Ostry dyżur - Michael Palmer - ebook + książka

Ostry dyżur ebook

Michael Palmer

4,2

Opis

Doktor Abby Dolan przenosi się do maleńkiego urokliwego miasteczka Patience w Kaliforni, gdzie rozpoczyna pracę w miejscowym szpitalu. Tam styka się z tajemniczą chorobą, która objawia się silnymi zawrotami głowy i atakami szaleństwa. Podczas prób zdiagnozowania choroby, Abby Dolan dostaje sygnały od przełożonych, że nie powinna mieszać się w nieswoje sprawy.

Wraz z kolegą ze szpitala, lekarka postanawia znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania. Okazuje się, że odpowiedzialność za sytuację w szpitalu może ponosić wielki koncert farmaceutyczny Colstar, będący chlubą miasteczka Patience.

Tymczasem na tajemniczą chorobę umiera pierwszy pacjent…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 521

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (100 ocen)
48
31
13
8
0
Sortuj według:
malgorzatapredys

Z braku laku…

nudna
00
MartaSzulc

Z braku laku…

nazwanie gościa mistrzem thrillera medycznego to jakiś żart :) do polowania paznokci Cookowi może podejść... bardzo przewidywalna historia i napisana jakby chciał wszystko wytłumaczyć. Przecietna pozycja.
00

Popularność




Nakładem Wydawnictwa Replika ukazały się

następujące książki Michaela Palmera:

Siostrzyczki

Efekty uboczne

Tytuł oryginału

CRITICAL JUDGMENT

Copyright © 1996 by Michael Palmer

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2018

Copyright © for the Polish translation by Barbara Cendrowska-Werner, 1998

Wszelkie prawa zastrzeżone

Korekta

Lidia Ryś

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Wydanie I w tej edycji

Wydanie elektroniczne 2018

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN 978-83-7674-799-6

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Moim siostrom Donnie Palmer Prince i Susan Palmer Terry

oraz matce, którą wspominam z. miłością

PODZIĘKOWANIA

Podczas pisania powieści autor skazany jest na spędzanie długich godzin w samotności, dręczony zwątpieniem. Za pomoc w uzyskaniu odpowiedniego dystansu do mego tekstu winien jestem najgłębsze dzięki moim agentom: Jane Rotrosen Berkey, Stephanie Tade i Donowi Cleary’emu, mojej redaktorce Beverly Lewis i jej asystentce Katie Hall, mojemu wydawcy Irwynowi Applebaumowi, agentowi prasowemu Stuartowi Applebaumowi, licznym przyjaciołom Billa W. i oczywiście mojej rodzinie.

Ponadto korzystałem z pomocy wielu przyjaciół, którzy udzielili mi cennych rad jako wnikliwi czytelnicy bądź konsultanci techniczni. Na ostateczny kształt tej książki wywarli wpływ Steve Shapiro, Ellen Rosenthal, dr Steve Defossez, dr Donna Harkness, Kim Kelly, Dolly Fenton, Bunny Webb, Kelly Corhet, Ethan, Daniel, Matt i Tato.

Tuż po południu znowu pojawiły się migające światełka – jego gałki oczne omywały niezliczone pasma tęczy. Same światełka jako takie mogłyby być fascynujące, a nawet piękne, lecz w tej sytuacji budziły w nim jedynie grozę.

Południe. Ostatni wybuch nastąpił zaledwie przed sześcioma godzinami, budząc go z przyjemnego snu i wrzucając w sam środek koszmaru. Na początku ataki zdarzały się co parę tygodni… potem co parę dni… A teraz… Za każdym razem zwiększała się też ich gwałtowność. Prawdziwe piekło.

Na myśl o tym, co czeka go w ciągu najbliższej godziny, zaczęły mu się pocić dłonie. Najpierw migające światełka, lekkie drgania w kącikach oczu. Tak będzie przez piętnaście, dwadzieścia minut, do pół godziny. Potem zacznie rozsadzać mu skronie. Będzie się wił na łóżku, aż upadnie na podłogę, przyciskając do uszu poduszki w złudnej nadziei, że uda mu się stłumić grzmoty wybuchów w głowie. Wreszcie dostanie gwałtownych mdłości i zacznie wymiotować tak niepowstrzymanie, jakby mu miało rozerwać żołądek. Może nawet znowu zrobi pod siebie.

– Proszę, nie – wyszeptał. – O Boże, proszę, nie.

Ale wiedział, że żadne błagania, żadne modlitwy nie uśmierzą bólu. I nic nie uchroni go od szaleństwa. Nic z wyjątkiem natychmiastowego unicestwienia demonów, które to wszystko rozpętały – nic prócz zniszczenia zła, które pozbawiło go panowania nad własnym życiem.

Bricker… Golden… Gentry… Forrester.

Odzyska spokój dopiero wtedy, gdy zostanie wymierzona sprawiedliwość, gdy całą czwórkę dosięgnie śmierć. Tylko wówczas wypełni wolę Boga, zgasną migające światełka, a ból przestanie rozsadzać mu głowę.

Ale teraz może tylko zażyć tabletki przeciwbólowe i przygotować się. Z plastikowej fiolki wytrząsnął trzy pigułki demerolu i popił je bourbonem. Miał nadzieję, że zdoła utrzymać je w żołądku na tyle długo, by podziałały.

Mięśnie wokół jego oczu zacisnęły się i zaczęły drgać. Światełka rozbłysły z większą siłą. W czaszce narastał szum.

Chwycił słuchawkę i wykręcił numer.

– Halo – odezwał się tak dobrze mu znany głos. – Niestety nie możemy w tej chwili odebrać pańskiego telefonu, ale po usłyszeniu sygnału proszę zostawić wiadomość. Oddzwonimy możliwie jak najszybciej.

– Proszę… – zaskomlał. – Proszę, pomóżcie mi. Proszę, uśmierzcie ból. Nie pozwólcie mi zrobić tego, co zamierzam.

Po chwili uświadomił sobie, że wypowiedział te słowa jedynie w myślach.

Odłożył słuchawkę i zrezygnowany opadł na łóżko. Był zdany wyłącznie na własne siły.

Niechże to będzie ostatni raz, błagał, gdy zaczęło się nieuchronne. Zacisnął dłonie na wezgłowiu motelowego łóżka. Niech to się dzisiaj skończy.

Gdy wróciła mu świadomość, cały obśliniony leżał na podłodze twarzą do wytartego dywanu. Blade słońce opromieniało obskurny pokoik. Ale motel położony był blisko nich i tylko to się liczyło. Wytarł twarz poliestrową kapą i z trudem podniósł się na nogi.

Wyciągnął spod łóżka oliwkowy plecak i położył go na materacu. Dwa półautomatyczne karabiny MAK-90 błyszczały jak nowe, niemniej jak zawsze zaczął je znowu polerować.

Bricker… Golden… Gentry… Forrester…

Przed jego oczami po kolei pojawiały się twarze ludzi, którzy kiedyś byli jego przyjaciółmi. Twarze, którym niegdyś ufał. Teraz wiedział, że wszyscy oni znaleźli się w jego życiu, by go wypróbować. Położył sobie jeden z karabinów na kolanach i wpatrywał się w światła na suficie, sprawdzając swoją siłę woli i determinację. Przed dwoma dniami kupił te karabiny, pojechał na składowisko śmieci i oddał tam pierwsze strzały. Nie miał broni w ręku od czasu kursu strzeleckiego, który zaliczył przed laty na obozie letnim, i był zdumiony, jak dobrze mu szło – poczuł się wszechpotężny. Jednak strzelał tylko do szczurów na śmietniku. Następnym razem będzie walił serio. Ale czy był już gotów?

Dudnienie w głowie zmniejszało się, aż wreszcie ucichło. Napięte mięśnie nieco się rozluźniły. Ile ma czasu, nim nastąpi kolejny atak? Włożył broń z powrotem do płóciennej torby i wsunął ją pod łóżko. Potem, skrajnie wyczerpany, przymknął powieki. Nigdy nie dopuścił się gwałtownego czynu, a teraz, by odzyskać równowagę psychiczną, by odesłać demony do piekieł, przygotowywał się do serii zabójstw.

Może jednak jest jakiś inny sposób?

Gdy ponownie otworzył oczy, stłumione światło słoneczne nadal sączyło się przez firanki ze sztucznej koronki. Zegar w odbiorniku radiowym stojącym na nocnym stoliku wskazywał dopiero drugą. Drzemka i pastylki przytępiły jego gniew, lecz wiedział, że niebawem rozgorzeje równie ostrym płomieniem jak przedtem. Czuł się przygaszony, stłamszony. Pokój miał mikroskopijne rozmiary, zatęchłym powietrzem trudno było oddychać. Sięgnął po plecak, lecz zanim go dotknął, chwycił klucz i wypadł z pokoju, choć nawet teraz nie był jeszcze całkowicie przekonany.

Wyszedł z hotelu i pospieszył do znajomego baru – knajpy Pod Duchem Rancza. Kiedyś zbierali się tu po pracy. Omal nie wybuchnął śmiechem na wspomnienie Steve’a Brickera, który choć ciągnął jak gąbka, bił wszystkich na głowę w rzucaniu strzałkami. Niemal natychmiast Brickera przesłonił inny obraz – twarz mężczyzny, który uśmiechając się obleśnie zza potężnego biurka rozwalił mu całe życie.

„Niestety, nic nie możemy poradzić…”.

Gówno prawda!

Przypomniał sobie swoje potworne upokorzenie, gdy stał przed tym człowiekiem. Wspomnienie to pomogło mu rozproszyć niepewność. Zajmie się tym… niebawem.

Knajpa Pod Duchem Rancza była pozbawioną okien speluną, w której jedyne źródło światła stanowiły czarne lampy. Przyozdabiały ją fosforyzujące rysunki kowbojów i Indian, koni i wołów. Przez dwanaście potężnych głośników jakiś wiejski zapiewajło błagał kogoś o drugą szansę.

Uśmiechnął się ponuro. Nie po raz pierwszy słyszał, jak ktoś błaga o jeszcze jedną szansę. Zamówił bourbona, potem jeszcze jednego. Pierwszy pomógł mu opanować drżenie, drugi dodał otuchy. Knajpa była prawie pusta, tylko na samym końcu toru do gry w kręgle kilka prostytutek oferowało swoje usługi trzem mężczyznom w służbowych garniturach. Jedna z nich, bujna piersiasta blondyna, bez przerwy rzucała mu znaczące spojrzenia. W końcu doszła do wniosku, że warto spróbować, i przedefilowała obok rzędu pustych stołków przy barze, obrzucając go uważnym spojrzeniem. Przedstawiła się jako Gloria. Skinął głową i rzucił pierwsze imię, jakie przyszło mu na myśl. Pragnął towarzystwa, ale nie miał zamiaru korzystać z jej usług. Od kilku lat był wierny jednej partnerce, zresztą nawet gdy nie był w stałym związku, nigdy nie robił tego z prostytutką.

– Czy myśmy się już tutaj kiedyś nie spotkali? – zapytała dziewczyna.

Pokręcił przecząco głową, choć prostytutka miała rację. Bricker niejednokrotnie się z nią zadawał, a raz nawet przedstawił ja reszcie. Niech szlag trafi Brickera.

– Co robisz w mieście?

Miał ochotę na pogawędkę, nie na poważną rozmowę. Pogadaj ze mną o pogodzie, na miłość boską. Albo o Giantsach…

Znowu poczuł rozdrażnienie i zaczął się zastanawiać, czy nie jest to zapowiedź ataku. Od ostatniego upłynęły zaledwie cztery godziny. Był zły na siebie, że wybiegł z pokoju, pozostawiając w nim pastylki przeciwbólowe. Pastylki przeciwbólowe, obskurne pokoje w motelach, dziwki. A kiedyś miał takie wspaniałe perspektywy. Jakim sposobem wszystko tak spsiało? Czuł, że zaciskają mu się szczęki. Jego gniew narastał. Zbliża się czas zapłaty.

– Nie chciałbyś się trochę zabawić? – zapytała Gloria.

Potrząsnął głową.

– Nie dziś – wycedził.

Zastanawiał się przez chwilę, jak wyglądałaby bez makijażu. Wcale by się nie zdziwił, gdyby się okazało, że w ogóle nie ma twarzy.

Dziewczyna stała, wydymając wargi i przyglądając mu się uważnie.

– Hej, co ty masz w oczach? – zapytała nagle. – Nosisz jakieś specjalne szkła kontaktowe czy co?

– O czym ty mówisz?

– Masz jakieś dziwne oczy, wiesz?

– Sama jesteś dziwna. A teraz odczep się, do diabła…

– Hej, Cindi, chodź no tu, widziałaś kiedyś coś podobnego? – zawołała, odwracając się od niego.

Skoczył, złapał ją za piersi i wbił w nie palce tak mocno, że krzyknęła z bólu. Potem pchnął ją do tyłu. Obcas na szpilce odłamał się i upadła ciężko na zakurzoną podłogę. Nim ktokolwiek zdołał ruszyć w jej obronie, okręcił się na pięcie i wypadł z knajpy.

Ostatniego dnia kilkanaście razy uważnie przyglądał się swojej twarzy w łazienkowym lustrze. Fakt, że wyglądał jak nieboskie stworzenie, ale gdyby z jego oczami było coś nie tak, zauważyłby to, do cholery.

Jego wściekłość rosła z każdym krokiem, kiedy szedł powoli przez ruchliwą szosę, nie zwracając uwagi na trąbiące samochody.

Przed oczami znowu pojawiły się migoczące światełka.

Ruszył do motelu. Już czas, pomyślał. Czas, by wykonać to, co nakazywał mu Bóg. Czas, by raz na zawsze uśmierzyć ból. Połyskujące diamenciki wielokolorowego światła bombardowały jego gałki oczne niczym kulki gradu. Niezdarnie otworzył drzwi kluczem, po czym wbiegł do pokoju i wyciągnął plecak spod łóżka.

– Nie tym razem – powiedział głośno.

Tym razem nie będzie błagał Boga, by go zabrał. Tym razem będzie tylko zemsta. A potem bóle głowy znikną na zawsze.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Proszę trzysta dżuli…

Abby Dolan mocniej uchwyciła elektrody defibrylatora, przyciskając je do mostka i lewego boku klatki piersiowej potężnego mężczyzny. Czynność serca nie wracała jednak mimo zastosowania dwóch wstrząsów elektrycznych i podania leków. Twarz i górną część ciała mężczyzny pokryły sine plamy, co było wynikiem niewydolności krążenia. Czas naglił.

– Gotowe – powiedziała pielęgniarka obsługująca defibrylator.

– Uwaga, zaczynamy!

Abby kciukiem wcisnęła kwadratowy plastikowy przycisk na końcu uchwytu prawej elektrody. Rozległo się stłumione pyknięcie. Ciało mężczyzny – ważące chyba jakieś dwieście pięćdziesiąt funtów – zesztywniało i wygięło się w łuk, po czym równie nagle znieruchomiało.

– Proszę masować – powiedziała Abby, zerkając na ekran monitora.

Felczer, dla uzyskania lepszej pozycji stojący na stołku, ułożył dłonie jedna na drugiej pośrodku mostka i wznowił rytmiczny ucisk. Na monitorze pojawił się zygzakowaty wykres. Ale doświadczenie, jakie Abby zdobyła podczas dziesięciu lat praktyki w izbie przyjęć oraz dzięki niezliczonej liczbie elektrokardiogramów, które do tej pory zdążyła obejrzeć, powiedziało jej, że wykres nie oddaje rzeczywistego stanu rzeczy.

Spojrzała na zegar, który starsza pielęgniarka włączyła w momencie przywiezienia pacjenta do sali numer trzy. Dziewięć minut i jak dotąd bez rezultatów. Abby pracowała w Szpitalu Regionalnym w Patience już od ponad dwóch tygodni, z obawą wyczekując pierwszej reanimacji. Teraz właśnie jej się trafiła.

Pacjent, agent ubezpieczeniowy, żonaty, ojciec dwojga dzieci, które dały mu już kilkoro wnuków, miał dopiero pięćdziesiąt dwa lata. Stracił przytomność podczas gry w golfa. Gdy przyjechała karetka, jego serce działało jeszcze na tyle sprawnie, że dało się wyczuć tętno i zmierzyć ciśnienie. Jednak kiedy karetka dotarła do szpitalnego podjazdu, serce zatrzymało się. Abby zdążyła się tylko dowiedzieć, że mężczyzna nazywa się Bill Tracy, bierze leki na obniżenie ciśnienia i że jego córka, pracująca w szpitalnej rejestracji, jest już wraz z matką w drodze do chorego.

Nagle zauważyła na monitorze nieregularne fale. Uporczywe, wysokonapięciowe migotanie komór – powinny zareagować na prąd, ale nie zareagowały. Coś musi nawalać w biochemii tego człowieka, pomyślała – coś, co przyczyniło się do zatrzymania krążenia albo samo je zatrzymało. Ale co? Abby walczyła z ogarniającym ją uczuciem paniki. U Świętego Jana w San Francisco, gdzie była zastępcą szefa izby przyjęć, w sali już dawno znajdowałby się kardiolog, a może nawet dwóch. Ale tam pracowała w klinice uniwersyteckiej, a Patience to małe miasteczko w górach, w którym jest zaledwie dwóch kardiologów, i żadnego z nich nie było dziś w szpitalu.

Spojrzała na felczera, który wciąż masował serce. Robił to zbyt mechanicznie. Był dobrze wyszkolony, ale posługiwał się techniką, której nauczył się na kobiecym manekinie. A ten pacjent to kawał chłopa, dwieście pięćdziesiąt funtów żywej wagi. Abby przycisnęła palce do pachwiny Tracy’ego, szukając tętna w arterii udowej, które powinna wywołać fala masażu. Ani śladu.

– Mocniej, Tom – powiedziała. – Dużo mocniej. Wyrzut krwi jest za mały.

– Ale…

– Wiem, że starasz się, jak możesz, ale musisz mocniej uciskać. I trochę szybciej. Teraz lepiej. O, tak. Dobrze.

Tom – tak jak i inni felczerzy, których Abby znała – był bardzo dumny ze swej biegłości i poprawianie go w obecności personelu nie przysporzy jej z pewnością popularności, lecz śmierć pacjenta również się do tego nie przyczyni. A jak dotąd reanimacja nie przynosiła rezultatów. Abby poleciła jednej z pielęgniarek, by trzymała palce na tętnicy udowej i dała znać, gdyby tętno znów zaczęło zanikać.

Oprócz Abby w sali znajdowały się trzy pielęgniarki, technik obsługujący respirator oraz felczer. U Świętego Jana w razie zatrzymania krążenia zawsze było kilku lekarzy. Jeśli pacjent nie przeżył, wszyscy wiedzieli przynajmniej, że niczego nie zaniedbano. Abby zastanawiała się, czy ktokolwiek z obecnych na sali zdaje sobie sprawę, jak bardzo jest przerażona przebiegiem tej reanimacji i jak martwi się, czy o czymś nie zapomniała. Zawsze się o wszystko zamartwiała – mając perfekcjonistyczne podejście do medycyny i w ogóle do życia, przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji rozważała ujemne strony każdego kroku. To była jej największa zaleta i najgorsza wada – zależnie od punktu widzenia. Ale tu, nie mając się na kim oprzeć ani z kim podzielić odpowiedzialnością, w sytuacji, gdy liczyła się każda minuta, była zdana wyłącznie na siebie. W ciągu paru sekund rozważyła dziesiątki możliwych przyczyn obecnego stanu rzeczy.

– Są już wyniki z laboratorium? – Będą za trzy, cztery minuty.

Abby wiedziała, że trzy lub cztery minuty często przeciągały się do pięciu lub dziesięciu. Bill Tracy nie ma tyle czasu. Spojrzała na przypominające rozstępy ciemne szerokie krechy na skórze podbrzusza i obrzmiałą twarz mężczyzny. Potem sięgnęła mu pod ramię i wsunęła rękę pod kark. Wyczuła wypukłość – zdecydowanie czegoś tam było za dużo. Podczas dziesięciu lat praktyki lekarskiej zaledwie parokrotnie zetknęła się z chorobą Cushinga, lecz ten człowiek bez wątpienia pasował do jej obrazu. Powodował ją mały, łagodny guz mózgu, pod którego wpływem organizm wytwarzał nadmierną ilość hormonu zwanego kortyzolem. Sam guz nie był śmiertelny, lecz zbyt wysoki poziom sodu i zbyt niski potasu oraz inne zaburzenia wywołane jego obecnością mogły doprowadzić do zgonu. Inne objawy tej choroby to otyłość, nalana twarz oraz otłuszczenie karku, tak zwany „bawoli garb” między barkami. Bill Tracy miał je wszystkie. Oczywiście mają je również tysiące otyłych ludzi niecierpiących na tę chorobę.

Szpital w Patience zapewniał bardziej niż przyzwoitą opiekę specjalistyczną zwłaszcza jak na zaledwie stułóżkową placówkę obsługującą dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Ale brakowało w nim endokrynologa. A w tej chwili nie było także kardiologa.

Abby zaczęła gorączkowo myśleć, co ma robić. Bez wyników badań laboratoryjnych, przede wszystkim bez oznaczenia poziomu potasu, musiała działać na ślepo. Jeśli w wyniku choroby Cushinga Tracy ma niski poziom potasu, żadne zabiegi reanimacyjne nie przyniosą rezultatu, póki się go nie wyrówna. Jeżeli jednak to nie choroba Cushinga, a poziom potasu utrzymuje się w normie, wtedy po jego dożylnym podaniu pacjent praktycznie nie ma szans na przeżycie.

– Przygotuj się do następnej defibrylacji – poleciła pielęgniarce, starając się, by w jej głosie nie było słychać paniki. – Znowu trzysta dżuli. Tom, masuj, proszę. Jak najsilniej. A ty, Mary, daj mu potas. Dziesięć miliekwiwalentów dożylnie.

– Ale ja nigdy…

– Natychmiast! – powiedziała ostro Abby. – Nie mamy czasu na dyskusje.

Policzki pielęgniarki spłonęły rumieńcem. Szybko napełniła strzykawkę. Przez chwilę Abby wydawało się, że odpowie jej, by sama zrobiła zastrzyk. Ale nie zrobiła tego.

– Potas gotowy, pani doktor – odparła chłodno.

Najpierw felczer, teraz pielęgniarka. Ile jeszcze osób obrazi w czasie tej reanimacji? Spojrzała na zegarek. Prawie dwanaście minut, plus kilka minut, które pochłonęło przetransportowanie Tracy’ego z karetki. Tak długo i ciągle migotanie komór. Ujęła elektrody defibrylatora, na które pielęgniarka wycisnęła nieco żelu, i potarła o siebie powierzchnię okrągłych stalowych płytek, by go równo rozprowadzić. Tylko tego brakowało, żeby jej pierwsza reanimacja w Patience skończyła się fiaskiem i na dodatek zrażeniem sobie innych pracowników. Ale przede wszystkim nigdy nie wylądowałaby w Patience, gdyby nie Josh…

– W porządku, proszę przestać masować. Odsunąć się od pacjenta! – poleciła.

Czterdzieści pięć sekund od momentu podania potasu. Teraz pięćdziesiąt. Nie ma więcej czasu. Nacisnęła przycisk. Znowu stłumione pyknięcie, pojedynczy, spazmatyczny skurcz wszystkich mięśni i słaby odór osmalonej skóry. I znowu nic na monitorze.

– Masuj dalej – powiedziała Abby, nie próbując już ukrywać zniechęcenia. – Nie, nie, zaczekaj. – Dotychczasowy zapis na monitorze się zmienił, zastąpił go inny rytm – powolny, lecz regularny. Abby poczuła, że jej własne serce zabiło mocniej z radości. – Poszukajcie tętna.

– No, koleś – mruknął ktoś z obecnych na sali. – Rusz się…

– Mam tętno! – krzyknęła pielęgniarka, wymacawszy arterię udową. Odwracając wzrok od ekranu monitora, by nie sugerować się wykresem, mówiła, co czuje w opuszkach palców. – Tak… jest… jest…

Tętno odpowiadało teraz obrazowi na monitorze. Serce biło coraz szybciej, zespoły komorowe były coraz węższe, coraz bliższe prawidłowego obrazu.

– Ciśnienie osiemdziesiąt, Abby – oświadczyła druga pielęgniarka. – Osiemdziesiąt pięć. Wspaniale!

Udana reanimacja jest sukcesem wszystkich. Ale niepowodzenia najczęściej zostawia się lekarzowi i Abby doskonale zdawała sobie z tego sprawę.

Fioletowe plamy zaczęły szybko znikać z twarzy Billa. Po raz pierwszy od piętnastu minut we wszystkich tkankach ciała płynęła krew. Teraz trzeba ustabilizować sytuację i modlić się, by niedostateczne ukrwienie podczas tych piętnastu minut nie dokonało spustoszeń w mózgu pacjenta.

Do sali wbiegła ładna dwudziestoparoletnia kobieta. Ubrana była w spłowiałe dżinsy i bawełniany podkoszulek.

– Pani doktor, jestem Donna Tracy – powiedziała bez tchu. – Pracuję na pół etatu w rejestracji na dole. To mój tato.

Abby spojrzała na monitor. Optymistyczny zapis nadal się na nim utrzymywał, choć Bill Tracy był wciąż nieprzytomny. Rozchyliła jego powieki. Źrenice średniej wielkości, brak chaotycznych ruchów gałki ocznej – jedno i drugie oznaczało poprawę stanu pacjenta.

– Nie mogę niczego powiedzieć na pewno, ale wszystko zmierza w dobrym kierunku.

W tym momencie przybiegł technik z laboratorium, tak samo bez tchu jak Donna Tracy.

– Poziom potasu wynosi tylko jeden koma osiem – oznajmił. – Sprawdzaliśmy parę razy. Jeden koma osiem.

Po raz pierwszy od czasu, gdy zespół reanimacyjny stawił się w izbie przyjęć, Abby uśmiechnęła się.

– Już nie – powiedziała.

Donna Tracy wraz z matką siedziała przy łóżku Billa. Gdy przybył jego prywatny lekarz, zaczął odzyskiwać przytomność. Nadal był podłączony do respiratora, ale jego własny oddech zaczynał już zakłócać rytm maszyny. Wkrótce trzeba będzie zdecydować, czy stłumić go farmakologicznie, czy też odłączyć aparaturę. Abby była za kontynuowaniem mechanicznej wentylacji, jednak skoro przy chorym znalazł się jego osobisty lekarz, decyzja nie należała już do niej.

Gordon Clarke, wysoki kanciasty mężczyzna po pięćdziesiątce, wyglądał na mocno zdenerwowanego. Abby zajmowała się wieloma jego pacjentami. Był sumiennym lekarzem i chorzy go lubili, ale jego umiejętności diagnostyczne i terapeutyczne wymagały odświeżenia. Gdyby był członkiem zespołu Świętego Jana – zakładając, że w ogóle by go tam przyjęto – otrzymałby opiekuna, który sprawdzałby jego diagnozy i pomagał mu w podniesieniu poziomu zawodowego. I oczywiście co tydzień musiałby uczestniczyć w każdym obchodzie i różnych szkoleniach. Ale tu było zadupie, nie akademia. A choć Szpital Regionalny w Patience należał do bardzo nowoczesnych i był dobrze wyposażony, często znacznie trudniej zmodernizować lekarza niż cały szpital.

Kiedy Clarke obejrzał swego pacjenta, Abby dostrzegła w jego oczach ulgę.

– Pielęgniarka, która dzwoniła do mojego gabinetu, dała mi do zrozumienia, że nie ma wielkich szans.

– Sytuacja nadal jest poważna, ale już nie tak, jak przedtem.

– Jestem pani bardzo wdzięczny.

– My również – włączyła się Donna.

– Jaki to był zawał, ściany przedniej?

Abby spojrzała na EKG, które właśnie zrobiono, i podała je Clarke’owi. Widać na nim było pewne przeciążenie serca, lecz nic nie wskazywało na zawał. Clarke uważnie przyjrzał się zapisowi. Miał skonfundowaną minę.

– Nie widzę martwicy – powiedział.

– Poziom potasu wynosił jeden koma osiem.

– Na pewno?

– Sprawdzaliśmy parokrotnie. Poziom chlorku również był niski, sodu podwyższony, a PH surowicy bardzo wysokie… siedem koma sześć.

Abby sądziła, że gdy poda te dane, Clarke wystąpi z całą listą możliwych rozpoznań, łącznie z chorobą Cushinga lub przedawkowaniem leków moczopędnych. Teraz jednak uświadomiła sobie, że powinna była omówić z nim tę sprawę na osobności. Clarke najwyraźniej był w kropce. Cisza w pokoju stawała się coraz bardziej nieprzyjemna.

Lekarz odchrząknął i wpatrzył się w dokumentację choroby, którą ze sobą przyniósł. Kącik jego ust zaczął lekko drgać.

– Hm… W ciągu ostatnich ośmiu miesięcy dwukrotnie badałem mu poziom elektrolitów – odezwał się wreszcie. – Za każdym razem poziom potasu był niski. Chyba po prostu nie zwróciłem na to uwagi.

Abby nie była zdziwiona. Wewnętrzny głos ostrzegał ją, by nie drążyła tego tematu i powściągnęła swój irlandzki temperament. Ale nie cierpiała niekompetencji. Błąd to co innego – każdemu może się zdarzyć – jednak lekceważenie odbiegających od normy wyników laboratoryjnych tylko dlatego, że nie odbiegały od normy aż tak bardzo, to zupełnie inna historia. Śmierć Billa Tracy’ego stanowiłaby jej porażkę, a stojące przy jego łóżku dwie kobiety poniosłyby niepowetowaną stratę. I najprawdopodobniej zupełnie niepotrzebną. Kolejny raz nie posłuchała głosu rozsądku.

– Miał księżycowatą twarz, nadciśnienie, fioletowe rozstępy na brzuchu i bardzo wyraźny bawoli kark – oświadczyła oskarżycielskim tonem.

– Nie wiem, do czego pani zmierza – wymamrotał Clarke. Jego policzki płonęły tak samo, jak przedtem policzki pielęgniarki.

– Przepraszam, doktorze. Może powinniśmy omówić to kiedy indziej…

– Nie, w porządku. Niech mi pani powie, czego nie zauważyłem.

W jego oczach Abby dostrzegła znużenie. Sama nigdy nie prowadziła męczącej, szarpiącej nerwy praktyki ogólnej i dopiero przed paroma tygodniami została odcięta od pępowiny kliniki uniwersyteckiej. Cała irytacja i zniecierpliwienie, jakie żywiła wobec Clarke’a, błyskawicznie rozpłynęły się, znikły.

– Przepraszam pana, doktorze – powiedziała ze skruchą.

– Nic nie szkodzi. – Teraz on sprawiał wrażenie poirytowanego i rozdrażnionego. – Proszę mi tylko powiedzieć, o co tu pani zdaniem chodzi.

– Wygląda na to, że może mieć Cushinga.

Clarke na chwilę przymknął oczy, po czym skinął głową i westchnął. Abby wiedziała, jakimi torami biegną jego myśli, i ogarnął ją smutek.

– To fantastyczne, że mając takie urwanie głowy, zdołała pani trafić w dziesiątkę – mruknął. – Bez wątpienia uratowała pani życie mojemu pacjentowi. – Napotkał wzrok żony i córki Tracy’ego. – Edith, Donno, przykro mi. Powinienem był przywiązywać większą wagę do tych poziomów potasu. Zobaczymy się na kardiologii.

Odwrócił się i wyszedł. Gdy przechodził przez drzwi, Abby ujrzała stojącego tam naczelnego lekarza, George’a Oleandra, obserwującego całą tę scenę. Należał on do jej najgorętszych orędowników.

Oleander popatrzył za odchodzącym szybko Gordonem Clarke’em, po czym odwrócił się z powrotem do sali. Jego wzrok napotkał spojrzenie Abby.

– To był wspaniały wyczyn, moja droga – powiedział. – Może wpadłabyś do mnie do biura, gdy będziesz miała wolną chwilę?

ROZDZIAŁ DRUGI

Napływ pacjentów ustał wreszcie przed trzecią. Dopiero wówczas Abby mogła opuścić izbę przyjęć i zajrzeć do George’a Oleandra. Prócz reanimacji Billa Tracy’ego musiała zająć się jeszcze dwoma przypadkami astmy nabytej w dorosłym wieku oraz zmianami skórnymi, które mogły być pokrzywką, choć takiej pokrzywki Abby nie widziała jeszcze nigdy w życiu.

W sumie miała pięć przypadków astmy w ciągu dwóch tygodni. Pacjenci reagowali stosunkowo dobrze na rutynowe leczenie, toteż odsyłano ich do własnych lekarzy, ale jeden z nich wymagał hospitalizacji na oddziale intensywnej terapii.

Dorośli dość rzadko zapadają na astmę. Bardziej zgodne z normą byłoby raczej pięć przypadków na pół roku, toteż Abby za każdym razem coraz dokładniej wypytywała o historię choroby – lecz jak dotąd nie układały się one w jakiś wyraźny wzorzec. Nikt z personelu tym się nie martwił. „Dolina alergików” mówił o tym regionie Oleander. „Centrum pyłków kwiatowych”.

Zmiany skórne – nabrzmiałe, twarde czerwone pręgi, które bardziej paliły, niż swędziały – to drugi podobny przypadek, z jakim Abby zetknęła się od czasu rozpoczęcia pracy w SRP. Dermatologia nigdy nie była jej mocną stroną, lecz u Świętego Jana nie musiała się na niej zbyt dobrze znać. W godzinach pracy działała klinika dermatologiczna, a w szczególnych przypadkach zawsze służył pomocą specjalista, dyżurujący przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pręgi wyglądały raczej na zapalenie naczyń krwionośnych niż na pokrzywkę, ale na dobrą sprawę nie przypominało to ani jednego, ani drugiego. Na prośbę własnych lekarzy pacjentów Abby przepisała im kortyzon w tabletkach i leki antyhistaminowe.

Gdy Billa Tracy’ego zabrano na kardiologię, musiała jeszcze udobruchać personel. Najpierw przeprosiła młodego felczera, Toma Webba. Wyjaśniła, że z powodu napięcia zachowała się bardziej szorstko, niżby chciała. Oznajmił, że rozumie, ale sądząc po jego minie, nadal się dąsał.

Zaraz potem Abby poszukała Mary Wilder, pielęgniarki, na którą warknęła. Przeprosiła, że poleciła jej wstrzyknąć potas bez słowa uzasadnienia. Wilder, jakieś dziesięć lat starsza od niej, pracowała w SRP na długo przed przebudowaniem szpitala. Była szczerze zawstydzona, że zawahała się, nim wypełniła polecenie Abby, i powiedziała, że ona i pozostałe pielęgniarki bardzo sobie cenią jej obecność w Patience. Obie kobiety uścisnęły sobie dłonie i Abby wróciła do swoich pacjentów z poczuciem, że zyskała na izbie przyjęć pierwszą prawdziwą sojuszniczkę.

Nieopatrzone pozostały tylko rany duszy Gordona Clarke’a, ale jego będzie mogła ułagodzić dopiero po zakończeniu zmiany i rozmowie z lekarzem naczelnym.

Biuro George’a Oleandra mieściło się w budynku Podstawowych Nauk Medycznych połączonym ze szpitalem krytym przejściem przechodzącym nad głównym podjazdem. Sam szpital, trzypiętrowe cacko z lustrzanego szkła, cegły i cedrowego drewna, położony był na łące, na wschodnim krańcu doliny, tuż u podnóża pasma wzgórz.

Czy góry za tymi urwistymi pagórkami były południowymi Cascades czy północnymi Sierras, to już zależało od indywidualnego uznania. Na zachód od szpitala rozciągało się Patience, miasteczko kwitnące podczas gorączki złota, potem przez wiele lat miasto górnicze, a teraz niemal wymarłe. Miłośnicy kempingów i świeżego powietrza traktowali je jako punkt wypadowy i dzięki nim Patience mogłoby przetrwać, ale dopiero zainstalowanie się tu Colstar International zdecydowanie zmieniło sytuację na lepsze.

Idąc przez oszklone przejście do budynku Podstawowych Nauk Medycznych, Abby patrzyła na potężną fabrykę z szarego betonu, ulokowaną na równinie odległej o ćwierć mili od szpitala i położonej kilkaset stóp wyżej. Reklamy Colstara głosiły, że jest to największy producent przenośnych źródeł energii na świecie – wytwarzano tu baterie litowe, ołowiowe, alkaliczne i słoneczne oraz akumulatory. Abby była w fabryce tylko raz, by odwiedzić Josha.

W budynku Podstawowych Nauk Medycznych, najwyraźniej będącym dziełem tych samych architektów, którzy zaprojektowali szpital, mieściło się dwadzieścia parę gabinetów o balkonach wychodzących na góry lub na miasto. Z pokoju George’a Oleandra, mieszczącego się na drugim piętrze, roztaczał się widok na kwiecistą łąkę, która ciągnęła się aż do podnóża skały Colstaru. Był to piękny, sielski widok. Na ścianach gabinetu Oleandra prócz zwykłej kolekcji dyplomów, świadectw ukończenia studiów podyplomowych i innych tytułów do chwały widniały też jego zdjęcia z dwoma gubernatorami Kalifornii oraz z długoletnim senatorem z tego stanu, Markiem Cormanem, w najbliższych wyborach branym pod uwagę jako kandydat republikanów na urząd prezydenta.

Naczelny lekarz powitał Abby serdecznie. Mógł mieć koło pięćdziesiątki, skronie już mu siwiały, a barczysta, choć nieco pulchna sylwetka wskazywała na sportowca, który stracił formę. Jego zaczerwienione policzki i nos nasuwały przypuszczenie, że lubi wypić. Oleander wskazał Abby gestem krzesło naprzeciw biurka. Odbyła już w nim dwie rozmowy kwalifikacyjne przed przyjęciem do pracy.

– To naprawdę było coś niesłychanego – powiedział.

– Mam nadzieję, że mówi pan o reanimacji.

– Oczywiście, że tak, nie masz się co tak stroszyć. Jesteś wspaniałym nabytkiem dla naszego szpitala.

– Dzięki – odparła Abby.

Nie musiała nic więcej dodawać. Wiedziała, że nie została wezwana po to, by się dowiedzieć, jaki wspaniały kawał roboty odwaliła.

– Pielęgniarki są bardzo zadowolone z nowych specjalistów, których zatrudniliśmy w izbie przyjęć… Alvareza, ciebie, no i oczywiście Dave’a Brooksa, który tak tragicznie zginął.

Tym razem podziękowała tylko skinieniem głowy, oszczędzając sobie komentarza – było oczywiste, że gdyby Dave Brooks nie spadł podczas wspinania się na skały, nie otrzymałaby tej posady. Poza nią i Alvarezem na izbie przyjęć pracowali Chris i Jill Andersonowie, Ted Bogarsky, który dojeżdżał z jakiejś miejscowości odległej dwadzieścia czy trzydzieści mil od Patience, oraz Len McCabe, starzejący się lekarz ogólny. Podczas tygodnia zapoznawczego przydzielano ją po kolei do każdego z nich. Żadne z tej piątki nie stanowiło ciężaru dla reszty zespołu, choć bojaźliwa, niepewna siebie Jill Andersen sprawiała trochę kłopotu. Jednak tylko Lew Alvarez miał smykałkę do tej pracy.

– Średni personel też cię lubi – kontynuował Oleander.

– Mam co do tego pewne wątpliwości.

– Ależ tak. To widać. Tyle że… Abby, to jest małe miasteczko. Póki kogoś dobrze nie poznamy, sposób, w jaki ten ktoś coś mówi, jest równie ważny jak to, co mówi. Jesteś z dużego miasta, do tego z kliniki uniwersyteckiej. Niektórzy czują się przez to zagrożeni. Powiedziano mi, że traktujesz swoich współpracowników szorstko i obcesowo. I że mnóstwo ludzi z personelu jest… jak by to powiedzieć… zastraszonych przez ciebie. Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi. Aż do dzisiejszego ranka…

– Masz na myśli doktora Clarke’a?

– Gordon to uroczy człowiek, bardzo oddany swoim pacjentom. Mieszka tu od dwudziestu lat, prawie tak długo jak ja.

– A przeze mnie poczuł się jak głupek…

– Chyba niewielu lekarzy potrafiłoby rozpoznać Cushinga na nosa, tak jak ty.

Abby miała ochotę powiedzieć, że Clarke powinien zainteresować się niskim poziomem potasu w wynikach badań Billa Tracy’ego, ale powstrzymała się przed tą uwagą. Oleander miał rację. Od samego początku była spięta. Po raz nie wiadomo który zastanawiała się, czy nie popełniła błędu. Jednak u Świętego Jana wszyscy, nawet starsi lekarze, którzy z trudem akceptowali kobietę na jakimkolwiek poważniejszym stanowisku, chętnie z nią pracowali. Teraz jednak okazuje się, że stanowi zagrożenie tylko dlatego, że jest sobą.

Usiłowała wmówić sobie, że życie z Joshem i planowanie wspólnej przyszłości było warte tej decyzji, ale ta myśl nie wydawała się jej teraz tak przekonująca, jak niegdyś.

– Cushing to szczęśliwy przypadek, choć nie wiem, czy badania to potwierdzą. Strzelałam na chybił trafił. Masz rację, George. Jestem za bardzo spięta.

– Z jakiego powodu?

– Nie wiem. Chyba dlatego, że to wszystko jest dla mnie nowe.

– Rozumiem. A w domu wszystko w porządku?

– W jakim sensie?

– Podczas pierwszej rozmowy powiedziałaś mi, że przenosisz się tutaj, bo twój narzeczony został przeniesiony do pracy w Colstarze.

On wcale nie jest jeszcze moim narzeczonym. Nie ustaliliśmy nawet daty ślubu. Mogła to powiedzieć, jednak się nie zdecydowała.

– U Josha wszystko w porządku. Dzięki za zainteresowanie, ale tu chodzi o mnie – odparła. – Jestem śmiertelnie przerażona, odkąd tylko mi powiedziałeś, że dostałam tę posadę.

– Rozumiem. Patience nie umywa się do Union Street czy Golden Gate Park, prawda?

– Możesz mi wierzyć lub nie, ale nie chodzi o miasto. Chodzi o szpital. Z akademii medycznej poszłam od razu na staż do izby przyjęć u Świętego Jana. Poza krótkim okresem pracy na dwóch posadach zawsze miałam poczucie bezpieczeństwa, bo wiedziałam, że od specjalistycznej pomocy dzieli mnie najwyżej parę pięter. Czuję ogromny podziw dla lekarzy, którzy w jakichś przychodniach na prowincji zdani są tylko na siebie i robią wszystko, od urazów dziecięcych po zawały. Zajmują się też złamaniami kości i niewydolnością oddechową, a w nagłych wypadkach nawet neurochirurgią.

– Nie jesteśmy aż tak oddaleni od cywilizacji, Abby. Mamy helikopter sanitarny. Do San Francisco jest tylko godzina lotu.

– Przy dobrej pogodzie. Nie zrozum mnie źle, George… Uwielbiam to uczucie, że cokolwiek się stanie, cokolwiek na mnie spadnie, będę wiedziała, jak sobie z tym poradzić. Tyle że przez ostatnich dziesięć lat zawsze mogłam poprosić kogoś o pomoc.

– Jak na szpital tej wielkości, mamy wspaniały zespół lekarzy.

– Wiem. Nie chcę, żebyś mnie uważał za jakąś niedorajdę. I rozumiem, że każdy stara się, jak może. Ale mimo wszystko nie cierpię popełniać błędów.

– Nikt tego nie lubi.

– Przez ostatnie cztery tygodnie, odkąd mi powiedziałeś, że dostanę tę posadę, i odkąd zaczęłam pracę, w każdej wolnej chwili się uczę.

– Sądząc z przebiegu twojej pracy oraz listów polecających, nigdy bym się tego nie spodziewał.

– Ale to fakt. I dlatego może wydaję się spięta. Szpital miejski to dla mnie nieznany ląd. Nie chcę popełnić błędu.

– Właśnie dlatego cię tu wezwałem. Chcę, by opinia o tobie odpowiadała twoim wspaniałym kwalifikacjom. Tylko tyle.

Zabrzęczał pager Abby, wzywając ją na izbę przyjęć, i niemal w tej samej chwili przez drzwi wsunęła głowę sekretarka Oleandra.

– Pani doktor, czeka na panią trzech pacjentów. Ale nic poważnego.

– Dziękuję.

– Przepraszam, że mnie nie było, kiedy przyjechałaś – odezwał się znowu Oleander. – Siedziałem w laboratorium. Chciałem ci podziękować za to, że tak wspaniale zaszyłaś przecięty podbródek mojego siostrzeńca Brendana. Ma tylko pięć lat. Pewnie go nie pamiętasz, ale…

– Owszem, pamiętam bardzo dobrze. My, rudzielcy, zawsze zwracamy na siebie uwagę.

– Pielęgniarka powiedziała, że coś do niego szeptałaś, gdy przygotowywałaś się do założenia mu szwu.

Abby uśmiechnęła się.

– Przypominałam mu, że on tu dowodzi i że przestanę go zszywać, gdy tylko powie słowo. Kiedy byłam dzieckiem, nienawidziłam uczucia, że nie panuję nad sytuacją, zwłaszcza w szpitalu czy u dentysty. Prawdę mówiąc, wciąż tak to odbieram, więc zawsze staram się upewnić dzieciaki, że nadal mają prawo głosu.

– Moja siostra mówiła mi, że byłaś dla niego cudowna. Masz dzieci?

– Nie, ale nie chcielibyśmy dłużej z tym zwlekać – odparła Abby.

Sekretarka uśmiechnęła się, cofnęła głowę i zamknęła drzwi.

– Podtrzymuję to, co powiedziałem przedtem – oświadczył Oleander. – Wszyscy w Patience są w jakiś sposób ze sobą związani. Ale nikt nie jest ważniejszy od lekarzy. Zrobiłaś już w miasteczku wielkie wrażenie. Bądź tylko trochę łagodniejsza dla personelu.

– Załatwione.

– Dzięki.

Abby podniosła się.

– Ciekawa jestem – powiedziała – który z moich kolegów uważa, że jestem spięta i szorstka dla ludzi?

Oleander zastanawiał się chwilę.

– Chyba doktor Alvarez rzucił mimochodem taką uwagę w rozmowie ze mną – odezwał się wreszcie. – Ale jeśli to naprawdę był on, raczej nie powinienem o tym wspominać. To znakomity lekarz, jednak nie bardzo mu idzie gra w zespole. Ma własne zdanie o wszystkim i wszystkich i bez najmniejszych oporów dzieli się nim z każdym.

Lew Alvarez. Powinna się tego domyślić. Alvarez był najwyraźniej pierwszą gwiazdą w izbie przyjęć – przynajmniej do jej przybycia. Ale jego zbyt wielka pewność siebie i agresywna męska uroda trochę ją od niego odrzucały. Trudno było sobie wyobrazić, że uznał jej osobę za zagrożenie, jednak Abby wiedziała, że takie nastawienie nie zawsze da się wyczuć.

– Dzięki, że mi o tym powiedziałeś – mruknęła. – Postaram się, by zmienił swoją opinię o mnie.

– Spróbuj. Choć osobiście nie uważam, żeby opinie Alvareza miały jakieś specjalne znaczenie.

Abby zastanawiała się przez chwilę, dlaczego Oleander ma tak sceptyczny stosunek do Alvareza, mimo uznania, jakim młody lekarz cieszył się u pielęgniarek. Ale nie pora teraz nad tym rozmyślać. Podziękowała jeszcze raz i wyszła z gabinetu.

Wracając do izby przyjęć, przyznała sama przed sobą, chyba po raz pierwszy, że spośród całego personelu medycznego właśnie na Alvarezie chciała zrobić największe wrażenie.

Ciąg dalszy w wersji pełnej