Ostatnia prawdziwa singielka - Ho Lauren - ebook + książka

Ostatnia prawdziwa singielka ebook

Ho Lauren

4,0
32,90 zł

lub
Opis

Co by się działo, gdyby Bridget Jones należała do bajecznie bogatych Azjatów, przypominała nieco Ally McBeal i opisywała wszystko w swoim dzienniku? Szalona i urocza komedia łącząca różne światy, tradycje i wartości.

Andrea Tang ma trzydzieści trzy lata i – wydawałoby się – idealne życie. Odnosi sukcesy zawodowe, mieszka w eleganckim apartamencie, otoczona jest przyjaciółmi. Co z tego, że jako jedyna młoda kobieta w klanie Tang nie ma męża? Przecież nie potrzebuje mężczyzny, żeby czuć się spełnioną! Bez względu na to, co na ten temat mają do powiedzenia jej wścibscy krewni…

Jednak dla wychowanej w tradycyjnej chińsko-malezyjskiej rodzinie Andrei ciężar stawianych względem niej oczekiwań jest trudny do zignorowania. Postanawia wrócić do randkowania. I tak oto na jej drodze staje idealny Eric. Bogaty, atrakcyjny i czarujący przedsiębiorca spełniający wszystkie wymagania klanu Tang.

Kiedy dziewczyna daje Ericowi szansę, Suresh, jej kolega z pracy i największy konkurent do roli partnera w kancelarii prawnej, pokazuje swoje ludzkie (i bardzo przystojne!) oblicze. Szkoda tylko, że jej rodzina nigdy by go nie zaakceptowała…

Andrea musi dokonać wyboru. Czy w niekończącej się rozgrywce pomiędzy zadowalaniem innych a własnym szczęściem uda jej się wypracować kompromis?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 482

Oceny
4,0 (5 ocen)
2
1
2
0
0

Popularność




Olivierowi

Pamiętaj, że twoi krewni są tylko ludźmi – czyli da się ich zabić.

—Andrea Tang Stare chińskie przysłowie

Część I

IDZIE WIOSNA

1

Wtorek, 9 lutego

Nadzieja. Oto, co Święto Wiosny, najważniejsze święto w tradycyjnym chińskim kalendarzu, powinno symbolizować, prócz, rzecz jasna, nadejścia wiosny. Odnowa. Czas nowych początków, świeżego startu. Z ziemi wyrastają zielone badylki. Politycy spełniają obietnice wyborcze, koniki nie zdzierają za bilety na koncerty największych gwiazd popu, kobiety rodzą bobaski i wcale nie dokucza im poporodowe nietrzymanie moczu. A chińskie familie na całym świecie spotykają się, aby czcić miłość, pokój i rodzinną wspólnotę.

Ale to nie jest historia tego rodzaju. W tej różne złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom. Zwłaszcza singielkom. Sprawa wygląda tak: dla osób takich jak ja, które w lutym nadal są singielkami, Święto Wiosny to żadna radocha. Trzeba czym prędzej wyciągnąć z kapelusza wyimaginowanego chłopaka, jakiegoś Pete’a Yanga czy Andersona Lina, wynająć faceta do towarzystwa (eleganckiego, nie seksownego) albo zaciągnąć do ołtarza pierwszego z brzegu delikwenta, a jeśli wszystkie te sposoby zawiodą, pozostaje zrobić sobie operację plastyczną i zmienić nazwisko, żeby rodzina już nigdy nie trafiła na twój ślad. W chwilach desperacji uciekamy się do desperackich metod, a w całym kalendarzu nie znajdziesz bardziej desperackiej pory dla chińskiej singielki po trzydziestce niż Doroczne Święto Zawstydzania Starych Panien, znane też jako Chiński Nowy Rok.

Boże, dopomóż nam, prześladowanym wolnym strzelcom; Boże, dopomóż nam wszystkim – nadciąga wiosna.

* * *

Było południe. Linda Mei Reyes i ja, obie z podobnie upiętymi włosami, siedziałyśmy w samochodzie przed domem naszej ciotki, paląc kreteki, garbiąc się nad swoimi smartfonami i wkuwając szczegóły zeznań przed najcięższą rozmową, jaka czekała nas w tym roku, a raczej przed przesłuchaniem pod tytułem: „Dlaczego po trzydziestce wciąż jesteście same, co za wstyd dla rodziny”. Zaprawdę, czyhały na nas z pytaniami swymi, a imię ich legion. Tangowie, nasza rodzina, byli niezwykle płodni.

Co roku, zgodnie ze zwyczajem, w drugim dniu Chińskiego Nowego Roku, ciotka Wei Wei wydawała wystawny obiad dla wszystkich Tangów mieszkających w Singapurze. Obecność na tych obiadach była obowiązkowa: każdy, kto był w mieście, musiał się pojawić; jedynymi dopuszczalnymi wymówkami były śmierć, kalectwo, wyjazd służbowy albo strata pracy (co w zasadzie równało się śmierci). Jeśli się zastanawiasz, jakim cudem ciotka Wei Wei zdobyła aż taką władzę, nie licząc faktu, że pod jej dachem mieszkało żywe bóstwo klanowe (babcia Tang), to wiedz, że była ojcem chrzestnym naszego klanu, choć bez odjechanych podarków w postaci końskiego łba. Wielu starszych Tangów było jej dłużnikami: nie tylko służyła za nieoficjalny prywatny bank rodzinny dla wybrańców, ale praktycznie sama ich wszystkich wychowała, kiedy mój dziadek zmarł w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku i zostawił babcię bez środków do życia. Jako najstarsza z gromadki dziewięciorga rodzeństwa, ciotka Wei Wei rzuciła liceum i pracowała na dwa etaty, żeby pomóc w pokryciu domowych wydatków. Dzięki temu reszta rodzeństwa mogła skończyć liceum, a najlepsi poszli na studia, choć stało się to jej kosztem.

Ale przynajmniej los wynagrodził jej to poświęcenie. Tuż przed trzydziestką przeniosła się do Singapuru i wbrew oczekiwaniom dobrze wyszła za mąż za odnoszącego sukcesy biznesmena; a gdy niedługo potem on zmarł (z przyczyn całkowicie naturalnych), odziedziczyła kilka połaci gruntów, których sprzedaż uczyniła ją i jej jedyną córkę Helen diabelnie bogatymi. Stąd jej niepodważalna pozycja de facto głowy rodu Tangów, gdyż Chińczycy niczego nie darzą tak wielkim szacunkiem jak bogactwa, zwłaszcza tego, które potencjalnie może na nich spłynąć. Na mocy testamentu.

Gdy sześć lat temu przeniosłam się z Londynu do Singapuru, jako jedyna przedstawicielka mojej rodziny ze strony ojca w tym mieście, zostałam zobligowana przez bardzo przekonującą matkę do uczestnictwa w spotkaniach u ciotki Wei Wei. Ponieważ ojciec był jej ulubionym bratem, to kiedy zmarł, ciotka Wei Wei spłaciła sporą część jego długów i teraz praktycznie miała nas w garści – emocjonalnie, czyli właśnie tak, jak działa prawdziwa władza. Kiedyś lubiłam te spotkania, ale po rozstaniu z Ivanem, moim wieloletnim partnerem, dziewięć miesięcy i dwadzieścia trzy dni temu, o niebo za późno, żebym mogła znaleźć innego palanta i przywlec go na tę rewię grozy, miałam nielichy powód, żeby drżeć przed dzisiejszą fetą. Pytasz dlaczego? Bo Chiński Nowy Rok to najgorszy czas na bycie singielką, bez dwóch zdań. Co tam walentynki. Bo cóż takiego strasznego może się wówczas wydarzyć? Ten wielki dzieciak, na którego punkcie świrujesz, nie przyśle ci czekoladek? Ojej! Twoja koleżmijka obłudnie narzeka na ten wielki, okropny i koszmarnie drogi bukiet, który dostała (a który najpewniej sama sobie wysłała)? No błagam. Facet, z którym umówiłaś się na randkę w ciemno, okazuje się seryjnym zabójcą Zodiakiem? A to peszek. Ale poczekaj tylko, aż staniesz twarzą w twarz ze Starszyzną Chińskiej Rodziny. Ci ludzie znają się na psychoemocjonalnych torturach. Przyprą cię do muru i zasypią pytaniami, po których zapragniesz wyżłopać butlę płynu do chłodnic. Do najpopularniejszych należą: „Dlaczego wciąż jesteś sama?”; „To ile już masz lat?”; „A co jest ważniejsze niż małżeństwo?”; „Nie wolno odkładać rodzenia dzieci na nie wiadomo kiedy, bo to jak igranie z losem: kto wie, co ci potem wyjdzie przez taki sflaczały kanał rodny?”; „Ile zarabiasz na rękę?”.

Jako że od urodzenia jesteśmy zaprogramowani, by kłaniać się w pas naszej starszyźnie, robimy wszystko, by się pokazać (od najlepszej strony) na tych imprezach, choćby nie wiem jak bardzo cierpiały na tym nasze ego i psyche. Oto dlaczego, drogi pamiętniku, dwie spełnione zawodowo trzydziestoparolatki, wystrojone w pomarańczowe kwieciste sukienki qipao, które w panice kupiły dzień wcześniej, próbowały wykuć na pamięć historyjki o swoich zmyślonych chłopakach, aby udobruchać widownię, której miały nie zobaczyć przez kolejny rok.

– Ze mną sprawa jest prosta – mówiła właśnie Linda, moja kuzynka i przyjaciółka. Jest tylko pół-Chinką (a w drugiej połowie Hiszpanko-Filipinką), więc rodzina trochę jej odpuszcza, ale nawet ta zazwyczaj opanowana prawniczka była zlana potem w klimatyzowanym wnętrzu samochodu. – Zapamiętaj po prostu, że Alvin Chan, którego kiedyś poznałaś, nawiasem mówiąc, to nie tylko mój szef, ale i chłopak, no i wiesz, potraktuj to jako punkt wyjścia. Resztę zmyślaj.

– Masz mnie za amatorkę? – warknęłam i podetknęłam jej pod nos iPhone’a, pokazując pstryknięte na niedawnej gali zdjęcie, na którym była ze swoim „chłopakiem”. Potem wyświetliłam podobiznę aktora Won Bina, koreańskiego skarbu narodowego (w przeciwieństwie do Lindy nie miałam seksownego szefa). – Teraz ty zapamiętaj, że mój chłopak nazywa się Henry Chong, jest Chińczykiem z Singapuru, ma prawie czterdziestkę, jest jedynakiem, jego rodzicami są potentatka nieruchomości i genialny neurochirurg, a wygląda tak. – Przytrzymałam telefon na wysokości jej oczu, żeby przyjrzała się ideałowi, jakim jest Won Bin.

– Za dużo szczegółów – stwierdziła Linda, nawet nie patrząc na ekran. – A kłamczuchy zawsze potykają się o szczegóły. Im kłamstwo prostsze, tym lepsze.

– Nie, jeśli jesteś przygotowana, jak ja. Za to ty mi wyglądasz na narąbaną.

– Jestem przygotowana. I trzeźwa jak świnia – podkreśliła, po czym beknęła mi oparami ginu prosto w twarz. A jednak jakimś cudem delikatne sploty jej fryzury wciąż wyglądały świeżo, podczas gdy moje już się rozlatywały, podobnie zresztą jak życie.

Wymamrotałam pod nosem Modlitwę Pańską czy co tam z niej pamiętałam. Zapowiadał się długi dzień.

– Pamiętaj, Henry jest partnerem w singapurskiej kancelarii prawnej średniej wielkości. Obecnie ma spotkanie z klientem w Dubaju i dlatego nie może być tu dziś z nami. Aha, i jest wysoki. I seksowny.

– Ogarniam – odparła Linda, przewracając oczami. Głęboko zaciągnęła się swoim trzecim porannym „papierosem”. – O czymś jeszcze powinnam wspomnieć? Może napomknę, że ma wielkiego fiuta?

– Jeśli będziesz rozmawiała z którąś ze starszych ciotek, to tak, proszę bardzo, masz moje błogosławieństwo.

Linda westchnęła i zgasiła „papierosa” w popielniczce.

– Ogarniam. A gdyby ktoś pytał, Alvin jest na nartach w Val d’Isère.

– Val-de-co?

– Wal-di-zer. To we francuskich Alpach, kmiotko. – Wyszczerzyła zęby. – Wyjaśniam: rzucaj w rozmowie nazwami miejsc nie do wymówienia, a skutecznie zniechęcisz rozmówcę do zadawania pytań. Większość ludzi nie lubi wychodzić na nieuków.

– Dobry pomysł – powiedziałam. – W takim razie nie w Dubaju, a w Aszchabadzie.

Uniosła kciuki do góry.

– Niech będzie Aszchabad. Zresztą jest szansa, że nikt z krewniaków mnie nie pamięta, bo nie byłam w Azji od ponad dziesięciu lat, więc może się na mnie nie rzucą. – Rodzina Lindy trzymała się nieco na uboczu od reszty klanu, czego jednym z powodów był fakt, że jej matka wyszła za „obcego”, czyli nie-Chińczyka; poza tym w dzieciństwie uczęszczała do angielskiej szkoły z internatem, więc sprawy klanu dotyczyły jej i interesowały ją w mniejszym stopniu. To dlatego nie garnęła się do kontaktów z Tangami, odkąd w lutym przeprowadziła się do Singapuru w ramach nowej strategii rozwoju rynku swojej firmy. – Mogłam sobie podarować tę całą fetę i zostać w domu, więc przypomnij mi, dlaczego właściwie znów się pakuję w to szambo?

– Bo mnie kochasz? – spytałam radośnie.

Prychnęła.

Zmrużyłam oczy.

– Jesteś mi to winna. Bez moich doskonałych notatek i ekspresowego wbijania ci wiedzy do głowy zawaliłabyś ostatni rok studiów, bo prawie wcale nie chodziłaś na wykłady.

– Jasne, tak sobie wmawiaj… Ale, ale, zdaje się, że ktoś mi obiecał brunch z szampanem w St. Regis, jeśli dobrze mi dzisiaj pójdzie.

– Tak – mruknęłam. – Mam tylko nadzieję, że się przyłożysz i opowiesz o moim Henrym tak wiarygodnie jak ja o twoim Alvinie.

– Nie martw się. Skończyłam studia z pierwszą lokatą…

– Z drugą. Ja byłam pierwsza.

– …z pierwszą lokatą nie bez powodu. Całą historyjkę znam na wyrywki. Wyluzuj. – Palnęła mnie w plecy. – Wyprostuj się i przestań wyglądać na tak zastraszoną. Nic dziwnego, że nie zostałaś partnerką w firmie.

Całą siłą woli powstrzymałam się, żeby nie dziabnąć jej papierosem w oko.

Być może wyczuła, że znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, jeśli zaraz nie zmieni tematu, bo nagle wyjęła odświeżacz powietrza i zaczęła nim pryskać, jakby chciała nas ochrzcić.

– Mam jeszcze jedną radę, zanim wejdziemy do środka.

– Jaką? – spytałam, pokasłując.

Uszczypnęła mnie w ramię, mocno.

– Cokolwiek się tam wydarzy, nie płacz przy nich. Nie daj tej zgrai satysfakcji.

– To boli – pisnęłam ze łzami w oczach.

– Naprawdę mam nadzieję, że nikt nam nie wręczy hong bao – powiedziała Linda ponuro, jak zawsze obojętna na cierpienie innych. – Wtedy robią się tym bardziej wredni. Wolałabym, żeby nam po prostu naubliżali, nie mając poczucia, że kupili sobie do tego prawo.

Chodziło jej o czerwone koperty z gotówką, które zgodnie z noworoczną tradycją małżeństwa wręczają dzieciom i innym wolnym krewnym obu płci. Dzieci mają frajdę, bo dostają dodatkowe kieszonkowe, ale otrzymanie hong bao, gdy jest się po trzydziestce, to świąteczna żenada wyjątkowego sortu, zupełnie jakby babcia przyłapała cię na całowaniu się z kuzynem. Jedyną pociechą dla obdarowanego dorosłego jest wyobrażanie sobie, jak w cichości ducha ofiarodawca lamentuje i zgrzyta zębami, że musiał oddać swe ciężko zarobione pieniądze innemu pełnosprawnemu dorosłemu. Wiedziałyśmy z doświadczenia, że wścibskie pytania i złośliwe upokarzające uwagi miały złagodzić psychiczne męki wywołane bolesną hojnością.

– Nie sądźmy pochopnie – odparłam, przeżegnawszy się na wypadek, gdyby jej słowa miały przynieść nam pecha. – W zeszłym roku zgarnęłam ot tak prawie sześćset dolców, z tego trzy stówy od samej ciotki Wei Wei.

Po dwóch miętówkach i spryskaniu się solidną dawką Annick Goutal wpadłyśmy w bojowy nastrój i byłyśmy gotowe zmierzyć się z całym rodzinnym batalionem orków. Ciotka Wei Wei mieszkała w imponującym piętrowym bungalowie w cichej zielonej części dzielnicy Bukit Timah. Furtka i dwuskrzydłowa brama jej domu były otwarte na oścież – bramy nie strzegli ochroniarze, po obejściu nie goniły wściekłe, toczące pianę z pysków psy, nigdzie wokół nie było też bomb pułapek. Można było wolnym krokiem wejść do środka. I tak też zrobiłyśmy.

Szczerze mówiąc, ta niefrasobliwa obojętność zamożnych Singapurczyków na to, co ja, Malajka, uznałabym za podstawowe środki ostrożności, a także kompletny brak inicjatywy ze strony miejscowych włamywaczy nigdy nie przestały mnie zadziwiać. Sama mogłabym obrobić to miejsce do czysta: bez najmniejszego trudu i bez szczególnego przygotowania. Wystarczyłyby mi dwie torby sportowe, może seksowny czarny trykot, okulary przeciwsłoneczne i sięgające ud czarne kozaki Chanel jako francuski akcent…

– Znowu bujasz w obłokach? – Głos Lindy przerwał moją wizję, w której już pokonywałam morze laserowych wiązek, robiąc salto w tył niczym Michelle Pfeiffer jako Kobieta-Kot.

– Nie. Bo co?

– Bo stoisz i się ślinisz. Wchodź. – Pchnęła drzwi frontowe, oczywiście uchylone.

Ruszyłyśmy do salonu, a ja stłumiłam westchnienie zazdrości. Choć odwiedzałam ten dom już po raz enty, ciągle byłam pod wrażeniem. Cała rezydencja, z posadzkami z czarnego marmuru, wysokimi sufitami i tapetami na zamówienie, świadczyła o przywilejach i władzy zdolnej kupować polityków. Ciotka Wei Wei udekorowała swój dom chińskimi dziełami sztuki najwyższej jakości. Trudno było nie gapić się na misterne wzorki zdobiące antyczne wazy porcelanowe i wyroby z laki czy na eleganckie chińskie zwoje z kaligrafią i obrazami tuszowymi, trudno było się powstrzymać, by nie musnąć kwiatów rzadkich orchidei obuwikowych rosnących w porcelanowych doniczkach lub by nie dotknąć wypchanego białego pawia z diamentowobiałym trenem z piór, umieszczonego na podstawie z kości słoniowej w kącie pokoju. Brakowało tylko rozrzuconych tu i ówdzie sztabek złota.

Było jasne, że każdy (oficjalny) członek naszego klanu zrobił wszystko, żeby się tu pokazać: mężczyźni, kobiety, prawowite dzieci i pomoce domowe; choć dochodziła trzynasta i minęły już trzy godziny od formalnego rozpoczęcia spotkania, wciąż tłoczyło się tutaj blisko pięćdziesiąt osób. Jak to zwykle bywa podczas takich zjazdów, każdy ubrany był jak spod igły i obwieszony najefektowniejszymi świecidełkami. Gdziekolwiek się obejrzeć, wszędzie kłuły w oczy roleksy, omegi i paneraje, oryginały bądź podróbki. Breloczki od kluczyków do luksusowych samochodów nietaktownie dyndały albo wystawały z kieszeni. Większość gości przywdziała czerwień, pomyślny kolor na księżycowy Nowy Rok. Wielu Tangów miało też czerwone twarze – od markowego wina i whiskey, którymi raczyli się bez opamiętania dzięki hojności gospodyni. Darmowy bar może obudzić alkoholika w każdym Chińczyku, do diabła z azjatyckim rumieńcem i wrzodami żołądka. Jednak dla mnie i Lindy ostro gazujący Tangowie nie stanowili żadnego problemu: to na trzeźwych musiałyśmy uważać, na tych, co popijają herbatę czarną jak ich kamienne serca i toczą wokół świdrującym wzrokiem w poszukiwaniu świeżej ofiary. Wciąż doskonale pamiętałam, jak zmuszano mnie do recytowania tabliczki mnożenia albo jakiegoś klasycznego chińskiego wiersza przed tymi sępami, które z zapartym tchem tylko czekały, aż się pomylę, żeby zaraz przywlec moich rodziców i zawstydzić nas wszystkich razem. Właśnie to ich najbardziej rajcuje.

Przynajmniej jedzenie wyglądało pierwszorzędnie; po ciotce Wei Wei nie spodziewałabym się niczego innego. W jednym kącie sali stał długi stół zastawiony apetycznymi noworocznymi specjałami, takimi jak małe prosię pieczone w całości; co najmniej cztery rodzaje makaronu na zimno; okoń morski na parze; cudownie krucha kaczka po pekińsku; smażone sajgonki; sałatka z pomelo, śliwkami i kurczakiem; oraz nian gao. Na oddzielnym stole desery: olbrzymi tort różany z liczi, a po jego obu stronach dwa różne torty czekoladowe; rozliczne minibabeczki w polewie; idealnie wiśniowe makaroniki; tace pełne złocistych maślanych tartaletek z ananasem; miseczki pistacji, nerkowców i orzeszków ziemnych; półmiski krojonych owoców tropikalnych oraz kolorowe piramidy z mandarynek i brzoskwiń. Za dużo było tego jedzenia, ale pod koniec wieczoru nic nie zostanie. W końcu obżarstwo to chińska forma sztuki, a na jej doskonalenie mieliśmy tysiące lat.

Pośród jazgotu noworocznych piosenek grzmiących z odjazdowych głośników Bang & Olufsen i pijackiego gwaru rozglądałyśmy się z Lindą za babcią Tang, żeby złożyć jej szybkie wyrazy szacunku, nim dołączymy do reszty singli odszczepieńców w naszym wieku. Linda, przewyższająca o głowę mój metr sześćdziesiąt wzrostu, przebiegła wzrokiem po salonie i wypatrzyła kolejkę oczekujących, żeby złożyć życzenia babci Tang, która miała na sobie karmazynową batikową sukienkę qipao i cały jadeit cesarski świata. Ktoś posadził ją na podobnym do tronu krześle z wysokim oparciem, ustawionym w kącie sali na prowizorycznym piedestale, skąd mogła władczym (choć ślepym) spojrzeniem omiatać tłum u swych stóp. Była tak stara i pomarszczona, że nasze standardowe noworoczne życzenia długiego, dostatniego (nie wolno zapomnieć o „dostatnim”) i szczęśliwego życia skwitowała drwiącym chrząknięciem, które w ustach starszej damy stanowi odpowiednik „E tam!”.

Poczucie humoru mam po niej, rzecz jasna.

Wygłosiwszy świąteczną formułkę, odczekałyśmy kilka krępujących sekund, zanim uświadomiłyśmy sobie ze zgrozą, że wcale nie zamierza wręczyć nam, starszym wolnym strzelcom, hong bao. I tak, przy akompaniamencie dziecięcych szyderstw, wycofałyśmy się zawstydzone na drugi koniec pokoju, gdzie tłoczyło się w poszukiwaniu bezpieczeństwa stadko podobnego nam, niemającego szczęścia w miłości kuzynostwa. Najszybsza droga do nich prowadziła jednak obok kilku trzeźwych ciotek, które okupowały bar i wszystkie naraz pouczały i obmacywały przerażonego kelnera. Nie miałyśmy szans, by je ominąć.

– Idź szybko – syknęłam, ścisnąwszy prawą dłoń Lindy, żeby nie pocwałowała w kierunku butelek whisky Johnnie Walker Black stojących w rządku na barze. – I nie rozglądaj się. – Udając głęboko pogrążone w rozmowie i śmiejąc się maniacko, spróbowałyśmy przemknąć się obok ciotek, ale na próżno. Jedna z kobiet, mocno po siedemdziesiątce i ubrana w źle dopasowaną bordową qipao, oderwała się od stada sępów – chciałam powiedzieć ciotek – i chwiejnym krokiem podeszła do mnie, uśmiechając się szeroko. Zaszpachlowana makijażem twarz przypominała maskę opery pekińskiej, więc nie od razu ją rozpoznałam, a potem było już za późno. Swoim spojrzeniem świdrował mnie nie kto inny, jak ciotka Kim, tyranka, która kiedyś, gdy byłam tycim przedszkolakiem, zmuszała mnie do recytowania tabliczki mnożenia przed wszystkimi Tangami. Mówię „ciotka”, ale szczerze powiedziawszy, choć widuję ją na każdym rodzinnym zjeździe, nie mam pojęcia, czy to naprawdę moja ciotka ani czy w ogóle jest ze mną spokrewniona. W wielu częściach Azji przyjęty jest zwyczaj zwracania się do każdej osoby po czterdziestce, krewnej czy obcej, per „ciociu” bądź „wujku” zamiast po imieniu czy nazwisku – do sprzedawczyni w spożywczym, taksówkarza, emerytowanej księgowej, która oblicza ci podatki, miejscowego pedofila – do każdego. Chyba że, co oczywiste, jesteście w podobnym wieku albo ty jesteś starsza. Wtedy sama się prosisz o starego dobrego plaskacza.

Przepatrzyłam pokój, szukając jakiegoś otwartego okna, przyjaznej twarzy albo topora, ale bez powodzenia. Próbowałam przyciągnąć uwagę niezamężnych kuzynek, których grupka stała kilka kroków ode mnie. Dwie z nich pomachały mi, nim odwróciły wzrok. Tchórze.

– Andreo Tang Wei Ling*, czemu taka późna? – wykrzyknęła ciotka Kim w singlish, aby usłyszeli ją wszyscy wokoło, gdy już zmierzyła mnie od stóp do głów, całkowicie ignorując Lindę (Linda miała rację: nasza rodzina skutecznie wyparła ją z pamięci). – Czemu ty tu sama? Żaden cię nie chce, co? – Stłumiła chichot. – Ajja-jja, tylko żartuję, ale może też prawda, ha, ha, ha!

Wszyscy w zasięgu jej głosu uśmiechali się znacząco, a jakiś mały neptek dorzucił śpiewnym głosikiem:

– Ciocia Andrea nie chce wyjść za mąż, żeby nie musiała dawać nam hong bao, bo jest sknerą! – Jego trajkot powitano śmiechem, a najgłośniejsze salwy dobiegały od moich żałosnych kuzynek singielek.

Normalnie Linda dałaby mi zgnić w przysłowiowym rynsztoku, ale miała KPI** i była niezawodna. Bez wahania odepchnęła mnie na bok i ujęła pergaminowe dłonie ciotki.

– Ciociu Kim, nie martw się o naszą staruszkę Wei Ling. Dobrze sobie radzi. Trochę jej to zajęło, ale w końcu znalazła sobie faceta!

Wolałabym, żeby nie powiedziała tego z takim entuzjazmem.

– Naprawdę, tak? Kto to? – Ciotka Kim jakoś nie dowierzała.

– Henry Chong. Och, jest taki uroczy, aż za dobry dla Wei Ling, serio. Bardzo mądry. Bardzo przystojny. Z wielkim... eee... bicepsem.

– Hen-Rii? – zadumała się ciotka Kim, cedząc samogłoski przez luki po brakujących zębach. – Hen-Rii gdzie teraz?

– Nie tutaj – odparłam z rozdrażnieniem, założywszy ręce na piersi, żeby ukryć spocone pachy.

– Och, on wiecznie lata po świecie, taki z niego pracuś – oznajmiła Linda. – Henry jest partnerem w dużej kancelarii prawnej. Bardzo dużej. Dwustu, trzystu pracowników. – Nachyliwszy się ku ciotce Kim, dodała scenicznym szeptem: – Jest bardzo, bardzo bogaty.

