Ostre cięcie - Adam Budzik - ebook

Ostre cięcie ebook

Adam Budzik

3,8

Opis

Opole, jesień 2017 roku. Komisarz Jan Tajler, niepokorny przedstawiciel pokolenia Y w szeregach policji, zostaje wezwany na miejsce zbrodni. Wszystko wskazuje na to, że młoda kobieta, Aleksandra Nowak, zginęła od rany ciętej szyi, nie stawiając przy tym żadnego oporu. Tajler rozpoczyna śledztwo, ale nie tylko on pragnie rozwikłać zagadkę tego zabójstwa – po piętach depcze mu ambitna dziennikarka, która za cel stawia sobie udowodnienie nieudolności organów ścigania. Na jaw wychodzą brudne sekrety i rodzinne tajemnice, a nowych poszlak i tropów wciąż przybywa. Tymczasem zabójca pozostaje nieuchwytny…

Teraz, w ciemną październikową noc, nie była już tego pewna. Koniuszki jej palców zanurzały się w wydobywającej się z jej szyi brunatnej mazi, bryzgającej na wszystko wokół. Nie kontrolowała własnych nóg, które chciały wręcz kopać bądź tańczyć, ale nie mogły, ponieważ były spętane sznurem. Z każdą sekundą czuła, jak z jej ciała odpływa krew, a wraz z nią siły. Taki miał być finał jej w miarę krótkiego życia. Spodziewała się, że w głowie pojawią się migawki z przeszłości, jak to ma miejsce na filmach, wspomnienia ukryte głęboko w podświadomości. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Jej wzrok ostatkiem sił utknął w plamie krwi i zanurzonych w niej palcach. Ostatni widok przed nieuniknioną śmiercią.

Adam Budzik – urodził się w 1995 roku. Pochodzi z Dolnego Śląska, obecnie mieszka w Opolu. Ukończył logistykę na Uniwersytecie Opolskim. Na co dzień pracuje w dużej sieci handlowej. Jest miłośnikiem kultury Dalekiego Wschodu, muzyki rockowej, a także historii.
Ostre cięcie” to jego debiut literacki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 428

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (53 oceny)
12
22
13
6
0

Popularność




SPIS TREŚCI

Prolog

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Od autora

 

 

 

 

„Nie wiemy jeszcze nic o życiu, więc jak możemy wiedzieć coś o śmierci?”

Konfucjusz

 

 

„Na pewno masz mi za złe, że ten właśnie wziąłem nóż na pewno masz mi za złe oni zaraz przyjdą tu”.

Breakout, Oni zaraz przyjdą tu

PROLOG

Myślami powróciła do czasów, kiedy ojciec uczył ją jazdy na dwukołowym rowerze. Pięcioletniej dziewczynce przychodziło to z trudem. Po przejechaniu kilku metrów traciła równowagę i spadała na żwirową drogę, zdzierając kolana i łokcie. Najpierw pojawiał się ból, potem płacz, ale wstawała i po raz kolejny dosiadała roweru, aby podołać wyzwaniu, zobaczyć uśmiechniętego tatę mówiącego: „Moja mała dziewczynka się stara, jeszcze tylko parę metrów i wracamy do domu”. Wtedy miała pewność, że wstanie z ziemi i będzie jak zawsze, znowu spróbuje swoich sił na dwukołowym pojeździe, wróci z ojcem do domu, a otarcia na skórze mama załagodzi piekącą wodą utlenioną. Teraz, w ciemną październikową noc, nie była już tego pewna. Koniuszki jej palców zanurzały się w wydobywającej się z jej szyi brunatnej mazi, bryzgającej na wszystko wokół. Nie kontrolowała własnych nóg, które chciały wręcz kopać bądź tańczyć, ale nie mogły, ponieważ były spętane sznurem. Z każdą sekundą czuła, jak z jej ciała odpływa krew, a wraz z nią siły. Taki miał być finał jej w miarę krótkiego życia. Spodziewała się, że w głowie pojawią się migawki z przeszłości, jak to ma miejsce na filmach, wspomnienia ukryte głęboko w podświadomości. Nic takiego jednak nie miało miejsca, jej wzrok ostatkiem sił utknął w plamie krwi i zanurzonych w niej palcach. Ostatni widok przed nieuniknioną śmiercią. Jej nogi przestały wierzgać w dzikim, niekontrolowanym tańcu, powoli traciła czucie w dłoniach. Pozostało jej tylko czekać, jak neuron przekaże informacje do mózgu, że to już koniec. Ostatni widok w jej życiu to krew na białych kafelkach łazienki, ostatni usłyszany dźwięk to ciche kroki w jej mieszkaniu.

Dar życia został jej zabrany momentalnie, jednym precyzyjnym ostrym cięciem.

ROZDZIAŁ I

Poniedziałek, 2.10.2017

Elektroniczny dźwięk w formacie mp3 wydobywający się z telefonu komórkowego zbudził Jana Tajlera o siódmej rano. Mężczyzna przeciągnął się i zrzucił z siebie kołdrę powlekaną białą poszwą.

Przez trzydzieści sekund siedział na łóżku, dopóki do jego świadomości nie dotarło, że jest poniedziałek. Przeszedł kilka kroków do kuchni, aby wlać wodę do czajnika, po czym otworzył lodówkę i wyjął jogurt. Wsypał do kubka dwie łyżeczki kawy, a po chwili kuchnię wypełnił intensywny aromat.

Poniedziałek – pomyślał. Rozpoczęcie kolejnego rutynowego tygodnia. W Opolu w wydziale kryminalnym każdy dzień zazwyczaj wypełniony jest papierową robotą przy biurku, bo mąż zabił w pijackim amoku żonę, bo któryś nieszczęśnik skutecznie targnął się na życie, słowem szara rutyna gliny.

Nie wiadomo, czy cieszyć się z małej liczby zgonów na terenie miasta, z tego, że ludzi nie ciągnie do popełniania przestępstw, co wpływa pozytywnie na statystyki pod koniec roku, czy może zacząć się już martwić ryzykiem braku pracy. Wtedy czeka go świetlana przyszłość w obyczajówce: prostytucja, handel narkotykami, rozboje i kradzieże. Podróż po sinusoidzie ludzkiego cwaniactwa, nieprzejawiania chęci do odmiany życia na bardziej uczciwe. Polacy, naród piękny, z bogatą historią, tylko ludzie kurwy.

Zjadł jogurt, popił go kawą i zapalił z nowo otwartej paczki camela blue.

Była godzina 7:20, gdy z porannego letargu wyrwał go telefon od przełożonego.

– Tak, słucham? – zapytał.

– Mamy morderstwo na Chabrach, bądź tam za chwilę – odpowiedział przełożony. – Adres Chabrów 49, mieszkanie siedem. Pospiesz się, bądź najszybciej, jak możesz. Do zobaczenia.

– Zrozumiałem.

W pośpiechu wziął prysznic i założył jeansy oraz koszulę w niebieską kratkę. Krzysztof Rozlewski, jego przełożony, dzwonił wyłącznie wtedy, gdy chodziło o makabryczną zbrodnię. Szanował czas podwładnych poza pracą. Tutaj Tajler nie mógł się niczym pochwalić, bo ciągłe doskonalenie życia poza pracą w jego przypadku spełzło na niczym. Wczorajszy wieczór spędził w kinie, przedtem przesłuchał połowę dyskografii Chłopców z Placu Broni, którzy swoją popularność zawdzięczali charyzmatycznemu wokaliście, nazywanego przez ludzi polskim Johnem Lennonem, czyli Bogdanowi Łyszkiewiczowi. Pomysł z wyjściem do kina, na siłownię bądź odnowieniem starych znajomości z liceum podsunął mu policyjny psycholog, zauważając u niego niechęć do jakichkolwiek kontaktów społecznych. Wspominał coś o negatywnym wpływie izolacji na psychikę, depresji, możliwości popadnięcia w alkoholizm i o tym, że interakcje społeczne rozładowują stres. Podsunął mu nawet jakiś tytuł.

Teraz, na schodach, Tajler próbował go sobie przypomnieć, ale bezskutecznie.

O godzinie siódmej czterdzieści w rytm pracy wprawił silnik toyoty corolli i pojechał wprost na Chabrów 49.

Jeżeli prowadził z przełożonym rozmowy poza miejscem pracy, to znaczyło, że sprawa nie cierpiała zwłoki.

Tajler powrócił pamięcią ponad cztery miesiące wstecz, kiedy to w czerwcowy poranek Rozlewski zadzwonił do niego w sprawie morderstwa nad Odrą. Nieboszczyka nie dało się zidentyfikować, ponieważ miał zmiażdżoną twarz, nie było też dokumentów. Tym razem przygotował się na podobny widok.

Przed sobą ujrzał przeciętny czteropiętrowy blok, taki sam jak w każdym innym mieście. Tuż przed budynkiem stały dwa radiowozy, a pół metra trawnika wraz z chodnikiem obok drzwi wejściowych odgrodzono taśmą. Przed drzwiami do klatki stał umundurowany policjant o szpakowatych włosach i szczupłej budowie ciała.

– Witam, jest już inspektor Rozlewski? – spytał Tajler.

– Dzień dobry, inspektor wraz z prokuratorem już są. Trzecie piętro, drzwi po lewej – odpowiedział funkcjonariusz.

Tajler wszedł schodami na trzecie piętro. Ściany klatki schodowej pomalowane były ciemnożółtą, olejną farbą. Drewniane białe drzwi z zawieszką „nr 7” były otwarte na oścież, a w przedpokoju już rozstawiono walizkę ze sprzętem techników. Przeszedł do pokoju głównego, w którym stał Rozlewski wraz z mężczyzną w średnim wieku, o siwych skroniach i łysinie na czubku głowy, ubranym w szary garnitur. Nowy prokurator, domyślił się Tajler, spoglądając na nieznajomego.

Ale czy również nowe zwyczaje? Sam fakt, że się tutaj pojawił, dobrze o nim świadczy. Ruszenie prokuratorskiej dupy znad biurka bywa wyzwaniem, większość przyjeżdża, gdy ciało jest w drodze do kostnicy. Na sekcję wybierają się sporadycznie. Liczą się dla nich suche fakty.

– Co mamy? – zapytał.

– Denatka, Aleksandra Nowak, dwadzieścia siedem lat, zamordowana w łazience – odpowiedział Rozlewski. – A przy okazji poznaj nowego prokuratora okręgowego, Macieja Twiejczuka, który będzie prowadził śledztwo.

Mężczyzna w szarym garniturze skierował wzrok ku Tajlerowi i wyciągnął ku niemu rękę.

– Maciej Twiejczuk, miło mi – powiedział głosem pełnym entuzjazmu i uprzejmości.

– Komisarz Jan Tajler, mi również miło poznać – odpowiedział, po czym podał dłoń jegomościowi.

Mężczyźni po wymianie uprzejmości przeszli do łazienki. Tajler ujrzał młodą kobietę leżącą w kałuży krwi na wykafelkowanej na biało posadzce, tuż obok kabiny prysznicowej i sedesu. Nogi na wysokości kolan były związane sznurem.

Tuż nad zwłokami klęczał jeden z techników laboratoryjnych.

– Za chwilę przyjadą z prosektorium, po sekcji będziemy wiedzieć więcej – powiedział, odwracając się w kierunku mężczyzn. – Na razie ustaliłem, że denatka zmarła z powodu rany ciętej wzdłuż tętnicy szyjnej zadanej podłużnym przedmiotem, cholera wie, bagnet, nóż, trudno mi stwierdzić. Po prostu rana cięta.

– Kto powiadomił policję? – zapytał Tajler.

– Sprzątaczka, przychodzi tutaj o szóstej rano w każdy poniedziałek, obecnie znajduje się w mieszkaniu numer osiem, naprzeciwko – odpowiedział technik.

– Dobra, Janek, przesłuchaj tę sprzątaczkę i sąsiadów, w razie konieczności weź tego z dołu – wydał polecenie Rozlewski.

– Wyrobię się z tym – odrzekł Tajler.

– Przepraszam, drodzy panowie, ale muszę już iść, za godzinę mam rozprawę w sądzie – powiedział Twiejczuk. – Proszę do mnie przyjść jutro po południu, mam nadzieję na owocną współpracę, do widzenia – pożegnał się, podając rękę Rozlewskiemu i Tajlerowi.

Po paru minutach zwłoki zostały zabrane, a Rozlewski udał się do czarnego forda mondeo, po czym ruszył w kierunku centrum.

Tajler postanowił na razie na własną rękę przesłuchać mieszkańców bloku.

Postanowił zacząć od najbardziej obiecującego mieszkania numer osiem.

Drzwi imitujące mahoń otworzyła mu starsza, zgarbiona, otyła kobieta z półdługimi, białymi włosami spiętymi z tyłu. Jej oczy oplecione były siecią zmarszczek, a powieki sine ze zmęczenia oraz starości. Na nosie miała okulary w drucianej oprawie. Spoglądała na Tajlera z dozą fascynacji, szacunku i niepokoju.

– Dzień dobry, komisarz Jan Tajler, Komenda Wojewódzka Policji w Opolu – powiedział, wyjmując legitymację z wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki. Miliony razy używał tego samego zwrotu, gdy przedstawiał się ludziom w godzinach pracy. Podobnie jak prezes wielkiej organizacji z członem Company czy S.A. w nazwie, gdy się prezentował, mówił zawsze swoje stanowisko wraz z nazwą firmy, tak samo Tajler tysiącom twarzy przedstawiał się w podobny sposób – wymóg prawny, siła przyzwyczajenia, nałóg przedstawiania się właśnie tak.

– Dzień dobry, zapraszam – powiedziała staruszka, wskazując, aby przeszedł przez próg.

Przeszli przez mały przedsionek, w którym były wieszak, szafka na buty i lustro z naklejonymi kartkami z różnymi numerami telefonów. Tajler mimowolnie spojrzał przez ułamek sekundy na lustro, po czym jego wzrok powrócił do staruszki. Kobieta otworzyła drzwi i znaleźli się w salonie, takim samym jak w milionach polskich mieszkań. Niebieska welurowa wersalka wraz z fotelami w tym samym kolorze. W swoistym Stonehenge polskiego domostwa oczywiście nie mogło zabraknąć małego drewnianego stolika z IKEI. Na jednym z foteli siedziała drobna pięćdziesięcioletnia kobieta, spoglądająca jakby w pustkę.

– Komisarz Jan Tajler.

– Daryna Morozow, ja… ja byłam sprzątaczką u pani Oli – powiedziała lekko drżącym głosem. Tajler usłyszał akcent kobiety, który skojarzył mu się z imigrantami zza wschodniej granicy kraju.

Usiadł w fotelu naprzeciwko. Sprzątaczka była przestraszona sytuacją, siedziała lekko skulona, zaciśnięte dłonie trzymała na kolanach.

– Pani jest Ukrainką? – spytał.

– Tak.

– Nie ma pani problemów z językiem polskim? Ewentualnie musiałbym sprowadzić dla pani tłumacza.

– Ja mieszkam w Polsce od ponad roku i nie mam problemu z polskim.

– W takim razie kwestie formalne mamy załatwione, więc proszę powiedzieć, co się wydarzyło.

– W poniedziałki zawsze przychodzę do mieszkania pani Oli o szóstej rano. Pani Oli już nie ma na mieszkaniu o tej godzinie, inodi mijałyśmy się w drzwiach. Dzisiaj zdziwiłam się, że godzina szósta, a u pani Oli drzwi otwarte i światło się świeci. Wchodziłam dalej do łazienki – głos kobiety zmienił się w płaczliwy, jej oczy wyrażały przerażenie, ale kontynuowała – a tam krew i pani Ola leżała w tej krwi. Nic nie ruszałam, tylko zadzwoniłam do policji zgłosić.

– Kim była dla pani denatka?

– Kto taki?

– Pani Ola.

– Klientką, zatrudniłam się w firmie sprzątającej, oni dajo nam zlecenie na sprzątanie mieszkań, biur.

– A czy w ostatnim czasie ktoś odwiedzał panią Olę?

– Nic nie wiem, ja tylko przychodziła w poniedziałek sprzątać.

– Nikt u niej nie nocował, nie odwiedzał jej?

– Nie wiem.

– W takim razie to wszystko, niech pani nie wyjeżdża z miasta, za dwa dni zgłosi się pani do mnie w celu złożenia oficjalnych zeznań. Podejdzie pani do drugiego policjanta, on z panią pójdzie sprawdzić, czy nic nie zginęło z mieszkania. Rozumie pani?

– Ja zrozumiałam.

– Jak się nazywa firma, w której pani pracuje?

– Clean Okej.

Tajler zapisał w notesie nazwę.

Sprzątaczka opuściła salon, założyła płaszcz i udała się do policjanta, który już zabezpieczył mieszkanie denatki. Tajler przystąpił do przesłuchania drugiego świadka – zgarbionej staruszki. Genowefa Zaryńska, bo tak się nazywała, nie przedstawiła w zeznaniach niczego szczególnego, tylko tyle, że denatka nazywała się Aleksandra Nowak, mieszkała tutaj półtora roku, rzadko bywała w domu, młoda kobieta ciężko pracująca, nikt jej nie odwiedzał.

Oficer dyżurny potwierdził przypuszczenia Tajlera – z mieszkania nic nie zginęło. Wszystko było na swoim miejscu: telefon komórkowy, portfel wraz z kluczykami do samochodu i mieszkania, laptop oraz złoty zegarek. Ukrainka udała się do wyjścia, a Tajler wraz z oficerem dyżurnym został na klatce schodowej.

– Gąsiewicz jestem – zagaił oficer.

– Jan Tajler.

– Sprawdziłem jej torbę, kazałem wypakować wszystko, co miała przy sobie. Rozumie pan, Ukrainka? Z takimi trzeba ostrożnie – powiedział Gąsiewicz.

– Nie za bardzo pana rozumiem, że Ukrainiec, to od razu złodziej?

– Tak myślę, często interweniowałem w sprawie Ukraińców. Złodzieje, skłonni do bójek, pijacy.

