Ostre cięcia - Joe Abercrombie - ebook + książka

Ostre cięcia ebook

Joe Abercrombie

4,2

Opis

"Ostre cięcia" to zbiór nagradzanych historiii i nowych opowiadań mistrza mrocznej fantasy, Joego Abercrombiego.

Przemoc szaleje, zdrada rozkwita, a słowa są równie śmiercionośne jak oręż w tej galerii zakulisowych rozgrywek, pobocznych historii i zakakujących zakończeń. Unia jest pełna drani, ale tylko jeden z nich uważa, że jest w stanie samodzielnie odnieść zwycięstwo, gdy nadciągają Gurkhulczycy: niezrównany pułkownik Sand dan Glokta.

Curnden Gnat i jego drużyna wyruszają za Crinnę, by odzyskać tajemniczy przedmiot. Jest tylko jeden kłopot: nikt nie wie, czego właściwie szukają. Shevedieh, najlepsza złodziejka w Styrii, miota się między kolejnymi wpadkami i katastrofami u boku swojej najlepszej przyjaciółki, a zarazem najgorszego wroga: Javre, Lwicy z Hoskoppu. A po latach rozlewu krwi pełen ideałów wódz Bethod rozpaczliwie pragnie zaprowadzić pokój na Północy. Stoi mu na drodze tylko jedna przeszkoda – jego własny obłąkany podwładny, najgroźniejszy człowiek na Północy: Krwawa Dziewiątka...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Piękny drań (Kadir, wio­sna 566)

Piękny drań

Kadir, wio­sna 566

– Tak! – wrza­snął Salem Rews, kwa­ter­mistrz pierw­szego pułku Jego Kró­lew­skiej Mości. – Daj im popa­lić!

Puł­kow­nik Glokta zawsze dawał popa­lić swoim prze­ciw­ni­kom, zarówno w szer­mier­czym kręgu czy na polu bitwy, jak i na znacz­nie bru­tal­niej­szym fron­cie życia towa­rzy­skiego. Trzej bez­radni rywale nie­zdar­nie usi­ło­wali dotrzy­mać mu kroku, rów­nie nie­sku­tecz­nie jak mężo­wie-roga­cze, igno­ro­wani wie­rzy­ciele czy odtrą­ceni kom­pani, któ­rych zawsze zosta­wiał na swej dro­dze. Glokta tań­czył wokół nich z kpią­cym uśmie­chem, w pełni udo­wad­nia­jąc, że zasłu­żył na repu­ta­cję naj­zna­ko­mit­szego szer­mie­rza w Unii, a także miło­śnika popi­sów. Skra­dał się i plą­sał, wiro­wał i para­do­wał, zwinny jak muszka, nie­prze­wi­dy­walny jak motyl, a gdy miał taką ochotę – mściwy jak podraż­niona osa.

– Przy­łóż­cie się tro­chę! – zawo­łał, obra­ca­jąc się, by unik­nąć nie­udol­nego pchnię­cia, a następ­nie zdzie­lił swo­jego prze­ciw­nika w pośladki, wywo­łu­jąc falę drwią­cego śmie­chu wśród publicz­no­ści.

– Nie­złe wido­wi­sko! – zakrzyk­nął lord mar­sza­łek Varuz, który rado­śnie bujał się na roz­kła­da­nym polo­wym krze­sełku.

– Jak dia­bli! – pośpiesz­nie zgo­dził się puł­kow­nik Kroy, który stał po jego pra­wicy.

– Dosko­nała robota! – zawo­łał, chi­cho­cząc, puł­kow­nik Poul­der sto­jący po lewej stro­nie.

Obaj woj­skowi prze­ści­gali się w przy­ta­ki­wa­niu swo­jemu dowódcy. Zupeł­nie jakby nie było szla­chet­niej­szego zaję­cia niż upo­ka­rza­nie trzech rekru­tów, któ­rzy dotąd rzadko kiedy mieli miecz w dłoni.

Salem Rews, z widocz­nym zachwy­tem i ukry­wa­nym wsty­dem, wiwa­to­wał rów­nie gło­śno jak pozo­stali. Jed­nak od czasu do czasu ucie­kał wzro­kiem od fascy­nu­ją­cego, przy­pra­wia­ją­cego o mdło­ści pokazu, zer­ka­jąc ku doli­nie, w któ­rej pano­wało żało­sne woj­skowe zamie­sza­nie.

Pod­czas gdy dowódcy opa­lali się na gór­skim grzbie­cie – żło­piąc wino, recho­cząc nad pozba­wio­nymi umiaru popi­sami Glokty, roz­ko­szu­jąc się bez­cen­nym luk­su­sem ożyw­czego wia­terku – na dole, w spie­czo­nym słoń­cem tyglu, czę­ściowo prze­sło­nię­tym chmurą dła­wią­cego pyłu, mozo­liła się więk­sza część unij­nej armii.

Potrze­bo­wali całego dnia, żeby prze­pro­wa­dzić żoł­nie­rzy, konie i coraz bar­dziej roz­pa­da­jące się wozy z zapa­sami przez wąski most, nad drwiącą z nich strużką pły­nącą głę­boko wyżło­bio­nym kory­tem potoku. Roz­bite grupki męż­czyzn już nie masze­ro­wały, tylko wle­kły się niczym luna­tycy. Wszel­kie ślady dróg dawno zostały zadep­tane, porzą­dek, dys­cy­plina i morale były odle­głym wspo­mnie­niem, a czer­wone bluzy od mun­du­rów, wypo­le­ro­wane napier­śniki i obwi­słe złote sztan­dary przy­brały jed­no­lity beżowy kolor spa­lo­nego słoń­cem gur­khul­skiego pyłu.

Rews zaha­czył pal­cem koł­nie­rzyk, usi­łu­jąc dostar­czyć nieco powie­trza spo­co­nej szyi i ponow­nie zasta­na­wia­jąc się, czy ktoś nie powi­nien bar­dziej się posta­rać, by zapro­wa­dzić porzą­dek w tym cha­osie. Z pew­no­ścią byliby w czar­nej dupie, gdyby teraz poja­wili się Gur­khul­czycy. Oni zaś mają w zwy­czaju poja­wiać się w naj­gor­szych momen­tach.

Jed­nakże Rews był tylko kwa­ter­mi­strzem. Uwa­żano go za naj­nędz­niej­szego spo­śród ofi­ce­rów pierw­szego pułku, zresztą nawet on sam nie sta­rał się tego ukry­wać. Wzru­szył pie­ką­cymi ramio­nami i uznał – jak mie­wał w zwy­czaju – że to pro­blem kogoś innego. Jego wzrok ponow­nie przy­cią­gnęły – niczym magnes – nie­zrów­nane spor­towe wyczyny puł­kow­nika Glokty.

Ten czło­wiek nie­wąt­pli­wie wyglą­dałby przy­stoj­nie na por­tre­cie, jed­nak to spo­sób, w jaki stał, szcze­rzył zęby, kpiąco się uśmie­chał, drwiąco uno­sił brew i się poru­szał, naprawdę wyróż­niał go z tłumu. Miał gra­cję tan­ce­rza, postawę boha­tera, siłę zapa­śnika, szyb­kość węża.

Dwa lata wcze­śniej, w znacz­nie bar­dziej cywi­li­zo­wa­nych oko­licz­no­ściach w mie­ście Adua, Rews był świad­kiem, jak Glokta zwy­cięża w tur­nieju szer­mier­czym, nie dając się ani razu tra­fić. Oczy­wi­ście Rews oglą­dał walki z naj­tań­szej try­buny, poło­żo­nej tak wysoko nad Krę­giem, że widział tylko malut­kie syl­wetki szer­mie­rzy, ale mimo wszystko serce waliło mu jak mło­tem, a dło­nie drgały w ryt­mie ich ruchów. Oglą­da­jąc swo­jego idola z bli­ska, czuł jesz­cze więk­szy podziw. Prawdę mówiąc, podziw ten tak się nasi­lił, że każdy spra­wie­dliwy sędzia musiałby go okre­ślić mia­nem miło­ści. Jed­nak towa­rzy­szyła mu także gorzka, mściwa, sta­ran­nie skry­wana nie­na­wiść.

Glokta miał wszystko, a to, czego mu bra­ko­wało, mógł zagar­nąć bez żad­nego oporu. Kobiety go uwiel­biały, męż­czyźni mu zazdro­ścili. Zresztą kobiety też mu zazdro­ściły, a męż­czyźni rów­nież go uwiel­biali. Można by pomy­śleć, że w obli­czu tak wiel­kiego szczę­ścia powi­nien być naj­sym­pa­tycz­niej­szym czło­wie­kiem pod słoń­cem. Mimo to Glokta był czy­stej wody dra­niem. Pięk­nym, mści­wym, mistrzow­skim, strasz­li­wym dra­niem, jed­no­cze­śnie naj­lep­szym i naj­gor­szym czło­wie­kiem w Unii. Był wieżą obse­syj­nego ego­cen­try­zmu. Nie­zdo­bytą for­tecą aro­gan­cji. Jego talent prze­wyż­szała tylko wiara we wła­sne moż­li­wo­ści. Inni ludzie byli pion­kami, któ­rymi grał, punk­tami, które zdo­by­wał, rekwi­zy­tami na żywym obra­zie, któ­rego sta­no­wił naj­waż­niej­szą część. Glokta był ist­nym tor­nado drań­stwa, które w swym nie­dba­łym pocho­dzie pozo­sta­wiało za sobą ślad zrów­na­nych z zie­mią przy­jaźni, zmiaż­dżo­nych karier i zma­sa­kro­wa­nych repu­ta­cji.

Miał ego tak potężne, że ema­no­wało z niego niczym dzi­waczne świa­tło, znie­kształ­ca­jąc oso­bo­wo­ści wszyst­kich wokół, przy­naj­mniej czę­ściowo zmie­nia­jąc ich w drani. Prze­ło­żeni sta­wali się pochli­pu­ją­cymi wspól­ni­kami. Eks­perci ule­gali jego igno­ran­cji. Porządni ludzie zmie­niali się w słu­żal­czych gnoj­ków. Roz­sądne damy w chi­cho­czące zera. Rews kie­dyś sły­szał, że naj­bar­dziej oddani wyznawcy gur­khul­skiej reli­gii powinni odbyć piel­grzymkę do Sar­kantu. Skoro tak, to naj­więksi dra­nie mogliby piel­grzy­mo­wać do Glokty. Dra­nie lgnęli do niego jak mrówki do kawałka cia­sta. Ota­czał się wciąż nową kote­rią drani, zdra­dziec­kim sta­dem, świtą utwier­dza­jącą go w jego war­to­ści. Dra­nie cią­gnęli za nim jak ogon za kometą.

Rews zda­wał sobie sprawę, że nie jest lep­szy od pozo­sta­łych. Kiedy Glokta kpił z ludzi, on mu wtó­ro­wał, pra­gnąc, by jego pochleb­stwa nie zostały prze­oczone. Kiedy Glokta, co nie­unik­nione, zwra­cał swój bez­li­to­sny język prze­ciwko niemu, Rews śmiał się jesz­cze dono­śniej, zachwy­cony, że spo­tkał go taki zaszczyt.

– Daj im lek­cję! – zaskrze­czał, kiedy Glokta skon­tro­wał jed­nego z prze­ciw­ni­ków wście­kłym dźgnię­ciem krót­kiego ostrza w brzuch. Wypo­wia­da­jąc te słowa, Rews zasta­na­wiał się, co to mia­łaby być za lek­cja. Pew­nie, że życie jest okrutne, straszne i nie­spra­wie­dliwe.

Glokta ze zgrzy­tem zablo­ko­wał dłu­gim ostrzem miecz męż­czy­zny, a następ­nie bły­ska­wicz­nie scho­wał krót­kie ostrze do pochwy i dwu­krot­nie spo­licz­ko­wał prze­ciw­nika, po czym z drwią­cym par­sk­nię­ciem pchnął jęczą­cego szer­mie­rza na zie­mię. Cywile, któ­rzy przy­szli pooglą­dać walkę, beł­ko­tli­wie wyra­żali swój podziw, a towa­rzy­szące im damy gru­chały zachwy­cone, macha­jąc wachla­rzami w cie­niu powie­wa­ją­cych mar­kiz. Rews stał spa­ra­li­żo­wany poczu­ciem winy i rado­ścią, żału­jąc, że to nie on dostał po twa­rzy.

– Rews. – Porucz­nik West dopchał się do niego i wsparł zaku­rzony but na ogro­dze­niu.

West był jed­nym z nie­licz­nych pod­wład­nych Glokty, któ­rzy naj­wy­raź­niej nie ule­gali jego zaraź­li­wemu drań­stwu, gdyż naj­gor­sze wybryki dowódcy napa­wały go trwogą. Co cie­kawe, był także jedną z nie­wielu osób, które Glokta darzył szcze­rym sza­cun­kiem, pomimo niskiego uro­dze­nia. Rews to dostrze­gał, a nawet rozu­miał, jed­nak sam nie potra­fił pójść za przy­kła­dem Westa. Może dla­tego że był gruby. A może po pro­stu bra­ko­wało mu moral­nej odwagi. Podob­nie jak innych odmian dziel­no­ści.

– West – mruk­nął Rews, nie chcąc uro­nić ani odro­biny pokazu.

– Byłem przy moście.

– Tak?

– Wśród tyl­nej straży panuje chaos. Jeśli w ogóle możemy mówić o tyl­nej straży. Kapi­tan Lasky ma nie­sprawną stopę. Podobno może ją stra­cić.

– Czyżby chciał dać nogę? – Rews zaśmiał się z wła­snego żartu, gra­tu­lu­jąc sobie, że powie­dział coś tak bar­dzo w stylu Glokty.

– Bez niego jego kom­pa­nia pój­dzie w roz­sypkę.

– Cóż, to ich pro­blem… Ciach! Ciach! Ooooo! – zawo­łał Rews, gdy Glokta wyko­nał ele­gancki unik, a potem pod­ciął prze­ciw­nika, który poto­czył się po pia­sku.

– Za chwilę to będzie pro­blem nas wszyst­kich – odparł West. – Ludzie są wyczer­pani. Led­wie się prze­miesz­czają. A tabor z zapa­sami gdzieś utknął…

– Tabor z zapa­sami zawsze utyka, to u nich norma… Och! – Rews wes­tchnął tak jak pozo­stali, gdy Glokta z nie­zwy­kłą szyb­ko­ścią unik­nął pchnię­cia i kop­nął męż­czy­znę – tak naprawdę nie­mal chłopca – w kro­cze, tak że ten zgiął się wpół, wytrzesz­cza­jąc oczy.

– Ale jeśli Gur­khul­czycy się teraz poja­wią… – ode­zwał się West, wciąż spo­glą­da­jąc ze zmarsz­czo­nym czo­łem na wyschnięty kra­jo­braz za rzeką.

– Gur­khul­czycy znaj­dują się w odle­gło­ści wielu mil. Doprawdy, West, cią­gle się czymś przej­mu­jesz.

– Ktoś musi to robić…

– Więc poskarż się lor­dowi mar­szał­kowi! – Rews wska­zał głową Varuza, który nie­mal zsu­nął się ze swo­jego krze­sełka, tak bar­dzo zafa­scy­no­wała go osza­ła­mia­jąca kom­bi­na­cja szer­mier­czego kunsztu i drę­cze­nia słab­szych. – Nie mam poję­cia, co według cie­bie mógł­bym zro­bić. Posłać po wię­cej karmy dla koni?

Roz­legł się ostry trzask, gdy Glokta tra­fił prze­ciw­nika w twarz pła­zem mie­cza. Męż­czy­zna zato­czył się do tyłu z wrza­skiem peł­nym cier­pie­nia, przy­ci­ska­jąc dłoń do policzka.

– Naprawdę tylko na to was stać? – Glokta zro­bił krok do przodu i wymie­rzył jed­nemu z pozo­sta­łych żoł­nie­rzy, który wła­śnie usi­ło­wał wstać, solid­nego kop­niaka w dupę, prze­wra­ca­jąc go twa­rzą w piach przy wtó­rze rado­snych okrzy­ków.

Glokta napa­wał się wiwa­tami jak paso­żyt­ni­czy tro­pi­kalny kwiat, który wysysa soki ze swo­jego żywi­ciela. Kła­niał się i roz­sy­łał całusy, a Rews kla­skał tak zawzię­cie, że aż roz­bo­lały go dło­nie.

Cóż za drań z tego puł­kow­nika Glokty. Cóż za piękny drań.

Kiedy jego trzej prze­ciw­nicy, kule­jąc, opu­ścili teren ćwi­czeń, zma­ga­jąc się z obra­że­niami, które wkrótce miały się zagoić, oraz upo­ko­rze­niem, które miało im towa­rzy­szyć do końca życia, Glokta prze­chy­lił się nad ogro­dze­niem, za któ­rym zgro­ma­dziły się damy. Szcze­gólną uwagę zwra­cał na Lady Wet­ter­lant – młodą, bogatą, piękną, cho­ciaż nieco zbyt mocno upu­dro­waną, i pomimo upału ubraną w naj­mod­niej­szy strój. Nie­dawno wzięła ślub, jed­nak jej star­szy mąż prze­by­wał w Adui, gdzie zatrzy­mały go poli­tyczne sprawy Otwar­tej Rady. Plot­ko­wano, że co prawda zaspo­kaja finan­sowe potrzeby żony, jed­nak nie­zbyt inte­re­suje go płeć piękna. Z kolei puł­kow­nik Glokta szczy­cił się złą sławą psa na kobiety.

– Czy mógł­bym poży­czyć pani chustkę? – spy­tał.

Rews zauwa­żył, że Glokta w szcze­gólny spo­sób zwraca się do kobiet, które go inte­re­sują. Prze­ma­wiał wtedy nieco bar­dziej chra­pli­wym gło­sem. Sta­wał odro­binę bli­żej, niż to było konieczne. Sku­piał się wyłącz­nie na nich, jakby ktoś przy­kleił do nich jego wzrok. Nie trzeba zazna­czać, że gdy tylko dostał to, czego chciał, ofiary jego pod­bo­jów mogłyby nawet sko­czyć w ogień, a on nie zaszczy­ciłby ich ponow­nym spoj­rze­niem.

A jed­nak nowe obiekty jego uczuć na wyścigi rzu­cały się w pło­mie­nie skan­dalu, jak ćmy łap­czy­wie krą­żące wokół świecy, nie­zdolne oprzeć się poku­sie, by stać się tą jedyną, która odmieni jego zwy­czaje.

Lady Wet­ter­lant unio­sła sta­ran­nie wysku­baną brew.

– Dla­czego nie, puł­kow­niku? – Następ­nie się­gnęła po chustkę, którą cho­wała pod sta­nem. – Ja…

Ona i jej słu­żący wes­tchnęli, gdy Glokta z pręd­ko­ścią bły­ska­wicy wyrwał chustkę spod jej sukni stę­pio­nym czub­kiem mie­cza. Zwiewny mate­riał lekko i pew­nie opadł pro­sto do jego ocze­ku­ją­cej dłoni, jak pod­czas magicz­nej sztuczki.

Jedna z dam skrze­kli­wie zakasz­lała. Inna zatrze­po­tała rzę­sami. Lady Wet­ter­lant znie­ru­cho­miała z sze­roko otwar­tymi oczami, roz­chy­lo­nymi ustami, dło­nią zawie­szoną w poło­wie drogi do piersi. Być może zasta­na­wiała się, czy puł­kow­nik potra­fiłby z równą łatwo­ścią roz­piąć haftki jej sukni, gdyby tego zapra­gnął.

Rews nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że tak.

– Dzię­kuję – rzekł Glokta, ocie­ra­jąc czoło.

– Niech ją pan zatrzyma – szep­nęła Lady Wet­ter­lant nieco chra­pli­wie. – To pre­zent.

Glokta uśmiech­nął się i wsu­nął chustkę pod koszulę, tak że fio­le­towy mate­riał wciąż pozo­sta­wał widoczny.

– Będę ją nosił bli­sko serca.

Rews par­sk­nął. Jakiego serca?

Glokta ści­szył głos, ale wszy­scy na­dal dosko­nale go sły­szeli.

– A póź­niej może ją zwrócę?

– Kiedy tylko znaj­dzie pan chwilę – szep­nęła, a Rews ponow­nie zaczął się gło­wić nad tym, co jest tak pie­kiel­nie pocią­ga­ją­cego w rze­czach, które w oczy­wi­sty spo­sób są dla nas bar­dzo, bar­dzo nie­do­bre.

Glokta już odwró­cił się ple­cami do swo­jej widowni i roz­ło­żył ręce, jakby chciał wszyst­kich przy­gar­nąć w miaż­dżą­cym, domi­nu­ją­cym, pozba­wio­nym miło­ści uści­sku.

– Czy nie ma pośród was, nie­zdarne psy, nikogo, kto może zapew­nić naszym gościom lep­szy pokaz?

Rews poczuł, że jego serce roz­pacz­li­wie przy­śpie­sza, gdy Glokta popa­trzył mu w oczy.

– A może ty, Rews?

Roz­le­gły się śmie­chy, a Rews się do nich przy­łą­czył, recho­cząc naj­gło­śniej ze wszyst­kich.

– Ależ nie mógł­bym! – zawo­łał piskli­wie. – Nie chciał­bym pana upo­ko­rzyć!

Natych­miast zdał sobie sprawę, że prze­sa­dził. Lewa powieka Glokty lekko zadrżała.

– Czuję się upo­ko­rzony za każ­dym razem, gdy jestem z tobą w jed­nym pomiesz­cze­niu. Jesteś żoł­nie­rzem, prawda? Jak można się tak utu­czyć na tym paskud­nym żar­ciu?

Kolejna por­cja śmie­chu. Rews prze­łknął ślinę, przy­wo­łu­jąc na twarz sztuczny uśmiech i czu­jąc strużkę potu ście­ka­jącą mu po ple­cach pod mun­du­rem.

– Cóż, panie puł­kow­niku, po pro­stu zawsze byłem gruby. Nawet jako dziecko. – Jego słowa runęły w ciszę z potworną osta­tecz­no­ścią ofiar wpa­da­ją­cych do maso­wego grobu. – Bar­dzo… gruby. Potęż­nie otyły. Jestem strasz­nym gru­ba­sem. – Odchrząk­nął, modląc się, by pochło­nęła go zie­mia.

Glokta znów zaczął wodzić wkoło wzro­kiem, szu­ka­jąc god­niej­szego prze­ciw­nika. Nagle jego obli­cze się roz­pro­mie­niło.

– Porucz­niku West! – zawo­łał, efek­tow­nie wyma­chu­jąc swoim ćwi­czeb­nym ostrzem. – Może pan?

West się skrzy­wił.

– Ja?

– No dalej, zapewne jest pan naj­lep­szym szer­mie­rzem w tym pułku. – Glokta jesz­cze sze­rzej się uśmiech­nął. – Oczy­wi­ście, nie licząc jed­nej osoby.

West rozej­rzał się i zamru­gał. Kil­ka­set par oczu wpa­try­wało się w niego z wycze­ki­wa­niem.

– Ale… nie mam przy sobie stę­pio­nego ostrza…

– Może pan użyć broni bitew­nej.

Porucz­nik West opu­ścił wzrok na ręko­jeść swo­jego mie­cza.

– To może być nie­bez­pieczne.

– Tylko jeśli mnie pan nim dotknie – odparł Glokta ze sro­gim uśmie­chem.

Znów roz­le­gły się śmie­chy, wiwaty, kilka dono­śnych okrzy­ków żoł­nie­rzy, kilka wes­tchnień dam. Nikt nie mógł się rów­nać z puł­kow­ni­kiem Gloktą w dzie­dzi­nie wywo­ły­wa­nia kobie­cych wes­tchnień.

– West! – zawo­łał ktoś. – West!

Po chwili ludzie zaczęli skan­do­wać:

– West! West! West!

Damy przy­łą­czyły się ze śmie­chem, klasz­cząc do rytmu.

– No dalej! – wołał Rews razem z innymi; wszyst­kich ogar­nęła żądza krwi. – Dalej!

Nawet jeśli ktoś uzna­wał, że to zły pomysł, to się z tym nie zdra­dzał. Z nie­któ­rymi ludźmi po pro­stu się nie dys­ku­tuje. Nie­któ­rych ludzi chce się zoba­czyć na ostrzu mie­cza. Glokta nale­żał do obu tych kate­go­rii.

West prze­cią­gle ode­tchnął, a następ­nie, przy wtó­rze wiwa­tów, zwin­nie prze­sko­czył ogro­dze­nie, roz­piął bluzę od mun­duru i zawie­sił ją na szta­che­cie. Z deli­kat­nym brzę­kiem metalu i rów­nie deli­kat­nym wyra­zem nie­za­do­wo­le­nia na twa­rzy dobył swo­jego bitew­nego ostrza. Nie miało wysa­dza­nego klej­no­tami jelca, pozła­ca­nego koszyka ani rzeź­bio­nego pod­krzyża, jak broń wielu dosko­na­łych mło­dych ofi­ce­rów z pierw­szego pułku Jego Kró­lew­skiej Mości. Nikt nie nazwałby go pięk­nym mie­czem. Jed­nak West dzier­żył je z piękną oszczęd­no­ścią, wystu­dio­waną pre­cy­zją postawy, ele­gancką kon­trolą ruchów nad­garstka, dzięki czemu ostrze pozo­sta­wało nie­ru­chome jak powierzch­nia spo­koj­nego stawu, a słońce odbi­jało się od jego czubka, wypo­le­ro­wa­nego do zabój­czej ostro­ści.

Tłum zamilkł i wstrzy­mał oddech. Może porucz­nik West to pro­sty czło­wiek, ale nawet naj­mniej wprawny obser­wa­tor musiał przy­znać, że potrafi posłu­gi­wać się mie­czem.

– Widzę, że pan ćwi­czył – zauwa­żył Glokta, rzu­ca­jąc swoje krót­kie ostrze kapra­lowi Tunny’emu, pozo­sta­wia­jąc sobie tylko długą broń.

– Lord mar­sza­łek Varuz był na tyle uprzejmy, że udzie­lił mi kilku wska­zó­wek – odrzekł West, a Glokta uniósł brew, sły­sząc imię swo­jego daw­nego szer­mier­czego mistrza.

– Nie wspo­mi­nał pan, że tre­nuje kogoś jesz­cze, lor­dzie mar­szałku.

Varuz się uśmiech­nął.

– Ty już wygra­łeś tur­niej, Glokta. Na tym polega tra­ge­dia mistrza szer­mier­czego, że stale musi szu­kać nowych uczniów, któ­rych dopro­wa­dzi do zwy­cię­stwa.

– To miło, że zasa­dza się pan na moją koronę, West, ale prze­kona się pan, że jesz­cze nie jestem gotowy abdy­ko­wać.

Glokta sko­czył do przodu z szyb­ko­ścią bły­ska­wicy i wyko­nał kilka dźgnięć, a West je spa­ro­wał. Stal zazgrzy­tała i bły­snęła w słońcu. Porucz­nik się cof­nął, ale zro­bił to czuj­nie, nie odry­wa­jąc wzroku od oczu Glokty. Ten ponow­nie zaata­ko­wał: cię­cie, cię­cie, pchnię­cie, nie­mal zbyt szybko, by Rews nadą­żył wzro­kiem, jed­nak West nadą­żył bez pro­blemu i sku­tecz­nie zbił ataki, ostroż­nie prze­su­wa­jąc się do tyłu. Tłum pokrzy­ki­wał i wzdy­chał przy każ­dym zde­rze­niu ostrzy.

Glokta wyszcze­rzył zęby.

– Naprawdę pan ćwi­czył. Kiedy pan się nauczy, West, że ciężka praca nie zastąpi talentu?

Rzu­cił się na Westa z jesz­cze więk­szą wście­kło­ścią przy wtó­rze pobrzę­ki­wa­nia i trza­sku stali. Zbli­żył się i bru­tal­nie ude­rzył mło­dego porucz­nika kola­nem w żebra, a West skrzy­wił się i zato­czył, ale natych­miast odzy­skał rów­no­wagę, spa­ro­wał kolejne dwa ciosy, odsu­nął się z obro­tem i znów był gotowy do walki, cho­ciaż cieżko dyszał.

Rews poczuł bole­sne pra­gnie­nie, by West prze­szył ostrzem tę strasz­liwą, piękną twarz i spra­wił, by damy wes­tchnęły z zupeł­nie innego powodu.

– Ha!

Glokta sko­czył naprzód, wypro­wa­dza­jąc kolejne pchnię­cia, a West usko­czył przed pierw­szym z nich, ale ku zasko­cze­niu wszyst­kich przy­jął dru­gie, odbi­ja­jąc je w bok z jazgo­tem stali, a następ­nie dosko­czył do Glokty i mocno sta­ra­no­wał go ramie­niem. Glokta na chwilę stra­cił rów­no­wagę, a West ryk­nął z obna­żo­nymi zębami i bły­ska­wicz­nie zadał cios poły­sku­ją­cym ostrzem.

– Ga!

Glokta zato­czył się do tyłu, a Rews z roz­ko­szą dostrzegł na jego twa­rzy prze­błysk oszo­ło­mie­nia. Ćwi­czebne ostrze wypa­dło puł­kow­ni­kowi z ręki na piach, a zachwy­cony Rews z całej siły zaci­snął pię­ści.

West natych­miast zbli­żył się do prze­ciw­nika.

– Nic się panu nie stało?

Glokta dotknął dło­nią szyi, a potem z ogrom­nym zasko­cze­niem popa­trzył na zakrwa­wione palce. Zupeł­nie jakby nie mógł uwie­rzyć, że został tra­fiony. Jakby nie mógł uwie­rzyć, że po tra­fie­niu krwawi tak jak inni ludzie.

– No pro­szę – stęk­nął.

– Bar­dzo prze­pra­szam, puł­kow­niku – wyją­kał West, opusz­cza­jąc ostrze.

– Za co? – Krzywy uśmiech Glokty wyglą­dał, jakby kosz­to­wał go wszyst­kie siły. – Bar­dzo dobre cię­cie. Znacz­nie się pan popra­wił, porucz­niku West.

Tłum zaczął kla­skać, potem wiwa­to­wać, a Rews zauwa­żył, że mię­śnie szczęki Glokty napięły się, a jego lewa powieka zadrżała. Glokta pstryk­nął pal­cami.

– Kapralu Tunny, czy ma pan przy sobie moje ostrze bitewne?

Młody kapral, awan­so­wany zale­d­wie dzień wcze­śniej, uniósł brwi ze zdzi­wie­nia.

– Oczy­wi­ście, puł­kow­niku.

– Więc pro­szę je przy­nieść.

Nastroje ludzi gwał­tow­nie się popsuły. Czę­sto tak się działo w obec­no­ści Glokty. Rews ner­wowo obej­rzał się na Varuza, licząc na to, że prze­rwie on ten groźny absurd, lecz lord mar­sza­łek opu­ścił swoje miej­sce i odda­lił się, żeby popa­trzeć na dolinę, zabraw­szy ze sobą Poul­dera i Kroya. Nie można było liczyć na pomoc doro­słych.

Wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię, West sta­ran­nie scho­wał broń do pochwy.

– Chyba już mi wystar­czy zabawy ostrzami jak na jeden dzień, puł­kow­niku.

– Ależ musi mi pan dać szansę na rewanż. Honor tego wymaga, porucz­niku West. – Zupeł­nie jakby Glokta wie­dział, czym jest honor, oprócz tego, że sta­no­wił narzę­dzie, które pozwala zmu­szać ludzi do głu­pich i nie­bez­piecz­nych zacho­wań. – Na pewno pan to rozu­mie, nawet jeśli nie jest pan wysoko uro­dzony.

West moc­niej zaci­snął zęby.

– Walka z przy­ja­ciółmi, gdy czeka nas potyczka z wro­giem, wydaje się raczej głu­pia niż hono­rowa, puł­kow­niku.

– Więc nazywa mnie pan głup­cem? – wyszep­tał Glokta, z wście­kłym sykiem wycią­ga­jąc swoje bojowe ostrze z pochwy, którą pod­su­nął mu zde­ner­wo­wany kapral Tunny.

West z upartą miną skrzy­żo­wał ręce na piersi.

– Nie, puł­kow­niku.

Tłum mil­czał, lecz gdzieś z tyłu zaczął się pod­no­sić gwar. Rews sły­szał stłu­mione okrzyki „Tam” i „Na moście”, jed­nak był zbyt sku­piony na dra­ma­tycz­nych wyda­rze­niach roz­gry­wa­ją­cych się przed nim, żeby zwra­cać na nie uwagę.

– Radzę panu się bro­nić, porucz­niku West – wark­nął Glokta, wbi­ja­jąc obcasy w pokrytą pyłem zie­mię, obna­ża­jąc zęby i usta­wia­jąc w pozio­mie lśniące ostrze.

Wtedy roz­legł się ogłu­sza­jący wrzask, który stop­niowo przy­gasł do chra­pli­wego jęku.

– Zemdlała! – zawo­łał ktoś.

– Dopu­ście do niej tro­chę świe­żego powie­trza!

– Niby skąd? W całym tym dia­bel­skim kraju go nie ma – odpo­wie­dział ktoś inny, wywo­łu­jąc śmiech zebra­nych.

Rews pośpiesz­nie ruszył do sek­tora dla cywi­lów pod pre­tek­stem udzie­la­nia pomocy. Wie­dział jesz­cze mniej o poma­ga­niu ofia­rom omdleń niż o pracy kwa­ter­mi­strza, ale liczył na to, że cho­ciaż uda mu się zer­k­nąć nie­przy­tom­nej kobie­cie pod spód­nicę. Nie­stety rzadko albo nawet ni­gdy nie miał ku temu oka­zji w przy­padku przy­tom­nych dam.

Zanim dotarł do wia­nuszka życz­li­wych, sta­nął jak wryty. Kiedy popa­trzył w dal, poczuł się tak, jakby flaki miały mu wypaść z tyłka. Na roz­le­głym beżo­wym tere­nie za mostem zgro­ma­dził się rój czar­nych kro­pek, nad któ­rymi wzno­siły się kłęby pyłu. Może Rews nie na wielu rze­czach się znał, ale zawsze potra­fił bez­błęd­nie wyczuć zagro­że­nie.

Uniósł drżącą rękę.

– Gur­khul­czycy! – zawył.

– Co? – Ktoś roze­śmiał się nie­pew­nie.

– Tam, na zacho­dzie!

– To wschód, głup­cze!

– Zaraz, mówisz poważ­nie?

– Wymor­dują nas w naszych łóż­kach!

– Nie jeste­śmy w łóż­kach!

– Cisza! – ryk­nął Varuz. – To nie jest prze­klęta szkoła dla dziew­cząt! – Gwar ucichł, zawsty­dzeni ofi­ce­ro­wie bły­ska­wicz­nie zamil­kli. – Majo­rze Mit­te­rick, pro­szę natych­miast tam zejść i popę­dzić naszych ludzi.

– Tak jest.

– Porucz­niku Val­li­mi­rze, czy może pan odpro­wa­dzić damy oraz naszych cywil­nych gości w bez­pieczne miej­sce?

– Oczy­wi­ście, lor­dzie mar­szałku.

– Kilku żoł­nie­rzy mogłoby ich zatrzy­mać na moście – zauwa­żył puł­kow­nik Poul­der, szar­piąc lśniące wąsy.

– Kilku boha­te­rów – rzekł Varuz.

– Kilku mar­twych boha­te­rów – dodał cicho puł­kow­nik Kroy.

– Ma pan świe­żych ludzi? – spy­tał Varuz.

Poul­der wzru­szył ramio­nami.

– Moi są w roz­sypce.

– Moi też – dodał Kroy. – Nawet bar­dziej. – Zupeł­nie jakby cała ta wojna była zawo­dami w wykań­cza­niu oddzia­łów.

Puł­kow­nik Glokta scho­wał bojowe ostrze do pochwy.

– Moi ludzie są świeży – oznaj­mił, a Rews poczuł strach, który roz­pełzł się z jego żołądka do wszyst­kich czę­ści ciała. – Już odpo­częli po ostat­niej potyczce. Nie mogą się docze­kać, żeby uką­sić wroga. Śmiem twier­dzić, że pierw­szy pułk Jego Kró­lew­skiej Mości utrzyma most, dopóki wszy­scy ludzie nie przejdą, lor­dzie mar­szałku.

– Nie możemy się docze­kać! – wrza­snął jeden z ofi­ce­rów Glokty, naj­wy­raź­niej zbyt pijany, żeby rozu­mieć, do czego się zgła­sza.

Kolejny, nieco mniej pijany, ner­wowo zer­k­nął w stronę doliny. Rews zasta­na­wiał się, ilu człon­ków pierw­szego pułku Glokta ma na myśli. Kwa­ter­mi­strzowi wcale się nie śpie­szyło, żeby oddać życie dla sprawy – tego był pewien.

Jed­nakże lord mar­sza­łek Varuz nie został dowódcą wojsk Unii, znie­chę­ca­jąc ludzi do poświę­ca­nia życia w celu napra­wie­nia jego zanie­dbań. Ser­decz­nie pokle­pał Gloktę po ramie­niu.

– Wie­dzia­łem, że mogę na panu pole­gać, przy­ja­cielu!

– Oczy­wi­ście, lor­dzie mar­szałku.

Rews z prze­ra­że­niem zro­zu­miał, że to prawda. Zawsze można pole­gać na tym, że Glokta sko­rzy­sta z oka­zji do próż­nych popi­sów, nie­za­leż­nie od tego, jaką cenę mogą zapła­cić ci, któ­rzy podążą za nim pro­sto w pasz­czę śmierci.

Varuz i Glokta, dowódca i ulu­biony ofi­cer, mistrz szer­mier­czy i naj­lep­szy uczeń – dwaj naj­więksi dra­nie, jakich można zna­leźć, wypro­sto­wali się i zasa­lu­to­wali sobie nawza­jem z uda­wa­nymi emo­cjami. Potem Varuz się odda­lił, wykrzy­ku­jąc roz­kazy do Poul­dera, Kroya oraz wła­snego stada drani, zapewne po to, by popę­dzić wędru­ją­cych żoł­nie­rzy i uczy­nić ofiarę pierw­szego pułku wartą zachodu. Ponie­waż, z czego Rews zdał sobie sprawę, gdy popa­trzył na wzbie­ra­jącą gur­khul­ską burzę po dru­giej stro­nie mostu, bez ofiary z pew­no­ścią się nie obę­dzie.

– To samo­bój­stwo – szep­nął do sie­bie.

– Kapralu Tunny?! – zawo­łał Glokta, zapi­na­jąc bluzę od mun­duru.

– Tak, panie puł­kow­niku? – Naj­gor­liw­szy z mło­dych żoł­nie­rzy naj­gor­li­wiej zasa­lu­to­wał.

– Pro­szę przy­nieść mój napier­śnik.

– Oczy­wi­ście, panie puł­kow­niku. – Tunny natych­miast pobiegł wypeł­nić roz­kaz.

Wokół mnó­stwo ludzi dokądś się śpie­szyło. Ofi­ce­ro­wie szu­kali żoł­nie­rzy. Ludzie szu­kali koni. Cywile ucie­kali; Lady Wet­ter­lant rzu­cała przez ramię załza­wione spoj­rze­nia. Rews uświa­do­mił sobie, że jest kwa­ter­mi­strzem. Powi­nien zaj­mo­wać się czymś pil­nym. A jed­nak mógł tylko stać jak kołek z wytrzesz­czo­nymi i rów­nież nieco załza­wio­nymi oczami, bez­ce­lowo otwie­ra­jąc i zaci­ska­jąc usta oraz dło­nie.

Wokół obja­wiały się dwa zupeł­nie odmienne rodzaje odwagi. Zafra­so­wany porucz­nik West spo­glą­dał w stronę mostu, z bla­dym obli­czem i zaci­śnię­tymi zębami, koniecz­nie pra­gnąc speł­nić swój obo­wią­zek pomimo bar­dzo real­nego stra­chu. Puł­kow­nik Glokta tym­cza­sem kpił ze śmierci, jakby była porzu­coną kochanką bła­ga­jącą o wię­cej, nie­ustra­szony i prze­ko­nany, że nie­bez­pie­czeń­stwo to coś, co doty­czy tylko malucz­kich.

Rews uświa­do­mił sobie, że obja­wiła się także trze­cia odmiana odwagi, ponie­waż on sam demon­stro­wał, jak wygląda jej cał­ko­wity brak.

Wkrótce poja­wiła się czwarta odmiana w postaci kaprala Tunny’ego w wypo­le­ro­wa­nej zbroi poły­sku­ją­cej na słońcu. Ocho­czo niósł napier­śnik Glokty, a w jego oczach lśniło męstwo nie­do­świad­czo­nego mło­dzika, który koniecz­nie chce się spraw­dzić.

– Dzię­kuję – rzekł Glokta, gdy Tunny zapiął paski. Spod przy­mru­żo­nych powiek bacz­nie obser­wo­wał gur­khul­ską kawa­le­rię gro­ma­dzącą się na dru­gim brzegu rzeki. Kolejne konie poja­wiały się z zatrwa­ża­jącą szyb­ko­ścią. – A teraz, kapralu, pro­szę wró­cić do mojego namiotu i spa­ko­wać moje rze­czy.

Na obli­czu Tunny’ego odma­lo­wało się roz­cza­ro­wa­nie.

– Mia­łem nadzieję, że pojadę razem z panem, puł­kow­niku…

– Oczy­wi­ście, że pan na to liczył, i chciał­bym mieć pana u boku, ale jeśli obaj zgi­niemy, to kto dostar­czy moje oso­bi­ste przed­mioty mojej matce?

Młody kapral zamru­gał, wal­cząc ze łzami.

– Ależ panie puł­kow­niku…

– Spo­koj­nie. – Glokta pokle­pał go po ramie­niu. – Nie chciał­bym przed­wcze­śnie prze­ry­wać takiej wybit­nej kariery. Nie wąt­pię, że kie­dyś zosta­nie pan lor­dem mar­szał­kiem. – Glokta odwró­cił się ple­cami do oszo­ło­mio­nego kaprala i prze­stał zwra­cać na niego uwagę. – Kapi­ta­nie Lac­ken­horm, pro­szę przejść się do żoł­nie­rzy i spy­tać, kto się zgła­sza na ochot­nika.

Wydatna grdyka na chu­dej szyi Lac­ken­horma nie­pew­nie pod­sko­czyła.

– Do czego, panie puł­kow­niku? – spy­tał, cho­ciaż zada­nie wyda­wało się jasne, roz­po­ście­rało się w doli­nie poni­żej, niczym efek­towny melo­dra­mat roz­gry­wa­jący się na olbrzy­miej sce­nie.

– Oczy­wi­ście do usu­nię­cia Gur­khul­czy­ków z mostu, ty głupi stary capie. Pro­szę się pośpie­szyć, uzbroić ich i przy­go­to­wać.

Kapi­tan uśmiech­nął się ner­wowo i szybko odda­lił, po dro­dze poty­ka­jąc się o swój miecz. Glokta wsko­czył na ogro­dze­nie, opie­ra­jąc stopy na wyż­szej i niż­szej szta­che­cie.

– Dzi­siaj zamie­rzam dać tym Gur­khul­czy­kom lek­cję, moi dumni chłopcy z pierw­szego pułku Jego Kró­lew­skiej Mości!

Mło­dzi ofi­ce­ro­wie chęt­nie zgro­ma­dzili się wokół niego, jakby byli kacz­kami, a boha­ter­skie fra­zesy Glokty okru­chami chleba.

– Nie będę nikogo zmu­szał, niech decy­zja pozo­sta­nie kwe­stią sumie­nia każ­dego z was! – Wykrzy­wił wargi. – A ty, Rews? Poczła­piesz za nami?

Rews uznał, że jego sumie­nie zapewne mogłoby znieść taki cię­żar.

– O niczym tak nie marzę jak o dołą­cze­niu do szarży, panie puł­kow­niku, ale moja noga…

Glokta par­sk­nął.

– Dosko­nale rozu­miem. W końcu dźwi­ga­nie takiego sadła to wyzwa­nie dla każ­dej nogi. Nie chciał­bym obar­czać podob­nym brze­mie­niem nie­win­nego wierz­chowca. – Roz­le­gły się śmie­chy. – Nie­któ­rzy męż­czyźni są powo­łani do wiel­kich czy­nów. Inni… do tego, co ty robisz. Oczy­wi­ście jesteś uspra­wie­dli­wiony, Rews. Jak mogłoby być ina­czej?

Miaż­dżąca obe­lga uto­nęła w fali ulgi. W końcu ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, a Rews wąt­pił, czy za godzinę któ­re­mu­kol­wiek z jego prze­śla­dow­ców będzie do śmie­chu.

– Panie puł­kow­niku – ode­zwał się West, gdy Glokta ze zwin­no­ścią akro­baty sko­czył z ogro­dze­nia na grzbiet konia. – Jest pan pewien, że musimy to robić?

– A kto inny się tym zaj­mie? – spy­tał Glokta, szar­piąc wodze i sta­now­czo osa­dza­jąc swo­jego rumaka na miej­scu.

– Wielu ludzi z pew­no­ścią pole­gnie. Oni mają rodziny.

– Ow­szem, tak się zapewne sta­nie. W końcu to wojna, porucz­niku. – Inni ofi­ce­ro­wie roze­śmiali się słu­żal­czo. – Wła­śnie po to tutaj jeste­śmy.

– Oczy­wi­ście, puł­kow­niku. – West prze­łknął ślinę. – Kapralu Tunny, pro­szę osio­dłać mojego wierz­chowca…

– Nie, porucz­niku West – prze­rwał mu Glokta. – Chciał­bym, żeby pan został tutaj.

– Jak to, puł­kow­niku?

– Kiedy wszystko się skoń­czy, będę potrze­bo­wał kilku ofi­ce­rów, któ­rzy potra­fią odróż­nić swoją dupę od pary melo­nów. – Posłał pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie Rew­sowi, który nieco pod­cią­gnął wygnie­cione spodnie. – Poza tym podej­rze­wam, że pań­ska sio­stra wyro­śnie na nie­złe ziółko. Nie mogę jej pozba­wić pań­skiego otrzeź­wia­ją­cego wpływu, prawda?

– Ależ puł­kow­niku, powi­nie­nem…

– Nic z tego, West. Zosta­nie pan tutaj, to roz­kaz.

West otwo­rzył usta, jakby chciał coś powie­dzieć, ale po chwili roz­sąd­nie je zamknął i sztywno zasa­lu­to­wał. Kapral Tunny zro­bił to samo, a w kąciku jego oka zabły­sła łza. Rews ze wsty­dem poszedł w ich ślady, oszo­ło­miony prze­ra­że­niem i zachwy­tem, jakie ogar­niały go na myśl o wszech­świe­cie pozba­wio­nym Glokty.

Puł­kow­nik się do nich wyszcze­rzył, uka­zu­jąc pełny gar­ni­tur ide­al­nie bia­łych zębów, na które trudno było patrzeć w jaskra­wym świe­tle słońca.

– Ależ pano­wie, nie roz­kle­jaj­cie się. Wrócę, zanim się zorien­tu­je­cie!

Szarp­nął wodze, zmu­sza­jąc konia do sta­nię­cia dęba, przez chwilę nie­ru­cho­mie­jąc na tle jasnego nieba jak posąg boha­tera, a Rews zadu­mał się, czy zie­mia kie­dy­kol­wiek nosiła pięk­niej­szego dra­nia.

Potem kurz opadł mu na twarz, gdy Glokta poga­lo­po­wał w dół zbo­cza.

W stronę mostu.

Drobne przy­sługi (Zachodni Port, jesień 573)

Drobne przy­sługi

Zachodni Port, jesień 573

Kiedy Shev rano przy­szła otwo­rzyć lokal, czy­jeś duże, brudne bose stopy ster­czały zza drzwi jej palarni.

Kie­dyś mogłoby ją to zaszo­ko­wać, ale ostat­nie dwa lata spra­wiły, że stała się odporna na szok.

– Ej! – zawo­łała, pod­cho­dząc z zaci­śnię­tymi pię­ściami.

Kto­kol­wiek leżał twa­rzą do ziemi na jej progu, albo posta­no­wił się nie ruszać, albo nie był w sta­nie tego zro­bić. Stopy łączyły się z dłu­gimi nogami odzia­nymi w podarte, popla­mione spodnie, dalej znaj­do­wał się poszar­pany i upa­prany płaszcz, a na końcu wepchnięta w brudny kąt za drzwiami, splą­tana długa ruda czu­pryna pokryta gałąz­kami i pyłem.

To nie­wąt­pli­wie był potężny męż­czy­zna. Dłoń, którą Shev dostrze­gła, była długa jak jej stopa, poprze­ci­nana sia­teczką żył, ubru­dzona i nazna­czona stru­pami na knyk­ciach. Miała jed­nak nie­ty­powy kształt. Była dziw­nie smu­kła.

– Ej! – Shev dźgnęła czub­kiem buta płaszcz męż­czy­zny w miej­scu, w któ­rym powi­nien się znaj­do­wać jego tyłek.

Żad­nej reak­cji.

Za sobą usły­szała kroki.

– Dzień dobry, sze­fowo. – Seve­rard przy­szedł do pracy. Ten chło­pak ni­gdy się nie spóź­niał. Nie był naj­so­lid­niej­szym pra­cow­ni­kiem, ale jego punk­tu­al­no­ści nie można było nic zarzu­cić. – Co tam zło­wi­łaś?

– Morze wyrzu­ciło na mój próg jakąś dzi­waczną rybę. – Shev odgar­nęła rude włosy i zmarsz­czyła nos, gdy zauwa­żyła, że są poskle­jane od krwi.

– Pijany?

– To babka.

Spod wło­sów wyło­niła się kobieca twarz. Miała sil­nie zary­so­waną szczękę i grubo cio­sane rysy, a jej bladą skórę pokry­wało tak wiele czar­nych stru­pów, czer­wo­nych otarć i fio­le­to­wych siń­ców, że Shev aż się skrzy­wiła, cho­ciaż rzadko widy­wała ludzi, któ­rzy nie mieli cho­ciaż kilku ran.

Seve­rard gwizd­nął cicho.

– Cał­kiem spora.

– A ktoś nie­źle ją spo­nie­wie­rał. – Shev nachy­liła się i zbli­żyła poli­czek do stłu­czo­nych ust kobiety; usły­szała cichy rzę­żący oddech. – Żyje.

Następ­nie odsu­nęła się i przy­sia­dła z nad­garst­kami wspar­tymi na kola­nach, zasta­na­wia­jąc się, co robić. Daw­niej bez waha­nia pako­wała się w każdą awan­turę, miała jed­nak wra­że­nie, że obec­nie znacz­nie trud­niej jest jej uciec przed kon­se­kwen­cjami. Wydęła policzki i wes­tchnęła znie­chę­cona.

– Cóż, zda­rza się – zauwa­żył Seve­rard.

– Nie­stety tak.

– Ale to nie nasz pro­blem, prawda?

– Na szczę­ście nie.

– Chcesz, żebym ją wywlekł na ulicę?

– Ow­szem, bar­dzo tego chcę. – Shev prze­wró­ciła oczami i ponow­nie wes­tchnęła, być może jesz­cze bar­dziej znie­chę­cona niż poprzed­nio. – Ale myślę, że będzie lepiej, jeśli wcią­gniemy ją do środka.

– Jesteś pewna, sze­fowo? Pamię­tasz ostatni raz, kiedy komuś pomo­gli­śmy…

– Pewna? Nie.

Shev nie wie­działa, dla­czego pomimo całego gówna, które spa­dło na nią w życiu, wciąż odczuwa potrzebę wyświad­cza­nia innym drob­nych przy­sług. Może wła­śnie dla­tego? Może w jej wnę­trzu znaj­duje się jakaś uparta cząstka, jak pestka w dak­tylu, która nie pozwala, by to, co ją spo­tkało, zmie­niło ją samą w gówno. Prze­krę­ciła klucz w zamku i łok­ciem otwo­rzyła roz­chwiane drzwi.

– Złap ją za stopy.

Kiedy się pro­wa­dzi Dom Dymu, trzeba sobie radzić z prze­no­sze­niem bez­wład­nych ciał, jed­nak naj­now­szy obiekt nie­chęt­nej życz­li­wo­ści Shev oka­zał się nie lada wyzwa­niem.

– Niech to zaraza – stęk­nął Seve­rard, wytrzesz­cza­jąc oczy, kiedy nie­śli kobietę kory­ta­rzem cuch­ną­cym stę­chli­zną, szo­ru­jąc jej ple­cami o klepki. – Z czego ona jest zro­biona, z kowa­deł?

– Kowa­dła są lżej­sze – jęk­nęła Shev przez zaci­śnięte zęby, zata­cza­jąc się na boki i zde­rza­jąc z obła­żą­cymi ścia­nami.

Wes­tchnęła, otwie­ra­jąc kop­nia­kiem drzwi swo­jego gabi­netu, a raczej schowka na mio­tły, który nazy­wała gabi­ne­tem. Napięła wszyst­kie obo­lałe mię­śnie, dźwi­gnęła kobietę, ude­rza­jąc jej bez­władną głową o fra­mugę, po czym wcią­gnęła ją do środka. Następ­nie potknęła się o mio­tłę i z roz­pacz­li­wym skrze­kiem runęła do tyłu na posła­nie, a kobieta upa­dła na nią.

Shev lubiła cza­sem zna­leźć się pod jakimś rudziel­cem, wolała jed­nak dzie­lić łóżko z kimś, kto jest cho­ciaż czę­ściowo przy­tomny, a także ład­niej pach­nie, przy­naj­mniej na początku. Nie­zna­joma tymcza­sem cuch­nęła kwa­śnym potem, zgni­li­zną i koń­cem świata.

– Tak się koń­czy wyświad­cza­nie przy­sług – zauwa­żył Seve­rard, chi­cho­cząc pod nosem. – Kło­poty zwa­lają nam się na głowę.

– Będziesz chi­cho­tał czy mi pomo­żesz, dra­niu? – wark­nęła Shev, gra­mo­ląc się z posła­nia pośród skrzy­pie­nia polu­zo­wa­nych sprę­żyn.

Zarzu­ciła nogi kobiety na łóżko i zoba­czyła, że jej stopy znacz­nie wystają poza kra­wędź. To nie był duży mebel, lecz kiedy ona na nim leżała, przy­po­mi­nał posła­nie dziecka. Poszar­pany płaszcz się roz­chy­lił, a popla­miona skó­rzana kami­zela, która znaj­do­wała się pod spodem, zadarła się do góry.

Kiedy Shev przez rok włó­czyła się z trupą wędrow­nych arty­stów, towa­rzy­szył im siłacz, na któ­rego wołano Nie­sa­mo­wity Zara­quon, cho­ciaż naprawdę nazy­wał się Run­kin. Roz­bie­rał się od pasa w górę, nacie­rał oliwą i pod­no­sił różne cięż­kie przed­mioty ku ucie­sze publicz­no­ści, cho­ciaż kiedy już zszedł ze sceny i wytarł się ręcz­ni­kiem, nie można było namó­wić tego leni­wego chama, żeby pod­niósł dla cie­bie choćby piórko. Jego brzuch skła­dał się ze ster­czą­cych węzłów mię­śni, zupeł­nie jakby pod napiętą skórą był zbu­do­wany z drewna, a nie mięsa.

Blada talia tej kobiety przy­po­mi­nała Shev ciało Nie­sa­mo­wi­tego Zara­qu­ona, cho­ciaż była węż­sza, bar­dziej wydłu­żona i szczu­plej­sza. Widać było, jak z każ­dym płyt­kim odde­chem poru­szają się mię­śnie pomię­dzy żebrami. Tyle że zamiast oliwy brzuch pokry­wały czarne, nie­bie­skie i fio­le­towe sińce, a także wid­niała tam potężna czer­wona pręga, która wyglą­dała jak ślad po bar­dzo nie­przy­ja­znym spo­tka­niu z topo­rem.

Seve­rard cicho gwizd­nął.

– Solid­nie ją pobili, co nie?

– Ow­szem.

Shev, która dobrze wie­działa, jakie to uczu­cie, skrzy­wiła się i opu­ściła kami­zelę kobiety, a następ­nie nakryła ją kocem. Otu­liła ją wokół szyi, cho­ciaż czuła się przy tym głu­pio, a kobieta coś mruk­nęła, prze­wró­ciła się na bok, tak że pozle­piane włosy opa­dły jej na usta, i zaczęła chra­pać.

– Słod­kich snów – szep­nęła Shev, cho­ciaż sama ni­gdy ich nie mie­wała.

Tak naprawdę wcale nie było jej tutaj potrzebne łóżko, ale ktoś, kto przez kilka lat nie miał bez­piecz­nego miej­sca do spa­nia, przy­go­to­wuje sobie posła­nie w każ­dym choćby odro­binę spo­koj­nym zakątku. Odpę­dziła wspo­mnie­nia i wygo­niła Seve­rarda na kory­tarz.

– Otwórz drzwi. Inte­res nie kręci się na tyle dobrze, żeby­śmy mogli tra­cić klien­tów.

– Ludzie naprawdę potrze­bują plew z samego rana? – spy­tał Seve­rard, sta­ra­jąc się zetrzeć smugę krwi kobiety ze swo­jej dłoni.

– Jeśli ktoś chce zapo­mnieć o swo­ich pro­ble­mach, po co miałby się z nimi męczyć do obiadu?

W świe­tle dnia Dom Dymu w niczym nie przy­po­mi­nał kuszą­cej jaskini cudów, jaką Shev sobie wyma­rzyła, kiedy kupo­wała ten lokal. Oparła dło­nie na bio­drach, rozej­rzała się i ponow­nie wes­tchnęła znie­chę­cona. Prawdę mówiąc, wnę­trze bar­dziej przy­po­mi­nało klo­akę. Klepki były popę­kane, popla­mione i pełne drzazg, poduszki tłu­ste jak baolicka kuch­nia, a jedna z tanich dra­pe­rii ode­rwała się, uka­zu­jąc zaple­śniały tynk. Dzwonki modli­tewne na półce były jedy­nym ele­men­tem wystroju, który miał nieco klasy. Shev z uczu­ciem pogła­skała naj­więk­szy z nich, po czym sta­nęła na pal­cach, żeby przy­piąć naroż­nik dra­pe­rii, dzięki czemu przy­naj­mniej ukryła widok ple­śni, choć jej woń, przy­po­mi­na­jąca smród zgni­łych cebul, wciąż pozo­sta­wała wyraź­nie wyczu­walna.

Nawet tak wytrawna oszustka jak Shev nie była w sta­nie prze­ko­nać takiej naiw­niaczki jak Shev, że to nie jest klo­aka. Ale to była jej klo­aka, a ona miała plany jej ulep­sze­nia. Zawsze miała jakieś plany.

– Wyczy­ści­łeś fajki? – spy­tała, kiedy Seve­rard otwo­rzył drzwi i odsu­nął zasłonę.

– Ludzie, któ­rzy tutaj przy­cho­dzą, nie dbają o to, czy fajki są czy­ste, sze­fowo.

Shev zmarsz­czyła czoło.

– Ja o to dbam. Może nasz lokal nie jest naj­więk­szy ani naj­wy­god­niej­szy i nie mamy naj­lep­szych plew – unio­sła brwi, spo­glą­da­jąc na prysz­czatą twarz Seve­rarda – ani naj­ład­niej­szych pra­cow­ni­ków, któ­rzy je zapa­lają, ale co sta­nowi naszą prze­wagę nad kon­ku­ren­cją?

– Jeste­śmy tani?

– Nie, nie, nie. – Przez chwilę się zasta­na­wiała. – To zna­czy tak. Ale co jesz­cze?

Seve­rard wes­tchnął.

– Obsługa klienta?

– Dzyń – odrze­kła Shev, stu­ka­jąc pal­cem w naj­więk­szy z dzwon­ków modli­tew­nych, który wydał nie­biań­ski dźwięk. – Zatem wyczyść fajki, ty leniwy gnojku, i roz­pal węgle.

Seve­rard nadął policzki pokryte deli­kat­nym zaro­stem, który miał mu nadać męski wygląd, ale spra­wiał, że wyglą­dał jesz­cze bar­dziej chło­pięco.

– Tak, sze­fowo.

Kiedy wyszedł tyl­nymi drzwiami, Shev usły­szała kroki zbli­ża­jące się od frontu i oparła dło­nie o kon­tuar – a raczej pocięty stół rzeź­ni­czy, który zna­la­zła na śmiet­ni­sku i wypo­le­ro­wała – przy­bie­ra­jąc pro­fe­sjo­nalną postawę. Nauczyła się jej od Gusmana sprze­dawcy dywa­nów, który był naj­lep­szym han­dla­rzem, jakiego znała. Samym wyglą­dem potra­fił prze­ko­nać klienta, że dywan sta­nowi roz­wią­za­nie wszyst­kich jego pro­ble­mów. Pro­fe­sjo­na­lizm opu­ścił ją, gdy tylko zoba­czyła, kto wszedł do lokalu.

– Car­colf – wes­tchnęła.

Mój Boże, Car­colf zawsze ozna­czała kło­poty. Wyso­kie, piękne blond kło­poty o słod­kim zapa­chu, słod­kim uśmie­chu, szyb­kim umy­śle i szyb­kich pal­cach. Sub­telna jak deszcz i godna zaufa­nia jak wiatr. Shev zmie­rzyła ją wzro­kiem. Jej oczy nie pozo­sta­wiły jej wyboru.

– No tak, mój dzień wła­śnie stał się lep­szy – szep­nęła.

– Mój także – odrze­kła Car­colf, mija­jąc zasłonę w taki spo­sób, że pro­mie­nie słońca pod­świe­tliły jej włosy od tyłu. – Daw­no­śmy się nie widziały, She­ve­dieh.

Pomiesz­cze­nie wyglą­dało znacz­nie lepiej dzięki obec­no­ści Car­colf. Nie dałoby się zna­leźć pięk­niej­szej ozdoby na żad­nym baza­rze w Zachod­nim Por­cie. Jej ubra­nie nie było obci­słe, ale odsta­wało we wszyst­kich wła­ści­wych miej­scach, poza tym potra­fiła nie­sa­mo­wi­cie krę­cić bio­drami. Boże, co za bio­dra. Poru­szały się na wszyst­kie strony, jakby nie były przy­mo­co­wane do krę­go­słupa. Shev sły­szała, że Car­colf kie­dyś była tan­cerką. Dzień, w któ­rym zre­zy­gno­wała, nie­wąt­pli­wie był stratą dla branży tanecz­nej i zyskiem dla świata oszu­stów.

– Wpa­dłaś zapa­lić? – spy­tała Shev.

Car­colf się uśmiech­nęła.

– Lubię mieć przy­tomny umysł. W prze­ciw­nym razie jak można się cie­szyć życiem?

– To pew­nie zależy od tego, czy nasze życie daje nam powody do rado­ści.

– Moje ow­szem – odrze­kła, plą­sa­jąc po lokalu, jakby ten nale­żał do niej, a Shev była tylko miłym gościem. – Co sądzisz o Talin­sie?

– Ni­gdy mi się tam nie podo­bało – mruk­nęła Shev.

– Mam tam pracę.

– Zawsze uwiel­bia­łam to mia­sto.

– Potrze­buję part­nera. – Dzwonki modli­tewne wcale nie znaj­do­wały się nisko, jed­nak Car­colf pochy­liła się, żeby dokład­nie im się przyj­rzeć. Wyda­wało się, że zro­biła to cał­kiem nie­win­nie, lecz Shev wąt­piła, czy Car­colf kie­dy­kol­wiek w swoim życiu zro­biła coś nie­win­nego. Zwłasz­cza kiedy się pochy­lała. – Potrze­buję kogoś, komu mogę zaufać. Kto będzie pil­no­wał mojego tyłka.

Głos Shev stał się chra­pliwy.

– Jeśli tego szu­kasz, to przy­szłaś do wła­ści­wej dziew­czyny, ale… – Ode­rwała od niej wzrok, gdy jej umysł zaczął się dobi­jać jak nie­pro­szony gość. – Nie tylko tego potrze­bu­jesz, prawda? Podej­rze­wam, że nie zaszko­dzi­łoby, gdyby twój nowy part­ner potra­fił posłu­żyć się wytry­chem albo dobrać do czy­jejś kie­szeni.

Car­colf wyszcze­rzyła zęby, zupeł­nie jakby ten pomysł dopiero teraz przy­szedł jej do głowy.

– Ow­szem, nie zaszko­dzi­łoby. Ale rów­nie ważne, by ta osoba potra­fiła trzy­mać gębę na kłódkę. – Zbli­żyła się do Shev i popa­trzyła na nią z góry, gdyż była o dobre kilka cali wyż­sza. Jak więk­szość ludzi. – Oczy­wi­ście, nie licząc chwil, gdy będę chciała, by miała otwarte usta…

– Nie jestem idiotką.

– Nie przy­da­ła­byś mi się, gdyby było ina­czej.

– Jeśli z tobą pójdę, zapewne skoń­czę porzu­cona w jakiejś bocz­nej uliczce i nie zosta­nie mi nic poza ubra­niem, które mam na grzbie­cie.

Car­colf nachy­liła się jesz­cze bli­żej i ode­zwała się szep­tem, a Shev oszo­ło­mił jej zapach, znacz­nie atrak­cyj­niej­szy niż zgniłe cebule czy spo­cona ruda nie­zna­joma.

– Wyobra­żam sobie, jak leżysz, i to bez ubra­nia.

Shev pisnęła jak zardze­wiały zawias. Mimo to zdo­łała się powstrzy­mać i nie chwy­ciła się Car­colf jak tonąca dziew­czyna prze­pięk­nego dry­fu­ją­cego pnia. Zbyt długo myślała tym, co ma mię­dzy nogami. Naj­wyż­szy czas wyko­rzy­stać to, co ma mię­dzy uszami.

– Już nie zaj­muję się takimi rze­czami. Muszę się zaj­mo­wać loka­lem. No i opie­ko­wać Seve­rar­dem…

– Wciąż pró­bu­jesz napra­wić świat?

– Nie cały. Tylko naj­bliż­szy kawa­łek.

– Nie możesz trosz­czyć się o każdą przy­błędę, She­ve­dieh.

– Nie o każdą. Tylko o tę jedną. – Pomy­ślała o potęż­nej kobie­cie w swoim łóżku. – Naj­wy­żej o kilka…

– Wiesz, że on się w tobie kocha.

– Ja mu tylko pomo­głam.

– Wła­śnie dla­tego się zako­chał. Nikt inny tak go nie potrak­to­wał. – Car­colf wycią­gnęła rękę i deli­kat­nie odgar­nęła opuszką palca nie­sforny kosmyk wło­sów z twa­rzy Shev, a następ­nie wes­tchnęła. – Bie­da­czyna nie wie, że puka do nie­wła­ści­wych drzwi.

Shev chwy­ciła ją za nad­gar­stek i odsu­nęła rękę Car­colf. Jeśli nawet jesteś drobna, to nie zna­czy, że ludzie mogą cię roz­sta­wiać po kątach.

– Nie on jedyny. – Popa­trzyła Car­colf w oczy, sta­ra­jąc się mówić spo­koj­nym, zrów­no­wa­żo­nym gło­sem. – Bóg jeden wie, że podo­bają mi się twoje sztuczki, ale wola­ła­bym, żebyś prze­stała. Jeśli pra­gniesz mnie dla mnie samej, to moje drzwi zawsze są dla cie­bie otwarte, a nogi roz­chy­lone. Ale jeśli zamie­rzasz mnie wyci­snąć jak cytrynę i wyrzu­cić w Talin­sie, to bez obrazy, ale nic z tego.

Car­colf skrzy­wiła się i spu­ściła wzrok. Nie wyglą­dało to tak ład­nie jak jej uśmiech, ale było znacz­nie bar­dziej szczere.

– Nie wiem, czy podo­ba­ła­bym ci się bez tych sztu­czek.

– Może spraw­dzimy?

– Mam zbyt wiele do stra­ce­nia – wyszep­tała Car­colf i uwol­niła nad­gar­stek, a kiedy pod­nio­sła wzrok, jej spoj­rze­nie znów nie było szczere. – Cóż, jeśli zmie­nisz zda­nie… będzie za późno. – Rzu­ca­jąc przez ramię uśmiech zabój­czy jak ostrze noża, wyszła z lokalu.

Boże, jak ona cho­dzi. Pły­nie jak syrop w cie­pły dzień. Gdzie się tego nauczyła? Ćwi­czyła przed lustrem? Pew­nie tak, po kilka godzin dzien­nie.

Drzwi się zamknęły i czar prysł, a Shev ponow­nie ciężko wes­tchnęła.

– Czy to była Car­colf? – spy­tał Seve­rard.

– Ow­szem – mruk­nęła Shev tęsk­nie, wciąż czu­jąc ślad tego nie­biań­skiego zapa­chu, który wal­czył w jej noz­drzach z wonią ple­śni.

– Nie ufam tej suce.

Shev par­sk­nęła.

– Bar­dzo, kurwa, słusz­nie.

– Gdzie ją pozna­łaś?

– Tu i tam. – W oko­li­cach swo­jego łóżka, choć ni­gdy w nim samym.

– Wydaje się, że jeste­ście sobie bli­skie – zauwa­żył Seve­rard.

– Nie tak bli­skie, jak bym chciała – szep­nęła Shev. – Wyczy­ści­łeś fajki?

– Tak.

Shev ponow­nie usły­szała odgłos otwie­ra­nych drzwi i obró­ciła się z uśmie­chem, który łączył w sobie wyraz twa­rzy sprze­dawcy dywa­nów i wyposz­czo­nej kochanki. Może to Car­colf wró­ciła, uznaw­szy, że jed­nak pra­gnie Shev dla niej samej.

– O Boże – szep­nęła, posęp­nie­jąc. Zazwy­czaj potrze­bo­wała nieco wię­cej czasu, żeby poża­ło­wać jakiejś decy­zji.

– Dzień dobry, She­ve­dieh – powie­dział Cran­dall.

Jego poja­wie­nie się rów­nież ozna­czało kło­poty, i to mniej przy­jem­nego rodzaju.

Był szczu­ro­wa­tym śmie­ciem, chu­dym w ramio­nach i sła­bym na umy­śle, z różo­wymi oczkami i ciek­ną­cym nosem, ale zara­zem synem Horalda Palu­cha, co czy­niło go kimś waż­nym w tym mie­ście. Szczu­ro­waty śmieć dzier­żący wła­dzę, na którą nie zasłu­żył, a która spra­wiała, że był popę­dli­wie bru­talny, draż­li­wie zło­śliwy i zazdro­sny o wszystko, co mieli inni, a czego jemu bra­ko­wało. A tak się skła­dało, że każdy miał coś takiego, cho­ciażby talent, wygląd czy odro­binę sza­cunku do sie­bie.

Shev ponow­nie przy­wo­łała pro­fe­sjo­nalny uśmiech, choć trudno było o bar­dziej nie­chcia­nego gościa.

– Dzień dobry, Cran­dallu. Dzień dobry, Maso­nie.

Mason schy­lił się i wszedł do palarni w ślad za swoim sze­fem. A przy­naj­mniej synem szefa. Był jed­nym z chło­pa­ków Horalda z daw­nych cza­sów, miał sze­roką twarz poprze­ci­naną bli­znami, uszy jak kala­fior i nos, który tak czę­sto był łamany, że przy­po­mi­nał bez­kształtną rzepę. Trudno o tward­szego dra­nia w całym Zachod­nim Por­cie, gdzie twar­dych drani jest pod dostat­kiem. Popa­trzył na Shev, schy­la­jąc się pod niskim sufi­tem, a następ­nie prze­pra­sza­jąco poru­szył ustami, jakby chciał powie­dzieć: „Wybacz, ale to nie jest mój pomysł, tylko tego głupca”.

Wspo­mniany głu­piec wpa­try­wał się w modli­tewne dzwonki, do któ­rych nie musiał się schy­lać, a jego twarz wykrzy­wiał pogar­dliwy gry­mas.

– Co to jest? Dzwonki?

– Dzwonki modli­tewne – wyja­śniła Shev. – Z Thondu.

Sta­rała się zacho­wać spo­kój, gdy kolejni trzej męż­czyźni wci­snęli się do lokalu za Maso­nem. Usi­ło­wali spra­wiać groźne wra­że­nie, ale pomiesz­cze­nie było tak cia­sne, że mogli jedy­nie wyglą­dać nie­zręcz­nie. Jeden miał twarz całą w bli­znach po daw­nych wrzo­dach i wytrzesz­czone oczy, drugi, ubrany w za duży skó­rzany płaszcz, zaplą­tał się w zasłonę i pra­wie ją zerwał, a trzeci trzy­mał dło­nie głę­boko w kie­sze­niach z wyra­zem twa­rzy, który ostrze­gał, że ma tam noże. Zapewne tak było.

Shev wąt­piła, czy kie­dy­kol­wiek odwie­dziło ją tylu ludzi jed­no­cze­śnie. Nie­stety, od tych gości nie nale­żało się spo­dzie­wać zapłaty. Zer­k­nęła na Seve­rarda, a gdy zoba­czyła, że ten ner­wowo prze­stę­puje z nogi na nogę i obli­zuje usta, wycią­gnęła dłoń, aby go uspo­koić, cho­ciaż musiała przy­znać, że sama wcale nie jest spo­kojna.

– Nie sądzi­łem, że inte­re­suje cię modli­twa – rzekł Cran­dall, patrząc na dzwonki ze zmarsz­czo­nym nosem.

– Nie inte­re­suje – odparła Shev. – Po pro­stu mi się podo­bają. Nadają loka­lowi udu­cho­wiony kli­mat. Chcesz zapa­lić?

– Nie, a gdy­bym chciał, to nie przy­szedł­bym do takiej zasra­nej dziury.

Zapa­dła cisza, aż w końcu dzio­baty męż­czy­zna nachy­lił się w stronę Shev.

– Powie­dział, że to zasrana dziura!

– Sły­sza­łam – odrze­kła Shev. – W takim małym pomiesz­cze­niu dźwięk dobrze się nie­sie. Dobrze wiem, że to zasrana dziura. Mam plan, jak to zmie­nić.

Cran­dall się uśmiech­nął.

– Ty zawsze masz jakieś plany, Shev. Ale ni­gdy nic z nich nie wynika.

To prawda, a prze­waż­nie dzieje się tak z powodu takich drani.

– Może mój los się odmieni – odpo­wie­działa. – Czego chcesz?

– Chcę, żebyś coś dla mnie ukra­dła. Po cóż innego przy­cho­dził­bym do zło­dziejki?

– Już nie jestem zło­dziejką.

– Oczy­wi­ście, że jesteś. Jesteś zło­dziejką, która bawi się w pro­wa­dze­nie gów­nia­nej palarni. Poza tym jesteś mi coś winna.

– Niby za co?

Twarz Cran­dalla wykrzy­wiła się w zło­śli­wym uśmie­chu.

– Za każdy dzień, który spę­dzasz bez poła­ma­nych nóg.

Shev prze­łknęła ślinę. Wyglą­dało na to, że Cran­dall zdo­łał zostać jesz­cze więk­szym dra­niem.

Nagle zadud­nił niski głos Masona, cichy i uspo­ka­ja­jący.

– To zwy­kłe mar­no­traw­stwo. Zachodni Port stra­cił pie­kiel­nie dobrą zło­dziejkę, a zyskał prze­ciętną han­dlarkę ple­wami. Ile masz lat? Dzie­więt­na­ście?

– Dwa­dzie­ścia jeden. – Cho­ciaż cza­sami miała wra­że­nie, że sto. – Zosta­łam obda­ro­wana mło­dzień­czym bla­skiem.

– Jesteś zde­cy­do­wa­nie za młoda na eme­ry­turę.

– Myślę, że jestem w odpo­wied­nim wieku – odparła Shev. – Wciąż żyję.

– To może się zmie­nić – odrzekł Cran­dall. Pod­szedł rów­nie bli­sko, jak wcze­śniej Car­colf, ale jego bli­skość była znacz­nie mniej pożą­dana.

– Daj damie nieco prze­strzeni – ode­zwał się Seve­rard, but­nie wysu­wa­jąc dolną wargę.

Cran­dall par­sk­nął.

– Damie? Popier­do­liło cię, chłop­cze?

Shev zoba­czyła, że Seve­rard trzyma za ple­cami kij. Był to solidny kawał drewna, ide­alny, żeby zdzie­lić kogoś w głowę. Jed­nak ostat­nim, czego pra­gnęła, było to, żeby chło­pak zaata­ko­wał Cran­dalla. Mason wetknąłby mu ten kij w dupę.

– Może wyj­dziesz poza­mia­tać podwórko? – rze­kła Shev.

Seve­rard popa­trzył na nią z zaci­śnię­tymi zębami, gotowy do dzia­ła­nia. Boże, co za głu­piec, może rze­czy­wi­ście się w niej zako­chał.

– Nie chcę…

– Wyjdź tyl­nymi drzwiami. Nic mi nie będzie.

Prze­łknął ślinę, jesz­cze raz zer­k­nął na osił­ków, a następ­nie wymknął się z lokalu.

Shev gło­śno gwizd­nęła, ścią­ga­jąc na sie­bie wszyst­kie spoj­rze­nia. Dosko­nale wie­działa, jak to jest nie mieć wyboru.

– Tamta rzecz, którą mia­ła­bym ukraść. Jeśli to zro­bię, na tym koniec?

Cran­dall wzru­szył ramio­nami.

– Może tak. Może nie. Zależy, czy znów nie zechcę, żeby coś dla mnie ukra­dziono, prawda?

– To zna­czy czy twój tatuś tego nie zechce.

Cran­dal­lowi zadrżała powieka. Nie lubił, gdy mu przy­po­mi­nano, że jest tylko małym palan­tem pozo­sta­ją­cym w cie­niu swo­jego taty. Nie­stety, Shev zawsze mówiła nie to, co należy. Albo to, co należy, ale w nie­wła­ści­wej chwili. A cza­sami to, co należy, i we wła­ści­wej chwili, lecz nie­wła­ści­wej oso­bie.

– Zro­bisz, co ci każę, ty mała cipo­żerko – rzu­cił jej w twarz – albo spalę cię razem z twoją zasraną dziurą i tymi jeba­nymi dzwon­kami!

Mason wes­tchnął z obrzy­dze­niem, wydy­ma­jąc dzio­bate policzki, jakby chciał powie­dzieć: „To szczu­ro­waty śmieć, ale co ja mogę?”.

Shav wbiła wzrok w Cran­dalla. Miała ogromną ochotę zdzie­lić go głową w twarz. Pra­gnęła tego z całych sił. Tacy dra­nie krę­cili się wokół niej przez całe jej życie. Warto byłoby cho­ciaż raz się odgryźć. Wie­działa jed­nak, że może się tylko uśmiech­nąć. Gdyby skrzyw­dziła Cran­dalla, Mason skrzyw­dziłby ją dzie­sięć razy bar­dziej. Nie byłby tym zachwy­cony, ale by to zro­bił. Zara­biał na życie, robiąc rze­czy, na które nie miał ochoty. Jak wszy­scy.

Shev prze­łknęła ślinę. Sta­rała się, by jej wście­kłość wyglą­dała jak strach. Tacy ludzie jak ona zawsze dostają kiep­skie karty.

– Chyba nie mam wyboru.

Cran­dall uśmiech­nął się, dmu­cha­jąc jej w twarz cuch­ną­cym odde­chem.

– A kto go ma?

***

Ni­gdy nie patrz na zie­mię, oto klucz do suk­cesu.

Shev sie­działa okra­kiem na śli­skim pochy­łym dachu, a popę­kane dachówki bole­śnie dźgały ją w kro­cze, gdy powoli posu­wała się naprzód, myśląc o tym, że znacz­nie bar­dziej wola­łaby sie­dzieć na Car­colf. Na zatło­czo­nej ulicy po jej pra­wej stro­nie jacyś pijani idioci zde­cy­do­wa­nie za gło­śno recho­tali z jakie­goś żartu, a ktoś inny traj­ko­tał po sul­jucku, z czego Shev rozu­miała co trzy­dzie­ste słowo. W pustej uliczce po jej lewej stro­nie pano­wał spo­kój.

Przy­su­nęła się do komina, pochy­la­jąc się – kolejny cień w ciem­no­ści – a następ­nie zarzu­ciła na niego pętlę. Komin spra­wiał solidne wra­że­nie, ale dla pew­no­ści mocno szarp­nęła linę. Varini zwykł jej mówić, że nic nie waży, a jed­nak pew­nego razu ode­rwała nie­mal cały komin i spa­dłaby na ulicę przy­gnie­ciona pół­to­nową stertą gruzu, gdyby nie szczę­śli­wie umiej­sco­wiony gzyms.

Ostroż­nie, ostroż­nie, na tym to polega, ale odro­bina szczę­ścia też nie zaszko­dzi. Serce waliło jej jak mło­tem, więc wzięła głę­boki oddech, pró­bu­jąc je uspo­koić. Po pro­stu wyszła z wprawy. Była naj­lep­szą zło­dziejką w Zachod­nim Por­cie, każdy o tym wie­dział. Wła­śnie dla­tego nie pozwa­lali jej odejść. Dla­tego ona sama na to nie pozwa­lała. To było jej bło­go­sła­wień­stwo, a zara­zem prze­kleń­stwo.

– Naj­lep­sza zło­dziejka w Zachod­nim Por­cie – szep­nęła i ześli­zgnęła się na linie do kra­wę­dzi dachu, po czym zer­k­nęła w dół. Zoba­czyła dwóch straż­ni­ków pil­nu­ją­cych drzwi; blask lamp odbi­jał się od ich heł­mów.

Zgod­nie z pla­nem usły­szała jazgo­tliwe, wście­kłe głosy dzi­wek. Zoba­czyła, jak straż­nicy się oglą­dają. Roz­le­gły się kolejne wrza­ski i Shev przez chwilę widziała wal­czące kobiety, które prze­wró­ciły się do rynsz­toka. Straż­nicy ruszyli uliczką, żeby popa­trzeć, a Shev się uśmiech­nęła. Dziew­czyny potra­fią dać nie­złe przed­sta­wie­nie za kilka srebr­ni­ków.

Wyko­rzy­stać wła­ściwą chwilę, oto klucz do suk­cesu.

Bły­ska­wicz­nie prze­sko­czyła nad oka­pem i opu­ściła się na linie przez okno. Wystar­czyło kilka mie­dzia­ków, żeby poko­jówka zosta­wiła otwarte okien­nice. Shev zamknęła je za sobą, kiedy zesko­czyła na pod­łogę. Ktoś scho­dził po scho­dach, co prawda lek­kim i nie­śpiesz­nym kro­kiem, ale nie zamie­rzała ryzy­ko­wać. Zbli­żyła się do świeczki i zga­siła knot pal­cami osło­nię­tymi ręka­wiczką, pogrą­ża­jąc kory­tarz w ciem­no­ści.

Lina wciąż zwi­sała z dachu, ale nic nie mogła na to pora­dzić. Nie mogła sobie pozwo­lić na pomoc part­nera, który wcią­gnąłby linę. Musiała mieć nadzieję, że zdąży wyjść, zanim ktoś ją zauważy. Szybko wejść i wyjść, oto klucz do suk­cesu.

Wciąż sły­szała wrzask dzi­wek na ulicy. Zapewne przy­cią­gnęły spory tłum, a ludzie robili zakłady. Z jakie­goś powodu męż­czyźni nie potra­fią ode­rwać wzroku od wal­czą­cych kobiet, zwłasz­cza jeśli te kobiety nie mają zbyt wiele na sobie. Shev polu­zo­wała pal­cem koł­nie­rzyk, wpusz­cza­jąc pod niego nieco powie­trza, wal­cząc z instynk­tow­nym pra­gnie­niem, aby wyjść i rów­nież na to popa­trzeć, po czym cicho prze­szła kory­ta­rzem do trze­cich drzwi, po dro­dze wyj­mu­jąc wytry­chy.

To był pie­kiel­nie dobry zamek. Więk­szość zło­dziei nie zawra­ca­łaby sobie nim głowy, tylko zajęła się czymś łatwiej­szym. Jed­nak Shev nie była taka jak więk­szość zło­dziei. Zamknęła oczy i dotknęła czub­kiem języka gór­nej wargi, a następ­nie wsu­nęła wytry­chy do zamka i zaczęła nimi poru­szać. Już po kilku chwi­lach wyczuła mecha­nizm i obła­ska­wiła zapadki. Zamek meta­licz­nie wes­tchnął i sta­nął przed nią otwo­rem, a Shev scho­wała język i wytry­chy, obró­ciła gałkę – cho­ciaż, prawdę mówiąc, dziurki inte­re­so­wały ją znacz­nie bar­dziej od gałek – uchy­liła drzwi i prze­śli­zgnęła się przez powstałą szparę, sły­sząc odgłos butów na scho­dach i uśmie­cha­jąc się do sie­bie w ciem­no­ściach. Nie chciała tego przy­znać, przy­naj­mniej sama przed sobą, ale, na Boga, strasz­nie jej tego bra­ko­wało. Tego lęku. Pod­nie­ce­nia. Wyso­kich sta­wek. Emo­cji zwią­za­nych z zabie­ra­niem cze­goś, co do niej nie nale­żało. Oraz ze świa­do­mo­ścią, jak pie­kiel­nie jest w tym dobra.

„Naj­lep­sza zło­dziejka w Zachod­nim Por­cie, kurwa mać”, powie­działa w myślach i pode­szła do stołu. Torba znaj­do­wała się tam, gdzie powinna według słów Cran­dalla, a Shev zało­żyła sobie pasek na ramię w bło­giej, aksa­mit­nej ciszy. Wszystko prze­bie­gło zgod­nie z jej pla­nem. Odwró­ciła się w stronę drzwi i wtedy jedna z desek w pod­ło­dze zaskrzy­piała pod jej obca­sem. Jakaś kobieta sztywno usia­dła na łóżku. Miała na sobie bladą koszulę nocną i wbi­jała wzrok w Shev.

Nikogo miało tutaj nie być.

Shev unio­sła dłoń.

– To nie jest tak, jak się pani wydaje…

Kobieta wydała z sie­bie naj­bar­dziej prze­ni­kliwy wrzask, jaki Shev sły­szała w życiu.

Spryt, ostroż­ność i dobry plan nie zawsze wystar­czą zło­dzie­jowi. Szczę­ście to zdra­dziecka suka, która nie zawsze jest po naszej stro­nie, dla­tego cza­sami przy­daje się śmia­łość, aby dopro­wa­dzić sprawę do końca. Shev pod­bie­gła do okna, unio­sła nogę obutą w czarny but i wymie­rzyła okien­ni­com potęż­nego kop­niaka, łamiąc rygiel i otwie­ra­jąc je na oścież, pod­czas gdy kobieta hała­śli­wie zaczerp­nęła powie­trza.

Kwa­drat noc­nego nieba. Dru­gie pię­tro budynku po dru­giej stro­nie uliczki. W oknie naprze­ciwko zauwa­żyła męż­czy­znę kry­ją­cego twarz w dło­niach. Uświa­do­miła sobie, jak daleko znaj­duje się zie­mia, i przy­sta­nęła. Nie wolno myśleć o ziemi. Kobieta ponow­nie prze­ra­ża­jąco wrza­snęła. Shev usły­szała odgłos gwał­tow­nie otwie­ra­nych drzwi i krzyki straż­ni­ków. Wysko­czyła.

Wiatr tar­gał jej ubra­nie i nim powie­wał; poczuła zna­jome szarp­nię­cie w żołądku, kiedy zaczęła spa­dać. Jak w cza­sach wędró­wek z cyr­kiem, gdy pod­czas opa­da­nia wycią­gała ręce, by dać się zła­pać Vari­niemu. Potem czuła pocie­sza­jące ude­rze­nie jego dłoni o jej dło­nie, a w powie­trze wzbi­jał się obłok kredy, gdy wcią­gał ją w bez­pieczne miej­sce. Za każ­dym razem. Poza tym jed­nym wie­czo­rem, gdy wypił o szkla­neczkę za dużo i zamiast z jego rękami Shev zetknęła się z zie­mią.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki