Pęknięte królestwo. Ostatni Jagiellonowie - Renata Czarnecka - ebook

Pęknięte królestwo. Ostatni Jagiellonowie ebook

Renata Czarnecka

4,6

Opis

Po śmierci Barbary Radziwiłłówny królowa Bona ma nadzieję, że uda jej się powrócić na Wawel i skojarzyć kolejne małżeństwo syna. Odżywają w niej nadzieje na połączenie dynastii Jagiellonów i Walezjuszy. Jednak Zygmunt August wbrew woli matki poślubia Katarzynę Habsburżankę. Bona, która wciąż uważa Habsburgów za wrogów, nie widzi dla siebie miejsca w królestwie i postanawia wrócić do swego dziedzicznego księstwa w Italii. Wyjazdowi sprzeciwia się młody król. Gian Lorenzo Pappacoda, zaufany sługa Bony, dwoi się i troi, aby dopomóc swej pani w powrocie do ojczyzny. Zgorzkniała i niedoceniana królowa nie dostrzega mrocznych sideł, jakie zastawia na nią dworzanin.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 533

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (27 ocen)
18
8
0
0
1
Sortuj według:
agadragoni

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, lektura, dla miłośników historii wplecionej w fabułę, być może trochę zmyślonej, acz dającej się łatwo przyjąć i zapamiętać. Polecam! polecam wszystkie tomy tej sagi.
00

Popularność




Zapraszamy na www.publicat.pl
Projekt okładkiMARIUSZ BANACHOWICZ
Fotografia na okładce© Elisabeth Ansley/Trevillion Images
Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC
RedakcjaMAG – USŁUGI WYDAWNICZE MAŁGORZATA GROCHOCKA
KorektaURSZULA WŁODARSKA
SkładLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved
ISBN 978-83-245-8430-7
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksiaznica@publicat.pl
.

POLECAMY

BARBARA I KRÓL

HISTORIA OSTATNIEJ MIŁOŚCI ZYGMUNTA AUGUSTA

KSIĘŻNA MEDIOLANU

DZIEJE IZABELI ARAGOŃSKIEJ, MATKI KRÓLOWEJ BONY

MADONNY Z BARI

MATKA I CÓRKA – KSIĘŻNA MEDIOLANU I KRÓLOWA BONA

JA, KRÓLOWA

BONA SFORZA D’ARAGONA

PĘKNIĘTE KRÓLESTWO

OSTATNI JAGIELLONOWIE

Paulinie

ROZDZIAŁ 1

CISZEJ NAD JEJ TRUMNĄ!

Odwykł od ciszy i od nocy rozjaśnionych blaskiem księżyca. Dotąd otaczał go mrok. Gdy idzie, nadstawia uszu, a jego wzrok wypatruje czujnie i skacze po zakamarkach korytarzy. Schodzi do niszy, głowę schyla pod niskim sklepieniem i stąpa po schodach niespiesznie. Ta noc i ta cisza ciążą mu jak kamień. Nagle płacz poniósł się po korytarzach i odbił od murów, wpadł do uszu melodią żałosną i ciężką, przeniknął serce i wzmógł cierpienie. Coś mówiło mu, by zostawił jej duszę w spokoju, by pozwolił jej odejść. Nie potrafił. Znowu powróciły obrazy i ujrzał ją nagą. Damy obmywają jej wychudzone ramiona, piersi i dłonie. Strugi wody spływają po wymęczonej bólem twarzy. Szorstkie, pozbawione blasku włosy plączą się. Kasztelanowa Tarnowska z trudem hamuje zniecierpliwienie, szarpie, by zaraz z największą pieszczotą gładzić splątane pasma, jakby powodowana nagłym współczuciem albo litością. Ale to żadne z tych uczuć. Dostrzegła króla, jego oczy błysnęły w ciemności i wzmogły jej czujność. Zygmunt August wpadł do alkierza i z gniewem zerwał z luster czarny jedwab.

– Odsłońcie lustra! Wszystkie!!! – I spojrzał w toń zwierciadła, jakby tam jej szukał. Jego krzyk zatrwożył damy. – Wróć, Barbaro! Gdziekolwiek jesteś! Pragnę znowu cię zobaczyć!

Lustrzana tafla zmąciła się i po chwili królowa wyłoniła się z mroku. Leży na marach, z sinymi ustami, z białą twarzą, ubrana w suknię tkaną złotem. Światło gromnic ślizga się po złotogłowiu i nadaje cerze świetlisty blask. Dotknął ustami jej warg, lodowate zimno go zmroziło. Ocknął się, uświadomił sobie, że jest martwa. Jakby wreszcie uwierzył i już nie czekał na cud. Płacz przepadł w korytarzach, słyszał już tylko własne kroki. Zatrzymał się i po chwili wszedł do sieni. Odchylił kotarę i zniknął w alkierzu. Kilka świec paliło się bladym płomieniem. Rozkazał, by nigdy, nawet w nocy, nie gaszono ich w komnatach królowej. Powiódł wzrokiem po sprzętach. Jego oczy spoczęły na komodzie. To tutaj, przed lustrem, zasiadała każdego dnia, by upiększać sobie twarz, a suknie skrapiać pachnidłami. Pośród błyszczących kamieni dostrzegł białe perły. Ujął je w palce. Zdało mu się, że ciągle mają w sobie ciepło jej ciała. Przycisnął naszyjnik do piersi, jakby chciał ugasić w sercu ból, jaki rozpaliła nienasyconym płomieniem śmierć ukochanej. Kątem oka zerknął na stojącą obok skrzynię i uniósł jej ciężkie wieko. Poskładane równo z największą dbałością ubiory zalśniły od rubinów, szmaragdów i szafirów. Ulubiona suknia Barbary w kolorze karminu przetykana czarną nicią na dłużej przyciągnęła wzrok Zygmunta Augusta. Ujął jedwab w palce, nozdrza zatopił w tkaninie, a wtedy zapach róży przeniknął do płuc i je wypełnił, jakby ta woń miała nasycić zmysły króla, by ukoić jego ból po stracie Barbary, lecz tylko wzmogła rozpacz. Z piersi monarchy dobył się gwałtowny szloch. Próbował go w sobie zdusić. Nie potrafił. Naraz oderwał twarz od sukni i zmarszczył czoło. Zdało mu się, że nie jest sam. Nadstawił uszu. Wyraźnie czuł czyjąś obecność, tak jakby ona tu była. Raptownie okrył go cień i w tym momencie chłód go przeniknął i zmroził. Odchylił głowę w bok i spojrzał w górę. Ujrzał Mikołaja Rudego. Podczaszy patrzył na władcę oczami wilgotnymi od łez i wtedy król poczuł, że w cierpieniu nie jest sam.

– Wasza miłość, trzeba posłać do Warszawy... Do królowej Bony – odezwał się Radziwiłł.

Zygmunt milczał, ale Mikołaj dostrzegł, że król zacisnął dłonie, a czoło poorały mu głębokie bruzdy. Zdało się, że na jednej szali położył nienawiść do matki, na drugiej powinność władcy. Która z owych szali przeważy, tego nie wiedział.

– Przywołaj pana Zebrzydowskiego, pojedzie z listem – przemówił wreszcie monarcha. – A ty, Mikołaju, wraz z bratem szykujcie się na Litwę.

Ujrzawszy zaskoczenie w oczach szwagra, wyjaśnił:

– W Wilnie powitacie kondukt żałobny z trumną królowej.

Mikołaj zaniemówił, aż w końcu, patrząc na króla pełnym żałości wzrokiem, wydukał:

– Jakże to, wasza miłość?

– Gdy patrzę na dworzan, zdaje mi się, że czerń wyraża ich radość. Tak naprawdę nikt tutaj Barbary nie kochał i nie żałował.

– To dla nas obraza!

Z dali dotarł do nich wzburzony głos. Spojrzeli w stronę kotar. W progu stał Radziwiłł Czarny. Musiał wejść tu za Rudym i z oddali przysłuchiwał się rozmowie. Kanclerz jakby oprzytomniał, że ma przed sobą króla, a może jego samego własny głos przeraził, bo spokorniał. Wszedł do komnaty i rzekł do monarchy, tym razem bez wzburzenia:

– Wasza miłość, co powiedzą w Koronie i na Litwie? Że siostra nasza niegodna Wawelu.

Zygmunt August odparł:

– Wolą królowej było spocząć w katedrze wileńskiej... i tak się stanie.

Wzrok króla był nieugięty. Czarny złamał się pod jego siłą i okiełznał w sobie gniew, po czym pochyliwszy przed monarchą głowę, wycofał się. Za nim ruszył podczaszy litewski. Półmrok korytarzy okrył braci. Mikołaj Rudy wyprzedził kuzyna, a gdy oddalili się od królewskich komnat, kanclerz rzekł wzburzonym głosem:

– Król nie może wywieźć Barbary z Krakowa! Jeśli to zrobi, po Litwie rozniesie się chichot i szyderstwa z nas, Radziwiłłów! Przecież byliśmy tak blisko tronu!

Podczaszy litewski zatrzymał się, odwrócił i rzekł stanowczo do Czarnego:

– Zrobię wszystko, by zadość stało się woli naszej siostry.

Radziwiłł Czarny natrafił na nieustępliwy wzrok stryjecznego brata, wiedział, że w tej sprawie nie ma w nim sprzymierzeńca, i poczuł, że wraz ze śmiercią Barbary coś pękło między nimi. Przepełniła się czara goryczy Rudego, jakże on pragnął zapomnieć o tym miejscu i wrócić na Litwę. Rozeszli się, każdy w swoją stronę. Mikołaj Czarny zatrzymał się i jeszcze przez chwilę wpatrywał w barczystą sylwetkę kuzyna, aż zniknęła w ciemnościach. Tymczasem podczaszy, odnalazłszy pana Zebrzydowskiego, skierował go do króla. Nazajutrz królewski dworzanin ruszył do Warszawy, wioząc list od Zygmunta Augusta dla królowej Bony.

*

Bona uniosła głowę z poduszki i spojrzała w majowe poszarzałe od chmur niebo. Wspomniała wczorajszy wieczór, kiedy dostała list od Zygmunta Augusta, w którym donosił o śmierci Barbary. Król pisał:

Z bólem serca donoszę Waszej Królewskiej Mości, że umiłowana moja małżonka Barbara z Radziwiłłów odeszła do domu Pana.

Poczuła ciężar na sercu. Nie takich słów pragnęła i nie na takie czekała. Liczyła, że syn wezwie ją do Krakowa, że odtąd się nie rozstaną, że w trudnych chwilach da mu pocieszenie i będzie wsparciem. Wstała z łóżka ociężała, pełna złych przeczuć, ale te uleciały jak spłoszone ptaki wraz z wiadomością od księdza Przerębskiego, który musiał posłać umyślnego zaraz za gońcem króla. List przyniosła Lukrecja Alifio. Bona odczytała wiadomość i w mig rozszyfrowała intencje syna. Zaraz posłała po marszałka Mikołaja Wolskiego, przykazując dwórce, by wprowadziła go do gabinetu. Podczas ubierania niecierpliwiła się i ponaglała damy dworu. W końcu ubrana i uczesana otwarła częściowo przesłonięte kotarami drzwi, które prowadziły wprost do gabinetu. Ochmistrz dworu już czekał. Bona od progu rzekła, wymachując listem:

– To od księdza Przerębskiego, król chce pochować Radziwiłłównę w Wilnie.

Mikołaj Wolski był wyraźnie zaskoczony i rozważywszy to, co usłyszał, odparł:

– Możemy się spodziewać, że upór króla wzbudzi wściekłość Radziwiłłów.

Uśmiechnęła się z satysfakcją i powiedziała:

– Pierwszy raz czegoś im odmówi.

Królowa zamyśliła się, co nie umknęło Wolskiemu, bo rzekł:

– Macie jakieś zmartwienie, pani.

Wyrwał ją z zadumy.

– Niecierpliwie będę odliczać dni do przyjazdu króla do Warszawy. – Dostrzegła w jego oczach zwątpienie, więc wyjaśniła: – Są rzeczy niecierpiące zwłoki. Królewny nie będą czekać, aż ich brat otrząśnie się po śmierci wojewodziny. Niech jak najprędzej ją pochowa, siostrom poszuka mężów i sam weźmie sobie kolejną żonę. Tym razem zdrową.

Głos Bony przycichł. Przez szparę w drzwiach od sieni podglądał królową Gian Lorenzo Pappacoda. Nagle poczuł na ramieniu czyjś zimny dotyk, wzdrygnął się i gwałtownie odwrócił. Ujrzawszy Marię Arcamone, uczuł ulgę, zamknął ostrożnie drzwi i nie omieszkał skarcić damy dworu:

– Skradasz się jak kot.

– Jak kocica – poprawiła go, uśmiechając się zalotnie.

Ale Włoch nie podzielał jej dobrego nastroju i ująwszy ją pod łokieć, wyprowadził na korytarz i tam skwitował:

– Nie pora na żarty, Mario. Nasza pani dostała list od króla?

– Nie. Od księdza Przerębskiego – sprostowała.

– Dowiedz się, co jest w tym liście.

– Ostatnio królowa nie jest zbyt wylewna.

– Może za mało się starasz. Spójrz na Lukrecję, której nasza pani ufa zupełnie – wypomniał jej.

– Ona jest przy królowej od początku – zauważyła dwórka.

– To nie jest kwestia czasu, Mario. Nie potrafisz jej nadskakiwać, zgadywać myśli i uprzedzać pragnień. A przecież donna Lukrecja nie jest już młoda. Kto zajmie jej miejsce przy królowej, gdy umrze?

Potaknęła, pojąwszy jego intencje.

– Postaraj się – rzekł i musnąwszy palcami jej policzek, uśmiechnął się. Jego dotyk sprawił jej przyjemność. Pragnęła więcej pieszczot, lecz Gian Lorenzo już się oddalił. Widziała jego strzelistą postać odzianą w połyskującą czarną pelerynę przerzuconą przez ramię. Mimo że przekroczył czterdziestkę, zachował piękną sylwetkę.

Majowy wieczór był ciepły, ale w zamku warszawskim panował chłód. Ogień w kominkach nie gasł. Damy dworu zdjęły z królowej suknię i Bona w samej bieliźnie pochyliła się nad mosiężną misą napełnioną wodą z odrobiną olejku z rumianku. Chlupot wody wygrywał dźwięczną melodię. Lukrecja Alifio czekała w pobliżu, by wytrzeć ramiona i szyję Bony, gdy weszła Maria Arcamone. Monarchini zerknęła na nią i burknęła oschle:

– Gdzie się podziewałaś?

Maria, skarcona jej wzrokiem, opuściła pokornie głowę i odrzekła:

– Wybaczcie, pani... Przyniosłam waszej miłości jabłka, które tak bardzo lubicie.

Królowa spojrzała na kosz pełen owoców, który Maria trzymała pod pachą, i skinęła na dwórkę. Pani Arcamone zbliżyła się spiesznie, a wtedy Bona sięgnęła po jabłko i wbiła zęby w soczysty miąższ. Przegryzłszy kęs, powiedziała rozmarzona:

– Sady pełne biało kwitnących jabłoni! Czy może być piękniejszy widok?

Lukrecja wytarła królową i założyła na nią nocną koszulę. Bona wydała z siebie ciche westchnienie, na duszy zrobiło jej się lżej. Zawsze wiosną czuła się silniejsza, radość napełniała jej serce, z duszy przeganiając mrok. Teraz tę radość odczuwała intensywniej. Świat w jej oczach pojaśniał. Śmierć synowej natchnęła ją optymizmem. Żeby tylko August puścił w niepamięć złe chwile, odrzucił żale, byle dawał posłuch jej radom i oddalił Radziwiłłów. Wtedy umocnią królestwo na nowo.

– Wybrzeże Neapolu i szmaragdowe wody Adriatyku nie mają sobie równych, miłościwa pani – powiedziała nieoczekiwanie Maria, a jej głos rozproszył myśli monarchini.

– Nic nie jest piękniejsze niż Italia. Żyzne polskie pola pełne zbóż przeplecione czerwienią maków nie przyćmią skalistych wybrzeży Italii. Tam zostało wszystko, co było mi drogie – powiedziała królowa.

Maria uśmiechnęła się.

– Wasza wysokość wróci tam kiedyś? – spytała dama dworu nieoczekiwanie, skupiając na sobie uwagę Lukrecji.

– Kiedyś jest odległe, Mario, liczy się teraz, a teraz chcę wrócić na Wawel – odparła Bona.

Jasna twarz Marii sposępniała. Obłok niepokoju przyćmił radość.

Nazajutrz o poranku Bona napisała do księdza Przerębskiego, by wysłał gońca, gdy król opuści Kraków. Napisała także do syna, że czeka na niego w Warszawie, pragnie go ujrzeć i pocieszyć po stracie żony. Z końcem maja przyszła wiadomość od sekretarza królewskiego, księdza Przerębskiego, że orszak pogrzebowy opuścił Wawel, że jadą z królem jego dworzanie i dwór zmarłej królowej, co jest nie na rękę szczególnie paniom Szydłowieckim i Tarnowskiej, że jęczą nad swoją niedolą i pomstują na zmarłą, że w spiekocie muszą iść wraz z nią do dalekiej krainy, której żadna z nich nie ma ochoty ujrzeć. Lecz król jest nieugięty, więc orszak liczący czterysta koni i kilkadziesiąt karoc od świtu do zmierzchu będzie przemierzał wsie i miasteczka, lasy i pola, by zadośćuczynić woli zmarłej. Tymczasem z każdym dniem przybliżającym Bonę do syna królowa coraz śmielej rozmyślała o nowym mariażu Augusta. Doszły ją słuchy, że Małgorzata Walezjuszka, córka zmarłego kilka lat temu kuzyna Bony, Franciszka, nie wyszła jeszcze za mąż. Choć wcześniej swatano jej na męża syna cesarza, Filipa Habsburga, ostatecznie nic z tego nie wyszło. Późnym wieczorem, gdy noc była gęsta i czarna od ciężkich chmur, Bona wezwała swego sekretarza, księdza Marca della Torre. Wszedł z rozwichrzonymi włosami, w duchownym odzieniu, które ubrał pospiesznie, i wbił w nią zaspany wzrok. Uśmiechnęła się na jego widok i rzekła:

– Wybacz... kazałam cię zbudzić.

– Zawsze jestem do usług waszej wysokości – odparł, a wtedy posłała mu przychylne spojrzenie i wskazała miejsce za stołem. Zbliżył się bezszelestnie i usiadł.

– Czas płynie szybko, ani się obejrzymy, a skończy się żałoba po Barbarze – powiedziała i podniosła się zza stołu. Krążyła po komnacie zadumana. Naraz zatrzymała się i wbiwszy wzrok w Marca, dodała zdecydowanie: – Musimy uprzedzić inne kandydatury do tronu królowej Polski.

Otworzył oczy szeroko, jakby naraz oprzytomniał, i rzekł:

– Wasza miłość myśli, że...

– Jestem przekonana, że cesarz już rozmyśla, kogo naraić królowi – wpadła mu w słowo.

– Karol ma kilka niezamężnych bratanic – zauważył.

– Nie biorę pod uwagę żadnej Habsburżanki – powiedziała, zirytowana tą sugestią.

– A król? Czy jego wysokość również nie bierze ich pod uwagę?

Gdy milczała zasępiona, spytał:

– Mam sporządzić listę księżniczek na wydaniu?

– Nie – rzekła zdecydowanie. – Chcę, by król poślubił Małgorzatę Walezjuszkę.

– Małgorzatę? – wydukał zaskoczony. – Najjaśniejsza pani, król Henryk nieustannie ma przez siostrę kłopoty.

– To znaczy? – spytała, patrząc na niego badawczo, i wsparła tęgie ramiona o stół.

– Rozpowiadają, że Małgorzata jest krnąbrna i niepokorna.

– Niepokorna? – powtórzyła Bona, a widząc w jego oczach skrępowanie, spytała: – Sądzisz, że mnie zgorszysz?

– Nie, pani – oświadczył. – Ale nie godzi się tego powtarzać w obliczu waszego majestatu.

– Sama to ocenię. Zatem? – ośmieliła go.

– W oczach Małgorzaty mężczyźni to głupi samce.

Królowa uśmiechnęła się rozbawiona.

– A do tego ma nadmierny apetyt na miłostki. Jest bardzo kochliwa – dodał, jakby wierzył, że tym zgasi rozbawienie królowej.

Bona istotnie spoważniała i zaraz odrzekła:

– Weźmiemy ten kłopot na swoją głowę. Pod warunkiem, że Małgorzata nie jest gruźliczką, tak jak jej świętej pamięci siostra.

– Magdalena zmarła, dożywszy ledwie szesnastu lat – przypomniał.

– Właśnie... Wybadasz, co o tym mariażu sądzi król Henryk, ale nie wprost. Zbliż się do jego zaufanych ludzi, którzy mają na króla największy wpływ.

– Zważcie, miłościwa pani, że Małgorzata nie jest już najmłodsza, ma dwadzieścia siedem lat – zauważył nieśmiało.

– To nie zawada – obruszyła się, pamiętając, że gdy sama wychodziła za mąż, miała kilka lat mniej. – Uczynimy z tego atut.

Marco spojrzał na Bonę zdziwiony.

– Może tym chętniej Henryk pozbędzie się siostry, która jest dla niego balastem – wyjaśniła i zbliżyła się do sekretery. Przekręciła klucz, wysunęła szufladę, z której wyjęła zdobną w bursztyny szkatułę, uniosła jej wieko i wyciągnęła skórzaną sakiewkę. Sekretarz nie widział twarzy Bony, bo stała do niego tyłem, i tylko obserwował jej wielki czarny cień na ścianie. Odwróciła się i wręczając mu sakiewkę, rzekła:

– Ruszysz za dwa dni, oto dukaty na koszty podróży i na łapówki, ale pamiętaj, złoto rozdawaj rozważnie. I nikomu ani słowa. Jeśli cokolwiek przedwcześnie dojdzie do uszu króla, August gotów zrobić mi na przekór.

– Rozumiem, pani – rzekł, podniósł się, pochylił przed nią głowę i niezatrzymywany skierował się do korytarza. Nie spiesząc się, ruszył przed siebie. Miał wrażenie, że obserwują go czyjeś dociekliwe oczy. To Portia odziana w czarną suknię wtopiła się w ciemność panującą na korytarzu. Odczekawszy, aż Marco zniknie jej z oczu, zawróciła do komnaty królowej. Wsunęła głowę w drzwi i potoczyła wzrokiem. Bona rozwiązywała tasiemki szlafroka, zdjęła go z ramion i rzuciła niedbale na krzesło. Usłyszawszy skrzypnięcie drzwi, spojrzała w tamą stronę.

– Pilnowałaś, tak jak ci przykazałam? – spytała Portię.

– Nikogo nie było w pobliżu waszych komnat, pani.

– Jesteś pewna?

Karlica potaknęła.

Bona odrzuciła pościel z łóżka i po chwili zniknęła pod pierzyną. Głowę ułożyła na poduszce i rzekła:

– Pogaś świece.

Portia zdmuchnęła płomień i pokój pogrążył się w ciemności. Królowa słyszała, jak karlica kładzie się na swoim posłaniu tuż przy jej łóżku. Zaległa cisza.

*

W czerwcu niebo zapłonęło od słonecznego żaru. Bona nie pamiętała tak gorącego końca wiosny jak tego właśnie roku. Piątego czerwca w największą spiekotę w samo południe przybył na zamek warszawski goniec od księdza Przerębskiego z wieścią, że kolejnego dnia król dotrze do Kozienic, lecz jak dotąd przed nikim nie odkrył zamiaru przyjazdu do Warszawy. Mimo to słowa królewskiego sekretarza nie wzbudziły w Bonie niepokoju. Uważała, że August, dotarłszy do Kozienic, rozporządzi dalszą drogę na Warszawę, a może nawet zostawi orszak, trumnę z ciałem Barbary umieści w pobliskim kościele i wskoczywszy na koń, przybędzie do matki z oddziałem zbrojnych. Nazajutrz odesłała gońca z listem, w którym prosiła, by Przerębski bezzwłocznie ją powiadomił, gdy król opuści Kozienice. Po kilku dniach powrócił kurier z wiadomością, którą królowa odebrała jak policzek. Był poranek. Bona właśnie się ubierała. Usługiwały jej damy dworu i karlice, ona zaś popatrywała na nie łaskawym okiem. Myśl o bliskim spotkaniu z synem nastrajała ją radośnie do chwili, gdy otworzyła list. Sekretarz pisał, że król z Kozienic kazał ruszać na Brześć. Gniew i rozpacz na przemian targały Boną. Od tygodnia przygotowywała się na to spotkanie. Wybrała dla syna najlepsze komnaty, ściany kazała obić gobelinami, jedwabnymi oponami i wstawić dębowe komody oraz wielkie wygodne łóżko, może rojąc sobie, że posławszy do niego jedną ze swych młodych dwórek, zdoła pocieszyć go w nieszczęściu, a zarazem uda jej się wyciągnąć od niego jakieś tajemne plany, których, powodowany ostrożnością, nigdy przed matką by nie odkrył. Kucharzom kazała przygotowywać najlepsze potrawy, z piwnic wytoczyć beczki najprzedniejszych win. I teraz okazało się, że to wszystko na nic. Bona spojrzała w lustro. Maria założyła jej na głowę stroik z czarnym welonem. Monarchini przyjrzała się sobie. Odziana w czerń wyglądała staro i ponuro. Co się ze mną stało? – rozmyślała. – Mroźne zimowe wichry wychłostały mi twarz, palące co roku letnie słońce wysuszyło delikatną skórę. Żałobna czerń odbiera blask oczom. Rada by ją zrzucić, lecz w chwilach zwątpienia powtarza sobie, że przeżyje żałobę razem z Augustem, by wkrótce cieszyć się z jego wesela. Dla tej chwili była gotowa na największe poświęcenia.

ROZDZIAŁ 2

GORZKIE ZIARNA NADZIEI

– To droga przez piekło.

– I pomyśleć, że to wszystko dla nierządnicy.

– Nie ma nad nami litości.

– To zemsta zmarłej królowej.

– Oby smażyła się w piekielnej smole!

Kobiece głosy przesiąknięte żółcią niosły się pośród tłumu, a wtórowało im bicie w dzwony z pobliskiego kościoła, którego wieże widziano już z daleka. Spiekota nie dawała wytchnienia. Z nieba lał cię żar. Ile to już dni są w drodze? Minęły tygodnie długiej i ciężkiej podróży, podczas której deszcz był rzadkim darem niebios. Małe kościoły, do których wnoszono trumnę z ciałem, dają upragniony cień, ale nagrzane drewniane ściany oddają duchotę do środka i pot spływa po czole króla. Zygmunt August klęczy przy trumnie i w milczeniu wsłuchuje się w słowa modlitwy wypowiadanej przez mnichów. Sam się nie modli. Głowę ma zajętą myślami. Wspomina tę ostatnią chwilę, dzień, kiedy opuszczali Wawel. Wtedy spojrzał na Barbarę po raz ostatni. Wydawało mu się, że śpi. W rękach trzymała złote jabłko i berło, na czole spoczywała przechylona na bok srebrna korona. Gdy mnisi wylali na jej ciało wapno, poczuł przeszywający ból. Nie było przy nim nikogo, kto by powiedział, że lepiej nie patrzeć, i nie przesłonił owego widoku przed oczami króla. Patrzył do końca i sam zamknął wieko trumny. A potem ten obraz powracał w snach. Wieczory dawały upragniony odpoczynek, a świt stawiał na nogi. Po kilku dniach orszak dotarł do Brześcia, tutaj dwór koronny, pożegnawszy króla, zawrócił do Krakowa, zaś orszak pogrzebowy po dniu postoju ruszył w dalszą drogę.

Skwar zelżał na ziemiach litewskich. Białe obłoki zakryły słońce i z czasem wicher przygnał deszczowe chmury. Droga stała się lżejsza dla żałobników. W dali ujrzano Puszczę Rudnicką. Zygmunt August wstrzymał konia i powiódł wzrokiem. Na łagodnym wzgórzu w chmurnym dniu stał jeździec i patrzył w ich stronę. Towarzyszyło mu kilku konnych. Naraz puścił się w kierunku królewskiego orszaku i wkrótce rozpoznano herb Radziwiłłów zdobiący jego szaty. Ujrzawszy szwagra, król poczuł w sercu ciepło. Tymczasem podczaszy wstrzymał konia przed monarchą i pochyliwszy głowę, rzekł:

– Wasza królewska mość.

Wzrok zatrzymał na obitej kirem trumnie. Poczuł w sercu ból. Król obejrzał się i pochwycił spojrzenie szwagra. Ruszyli w dalszą drogę. Rudy jechał przy Zygmuncie Auguście, ale monarcha niewiele się odzywał, jakby to nie była właściwa pora na pogawędkę. Niebawem dotarli do ukrytego w puszczy dworu myśliwskiego. Wjechali na podwórze i król rozkazał wnieść trumnę. Sam szukał samotności pośród rozrosłych dębów. Z dali dochodziły głosy dworzan, którzy wydawali dyspozycje. Zdejmowano skrzynie z karoc i niesiono do dworu. Monarcha tymczasem szukał samotności pośród gęstych traw nad brzegiem wody. Objął wzrokiem rozległe stawy i otaczające je zarośla i wtedy zdało mu się, że słyszy śmiech Barbary i jej radosne wołanie. Jej postać odziana w czerwoną suknię przemknęła pośród drzew. Król zamyślił się, tymczasem podczaszy litewski zbliżył się niepewnie i rzekł:

– Trumna we dworze, wasza miłość.

– Kto przy królowej? – dopytywał król.

– Mnisi – odparł Mikołaj Rudy.

– Niech dworzanie odpoczną, a o zachodzie słońca dołączą do modłów. – Jagiellon zamilkł i zatonął spojrzeniem w głębokich stawach, w ich wodach wierzby kąpały smukłe gałęzie. Łabędzie płynęły spokojnie wzdłuż sitowia. Na ten widok oczy króla napełniły się łzami. – Jakże byłem tu szczęśliwy – wyznał przez ściśniętą krtań. Rudy zacisnął dłoń w pięść, jakby i on czuł ciężar przeszłych dni, jakie tu spędził, będąc świadkiem szczęścia siostry.

– Jutro z rana ruszamy – oznajmił Zygmunt August, jakby pragnął strząsnąć z siebie wszystkie dobre wspomnienia, to one były udręką dla duszy.

Wilno już oczekiwało na wjazd konduktu. Drogę królewską do katedry wypełniły tłumy gapiów. Nie było w ich oczach żałości, podejrzliwie przypatrywali się żałobnikom. Unosili głowy, czynili znak krzyża i spoglądali na Jagiellona odzianego w głęboką czerń, przy której karmazynowa czerwień Radziwiłła Czarnego zdała się profanacją żałoby. Zygmunt August powrócił do tej chwili, kiedy ujrzał kanclerza litewskiego witającego go u bram miasta. Mikołaj pokłonił się wówczas władcy i dał mu pierwszeństwo w orszaku. Monarcha oddalił się, a wtedy Mikołaj Rudy zbliżył się do stryjecznego brata tak blisko, że aż ich konie otarły się o siebie, i pochwyciwszy cugle wierzchowca Mikołaja Czarnego, wycedził szorstko:

– Szybko zrzuciłeś żałobę po Barbarze.

– Uwielbiała czerwień – odparł hardo kanclerz i wyszarpnąwszy cugle z rąk kuzyna, ruszył za królem.

Przez głowę Zygmunta Augusta przeleciały jak białe ptaki dobre wspomnienia, a potem czarna chmura objęła je mocnymi ramionami i zdusiła ich radosne śpiewy, ucichły ich głosy. Potworny ból rozsadzał mu skronie. Gdy odprowadzano zmarłą do krypty przy żałobnym śpiewie mnichów, szedł tuż za trumną. A potem przez kilka dni nie mógł dojść do siebie. Tęsknota wiodła go do zamku górnego. Wchodził na wieżę i tam spoglądał ku Radziwiłłowskiemu zamkowi i ku ogrodom, w próżnej nadziei, że ją tam zobaczy. Dworzanie przypatrywali się królowi z obawą, by głęboka rozpacz za zmarłą nie odebrała mu zmysłów. Odzywały się głosy co niektórych dygnitarzy, by czym prędzej rozpocząć poszukiwania nowej małżonki dla króla, bo tylko ona oderwie jego myśli od przeszłości i rozkaże królowi iść naprzód. Popatrywali po sobie czujnie, w oczach skrywając nieufność. Pewnie niejeden z nich już poczynił jakieś przyrzeczenia za plecami króla. Tymczasem strach zaglądał w oczy Litwinów. Pogłoski idące ze wschodu budziły trwogę. Poszła fama, że car Iwan zabiega u papieża o koronę, że dla niej gotów zmienić wiarę i kłaniać się katolickiemu Bogowi. Po tygodniu Zygmunt August uciekł z Wilna do puszczy, tam jego udręki i niepokoje się rozproszyły. Myśli zajmowała mu gonitwa za zwierzyną, uganiał się za jeleniami i rzucał na niedźwiedzie z taką brawurą, że dworzanie drżeli o jego życie. Mikołaj Rudy, niczym anioł stróż, nie odstępował króla na krok, i usprawiedliwiał owo szaleństwo pragnieniem ucieczki przed rozpaczą za ukochaną Barbarą. Bona zaś co rusz dostawała wieści od księdza Przerębskiego. Przychodziły także nowiny z Węgier, od marszałka dworu królowej Izabeli pana Łobockiego oraz od Lanckorońskiego, sama Izabela od długiego czasu nie pisała do matki.

Sierpniowego wieczoru Bona, już ubrana w koszulę nocną, zaraz miała się kłaść do łóżka, gdy przyszedł Mikołaj Wolski z listem z Węgier.

– Od Izabeli? – spytała z nadzieją.

Marszałek zaprzeczył. Królowa odebrała list i odczytała wiadomość od marszałka Łobockiego. Przez chwilę milczała.

– Stało się najgorsze – rzekła, unosząc oczy znad pisma.

Gdy spojrzał na nią niepewnie, wyznała:

– Królowa Izabela zamieniła tron Węgier na dwa śląskie biedne ksiąstewka i jest w drodze do Koszyc. Łobocki pisze, że rozważa przyjazd do Polski.

Ta nowina go poruszyła, współczuł królowej Węgier, ale nigdy nie wierzył, że wygra ona z Habsburgiem. Pragnąc jednak Bonę pocieszyć, rzekł przejęty:

– Ujrzycie wnuka, pani, królewicza Jana Zygmunta.

– Obym nigdy nie musiała go oglądać w takich okolicznościach! – wybuchła. Dobrze wiedziała, że gdyby nie ucieczka Izabeli z Węgier, nigdy by się nie spotkała ani z nią, ani z wnukiem. Ochmistrz tymczasem popatrywał na królową z wahaniem, nie wiedział, co czynić: milczeć, coś odrzec, zostać czy wyjść.

– No, idź już – ponagliła go, zirytowana jego przeciągającą się obecnością.

Gdy skłonił się i oddalał, usłyszał, jak mówiła do siebie:

– Wszystko się sypie, wszystkie marzenia i plany, jakbym wszystko zbudowała na piaskach.

Nastał ciepły i suchy wrzesień. Bona, korzystając z dobrej pogody, doglądała ogrodu i czyniła przygotowania do jesieni, a gdy nadszedł mokry listopad, nie mogła znaleźć sobie miejsca na zamku. Dosiadała wtedy konia i pędziła przez podwarszawskie błonia. Bezkresne poszarzałe od chmur widoki malowały w jej wyobraźni obrazy zaludnionych miast, na obrzeżach których wyrastają jeden po drugim browary, młyny i folusze. Jest tu jeszcze tak wiele do zrobienia – myślała, choć to ona już w części podniosła te ziemie z ugorów, jeszcze za życia Zygmunta. To ona tę ziemię zasiała swymi oddanymi ludźmi niczym ziarnem, które wyda dobry plon. A mimo wszystko ciągle tęskniła za Krakowem, za gwarnymi ulicami, za zapachem korzeni i przypraw, za tym wszystkim, co zostało w jej pamięci i przypominało młodość i lata świetności królestwa.

– Najjaśniejsza pani, od Wisły nadciągają chmury – głos rozproszył jej myśli.

Wstrzymała wierzchowca i obejrzała się na Landolfia Baioniego. Zawsze jej towarzyszył podczas przejażdżek, zawsze był po ręką, szybki i sprawny jak dawniej, gdy był młodzieńcem. Tuż za nim pędziła zwinna jak gazela Maria Arcamone. Królowa lubiła jej towarzystwo, radość i optymizm tej dziewczyny nieraz udzielały się Bonie. Gdy Lukrecja Alifio napominała królową, że konne przejażdżki nadwerężą jej siły, monarchini srogim wzrokiem nakazywała jej milczenie i dosiadała klaczy, być może w osobie Marii widziała siebie sprzed lat, żywiołową, radosną, nieokiełznaną, kochającą ryzyko. Bona spojrzała w ciemne niebo i puściła się w drogę powrotną ku miastu. Baioni i Maria dogonili ją. Lunęło. Powrócili na zamek w strugach deszczu, przemoknięci, lecz królowa nie czuła chłodu listopadowego dnia. Weszła w korytarze, mijając służbę. W sieni natknęła się na Lukrecję, która widząc ją przemoczoną, zaczęła zrzędzić, zdejmując z jej ramion grubą pelerynę spiętą rubinową zaponą.

– Wasza miłość, nabawicie się zapalenia płuc. A przecież nie macie, pani, już dwudziestu lat.

– Ciągle mi o tym przypominasz, Lukrecjo! Zapewne nie mam już dwudziestu lat, ale pamięć mam jeszcze doskonałą. Wiem, w którym roku się urodziłam i jaki rok dziś mamy – ofuknęła ją królowa i rozkazała, by podała jej ręcznik. Chwilę potem suszyła przemoczone włosy przy kominku. Czuła, jak buchający ogień ją rozgrzewa.

– Oczy mnie pieką i łzawią – rzekła Bona, mrużąc powieki.

– Zaparzę wam rumianku, miłościwa pani – usłużnie zaoferowała Maria.

– Tak, przygotuj napar i dodaj trochę kwiatu nagietka – poleciła królowa i nakazała, by Maria się przebrała. Dama wypełniła rozkaz i niebawem powróciła w suchej sukni i z naparem z ziół w barwionym kielichu. Gdy przemywała oczy królowej, Bona coraz unosiła powieki i spoglądała na dwórkę z przyjemnością, w głębi duszy zazdroszcząc dziewczynie młodości.

– Dawniej byłam piękna... Budziłam podziw i pożądanie – rzekła nieoczekiwanie królowa. – Ale mężczyźni, którymi się otaczałam, bali się mnie...

Lukrecja pochwyciła dociekliwe spojrzenie Marii, jakby królowa zbyt pochopnie odważyła się na to osobiste wyznanie.

– Jutro również będziesz mi towarzyszyć na konnej przejażdżce, Mario – rzekła królowa do damy dworu, po czym zwróciła się do pani Alifio:

– A ty, Lukrecjo, powiesz królewnom, by przed południem były gotowe, im również przyda się trochę rozrywki. Całkiem zgnuśnieją w zamku.

Pani Alifio skinęła głową.

Nazajutrz, mimo że deszcz ustał i wyjrzało słońce, Bona została w swoich pokojach dręczona jakąś nagłą chorobą oczu, którym nie pomógł napar z ziół. Wieczorem posłała Marię po Valentina. W drodze dama dworu natknęła się na Pappacodę.

– Lepiej z naszą panią? – dopytywał się, gdyż wieści o dolegliwości królowej rozeszły się po zamku. Maria pokręciła głową i dyskretnie się rozejrzała. Mimo późnej pory po korytarzu przemykali dworzanie i służba.

– Przeciwnie. Nie wychodzi z komnaty, bo nie chce, by ktokolwiek oglądał ją w takim stanie – odparła, przyciszając głos.

– Nie jest małpą, by ją oglądać – rzekł, na co Maria roześmiała się rozbawiona tą uwagą.

– Zajrzę do niej – powiedział, a wtedy dwórka posłała mu czujne spojrzenie i zauważyła:

– Nie wzywała ciebie, lecz Valentina.

– Nie zabawię tam długo – uspokoił ją i ruszył do pokoi Bony odprowadzany bacznym wzrokiem Marii. Wszedł do sieni, pachniało tutaj rumiankiem. Nie cierpiał tej woni. Zbliżył się i uniósł kotarę. W sekundzie mdłe światło spłynęło na jego postać. Jego oczy penetrowały ciemność rozpraszaną ogniem od kominka i kilkoma świecami. Mimo ostrożności, jaką próbował zachować, stąpając cicho, Bona odgadła czyjąś obecność i zaraz rozległ się jej głos:

– To ty, Valentino?

Gdy odpowiedziało jej milczenie, zwróciła twarz w stronę drzwi i zatopiła wzrok w mroku. Dworzanin, czując na sobie jej spojrzenie, przestąpił próg, mówiąc:

– To ja, Gian Lorenzo Pappacoda.

Ruszył w jej stronę, ale natychmiast mu wzbroniła:

– Nie podchodź!

Zesztywniał na jej rozkaz i patrzył na nią, nie wiedząc, co robić.

– Oczy mi zaropiały... Łzawią – wyjaśniła. – Północne wichry chłoszczą, a zimno niszczy mi zdrowie.

– Mówiono mi o tym – rzekł z troską.

– O czym? – spytała.

– Że wasza miłość niedomaga.

– Ach, już dwórki wyniosły z alkierza tę nowinę? – sarknęła rozeźlona i zwróciła twarz w stronę kominka, wtedy zbliżył się z wolna. Niepostrzeżenie postąpił kilka kroków, nie czekając na jej pozwolenie. – Macie więc o czym plotkować! Wasza królowa choruje na oczy i nic już nie ma z dawnej urody.

Odwróciła głowę, a widząc go tak blisko, pochylającego przed nią kark, rzuciła karcąco:

– Jesteś zuchwały, signor Pappacoda! Kazałam ci stać przy drzwiach!

– Zawsze pragnę służyć waszej miłości i czynić, co rozkażecie, ale darujcie, pani, nie mogę patrzeć spokojnie na wasze cierpienie – powiedział.

– Więc patrz! – rozkazała i wychyliła się ku niemu. – I co tam widzisz? Co mi poradzisz?

Ujrzał jej załzawione oczy, czerwone czopy zagnieździły się w kącikach powiek. Choroba postępowała niespodziewanie szybko.

– Milczysz! – sarknęła – A chciałeś udawać medyka. Idź już! Zaraz tu będzie Valentino. On zna się na rzeczy.

– Valentino, wasza wysokość, nie zna leku na wasze dolegliwości – orzekł pewnym tonem.

Wpatrując się uważnie w dworzanina, spytała:

– A ty go znasz, Gianie Lorenzo?

– Tak, pani – rzekł i pochylił się, żywiczna woń jego szat wypełniła jej nozdrza.

– Więc? – spytała.

– Gorące źródła Abano uleczą nie tylko chore oczy, najjaśniejsza pani.

– Nie tylko oczy? Co chcesz przez to powiedzieć? – powtórzyła, bacznie mu się przypatrując.

– Uleczą także duszę, oddalą tęsknotę i samotność.

– Nie jestem samotna! – żachnęła się.

– Ale sama, pani – rzekł.

W myślach przyznała mu rację. Ma przy sobie córki, August jest daleko, a ona czuje wokół siebie pustkę. Gdy zauważyła wzrok Pappacody spoczywający na modlitewniku, który kurczowo trzymała w rękach, przypomniała sobie swego małżonka – on też na starość zrobił się pobożny, a potem umarł. Czyżbym i ja? – czarne myśli przemknęły jej przez głowę. Zdjęła ją obawa przed śmiercią. Zaczyna się od oczu, a kończy na nogach – pomyślała. – Stanę się chorą niedołężną kobietą, z którą tutaj uczynią wszystko, co zechcą. Przeniknął ją strach. Jakże pragnęłaby wydać córki za mąż, błogosławić nowemu małżeństwu syna i uciec stąd na kraniec świata. Zapomnieć. Czyjeś kroki rozproszyły jej myśli. Spojrzała w stronę drzwi. Pappacoda wyprostował się i również skierował tam oczy. W progu stał Valentino i przypatrywał się obojgu.

– Jesteś wreszcie – rzekła królowa zniecierpliwiona, odkładając modlitewnik na pobliski stolik. – Zioła nie poradziły mi na oczy, może ty znajdziesz skuteczne lekarstwo, signor Valentino?

Medyk przyglądał się oczom Bony i nic nie mówił. Gdy jego milczenie się przeciągało, królowa rzekła:

– Signor Pappacoda twierdzi, że już je znalazł... To gorące źródła Italii.

Valentino, zaskoczony tym, co usłyszał, po chwili namysłu rzekł:

– Ta kuracja wymagałaby wielkiej fatygi, miłościwa pani.

– Sądzisz, że nie zniosłabym tej podróży? – Bona podźwignęła się z krzesła i spojrzała mu hardo w oczy.

– Zapewne byście ją znieśli, ale z uszczerbkiem dla zdrowia.

Nie spodobały się królowej jego słowa. Minęła go i zbliżywszy się do stołu, wsparła na nim tęgie ramiona i wybuchła:

– Gdy potrzebuję siły, odbieracie mi ją! Gdy chcę iść do przodu, wy chcecie, bym stała w miejscu! – Gwałtownie zwróciła twarz w stronę Valentina i rozkazała: – Dobrze! Więc znajdź skuteczne lekarstwo, które mnie uzdrowi! A może spytaj doktora di Materę, co dwie głowy, to nie jedna!

Valentino oddalił się, by w księgach szukać ratunku dla chorej. Pappacoda tymczasem tkwił przy królowej, gotów dalej roztaczać przed nią wizje italskich krajobrazów, ale już nie chciała o tym słyszeć. Pomysł zdał się jej zbyt śmiały. Co by na to powiedział August? A jeśli poprosi go o zgodę na wyjazd, czy ją dostanie? Prosić? – Jej czoło przecięła głęboka bruzda – Nie. Ja, królowa, mam prosić syna, by pozwolił mi wrócić do ojczyzny? Nigdy.

ROZDZIAŁ 3

MIŁOŚĆ JAK OPĘTANIE

Mokre płatki śniegu osiadły na rzęsach, przylepiły się do policzków i prawie natychmiast stopiły, spływając po ciepłej skórze Bony. Królowa nie odczuwała chłodu chmurnego styczniowego dnia. Myśl o rychłym spotkaniu z synem rozgrzewała ciało i powodowała, że serce rozsadzało pierś. Nie zdała się na przypadek losu i postanowiła wyjechać Augustowi naprzeciw. Słonecznego poranka, gdy szron posrebrzył drzewa, wsiadła do karocy i wtuliła szyję w futrzany kołnierz płaszcza. Lukrecja i Maria w milczeniu usiadły naprzeciw królowej. Baioni zbliżył się na cętkowanym koniu, a wtedy Bona dała rozkaz do odjazdu. Karoca ruszyła, królowa siedziała milcząca i zasępiona, naraz zerknęła w okna komnaty córek. Dostrzegła królewny. Patrzyły na dziedziniec. W przeddzień wyjazdu powiedziała im, że jedzie na spotkanie z Augustem. O nic nie pytały, ale z lękiem popatrywały na matkę. Potem, gdy opuściła zamek, spoglądała z niechęcią na roztaczające się wokół krajobrazy. Zbrzydła jej ta Warszawa, te szare uliczki, którymi w deszczową porę płynęły brudne wody, te bezkresne równiny, te nieurodzajne ziemie, te pola pokryte śniegiem, te zmurszałe kapliczki u rozstaju dróg, te poczerniałe kościoły, których dzwony biją jakby na śmierć, a przecież ona chce żyć, pełną piersią czerpać radość i działać. W jej głowie ciągle roiły się nadzieje na dobre życie u boku syna. Można jeszcze królestwo uczynić wielkim. Marco della Torre powrócił z Paryża z dobrymi wieściami. Małgorzata Walezjuszka nie jest zamężna, co więcej, nie została nikomu przyrzeczona, król Henryk na sugestię jednego ze swych urzędników, który szepnął mu do ucha o owdowiałym Jagiellonie, nie wyraził sprzeciwu, co znaczy, że droga do tego związku stoi otworem.

Zaprzęgi sunęły po świeżym śniegu, który spadł nocą. Bona i jej dworzanie nocowali w zamkach i dworach. Trzeciego dnia podróży chmury przybrały barwę mleka, po czym rozproszyły się i nieśmiało wyjrzało słońce. Królowa wzięła to za dobry znak. Pogoda jej sprzyjała, niech i sprzyja Bóg. Jednak nazajutrz o świtaniu niebo raptownie się zmieniło, wicher przygnał śnieżne chmury. Orszak ruszył w dalszą drogę. Bona spoglądała z okna karocy na monotonne białe po horyzont krajobrazy ośnieżonych lasów. Bywała w Puszczy Kozienickiej, tutaj polując, już bez męża i syna. Nagle stado gawronów wzleciało w przestworza i czarnymi skrzydłami zabrudziło niebo. Ich wrzask rozniósł się po okolicy złowróżbną melodią. Bona wpatrywała się w ptaszyska i im zazdrościła. Być jak one, nie pragnąć niczego i donikąd nie dążyć, nie myśleć o dniu jutrzejszym i nie roztrząsać przeszłości. Ich skrzydła zaniosą je do dalekich krain. Są wolne. Naraz myśli królowej się zmąciły, oto od strony lasu dostrzegła pędzącego ku orszakowi jeźdźca. Rozpoznała go. To pan Mirowski. Kazała zatrzymać wozy i czekała, aż szlachcic się zbliży. Po chwili wstrzymał wierzchowca i pochyliwszy przed Boną głowę, oznajmił:

– Najjaśniejsza pani, jego królewska mość jest o godzinę drogi od Kozienic.

– Są przy królu Radziwiłłowie? – spytała z niepokojem.

– Nie, pani. Nie widziałem ich herbów. Król jedzie tylko z panami koronnymi.

Jak dobrze – pomyślała z ulgą. Nie chciała ich widzieć przy królu, dość złego uczynili, by poróżnić ją z synem. Niech siedzą na Litwie, tam jest ich miejsce, pośród puszcz, z dala od Warszawy i jeszcze dalej od Krakowa. Bona rozkazała Baioniemu, by przyprowadził jej klacz, i chwilę później pomknęła naprzeciw synowi, zabierając ze sobą jedynie kilku dworzan. Popędziła ku lasom sosnowym, których głęboki cień zakleszczył ją jeszcze większym chłodem. Niebawem wyjechano ku rozległym polom, na których hulał wicher. W dali, na horyzoncie, bielała od śniegu gęsta ściana drzew. To tam znajdował się orszak króla i posuwał się wolno po trakcie. Bona ubodła konia nogami, zwierzę wyrwało się przed siebie i popędziło galopem, wzbudzając niepokój Baioniego o królową. Ale zawziętość, jaką w sobie miała, pchała ją do przodu i powodowała, że panowała nad klaczą. Z czasem koń zwolnił i królowa wytężyła wzrok w poszukiwaniu syna. Minęło kilka chwil, nim dojrzała jego przygarbioną sylwetkę. Zygmunt August dopiero po chwili dostrzegł matkę i patrzył na nią zaskoczony, wszak umyślnie omijał Warszawę, by jej nie spotkać. Królowa wstrzymała klacz i odwróciła się. Baioni, Pappacoda i pan Mirowski deptali jej po piętach. Skinęła na Landolfia Baioniego, by pomógł jej zsiąść z konia.

– Dalej pójdę sama – postanowiła.

Baioni pochwycił uzdę jej konia. Widział, jak Bona odwróciła się i skierowała ku królowi. Po chwili także Zygmunt August zostawił swego wierzchowca i wyszedł ku matce. Każdy krok przybliżał ich do siebie i Bona coraz wyraźniej widziała oblicze syna. Próbowała wyczytać z jego twarzy uczucia, jakie do niej chowa. Pragnęła odnaleźć w nich choć okruchy miłości, a napotkała lodowaty chłód. Spotkali się pod rozłożystą koroną dębu. Zdało się, że owo wielkie kilkusetletnie drzewo miało być jedynym świadkiem ich spotkania i słów, jakie między nimi padną. Król odrzucił poły krótkiej peleryny podbitej futrem i skłonił przed matką głowę. Bona nie spuszczała go z oczu. Pomyślała, że przybyło mu lat, jego sylwetka, dawniej wyprostowana i gibka, jakby się pochyliła pod ciężarem złych przeżyć. Poczuła nad nim litość i współczucie. Pragnęła odjąć mu cierpienia i wziąć je na swe barki. Jej serce wyrywało się ku niemu, chciała pochwycić go w ramiona, lecz zdobyła się jedynie na głęboki ukłon, w którym tkwiła, w jego przekonaniu, zbyt długo. Ów korny pokłon zdał się Zygmuntowi Augustowi manifestacją jej uczuć, z których hardość oblekła się w płaszcz pozornej pokory. Chcąc uniknąć spektaklu na oczach dworu, przemógł się i zbliżywszy się do matki, podniósł ją z ukłonu. Zdało mu się, że czekała na ten gest. Bliskość miała wskrzesić to, co między nimi umarło. Królowa uniosła oczy na syna. Jakże zapragnęła mu wyznać, że niczego bardziej nie pragnie, niż doczekać starości u jego boku. W złotej kołysce ujrzeć wnuka. Tymczasem nie chłód styczniowy i nie wicher przenikliwy ją zmroził, lecz chłód bijący od króla. Cofnął się, a jego szorstkość ją dotknęła.

– Twoje siostry czekają na ciebie w Warszawie – powiedziała łagodnie, nie odrywając od niego oczu.

– Warszawa mi nie po drodze, matko – odparł.

– Zatem wezwij królewny na Wawel, by mogły żyć przy tobie do czasu zamążpójścia.

Podchodziła go z każdej strony. Między wierszami pulsowały jej żale. Wypominała mu zaniedbania, przypominała o obowiązkach względem sióstr. Król poczuł dotyk matczynej ręki na policzku. Na moment obudziły się w nim dobre wspomnienia.

– Ja także pragnę być przy tobie, synu. Nie wzbraniaj starej matce i nie każ czekać na śmierć tak daleko od ciebie. Tylko ciebie kochałam... i dla ciebie żyłam.

– Tu jest wasze miejsce, matko. Walczyliście o Mazowsze, choć szlachta mazowiecka była wam przeciwna – odparł i szorstko odjął jej dłoń ze swego policzka. – Czemuż teraz Warszawa tak wam obrzydła? Ale powiem wam! Gdziekolwiek się pojawiacie, gdziekolwiek wasze rządy, tam siejecie nienawiść.

Dostrzegł, jak gruba linia wyżłobiła głęboką bruzdę między jej brwiami.

– Losem sióstr zajmę się na sejmie w Piotrkowie – dodał, ujrzawszy, jak z zaczerwienionych oczu matki ciekną łzy i spływają po policzkach. – Podobno chorujecie na oczy – rzekł, tonując głos.

Potaknęła zaskoczona, że o tym wie. Próbowała dociec, któż mu o tym doniósł, lecz król szybko zmącił jej myśli, mówiąc:

– Przyślę wam medyka.

– Nie potrzebuję medyka – odparła zdecydowanie. – Zamierzam wyjechać do Italii. Tam wyzdrowieję.

Milczał i przypatrywał się matce z uwagą. Valentino doniósł o tym królowi, licząc na jego łaskę. Gdy Bona umrze, trzeba będzie wracać do Italii, tymczasem przed Zygmuntem Augustem jeszcze długie życie. W poufnym liście do króla medyk wspomniał, że myśl o wyjeździe podsunął królowej Pappacoda.

– Po co chcecie tam jechać? Macie tu wszystko! Miasta i ziemie, wasze młyny i mosty, wasze pastwiska i lasy... i tu będzie wasza śmierć – wyliczał w pośpiechu.

– Nie mam miłości – rzekła, dotknięta jego ostatnimi słowami.

– Bo sobie na nią nie zasłużyliście! – skwitował.

– Złotem i urzędami kupiłeś tych, którzy przy mnie byli! – wybuchła.

– Sprzedajni byli – rzucił. – Żegnajcie, matko!

Skinął jej głową, odwrócił się i odszedł. Spoglądała na jego szerokie plecy, kołyszące się w takt kroków. Patrzyła w nadziei, że wróci do niej. Dosiadał wierzchowca, gdy za Boną rozległo się donośne rżenie koni. Odwróciła się i ujrzała pędzącego w jej stronę Pappacodę. Jego koń w galopie wzniecał tumany śniegu. Przyglądała się dworzaninowi, który nie czekając ani na jej rozkaz, ani na jej powrót, wyrwał się ku niej, prowadząc ze sobą jej siwą klacz. Po chwili zwolnił, posłał dociekliwie spojrzenie królowi i zsiadł z konia, pochylił głowę przed Zygmuntem Augustem, po czym zbliżył się niespiesznie do królowej, jakby niepewny, czy rada jest z jego obecności, i ujrzał jej załzawione oczy.

– Miłościwa pani, zawróćcie, na Boga, skryjcie się w karocy. Musicie się oszczędzać...

Otarła łzy, które z oczu wycisnął jej żal.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki