Pani z wieży - Magdalena Wala - ebook + książka

Pani z wieży ebook

Magdalena Wala

4,3

Opis

Historia kobiety, która wzięła los w swoje ręce

Eliza Baranowska jest dziedziczką pokaźnego majątku Janowice położonego na Kresach. Otrzymała go po matce, która wiodła nieszczęśliwe życie u boku niewiernego męża, tak jak wiele kobiet w jej rodzie. Dziewczyna wierzy, że jeśli sama będzie decydować o sobie, uniknie podobnego losu.

Po wybuchu wojny z bolszewikami na dwór napadają białoruscy chłopi. Eliza z macochą i przyrodnią siostrą ledwo uchodzą z życiem, chroniąc się w górującej nad okolicą wieży. Tajemnicza budowla ma złą sławę, ponoć straszy w niej duch kniaziówny Sonki… Tymczasem do Janowic wkracza polskie wojsko, w którym służbę lekarza pełni daleki kuzyn Elizy, Mateusz. Dziewczyna zostaje sanitariuszką i zyskuje bliskiego sercu towarzysza. W czasie przygotowań do opuszczenia majątku odkrywa rodzinne sekrety. Czy zdoła rozwikłać tajemnicę, która ma swoje źródło w wypadkach sprzed wieków? Co jeszcze łączy pannę Baranowską z więzioną latami przez męża Sonką?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (58 ocen)
28
19
10
1
0
Sortuj według:
Gisiek23

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
Pakli18

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna.
00

Popularność




Zapraszamy na www.publicat.pl
Projekt serii i okładki ANNA SLOTORSZ/ARTNOVO.PL
Fotografie na okładce © Pellinni/Adobe Stock © Olga Alberti/Adobe Stock © Domena publiczna
Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC
RedakcjaELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK
KorektaCELINA RYMSZA
SkładKRZYSZTOF CHODOROWSKI
Polish edition © Magdalena Wala, Publicat S.A. MMXXI (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-271-6145-1
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksiaznica@publicat.pl

PROLOG

Dawno, dawno temu...

Eliza wtuliła buzię w poduszkę i skupiła się na słowach mamy. Uwielbiała, kiedy mamusia przychodziła wieczorem do jej pokoiku i opowiadała wymyślone przez siebie bajki. Takie historie przemawiały do jej wyobraźni bardziej niż te opisane w książkach. Owszem, takich również lubiła słuchać, ale niedawno nauczyła się składać litery i mogła już przeczytać je sama. Opowieści snute przez mamę zajmowały specjalne miejsce w jej sercu, ponieważ nie słyszała ich żadna inna dziewczynka. Należały wyłącznie do niej. Leżąc z zamkniętymi oczami, wyobrażała sobie miejsca i ludzi opisywane przez mamę. Czasami, kiedy była mniej senna, podsuwała nowe wątki, które zmieniały bieg opowieści, i zachwycała się, jak zgrabnie mama wykorzystywała je w swoim opowiadaniu. Dziś też nabrała ochoty na taką zabawę.

– Daleko stąd, za siedmioma górami i siedmioma puszczami... – podpowiedziała.

– ...albo całkiem blisko, bliżej, niż ci się wydaje, żyła sobie księżniczka.

– Była śliczna, mamusiu?

– Bardzo. Młodziutka i bajecznie bogata, jak to z księżniczkami bywa.

Eliza westchnęła zadowolona. Bajka zapowiadała się wspaniale.

– Niestety, księżniczka była półsierotą...

– Co to znaczy, mamusiu?

– Jej tatuś poszedł już do nieba.

– A mamusia?

– Miała mamę.

Eliza prawie wzruszyła ramionami. Ojcowie księżniczkom nie byli specjalnie potrzebni. Swojego widywała rzadko, a nawet kiedy przebywał we dworze, nie potrafił znaleźć dla córki czasu. Co innego mamusia... Ważne, że księżniczka ją miała. Mocniej zacisnęła palce na dłoni mamy i poczuła, jak ta gładzi ją po policzku.

– I co było dalej?

Pomyślała, że pewnie pojawił się dzielny książę i poprosił księżniczkę o rękę. Do niej za kilka lat również przybędzie książę i będą żyli długo i szczęśliwie. Wiedziała, że o prawdziwego królewicza trudno, więc rozsądna dziewczyna powinna rozejrzeć się zawczasu. A Elizie na inteligencji nie zbywało[1]. Przynajmniej tak twierdziła jej nowa guwernantka. Jednak nie przypuszczała, aby panna Żabska znała jakiegoś królewicza. Wówczas nie musiałaby sama ciężko pracować, ucząc cudze dzieci. O księcia Eliza postanowiła wywiedzieć się u jakiegoś chłopca. Na szczęście Mateusz mieszka całkiem blisko i na pewno podzieli się z nią taką informacją w zamian za kawałek ciasta z malinami. Jej kuzyn był dużo starszy, ale nadal nie potrafił się oprzeć wypiekom ich kucharki.

– Przybył król...

Król? To jeszcze lepiej niż książę! Pewnie z miejsca pokochał piękną...

– ...i zdecydował, że księżniczka musi wyjść za mąż. Niestety, wybrał jej na męża młodzieńca, który na nią nie zasługiwał. Jednak panna postanowiła posłuchać swojego władcy zamiast głosu swojego serca. Zamiast zostać oblubienicą Chrystusa, zdecydowała się poślubić łotra.

Eliza spodziewała się takiego rozwoju wypadków. W bajkach, zanim nastąpiło szczęśliwe zakończenie, przed bohaterami piętrzyły się trudności na pierwszy rzut oka nie do pokonania. Teraz właśnie powinien pojawić się książę na białym rumaku... Albo choćby na takiej kasztance, jak Rącza należąca do Matiego. Czekała zatem w napięciu na kolejne słowa matki. Jednak dalszy przebieg zdarzeń zaskoczył ją i zmartwił.

– Po ślubie mąż wywiózł ją daleko od ziem, które znała, i najbliższych jej ludzi. Księżniczka nieraz prosiła go, aby pozwolił jej na odwiedziny matki albo choćby na wyjazd do najbliższego sanktuarium. Marzeniem księżniczki była modlitwa przed którymś z cudownych obrazów. Z całego serca pragnęła mieć kogoś do kochania. Własną córeczkę. Małżonek jednak pozostał głuchy na prośby nieszczęsnej księżniczki. Pragnął syna równie mocno jak ona córki, jednak nie zgadzał się na jej wyjazd, obawiając się, że nieszczęśliwa żona może do niego już nie wrócić.

– Gdyby ją kochał, pozwoliłby jej wyjechać... – wyszeptała Eliza.

– Właśnie, moja droga. Lecz on od początku nie pozwalał jej opuszczać dóbr, a z czasem jeszcze bardziej ograniczał jej swobodę. Nieszczęsna nie mogła wychodzić poza obręb zamku...

– Czyli pilnował jej jak smok...

No to pora na rycerza albo księcia. Tacy zawsze rozprawiali się z potworami, pomyślała. Podpatrzyła kiedyś, jak Mateusz fechtuje z wujem Stanisławem. Kuzyn radził sobie zadziwiająco dobrze w starciu z dorosłym mężczyzną. Rycerz przeciwko poczwarze użyłby pewnie miecza.

– Księżniczka słała list za listem do matki i znajomych dworzan, błagając o pomoc. Jednak po latach nikt nie chciał narazić się jej mężowi, ulubieńcowi monarchy. Jej matkę władca również zmusił do zamążpójścia za jednego ze swoich zaufanych w zamian za część jej fortuny. Obie zatem znalazły się w żałosnym położeniu. Widząc, że ratunek nie nadejdzie, księżniczka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i uciec od wstrętnego jej męża. Z tej opowieści płynie jedna ważna dla nas nauka. Mądra kobieta nie może polegać wyłącznie na mężczyznach. Czasem należy zatroszczyć się o siebie samą...

– Znowu zatruwasz jej umysł jakimiś bredniami? Nic dziwnego, że całymi dniami snuje się po domu, zamiast zrobić coś pożytecznego.

Eliza otworzyła jedno oko i zadrżała, widząc w uchylonych drzwiach mroczną sylwetkę ojca. Stał w progu, dzierżąc w dłoni zapaloną lampę naftową. Zerknęła na mamę i zobaczyła, że ta zesztywniała. Jej palce boleśnie zacisnęły się na dłoni córeczki, lecz Eliza nie wydała z siebie nawet cichego jęku. Jak zwykle w towarzystwie ojca paraliżował ją strach.

– Dokończ więc tę historyjkę i opowiedz, jak skończyła nieposłuszna małżonka, kiedy on dowiedział się o jej żałosnej korespondencji. Wygarbował jej skórę i trzymał pod kluczem, jak należało. Po tej nauczce odechciało się jej fanaberii. Wy, kobiety, zawsze macie mało...

– Zamilcz! – syknęła mama, wstając. Pochyliła się nad Elizą i ucałowała jej czoło. Ich wieczorny rytuał został dopełniony. – Jutro dokończę bajkę, ale wiedz, że wszystko zakończyło się dobrze...

– I księżniczka żyła długo i szczęśliwie? – upewniła się zaniepokojona dziewczynka, kiedy mama otulała ją kołdrą.

Mama skinęła głową, zdmuchnęła płomień lampy i szeleszcząc długą suknią, ruszyła w stronę drzwi. Kiedy tylko zamknęły się za nią z cichym trzaskiem, Eliza wyskoczyła z łóżeczka i na bosaka pobiegła w ich stronę. Przysunęła ucho do drewna, chcąc lepiej słyszeć głosy rodziców.

– Oszalałeś?

– Sama zaczęłaś jej opowiadać tę historię...

– Ciszej, bo usłyszy...

– I co z tego?

– Co z tego? – Matka najpierw podniosła głos, a następnie ściszyła go do rozgniewanego szeptu. – Czym innym jest nauczyć się, że mężczyznom nie wolno ufać, a czym innym zakończenie niestosowne dla uszu czterolatki. Och, wiem, że cieszyłoby cię, gdybym skończyła jak Sonka... Od czasu do czasu dręczą mnie koszmary, że to mnie zamknięto w jej komnacie. Jednak na szczęście między nami jest spora różnica. Mam rodzinę, która zacznie zadawać pytania... więc wracaj lepiej do stolicy. Albo gdziekolwiek chcesz!

– I zostawić cię na pastwę Stanisława? Niedoczekanie! Jesteś moją żoną i nic ci nie da robienie maślanych oczu do kuzynka.

– Staś jest szczęśliwie żonaty, więc nie doszukuj się niewierności tam, gdzie jej nie znajdziesz. Poza tym... Słyszałam, że znów zacząłeś się leczyć...

Na korytarzu zapadła cisza i Eliza doszła do wniosku, że rodzice już odeszli. Zamierzała wrócić do łóżeczka, kiedy ponownie usłyszała głos ojca. Tak cichy, że dotarło do niej tylko ostatnie słowo.

– Skąd...

– Wiem? Twoja wizyta u doktora Konieczki nie umknęła oczom dociekliwych. A że cieszy się on opinią najlepszego specjalisty od francy[2]... Naprawdę nie trzeba wiele, aby takie nowiny trafiły do odpowiednich uszu.

– Znaczy twoich?

– Owszem. Dopóki się tego nie pozbędziesz, nie zbliżaj się do mnie. Przynajmniej raz okaż przyzwoitość, chociaż nie jestem pewna, czy w ogóle wiesz, co oznacza to słowo.

Ojciec chyba odzyskał rezon, bo jego głos zabrzmiał nieco donośniej.

– Bo co? Spróbujesz odejść? Wiesz, że nigdy na to nie wyrażę zgody!

– Sądzisz, że będę pytać, jeśli się zdecyduję? – odpowiedziała mu matka gorzko. – W odróżnieniu od Sonki sama postanowiłam za ciebie wyjść. Czasy się jednak zmieniły i nie powstrzymasz mnie, jeśli zdecyduję się unieważnić małżeństwo. Jedyne, co mnie przy tobie trzyma, to Eliza, więc nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę.

Eliza usłyszała, jak matka odchodzi, stukając trzewikami w drewnianą podłogę. Spojrzała na swoje nagie stopy wyglądające spod długiej, białej koszuli. Było jej zimno i postanowiła wrócić do łóżka, zanim zajrzy do niej guwernantka i naskarży mamie.

Zamknęła oczy, ale pomimo znużenia nie potrafiła zasnąć. Niewiele zrozumiała z rozmowy rodziców, ale zaniepokoiło ją jedno słowo. Unieważnić. Nie przepadała za ojcem, lecz nie przypuszczała, że mama podziela jej uczucia. Wolałaby dalej uważać, że mama go kocha. Że był jej księciem z bajki. Najwyraźniej tkwiła w błędzie.

Do pokoju wślizgnęła się guwernantka, przyświecając sobie lampą, więc dziewczynka szybko zacisnęła powieki. Kobieta krzątała się chwilę za parawanem, ściągając sukienkę i ubierając się w płócienną nocną koszulę. Eliza rozluźniła się nieco, kiedy zgasło światło, a od strony łóżka Żabci, jak w myślach pieszczotliwie ją nazywała, dobiegło ciężkie westchnienie. Czyżby ona również usłyszała smutną bajkę?

Mama najwyraźniej opowiedziała jej autentyczną historię, zmieniając ją w baśń. I historia tej prawdziwej księżniczki nie skończyła się dobrze. Eliza przez chwilę zastanawiała się, czy chce usłyszeć takie zakończenie. I moment później doszła do wniosku, że tak. Skoro opowieść była prawdziwa, to mogła się z niej czegoś nauczyć.

Na razie dowiedziała się, że w życiu nie może liczyć na pomoc ze strony jakiegoś rycerza. Musiała nauczyć się polegać na sobie.

I nie ufać chłopcom.

Żadnemu z nich.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Czerwiec 1920 roku

Eliza skrzywiła się, kiedy do jej uszu dotarły krzyki. Nie chciało jej się wierzyć, że to już ranek. Poprzedniego wieczoru położyła się późno i dzisiaj oddałaby wiele za możliwość dalszej drzemki, ale nie mogła sobie na to pozwolić. Zbyt dużo pracy ją czekało. Z frontu dochodziły niepokojące wieści i musiała podjąć ważne decyzje dotyczące majątku. Wieczorem przyjdzie czas na uspokajanie spazmów macochy i dąsów siostry. Czasami nie mogła odżałować, że Modesta nie urodziła się chłopcem. Może jako mężczyzna byłaby znośniejsza. Chociaż... Mogłaby wtedy jeszcze bardziej upodobnić się do ojca.

Eliza rozchyliła powieki i zdumiona stwierdziła, że za oknem panuje ciemność. Skąd więc te hałasy, skoro nadal trwa noc?

Szybko zapaliła niewielką lampę naftową, która stała na stoliku przy jej łóżku, i spojrzała na wskazówki zegara. Pierwsza po północy? Co się dzieje? Poczuła przebiegający przez ciało dreszcz strachu. Czyżby rozzuchwaleni bolszewicką agitacją chłopi napadli na jej dwór?

Pobudzona tą myślą błyskawicznie zerwała się z pościeli i w popłochu zaczęła szukać przygotowanego na taką okoliczność ubrania. Bielizna, długa do kostek szara sukienka, narzucona na ramiona chusta. Pod sukienkę włożyła halkę z doszytymi do niej płóciennymi woreczkami kryjącymi najcenniejsze pamiątki. I pieniądze, które mogły jej uratować życie lub pomóc chwilowo się urządzić w pobliskim miasteczku. Pozostawała czujna, ponieważ dla ziemian po rewolucji bolszewickiej nastały bardzo niespokojne czasy. Owinęła się jeszcze chustą i prawie wybiegła ze swojej sypialni na poddaszu. Wtedy wyraźniej usłyszała krzątaninę na parterze. Nieliczni służący, którzy pozostali jeszcze we dworze, poganiani krzykami pani domu pakowali właśnie do kufrów znajdujące się w salonie drobiazgi. Przez uchylone drzwi sypialni siostry zobaczyła, jak pokojówka razem z Modestą wkładały do pudeł i walizek sukienki, buty i kapelusze. Robiły to powoli, metodycznie składając każdą sztukę odzieży, jak gdyby Modesta wybierała się w podróż.

– Otoczyli dwór, panienko – wyszeptała blada pokojówka, kiedy zauważyła Elizę. – Nie wymkniemy się...

Zdążyła się domyślić. Wrzaski na zewnątrz stały się jeszcze bardziej agresywne. Gdzieś z tyłu dobiegał kwik przerażonych świń. Dorwali się już do chlewu. Następne będą obory i stajnie. Dwór zostawili sobie na deser. Wszystko w myśl bolszewickiej ideologii, która przekonywała, że co zagrabione ziemianom, to po sprawiedliwości odzyskane.

Moment później do rabanu czynionego na zewnątrz dołączył rytmiczny trzask siekiery uderzającej w solidne drzwi i zamki. Słysząc ten dźwięk po raz pierwszy, Eliza aż podskoczyła. To tylko kwestia czasu, kiedy chłopi wedrą się do środka. A wtedy żadna z nich może nie ujść z życiem. O cnocie nie wspominając.

W myślach zmówiła szybką modlitwę w intencji bezpiecznej ucieczki z dworu. Gdyby był wzniesiony z drewna, jak większość okolicznych siedzib szlachty, pewnie któryś nie oparłby się pokusie i przytknął pochodnię do drewna, licząc, że je wykurzy ogniem i dymem. Jednak solidna konstrukcja została wzniesiona z kamienia i cegieł, a chłopi liczyli na rabunek znajdujących się wewnątrz skarbów.

– Grożą, że jeśli natychmiast nie otworzymy, podpalą dwór z nami w środku! – biadała druga z pokojówek. Przykucnęła przy kufrze i nawet w panującym w salonie półmroku Eliza dostrzegła, jak dygoce. Lada moment kobieta wpadnie w panikę i nie będzie z niej pożytku.

– Spokój! – nakazała.

Przynajmniej raz mogła być wdzięczna macosze. W czasie wojny nalegała, aby zatrudniać wyłącznie polską służbę. Teraz wszyscy jechali na jednym wózku, jednakowo zagrożeni nadzianiem się na białoruskie widły. Nie musiała obawiać się zdrady tych nielicznych zgromadzonych we dworze osób. Zdecydowała się.

– Musimy uciekać. Każdy bierze tylko tyle, ile może unieść. Kufry zostawiamy – oznajmiła stanowczo.

Rzuciła okiem na lekkie pantofle macochy i siostry.

– Wzujcie solidne trzewiki – poleciła, podnosząc głos, aby się przebił przez dochodzący z zewnątrz hałas. – Takie, które nie rozlecą się przy pierwszym wdepnięciu w błoto.

Skrzywiła się, kiedy pokój wypełniły wywrzaskiwane za oknami groźby. Chłopi zamierzali sobie używać na wydelikaconych szlachciankach, nim je zarżną jak świnie.

Siostra jakby nie zwróciła na to uwagi, skupiając się na swoim wyglądzie. Przynajmniej będzie wyglądać pięknie, nim ją dopadną. Albo to był właśnie jej sposób, aby radzić sobie z przerażeniem. Po prostu wypierała ze świadomości czyhające na zewnątrz niebezpieczeństwo.

– Miesiąc temu obstalowałam je u Hankego! Jeśli uważasz, że będę w nich brodzić w błocie, to zupełnie postradałaś rozum...

Eliza wzruszyła ramionami.

– Jak tam chcesz... Możesz tu zostać, licząc, że zostawią cię jakimś cudem w spokoju, albo boso biec przez podmokły las, jak te cacka się rozpadną.

– Tyle razy ci tłumaczyłam, że damie nie przystoją takie gesty! – padła reprymenda macochy.

Eliza z trudem powstrzymywała się od krzyku. Stosowność? Przetrwały przejście i cofanie się frontów w czasie wojny, niejedną epidemię, a macocha zwraca uwagę na jej maniery. Jak gdyby piły popołudniową herbatkę ze starającymi się Modesty, a nie znajdowały się w oblężonym dworze. Napady tym murom nie były dziwne, ale za każdym razem dwór przetrwał. Może jednak nie doczekać rana z powodu chłopskiej rewolucji.

– Tak jakby miało to teraz znaczenie...

Urwała w pół słowa i okręciła się w miejscu, słysząc, jak siekiera w końcu przebiła się przez drewno. Pierwsze z okiennic sypialni pani domu też puściły i rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Modesta wydała z siebie wysoki pisk i przypadła do matki. Przerażone stanęły niczym dwa słupy soli, wpatrując się w ciemne plamy okien. Eliza uznała, że czas na dyskusje się skończył. Macocha przestała być zdolna do racjonalnych działań.

– Musimy wziąć ze sobą przede wszystkim wodę i żywność – oznajmiła pokojówkom i rodzinie. Żadna z kobiet nie zareagowała. – Ruszcie się! – wrzasnęła, tracąc cierpliwość.

Służące nareszcie oderwały się od kufrów i pobiegły do sąsiadującej z kuchnią spiżarni. Tam zaczęły napełniać wyciągnięte z szafy prześcieradła gomółkami twardych serów, wędlinami i chlebem.

– Odziejcie się ciepło – poleciła służącym.

Sama narzuciła na ramiona dodatkowy koc i podniosła jeden z zawiązanych tobołków.

Kiedy przybiegła do holu, z zadowoleniem zauważyła, że Modesta posłuchała i zamieniła pantofle na praktyczniejsze obuwie. Przy nodze postawiła wypchaną walizkę, podczas gdy jej pokojówka trzymała w objęciach drugą. Dwaj służący przynieśli kufer. Nie odzywali się, ale ich wzrok utkwiony w pani Baranowskiej mówił Elizie wszystko. Nie sądzili, że z takim obciążeniem wyjdą dalej niż za próg. Nie wierzyli chyba, że w ogóle uda im się ujść z życiem. Trzeci sługa wbiegł do holu, niosąc stary sztucer, który był używany podczas polowań na jelenie.

Lufa wyraźnie drżała, bo stary lokaj wiedział, że nie zatrzyma tym rozwścieczonego motłochu kłębiącego się na podjeździe. Jednak zdecydowanym ruchem poderwał broń w górę i wycelował w stronę coraz bardziej ruchomych wierzei.

– To nie będzie konieczne, Macieju. – Eliza położyła dłoń na lufie i zmusiła sługę, by opuścił sztucer. Stary Maciej pamiętał jeszcze czasy jej dziadka Bartoszewicza. Rzucił jej smutne spojrzenie. – Idziemy do piwnic.

– Genialne. – Macocha nieco poweselała. – Aż dziw, że sama na to nie wpadłam. Zamkniemy się za żelaznymi drzwiami i przeczekamy napad. Kiedy ucichnie całe to zamieszanie, wyjdziemy i któryś z was pobiegnie wezwać nasze wojsko na pomoc.

Mało prawdopodobne, aby żołnierze znaleźli czas, by rozprawiać się ze zbuntowanymi chłopami, gdy pod bokiem mieli bolszewików szturmujących linię Berezyny. Nie dziwiła się jednak, że macocha wpadła na ten pomysł. Polskie oddziały już pod koniec wielkiej wojny broniły polskich ziemian przed gniewem chłopów. Było jasne, że w takiej sytuacji Białorusini nie mogli się doczekać ponownego wejścia bolszewików.

Eliza właśnie się obracała, by na czele rozdygotanej trzódki ruszyć do spiżarni, gdzie znajdowało się wejście do piwnicy, kiedy zaniepokoiła ją nagła cisza. Wciągnęła nosem powietrze. Hol z wolna zaczął wypełniać się gryzącym dymem. Ci durnie naprawdę postanowili spełnić swoje groźby i podpalić budynek z jego mieszkańcami. Lub też – usłyszała z wnętrza domu stek przekleństw – jakiemuś szczęśliwcowi właśnie udało się sforsować któreś z okien, a pod drzwi wejściowe podłożyli wilgotną słomę i podpalili dla odwrócenia uwagi. Nim domownicy zaczęli jeszcze bardziej panikować, jednym skokiem dopadła drzwi do salonu, zatrzasnęła je i znajdując w pęku właściwy klucz, przekręciła go w zamku. W ostatnim momencie, bo kiedy odskoczyła, coś łupnęło w nie głucho. Po steku przekleństw zgadywała, że czyjeś ciało. Dobrze, że postanowili się włamać do salonu, licząc na rabunek kosztowności.

– Szybko! No już!– krzyknęła do zaszokowanych tym zajściem ludzi. – Chyba że chcecie tu zostać jako komitet powitalny. Jestem pewna, że to docenią. Wyprawię wam potem stypę!

Wiedziała, że w rzeczywistości minęły dopiero ułamki sekund, ale ta chwila wydała jej się wiecznością. Musieli się pośpieszyć, bo chłopi w każdej chwili mogli wedrzeć się do westybulu, odcinając im jedyną drogę ucieczki. Jej słowa sprawiły, że stłoczona pośrodku pomieszczenia gromadka się ożywiła. Domownicy, dźwigając swój bagaż, ruszyli w stronę jadalni i leżącej za nią kuchni. Dobrze, że zawczasu ściągnęła kłódkę ze skobla mocującego klapę do podłogi spiżarni.

– Szybciej! – rzuciła do służących, którzy podnieśli pokrywę, odsłaniając drewniane schody wiodące do piwnicy z winem.

– Tylko ostrożnie z tym kufrem... – poleciła pani Baranowska.

– Zostawcie go – nakazała Eliza, z niepokojem wpatrując się w kuchenne drzwi, które wyglądały, jakby za chwilę miały się rozpaść, otwierając chłopom kolejne wejście do dworu. – To za duże obciążenie.

Służący porzucili kufer i każdy z nich złapał lampę naftową podaną przez pokojówkę. Kolejno zanurzali się w ciemnościach piwnicy. Macocha otworzyła usta, aby zaprotestować, ale słysząc głośny trzask drzwi, zebrała w dłoni suknię i zaczęła pośpiesznie schodzić. Za nią prawie sfrunęła ze schodów Modesta. Kiedy Eliza stanęła na posadzce, zobaczyła, jak Maciej opuszcza za nimi klapę. Nim opadła, dziewczyna zdążyła usłyszeć huk i wypełniony triumfem wrzask. To kuchenne drzwi poddały się, wpuszczając do środka intruzów.

– Szybciej! – ponagliła.

Służący, unosząc nad głową lampy, ruszyli w stronę kamiennych schodów wiodących na niższy poziom piwnic. Wkrótce wszyscy stłoczyli się w wąskim korytarzyku. Eliza zaczęła się przeciskać w stronę żelaznych drzwi. Otworzyła je i stanęła z boku, przepuszczając macochę. Kiedy już znaleźli się w obszernym pomieszczeniu, zatrzasnęła odrzwia, przekręcając od wewnątrz klucz. Szybkim ruchem dłoni otarła spocone czoło. Grube mury znacznie wyciszyły dobiegające z góry hałasy. Na razie byli bezpieczni. Na razie, ponieważ chłopi wkrótce zaczną poszukiwać właścicieli. Wtedy zapewne odkryją klapę i zejście do piwnicy. Nie sądziła, aby widłami i siekierami byli w stanie sforsować masywne wrota, nie wykurzą ich też dymem. Groziło im za to inne niebezpieczeństwo, o czym jeszcze nie pomyślała żadna z obecnych w piwnicy osób. Jedyne źródło powietrza znajdowało się za żelaznymi drzwiami, ponieważ podziemne pomieszczenie pozostawiono bez wentylacji.

– Możemy tu przeczekać dzień, aż skończą, a potem wyjechać do Olszowej – powiedziała pani Baranowska do córki. – Warto zainteresować się tym majątkiem, ponieważ nie został tak bardzo zdewastowany podczas wojny.

Nie dodała: w odróżnieniu od Janowic. Wszyscy mieszkańcy zdawali sobie sprawę, jak bardzo zostały zniszczone. Szczęśliwie na terenie majątku nie doszło do bezpośrednich walk, ponieważ Rosjanie wycofali się dość szybko i niemiecka artyleria nie obróciła zabudowań należących do dworu w perzynę, tak jak to się stało z sąsiadującymi Błędnikami.

Naprawdę mieli szczęście, gdyż cofający się Rosjanie metodycznie wyrzucali ludność z domów i podkładali ogień pod obejścia, by wróg przejął tylko spaloną ziemię. Tak samo postąpili wiele lat wcześniej podczas wojny z Napoleonem. Wykorzystali starą taktykę, nie przejmując się stratami, ponieważ spustoszone ziemie zazwyczaj należały do Polaków. Robili to zarówno w Kongresówce, jak i na ziemiach zabranych, a wysiedlaną ludność gnali przed sobą na wschód. Kiedy z tym samym zamiarem weszli do Janowic, starsza panna Baranowska rzuciła prosto w twarz młodemu oficerowi, że podpalą zabudowania dworskie po jej trupie. Nie zamierzała podzielić losu nieszczęśników, którym udzielała tymczasowego schronienia w swoim majątku.

Miała szczęście, ponieważ porucznika, w przeciwieństwie do podległych mu Kozaków, nie nauczono prowadzić wojny z damami. Pamiętała, jak z bijącym sercem oparła się o zatrzaśnięte drzwi. I czekała. Z głębi dochodziły modlitwy macochy i siostry. Ojciec dzięki Bogu wciąż nie wytrzeźwiał i nie mógł zareagować. Dwie godziny później nadeszli Niemcy. Z początku trudno było przetrwać niemieckie rekwizycje i butę nowego zaborcy, ale jakoś dali sobie radę. Kiedy doszło do rewolucji w Piotrogrodzie, mogła jedynie być wdzięczna, że znalazła się po niemieckiej stronie frontu. Uchodźcy z leżących nieopodal Mińska majątków snuli przerażające opowieści. Nie każdemu członkowi ziemiańskiej rodziny udało się ujść z życiem. Niektórzy do czasu przesunięcia się frontu i późniejszego wejścia na te tereny polskich wojsk ukrywali się po schowanych w środku lasu leśniczówkach, chłopskich chatach czy domach popów, licząc, że ocalą przynajmniej życie. Jakoś przetrwały kilka zimowych miesięcy, kiedy to Janowice przejściowo znalazły się pod władzą bolszewików.

Jednak wieści ze wschodu zataczały coraz szersze kręgi, siejąc ferment wśród pokornych dotąd chłopów. Zaczęło się całkiem niewinnie. Przestali kłaniać się na powitanie właścicielom majątku, potem całkiem otwarcie okazywali wrogość, wpierw spojrzeniem, następnie już jawnymi groźbami. W końcu przeszli do czynów i postanowili odebrać, co według nich należało do Białorusinów. A pamiętając, w jaki sposób jej ojciec zarządzał majątkiem, nie mogła mieć do nich pretensji. To w końcu doprowadziło do tego wydarzenia. Napadu chłopów, podczas którego kulili się w piwnicy niczym przerażone myszy.

Pomieszczenie, w którym kiedyś leżakowało w butelkach wino, w odróżnieniu od korytarza i piwnic, gdzie przechowywano jarzyny, miało kamienną podłogę. Pani Baranowska gestem wskazała służącym, aby przy jednym z masywnych regałów złożyły przyniesione koce. Sama okutana w wełnianą chustę zamierzała na nich usiąść i w ten sposób spędzić resztę nocy. Jedynym, co zaprzątało jej w tym momencie myśli, była panująca w pomieszczeniu cisza. W jaki sposób się dowiedzą, czy można bezpiecznie opuścić schronienie? Najwyżej wypuści Macieja... Jeśli wróci, będzie to oznaczać, że chłopi już sobie poszli. Jeśli nie... Cóż... sługa jest stary i żył wystarczająco długo... Zadowolona ze swojego pomysłu zamierzała umościć się wygodnie, kiedy powstrzymała ją Eliza.

– Nie możemy tutaj zostać.

Macocha uniosła w zdziwieniu wypielęgnowane brwi.

– Dlaczegóż to?

– Bo za jakiś czas zaczniemy odczuwać skutki zamknięcia. Drzwi są szczelne, a w piwnicy nie ma okien. Będzie coraz bardziej brakować powietrza, aż w końcu się podusimy.

Modesta z na wpół otwartymi ustami wpatrywała się w starszą siostrę. W tej chwili przypominała Elizie wyciągniętego z jeziora okonia. Młodsza z sióstr rozejrzała się dookoła, jednak wszędzie widoczne były tylko ściany.

– I wiedząc o tym, sprowadziłaś nas tu na pewną śmierć? – wrzasnęła pani Baranowska, dłużej nie dbając o pozory. – Mogłyśmy się ukryć na strychu i tam...

– Sądzisz, że nie przeszukają każdego zakątka dworu? Gdyby wyciągnęli nas bezbronne z łóżek, może uszłybyśmy boso i w nocnych koszulach. Może! Jeśli okazaliby miłosierdzie! W co jednak wątpię. Wiedzieli, że byłyśmy w środku, więc przeszukają dwór. Najcenniejsze przedmioty w razie ucieczki zawsze trzyma się przy sobie, więc zapewniam cię, że w swoich poszukiwaniach będą dokładni. To kwestia czasu, nim dotrą pod te drzwi. I to raczej wcześniej niż później, biorąc pod uwagę kufer, który kazałaś przydźwigać do spiżarni.

– Gdybyśmy go zabrali...

– Nie zdołalibyśmy się ukryć na czas. – Eliza przerwała twardo macosze. – Zamiast pakować jedynie to co niezbędne, marnowałaś czas.

– Mogłyśmy wyjechać w tamtym tygodniu... Teraz znalazłyśmy się w pułapce. Tu jest jak w grobie. Albo się tu podusimy, albo nas zaszlachtują jak bydło...

Służące wyglądały na wystraszone, ale i pogodzone z losem. Chyba wolały zostać w bezpiecznej piwnicy, licząc na łut szczęścia, niż stawić czoła rozwścieczonemu chłopstwu. Modesta zaczęła się trząść i coraz gwałtowniej oddychać. Jeszcze tego brakowało, aby ogarnięta paniką siostra zrobiła coś głupiego. Pora uspokoić nastroje.

– Nie przypuszczałam, że się na to poważą. Nie z naszym wojskiem walczącym tak blisko. Myliłam się...

Prychnięcie macochy starczyło za cały komentarz. Kobieta nie spodziewała się przecież po swojej pasierbicy niczego dobrego. Eliza żywiła nadzieję, że nie dojdzie do zajęcia Janowic przez bolszewików, ale na wszelki wypadek rozpoczęła przygotowania do spieniężenia najwartościowszych przedmiotów. Zaczęła od najcenniejszych win, które jakimś cudem zachowały się w piwnicy. Sporo zdążyła już sprzedać Żydom w Mińsku, licząc na to, że macocha nie zorientuje się w zniknięciu drobiazgu czy dwóch. A gdyby nawet...

Po ukończeniu dwudziestego piątego roku życia, zgodnie z testamentem matki, została jedyną właścicielką Janowic. Ojciec zmarł rok wcześniej, zaraziwszy się grypą podczas pobytu w stolicy. Pieniądze częściowo zamierzała przeznaczyć na zabezpieczenie krewnych, a resztę na Pożyczkę Odrodzenia Polski. Zdawała sobie sprawę, że jeśli podczas wojny do Janowic wkroczą bolszewicy, z majątku zostaną jedynie zgliszcza. Liczyła się z jego utratą i postanowiła zrobić wszystko, aby wspomóc Polaków. Takiej ofiary wymagał jej własny interes. Pieniądze te i złote pamiątki trzymała na wszelki wypadek zawsze przy sobie. Właśnie zamierzała zacząć bicie trzody, aby na potrzeby wojska przekazać również mięso, kiedy doszło do napadu. Spóźniła się. Dobra, które miały posłużyć państwu, zostaną rozgrabione. Żywiła jednak nadzieję, że choć uda jej się ocalić życie mieszkańców.

– Dzięki Bogu te drzwi to nie jedyne wyjście z tej piwnicy.

To oświadczenie skupiło na niej uwagę zgromadzonych.

– Masz na myśli...? Tajemne przejście! – pisnęła nagle podniecona Modesta.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[1] Dawniej: nie brakowało jej inteligencji.
[2] Franca – syfilis.
.