– Zapamiętam – powiedział Tajler. – Jak następnym razem trafi mi się ofiara, która zmarła wskutek pobicia, będę poszukiwał winnego wśród banderowców.

Dla Tajlera poglądy na temat imigrantów, które przed chwilą usłyszał, były zwyczajnie śmieszne i karykaturalne. Tak jakby każdy Ukrainiec, który przyjeżdża do Polski, nic tylko podejmował działalność przestępczą. Nasza narodowa ksenofobia – pomyślał.

– Zróbmy tak, odwiedzę sześć mieszkań, pan bierze kolejne sześć. Nazajutrz zaprosi pan cały blok na komendę i przesłucha po raz drugi każdego świadka. Mogę tak pana zaangażować?

– Zrobi się – odpowiedział Gąsiewicz.

Przesłuchania mieszkańców sześciu mieszkań, które Tajler odwiedził w toku śledztwa, nie wniosły nic istotnego do sprawy. Ich lokatorami byli emeryci rzadko wychodzący z domu, słabo znający denatkę. Na własne oczy ujrzał zjawisko demograficzne, o którym zdarzało mu się czytać w prasie – starzenie się polskiego społeczeństwa. Można tylko przypuszczać, dlaczego Aleksandra Nowak została zamordowana. Technicy zabezpieczyli telefon ofiary oraz laptop. Tuż przed wyjściem z nieszczęsnego bloku komisarz spotkał Gąsiewicza, który był pochłonięty rozmową telefoniczną i tylko od czasu do czasu spoglądał na zegarek na prawym przegubie.

– Zrozumiałem, będzie trzeba to jakoś zorganizować – odpowiadał wciąż to samo. Po paru minutach się rozłączył. Skierował wzrok na Tajlera.

– U mnie kicha, sami emeryci, większość kojarzyła ją tylko z widzenia, mijali się czasami na schodach. Robota nic niewarta, stężenie alzheimera w tym bloku przekracza wszelkie normy. A jak u pana?

– Gówno w przeręblu. Wszyscy spali, poza tym do bloku nikt obcy nie może wejść, jest domofon, każdy z mieszkańców ma klucze. Przypuszczalnie ofiara znała sprawcę, ewentualnie można typować kogoś o zdolnościach ślusarskich.

– Dobra, dobra, nie chcę aż tak w to brnąć. Przesłucham wszystkich z tego bloku, a szukaniem sprawcy niech zajmie się ktoś inny.

– Czym się pan trudni najczęściej?

– Prewencja i jaki pan… Mówmy sobie po imieniu, Mariusz jestem. – Mężczyzna podał Tajlerowi rękę.

– Jan.

– Pijani, bójki, nieletni sprawcy i kradzieże paliwa na stacji, tym się najczęściej zajmuję. Teraz to jest dla mnie miła odskocznia, w końcu coś poważnego.

Tajler sprawdził godzinę na telefonie – 9:50.

– Będę już leciał, niech technicy zabezpieczą teren – powiedział.

– Na razie.

– Na razie.

Po dwóch godzinach spędzonych na oględzinach udał się do samochodu, odczekał pięć minut i powoli zaczął kierować się w stronę komendy wojewódzkiej. Dopiero o tej porze dzielnica Chabrów nabierała życia, na przystankach kotłowali się starsi i młodsi ludzie czekający na autobus. Co jakiś czas z pobliskiej „Stokrotki” wychodzili pojedynczy klienci. W szkole nieopodal zaczęła się przerwa i grupki dzieci bawiły się we własnym gronie. Zwyczajna, spokojna dzielnica, która za parę godzin zostanie przedstawiona opinii publicznej jako najniebezpieczniejsza część miasta, gdzie we własnym domu mogą pozbawić cię życia. Rozmyślania Tajlera przerwał klakson. Nie zauważył, że zapaliło się zielone światło, gdyż spoglądał na przechodniów. Tuż za nim w białej skodzie fabii młody mężczyzna był już zdenerwowany oczekiwaniem na dalszą jazdę. Nie spiesząc się, jak to zwykle się dzieje podczas takiej sytuacji, Tajler delikatnie nacisnął gaz, następnie rozpędził się do trzydziestu na godzinę i spokojnie zmienił biegi – najpierw z jedynki na dwójkę, później na trójkę. Pięćset metrów, trzydzieści kilometrów na godzinę. Co jakiś czas spoglądał w tylne lusterko. Mężczyzna w białej skodzie był zirytowany. Niemożność wyprzedzenia zawalidrogi była dla niego problemem. Nie dosyć, że podwójna ciągła, to jeszcze sznur samochodów z naprzeciwka. Po pewnym czasie Tajler przyspieszył, ponieważ zebrało się już za nim dość dużo samochodów. Grunt, że frustrat z tyłu odebrał lekcję cierpliwości. Policja powinna wychowywać naród na różne sposoby – pomyślał, uśmiechając się.

*

Na parkingu KWP zjawił się parę minut po dziesiątej i przeszedł frontowym wejściem do budynku, mijając dwóch funkcjonariuszy na portierni.

Wspiął się po trzydziestu dwóch granitowych schodach, skręcił w prawo i już był pod drzwiami z numerem siedem. Na środku gabinetu stało biurko ze sklejki, po jego jednej stronie znajdowały się dwa krzesła, a po drugiej skórzany fotel na kółkach. Laptop w prawym rogu biurka, w lewym drukarka, na środku zaś laminowana kartka złożona w trójkąt: „Komisarz Jan Tajler”.

Prawie jak dom – pomyślał Tajler.

Siłą rzeczy czasami spędzał w tym pomieszczeniu więcej niż osiem godzin, zależnie od dnia, sił i wagi sprawy, którą się zajmował.

Usiadł za biurkiem, przysunął komputer, wyjął notes, w którym miał zapisane dwanaście zeznań. Teraz będzie musiał wprowadzić je do laptopa i rozpocząć żmudną papierkową robotę związaną ze śledztwem. Na drugim końcu biurka rozdzwonił się telefon stacjonarny. Podniósł słuchawkę, linia wewnętrzna:

– Jan Tajler, słucham?

– Dzień dobry, z tej strony starszy posterunkowy Mariusz Gąsiewicz z Komendy Miejskiej numer dwa w Opolu. Kontaktuję się w dzisiejszej sprawie. Sprawdziłem dokładnie dane ofiary.

– Proszę poczekać, wezmę tylko coś do pisania – przerwał Tajler, po czym wziął długopis i otworzył notes na stronie z notką „Aleksandra Nowak”. – może pan mówić.

– Aleksandra Nowak, urodzona 14 stycznia 1990 roku, ojciec Włodzimierz, matka Grażyna, zameldowana w Niemodlinie, ulica Zamkowa 15. Ostatnio była zatrudniona jako specjalista do spraw finansów w firmie Fresh Food Company, poza tym prowadziła własną działalność gospodarczą jako księgowa, rozliczenia firm. Ma siostrę i brata, brat w Warszawie, natomiast siostra mieszka z rodzicami.

– Dzięki wielkie.

– Czy czegoś jeszcze potrzeba?

– Będziemy w kontakcie, jak na razie wykonałeś dobrą robotę, jeszcze raz wielkie dzięki. Do usłyszenia.

– Do usłyszenia.

Tajler rozłączył się, po czym zaczął porządkować fakty i przepisywać zeznania. Pierwsze czterdzieści osiem godzin jest bardzo istotne dla sprawy, pozwala wytypować potencjalnych sprawców. Świadkowie mają dość świeżą pamięć, czasami do zabójcy prowadzi drobny szczegół – wpajali mu to w szkole policyjnej miliony razy. Ale na to jeszcze będzie czas, najpierw suche fakty, dwunastu świadków i żadnego zahaczenia, chociażby tropu.

Brakowało jeszcze dwóch zeznań: młodego małżeństwa z ostatniego piętra i staruszka mieszkającego obok. Sąsiad z naprzeciwka wspominał, że wyjechali w piątek, mają być po godzinie 17 czy 18, kiedy wrócą z pracy, przypomniał sobie Tajler.

Spisywanie rozpoczął od wklepywania do komputera danych: imię, nazwisko, pesel, numer kontaktowy. Następnie przyszła kolej na zeznania, krótkie, niezbyt wyczerpujące. Dwanaście osób odpowiedziało mu w ten sam sposób, niczego nie widzieli, niczego nie słyszeli. Aleksandra Nowak była bardzo spokojną sąsiadką, rzadko bywała w domu. Nigdy nie zauważyli, aby ktoś ją odwiedzał, żadnego szemranego towarzystwa, nie sprawiała problemów. Najlepiej znała ją sprzątaczka Morozow i najwięcej powiedziała, bo przychodziła sprzątać w poniedziałek o szóstej rano.

Po wszystkim Tajler wybrał się do automatu po kawę. W jego kierunku zmierzał mężczyzna. Był chudy, z odpowiednio ufryzowanymi włosami i brodą. Miał na sobie niebieską koszulę i jeansowe spodnie.

– Właśnie idę do ciebie – rzekł do niego.

– Cześć, co wyciągnęliście z komputera? – spytał Tajler, podając mu rękę na przywitanie. Mężczyzna był technikiem informatycznym, złotą rączką od komputerów w komendzie. Nazywał się Robert Starewicz.

– Wyciągi z rachunku bankowego, trochę danych klientów jej firmy, niewiele, ale sam zobacz – odrzekł, po czym podał białą teczkę. – Za godzinę będziemy mieli bilingi oraz postaram się wejść na skrzynkę mailową. Dobrze dbała o swoją prywatność.

– Wielkie dzięki.

Tajler powrócił do gabinetu z kawą i teczką. Postawił kubek na biurku i otworzył okno, ponieważ nowe przepisy BHP zabraniały palić w pomieszczeniach. Ale wyjątkowo dzisiaj nie miał najmniejszej ochoty, aby ruszyć się z okolic biurka, dopóki nie złapie tropu, nie znajdzie kilku podejrzanych. Otworzył teczkę. Przeczytał, że denatka posiadała dwa rachunki bankowe w banku PKO, jeden był na osobę prywatną, natomiast drugi należał do jej firmy: „Aleksandra Nowak. Usługi rachunkowe”. Jedna z najbardziej pospolitych nazw firmy, jaką Tajler widział w swoim życiu. Zgasił papierosa, wypił kawę i rozpoczął analizę sytuacji finansowej denatki.

W firmie Fresh Food Company zarabiała 2700 złotych netto, wypłatę zazwyczaj dostawała dziesiątego każdego miesiąca. Większość pozycji na jej rachunku pochodziła ze sklepów, raz w tygodniu robiła zakupy w Rossmannie, raz w tygodniu bądź dwa w dyskontach Lidl i Biedronka. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku, jednak raz w miesiącu robiła przelew na nazwisko Piotr Czekaj na kwotę 1500 złotych, zatytułowany „Kieszonkowe”. Na firmowym rachunku bankowym znajdowało się obecnie 8300 złotych. Tajler, przeglądając wyciąg, doszedł do wniosku, że była osobą bardzo pracowitą, w ciągu miesiąca obsługiwała średnio dwudziestu klientów biznesowych, zazwyczaj jednoosobowe działalności gospodarcze lub small businessy do dziesięciu pracowników. Z rachunku firmowego opłacała mieszkanie, media i paliwo, poza tym ZUS. Jedyny punkt zaczepienia stanowił Piotr Czekaj, więc wpisał nazwisko w policyjnej bazie komputerowej. Okazało się, że być może trafił na idealnego kandydata na podejrzanego.

*

Według danych z policyjnej kartoteki Piotr Czekaj, urodzony 22 listopada 1994 roku w Opolu, syn Agaty i Janusza, był podejrzany o handel narkotykami. Obecnie toczy się wobec niego odrębne postępowanie w sprawie posiadania niewielkiej ilości narkotyków. Uwagę Tajlera przykuła nie tyle sprawa dilowania, ale inne postępowanie sprzed sześciu lat. W 2012 roku Czekaj został oskarżony o gwałt, ostatecznie uniewinniony. Dziewczynę, która składała zeznania, skazano na wyrok w zawieszeniu za składanie fałszywych zeznań i wprowadzanie w błąd organów ścigania. Sprawą zajmowali się aspirant Barbara Majewska i aspirant Szymon Grójec. Nazwiska te były znane Tajlerowi, obecnie Baśka i Szymon mieli stopień starszych aspirantów.

Odszedł od biurka i udał się do policyjnego archiwum znajdującego się w piwnicy, w którym dzisiaj zmianę miał pan Czesio, starszy archiwista, który spokojnie dorabiał do swojej pomostówki. Był ogarnięty w swojej pracy.

– Witam, panie Czesiu – powiedział Tajler.

– Witam, panie komisarzu, w czym mogę pomóc? – spytał archiwista.

– Potrzebuję aktów niejakiego Piotra Czekaja.

– Oczywiście, już służę. – Mężczyzna powlókł się wzdłuż regałów pełnych kartonowych teczek.

Po niespełna trzech minutach staruszek przyniósł akta Czekaja. Tajler wziął je, usiadł na krześle przy stoliku z dykty i powoli zaczął wertować.

„24 czerwca 2012 roku o godzinie ósmej rano oficer dyżurny przyjął zgłoszenie o popełnieniu gwałtu na nieletniej Marcie Wrońskiej, wskazała sprawcę (Piotr Czekaj), w ciągu godziny został zatrzymany i umieszczony w areszcie śledczym”. Ostatecznie okazało się, że dziewczyna kłamała, przyznała się do oszustwa tuż przed gabinetem lekarza. Niewinny spędził w areszcie dobę.

Tajler wyznawał przez całe życie zasadę, że każdy medal ma dwie strony, dziewczyna nie przypadkiem oskarżyła go o gwałt, musiała mieć ku temu jakieś powody. Może chciała się na nim odegrać? Już sama twarz Czekaja, którą Tajler widział w policyjnej bazie danych, wskazywała na to, że ma on do czynienia z pospolitym cwaniakiem. Włosy zrobione na żel, zaczesane na jeża, wyraz oczu i ust wskazujący na kompleksy ukryte pod maską pewności siebie, na szyi tatuaż. Zwykły cwaniak, ale nie na tyle cwany, żeby zbić Tajlera z pantałyku. Policjant oddał akta i powrócił do gabinetu.

Wykręcił numer do prokuratura Twiejczuka.

– Maciej Twiejczuk, słucham? – usłyszał po drugiej stronie.

– Witam, z tej strony komisarz Jan Tajler, potrzebuję przesłuchać Piotra Czekaja i załogę z firmy Fresh Food Company. Dzwonię w sprawie odpowiedniego nakazu.

– Oczywiście, nie ma problemu. Jeszcze dzisiaj przekażę inspektorowi Rozlewskiemu dokumenty.

– Dziękuję i do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Co tak naprawdę łączyło tych dwoje, z tak różnych środowisk? – zastanawiał się Tajler. Ona była wykształcona, atrakcyjna. Stać ją było na sprzątaczkę, prowadziła dobrze prosperującą firmę, prawdziwa kobieta sukcesu. On jest zwykłym ćpunem, napompowanym odżywkami cwaniakiem, zapewne z mało imponującymi zarobkami, być może pochodzącymi z czarnego rynku. Może to jedna z tych historii rodem z Szekspira, o zakazanej miłości. Jednak bardziej do tej sprawy, do tych ludzi pasowała historia z jakiegoś brukowca, czyli układ, pieniądze za seks. Wszystko było możliwe, ale trudno sobie wyobrazić, że tak atrakcyjna kobieta pakuje się w taki związek. Ale w postrzeganiu zbrodni hipotezy odgrywają drugorzędną rolę, liczą się tylko fakty.

Od natłoku myśli oderwało Tajlera pukanie do drzwi. W progu stanął Starewicz. Wszedł do gabinetu wraz z plikiem kartek.

– Mam jej bilingi rozmów – powiedział.

– Dzięki wielkie, dobra robota.

Komisarz rozpoczął żmudne sprawdzanie numerów, jakie kontaktowały się z denatką. W ostatnim tygodniu dość często odbywały się rozmowy z numerem stacjonarnym z Warszawy, który dzwonił średnio cztery razy w ciągu dnia. Okazało się, że należał do sieci Orange, wewnętrzni telemarketerzy, Tajler więc go wykreślił. Doradcy z call center potrafią być upierdliwi, na szczęście on sam nigdy nie miał z nimi do czynienia. Państwo opłacało jego telefon komórkowy, wybierało operatora, negocjowało umowy. Pozostało jeszcze sprawdzić cztery numery z ostatniego tygodnia. Figurował wśród nich także Piotr Czekaj. Kontaktował się tylko raz, kilka dni temu wysłał parę esemesów. Drugą osobą była Katherine Werner której numer pojawiał się na liście równie często jak doradcy z call center, tylko że rozmowy przeprowadzane z Werner były dłuższe, potrafiły trwać od pół godziny do dwóch. Tajler wziął długopis i tuż pod nazwiskiem zanotował: „Koleżanka od plotek, sprawdzić”. Kolejny numer należał do Włodzimierza Nowaka, ojca denatki. Kontaktował się z nią tydzień temu. Ostatni z numerów na liście to telefon Arkadiusza Bilskiego. Kim mógł być, skoro kontaktował się z denatką kilkakrotnie w ciągu tygodnia, zazwyczaj w godzinach wieczornych i popołudniowych? Tajler domyślał się, ale dla pewności sprawdził w wyszukiwarce. Wpisał „Fresh Food Company Opole”, po czym wszedł na stronę internetową firmy, a potem w zakładkę „O nas – zarząd firmy”. Zarząd składał się z prezesa głównego, według informacji na stronie był nim właśnie Arkadiusz Bilski. Po chwili kursorem przesunął w dół, ponieważ interesował go dział finansowy. Znalazł dział „Rachunkowości i finansów”, którego kierownikiem był Andrzej Musiał. Tajler zapisał adres firmy.

Po przeanalizowaniu bilingów ofiary udał się do gabinetu Rozlewskiego.

*

Rozlewski usiadł w swoim skórzanym fotelu na kółkach. Do ręki wziął dzisiejsze wydanie „Nowej Trybuny Opolskiej”. Przeglądając nagłówki, śmiał się w duchu z powodu ciszy przed burzą. Burza rozpęta się dopiero jutro. W myślach układał przykładowe tytuły: „Morderstwo na Chabrach” lub bardziej soczyste „Brutalne morderstwo sto metrów od posterunku policji”.

Jeszcze trzydzieści lat temu, kiedy pierwszy raz przekroczył progi milicji obywatelskiej, morderstwo wywoływało aferę na całe województwo. Nagle dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć tysięcy mieszkańców najmniejszego województwa w Polsce żyło śmiercią obcego im człowieka i bestialstwem drugiego.

Z zamyślenia wyrwało go wejście Tajlera.

Spojrzał znad gazety.

– Mogłeś zapukać – powiedział.

– Wiesz, w godzinach pracy nie miałbym po co pukać, szparki-sekretarki nie masz, wódy w pracy nie łoisz, więc nie masz co przede mną ukrywać.

Rozlewski odłożył gazetę i się roześmiał, po czym jego twarz spoważniała.

– A jeśli w tym momencie przyjmowałbym łapówkę, mógłbym stracić autorytet u podwładnego.

– Nie ma autorytetów, są tylko przełożeni – skwitował Tajler.

– Dobra, dosyć pierdolenia, bo trup stygnie.

– I zbliżamy się do sedna sprawy. Kto prowadzi sprawę Czekaja o dilerkę?

– Narkotykowi, cały zespół, chyba pięć osób. Połączę się z ich dowodzącym. Jeśli dobrze pamiętam, to nadkomisarz Bień – powiedział Rozlewski, po czym chwycił telefon i skontaktował się z linii zewnętrznej.

– Tu Rozlewski, poproszę nadkomisarz Bień. Nie na telefon, chodzi o jednego z figurantów w waszej sprawie.

Podczas rozmowy kiwał głową, stukając koniuszkami palców o blat biurka.

Tajler nie słyszał rozmowy. Po minucie Rozlewski odłożył słuchawkę.

– Okej. Zaraz tu przyjdzie, oczywiście musiała walnąć tekst o zwykłym lenistwie i że traci czas na zapieprzanie schodami, ale jak najbardziej się stawi, jeśli może to pomóc w ich sprawie.

– Jakiej sprawie?

– Pewnie jak zwykle ten sam problem. Są narkotyki, są ci, co zażywają, jest ten, co sprzedaje, ale nie można znaleźć tego, kto rozprowadza na większą skalę niż pod liceum czy tam dyskotekami.

– I w takich momentach cieszę się, że nie pieprzę się z tematem, kto bierze, kto sprzedaje – powiedział Tajler.

– Wiesz, Janek, to jest trochę jak ośmiornica, rozbijamy jedną szajkę, pojawia się kolejna, to zwykła walka z wiatrakami.

Rozmowę przerwał stukot do drzwi. Rozlewski, przeczuwając, kto za nimi stoi, wstał zza biurka i podszedł otworzyć.

– Witam koleżankę Bień – powiedział.

Oczom Tajlera ukazała się około czterdziestoletnia kobieta, wysoka blondynka. Włosy miała spięte, na sobie służbowy ubiór.

– W jakiej sprawie? – spytała.

– W sprawie waszego śledztwa z narkotykami. Chodzi nam o jednego gościa, Czekaja – wyjaśnił. – Dokładnie mojemu człowiekowi. Bień, poznaj Jana Tajlera z zabójstw.

– Jan Tajler – przywitał się z nieznajomą.

– Nadkomisarz Maria Bień.

– Co macie na Czekaja? – spytał policjant.

– Spokojnie, komputerem nie jestem, raporty przechodzą przez moje ręce, ale jakbym miała spamiętać wszystkich dilerów i ćpunów w tym mieście, to już dawno musielibyście mnie wywieźć w kaftanie na Wodociągową – powiedziała Bień sarkastycznym tonem podszytym wrednym charakterem.

– Okej, pani zluzuje ciśnienie.

– Zapraszam do gabinetu, może tam się czegoś dowiemy – skwitowała.

Razem z Bień przeszli korytarzem do granitowych schodów i skierowali się w dół, następnie długim korytarzem ruszyli do ostatnich drzwi znajdujących się w zachodnim skrzydle budynku. Gabinet był z tych skromnych, na dwudziestu pięciu metrach kwadratowych musiało kotłować się przy biurkach pięć osób. Tajler od razu zauważył panującą tam hierarchię – wiadomo, kto był przełożonym, a kto podwładnym, ponieważ cztery biurka ustawiono krawędź w krawędź obok siebie. Obecnie pomieszczenie było puste, a mężczyzna oczyma wyobraźni próbował sobie wyobrazić, co się tutaj dzieje, gdy nagle cała czwórka musi spędzić parę godzin przed komputerem. W dalszej części pokoju za przeszkloną ścianą z żaluzjami wydzielony był obszar z większym biurkiem i dwoma regałami. Domyślił się, że to biurko należało do Bień.

– Pan sobie weźmie krzesło i zapraszam do siebie.

Tajler wraz z krzesłem udał się razem z Bień w przeszklony kąt. Kobieta wyciągnęła niebieski segregator, a on zauważył, że wszystkie dokumenty zostały poukładane alfabetycznie. Po chwili wyjęła jedną z teczek.

– Czekaj, Piotr Czekaj – powiedziała i palcem wskazującym oraz kciukiem ujęła cienką białą aktówkę. – Zwykła płotka, handlował narkotykami pod trójką, później przeniósł się pod dyskoteki, to tu, to tam. Zazwyczaj do czasu, póki go któryś z ochroniarzy nie złapał. Obecnie będzie zeznawał w sprawie posiadania i rozprowadzania towaru.

Podała teczkę Tajlerowi. Zaczął porównywać informacje z tymi z archiwum. To na pewno ten sam człowiek, tym razem podejrzany o posiadanie i rozprowadzanie narkotyków. Nic ciekawego, niziny społeczne, patologia.

Policjant opuścił pokój Bień i wrócił do swojego gabinetu. Przyglądał się przez dłuższą chwilę zdjęciu Piotra Czekaja. Klasyka gatunku, chłopak z marginesu, częsty bywalec dyskotek, handel narkotykami, brak aspiracji do podjęcia stałej pracy, rodzice często zaglądają w dno butelki. Tajler, chociaż był policjantem dopiero od pięciu lat, wiele razy widział ten schemat. Wzorce czerpane od rodziców, jeśli ojciec miał skłonność do przemocy, syn będzie te zachowania powielał. Ewentualnie sami się pomordują. W myślach próbował odtworzyć piosenkę Zew krwi zespołu IRA. Gdy patrzył na zdjęcie tego chłopaka, tylko ten numer przychodził mu do głowy.

Urodziłeś się, gdzie złodziej to król. Urodziłeś się i chciałeś być inny. Urodziłeś się tu i w uszach Ci brzmi Zew krwi! Zew krwi! Nie pozwala Ci stąd odejść.

W oczekiwaniu na finał sekcji zwłok pogrążył się w papierkowej robocie, ale niezwiązanej z dzisiejszą sprawą, bo miał do dokończenia kilka raportów. Włączył komputer, po czym zaczął notować.

Pierwsza sprawa, z jakiej sporządził raport, dotyczyła wypadku samochodowego z 12 lipca 2017 roku.

W dniu 12 lipca 2017 roku o godzinie 4:45 doszło do wypadku drogowego na DK45 w okolicach obwodnicy Osowca. Sześcioro pasażerów wracało z Opola samochodem marki BMW e46 w kierunku Kluczborka. Przez niedostosowanie prędkości kierujący stracił panowanie nad pojazdem, efektem czego było wypadnięcie z drogi i uderzenie w pobliskie drzewo. Jedna ofiara śmiertelna. Kierującemu zostały przedstawione zarzuty nieumyślnego spowodowania śmierci i mataczenia w śledztwie, pasażerom zarzut mataczenia w śledztwie.

Powrócił pamięcią do tamtej sprawy. Grupka nastolatków w wieku osiemnastu, dziewiętnastu lat wracała z jednego lokalu z Opola. Tak się złożyło, że nowo poznany znajomy nie miał jak wrócić do sąsiedniej miejscowości, więc ktoś zaproponował mu miejsce w bagażniku. Przecież to tylko parę kilometrów, nic się nie stanie. Niestety przez brawurę kierowcy pasażer z bagażnika stracił życie. Miał połamane żebra i złamaną podstawę czaszki. Pomysłowi gówniarze, którzy wyszli z tego prawie bez szwanku, wpadli na pomysł, że zostawią ciało kolegi na środku jezdni, udając, że niby spowodowali wypadek, gdyż leżał na drodze i chcieli wyminąć przeszkodę. Tajler został wezwany przez drogówkę, by pomóc w odtworzeniu wydarzeń. Ale w końcu prawda wyszła na jaw, ponieważ zauważył drobne ślady krwi w okolicy między zderzakiem a drzwiami. Otworzył bagażnik i cały misterny plan gówniarzy się rypnął. Krew wewnątrz należała do denata leżącego na środku drogi. Gówniarze przyparci do muru przyznali się jeszcze tej samej nocy. Potem do akt sprawy doszła ekspertyza krwi, sekcja zwłok, zdjęcia od fotografa z tego nocnego klubu. Zapewne będzie dwadzieścia pięć dla kierowcy, dla reszty do pięciu lat pozbawienia wolności. Który z prokuratorów dokończy na sali? Zajrzał jeszcze na chwilę do akt. Sprawą zajmowała się prokurator Ewa Dębska – „Pani Wypłosz”, tak ją nazywał, gdyż nie cierpiał z nią pracować. Była biurokratką z fizjonomią karła o wiecznym grymasie, wpieprzającą wszędzie nos.

Na szczęście na jej miejsce przyszedł Twiejczuk. Praca z mężczyznami ma w tym miejscu o wiele więcej pozytywów – pomyślał Tajler.

Dla prokurator Dębskiej musiał napisać jeszcze dwa raporty i to wszystko.

Kolejna sprawa była świeża, bo z 3 września 2017 roku.

W dniu 3 września 2017 roku o godzinie 6:00 dwoje przechodniów znalazło na ławce w parku przy osiedlu ZWM nieprzytomnego mężczyznę, mimo akcji ratunkowej mężczyzna zmarł w szpitalu. Denatem był bezdomny Sławomir Leszczyński, który regularnie widywany był w towarzystwie innych bezdomnych w okolicach dworca PKP i centrum handlowego „Opolanin”. Z sekcji zwłok wynikało, że mężczyzna zmarł od ciosu butelką w potylicę. Na miejscu zbrodni zabezpieczono przedmiot. Ofiara broniła się, pod jej paznokciami został znaleziony naskórek sprawcy.

Z badań daktyloskopijnych wynikało, że mordercą był jeden z bezdomnych, już wcześniej notowany. Został zatrzymany przez funkcjonariuszy na dworcu PKP. Był zdziwiony śmiercią kolegi. Tajler przypomniał sobie, jak bezdomny darł się na całą komendę, że nie chciał tego zrobić, że to z powodu kłótni. Gdy spytał go o powód zbrodni, usłyszał: „Bo mi wypił butelkę z winem”. Wcześniej mężczyzna był notowany za drobne kradzieże oraz zakłócanie porządku w miejscu publicznym. Przez butelkę wina resztę życia spędzi w więzieniu.

Ostatni raport był dla Tajlera poniekąd najważniejszy. Zostawił go na koniec, ponieważ przy nim po raz pierwszy poczuł wściekłość i przerażenie. 16 września 2017 roku po raz pierwszy spotkał się z zabójstwem dziecka. Media szybko podchwyciły temat, a oskarżonego nazwano „opolskim Trynkiewiczem”.

W dniu 15 września o godzinie 22 państwo Nowak zgłosili zaginięcie swojego ośmioletniego syna Stanisława, który nie wrócił do domu po zajęciach w szkole. W poszukiwania zostali zaangażowani funkcjonariusze policji i straży pożarnej. Następnego dnia o godzinie 8:25 strażacy wyłowili zwłoki chłopca z Odry w okolicach Babiego Lasu. Sekcja zwłok wykazała, że denat został zgwałcony przed śmiercią, a przyczyną śmierci było uduszenie sznurem. Z przeprowadzonego dochodzenia wynikało, że chłopiec, wracając ze szkoły, został zaczepiony przez nieznajomego, który zaoferował mu podwózkę do domu. Świadkowie relacjonowali, że chłopiec zachowywał się tak, jakby znał mężczyznę. Na podstawie relacji świadków i zabezpieczonego monitoringu z okolic szkoły został sporządzony rysopis sprawcy. Okazał się nim kolega z pracy ojca denata, Robert Kruszewski.

Podczas zatrzymania podejrzany nie stawiał oporu i przyznał się do winy.

W myślach Tajler odtwarzał obraz roznegliżowanych zwłok chłopca ze świeżymi ranami w okolicach odbytu i śladami sznura na szyi. Później nastąpiło zatrzymanie Kruszewskiego, który jak gdyby nigdy nic siedział z rodziną przy stole w nowo wybudowanym domu na przedmieściach Opola. Pamiętał krzyki jego dwóch małych córek.

Wkrótce spisane zostały trzy ludzkie historie, a raczej bagna, a teraz pozostało tylko zarchiwizować dokumenty, podpisać i załączyć do akt sprawy. Następnie Tajler rozpoczął porządkowanie wiadomości dotyczących dzisiejszego morderstwa – denatka Aleksandra Nowak, lat 27. Zginęła we własnym mieszkaniu mieszczącym się przy ulicy Chabrów 47.

Za godzinę miał otrzymać wyniki sekcji zwłok. Nie czuł ekscytacji ani ciekawości z tego powodu. Wyjął z drukarki czystą kartkę, podzielił ją na pół, po czym w prawym górnym rogu napisał OTOCZENIE BLISKIE, natomiast w lewym górnym OTOCZENIE DALSZE. Wypisał wszystkie osoby z otoczenia denatki, które poznał. Te z firmy umieścił w otoczeniu dalszym, natomiast Czekaja, owianych tajemnicą członków rodziny i Katherine Werner w otoczeniu bliższym.

Współmieszkańców bloku wykluczył ze sprawy. Byli poza podejrzeniem. Dziadkowie z parkinsonem i alzheimerem mogliby być oskarżeni co najwyżej o wyjście ze sklepu bez zapłaty, a nie o zabójstwo sąsiadki. Tajler rozpoczął chłodną kalkulację. Kto mógł skorzystać na śmierci Aleksandry Nowak?

Po uporządkowaniu zebranych materiałów opuścił gabinet. Była szesnasta, więc zanim wyjechał z parkingu pod komendą, nastawił radio na lokalną stację. W Opolupowoli zaczynały się prawdziwe godziny szczytu. Wyczuwając dobry moment, skręcił w lewo,po czym w sznurze aut pojechał prosto ulicą 1 Maja.Ciągsamochodów zatrzymał się z powodu czerwonego światła.Tajler nie zaczął się nawet zastanawiać nad czasem, jaki zmarnuje w korku, gdyż usłyszał spikera: „Do brutalnego morderstwa kobiety doszło dzisiaj w godzinach porannych w dzielnicy Chabrów. Ze względu na dobro śledztwa policja i prokuratura nie podaje szczegółów”.

Już wiedzą – pomyślał. Zazwyczaj w tym mieście pierwsze jest radio, później regionalna TVP 3 i nazajutrz „Nowa Trybuna Opolska”. A jest tyle ważniejszych spraw do załatwienia, jak na przykład zmniejszenie kongestii transportowej w centrum miasta, aby gawiedź i media mogły w szybkim tempie zdobyć odpowiedź na nurtujące pytanie, kto zabił.

Okazało się, że temat morderstwa na Chabrach przebił uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego na uniwersytecie, utrudnienia na obwodnicy z powodu kolizji czołowej oraz sobotni zjazd food trucków.

W końcu światło zmieniło się na zielone i sznur samochodów znów posuwał się do przodu. Tajler skręcił w lewo. Dalej sytuacja na drodze była stabilna, czasem zatrzymywał się, aby przepuścić pieszych, ale większość trzystumetrowej ulicy pokonywał w tempie czterdziestu kilometrów na godzinę. Kolejne światła, tym razem skręcił w prawo i aby znaleźć się w zakładzie medycyny sądowej, do pokonania pozostał mu tylko prosty odcinek Ozimskiej. Wjechał na lewy pas i dodał gazu. Prędkościomierz wskazywał siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. Samochody na tym samym pasie pozostały z tyłu.

Mniejsza z tym, nie jestem z drogówki, jestem od trupów – pomyślał.

Droga zajęła mu dwadzieścia minut. Zaparkował tuż obok postoju karetek. Zakład medycyny sądowej mieścił się w piwnicy szpitala klinicznego. Długi, wyłożony czarnymi kafelkami korytarz doprowadził go do pokoju, który był cały biały: białe kafelki, biały sufit oraz posadzka. Na środku znajdowały się zwłoki, a nad nimi stał mężczyzna w równie białym fartuchu lekarskim. Słysząc, że ktoś wchodzi, podniósł głowę i spojrzał w kierunku Tajlera.

– Dzień dobry, komisarz Jan Tajler – przedstawił się policjant.

– Dzień dobry, jestem praktykantem profesora Główki. Nazywam się Błażej Mączyński – przywitał się szczupły mężczyzna. Miał blond włosy, wyłupiaste brązowe oczy i nieskazitelnie gładkie policzki.

– Miło mi, wiadomo coś w sprawie dzisiejszej denatki? – spytał Tajler.

– Właśnie skończyliśmy sekcję, już wołam profesora – powiedział praktykant.

Przeszedł do pokoju obok i po chwili wrócił z profesorem Główką – niskim mężczyzną o krępej budowy ciała, z siwą brodą i czarnymi okularami. Doktor przez chwilę stał w drzwiach, wahał się, ale wyciągnął rękę w kierunku Tajlera.

– Witam, witam. Mógłby mi pan przypomnieć swoją godność? – zapytał.

– Komisarz Jan Tajler.

– Ach tak, pan Tajler. I jak dobrze mniemam, pana przełożonym jest inspektor Rozlewski?

– Tak.

– Pan wybaczy, ale na starość kojarzenie faktów potrafi być uciążliwe. Najważniejsze, że wiem, w jakiej pan sprawie. Dopiero co skończyliśmy sekcję tej Nowak.

– Zatem co mamy? – zapytał Tajler.

– I w tym przypadku dużo pomógł mi praktykant Mączyński, nowa nadzieja medycyny sądowej. Zapraszam, proszę podejść.

Wszyscy trzej stanęli nad zwłokami Aleksandry Nowak. Odkryte były jedynie nogi i głowę do okolic szyi, w miejscu przecięcia.

Mączyński zdjął prześcieradło i ujrzeli zwłoki w całości.

– Jak już pan zapewne wie, denatka to Aleksandra Nowak, lat dwadzieścia siedem. Z przeprowadzonych badań wynika, że była osobą zdrową, nie przyjmowała leków, nie brała narkotyków, żadnych trujących związków chemicznych nie wykryłem. Zgon nastąpił o godzinie czwartej trzydzieści – kontynuował Główka. – Ofiara nie broniła się przed napastnikiem, nie znalazłem śladów walki. Bezpośrednią przyczyną śmierci była rana cięta w okolicy tętnicy szyjnej. Tyle mam do powiedzenia. Błażej, kontynuuj.

– Dziękuję, profesorze. Panie komisarzu, czy kojarzy pan termin z kultury japońskiej jigai? – zapytał Mączyński.

Tajler spojrzał na praktykanta ze zdziwieniem.

– Niestety nie. Z japońskiej kultury znam jedynie toyotę, hondę i sushi.

– Zatemjigai była to forma samobójstwa, tak jak seppuku, tylko że stosowana przez kobiety. Polegała na przecięciu jednym ruchem arterii szyjnej. Ponadto samobójczynie związywały sobie nogi, aby uniknąć pośmiertnych konwulsji. Dokonywana była przez kobiety, których mężczyźni hańbili kodeks samurajski. Jednak w naszym przypadku mamy do czynienia z udziałem osób trzecich. Tak jakby napastnik stał za ofiarą i tylko dokonywał przecięcia tętnicy.

– Rozumiem, co ma pan na myśli. W dość rytualny sposób zabił swoją ofiarę.

– Właśnie. Pierwszy raz spotykam się z czymś takim, można powiedzieć, że zbrodnia nie była dokonana w afekcie, lecz dokładnie zaplanowana. A ofiara sparaliżowana ze strachu – kontynuował Mączyński.

– Proszę powtórzyć ekspertyzę toksykologiczną, nie pasuje mi ten strach bez zachowanego instynktu. Zazwyczaj jeśli ktoś ma zginąć, walczy ostatkami sił, aby tego uniknąć – powiedział Tajler.

– Też o tym myślałem i powtórzymy badania – odrzekł Główka.

– Katana, tak się nazywa ta japońska brzytwa? – spytał Tajler.

– Tak – odpowiedział Mączyński.

– Do zobaczenia – powiedział Tajler, kierując się do drzwi.

W drodze do Gawłowskich otrzymał od Twiejczuka esemes:

Rozpatrzone, kominiarze punkt 6 rano. Twiejczuk.

Tylko tego potrzebował. Być może to ten trop. W głębi duszy Tajler nie chciał, by sprawa nabrała rozgłosu. Zazwyczaj gdy sprawca jest nieuchwytny, cała wina spoczywa na organach ścigania.

Piotr Cz. wydawał się idealnym kandydatem, ale nie wyprzedzajmy faktów – pomyślał.

Po opuszczeniu prosektorium poczuł, jaki jest głodny. Postanowił, że zanim przesłucha małżeństwo z ostatniego mieszkania, to wybierze się na późny obiad. Od samego rana bez przerwy zajmował się sprawą morderstwa. Od ośmiu godzin nie miał niczego w ustach. Zatrzymał się obok wieży ciśnień naprzeciwko stadionu Odry Opole. Kilka metrów dalej znajdował się chiński bar. Wszedł do środka, poprosił kelnerkę o sajgonki i usiadł przy stoliku znajdującym się najbliżej drzwi wejściowych. Nastało późne popołudnie, lokal był zupełnie pusty. W barze siedziało tylko dwoje młodych mężczyzn oddalonych od niego o trzy stoliki. W powietrzu unosił się zapach oleju i dało się słyszeć podniesiony głos, zapewne kucharza, bo krzyczał w niezrozumiałym dla Tajlera języku, zapewne chińskim bądź wietnamskim.

Okazało się, że głośna atmosfera w kuchni owocuje krótkim oczekiwaniem na posiłek. W ciągu pięciu minut od złożenia zamówienia Tajler otrzymał swoje danie. Zjadł, zapłacił i wyszedł, a w drodze do samochodu zapalił papierosa. Nie palił w aucie, bo nie chciał, aby tapicerka przesiąkła dymem.

Do bloku denatki było stąd około siedmiuset metrów, mógł przejść tę odległość, ale liczył się czas, a zmęczenie też robiło swoje. Włączył się do ruchu, w drodze na Chabry zdążył przesłuchać Anastasię z solowego albumu Slasha. Facet naprawdę trzymał formę po odejściu z Guns n’ Roses, czego nie można powiedzieć o Axlu – pomyślał. Zaparkował naprzeciwko bloku, przeszedł przez jezdnię i po raz drugi w tym dniu przekroczył drzwi budynku. Ostatni świadkowie, którzy mogliby wnieść coś do sprawy, mieszkali na ostatnim piętrze. Tajler stanął przed białymi drzwiami i zapukał. Po kilku sekundach otworzył mu młody, wysoki mężczyzna około trzydziestki, krótko ostrzyżony blondyn. Ubrany był w szarą bluzę i sfatygowane jeansy, na nosie miał okulary w kwadratowych oprawkach.

– Dzień dobry, komisarz Jan Tajler, Komenda Wojewódzka w Opolu.

– Dzień dobry, Sebastian Gawłowski. Sąsiedzi już zdążyli mi opowiedzieć. Zapraszam do środka – powiedział mężczyzna.

Tajler wszedł za gospodarzem. Państwo Gawłowscy mieszkali w małym mieszkaniu, w którym przedsionek prowadził wprost do trzech pomieszczeń. Po lewej stronie znajdowała się łazienka, po prawej były drzwi do kuchni i salonu.

Mężczyzna zaprowadził go do drugich drzwi, szerokich i rozsuwanych.

– Proszę nie ściągać butów – powiedział.

Tajler wszedł za nim do pomieszczenia, które stanowiło zarówno salon, jak i sypialnię. Duża szafa i komoda stały w prawym rogu, na środku umieszczony był telewizor, obok którego na podłodze leżał laptop. Przy ścianie znajdowała się sofa, naprzeciwko niej fotele, a pośrodku pokoju stół. Na fotelach siedziały dwie kobiety. Jedna była wysoka i ruda, o niebieskich oczach. Na jej ciele można było dostrzec drobne ślady walki z nadwagą. Miała na sobie czarne legginsy i niebieską szeroką bluzkę z krótkim rękawem. Domyślił się, że to pani Gawłowska.

– Dzień dobry, Natalia Gawłowska – powiedziała kobieta.

– Komisarz Jan Tajler, dzień dobry.

Druga kobieta ubrana była w niebieską koszulę i dość ściśle przylegające do ciała jeansy. Była brunetką o prostych włosach i dużych brązowych oczach. Miała wąskie usta, zadarty nos, trochę jak u dziecka, i wysokie czoło. Wstała i skierowała wzrok na Tajlera.

– Dzień dobry, Justyna Łubas. Jestem z „Nowej Trybuny Opolskiej”.

– Witam, komisarz Jan Tajler.

Brakowało jeszcze tylko większego rozgłosu, oni zawsze wiedzą, kiedy się zjawić – pomyślał.

– Muszę panią wyprosić. Wy, dziennikarze, nigdy nie macie wyczucia. Wiem, wiem, żadnych gwiazd w Opolu nie mamy. Największym celebrytą jest rektor naszego uniwersytetu. Więc zamiast chodzić jak domokrążca po ludziach, wyskrobałaby pani jakiś artykuł o marszałku wojewódzkim albo o rektorze. Nieważne, czy o tym, że może jest złodziejem, czy że jest zasłużony dla Opola, ale na litość boską, niech pani nie robi z ludzkiej tragedii rozrywki dla suwerena – stwierdził z lekką ironią. – Na razie zabraniam pani jakichkolwiek kontaktów z mieszkańcami tego bloku. Myślę, że jutro rzecznik komendy wojewódzkiej wystosuje odpowiednie oświadczenie.

