowego nadzoru, od którego zależą ich dominacja i zyski, mogą być w najlepszym interesie przyszłości całej ludzkości? Kto tak naprawdę wątpi, że narzędzia tych firm pewnego dnia staną się najskuteczniejszymi środkami do osiągnięcia najokrutniejszego możliwego końca? Ale też jacy byliśmy bezradni wobec tych technologicznych bogów i panów – mówił prelegent. – To właściwe pytanie: ile jeszcze kolejnych syntetycznych opiatów wyprodukuje Dolina Krzemowa, zanim nadejdzie koniec? Jak wyglądałoby życie, gdyby system zakładał, iż człowiek nie ma nawet możliwości zaprotestowania przeciwko temu, by wszędzie go śledzono, nieustannie na niego krzyczano i dźgano niczym zwierzę w klatce? I znów: jakim cudem teoretycznie kochający wolność ludzie doprowadzili do takiej sytuacji? Dlaczego nie zbuntowali się od razu przeciwko inwigilującemu kapitalizmowi? Przestraszył ich na amen Big Tech? Ów kosmita analizujący kiedyś nasz upadek równie dobrze mógłby dojść do wniosku, że wolność to dla ludzi za dużo. Woleli być niewolnikami.

Osoba, która tylko przeczytała te stwierdzenia w artykule, a nie widziała i nie słuchała mówiącego autora, pewnie wyobrażałaby go sobie nieco inaczej, niż wyglądał tamtego wieczoru. Biorąc pod uwagę słowa, ich znaczenie, przerażające  f   a k t y, które przedstawiał, zapewne spodziewałaby się show emocji, a nie tych spokojnych, wyważonych zdań. Nie tej beznamiętnej maski. Tylko raz uchwyciłam odrobinę uczucia – kiedy mówił o zwierzętach, wówczas coś jakby lekko ścisnęło mu gardło. Dla ludzi zdawał się nie mieć odrobiny litości. Od czasu do czasu spoglądał przez pulpit i omiatał publiczność spojrzeniem drapieżnika. Później chyba zrozumiałam, dlaczego nie zgodził się na pytania. Na pewno byliście na niejednym spotkaniu, podczas którego przynajmniej jedna osoba rzuciła jakąś bezmyślną uwagę albo zadała jedno z tych absurdalnych pytań, sugerujących, że w ogóle nie słuchała tego, co mówił prelegent. Rozumiałam, dlaczego po tym wykładzie podobna sytuacja byłaby dla mówcy nie do zniesienia. Może się bał, że nie opanuje emocji. Bo oczywiście one się w nim kłębiły: wyczuwało się je pod chłodem i opanowaniem. Głębokie, wrzące emocje. Które, gdyby pozwolił sobie na ich wyrażenie, wystrzeliłyby przez czubek jego głowy i spaliły nas wszystkich na popiół.

Moim zdaniem, było też coś dziwnego, nawet dziwacznego, w zachowaniu publiczności, tak pokornej wobec ponurego portretu naszej przyszłości, a nawet jeszcze bardziej ponurego, gdy chodzi o nasze dzieci. Słuchacze okazywali spokojną i uprzejmą uwagę, jakby mówca wcale nie opisywał czasu, w którym – w porażającym odwróceniu naturalnego porządku – najpierw młodzi będą zazdrościć starym (ten etap już trwał, jego zdaniem), a następnie żyjący będą zazdrościć umarłym.

Dlaczego ludzie mieliby reagować na te przerażające, kasandryczne wizje oklaskami? Jednak to właśnie zrobiliśmy, bo chyba jeszcze dziwniejsze byłoby nie klaskać – ale uprzedzam fakty.

Przed oklaskami, przed końcem wykładu, mówca wspomniał o czymś, co naprawdę wywołało zmarszczki na tej pozornie gładkiej powierzchni. Wśród słuchaczy rozległ się pomruk (który on zignorował), ludzie wiercili się na swoich miejscach, zauważyłam także kilka kręcących się głów, a gdzieś z tylnego rzędu usłyszałam nerwowy kobiecy śmiech.

– To koniec – orzekł prelegent. – Jest za późno, zbyt długo zwlekaliśmy. Nasze społeczeństwo już wcześniej stało się zbyt podzielone i dysfunkcjonalne, byśmy mogli je naprawić, popełniliśmy zbyt wielkie błędy. Zresztą ludzka uwaga i tak jest ulotna. Ani kolejne lata ekstremalnych zdarzeń pogodowych, ani realne ryzyko wymarcia miliona gatunków zwierząt na całym świecie nie wystarczyły, żeby umieścić degradację środowiska naturalnego na szczycie listy największych zagrożeń dla życia ludzkiego, zagrożeń, których powstrzymaniem powinny się zająć władze naszego państwa. I jakże to smutne – mówił – obserwować, że ludzie należący do kreatywnych i najlepiej wykształconych warstw społecznych, którzy jak moglibyśmy żywić nadzieję, dadzą z siebie wszystko, by opracować innowacyjne rozwiązania tych problemów, zwracają się zamiast tego ku metodom pracy nad rozwojem osobistym i pseudoreligijnym praktykom faworyzującym dystans, koncentrację na danej chwili, akceptację otoczenia i sytuacji w obecnym kształcie, spokój ducha w obliczu doczesnych trosk. („Ten świat jest tylko cieniem, osnową, niczym, ten świat nie jest prawdziwy, nie mylmy tej halucynacji z prawdziwym światem”). Dbałość o siebie, radzenie sobie z codziennymi niepokojami, unikanie stresu: to są obecnie niektóre cele naszego społeczeństwa – mówił – ważniejsze, jak się okazuje, niż ocalenie samego społeczeństwa. Cyrk dotyczący uważności to kolejne odwracanie uwagi.  O c z y w i ś c i e, że powinniśmy się stresować. Powinniśmy być wręcz  z ż e r a n i  przez strach, ulegać panice. Praktykowanie uważności może pomóc człowiekowi odzyskać spokój ducha, ale nic nie uratuje „Titanica”. To nie indywidualne wysiłki, by osiągnąć wewnętrzny spokój, to nie empatyczny stosunek wobec innych mogłyby doprowadzić do podjętych w porę działań prewencyjnych, ale kolektywna, fanatyczna, przesadzona obsesja na punkcie zbliżającego się końca – przekonywał zgromadzoną na wykładzie publiczność.

– Nie ma sensu zaprzeczać, że czeka nas niewyobrażalne cierpienie i że nie można przed nim uciec. Jak w takim razie mamy żyć? Po pierwsze, musimy zacząć pytać siebie, czy powinniśmy dalej płodzić dzieci.

[...]

Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku

na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –

do czytania i dobrej prozy zagranicznej.

Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,

która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.

Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki

z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.

Pełnia miłości to dwudziesta piąta książka

Wydawnictwa Pauza.

Wcześniej ukazały się:

2018

Legenda o samobójstwie – David Vann

Pierwszy bandzior – Miranda July

Nasz chłopak – Daniel Magariel

Historia przemocy – Edouard Louis

Tirza – Arnon Grunberg

2019

Pasujesz tu najlepiej – Miranda July

O zmierzchu – Therese Bohman

Piękna młoda żona – Tommy Wieringa

Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug

Floryda – Lauren Groff

Przyjaciel – Sigrid Nunez

Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall

Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh

Brud – David Vann

Koniec z Eddym – Edouard Louis

2020

Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz

Linia – Elise Karlsson

Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry

Ta druga – Therese Bohman

Dorośli – Marie Aubert

Turbulencje – David Szalay

Nikolski – Nicolas Dickner

Fauna Północy – Andrea Lundgren

Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård