Pamiętnik 4 - Henryk Grynberg - ebook

Pamiętnik 4 ebook

Henryk Grynberg

4,5

Opis

Grynberg naprawia świat

Kolejny tom Pamiętnika przynosi głęboki namysł nad rozpędzoną współczesną cywilizacją. W swoich zapiskach dzień po dniu pisarz ocala najważniejsze fragmenty świata: prawdę historyczną, pamięć o ludziach i wydarzeniach, literaturę, która się nie starzeje, portrety bliskich mu osób, nawet resztki przyrody. Nie przestaje też czujnie przyglądać się Historii i przestrzega, abyśmy nie ulegli złu po raz kolejny.

„Jedna długowłosa blondyna zagląda do mnie przez szparę w kotarze, wypytuje mnie o szczegóły mojej choroby i mówi, że gdyby ona tak straciła niezależność (independence), to wolałaby nie żyć. Ja też bym wolał, ale boję się powiedzieć, bo a nuż to prowokatorka, która ma obowiązek zawiadomić przełożonych i znajdę się pod specjalnym nadzorem jako potencjalny samobójca do reszty ubezwłasnowolniony jako niepoczytalny. Nigdy nie mija mojego łóżka obojętnie: Muszę porozmawiać z moim przyjacielem Henrym. Chcę ją spytać, czy zna jakichś humanitarystów, którzy zabijają z miłosierdzia – nazywa się to mercy killing – ale nie mam odwagi i pytam tylko, czy to jest legalne. Okazuje się, że nie w Wirginii. Chętnie bym dopłacił, żeby mnie wykradli do bardziej miłosiernego stanu, czego oczywiście nie mówię, lecz i tak wkrótce przychodzi do mnie młody specjalista z serią fachowych pytań, między innymi, jak często myślę o samobójstwie. Odpowiadam, że nie częściej niż dawniej, co jest kłamstwem, bo cały czas się rozglądam za jakąś możliwością”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 923

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Gdyby w tym micie legendzie podaniuw które kto chce niech wierzywystępował perfidny i zdradliwy ludktóry nigdy nie istniał lub dawno nie istniejeto mielibyśmy mit legendę podaniea nie potwarz obelgę i zbrodnię

2017–2020

McLean, 24–27 II 2017

Mięso kupowała mamusia u szklarza, który równocześnie trudnił się oprawą luster, obrazów. U niego nabywało się lepsze gatunkowo i świeżutkie mięso wołowe, cielęcinę, baraninę, podroby. Największy dom handlowy mieli pp. Koprowie. Rodzice moi byli nawet zaprzyjaźnieni z tą rodziną. Bywali nawzajem na przyjęciach, weselach. Mamusia zwykle udawała się do sklepu pani Pesi, by kupić sobie kapelusz. Pani Pesia, nieduża czarnulka, potrafiła wyczarować urocze kapelusiki. Jej sklep mieścił się w rynku, w tak zwanych halach. Co rano przychodziła do cioci Marysi Sura Koza z koszem pełnym gorących jeszcze bajgiełek, posypanych cukrem i makiem bułeczek maślanych, obwarzanków. Jaki piekarz tak dba o klienta? Kto dziś przyniesie do domu z samego rana świeże pieczywo? A Żydówka przynosiła! Na świetne lody chodziłam z kuzynkami do Szlomy na Apteczną. Po naftę, mydło, bielidło biegałam na Piwną do Sury Bomby. Słynął też w Węgrowie zakład krawiecki pani Figowej. Mama szyła sobie w tym zakładzie eleganckie suknie, kostiumy. Zawsze chwaliła punktualność i solidność firmy. Nasza wieś znajdowała się zaledwie kilka kilometrów od Treblinki. Gdy zaczęły przybywać transporty, aż do Prostyni słychać było jęki pozamykanych w bydlęcych, zlanych wapnem wagonach. Gdy byłam u koleżanki mieszkającej w Treblince przy stacji kolejowej, korzystałyśmy czasem z nieuwagi konwojenta i podawałyśmy wodę. Pamiętam dymy widoczne nad lasem, ciężki zaduch. Boże, czy tak musiało być?

*

Straszna była tu ciasnota, wozem nie dało się wjechać. Mieszkali wszędzie – w piwnicach, na strychach. Mieli monopol na rzemiosło w Węgrowie. Byli i lepsi, i gorsi. Zawsze można było z nimi dojść do zgody, trzeba było tylko się targować, u Żyda targowanie się było z góry wliczone w cenę. Na jarmarki przywozili towary Polacy i Żydzi. Żydzi ustalali ceny, ale zawsze było tak, że i Żydzi, i Polacy na tym zarabiali. Zajmowali się skupowaniem mleka od rolników. Wykorzystywali rolników, ale przecież też musieli z czegoś żyć. Kółko Rolnicze postanowiło założyć zlewnię, żeby się uniezależnić od Żydów. Takie zlewnie były już w okolicy. Sam ją zorganizowałem. Potem z tej zlewni powstała mleczarnia. Do naszej spółdzielni należeli sami Polacy, Żydów nie dopuściliśmy. Krzywdy im nie robiliśmy, czasem pogięło się im bańki do mleka, ale nikt specjalnie Żydom nie dokuczał.

*

Getto otoczone było drutem kolczastym. Żydzi czasem wychodzili. Bywało, że przychodzili też do mnie. Zawsze ich nakarmiłem, dałem coś do ubrania – nawet podarty worek. Współczułem im, ale to wszystko po kryjomu. Baliśmy się Niemców. Jedna kobieta, Polka, nieszkała niedaleko Żydów i Niemiec zastrzelił ją, kiedy szła ulicą, bo myślał, że to Żydówka. Byli wywożeni do Sokołowa, a stamtąd do Treblinki. Polacy, którzy mieli konia i furmankę, musieli czasem tych Żydów wozić. Ja sam też raz ich wiozłem. Całą drogę płakali, wiedzieli, że jadą na śmierć. Pamiętam do dziś rabina Morgenszterna, młynarza Szatensteina. Był kowal, nazywał się Dąb-Kocioł. Od Siedleckiego, zegarmistrza, mamy z żoną obrączki. Był jeszcze Kwiatek – fryzjer, Bielawscy – bogaci ludzie. Moszko Różowy Kwiat miał sklep w polskiej dzielnicy. Kosowski miał sklep żelazny – kosy, piły, gwoździe. Poszedłem kupić piłę, a on mówi: „Panie Roguski, ja pana poważam, ja panu wybiorę taką piłę, że będzie pan ją miał do końca życia”. I wiecie, co? Tę piłę mam do dziś. Kosowskiego nie ma, a ta piła stoi u mnie za szafą.

*

Byli przedmiotem częstych zaczepek ze strony młodzieży polskiej. Z reguły ustępowali. Byli materialistami i skrzętnymi ciułaczami pieniędzy. W czasach kryzysu w latach 1931–1935 pożyczali pieniądze na procent. Brali trzy procent na miesiąc. Wielu rolników tak się zadłużyło, że nie mogli już spłacić odsetek. Wskutek licznych skarg Rząd powołał Urzędy Rozjemcze, które obniżyły zaległe odsetki z trzech do jednego procenta. Żydzi byli bardzo niezadowoleni i przestali pożyczać. Towar kosztował 10 złotych, a Żyd cenił 20 lub więcej. Oczywiście dotyczyło to chrześcijan, Izraelitom podawano właściwą cenę. 90 procent żyło w budach, w dużym zagęszczeniu. Używali dużo cebuli, w każdym mieszkaniu żydowskim, nawet u inteligentów, czuć było jej zapach. Wreszcie trzeba przyznać, że byli muzykalni. Najlepsi harmoniści i skrzypkowie byli Żydzi. Grali na zabawach, w kinie niemym i na różnych imprezach.

*

Bawiłam się z dziećmi żydowskimi, które bardzo cieszyły się, jak z nimi się bawiło. Trzy siostry mieszkały po przeciwnej stronie ulicy, zajmowały się szyciem bielizny i haftem, jedna szyła kapelusze. Najmłodsza została zabita na ulicy Gdańskiej, w dawnej posiadłości Kredów. Ludzie ci różnili się nie tylko wyznaniem. W sobotę nic nie robili, tylko się modlili, bardziej szanowali to święto niż katolicy niedzielę. Szanowali się wzajemnie, pomagali biedniejszym rodzinom. Chodziłam do Milerów po płyty do patefonu. Do Międzyrzeckich ojciec chodził na piwo. W Węgrowie zaczęto wywozić Żydów pod koniec września 1942 r. Od wczesnego rana sprowadzano ludzi na rynek. Pod wieczór ściągnięto rolników z furmankami, na które sadzano dzieci. Dorośli musieli iść pieszo. Młodzi uciekali i kryli się, gdzie mogli. Kogo Niemcy dopadli, zabili na miejscu, pełno ludzi leżało na ulicach i podwórkach. Później Żydów wyciągano ze strychów i piwnic, z różnych kryjówek i goniono na cmentarz. Tam sami kopali doły i rozstrzeliwano ich, a Polacy musieli ich zagrzebywać. Żandarm nazwiskiem Gil i dwóch tak zwanych własowców ukraińskich wyprowadziło kobietę z małym dzieckiem pod drzewo. Widziałam jeszcze jedną zabitą kobietę, leżała na ulicy, a obok niej dwoje dzieci, jedno miało rozbitą głowę i płakało – mama. Po jakimś czasie Niemcy kazali Żydom się ujawnić – że już ich nie będą bić. Późną wiosną 1943 roku znowu zaczęli ich bić. W tym miejscu, gdzie dziś Spółdzielczy Dom Handlowy i jest tablica upamiętniająca dziesięciu rozstrzelanych Polaków, stał duży, murowany dom. Tam Żydzi mieli ukrytą broń i otworzyli ogień do Niemców, więc Niemcy ten dom spalili. Leżało tam bardzo dużo popalonych ciał. Wojna zabrała nam dzieciństwo i młodość, pozostawiła piętno hańby. Jak ludzie mogli ludziom zgotować taki los?

*

Sprawy państwa polskiego były im obojętne. Jako realiści nie rokowali państwu polskiemu długiego istnienia. Deklarowali sympatię dla oddziałów bolszewickich, a na terenach zajętych przez armię bolszewicką współpracowali z tą armią. I chociaż w latach następnych liczba zwolenników bolszewizmu wśród Żydow wybitnie zmalała, to jednak komórki partyjne były zawsze. Prócz różnych poglądów na patriotyzm dzieliły obydwa narody lekceważenie i pogarda. Na postawę taką ze strony Polaków składała się wiara, że Żydzi zamordowali Chrystusa, a zatem są narodem przeklętym. Następnym powodem były liczne omyłki językowe popełniane przez Żydów. W całym Węgrowie było nie więcej jak dziesięć sklepów nieżydowskich.

Walk o miasto nie było. Wojsko polskie wycofało się w nocy, a rano weszło niemieckie. Siedzibą władz powiatu był Sokołów, a w Węgrowie tylko filia z pięcioosobową obsadą, resztę personelu stanowili Polacy. Żydzi musieli pracować przy budowie mostów na Liwcu i renowacji szosy. Mieszkałem wtedy w miejscowości Liw, w pierwszym domu od strony Węgrowa, więc większość głodnych wstępowała do nas. Dając po garści kartofli, oddaliśmy w okresie od listopada do marca kopiec kartofli. Bywały wypadki wyganiania, naigrawania się, a nawet czynnych zniewag, ale były to wypadki pojedyncze, nie cieszące się uznaniem ludności polskiej. Któregoś dnia usłyszałem z kierunku Węgrowa odgłosy podobne do strzałów. Przejeżdżający znajomy powiedział, że w Węgrowie Niemcy biją Żydów. Uważałem, że coś mu się pokręciło. Wojny mają swoje prawa nieludzkie, ale żeby mordować ludzi tylko za przynależność do innego narodu, wydawało mi się nieprawdopodobne. Wraz z kolegą Czesławem Borucem udaliśmy się do miasta. Kręciły się grupki żołnierzy, żandarmów niemieckich i ukraińskich, którzy dobijali się do zamkniętych domów. Idąc ulicą – obecnie 1 Maja – zobaczyliśmy pod domami trupy zastrzelonych. Widziałem rozbite drzwi i wyprowadzanych ludzi. Koło piekarni p. Grynberga zobaczyłem wyprowadzaną właśnie całą rodzinę. Dobrze ich znałem. Syn z zakrwawioną głową, mój rówieśnik. Stary Grynberg kiwnął mi głową i poszli na plac przed bóżnicą. Na placu ujrzałem dużą grupę, około tysiąca, pilnowaną przez wojsko. Na pierwszym planie stał oficer z pistoletem w ręku, a przed nim młody Żyd i coś mu tłumaczył, gestykulując. Oficer wystrzelił, Żyd upadł, a my poszliśmy do najbliższej otwartej knajpy. Tam przesiedzieliśmy do czasu, kiedy Polakom pozwolili wyjść z miasta. Po akcji wojsko opuściło Węgrów, została tylko grupka żandarmerii i kilku policjantów do pilnowania opuszczonego mienia żydowskiego. Wydano zarządzenie grożące karą śmierci za penetrowanie opuszczonych domów. Wkrótce zorganizowano specjalne przedsiębiorstwo zajmujące się wyprzedażą ruchomości, a następnie domów i budynków pożydowskich do rozbiórki. Ocalała ludność żydowska koczowała w pobliżu Węgrowa, czyniąc nocami wypady do własnych mieszkań i wynosząc wartościowsze rzeczy, które następnie sprzedawali i wymieniali na żywność. W wypadach tych przeszkadzały nieliczne patrole żandarmerii i polskiej policji, ale z niewielkim skutkiem. W bóżnicy urządzono magazyny, gdzie grupowano zagrabione mienie, a następnie wyprzedawano po bardzo przystępnych cenach. Działała również grupa Polaków wykradających rzeczy z domów pożydowskich, ale zostali wyłapani i zastrzeleni przez żandarmerię.

*

Brak ludności żydowskiej dotkliwie odczuła zarówno ludność polska, jak i Niemcy. Raptownie zabrakło szewców, krawców, szklarzy i wystąpiły trudności w handlu. Komisarz miasta uzyskał od starosty w Sokołowie zezwolenie na utworzenie grupy fachowców żydowskich w liczbie stu. Każdy otrzymał dokument uprawniający do przebywania i pracy w Węgrowie. Jeden z żandarmów wykrył na terenie garbarni Żyda bez dowodu i próbował doprowadzić go do żandarmerii. Zagrożony utratą życia Żyd rzucił się na żandarma, obalił go i zaczął dusić. Wszedł drugi żandarm i zastrzelił Żyda. Obaj żandarmi uciekli na posterunek i wrócili w większej sile na teren garbarni, i zastrzelili znajdujących się tam Żydów. Następnego dnia z obsługi obozu w Treblince przysłano grupę ludzi, która wspólnie z żandarmami otoczyła teren tak zwanego małego getta i przystąpiła do likwidacji. Zabarykadowana w domach ludność żydowska nie posłuchała gromkich wezwań do wyjścia. Podpalono budynki. Z płonących budynków wyskakiwali ludzie i starali się uciec, a znany mi osobiście Judyk Żywica stanął w otwartym oknie i z małego pistoletu otworzył ogień do żandarmów. Na terenie miasta było kilka podziemnych schronów, które zostały stopniowo wykryte, a ukrywające się osoby wystrzelane. Niektórzy Polacy przechowywali całe rodziny, jak na przykład p. Piórkowski, który przechował całą rodzinę Bieleckich, składającą się z jedenastu osób. Po licznym narodzie żydowskim pozostały popioły Treblinki, Majdanka, Oświęcimia. Na terenie Węgrowa zostało około dwóch–trzech tysięcy zwłok w masowych grobach na cmentarzu żydowskim. W okresie od kwietnia do czerwca 1944 r. [urządzono] w Węgrowie tak zwaną małą Treblinkę. Był to obóz dla robotników Żydów. Składał się z baraków ogrodzonych podwójnym płotem z drutów kolczastych i był ponadto [strzeżony] wieżami strażniczymi. W [osobnej] części były mieszkania SS-manów oraz krematorium. Obóz był wyposażony w duży samochód ciężarowy ze skrzynią w kształcie żelaznej budy. Praca uwięzionych Żydów polegała na wykopywaniu trupów z grobów, przewożeniu ich do krematorium i paleniu. Praca nie została zakończona. Podobno żydowscy robotnicy zbuntowali się, w wyniku czego zostali wystrzelani i obóz rozebrano. Po okupacji stosunki polsko-żydowskie uległy (sic) znacznej poprawie. Polacy witali z radością każdego ocalałego znajomego Żyda, wspominali czasy przedwojenne i okupacyjne oraz przygody i strachy przeżywane przy udzielaniu pomocy Żydom. Nieprzytomni z radości Żydzi organizowali życie swojej społeczności już nie w sposób tak ściśle izolowany. Podkreślali, co zawdzięczają Polakom, dzięki którym przeżyli.

*

Ja mieszkałem na wsi, na kolonii, pod lasami państwowymi pod Ruchną. Sąsiad najbliższy był ode mnie pół kilometra. Z lasu jak ktoś wszedł, to był pewny, że nikt go nie widział. Przyszli ci ludzie biedni, wychudzeni, wystraszeni i skamlają, proszą, po rękach całują, „niech pan nas przyjmie”. Każdemu się serce krajało. Jakeśmy ich na zimę wzięli, to się zeszło dwa lata. Nie [życzyłbym] moim wrogom, co myśmy przeżyli. Pies zaszczekał – śmierć. Ktoś przyszedł – śmierć. Ratowało się ludzi i siebie się ratowało. Przecież ja też miałem rodzinę. Ludzie mówią: „Ty bankier jesteś, tyluś Żydów przechował”. A ci ludzie, jak przyszli, byli bez pieniędzy. Trzech kawalerów, jedna panna i jedna mężatka – młodzi, jedna rodzina. Jedli to, co ja jadłem, i wtedy, kiedy jadłem. W 1943 w marcu patrzę, gestapo idzie. Rewidowali wszystko i nic nie znaleźli, tylko mnie skuli i zabrali do Sokołowa. Przez kij przewiesili i walili, krew nosem szła: „Gdzie masz broń, kto do ciebie przychodził?”. Ojciec mówił: „Antoś, pomrzemy przez to”, a ja, że [i tak] wszyscy niedługo pomrzemy. I dzięki Bogu żyję, i oni żyją. Dla mnie to żadna sława, ale jak to miło komuś życie uratować. W tym roku oni przyjechali do nas. Wyszli z samochodu i klękali na podwórzu przed nami: „Pan nam życie uratował”.

PS Są to fragmenty chałupniczo wydanej w 1990 roku broszury Węgrowskie listy 2. Żydzi w Węgrowie, firmowanej przez Stację Badawczą Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego w Węgrowie. Redaktorzy broszury Wolfgang Ronge i Wiesław Theiss włączyli do niej parę węgrowskich stronic z mojej Żydowskiej wojny. Przypomniałem to sobie dopiero teraz, sporządzając szczegółową bibliografię moich publikacji, i bardzo żałuję, że nie trochę wcześniej, gdy pod koniec Pamiętnika 3 pisałem o książce Szragi Fajwla Bielawskiego Ostatni Żyd z Węgrowa (Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2015), bo zestawienie tych wspomnień ukazuje sprzeczności między pamięcią polską a żydowską. W broszurze wspomniane jest „zarządzenie grożące karą śmierci za penetrowanie opuszczonych domów”, a w książce Bielawskiego jawny rabunek. Poza tym trudno uwierzyć, że „grupa Polaków wykradających rzeczy z domów pożydowskich” została wyłapana i zastrzelona przez żandarmerię, gdy za dużo większe przestępstwa zsyłano Polaków do obozów, a nie rozstrzeliwano. W broszurze polscy policjanci tylko patrolowali ulice i pilnowali porzuconego mienia żydowskiego, a w książce Bielawskiego wyciągali Żydów z kryjówek i prowadzili na miejsce straceń. W broszurze Żydów „goniono na cmentarz. Tam sami kopali doły i rozstrzeliwano ich, a Polacy musieli ich zagrzebywać” (s. 32). Natomiast w książce „jeden Niemiec nadzorował, strażacy pilnowali, policjanci strzelali” (s. 137) i Bielawski powołuje się na Chaima Naczelnika, który ukryty w grobowcu na żydowskim cmentarzu widział, jak „strażacy dawali Żydom szpadle, żeby wykopali dla siebie dół, po czym kazali im się rozebrać i policjanci rozstrzeliwali”, a „opodal stali cywile i patrzyli, po czym zakopywali zabitych i dostawali za to ich ubrania” (s. 138). W broszurze powracający „nieprzytomni z radości Żydzi organizowali życie swojej społeczności”, a we wspomnieniu Bielawskiego byli przygnębieni, wystraszeni i uciekali. W broszurze p. Piórkowski przechował rodzinę „Bieleckich”, 11 osób. Chodzi oczywiście o Bielawskich, rodzinę autora przełożonej z angielskiego książki, w której Piórkowski nazywa się „Pierkowski” i ukrywa tylko jego ranną siostrę i to zaledwie przez kilka dni, i jest tam szczegółowo opisane, jak Bielawscy byli przechowywani – nie przez Piórkowskiego, lecz wielu innych ludzi. W polskiej broszurze „Polacy witali z radością każdego ocalałego znajomego Żyda”, a w żydowskiej książce: „Nikt do nas nie podszedł [...]. Stali i przyglądali się nam”. Bielawski podbiegł do „Pierkowskiego” i chwycił go za rękę, żeby podziękować za ratowanie jego siostry, ale ten go odepchnął, „bo wstyd mu było [...], że Żyd się do niego zbliża”. I jeszcze jedna różnica pamięci: w Węgrowie jest „tablica upamiętniająca dziesięciu rozstrzelanych Polaków”, ale nie ma tablicy upamiętniającej dwa tysiące rozstrzelanych Żydów. W przytoczonych fragmentach skróciłem wielosłowne zdania i dla chronologii gdzieniegdzie przestawiłem ich kolejność.

McLean, 28 II 2017

Janina z matką i młodszą siostrą uciekły z warszawskiego getta i ukrywały się po aryjskiej stronie. Gospodyni głodziła je i zamykała spiżarnię na klucz, a wieczorem siedziała w sypialni, przed nią „talerz z wędliną i serami, a także słoiczek kawioru” (patrz Janina Bauman, Zima o poranku, Znak 1989). Pewnej nocy „gwałtowne pukanie do drzwi”. Weszła gospodyni, a za nią „trzej rośli mężczyźni w ciemnych kapeluszach i czarnych skórzanych kurtkach”. „Dowody, pani Lubowicka, dowody!” – woła gospodyni. „Żydówki, pójdziecie z nami”. Na nic się nie zdały fałszywe kenkarty. Po chwili gospodyni wraca i mówi: „Zostawią was w spokoju, jeśli im zapłacicie”. Chcieli sto tysięcy, lecz zgodzili się na dwadzieścia (s. 144–145). Autorka nie wyjaśnia, kto ich sprowadził. W następnej kryjówce gospodyni okazuje się prostytutką obsługującą Niemców. Pewnego razu odwiedził ją „brat”, który był strażnikiem na kolei i chwalił się, że „poluje na szmuglerów, partyzantów i Żydów”. Oczywiście nie był bratem, tylko przyszedł nastraszyć Żydówki, żeby się wyniosły. Trzecia kryjówka mieściła się w na wpół spalonym biurowcu na Nowym Świecie, gdzie dozorca – „za młody i o wiele za inteligentny jak na dozorcę” – ukrywał czasowo kilkanaście osób. Pewnej nocy wtargnął jakiś cywil z kolegą w niemieckim mundurze i zabrali im wszystko: gotówkę, złoto, brylanty (s. 168). Potem była suterena na Starym Mieście, gdzie na widocznym miejscu stała „drukarka” (może powielacz), a gospodyni chwaliła się, że jest także broń i amunicja. Pewnego poranka „ktoś gwałtownie zastukał w szybę, że lada chwila mieszkanie będzie poddane rewizji” (s. 171). Potem mieszkanie w Radości pod Warszawą – jak zwykle opłacone z góry – a po dwóch tygodniach gospodarz mówi: „Kręcił się tu od rana jakiś podejrzany typ i wypytywał o ciebie. [...] Musisz zaraz opuścić mój dom”. Ani słowa o pieniądzach za dwa miesiące (s. 179). Rembertów – najdłużej, bo sześć miesięcy – lecz też „pewnej niedzieli w drzwiach naszego pokoju zjawili się znienacka trzej nieznajomi w wysokich butach i skórzanych kurtkach”. Nikogo z gospodarzy nie było w domu, nawet „zapomnieli” zamknąć mieszkanie na klucz. Przypuszczalnie przyszli za kobietą, która przyjechała tej niedzieli „z mnóstwem pieniędzy, włącznie z dolarami”, bo „była stale zamieszana w jakąś ryzykowną działalność” (s. 188), i wzięli wszystkie te pieniądze, „które – jak się później okazało – nie należały do niej, tylko do jej partnera” i trzeba je było zwrócić. „Ciocia Mania sprzedała bezzwłocznie własną działkę ziemi, którą niegdyś kupili dla niej moi dziadkowie. Dzięki temu mogłyśmy nadal ukrywać się i żyć” – wyjaśnia autorka (s. 189). „Ciocia Mania” była ich aryjską nianią, znajdowała im kryjówki i spieniężała ich rodzinne srebra i obrazy, żeby miały czym płacić. Występuje w tej opowieści także kilka innych osób, które naprawdę starały się im pomóc, lecz zginęłyby, gdyby nie niania, która postanowiła, że ich nie opuści, „choćby miała przypłacić to życiem” (s. 214). W recenzjach z książki podkreślano, że na każdym kroku dobrzy ludzie je ratowali. Nikt nie zwrócił uwagi na to, jak trudno tu odróżnić dobrych od złych.

McLean, 1 III 2017

„Ocalałym towarzyszyło poczucie głębokiego osamotnienia” – pisze Łukasz Krzyżanowski w książce Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta (Wydawnictwo Czarne 2016). „Rozpoznawali swoje firanki w oknach rodzinnego domu”, ale „miały one, tak jak i całe mieszkanie, już nowego właściciela”. „Trafiali w pustkę społeczną” także po zmarłych, bo „na terenie, gdzie kiedyś był cmentarz, teraz pasły się krowy”. Aleksander Wajselfisz wracał trzy razy, lecz „nigdy nie został w Radomiu na noc”. Ocalały padał „ofiarą napaści tylko dlatego, że jest Żydem [...], żydowskość ofiar była bezspornie głównym, jeśli nie jedynym, motywem zbrodni” (s. 103). W nocy z 10 na 11 sierpnia 1945 roku zostali zabici: dwudziestoletni Józef Gutman „z raną postrzałową”; jego dziewiętnastoletnia żona Bela Apel (zaledwie kilka dni po ślubie) „porżnięta nożem powyżej łydek i przestrzelona kulą w kark”; Tanchem Gutman „porżnięty nożami w gardło, brzuch i okolice serca” oraz starszy lejtnant Aron Getłach, sowiecki lotnik: „ręce zawiązane do tyłu i przestrzelony kulą w kark”. Eliasz Sznajderman – krewny Józefa Gutmana i świadek na jego ślubie – znalazł pod drzwiami swojego mieszkania „kartkę z groźbą, że jeśli nie opuszczą miasta w ciągu trzech dni, podzielą los zamordowanych” (s. 132–134). „Wielu milicjantów, jak i funkcjonariuszy UB rekrutowało się z oddziałów partyzanckich, głównie Armii Ludowej. Jak dowiodły badania Joanny Tokarskiej-Bakir, [...] oddział partyzancki AL »Świt« był odpowiedzialny za co najmniej kilka morderstw popełnionych na ukrywających się Żydach. [...] Co najmniej dwóch byłych partyzantów, biorących bezpośredni udział w mordowaniu Żydów w czasie okupacji, znalazło po wojnie zatrudnienie w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa w Radomiu” (s. 149). A więc nieprawda, że UB to Żydzi, zwłaszcza na prowincji.

„[O]calali odzyskujący nieruchomości na ogół szybko je sprzedawali, nierzadko po bardzo zaniżonych cenach. [...] Tosia Lastman, powróciwszy do Radomia wiosną 1945 roku, sprzedała połowę położonej w centrum miasta dwupiętrowej kamienicy za trzy dwudziestodolarowe złote monety”. Nabywca musiał przedstawić władzom miasta zaświadczenie, że „w czasie okupacji niemieckiej nie zadeklarował/a swej przynależności do narodowości niemieckiej ani pochodzenia niemieckiego. Nie pracował/a na rzecz i w interesie okupanta ani nie działał/a na szkodę interesów polskich” (s. 281–282). „W wyniku dokonanego na niewyobrażalną skalę przewłaszczenia mienie polskich Żydów stało się mieniem »pożydowskim«, pozostającym pod kontrolą państwa polskiego lub jego nieżydowskich obywateli” (s. 313–315). Państwo i obywatele nie chcą się z tego wyliczyć do dziś.

„Ocalali z Zagłady, którzy po wojnie znaleźli się w Radomiu, byli rozbitkami na wyglądającej znajomo wyspie. [...] Rozpoznawali ulice i domy, lecz świat po Holokauście był zupełnie inny niż ten zapamiętany [...]. Ludzie ci stracili wszystko – bliskich, miejsca pracy i domy, często całe swoje środowisko [...] i nikt nie wyczekiwał ich powrotu [...]. [D]ystans między Polakami-chrześcijanami i Żydami w czasie okupacji niemieckiej zmienił się w przepaść. [...] Ich powrót w sensie społecznym okazał się niemożliwy. [...] Holokaust był najtragiczniejszym i zarazem najważniejszym wydarzeniem, które dotknęło polskie społeczeństwo w XX wieku” – konkluduje historyk (s. 313–315). Mam zastrzeżenie tylko do ostatniego zdania. Jako ocalały i naoczny świadek upieram się, że Holokaust był najtragiczniejszym wydarzeniem w całej historii polskiego społeczeństwa i że nie było ważniejszego.

McLean, 3–8 III 2017

„Zaraz po oswobodzeniu Łodzi spod okupacji niemieckiej częste było zajmowanie przez łodzian i osoby przybywające do miasta opuszczonych mieszkań razem z pozostawionym w nich dobytkiem” – czytam w książce Rok 1945 w Łodzi (IPN, Łódź 2008), gdzie każdy rozdział napisany jest przez innego autora. Mieszkania razem z dobytkiem zostały w pośpiechu opuszczone przez Niemców, którzy je przedtem zabrali – wraz z dobytkiem – Żydom. Osoby przybywające to byli bardzo często Żydzi jak my. Przyjechaliśmy wczesną wiosną i z początku mieszkaliśmy z trzema ocalałymi rodzinami z Dobrego. „Już w czerwcu znalezienie wolnego mieszkania graniczyło z cudem” – czytam w książce, ale myśmy znaleźli chyba w czerwcu. W ciemnej oficynie, ale sąsiedzi z frontu pozwalali mi godzinami stać na ich balkonie, podziwiać niebieskie tramwaje i maszerujących żołnierzy, którzy śpiewali: „My pierwsza dywizja, wolność i ojczyzna, na stos rzuciliśmy nasz życia los, na stos, na stos”. Melodia i połowa słów znana była wcześniej jako „My, Pierwsza Brygada”. W książce czytam, że wykryto „pracowników Urzędu Mieszkaniowego, którzy nielegalnie sprzedawali mieszkania lub nie reagowali na taki proceder”. Na szczęście nie wszystkich i nie od razu, bo mama kupiła pokój z kuchnią i łazienką od żołnierza, który tego mieszkania pilnował, a urząd „nie zareagował”.

„Po oswobodzeniu Łodzi [były] trudności z uruchomieniem zakładów”, ale „rozruch nastąpił na tyle szybko, że w czerwcu w przemyśle dał się odczuć brak robotników”. W całej książce powtarza się „oswobodzenie”, rusycyzm, ażeby wyminąć wyzwolenie, ale dla nas to było wyzwolenie. W książce czytam, że „w sklepach panowała drożyzna”, ale koło nas na rogu 11-go Listopada i Gdańskiej była Powszechna Spółdzielnia Spożywców „Społem” ze znakiem tęczy, gdzie kupowało się najpotrzebniejsze produkty i nikt nie mówił, że drogo. W książce nawet nie wspomniano, że te prawdziwie socjalistyczne spółdzielnie istniały i że później zniknęły. Kilka przecznic dalej, przy zbiegu Gdańskiej i Legionów, roił się Zielony Rynek ze świeżą żywnością z pobliskich wsi i podmiejskich ogrodów też pewno po przystępnych cenach, bo wszyscy kupowali.

Nie rozumiem uwagi, że „w Łodzi mieliśmy ulice znienawidzonych sanatorów z Józefem Piłsudskim na czele” (s. 173). Mieliśmy ulicę Piłsudskiego – oryginalnie Wschodnią, gdzie w swoim czasie mieściła się podziemna drukarnia, którą prowadził Piłsudski. Z pewnością nie był on „znienawidzony” przez Żydów, którym nigdy w Polsce nie było tak źle, jak po jego śmierci, a w 1945 roku zamieszkało w Łodzi co najmniej trzydzieści tysięcy Żydów. Po umocnieniu swojej władzy komuniści przemianowali Piłsudskiego z powrotem na Wschodnią, a przedwojenne gimnazjum i liceum imienia Piłsudskiego na imienia Kościuszki, ale gdy ja tam chodziłem (1952–1954), wielu chłopców nosiło jeszcze szare piłsudczykowskie maciejówki. Nieprawda, że „jedynie ul. Główna doczekała się nazwy bardziej odpowiedniej do nowych czasów, otrzymała bowiem imię Józefa Stalina”. Otóż jej przedłużenie przemianowano na Armii Czerwonej, a naszą 11-go Listopada na Obrońców Stalingradu. W tymże rozdziale zatytułowanym „Życie codzienne w Łodzi w 1945 r”. napisano, że mieszkańcy „oswobodzonej” Łodzi słuchali komunikatów frontowych z głośników zamontowanych przed siedzibą rozgłośni radiowej na Kościuszki 40 oraz na rogu Piotrkowskiej i Andrzeja, ale ja pamiętam codzienne zbiegowiska pod głośnikiem na placu Wolności, który był centralnym punktem miasta.

W „Szkicu do portretu życia kulturalnego Łodzi 1945 r”. wymieniono tylko trzy gazety: „Głos Robotniczy”, „Dziennik Łódzki” i „Kurier Poranny”, pomijając „Ekspress Ilustrowany”, który był najpopularniejszy, bo drukował komiksy o wojnie z Japończykami w dżungli oraz Przygody Wicka i Wacka w czasie okupacji, w których Wicek i Wacek robili Niemców na szaro. My, chłopcy, nie mogliśmy się doczekać każdego następnego numeru i nie rozumiem, jak można było o tej gazecie zapomnieć. „Dos Naje Lebn” wydawał Centralny Komitet Żydów w Polsce, a nie „Centralny Komitet Żydów Polskich” – istotna różnica semantyczna, bo każdy Żyd w Polsce, nie tylko polski, był podopiecznym tego komitetu. „Z braku własnych współczesnych filmów w kinach wyświetlano produkcje angielskie, francuskie i radzieckie”. A ja najbardziej pamiętam amerykańskie: Królewnę Śnieżkę i Pięciu zuchów, które oglądaliśmy w nieskończoność. „Ceny biletów sprawiały, że X muza stawała się luksusem” – pisze autorka rozdziału i bezkrytycznie powtarza za tendencyjnym „Głosem Robotniczym”, że „dziś widzem w kinie jest w 80 procentach tylko paskarz, szabrownik, no i posiadacz bezpłatnej wejściówki” (s. 232). Otóż były trzy kategorie miejsc, a my, dzieci, lubiliśmy te najtańsze – w pierwszym rzędzie. W ogrodzie zoologicznym na Zdrowiu – świetnie utrzymanym przez Niemców – autorka wymienia tylko „żubry, bizona, leoparta, rodzinę pawianów, szympansa olbrzyma i hipopotama”, ja zaś dobrze pamiętam cuchnące klatki lwów, a przede wszystkim słonia, który był największą atrakcją i za kilka złotych można było na nim posiedzieć. Izraelski historyk Shimon Redlich, który jest moim rówieśnikiem, ma zdjęcie na tym słoniu.

Przed wojną w Łodzi działało „81 polskich stowarzyszeń sportowych, 27 żydowskich oraz 18 niemieckich”. „Szachy i tenis stołowy stanowiły domenę klubów żydowskich”. Te sporty się uprawiało w mieszkaniu, nie narażając się na szykany antysemitów. „W kolarstwie, tenisie ziemnym, zawodach motocyklowych, jeździectwie największe sukcesy odnosili zawodnicy klubów niemieckich”. Uwielbialiśmy tor kolarski w pięknym parku, który się nazywał i nadal nazywa Helenów, a nie Helenówek – jak błędnie podano w książce. Helenówek był dosyć daleko za miastem, w połowie drogi do Zgierza, i mieścił się tam żydowski dom dziecka, gdzie przebywałem od 1946 do 1949 roku, więc dobrze wiem, że to co innego, a na helenowskim torze dominował Jerzy Bek, niemłody już i pewno niemieckiego pochodzenia, ale był naszym idolem. W książce znajduje się cenna informacja, że na przełomie lat 1945/1946 powstał Klub Sportowy „Filmowiec”, którym kierował naczelny dyrektor Filmu Polskiego podpułkownik Aleksander Ford, oraz Milicyjny Klub Sportowy, którego prezesem był szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego pułkownik Mieczysław Moczar. Nigdy nie słyszałem, żeby „u schyłku lat czterdziestych podejmowano próby reaktywowania [...] Żydowskiego Klubu Sportowego »Makabi« przy szkole im. Icchaka Lejba Pereca oraz Żydowskiego Klubu Sportowego »Gwiazda« przy rzemieślniczych spółdzielniach dziewiarsko-odzieżowych, zatrudniających pracowników pochodzenia żydowskiego” (s. 320). Chodziłem w latach 1947–1952 do szkoły imienia Pereca, gdzie mieliśmy salę gimnastyczną i ćwiczyliśmy tam między innymi boks, ale o żadnym przyszkolnym klubie nie było mowy. A na przysposobienie sportowe oraz mecze bokserskie i pingpongowe chodziliśmy do jak najbardziej istniejącego żydowskiego Klubu Sportowego „Gwiazda” i kibicowaliśmy jego zawodnikom, a więc „próba reaktywowania” go ewidentnie się powiodła.

Najobszerniejszy rozdział książki nosi tytuł „Odrodzenie Związku Harcerstwa Polskiego w Łodzi po II wojnie światowej”, ale nie ma w nim nawet wzmianki o hufcach, które defilowały 1, 3 i 9 maja 1945 roku. W spłowiałych przedwojennych bluzach obszytych sprawnościami, w chustach rozmaitych kolorów, wojskowych kamaszach, z fińskimi nożami lub wojskowymi bagnetami u pasa, wielu w późnym wieku jak na harcerzy. Śpiewali: „Idziemy, idziemy znów Piotrkowską wydusić tę bandę hitlerowską! Z Piotrkowskiej pójdziemy na Szterlinga powiesić Goebelsa i Goeringa. Ze Szterlinga pójdziemy do Berlina powiesić Hitlera skurwysyna!”. Wszyscy wiedzieli, że Hitlera się już nie da powiesić, bo jeszcze przed pierwszą defiladą gazeciarze wołali „Berlin zdobyty – Hitler zabity!” i „Rzeczpospolita – Hitler wyciągnął kopyta!”, ale przyjemnie było posłuchać. I ja tam byłem i zachwycony na to patrzyłem, a co widziałem i słyszałem, w Zwycięstwie opisałem, lecz autorzy i wydawcy Roku 1945 w Łodzi na to naoczne świadectwo nie zwrócili uwagi.

Chodziłem z finką u pasa jak inni chłopcy i należałem do zuchów. Nosiliśmy chusty i rogatywki, ale z wilczkiem zamiast lilijki. Ponieważ zbliżała się zima, mój ojczym Uszer poszedł ze mną do krawca z zielonym kocem, który przywiózł z Mauthausen. Na kocu był napis „US Army”, więc krawiec wpadł na pomysł, żeby uszyć mi wiatrówkę i pumpy w alianckim stylu. W szkole nazywałem się Krzyżanowski, jak na kenkarcie, która wciąż była naszym dowodem osobistym, i uczyłem się religii katolickiej jak wszyscy. Jedenastego listopada przyszedłem w moim nowym stroju na zbiórkę przed wymarszem do kościoła. Drużynowy spojrzał i mówi: Ty idziesz ze mną. Szkoła mieściła się na Gdańskiej 29, a kościół na Ogrodowej. Maszerujemy, ja na czele drużyny, a ludzie przystają na chodnikach, pokazują na mnie, śmieją się, klaszczą, wołają brawo! Na rogu 11-go Listopada stała i klaskała moja rozradowana mama.

Autorzy książki twierdzą, że ich „głównym źródłem [...] była prasa, wbrew pozorom pierwszorzędne źródło pod względem poznawczym” (s. 171), ale z powyższych uwag wynika, że nie całkiem pierwszorzędne. Narzekają, że „dotkliwą okazała się niewielka ilość przekazów pamiętnikarskich, które dla omawianych zagadnień miałyby niewątpliwie ogromną wartość poznawczą” (tamże), ale nie pofatygowali się zajrzeć do mojego Zwycięstwa, które jest obszernie przytaczane w książce Shimona Redlicha Life in Transit: Jews in Postwar Lodz, 1945–1950 (Academic Studies Press, Boston 2010) i w polskiej edycji Na rozdrożu. Żydzi w powojennej Łodzi, 1945–1950 (IPN, Łódź 2012), a także w studium polskiego historyka Łukasza Krzyżanowskiego Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta (Wydawnictwo Czarne 2016).

Nikt nie walczył o Łódź w 1939 ani w 1945 roku i nie widziało się zniszczeń oprócz wysokiego szkieletu spalonego budynku na Radogoszczu, który górował nad krajobrazem, gdy przejeżdżało się podmiejskim tramwajem. Wiedzieliśmy, że to było więzienie, które Niemcy przed ucieczką spalili razem z więźniami, ale szczegółów dowiedziałem się dopiero z omawianej tu książki Rok 1945. „Wśród więźniów Radogoszcza największy procent stanowili Polacy, byli tam jednak osadzani również Żydzi, radzieccy jeńcy wojenni, Niemcy i w kilkudziesięciu przypadkach obywatele innych narodowości” (sic). Według zeznań świadków, w nocy z 17 na 18 stycznia w izbie chorych i na parterze bloku głównego znajdowało się od stu do stu pięćdziesięciu więźniów, na pierwszym piętrze około dwustu, na drugim od trzystu do siedmiuset, na trzecim od trzystu do czterystu. „Około godziny 24 hitlerowcy ogłosili alarm. Otworzono drzwi naszej celi, w korytarzu stali uzbrojeni strażnicy [...], ale także żołnierze Wehrmachtu [...]. Spędzano do celi na parterze lub na pierwszym piętrze. Tutaj strażnicy i żołnierze Wehrmachtu w czasie [naszego] wbiegania do celi strzelali w plecy więźniów”. Budynek podpalono o siódmej rano, gdy większość więźniów już nie żyła. Niektórzy uratowali się w zbiorniku wody na najwyższej kondygnacji. Morderców było stu. Dwóch skazano na śmierć, jednego na dożywocie, trzech na piętnaście, osiem i trzy lata więzienia, jeden popełnił samobójstwo przed aresztowaniem, jeden zmarł przed rozprawą, kilku zginęło podczas ucieczki z miasta. Pozostałych nie dosięgnęła żadna kara.

Jeden z rozdziałów książki jest zatytułowany „Żydzi łódzcy po likwidacji getta (wrzesień 1944 – styczeń 1945)”. Niemcy zostawili bowiem w getcie kilkusetosobowe Aufräumungskommando, grupę porządkową do zbierania porzuconego mienia żydowskiego, które wywożono do Reichu. Kilkuset innym Żydom udało się ukryć i uniknąć deportacji w sierpniu 1944 roku. Żywili ich członkowie grupy porządkowej, którym wolno było poruszać się po opuszczonym getcie i którzy mieli dostęp do pozostawionych zapasów żywności, a poza tym prowadzili handel wymienny z Polakami, zatrudnionymi przy rozbiórce domów i obsłudze pociągów wywożących żydowskie rzeczy. Samuel Sandler był jednym z organizatorów pomocy dla ukrywających się. „Dziesiątego stycznia polecono jednej z grup roboczych wykopanie na cmentarzu żydowskim dziewięciu głębokich dołów [...]. Uprzednio podobne rowy kopano codziennie dla Polaków rozstrzeliwanych na Radogoszczu [...]” – wspomina. Od razu się domyślili, co to znaczy, ale ukryli się dopiero, gdy pijany komendant niemieckiej policji wygadał się przed żydowskim kierownikiem obozu, że to już koniec. „Niemcy nie mieli czasu na dokładne poszukiwania, wyłapali jedynie około osiemdziesięciu osób i umieścili w siedzibie Kripo przy placu Kościelnym”. Ale i tych nie zdążyli zastrzelić i gdy weszli Rosjanie, aresztowani zabili strażników. „Własnymi rękami ich zabijali, a żołnierze sowieccy się przyglądali” – opowiada Samuel Sandler, który był moim profesorem teorii literatury na Uniwersytecie Warszawskim. Powrót nam się nie udał. Mieszkamy obaj pod Waszyngtonem i spotykamy się w święta żydowskie u córki i zięcia Michała Chęcińskiego, ocalałego, ale już nieżyjącego jego kolegi z getta.

PS Rok 1945 w Łodzi to była wolność, jakiej nigdy przedtem nie znałem. Ludzie, których nie trzeba było się bać. Ruchliwe ulice, których nie trzeba było się bać. Jeżdżenie tramwajami tam i z powrotem. Na gapę lub za niemieckie fenigi dwa razy tańsze od przedwojennych polskich groszy. Wkradanie się na gapę do kina, a nawet na popołudniówki do teatru (bileterzy udawali, że nie widzą). Moja matka biegała po mieście za interesami lub jeździła do innych miast, więc byłem wolny jak ptak. Byłem dzieckiem ulicy i czułem się szczęśliwy jak nigdy. Do czasu aż złapałem wietrzną ospę i wszyscy mnie przeganiali jak bezpańskiego psa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Projekt okładkiKarolina Żelazińska
Zdjęcia na okładce i na wyklejkachHenryk Grynberg
Redaktor prowadzącaMonika Koch
RedakcjaJoanna Popiołek
KorektaAnna Sidorek Jadwiga Piller
Copyright © by Henryk Grynberg, 2021 Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2021
ISBN 978-83-8032-560-9
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53 02-953 Warszawa
POBIERZ NA TELEFON APLIKACJĘ GET MOREAplikacja GET MORE wykorzystuje technologię rozszerzonej rzeczywistości (AR) i umożliwia odtwarzanie video, audio oraz e-booków, a także przekierowuje na wybrane strony www. Aplikacja jest dostępna w wersjach na Android oraz iOS. Pobierz ją za darmo. Zeskanuj okładki książek Wielkiej Litery i zobacz więcej.
Konwersja: eLitera s.c.