Na twarzy dziennikarki pojawiły się irytacja oraz lekkie zażenowanie. Gawłowscy milczeli, patrząc z zapartym tchem na tę dwójkę.

– Media w Polsce są wolne, nie żyjemy w Korei Północnej czy Rosji. Ci dwoje rozmawiają ze mną z własnej, nieprzymuszonej woli. Mam prawo do wykonywania swojej pracy. A komentarze o kim mam pisać są nie na miejscu.

– Pani poprzednik miał więcej pokory. Złota zasada brzmi, że dostęp do relacji potencjalnych świadków najpierw mamy my, funkcjonariusze policji polskiej, potem dopiero wy, dziennikarze – powiedział stanowczym tonem.

– Nie dosyć, że dupek, to w dodatku cyborg. Dziękuję państwu za rozmowę i za kawę. Do widzenia – powiedziała spokojnym głosem, tak jakby potyczka z Tajlerem wcale nie wyprowadziła jej z równowagi. Pożegnała się z Gawłowskimi i skierowała w kierunku wyjścia.

– Też panią polubiłem – krzyknął Tajler na pożegnanie, z lekkim uśmiechem na twarzy. Po wyjściu Justyny Łubas Gawłowscy usiedli na kanapie, a on na fotelu.

– Możemy wracać do sprawy. Bardzo przepraszam, że musieli być państwo świadkami takiej sytuacji. Po prostu nie lubię, jak ktoś mi się wpieprza w robotę – zaczął Tajler.

– Nie ma problemu, trochę atrakcji nikomu nie zaszkodzi – powiedziała rozbawiona Natalia Gawłowska.

– Najważniejsze, że obeszło się bez krzyków i rękoczynów – dodał Gawłowski. – Po prostu chcieliśmy pomóc dziewczynie w pracy, dziennikarstwo to ciężki kawałek chleba.

– Być może, ale skupmy się teraz na państwa sąsiadce. Czy znali państwo Aleksandrę Nowak? – spytał.

– Nie za dobrze. Sporadycznie zapraszaliśmy ją na wieczór. Rozumie pan, była jedyną osobą w tym bloku w naszym wieku. Czasami rozliczała nam PIT. Poza tym nie za bardzo – powiedziała Natalia Gawłowska.

– Zgadzam się z żoną, jest tak, jak mówiła – wtrącił się mężczyzna, na chwilę zawiesił głos, po czym dodał: – Nie wiem, czy to jest ważne, ale…

– Ostatni tydzień, miesiąc jest ważny dla śledztwa. Proszę kontynuować.

– Tydzień temu w sobotę widziałem Olę z jakimś gościem w ogródku piwnym koło Resetu, było to około osiemnastej. Normalnie rozmawiali, po czym w pewnym momencie koleś wstał i próbował ją uderzyć. Widząc to, kolega i ja wkroczyliśmy do akcji. Później nie chciała za bardzo tłumaczyć, kim był oraz co się stało.

– A jak pan myśli? – zapytał Tajler. – Wnioskując po ich zachowaniu.

Gawłowski zawiesił głos, jakby przekazywał otoczeniu, że przeszukuje zakamarki pamięci, aby powrócić do sobotniego wieczoru w pubie.

– Na pewno nie narzeczony, chłopak czy nawet bliski kolega z pracy. Oschła rozmowa, jakby biznesowa, nie słyszałem treści, ale po twarzy było widać, że nic ich nie łączyło. Ten człowiek nawet się nam nie przedstawił.

– Proszę go opisać.

– Włosy na jeża, brunet, wysoki. Miał na sobie ciemną koszulkę.

– A kojarzą państwo, żeby ktoś odwiedzał denatkę?

– Niestety nie. Wracam z pracy zazwyczaj o siedemnastej, zaczynam późnym porankiem, więc nie wiem, kto może się tu kręcić w ciągu dnia – odparł Gawłowski.

– A pani?

– Również nie kojarzę. Nic nie wiem.

– Dziękuję, na dzisiaj kończę, w razie jakichś pytań będę się z państwem kontaktować. Jeszcze raz przepraszam za najście wieczorem i teatr z mediami w państwa domu – powiedział.

– Nie ma sprawy, oboje działacie w słusznej sprawie – rzekł na to Gawłowski.

Tajler pożegnał młode małżeństwo i gdy schodził, kątem oka rzucił na mieszkanie denatki, kiedyś lokum młodej, prężnie rozwijającej się przedstawicielki klasy średniej, teraz zabezpieczone plombami i policyjną taśmą.

Nieważne, nie dzisiaj – pomyślał. Koniec pracy, koniec sprawy na parę godzin.

Ulica była pusta, tylko pojedynczy przechodnie co jakiś czas przemierzali chodniki Chabrów. Miejskie autobusy zatrzymywały się sporadycznie, ruch samochodowy był mały, a Tajler powrócił do elektrycznej gitary Slasha, tonąc w jej dźwiękach.

*

Po powrocie do mieszkania nie mógł pozbyć się napięcia związanego z mijającym dniem. Położył się na łóżku, zamknął oczy i wciąż nie mógł wygnać sprzed oczu widoku zwłok młodej kobiety leżących między sedesem a kabiną prysznicową… związanych kończyn, przeciętej tchawicy i krwi brudzącej tło całej sceny. Odruchowo położył rękę na siwej skroni, otworzył oczy i zaczął patrzeć w sufit. Był to jeden z tych wieczorów, kiedy zaczynał rozmyślać o swoim życiu, o pustym mieszkaniu, w którym nikt na niego nie czeka, o ciągłym siedzeniu w ludzkim bagnie. Ludzie… kim tak naprawdę są, zabiegani między pracą i domem, czyiś przełożeni, czyiś pracownicy. Wiecznie dążą do czegoś: do założenia rodziny, do zbudowania domu, do posiadania dzieci, do coraz nowszych samochodów. Do czasu, kiedy z populacji wyłania się morderca. Wtedy muszę po nim sprzątać – rozmyślał.

Spojrzał na zegarek w komórce, była dwudziesta. Postanowił napić się piwa i przypomniał sobie o barze, który minął w drodze do mieszkania. Postanowił się przejść. Był chłodny październikowy wieczór, ostatnie czerwone liście trzymały się na drzewach. Podczas podróży do pubu minął tylko dwójkę bezdomnych z wózkiem złomu oraz kilku pasażerów na przystanku MZK. Poza tym kompletnie nic. Okrąglak, wielka sala przypominająca kształtem Spodek w Katowicach, był opustoszały, żadnej atrakcji na poniedziałkowy wieczór, dalej minął Komendę Miejską Policji, znów zupełnie puste ulice. Po paru minutach stanął przed lokalem Zebra. Nigdy tutaj nie był. Pub znajdował się na drugim piętrze, prowadził do niego żółty korytarz z wykafelkowanymi na szaro schodami. Gdy Tajler przeszedł przez brązowe drzwi, ujrzał typowe barowe wnętrze z kilkoma niebieskimi stołami bilardowymi, skąpane w delikatnym, przyćmionym świetle. Na ścianach były namalowane motywy z kultury afrykańskiej – sawanna, ciemne kontury kobiet z dzbankami na głowie. Podszedł do kontuaru, nad którym znajdował się pomarańczowy neon z napisem STREFA TANKOWANIA, zamówił u barmana jedno piwo i poszukał stolika w rogu. Pozytywne strony poniedziałku są takie, że większość nocnych lokali jest opustoszała, zatem mógł wybierać, gdzie chce usiąść. Znalazł w lewym rogu stół ze skórzanymi fotelami, z którego widać było całą salę. Gości było niewielu: dwóch mężczyzn w średnim wieku grających przy stole na początku sali, grupka studentów i samotny mężczyzna przy barze. Absolutny spokój zatopiony w dźwiękach jakiejś popowej piosenki puszczanej ze stereo. Tajler nie miał pojęcia, kto ją śpiewa, jego gust muzyczny nie wykraczał poza granicę rocka.

Piwo było mocno schłodzone i może to miało wpływ na to, że poczuł wyraźną goryczkę chmielu i słodów jęczmiennych, typową dla czeskich trunków. Sącząc alkohol małymi łykami, zapomniał o dzisiejszych wydarzeniach, o wykładzie w prosektorium na temat Jigai i o spotkaniu Łubas – niedoświadczonej pani dziennikarz, która myśli, że trzepotem rzęs nad swoimi dużymi brązowymi oczami osiągnie wszystko. Dzisiaj potrzebował skupić się na samym sobie, na przyjemnościach przed jutrem. Wypił drugie piwo i poczuł, że będzie mógł spokojnie zasnąć. W drodze do wyjścia zostawił barmanowi napiwek i wrócił tę samą drogę. Drogą, którą być może dzień wcześniej kroczył morderca Aleksandry Nowak.

ROZDZIAŁ II

Wtorek, 3.10.2017

Drapieżnik zawsze atakuje o świcie. Wtedy ofiara, znużona nocnymi eskapadami lub jeszcze zamroczona snem, traci zdolność koncentracji. Staje się łatwym kąskiem dla łowcy. Dotyczy to wszystkich, prawo natury. Większy zjada mniejszego i tak działamy na planecie zwanej Ziemią.