Otchłań - Marcel Woźniak - ebook + książka

Otchłań ebook

Marcel Woźniak

4,3

Opis

Trzy kobiety, trzy morderstwa, jedno narzędzie zbrodni.

Gdy legendarny gangster wychodzi z cienia, by znów terroryzować Toruń, tylko jeden człowiek może przywrócić porządek w mieście. To detektyw Leon Brodzki, którego ulubioną lekturą są akty zgonu morderców. Tylko... jak policjant ma posłać kogoś za kratki, jeśli sam siedzi w więzieniu?

Tropy w śledztwie prowadzą do lat osiemdziesiątych i słynnej sprawy „Młotkarza z Torunia". Trudno jednak po trzydziestu latach złapać sprawcę, skoro przyjaciele policjanta okazują się wrogami, a dowody znikają bez śladu?

ODKRYJ PRZESZŁOŚĆ, NIM KTOŚ POZBAWI CIĘ PRZYSZŁOŚCI

PRZED NAMI FINAŁOWA BATALIA O PRAWDĘ

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 510

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Marcel Woźniak, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadzący: ADRIANTOMCZYK

Redakcja: WITOLD KOWALCZYK

Korekta: PIOTRFILBRANDT

Projekt typograficzny: BARBARAADAMCZYK

Skład, łamanie: WITOLD KOWALCZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: JAKUBCHWIESZCZENIK

Fotografia na okładce: ŁUKASZBREITENBACH

Fotografia autora na skrzydełku: ŁUKASZPIECYK

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: DARIUSZNOWACKI

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-892-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Wolność oznacza prawo do twierdzenia,

że dwa i dwa to cztery.

Z niego wynika reszta.

GEORGEORWELL, ROK 1984

Ale zawsze nadchodzi godzina w historii,

kiedy ten, co ośmiela się powiedzieć,

że dwa i dwa to cztery,

jest karany śmiercią.

ALBERTCAMUS, DŻUMA

WYSTĘPUJĄ:

W roli głównej

LEON BRODZKI

detektyw sekcji kryminalnej, podkomisarz

W pozostałych rolach

BERENIKA VESPER – reporterka Marlowe Press Ltd.

CZŁOWIEK W KAPELUSZU – zabójca

GROMOSŁAW HALICKI – komendant komendy Toruń-Śródmieście

TOMASZ ŻÓŁTKO – aspirant, komenda Toruń-Śródmieście

CYRIAK MAUER – prokurator z Prokuratury Krajowej

ADAM JACYK – aspirant, komenda Toruń-Rubinkowo

HENRYK – taksówkarz

MAREK BENER – dziennikarz, tygodnik „Echo Torunia”

DAGMARA BRODZKA – żona Leona Brodzkiego

ŁUKASZ GROTOWSKI – barman

MAGIK – mechanik

MŁOT – oficjalnie kucharz, nieoficjalnie były gangster

ALF, ALFONS – project manager w burdelu

LACZU – amator szybkich samochodów

KOBIETA W CZERNI – emerytka

NATALIA KAKLIŃSKA – lekarka

JAN NOWAK – sierżant, komenda Toruń-Śródmieście

MALBORAS – policjant

SAWIK – policjant

PIOTRAS – strażak

SZPILMAN – technik policyjny

STARSKI – saper, co raz się myli

FILIP – dyspozytor z centrali 112

GRZEGORZ GIEDRYS – dziennikarz

MARIUSZ SKŁADANOWSKI – dziennikarz

TOMASZ BIELICKI – dziennikarz

KRĘPKI – świadek, kierowca malucha

SYLWIA – dziennikarka Marlowe Press Ltd.

ANNA TEKLA – szefowa działu prasy Marlowe Press Ltd.

GIŻYCKI – prokurator

DARIUSZ KULKIEWICZ – strażnik więzienny

BUŹKA – pracownik Biura Spraw Wewnętrznych

RONALD BRYK – policjant z komendy Darłowo

ORAZ

MARCIN GŁADYCH– jako on sam, reżyser

Wydarzenia przedstawione w utworze

mają charakter fikcyjny.

Mojej przyszłej żonie

PROLOG

HUK WYBUCHU MIESZA się ze szczękiem blachy. Tysiące części, z których złożone jest auto, odrywa się teraz jedna od drugiej ze zgrzytem i piskiem.

Horyzont przewija się jak na końcu taśmy filmowej. Mgnienie za mgnieniem. Powtórka za powtórką. Klatka po klatce. „Znów ten cholerny most”, dudni w półprzytomnej głowie detektywa.

Leona Brodzkiego oblało ciepłe światło. Śledztwo jego życia właśnie dobiegło końca, a elementy układanki nareszcie trafiły na swoje miejsce.

I wtedy, bez pulsu, detektyw niczym ćma popłynął ku migoczącemu w otchłani światłu.

1

LUDZIE W TYM MIEŚCIE przestali mieć problemy z zasypianiem, odkąd ze strachu przestali zasypiać w ogóle.

W Toruniu koszmary śniono na jawie. Mieszkańcy nie potrafili już zmrużyć oczu na Bydgoskim Przedmieściu ani na Chełmionce. Nie było bezpiecznie na starówce ani nawet na poczciwych blokowiskach Rubinkowa. Wisła czerwieniała od krwi, a policjantów wysyłano do aresztów, szpitali lub na cmentarze. Snu doświadczali tylko bywalcy tych dwóch ostatnich placówek: pierwsi na skutek zażycia prochów, a drudzy – obróciwszy się w proch. Co rusz słyszano, że w ostatnich dniach kogoś poćwiartowano, uduszono metalową liną, utopiono, że kostucha zapukała do czyichś drzwi, i to wcale nie po cukier. Toruń zalała fala zbrodni i choć było jasne, że ktoś to szaleństwo musi powstrzymać, zdziesiątkowane oddziały lokalnej policji nie nadążały z robotą, bo najlepsze psy lizały odniesione w boju rany, a media sypały na nie kolejne porcje soli. Nie było już spokojnie nad Wisłą, której tafla przestała być gładka jak pamięć lustra. Był za to cholerny Wietnam.

– Zgodziłeś się kiedyś na bycie psem? To teraz zaszczekaj – syknął człowiek z twarzą skrytą pod rondem czarnej fedory. Z ciemności przezierał tylko błysk dumnych z własnych dokonań oczu. Ubrany był jak człowiek kompletujący garderobę w butikach na rynku: kurtka ze skaju, najtańsze antracytowe spodnie zaprasowane w kant. Średniego wzrostu, bardzo szczupły, o chudej szyi i małej głowie. – Szczekaj, kurwa!

Stary, łysawy policjant ani myślał odpowiadać, za to poczerwieniał na twarzy, przeżuwając żal i złość na samego siebie. „Jak ja się w to, kurwa, wpakowałem” – myślał. „Tyle lat w służbie, perspektywa biurka w komendzie wojewódzkiej na wyciągnięcie ręki i teraz, kurwa, to. Dasz radę, nie takie rzeczy przechodziłeś w przeszłości”.

Zaraz potem poczuł na skroni lufę P83. Pistolet miał startą z suwadła zamka i magazynku oksydę. Wstrzymał oddech, spojrzał powoli na Człowieka w Kapeluszu. Ten zbliżył się do jego twarzy i zamrugał sennie, jak to robią stare lampy na peronach. Potem skóra jego lewej rękawiczki zaskrzypiała, kciuk zwolnił bezpiecznik skrzydełkowy broni, a usta wyszeptały:

– Jesteś psem, to zaszczekaj. Kundlu. Spójrz na Bundy’ego, on potrafi. – Tu powolnym ruchem prawej ręki wskazał na border collie, który posłusznie zawarczał. Funkcjonariusz kojarzył tego czworonoga. Do niedawna należał do jednego z detektywów.

Woń oddechu zbrodniarza – która nasuwała skojarzenie z zapachem korytarzy przychodni w Giżycku – wzbudziła w gliniarzu odrazę. Podobnie jak melina, w której się umówili. Wzdrygnął się na myśl, że mógłby tu zginąć. „Nie, nie tu. Nie, jak kundel z dziewięciomilimetrowym makarowem w czaszce” – pomyślał.

Zdezelowane mieszkanie na tyłach kamienicy przy ulicy Lindego najlepsze dni miało za sobą. Przypalona jodełkowa podłoga lepiła się od wszystkich substancji, jakie może wyprodukować ludzkie ciało. Ściany pokrywała sadza. To dlatego, że piec rozebrano, więc zimą dzikim lokatorom pozostawało przyozdobić się w pióra, założyć Klub Przyjaciół Indian i rozpalić ognisko, które w pokoju stopiło wszystko prócz cegieł. Matko Święta, o przypalone budy, które niepodobna pomylić z gołębnikami, gdyby nie fakt, że śmierdzi w nich gównem nie ptaków, lecz ludzi. Pomieszkiwali tu menele i stulejarze, nocowały ćpuny, swego kąta szukał przemielony przez penitencjarkę kwiat dawnej kultury gitowców. Ci wszyscy, co ich wypluła ruletka transformacji, i ci wszyscy, co ich szerokim łukiem omijały okazje, szczęśliwe zbiegi okoliczności, piękne kobiety, trafione zdrapki oraz wszyscy mieszkańcy osiedla Bydgoskie Przedmieście w Toruniu.

Jeden z tych bezdomnych królów życia miał dziś zapłacić wysoką cenę. Jego przedramiona zostały tak pokłute igłami, że gdyby dmuchnąć w ślady po nich, zagwizdałyby jak flet poprzeczny. Bruzdy ciągnące mu się po policzkach od oczu do brody wskazywały, że zamiast usług służby zdrowia wybrał homeopatię, ale nie odrobił lekcji z ziołolecznictwa. Był właściwie tak chudy, jak tektury w oknie i tak blady, jak księżyc, którego nie było przez nie widać. Spuchnięte i zaropiałe powieki – z których jedna podnosiła się tylko do połowy – wskazywały na zapalenie spojówek.

Nie byli w pomieszczeniu sami. Jeden z najemników trzymał chudego za włosy, dwaj pozostali pilnowali wejścia. Wojskowe buty i nalane twarze sugerowały, że nie przyjęto ich do koła szachowego, za to świetnie się odnajdywali w Związku Broni Palnej.

– Nie szczekasz! – syknął. Nagle jego twarz złagodniała. Złapał się w okolicach nadbrzusza, jakby chciał się uspokoić w środku, i rzekł zupełnie odmienionym tonem: – W porządku. W takim razie skończysz kiedyś gorzej niż pies. – I opuścił broń.

W pokoju panował półmrok, przez co twarze całej szóstki wyglądały, jakby występowały w teatrze cieni. Człowiek w Kapeluszu miał nisko osadzony środek ciężkości i poruszał się sprężyście jak bokser lub mistrz tai chi. A ile lat miał na karku? Może pięćdziesiąt lub siedemdziesiąt. Wiele szczegółów w tej postaci było niedookreślonych. Choćby wzrost. Prostując się, gość potrafił nagle stać się wyższy o głowę. Swoje robiło również rondo kapelusza, które tak umiejętnie zespalało się z twarzą, że grając światłocieniem, nie odsłaniało oblicza właściciela. Pistolet leżał mu w małej dłoni idealnie. Widać było, że miał tę broń wypróbowaną i że mu ona pasuje, pewnie z uwagi na niewielki ciężar i wysoki punkt podparcia. P83 albo starsze tetetki były ulubioną bronią gangsterów z lat dziewięćdziesiątych i gliniarz dobrze o tym wiedział.

Człowiek w Kapeluszu podszedł do Chudego i podniósł mu brodę lufą, a w ślad za brodą podniosło się całe ciało. Chłopak stał teraz obok policjanta i zamrugał do oprawcy, jakby chcąc odsunąć ten moment przynajmniej o akademicki kwadrans. Rondo fedory uniosło się nieznacznie i policjant dostrzegł teraz grymas na twarzy zabójcy, który bardzo się starał zachować spokój, ale widać było, że lada chwila wyjdzie z siebie i uczyni dokładnie to, czego można się po nim spodziewać.

– Przypomnij mi więc, jakich słów miałeś nie wypowiadać na głos. – Jego głos brzmiał jak przestroga dla innych niesfornych wychowanków ulicy. Ćpun nie odpowiadał. – Jakich słów miałeś nie wypowiadać na głos, ale to zrobiłeś, i to w obecności ludzi w barze „Panda”? Powtórz nam to, co im.

Chudy podniósł głowę i spojrzał na oprawcę jednym okiem.

Ten uśmiechnął się i skinął, by zachęcić go do odpowiedzi.

– Ależ was trzeba dziś ciągnąć za język! – Kontynuował, wsadzając lufę w usta trzęsącego się Chudego. Broń trzymał w przedwojennym stylu, jedną dłonią. – No więc jak? Powiesz?

Oczy mężczyzn znajdowały się blisko siebie, a woltaż płynący po linii ich wzroku elektryzował całe pomieszczenie.

– Co zamierzasz? – spytał policjant.

– Nie rozmawiam z tobą. Rozmawiam z tym.

– Daj mu spokój, to… to śmieć. Robak. Odpuść.

– Chudy, masz sprzymierzeńca. I to nie byle kogo. Stróż prawa staje właśnie na straży porządku.

– E… – wydobył z siebie Chudy.

– Ale trochę za późno – syknął kapelusznik.

– Nie! – krzyknął gliniarz. Ale spust był szybszy.

P83 wystrzelił, a mózg chłopaka rozbryznął się swoją żelową konsystencją dokładnie na twarzy policjanta. Ciało uderzyło głucho o drewnianą podłogę, a gliniarz zamrugał jak człowiek wybudzony z długiego snu. Zalała go fala obrzydzenia i strachu.

– Mieliśmy nie wypowiadać tych słów – rzekł kapelusznik, sylabizując.

– W sumie to jedno słowo – zauważył pilnujący drzwi najemnik pozbawiony dolnych jedynek.

– Jakie to słowo?! – wrzasnął kapelusznik i podszedł do niego zdecydowanym krokiem. – Co? Jakie to słowo? Jakie to, kurwa, słowo?

– Nic nie mówiłem, szefie, mowa – zaparł się ochroniarz.

Herszt uśmiechnął się pobłażliwie i klepnął go w policzek jak wyrozumiały wuj, po czym spojrzał na pobrudzoną lufę.

– Lubię te stare, solidne pistolety. Przy szybkim strzelaniu mają mały odrzut. Można strzelać jedną ręką, wiecie? – Najemnicy skinęli. Wtedy kapelusznik odwrócił się i strzelił raz jeszcze, ładując drugi dziewięciomilimetrowy pocisk w głowę chuderlaka. A raczej w rozprute naczynie, które z tej czaszki zostało.

Stary gliniarz usiłował nie stracić przytomności. To jednak niełatwe, gdy się jest po pięćdziesiątce, a sen z powiek spędza mózg innego człowieka spływający po policzkach. Ręce mu drżały, a czerwona maź przyprawiała o zawroty głowy. Bo choć krew jest ciepła, lepka i słodka, to pachnie śmiercią.

Był obrazem rozpaczy. Nie dość, że niski i tęgi, a sądząc po sylwetce, zaprawiony w siedzeniu za biurkiem, to jeszcze ta aparycja księgowego. Haczykowaty nos, drobny wąsik w stylu francuskiego ministra, łysinka. Nosił płaszcz, w którym się topił, spodnie za duże o rozmiar i buty, kajakowate, kupowane prędzej w przystani AZS aniżeli w sklepie obuwniczym. Należał do tych ludzi, którzy wyglądali na o wiele starszych, niż wskazywała metryka. Jego ciało z każdym rokiem było coraz bardziej nie jego ciałem. Zmieniał się też jego chód, oddech, sposób gestykulowania. Świszczał, gdy się męczył, i sapał jak parowóz, kiedy był z żoną w łóżku. A teraz jeszcze to.

– On już nie odszczeka tego, co powiedział, ale ty wciąż możesz uratować swój tyłek. – Zabójca podszedł do gliniarza i złapał go mocno za twarz. – Wiesz, że psy idą do piachu tak samo jak ludzie? Powtarzam to wszystkim moim żołnierzom. Niektórzy mają to nawet wytatuowane na palcu wskazującym. Dzięki temu pamiętają o złotej zasadzie, gdy pociągają za spust. Pokażcie, panowie. – Najemnicy posłusznie pokazali pokryte napisem palce wskazujące. – Ale dziś w tym pokoju nikt już za spust nie pociągnie. W końcu jesteśmy przyjaciółmi. Co, ulga?

Drobna, silna dłoń kapelusznika ściskała szczękę łysiejącego stróża prawa, rozmazując po niej krew niby akwarelę.

– Mam dość. Ja zwariuję – mamrotał gliniarz. – Coś ty mu zrobił…

– Ja?

– Coś ty mu, kurwa, zrobił, coś ty mu… – policjant powtarzał beznamiętnie. Był w szoku.

Kapelusznik klepnął go w policzek na otrzeźwienie i szybko pstryknął palcami przed nosem.

– Ej, ej, pobudka. Jak tak możesz? Chcesz mnie zostawić w potrzebie? Co?

– O czym ty mówisz, coś ty zrobił?

– Tyle lat razem. – Położył mu ręce na ramionach. – Przypomnijmy sobie. Tajemniczy włam do składu budowlanego, dzięki któremu postawiłeś dom. Taki piękny dom. A skromne sumki za zwrot podatku z węgla, którego nikt nigdy nie kupił? A kto ci pilnował dupy, kiedy łysi latali po mieście? Kto ci spacyfikował skinów?

– No…

– No…?

– Przyjaciel…

– Właśnie. Bo od tego ma się przyjaciół. Jest nas trochę mniej, niektórzy musieli przedwcześnie zakończyć swe występy, ale karawana jedzie dalej.

– Mogliście zostawić Franka.

– Niestety. Mafia pamięta. – Kapelusznik ruszył przez pokój, przystanął przy zabitym oknie. – No i właśnie, à propos. Miałeś zająć się kimś jeszcze.

– Zająłem się.

– Czyżby?

– Opinia publiczna za bardzo się nim interesuje. Nie mogę go nagle sprzątnąć. Czeka go proces. Albo wcześniej śmierć w celi.

– A co z gliniarzem, który mnie widział?

– Jest w śpiączce. Ale została jeszcze trzecia osoba. Nie wiem, co z naszym archiwistą Maksem, który zniknął. Masz z tym coś wspólnego?

– Właśnie sobie odpowiedziałeś.

– Czyli zniknął. – Funkcjonariusz przytaknął samemu sobie. – Kto się nim zajmuje?

– Buźka. – Tu kapelusznik wskazał bronią na człowieka z poparzoną twarzą. – Buźce można ufać. Dasz wiarę, że przyjęli go do Biura Spraw Wewnętrznych? Tam naprawdę biorą każdego… – Buźka się zaśmiał. – Zobaczymy, co zrobi z archiwistą. Na razie trzymamy Maksa na czarną godzinę jak tabletkę z krzyżykiem.

– Czy wy go…

– Zrobimy, co trzeba… – zawiesił głos. – Jeśli będzie trzeba.

Policjant skinął głową, ale wzdrygnął się na myśl, co robią, być może właśnie teraz, Maksowi, który pracował na komendzie dłużej niż on. „Trudno – myślał – wtykał nos w nie swoje sprawy zamiast dawno być na emeryturze i grzać się gdzieś na plaży w Grecji”.

– Jestem niewidzialny, rozumiemy się? Nie ma mnie. Zostają po mojej obecności tylko powidoki. Co z tą naszą niebieską gwiazdą. Będzie siedzieć? – spytał zabójca.

– Prokuratora mamy w kieszeni, nad składem sędziów pracuję. Opinia publiczna też chce jego ukarania. W końcu cała Polska widziała nagranie, na którym najlepszy detektyw morduje świadka z zimną krwią.

– Jaki ojciec, taki syn – zaśmiał się kapelusznik.

– Tak że nic nam nie grozi.

– Naprawdę sądzisz, że nic ci nie grozi? – spytał kapelusznik, obracając broń przed twarzą gliniarza. – Skąd ta pewność?

– Bo dawno mieliśmy to zakończyć, obiecałeś już nigdy nie wypłynąć. Czemu wróciłeś?

– Mam swoje powody, żeby to miasto spłynęło krwią. Niedługo się dowiesz. Akcja „Muszla”.

– Co ty pieprzysz? Nigdy ci się to nie uda.

– Z twoją pomocą?

– Kurwa! Miałem dostać awans i przejść na spokojną emeryturę za te wszystkie lata krycia twoich szwindli. Jesteś mi to winien. Jesteś mi winien święty spokój! – Ręce policjanta ciągle drżały.

– Nic ci nie jestem winien. Zbyt wiele lat spędziłem za kratami, żeby wobec kogokolwiek mieć jakiś dług. A już zwłaszcza wobec policji i tego miasta. Wszyscy zapłacą za to cenę, kiedy przyjdzie czas. Zapłaci policja, zapłaci miasto. Wszyscy i każdy z osobna.

– Nie ryzykujesz za bardzo? Wiesz, że ja też mogę cię pociągnąć na dno. – Policjant próbował grać jak równy z równym, ale nawet bez czyjegoś mózgu na twarzy dałby po sobie poznać, że blefuje. Na jego słowa kapelusznik położył mu rękę na ramieniu i pokręcił głową z politowaniem.

– Obawiam się, że jest między nami pewna różnica.

– Gówno prawda. Ty masz coś na mnie, a ja na ciebie – brnął dalej.

– Jak sądzisz, kto szybciej za to beknie? – Schylił się po dwie łuski po nabojach, a potem odsunął nogą martwe ciało. Obrócone na wznak przerażało osmoloną dziurą w potylicy. Kapelusznik przyjrzał się jodełkowej posadzce, po czym znalazł nabój i wydłubał go lufą. Następnie podszedł do ściany, by wydłubać drugi, który utkwił w futrynie. I ruszył w stronę drzwi. – Ty jesteś człowiekiem na stołku, a ja… – zawiesił głos i poprawił nakrycie głowy. – A ja jestem tylko Człowiekiem w Kapeluszu. – I wyszedł.

– Zaraz, chwila, a co z ciałem?! – krzyknął gliniarz.

– Ciało rozpłynie się w powietrzu, nie martw się. I pozdrów żonę! Nie wspominaj jej tylko, że przejmiemy kontrolę nad tym miastem – dobiegło z głębi cuchnącego korytarza.

Nad Toruń nadciągnęły kłębiaste i czarne jak węgiel muszle chmur, przesuwając się z chrobotem po nieboskłonie. Gdy spadł deszcz, ulice Torunia spłynęły węglem, łzami i krwią.

2

„Framuga w jednym miejscu jest wyraźnie przytarta. O, tu. Właśnie w tym miejscu, setki kolejnych gości tego apartamentu odpalało zapałki. Nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby mi fesze nie podpieprzyli na rewizji cameli w miękkiej. Połasili się na fanty, w końcu nie każdy ma chody w składzie celnym, a w sklepie takich nie znajdziesz. Najwyżej jin lingi na mecie, podróby z Białorusi, z kozą zamiast wielbłąda i trocinami zamiast tytoniu. Skurwysyny. Nie żebym palił jak kocioł w cementowni, ale dym mnie uspokaja jak znana melodia, którą puszczam, by się skupić. Na zdarzeniu, na sekcji albo na prowokacjach. Patrzę wtedy, jak tańczy na wietrze. Mogłem znieść obcięcie mundurówek, ale zabrania papierosów, gdy cię sadzają na dołek, skurwysynom nie daruję”. I spojrzał przez lufcik blendy zasłaniającej okno na drugim piętrze. Grzmiało, a deszcz lał się z nieba jak woda z sita.

Usłyszał kroki, choć nikogo nie było w polu widzenia. Wstał odruchowo. „Zawsze trzeba wstawać – myślał – zaraz jak otwierają furtę. Nawet tu, w celi przejściowej”. Usłyszał, jak ktoś zakręcił na palcu pękiem kluczy. Potem wsadzono któryś w zamek, ale nie otworzono go od razu. Wpierw czyjeś oczy zajrzały przez wizjer w obitych nitami stalowych drzwiach. Przeskanowały pomieszczenie, a potem w wizjerze pojawiły się usta i ktoś rzekł chłodno:

– Do ciebie! – Po czym przekręcił mechanizm jednostronnego zamka magnetycznego i drzwi się otworzyły.

Z korytarza wpłynął snop światła, kładąc się na posadzce klinowatym cieniem futryny. W jasny trapez wpisała się sylwetka rosłego strażnika.

– Trzy minuty. Oficjalnie masz zakaz odwiedzin. Wiesz, że mogę za to beknąć, nie? – Starszy sierżant sztabowy Dariusz Kulkiewicz był w placówce starszym oddziałowym. Pracował tu ponad dwadzieścia lat. Jeździł starym punto, lubił hokej i nie spał po nocach. Wyglądał jak nadmuchany Barton Fink. Grube denka od musztardówek spoczywały na wydatnym nosie zajmującym centralną część włoskiej z charakteru twarzy. – Przypominam, że cele mieszkalne pozostają zamknięte przez całą dobę! – Kulkiewicz wypowiadał te słowa już tysiące razy. Obaj wiedzieli, że taka jest litera prawa i porządek rzeczy. Bez względu na to, kto komu wierzy. – A każda próba przekazywania wiadomości na bloku lub przekazywania wiadomości poza mury aresztu zakończy się wpisem do akt, który sprawi, że za tymi murami pognije jeszcze dłużej…

Gdy Kulkiewicz się odsunął, w drzwiach stanął chudszy od niego o połowę aspirant Tomasz Żółtko.

– Nie mamy dużo czasu – rzekł, ściszywszy głos, gdy zostali sami.

– Musisz dotrzeć do prawdy przed nimi, co nie będzie łatwe, skoro jestem po tej stronie krat. – Rosły mężczyzna ubrany był w ten sam trencz, w którym go zgarnęli. Teraz pasował mu bardziej niż kiedykolwiek. – Mam nadzieję, że nie wierzysz w to, co mówią. A mówią, że jestem złem.

– Wiem, że stoisz po właściwej stronie. Bo przecież go nie zabiłeś, prawda?

– Znasz odpowiedź.

Zamilkli na chwilę, a Żółtce stanęły przed oczami sceny sprzed kilku dni. „Brodzki raczej nie miewał skrupułów, ale nigdy nikomu nie wpakował kulki z zimną krwią” – myślał Tomek. „Ani nie poderżnął gardła. Czy możliwe, żeby… Nie! Każdy, ale nie Brodzki”.

– Na razie musimy cię stąd wyciągnąć – rzekł, przerywając niezręczną ciszę. – Wyciągnąć, zanim cię zjedzą.

– Nie wiem, czy dożyję tu do rozprawy. Jeśli ktoś mógł tu wejść i sprzątnąć zabójcę, to co dopiero gliniarza. – Aresztant spojrzał pytająco na Tomka. Błyskawica przeszyła niebo i na chwilę rozświetliła celę. Potem nadszedł dźwięk pioruna i runął na miasto.

– Zaufaj mojej intuicji, detektywie – rzekł Tomek, poprawiając okulary na swoim drobnym nosie. Miał szczupłą twarz. Nie bez powodu Sara nazywała go Harrym Potterem, choć pioruny spadające na miasto nie odznaczyły się mu blizną na czole.

Aresztant westchnął.

– Dobrze, detektywie. Muszę pogadać z żoną i z córką.

– Dagmara i Sara są bezpieczne. Niedługo zabierze je Bryk.

– Bryk?!

– Coś nie tak?

– Nie, wszystko w porządku – wycedził przez zaciśnięte zęby. Jakoś musiał przełknąć nazwisko policjanta z Darłowa, który co prawda uratował mu życie, ale swego czasu przystawiał się do jego małżonki. Te robaczywe myśli pod celą. – I ten chuj, Halicki. Nie ufaj mu, Żółtek. Pod żadnym pozorem nie ufaj komendantowi. Z prokuratorem chcą poprzestawiać w tym mieście wszystkie klocki. A mnie spuścić w kiblu jak klocka.

– Nie damy się. Słuchaj… Może i lepiej, że jesteś odcięty. Tam jest piekło. Niszczą cię. Każdego dnia toczy cię po kawałku medialny rak. Halicki idzie po stołek wojewódzkiego jak po swoje. Musimy go powstrzymać. Trzeba złapać tego, kto nie daje spać ludziom w mieście.

– Jak widzisz, jestem Calineczką w tej śmierdzącej łupince. Nie wiem, czy odnotowałeś.

– Ale wyciągniemy cię z tego! – zaoferował się Żółtko i ścisnął mu po męsku rękę. – Mam też gorszą wiadomość.

– Ach, czyżby…

– Twój pies zniknął. – Dopiero na te słowa Żółtki Brodzki naprawdę spochmurniał. Nie liczył, co prawda, że Szarik niczym Lessi będzie do niego wracać, ale jednak polubił tego czworonoga, który pojawił się znikąd. A teraz donikąd wrócił.

– Zapaliłbym.

– Przywiozłem… Ale zabrali mi na dole, wybacz. Myślisz, że fajek by ci teraz pomógł?

– „Silniejszy lek od bólu?”

Gdy Tomek wyszedł, cela przejściowa zapadła w otchłań ciemności naświetlanej krótkimi błyskami nocnej burzy. Dopiero po minucie, a może po kilku minutach albo po godzinie wzrok aresztanta na powrót oswoił się z mrokiem.

Przeszedł po zimnej celi do przeciwległej ściany i spojrzał w czarne jak smoła lustro. Nie spoglądał w nie do tej pory za dnia, kiedy było jasno. Bał się.

W zwierciadle odbijały się dwa migoczące punkty. Kiedy spoglądał w otchłań, jak mawiał Nietzsche, ona również na niego patrzyła.

Deszcz ustał. Nocne niebo usłane chmurami przerzedziło się na chwilę, wpuszczając między swoje włókna srebrne nici księżycowej poświaty.

Cienie na gotyckich i pruskich murach Torunia zmieniły swój układ jak za sprawą mechanizmu sprężynowego. Ze smolistej nocy wyłoniły się kolejno bramy, załomy, wieże, podcienie, arkady, baszty oraz kolejne metry muru, którego ściany zbiegały się na skrzyżowaniu ulic Fosa Staromiejska i Piekary. Bruk lśnił teraz jak posadzka sali balowej. Tej, w której tańczy się poloneza. Żółtko zwolnił u zbiegu Fosy Staromiejskiej i ulicy Franciszkańskiej i spojrzał za siebie. Księżyc rozbłyskał właśnie pełną mocą, a wydobyte z ciemności ściany aresztu śledczego wznosiły się majestatyczną figurą ku niebu. Choć brzmi to groteskowo, była to piękna budowla. Postawiona według schematu Panoptikonu swoim walcowatym kształtem wbijała się w architekturę Starego Miasta jak trzpień.

„Trzymaj się, psie” – pomyślał Tomek. Spojrzał ostatni raz w ciemne kwadraty przesłoniętych okien, po czym ruszył brukiem w kierunku rozświetlonego neonami placu Teatralnego.

Ulicą Franciszkańską przemknął ktoś w czerwonym płaszczu przeciwdeszczowym. Gdzie indziej, w oddali, zawodził pies.

Człowiek przed lustrem obrócił się do światła i wówczas z ciemności zaczął się wyłaniać jak zeppelin obrys jego twarzy: mocna szczęka, pełne, ale zaciśnięte usta, prosty nos, wysokie czoło i krótkie, zwichrowane, ciemne blond włosy z kilkoma przebłyskami siwizny na skroniach. Naprężona szyja otulona wysokim kołnierzem płaszcza ujawniała napięcie, a zmarszczone czoło – zamyślenie i gotowość do działania.

To właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczył w odbiciu człowieka, który poszedł przez niego siedzieć.

Nazywał się Leon Brodzki i był podkomisarzem z komendy Toruń-Śródmieście. Niebieską gwiazdą, która spadła właśnie z nieboskłonu jak zardzewiały sputnik. Zestrzeliwują takie, kiedy tracą nad jakimś kontrolę. To dlatego od kilku godzin siedział w areszcie śledczym oskarżony o zabójstwo, którego miał się dopuścić w sali przesłuchań.

„Cholera – pomyślał – przecież więźniowie nie giną w areszcie. A gliniarze nie idą siedzieć”. I spytał na głos odbicia:

– Przecież go nie zabiłeś, prawda? – Lecz odbicie nie odpowiedziało.

A potem znów usłyszał kroki, choć nikogo nie było w polu widzenia. I chociaż bardzo nie chciał, powoli się do tej niepewności przyzwyczajał.

Ktoś uchylił lufcik w stalowych drzwiach i wrzucił do celi dwa papierosy. Brodzki od razu poznał swoje camele.

– To będzie dobra noc – rzekł do siebie, sięgając po leżące na posadzce fajki. – Taka w sam raz, żeby umrzeć.

3

Zbrodnia w mieście T.

Reportaż Bereniki Vesper

Część pierwsza

Już widzę te nagłówki w „Fakcie”: „Spóźniła się na roraty: nie żyje”. Albo: „Wszedł do kościoła: poszedł siedzieć”. Kto może mieć powód, żeby podnosić na kogoś rękę tutaj? W mieście pierników, Kopernika i Radia Maryja?

Co przeciętny Polak wie o Toruniu? To miasto nad Wisłą, urodził się tu Mikołaj Kopernik. To tu przed księżmi nie klęczą mali chłopcy, ale czołowi politycy z Warszawy. Wszystko dzięki sanktuaryjno-medialnemu imperium ojca Tadeusza Majbacha. Odkąd do władzy doszła konserwatywna prawica, w pielgrzymkę do Torunia regularnie udają się ministrowie i szefowie przeróżnych komisji. Następna stacja: Toruń. Rząd upada… Znajomi, z którymi rozmawiałam na Saskiej Kępie i Żoliborzu, uważają, że Toruń jest „uroczy”, „pocieszny”, „sympatyczny” i „tani”. To najczęściej używane określenia. Zabawne, ale tymi samymi słowami dzisiejsze singielki opisują mężczyzn z Tindera, z którymi poszłyby na kolację, ale niekoniecznie do łóżka. „Kompaktowy” to ostatni epitet. Pewnie opisuje tych, co zamiast rozebrać kobietę w kółko zmieniają płyty w odtwarzaczu.

Tworząc reportaż o krwawym Toruniu, postanowiłam sama sprawdzić, jak tu jest. Skoro w tym mieście nawet burgery podaje się w pierniku, a kościelne radio puszczają z głośników na dyskotekach, to gdzie tu miejsce na morderstwa? I jaki byłby motyw?

Dochodzę do tego zaraz po tym, jak wysiadam na peron numer 1 o godzinie 23.17. Podróż z Warszawy zajęła mi trzy godziny, miasto wita mnie ulewą. Mijają mnie podróżni ze zbyt ciężkimi torbami, kilku starców, jakich spotkać można gdzieś na wschodzie, ci, co mieszkają w tych rozpadających się domach.

Dworzec jest zimny. Owszem, wyremontowany, zewsząd błyskają niebieskie ekrany informacyjne i uśmiechają się twarze załóg konduktorskich na plakatach, ale jest betonowo, pusto i chłodno. Jak w kostnicy.

Zjeżdżam ruchomymi schodami. Trzeba mieć coś z życia. Jako dziecko jeździłam podobnymi całymi dniami, zwłaszcza w Łodzi, u babci, w domu handlowym Central.

Po chwili wypływam w hali głównej. Myślałam, że dworzec wygląda inaczej, na zdjęciach sprzed przebudowy miał piękne, srebrne kasetony pod sufitem. Teraz jest po prostu czysto. Zbyt czysto.

Kieruję się do wyjścia. Na parkingu wyciągam z kieszeni kartkę z nazwą i adresem hotelu, który mieści się przy ulicy Mostowej. Za plecami mam neon „Toruń Główny”. Chcę zrobić zdjęcie. To wtedy zaczepia mnie para bezdomnych.

Dopiero co wysiadłam z pociągu, a już czuję klimat miasta. Nie czeka na mnie delegacja z koszem pierników, redemptoryści nie śpiewają „Maryjo, witam cię”, budynku nie obstawia Leon Brodzki. Jedynie ten podejrzany duet odłowiony z ciemności jak para kojotów.

Nie są to zwykli kloszardzi, ale młode, brudne, posiekane ćpuny, jakich w Warszawie spotkać można czasem przy WKD Śródmieście albo na Targówku. Odruchowo do wewnętrznej kieszeni marynarki chowam notes, z którym się nie rozstaję, oraz telefon. Wolałabym stracić iPhone’a niż notes. W nim trzymam myśli, bez których znikam jak siwy dym.

– Panna, daj wysłać esemesa! – krzyczy chłopak o aparycji młodego Ernesta Hemingwaya. Zachowuję poprawną pisownię, przytaczając jego słowa, ale mówi niewyraźnie. Jego głos przypomina coś jakby syk przechodzący w szmer.

Nie reaguję, ale nie odpuszczają. Stają się agresywni. Mężczyzna grozi mi rozbitą butelką. Ma w oczach rozpacz, dropsy i nieuregulowane rachunki. To wtedy w mojej obronie staje tamten człowiek.

Jest taksówkarzem. Najpierw słyszę trzask zamykanych drzwi, potem jak spod ziemi wyłania się jego sylwetka. Jest niski, nie było go widać za tym beżowym fiatem 125p. Samochód jak z serialu „Zmiennicy”. Stoją takie czasem u nas przy placu Defilad, z numerem bocznym 1313. Ten ma 02.

Kierowca uprzejmie prosi napastliwą parę o oddalenie się. Mogę państwa zapewnić: jest to najpierwszy dżentelmen w całym Toruniu. Nosi kaszkiet i beżową kurtkę. Używa staromodnego języka i jest niezwykle szarmancki. Szkoda, że nie urodziłam się pięćdziesiąt lat wcześniej, stanowilibyśmy wspaniałą parę.

Negocjuje z nimi chwilę. Kiedy po kilku minutach nadjeżdża Straż Miejska, którą wezwali inni na postoju, pies tropiący wyczuwa u moich nowych przyjaciół narkotyki. Jak się dowiaduję, suczka wabi się Luna i jest laureatką pierwszej nagrody w konkursie dla psów tropiących.

– Proszę się nie wyrywać, bo będzie bardziej boleć! – Strażnik ostrzega Hemingwaya, ale ten za nic ma ich uwagi. Jeszcze nie wie, że to jemu bije dzwon. – Musimy pana zatrzymać, jest pan pod wpływem środków odurzających!

– Narkotyk wypocisz, kurewstwa nigdy! – krzyczy Ernest.

– Kurewstwa i wioski! – dodaje ruda dziewczyna w stylu Franki Potente z „Biegnij, Lola, biegnij”. Siedzi już skuta w środku. Jej słowa są ostatnimi, jakie słyszę na dworcu Toruń Główny. Wsiadam do taksówki.

– Do miasta, panienko? – pyta, znajdując mój wzrok w lusterku wstecznym. Jego oczy skrzą się jak szklane paciorki.

– A to nie jesteśmy w mieście T., panie…?

– Heniu. Heniu Złotówa – przedstawia się i w lusterku widzę jego uśmiech, który wciąż ma w sobie coś męskiego i szarmanckiego. – Miasto, które ma pani na myśli, jest po drugiej stronie Wisły, przez którą za chwilę przejedziemy. Tu jest strona lewa. Rudak, Stawki, Podgórz, panno…

– Vesper. Berenika Vesper.

– Piękne imię. Znałem kiedyś jedną Berenikę. Siedziała za mną na lekcjach i wbijała mi pióro w plecy.

Heniek jest sympatyczny. Nie da się go nie lubić, nic dziwnego, że pracuje jako kierowca. Uberem tacy nie jeżdżą. Gdy zwalniamy przed wjazdem na most, częstuje mnie czekoladą.

Auto podskakuje wdzięcznie na wybojach, silnik pracuje równo, a kabinę wypełnia muzyka. Słyszę dżingiel lokalnej stacji – to Radio GRA, 88,8 FM. Zapowiadają piosenkę „Miasto T.” zespołu Gribojedow. Podobno o Toruniu. Zaczynają płynąć dźwięki.

Chodzenie po mieście wciąga.

Wchodzi w pięty i w krew.

Poranna kawa odbija się zgagą.

Wczorajszy grzech, dziwny sen, topniejący śnieg i miasto,

Miasto T.!

Bardzo lubię patrzeć w Słońce.

Żółta plama pod powieką.

Wracają do mnie przeszli ludzie, przychodzą do mnie z daleka...

Powidok klatek, zapachy piwnic,

Pliska i Wisły, brzeg i miasto,

Miasto T.!

Kupuję to. Myślałam, że Toruń to tylko Republika i Organek. Piosenka da mi pomysł na tytuł reportażu. „Miasto T.” Jak Toruń, jak Twin Peaks. Jak trup. I jak trop.

W środku czuć było welurem i parafiną. Dotykam obicia drzwi. Boże, pachnie jak fotel mojego dziadka! Facet naprawdę kocha ten samochód. Gdzieś pomiędzy dudnieniem deszczu o dach i muzyką rozlega się dźwięk podobny do przesuwania koralikowej zasłony. To mata na siedzeniu kierowcy. Pewnie jest wygodna i poprawia mu krążenie.

Most jest majestatyczny. Zwłaszcza w deszczu, kiedy krople przecinają miriady świateł. To tutaj powieszono jedną z ofiar Heraklita. Dokładnie na środkowym przęśle morderca, który zaczerpnął swój pseudonim od filozofa z Efezu, zamordował chłopaka. Potworna śmierć.

W tym właśnie miejscu zwalniamy. Na moście jest mały zator. Na prawym pasie autobusy komunikacji miejskiej. Pierwszy wyklejony wielką reklamą toruńskiego teatru, na jego boku wizerunki aktorów w groźnych pozach. Drugi autobus, biały, reklamy ma tylko w oknach. Na jednej z nich widzę napis: „Czas jest wspaniałym nauczycielem. Niestety zabija wszystkich swoich uczniów. Hektor Berlioz”.

Przy zwężeniu ulicy ubrany w kamizelkę odblaskową człowiek krząta się przy barierkach. Powinni bardziej zadbać o oznakowanie, ktoś mógł w niego wjechać.

– Ech, ci drogowcy! Jak nie zima ich zaskakuje, to jesień! – pomstuje Heniek. – Niechżeby dali już spokój z tym mostem. Powinni go zamknąć na cztery spusty.

– Panie Henryku, czy to nie tutaj doszło do…

– Pst! – W lusterku wstecznym kierowcy widzę jego strapioną minę. Wskazuje na prawą stronę. W oddali, za ścianą deszczu, wyłaniają się pięknie podświetlone kontury panoramy Starówki. – Mury tego miasta pamiętają każdą kroplę krwi.

– Czy wie pan coś na ten temat? – pytam najsubtelniej, jak się da. Nie jest to sytuacja, w której miałabym kogokolwiek kokietować, zresztą nie cierpię tego robić. Tym bardziej że taksówkarz patrzy na mnie jak na dawno niewidzianą wnuczkę.

– W domu powieszonego lepiej nie rozmawiać o sznurku. – Nie jest zbyt chętny do rozmowy na ten temat, ale nie odpuszczam.

– W telewizji słyszałam o detektywie Leonie Brodzkim. Ponoć…

– Skręcamy teraz w ulicę Ślimak Getyński! – przerywa mi. Auto miękko hamuje, by przepuścić bezdomnego na pasach. – Po lewej mijamy alpinarium. Park wziął nazwę od rodzaju nasadzonych roślin, które znaleźć można w Alpach. Upodobali je sobie zwłaszcza leśni ludzie. Jak dżentelmen, którego właśnie mijaliśmy. Młodzież mówi na to „żulasik park”. – Udaje, że nie słyszał pytania. Dlaczego? – Po lewej, u góry, widzi panienka, Krzywa Wieża. Teraz dojeżdżamy do Wisełki i w lewo z pierwszeństwem. Wie pani, że tu niedawno woda podeszła? Cały ten parking – wskazuje na budkę wartownika z prawej – metr pod powierzchnią, uwierzy panienka? Podobno od tego czasu firmy ochroniarskie wysyłają wszystkich na kursy pływackie.

Jego głos jest wesoły i niezwykle uprzejmy, ale jego świecące oczy mówią wiele o tajemnicach, jakie skrywa to miasto. Nie chcą się tu nimi dzielić z przyjezdnymi, tak jak rodzina nie opowiada wszystkim wokół o swoich tragediach. Twarz Henryka migocze w snopach światła wpadających do kabiny jak na filmie puszczanym w kinie ze starej taśmy.

Gdy suniemy Bulwarem Filadelfijskim, obracam się, by jeszcze raz spojrzeć na most. W nocnej ulewie wygląda jednak bardziej przerażająco niż majestatycznie. Jak szeroka szubienica. Wzdrygam się na myśl o dyndającym na nim umrzyku. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdybym wpadła z niego do wody. Wisła jest teraz czarna jak kałamarz, trupia.

– A tutaj – kontynuuje taksówkarz – wie panienka, były kiedyś tory. Zanim betonem zalali, co tu widać na prawo, to wcześniej, dawnymi czasy, tory się ciągnęły aż do Portu Drzewnego. Pociągi towarowe jeździły, aż miło. Ale były i przykrości. Dziecko małe, ojca jego znałem, bawiło się bączkiem, na tych torach, jak pociąg nadjechał. Rano znaleźli tylko dłoń z cukierkiem, irysem. Straszne rzeczy…

Czy jest jakieś miejsce, gdzie nie doszło do żadnej tragedii? Na to retoryczne pytanie nie zdążę sobie odpowiedzieć, bo kierowca kontynuuje:

– Skręt w Bramę Mostową. Prawda, że jak szachowa wieża? No, i tu, po lewo, Spichrz. Kiedyś była fabryka. Wybuchł pożar i sześć dusz poszło do nieba. Okna były zakratowane, kobiety nie mogły w dymie wyjścia znaleźć. A tu, z prawej, „Stara Babcia”, jedna z najstarszych gotyckich kamienic w mieście.

– „Stara Babcia”?

– Lokal dla młodzieży. Ponoć przepiłowane na pół książki tam mieli, żeby weszły im na półkę. Ozdoba taka.

– Ostatecznie lepsze książki niż trupie czaszki… Ale wracając do pytania. Czy…

– Też z dymem poszło – kontynuuje. – Kopciło, aż miło. Teraz młodzi się do tego wzięli, może coś tu zrobią z sensem. Jakąś klubokawiarnię chociaż.

– Chyba już mi pan naświetlił historię miasta – ucinam. Chciałam posłuchać o trupach w Toruniu, to mam.

– Jak rozumiem, lubi pani sensacyjne historie. Gazeta czy radio? – pyta. Auto zatrzymuje się przed hotelem „Pod Orłem”. Dopiero teraz się orientuję, że z całego tego zaaferowania nie powiedziałam kierowcy, dokąd chcę jechać. Elewacja tego najstarszego hotelu w mieście robi większe wrażenie na żywo niż na fotografiach.

– Skąd pan…

– Podczas postoju na dworcu człowiek ma dużo czasu. – Odwraca się do mnie i uśmiecha. – Obserwuję przyjezdnych. Cały rozkład jazdy mam w głowie. Gdy wysiadła pani z pociągu, do nikogo pani nie dzwoniła ani nie pisała. Czyli nikomu nie musiała pani meldować, że dojechała bezpiecznie. Po tym miarkuję, że to podróż służbowa.

Przytakuję.

– Widziałem, jak chowa pani notes, a adres zauważyłem na kartce, którą pani trzymała. Mówią na mnie Ostatni Mohikanin. Gdybym miał drugie imię, brzmiałoby – tu pokazuje na swoją twarz i śmiejąc się, dodaje: – Sokole Oko! Nie wypuszczała go pani z rąk. Jeśli w tym wieku, a młoda pani jest, nie używa pani komórki i internetu do notowania takich rzeczy, to znaczy, że jest pani tradycjonalistką z nawykami, jak ja. Pewnie od zawsze lubiła pani pisać na papierze i zakładam, że dalej pani lubi. Zapewne zajmuje się pani pisaniem. Pisaniem o Leonie Brodzkim.

– Ja… To nie tak, panie Henryku.

– A jak? Jest pani młodą i sympatyczną dziewczyną. Po co pani takie smutne historie?

– Już nie taką dziewczyną – próbuję zgrywać kogoś innego, ale to bzdura. Każda kobieta lubi się odmłodzić.

– To nie jest temat dla pani. Dla nikogo zresztą.

– Zna pan Leona Brodzkiego?

Henryk wzdycha i gasi silnik. Auto stoi w cichym stukocie deszczu, a jego reflektory oświetlają szczyt ulicy – budynek z dwiema pnącymi się ku górze kolumnami, na których stoją dwie figury. Nie mogę dostrzec, co symbolizują, początkowo wydaje mi się, że to ślepa Temida, ale chyba jednak nie. To coś alegorycznego.

– To dobry człowiek. Proszę nie wierzyć w to, co o nim mówią, panienko.

– Mówią, że zabił człowieka. To policjant. Powinien być nieskazitelnie czysty.

– Jak można być nieskazitelnie czystym, angażując się w pracę tak, jakby się brodziło po pas w błocie? W pracę policjanta czasem wpisane jest zabijanie złych ludzi.

Zastanawiam się, czy to od tego Brodzki wziął nazwisko. Pierwszy raz jego obca postać zdaje mi się ludzka. Trwa to jednak nie dłużej niż sekundę.

– Panienka chyba nie lubi policjantów, racja to? – pyta. Skąd wiedział? Czy czytał gazety?

– Skąd go pan zna?

– Znam go od małego. Znałem też jego ojca. Byłem przy tym całym… Widziałem, jak jego ojciec zginął, i byłem na pogrzebie. Umierają mi ludzie – rzekł Henryk, przypatrując się kołnierzykowi mojej białej koszuli.

– Co pan ma na myśli, mówiąc „przy tym”?

– Przy łapaniu Heraklita. Tym wozem żem go gonił.

„W porządku – myślę – chyba już czas, żeby pan starszy poszedł spać. W wiele rzeczy bym uwierzyła, ale nie w to.

Dowiedzieć się czegoś tutaj jest trudniej, niż przypuszczałam. Tutaj, w mieście T. W mieście ślepej Temidy. I trupów”.

„Stop”.

4

Śmierdział śmiercią i wiedział, że krew w końcu z siebie zmyje, ale jej zapachu – nigdy.

Wybiegł prosto na deszcz. Potknął się za wysmarowanym graffiti murkiem o niewinnie wystającą kostkę brukową, jęknął w powietrzu, po czym runął na ulicę jak długi. „Dlaczego, kurwa, dlaczego ktoś mi dłubie gwoździem w wątrobie” – pytał siebie w myślach. „Dlaczego po trzech dekadach na komendzie ktoś wkłada mi kij w szprychy? Mnie, komendantowi komisariatu Toruń-Śródmieście Gromosławi Halickiemu?!”

I nagle zapragnął szybko znaleźć się w łóżku, obok żony, Zofii, która zrobi mu herbatę, kanapki z pieczenią, taką od sprawdzonego dostawcy. A potem poczuje ciepło żony, jej zapach i zaśnie.

Nie udało się. Na myśl o jedzeniu zwymiotował.

Nawierzchnia pachniała kwaśnym deszczem. Jego ostre strugi zmyły z twarzy gliniarza kolejne fragmenty rozerwanych tkanek obcego, ludzkiego ciała i teraz, gdy leżał z głową w dole, krew napływała mu także do ust i oczu. Zacisnął je, jak ktoś śniący na jawie najgorszy koszmar, i wziął głęboki oddech. Bodaj nigdy nie brał głębszego. Chciał się szybko otrząsnąć, ale podźwignięcie na nogi nie przychodziło łatwo. Lata służby robiły swoje. Długi, przemoknięty płaszcz z każdą kroplą deszczu bardziej ciągnął do ziemi, a nogi były ciężkie jak z ołowiu, a może jeszcze cięższe – nabite aktynem lub plutonem. Oparł się wreszcie o maskę żółtego poloneza trucka i z nie lada trudem stanął na nogi.

Krótka uliczka była ciemna. Gdyby ktoś wyjrzał teraz z kamienicy przez okno, zobaczyłby czerwonego upiora o obłędnym spojrzeniu i pokracznej sylwetce. Ale nie wezwałby policji. Nie zrobiono tego przecież nawet po dwóch strzałach z broni krótkiej. Bo Bydgoskie było specyficzną dzielnicą, i ulica Lindego też.

Nie tak dawno chłopak z dwoma i pół promilami na wydechu wbił ojcu korkociąg w oko. Pod sto dwanaście nie od razu chcieli przyjąć zgłoszenie, bo nie byli pewni, czy ktoś ich nie wkręca. Prokurator Giżycki zakwalifikował to pod artykuł sto pięćdziesiąt sześć, paragraf trzy kodeksu karnego, czyli spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, które doprowadziło do śmierci. A wszystko przez alkohol. I wcale nie chodzi o zaburzenie świadomości. Tanie wina z supermarketów nie są leżakowane, tylko stoją w kartonach. W butelce, która nie leży, korek wysycha. Chłopak złapał szyjkę butelki, pociągnął za korek, a ten po prostu się skruszył i ręka z korkociągiem wystrzeliła. W ten sposób syn wbił się ojcu w pamięć.

Policjant podniósł twarz ku jedynej działającej latarni i poczekał, aż deszcz zmyje z niego ostatnie minuty. Niestety, nawet potężna natura nie miała takiej mocy sprawczej.

Poczłapał resztkami sił w górę i przeciął Słowackiego, drepcząc ku biało-czerwonym neonom stacji benzynowej sieci Lukoil, gdzie zaparkował swojego citroena. Długo majstrował przy stacyjce, nim roztrzęsionymi rękami trafił w nią kluczykiem.

W domu w Łysomicach był pół godziny później. Miał czerwoną falę, ale nie zatrzymał się na żadnym ze skrzyżowań.

Wódka nie pomogła zapomnieć, ale na chwilę przytłumiła jego zmysły.

Siedział skulony i przemoczony, z butelką amundsena w ręku. Na tym samym skórzanym fotelu co zawsze, pod tym samym porożem jelenia na ścianie, w tym samym eklektycznym salonie w kolorze brązów i beży. Trzeba się było mocno postarać, żeby tak bez gustu urządzić to miejsce, ale komendantowa miała tę rzadko spotykaną supermoc obracania rzeczy w kicz. Przy czym był jeden człowiek na świecie, który – jak się zdawało – nie dostrzegał problemu, a człowiekiem tym był jej mąż. Z Gromkiem, jak na niego mówiła, poznali się w radiowozie, pechowo zatrzaśniętym przed komendą. Zdaniem sąsiadów pani Halicka z wiekiem przeistoczyła się w sukę. Sukę od krasnali ogrodowych. Gdy pioruny rozświetlały nocne niebo, figurki przed ich domem w Łysomicach wyglądały upiorniej niż mordercze klauny.

Halicki resztkami świadomości zaplanował, co zrobi kolejnego dnia. Usunie krety, rozmówi się w pałacu z prokuratorem Giżyckim, starym wygą z dawnych czasów, z którym niejedną wódkę w „Słonecznej” przy Kraszewskiego wypili. W milicyjnej knajpie, do której wchodzili tylko gliniarze. I jeden człowiek bez blachy z obstawą. Ten, który omal go dziś nie zabił. To tam wykonano zdjęcie, dowód, o którym mówił kapelusznik. Czarno-białe widmo przeszłości. Fotografię z całą toruńską ferajną. Mundurowymi, mafiosem, prokuratorami, pomagierami i dwoma chłopcami na posyłki. Tak, porozmawiam z Giżyckim.

W fotelu znalazła go żona. Nie pierwszy raz przynosił robotę do domu.

Należała do tego typu kobiet, które wspierają i nie zadają pytań. A potem, po trzydziestu latach, dowiadują się, że mąż był na przykład mafijnym bonzem karmiącym psy ludźmi. Jak słynny Ślepy z Budyniowic. Potrafił poderżnąć gardło ochroniarzowi na swoich urodzinach, odczekawszy, aż ten odśpiewa sto lat. Wpadł, bo jego żołnierze nie połasili się na samochód po dwóch zamordowanych biznesmenach z Tucholi. Zamiast go spalić, sprzedali na części. Ktoś rozpoznał felgi na szrocie i po nitce kryminalni trafili do kłębka. A raczej do żmijowiska.

Tego wszystkiego Zofia jednak nie wiedziała. Nakryła tylko męża kocem w tygrysie cętki, uchyliła okno i wróciła do siebie.

Gromek zasnął czerwony od krwi. Ciężko ocenić, w jakim stopniu czerwień pochodziła z krwi zwłok, a w jakim była jego własną czerwienią płynącą od zawsze w jego amoralnej duszy.

5

Z bazy zaginionych:

Sprawa nr 03-0373

Zdzisław Galeski

Aktualny wiek: 62 lata

Data zaginięcia: 1980/12/12

Wiek w dniu zaginięcia: 27 lat

Wzrost: 185 cm

Kolor oczu: niebieskie

Znaki szczególne: głębokie zakola (początkująca łysina)

Ostatnie miejsce pobytu: Toruń

Kraj: Polska

6

W hotelu zawodził monitoring. Za drewnianą recepcją z wysokim, wytartym blatem migał ekran podzielony na sześć kwadratów. Widok z kamer przewijał się jak na starej kasecie VHS.

W hotelu nie było restauracji. Tylko setki starych fotografii i obrazów. Zagrodzone łańcuchem zejście do piwnicy, przepiłowane, wpasowane w ścianę pianino i znów te fotografie. Z lat dwudziestych, trzydziestych, pięćdziesiątych.

Ruszyła w kierunku wąskich drzwi.

– To nie winda – uprzedził recepcjonista. Miał długie, przerzedzone ciemne włosy i przydużą białą koszulę. W lustrze za nim odbijał się ekran jego monitora. Na tapecie była okładka którejś płyty Iron Maiden. – Nie mamy windy. Tu była kiedyś centralka telefoniczna. To był pierwszy w Toruniu hotel z własną centralką. Taki… zabyteczek.

– Czy ktoś jeszcze jest w hotelu?

– Oczywiście, całe tłumy! – zapewnił, ale po chwili się roześmiał. – Nie. Tylko pani. Ostatnio ludzie boją się tu przyjeżdżać. Bo niby mordują… A to przecież bzdura!

– Dziękuję panu. Dobranoc! – Uśmiechnęła się. Lubiła ludziom życzyć dobrych snów. Jej dziadek zawsze mówił, że najważniejsze to się dobrze wyspać. Gdyby się wszyscy dobrze wysypiali, nie byłoby wojen.

– Pani również, pani Bereniko.

– Masz, pościeraj kurze, jak chodzisz – usłyszała na półpiętrze. Z głębi pierwszego piętra nadchodziła para starszych ludzi w hotelowych uniformach. Nie wyglądali, jakby dokądkolwiek im się spieszyło. On postawny, z mocnymi włosami i krzywą przegrodą nosową. Ona – o urodzie Krystyny Loski z tlenionymi lokami.

– Na razie stoję, Izabelo!

– Ja ci daje ścierkę, żebyś miał jakiś sens w życiu, ruszaj się!

„Co za galeria osobliwości” – pomyślała Berenika. „Czekać tylko, aż konsjerż zjawi się we fraku przyciętym na wzór chrabąszcza i krzyknie: «Siodłać konie!», a w drzwiach stanie prosty jak linijka stangret z bukietem hortensji”.

Zatrzymała na chwilę tę nostalgiczną myśl. Nie wiedziała, że tego dnia w hotelu nie spotka już nikogo.

Pokój numer siedemnaście przywitał ją bez objęć. Był przytulny, ale pusty. Taki, jak lubiła.

„Co mnie tu przygnało” – myślała. Błyskawice w głowie mieszały się z tymi za oknem. Lubiła obserwować świat przez szybę – auta, latarnie, ludzi. Odzwierciedlało to trochę jej naturę. Gdy mieszkała kiedyś na Ursusie, każdej nocy nisko nad głową przelatywały jej samoloty. Jak Heniek znał rozkład jazdy pociągów, tak ona znała rozkład lotów. Gdy przeniosła się potem na Żoliborz, z okna przy placu Wilsona widziała taksówki, tramwaje i autobusy.

Tu z okna hotelowego widać było tylko czerń.

Otworzyła macbooka. W folderze „Miasto T.” wyszukała zdjęcie kupione od Polskiej Agencji Prasowej. Przedstawiało wieżę Ratusza Staromiejskiego, wysoką, czerwonoceglaną, z tarczami zegara u szczytu każdej ze stron. Na samej koronie stała niewyraźna sylwetka mężczyzny. Fotografia była pionowa, reporter zdołał uchwycić w kadrze dwie postaci. Tym drugim była odrywająca się od korony wieży sylwetka człowieka w policyjnym mundurze. To był Brodzki. Wyciągał ręce w kierunku tego drugiego, ale Berenika nie była w stanie ocenić, czy te dłonie skoczka próbowały złapać, czy też właśnie go puściły. Drugi policjant, który spadł, przeżył, bo Straż Pożarna rozstawiła na ziemi skokochron. Jednak niedługo cieszył się życiem.

Berenika odpaliła plik wideo: vid_areszt_brodzki_zab.mp4.

Nagranie obiegło dziś media w całej Polsce. Słabej jakości zapis z monitoringu w sali przesłuchań aresztu śledczego w Toruniu. Człowiek przypominający Leona Brodzkiego, trzymając prawą ręką długi, wojskowy nóż, podcina gardło aresztantowi, Kosmie Góreckiemu. Temu samemu, który spadł z wieży, i temu samemu, który nazywał siebie Heraklitem.

Wyjęła z marynarki notes, chwyciła granatowego parkera i zapisała:

Czy miał motyw? Zemsta.

Czy mógł zabić? Operował bronią. Mógł, bo już zdarzało mu się zabić. Ile osób zabił wcześniej?

Czy mógł zabić z zimną krwią, licząc się z konsekwencjami?

Czy mógł sądzić, że nie ma tam monitoringu? Oczywiście, musiał wiedzieć.

A zatem… Zemsta? Bo zabito mu ojca i porwano córkę?

Jakim człowiekiem jest Leon Brodzki? Do ustalenia.

Winny. Niewinny. Winny. Niewinny. Nie wiem.

Wiem.

Bzdura. Nie wiem.

Zamknęła notes i schowała go do torby.

Lubiła brązowe, skórzane torby. Wieszała je w mieszkaniu na klamce, ale wciąż stamtąd spadały. Większość z nich była „zdobyczna” i za żadną nie dała więcej jak dwie dychy. Torba to ważny element wyposażenia w pracy dziennikarskiej. I kobiecym życiu. Niech rzuci kamień pierwsza, która nie ma swojej czarnej dziury przewieszonej przez ramię.

Kiedyś nosiła zielony plecak marki Kanken, prezent z Berlina, od swojej pierwszej miłości, pamiętna majówka. Po studiach wciąż wyglądała z nim jak uczennica liceum. Kilka niewybrednych uwag sprawiło, że wrzuciła go do szafy.

Jej torby były najczęściej duże. Żeby mogła wrzucić do nich wszystko, co potrzebne w robocie. Wszystko, co się przyda podczas akcji reporterskiej. A więc dużo kieszonek, symbol samoorganizacji, która odezwała się do niej po publikacji jej pierwszego dużego tekstu. Pisała wtedy o posłance, którą pobił mąż. Wtedy kieszonki stały się ważne, bo zaczęły się wyjazdy. W osobnej dyktafon – gdyby rozładował się iPhone, z którego wszystko trafia od razu do chmury. „Ale dyktafon – myślała – to coś jak pióro”. Olympus, do którego kaset prawie nie można dostać, więc zajeżdża w kółko te same. Dalej długopis z dyktafonem i kamerą, gadżet od Sylwii z redakcji. Ładowarka, dwa powerbanki, klucze do mieszkania i auta – nieporęcznego opla tigry w kolorze czerwonym. Chusteczki nawilżane, te dla niemowlaków, bo najmniej chemii. Portfel, długi i gruby, za gruby – przez wizytówki i paragony, które obsesyjnie zbiera. Szczoteczka elektryczna i mała pasta. Chciała kiedyś opatentować szczoteczkę z podajnikiem pasty w środku, ale podobno zrobili to już w Japonii. Miała zresztą wiele pomysłów na takie gadżety. Jak aplikacja walkman, która spowalnia piosenkę wraz rozładowywaniem się baterii w komórce. A wracając do zawartości torby: jeszcze plastry w biedronki z Ikei i notes z kontaktami. Spisała je kiedyś, gdy telefon wpadł jej do jeziora.

Dlatego Henryk miał rację. Była tradycjonalistką.

Poszukała torebki z zestawem bibułek, filtrów i tytoniu, po czym na stoliku przed lustrem naprędce skręciła papierosa. W odbiciu było tylko pół jej twarzy. Drugie pół zostało w stolicy. Odbity, lewy kącik ust unosił się naturalnie. Mały nos był przyozdobiony przez pieprzyk przy oku. Włosy miała ciemnobrązowe, lekko kręcone, opadały jej na ramiona, lekko łaskocząc skórę. Ciemnozielone oczy były radosne, jakby się uśmiechały, idealnie pasując do ust. „Tyle wrodzonej radości na twarzy, a taki ogrom smutnych doświadczeń” – pomyślała. Babcia mówiła na nią „rojber”, co w gwarze poznańskiej znaczy mniej więcej tyle co „nicpoń”. To za sprawą zawadiackiego spojrzenia i psot, którymi raczyła wszystkich dokoła od najmłodszych lat. Tak, to spojrzenie towarzyszyło jej przez całe życie i o czymś istotnym świadczyło. Tak jak nazwisko, które ciągnęło się w jej rodzinie od dwóch pokoleń, jako spadek po babci, która dała się uwieść bogatemu handlarzowi z Amsterdamu. Mężczyzna ją potem zostawił, tak jak jej matkę zostawił jej ojciec. Nazwisko było dźwięczne i sprężyste, lubiła je, ale było jak pusta kaloria. Odsyłało to dziedzictwa, które nie istniało. Co innego imię. Imię lubiła bardzo. Nie wiedziała czemu, ale zawsze czuła, jakby dodawało jej odwagi. Ubrana była dość minimalistycznie. Biała koszula, trochę przyduża marynarka vintage z podwiniętymi mankietami sięgająca za pośladki, grafitowe, wąskie, spodnie w kant nad kostkę. Nie miały szlufek, więc końcówka brązowego skórzanego paska zawinięta była przy klamrze. Ze względu na figurę praktycznie każdy pasek był na nią za długi. Była bardzo szczupła, przy swoich stu sześćdziesięciu siedmiu centymetrach ważyła czterdzieści siedem kilogramów. Na pierwszy rzut oka zestaw był zwyczajny. Dopiero przyglądając się, wprawny obserwator mógł zauważyć ledwie widoczny haft na tylnej kieszonce spodni oraz na kołnierzyku koszuli, o treści carpe diem, wyszyty jak za jednym pociągnięciem pióra.

No i buty. Były jej słabością, podobnie jak torby, jednak na nie była w stanie wydać naprawdę dużo, tyle, na ile nie było ją stać. Wychodziła z założenia, że ciuchy nie mogą przykuwać uwagi, ale buty? To fundament ubioru. Dlatego to, co zaoszczędziła w ciucholandzie, wydała na skórzane botki ze zdobieniem brogue. Recepcjonista spał, gdy na kineskopowym monitorze marki Sanyo widać było przemykającą korytarzem bosą dziewczynę. Ekran zamigał kilka razy, więc i Berenika przebiegła tą samą drogą jakby trzykrotnie.

Deszcz ustał. Pod zieloną markizą hotelu było nieco chłodniej. Paliła powoli i oszczędnie. Skracając to lewy, to prawy brzeg bibuły zasilała powietrze aromatem wiśni, który mieszał się tu z parującą z bruku wodą i zapachem ozonu po burzy.

„O czym teraz myślisz, detektywie Brodzki” – zapytała samą siebie. Zaciągnęła się ostatni raz, spojrzała w niebo, a potem zniknęła w drzwiach budynku. Biały neon nad wejściem zgasł.

Na monitorze znów przeszła trzy razy. W połowie trzeciego przejścia ekran przeskoczył i Berenika rozpłynęła się w powietrzu razem z połową swojej twarzy.

7

– Cela, pod ścianę! – rozległo się za drzwiami. Znów ta sama sekwencja: wizjer, szczęk klucza.

W wejściu nie pojawił się jednak strażnik Kulkiewicz, tylko inny aresztant.

– Powiem ci, jak tu jest, bo ty chyba nowy. A ja już swoje siedziałem – zaczął, rzuciwszy klamoty w reklamówce na drugą pryczę. Był średniego wzrostu, miał na głowie beret w romby. Twarz dość szczupłą, charakterną, z nieregularnymi zmarszczkami po lewej stronie. Zelówka bardziej starta w lewym bucie, różne długości sznurówek.

– Za co? – Brodzki bawił się papierosem za uchem i nawet nie patrzył na nowego gościa. Ktoś o takim wyglądzie nie przyszedł tu raczej, żeby go zabić. Chyba że swoim zapachem. Była to mieszanina wędzonych wędlin, papierosów i leków.

– Włamy. Bloki na parterze, no, wiadomo. Mówią mi Spider! Szufla! A ty kto?

– Szpieg z krainy deszczowców. – Leon nie miał zamiaru bratać się z przestępcą ani przyznawać, że jest policjantem. I tak lada dzień wszyscy będę wiedzieć. Pozostawało cierpliwie czekać, aż ktoś go wyciągnie z tej pułapki.

– Też dobre. – Złodziej nawet się nie zająknął. – Który raz jesteś?

Brodzki odpowiedział środkowym palcem.

– Tyle ci wchodzi, co? – Spider nie przestawał gadać, sprawiał wrażenie nadpobudliwego. – Pewnie chcesz wiedzieć, która to moja dola.

– Po czym wnosisz?

– To nie jest mój pierwszy wyrok. – Złodziej nie czekał na zachętę do opowieści.

I bez tych wyznań Brodzki widział kątem oka gębę złodzieja, a na tej gębie całą kartotekę. Miał tę zdolność rozpoznawania ludzi po spojrzeniu. Wierzył, że ludzkie sumienie zapisuje się na obliczu – w oczach, uśmiechu – jak ryt na kamiennej tablicy.

Tymczasem Spider włączył tryb „gawęda” i zamienił się w hrabiego Aleksandra Fredrę.

– Ja praktycznie na okrągło siedzę, a stoję bardzo krótko, uważasz – zaśmiał się.

– Nie wiedziałem, że wsadzają do przejściowej komików.

– Zacząłem od poprawczego. Potem było z górki, i tak w koło Macieju.

– Ale pracujesz nad sobą?

– Na mnie resocjaliza chyba nie działa…

– Skąd taki wniosek? Radzisz sobie całkiem nieźle – próbował ironizować Brodzki.

– Mowa. Ale tu nie jest tak źle, wiesz?

– Co ty nie powiesz?

– Ale i nie ma człowieka, co by powiedział, że jest dobrze.

– Czyli taka, uważasz, różnica zdań? – Teraz Leon próbował go dla odmiany przedrzeźniać. Odliczał sylaby i głoski, które dzielą go od obicia sąsiadowi gęby.

– Zależy, jakie zapatrywanie masz na sprawę. Jest pobudka, apelik, śniadania, spacerek, krzyżówki, robota czasem albo i R2, jak się uda, uważasz, na zewnątrz. Nie musisz się martwić czy starczy do pierwszego. No i „doktór” robi „kontrol”. Można żyć. Tylko powietrze inne.

– Rozumiem, zapach wolności.

– Bzdura. W celi śmierdzi. Nie każdy się zawsze myje, różne rzeczy się dzieją z ciałem, uważasz… Można przywyknąć, ale niektórym by i kärcher nie pomógł. Ratunek, jak taki na rozprawę znika. Można przewietrzyć. Aż wróci, i wtedy znowu klimatyzator idzie.

– Powinieneś napisać książkę. W zeszycie w kratkę.

– Widzenia, uważasz, majster, w środę i niedzielę. W niedzielę wolne, no to i ludzie mogą dojechać, nawieźć fantów, a jak się uda, to i coś tu podrzucić ekstra.

– Na przykład pilnik?

– A co ja mam robić, manicure? – Trzeba było oddać facetowi, że potrafił śmiać się głośno i serdecznie. – Jakieś ciasteczko z haszem, kolorowe kredki, rozumiesz…

– Bracie. Nawet nie wiesz jak.

– Godzinę widzenie masz. Ale jak będziesz, uważasz, bracie, dobrze się sprawował i rokował z charakterem, z okna krzyczeć nie będziesz, bo dają za to paragraf do opinii, bo oni tu oczy w każdej ścianie mają, bracie, to w nagrodę przedłużenie może być widzenia. Papier wysmarować do dyrektora, że taka a taka, uważasz, prośba serdeczna i może się udać, kto wie, jak pod Bogiem poprosisz? A może nawet i bez dozoru dadzą, kobitka przyjdzie, eee… he, he! – Pokiwał ramionami na boki, dając do zrozumienia to, co było oczywiste, zanim otworzył usta. – Będą też scenki.

– Scenki?

– Pozyskiwanie umiejętności pozytywowych, tak to nazywają.

– Pozytywnych.

– I uczysz się, jak podziękować, przeprosić. Przydatne rzeczy. W sumie taka powtórka.

– Tylko nie, kurwa, powtórka.

– Że co mówisz, bracie?

– Kurwa, nie jestem twoim bratem.

– Chłopie, oszczędzaj nerwy. Przydadzą się, jak szlauchem po dupie dostaniesz albo wiewiórka po drogę do dziupli zapuka.

– Nikt do mnie nie będzie przychodził. Im mniej rodziny, tym lepiej, bo mniej telefonów.

– Tak jest, kobiety skrzypią jak skrzypce, gdy tęsknią, mowa, bracie!

I ucichł na chwilę. Przeszedł się kilka razy po celi, wyraźnie kulejąc, potem usiadł na pryczy. Sprawdził jej miękkość, obejrzał jak stolarz blat po heblowaniu, w końcu opadł na wznak i głęboko westchnął.

Jakiś czas spędzili w ciszy spowitej zapachem wędlin i papierosów. Może były to minuty dwie, może sześć, a może uzbierała się godzina. Brodzki patrzył pod światło na ostatniego camela, który mu pozostał.

– Wiesz... – zaczął innym tonem Spider. – Przepraszam, że tak od wejścia kłapałem jak bocian.

– W porządku. Ściany mniej mówią, a cisza bywa nieznośna. Tak jak czekanie.

– U mnie to gadanie, uważasz, to z nerwów. Ja po prostu nie lubię domykania drzwi, odkąd wiem, że mam raka. Boję się, że umrę podczas snu.

– Raka? – Brodzki pierwszy raz odwrócił się w jego stronę. – Przykra sprawa. Które stadium?

– Czwóreczka, bracie. Kareta. Trzusteczka.

– Przykro słyszeć.

– A uważasz, bracie, jakby czas stał w miejscu i to nie lata by szły do przodu, tylko data urodzenia się cofała?

– Bo przeszłości jest coraz więcej? – mruknął Brodzki.

I nagle hipoteza na temat sprawcy zbrodni, za którą siedzi, zaczęła fermentować mu w głowie.

A później ogarnął go popłoch. Przestraszył się, że już nigdy stąd nie wyjdzie, że nie zobaczy córki ani żony. Żółtko zapewnił go, że Sara i Dagmara będą bezpieczne, ale, cholera, wiadomo, jak działa policja w tym mieście. „Kto da gwarancję?” – pytał samego siebie. „Nikt nie ma prawa rujnować mi życia” – myślał. „Muszę znaleźć tego skurwysyna i zakończyć to raz na zawsze.

Jak długo będą mnie tu trzymać?”

W depozycie zabrali mu rzeczy. Pasek i sznurowadła, żeby nie próbował się powiesić. Nie pomyśleli natomiast, że w celi jest metalowy wieszak, który można bez problemu złamać i zrobić z niego sztylet. To dlatego nie miał zamiaru zmrużyć dziś oczu. Zabrali mu też paczkę cameli, naziści!

Wiedział, że zanim trafi do normalnej celi, najpierw umieszczą go w celi przejściowej, zgodnie z wewnętrznym regulaminem placówki, ale nie dłużej niż na czternaście dni. Przejdzie potem proces przysposobienia przed kontaktem z innymi więźniami, ale całe szczęście, że cele są zamknięte, a na spacerniaku każdy chodzi sam. Wiadomości też trudno przekazywać, bo w drzwiach nie ma krat, tylko blacha. Potem zbadają zdrowie.

Jednostka przeznaczona jest głównie dla tymczasowo aresztowanych i skazanych. I dla młodych, i dla recydywy. W sumie sto pięćdziesiąt jeden dusz przebywających tu na czas czynności procesowych, które odbywają się przed sądem. Budynek sądu jest po sąsiedzku, więc na tak zwaną „wokandę” – jak więźniowie nazywają wizytę w sądzie – trafia się bez konwoju. Ale tymczasowi też mogą długo grzać cele – czasem sprawa się ciągnie nawet i pięć lat.

A siedzą za różne rzeczy. Wypadki, kradzieże klaserów ze znaczkami pocztowymi, alimenty, ale i zabójstwa. Nie ma tu tylko prawdziwych bestii ani najgroźniejszych osadzonych. Do tej ostatniej grupy zaliczany jest Brodzki. Tak przynajmniej uważa Naczelnik. Tak uważają Halicki, prokurator Giżycki, media…

„Wiem – myślał teraz na pryczy – że w najlepszym wypadku pozwolą mi wyjść, ale wizja ta jest chyba nierealna, dopóki prokuratorem jest Giżycki. Gdyby tylko ktoś pozwolił mi złapać skurwysyna… W gorszym układzie czeka mnie proces i udział w programach resocjalizacyjnych Kurator sądowy, Wiem, jak żyć albo ABC polszczyzny. Ja bym dodał jeszcze: Jak oszukać kraj na podatkach lub Metoda na wnuczka: przegląd technik. I jeszcze te scenki, o których mówił lepkołapy. Pucha to instytucja totalna. Każdy stróż prawa, puszkując jakiegoś gościa, zastanawia się: «Czy ten ancymon za murem, w izolacji stanie się lepszym, czy gorszym człowiekiem?» Przecież nawet jak zrozumie, że nie opłaca się być gwałcicielem czy paserem, to siedząc w zamknięciu, nie wyrobi nawyków, które są niezbędne do życia w normalnym świecie. Normalnym, bo tu, za murami, jest inny świat. Złożony, zdeprawowany i odbity w czarnym lustrze świat totalny. Recydywa się zadomawia i grypsuje. Inni się dopasowują albo kamuflują, że jest im dobrze. Nowi próbują się odciąć od grupy, ale to im się nie uda. Może w tymczasowym areszcie. Ale jak pójdą do Wronek, to zaczną tańczyć, jak się im zagra. Jest też bunt, szaleństwo albo prześcieradło na szyi. Wszystko to się dzieje w czarnym lustrze. Tracisz to, co składało się kiedyś na twoją tożsamość. Ubiór, pracę, status społeczny, intymność. Kontroli podlega każda sfera twojego życia, a w życiu tym jest wyraźny podział na strażników i strzeżonych. Nie trzeba być socjologiem, żeby wiedzieć, czym się kończy taki nadzór. Każdy słyszał o eksperymencie Philipa Zimbardo. Może w czasach monitoringu jest trochę lepiej, ale w najgorszym scenariuszu mogę któregoś ranka już się nie obudzić, zasnąć na wieki z metalowym wieszakiem wbitym w żebro”.

– Robaczywe myśli, co? – spytał towarzysz, ale odpowiedział mu ciężki oddech.

Policjant zasnął.

Spider podszedł do detektywa, wyciągnął mu papierosa zza ucha, potem wygrzebał sobie z kieszeni połamaną zapałkę. Nie było szans na przeszukanie mu kieszeni, bo płaszcz zwinął w tobołek i położył sobie pod głowę. „Sprytnie – pomyślał Spider – bardzo, kurwa, sprytnie”.

Podszedł do drzwi, wykrzesał płomień, potarłszy zapałką o framugę, przysunął płomyk do wetkniętego w usta camela i poczekał, aż papieros się zapali. Zaciągnął się, przyjmując w płuca gryzący aromat z całym dobrodziejstwem inwentarza, i odetchnął z ulgą.

Przeszedł teraz nierównym krokiem przez celę i zatrzymał się przy metalowym wieszaku. „Miał ostre zakończenie – myślał – dałoby radę zrobić z tego kozik”.

Zbliżył się do zablendowanego okna i spojrzał w plamę światła tak, jakby prowadził za nią długi tunel.

– Na pewno dostaniesz to, na co zasłużyłeś. – Wypuścił dym i spojrzał na współtowarzysza, zatrzymując tlącego się papierosa tuż nad jego okiem. – Detektywie Leonie Brodzki.

8

W mieście T. mieszkańcy przestali mieć problemy z zasypianiem, odkąd ze strachu przestali zasypiać w ogóle. Teraz koszmary śnili na jawie.

Ciężko o sen, gdy mrok nocy przecinają odgłosy syren. Nikt nie chce ich słyszeć pod swoim domem.

Dlatego ratowano się alkoholem, papierosami, narkotykami, mantrą deszczu. Każdy sposób na odegnanie demonów był dobry, ale żaden nie był wystarczająco skuteczny.

Do tej pory zbrodnie zdarzały się sporadycznie. Służby i ratusz stawały wtedy na wysokości zadania, zapewniały mieszkańców o dodatkowych patrolach wysłanych w miasto, o wzmocnieniu ochrony obywateli.

Teraz jednak się tak nie działo. Teraz najlepszy policjant podejrzany był o morderstwo, a komendant policji leżał oblepiony krwią narkomana. Jeszcze inny walczył o życie.

Gdyby sierżant Nowak mógł stanąć przed człowiekiem, który próbował mu poderżnąć gardło, splunąłby mu w twarz za ten brak honoru, po czym przeprosił, ścierając ślinę pancerną, rycerską rękawicą.

Gdyby tylko się obudził i przekazał, co wie, zostałby stworzony portret pamięciowy zbrodniarza. A to mogłoby pomóc w śledztwie. Bo tylko dwie osoby wiedziały o kapeluszniku: Halicki i Nowak. I obaj teraz spali. Jako nieliczni w tym mieście.