– Prawnik? – wykrzyknęła ciotka Kim. – Bogaty bardzo… dobrze, dobrze. I to Chińczyk, tak?

– Jego chiński rodowód sięga czasów jaskiniowych, kiedy pierwszy Chong przygruchał se kobitę, ciociu – potwierdziła Linda z kamienną twarzą.

– Że co? – Znajomość angielskiego ciotki Kim była równie imponująca jak skala głosu Britney Spears.

Linda spróbowała jeszcze raz.

– Henry jest stuprocentowym Chińczykiem, krwi tak czystej jak mąka ryżowa.

– Och, tak bardzo, ach, dobry Bóg. Tego musisz zatrzymać, Wei Ling, nie pozwól mu uciec! – poradziła ciotka Kim udobruchana.

Uzyskawszy wszystkie potrzebne informacje, wręczyła każdej z nas hong bao i oddaliła się, pobrzękując złotymi naszyjnikami i kierując się ku mojej przerażonej dwudziestodziewięcioletniej kuzynce Alison Tang, która właśnie przyszła i zamierzała zaszyć się w jakimś kącie. Spryciara użyła różowego błyszczyka do ust, a włosy zaplotła w warkoczyki, żeby wyglądać na młodszą. Niestety, ciotka Kim, choć zramolała, nie dała się tak łatwo oszukać.

– Alii-son! Alii-son! Dokąd to? Czemu nikt z tobą znowu? Czemu…?

– Chodźmy – rzuciłam i pociągnęłam Lindę za sobą. Minęłyśmy trójkę facetów o czerwonych twarzach, którzy głośno dzielili się pijackimi wspomnieniami, i dotarłyśmy do singlowej grupki. Naszą obecność ledwie zauważono; nikt nie chciał albo nie ośmielił się oderwać na dłużej wzroku od swojego telefonu. Większość przykładnie pracowała („Nawet najważniejsze dla Chińczyków święto nie zdoła powstrzymać mnie przed harowaniem dla ciebie!”, brzmiał podtekst kierowany do ich szefów), a niektórzy siedzieli na Facebooku albo bezmyślnie surfowali. Najbezwstydniejszy z nich wszystkich, Gordon, przeglądał profile na Grindrze. Patrzyłam, jak flirtuje co chwila z innym facetem, i żałowałam, że sama nie mogę zrobić tak samo, pójść na całość w całej swej pośledniej krasie.

Ku mojemu przerażeniu uświadomiłam sobie – kiedy Gordon zaczął się śmiać – że powiedziałam to na głos, choć wcale nie chciałam, ale w stresie czasem mi się to zdarza.

– Andrea, kochanie, zrób to! Nic prostszego. Mam ci założyć profil? Na Tinderze, oczywiście. Albo na tej nowej apce, o której się tyle mówi. Też oparta na lokalizacji, jak Grindr, ale dla heretyków. No wiesz, Sponk!

Odmówiłam; moim zdaniem Tinder i Sponk zwiastowały śmierć romansu. Jakby całe poszukiwanie Kogoś Kto Cię Nie Zabije We Śnie można było sprowadzić do ćwiczenia polegającego (głównie) na przesuwaniu kciukiem zdjęć. A skoro nie znałam się specjalnie na Photoshopie, to byłam bez szans – każdy wie, że na profilowym zdjęciu trzeba wyglądać zabójczo, a przynajmniej nie sprawiać wrażenia, że już dało się za wygraną, bo inaczej nici z dopasowań. Obecnie przypominałam lekko nadtopionego, wypłowiałego od słońca krasnala ogrodowego, a to dzięki istnemu kieratowi w pracy. Może gdyby…

– A kogóż to widzę, jak nie moją ulubioną siostrzenicę, Andreę!

Odwróciłam się i ujrzałam zmierzającą ku nam zamaszystym krokiem ciotkę Wei Wei, olśniewającą w jedwabnej sukience baju kurung w kolorze zachodzącego słońca i obwieszoną brylantami. Żołądek mi się ścisnął; wiedziałam, dlaczego ciotka Wei Wei idzie w moją stronę, a na pewno nie po to, by pochwalić mój strój czy pogawędzić o drobiazgach. Zawsze miała jakieś zamiary wobec członków klanu; wtykała nos w sprawy każdego i udzielała nieproszonych rad albo wydawała rozkazy, ale nikt nie śmiał się jej sprzeciwić ani jej powstrzymać.

– Dam ci pięćset dolców, jeśli w tej chwili zrobisz coming out przed ciotką Wei Wei – szepnęłam w desperacji do Gordona. Nie dostałam odpowiedzi, więc obróciłam głowę i zobaczyłam, że Gordon i pozostali tchórze ze smartfonami w garści jakimś cudem znaleźli się po drugiej stronie salonu i teraz wszyscy esemesowali, jakby od tego zależało ich życie.

Odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z głową rodu. Za swoimi plecami – co nie tyle ujrzałam, ile usłyszałam – próbowała się ulotnić ta zdradziecka szumowina Linda, lecz niestety! już dotknęła ją ogłupiająca magia ginu, który wytrąbiła w samochodzie.

– Linda Mei Reyes! – zagrzmiała ciotka Wei Wei swoim donośnym rozkazującym głosem. – Siostrzenica marnotrawna we własnej osobie. Cóż za urocza niespodzianka, że w końcu zaszczyciłaś nas swoją obecnością. – Obrzuciła Lindę szybkim lekceważącym spojrzeniem. – Phi! Biodra wciąż wąskie jak u węża. Gdzieś ty się ukrywała przez cały ten czas? Czyżby tatuś wreszcie postanowił odciąć dopływ gotówki?

Linda zamarła w bezruchu. To był jej jedyny słaby punkt – finansowa zależność od ojca wbrew temu, co głosiła światu.

– Jestem partnerką w kancelarii prawnej, a mój chłopak pojechał na narty do Val d’Isère – bąknęła pod nosem.

– Cóż, wielkie brawa, że pracujesz z kolegami tatusia. To muszę przyznać: José zawsze dbał o swoje dzieci, czego nie można powiedzieć o mojej siostrze. – Pokręciła głową i cmoknęła z dezaprobatą. – Co do ciebie, Andreo… – Ciotka Wei Wei przeniosła uwagę na mnie, mrożąc mi krew w żyłach. – Jesteś chora? Wychudłaś. Jesteś cieniem człowieka. – Pogroziła mi palcem. – Musisz przytyć, inaczej stracisz resztki figury. Mężczyźni nie chcą się żenić ze szczapami, wiesz?

Posłałam jej grymas uśmiechu adekwatny do mych nieudacznych nierozłożystych bioder. W zeszłym roku byłam za gruba, w tym zaś za chuda: od ciotki Wei Wei mogłaby się uczyć sama Złotowłosa.

– Gong xi fa cai, ciociu Wei Wei. Dobrze wyglądasz – powiedziałam kłamliwie. Ciotka Wei Wei wyglądała, jakby przekroczyła botoksowy Rubikon po ciemku.

– To zasługa gimnastyki i regularnych maseczek. Tobie też by się przydały, mogłabym zaparkować bentleya w jednym z twoich porów. Ale zaraz, przyszłaś z Lindą? Co się stało z Ivanem?

– Mam nowego chłopaka – odparłam, skutecznie zwalczywszy nagłą chęć, by wyłupić oczy ciotce. – Na imię ma, hm, ma…

Ciotka Wei Wei mi przerwała:

– Nieobecny, znaczy nic poważnego. Ach, wy młodzi. – Westchnęła. – Chyba wiesz, że robiąc karierę, marnujesz swoje najlepsze lata? Kobiety w naszej rodzinie nie starzeją się zbyt dobrze, muszę powiedzieć, choć to jedynie moja prywatna opinia, rzecz jasna. – Rzuciła mi znaczące spojrzenie.

Nie płacz! Odwróć jej uwagę! Odwróć jej uwagę!

– W takim razie co z Helen? – wyrwało mi się, zanim zdołałam się powstrzymać. Głupio się czułam, napomykając o jej wciąż samotnej córce, która w tym roku kończyła trzydzieści osiem lat.

– Och, nie słyszałaś? – Sparaliżowane brwi ciotki Wei Wei uniosły się w heroicznym skurczu radości. – To nasza wielka noworoczna nowina: Helen się zaręczyła! Wychodzi za mąż za bankiera Magnusa Svendsena: czyż to nie urocze imię? Mag-nus! Takie królewskie!

– Co? – pisnęłam jakże elokwentnie. Helen Tang-Chen, o której wiedziałam na pewno, że wśród swoich rówieśniczek jest zdeklarowaną lesbijką, bierze ślub – z mężczyzną? A cóż to za czary?

Ciotka Wei Wei nie mogłaby wyglądać na bardziej zadowoloną z siebie.

– To dość szalony romans, przyznaję, ale kimże ja jestem, by stać na drodze prawdziwej miłości? Singapurskie wesele odbędzie się w Capelli w maju przyszłego roku, tuż po moich hucznych sześćdziesiątych urodzinach. Ty i Linda będziecie miały aż nadto czasu, żeby znaleźć sobie partnerów. I może… – rzuciła mi kolejne znaczące spojrzenie – na tę okazję włożycie coś bardziej twarzowego, coś… nie z sieciówki?

Próbowałam wykrztusić choć słowo, ale miałam zaciśnięte gardło.

W głosie ciotki Wei Wei zabrzmiało współczucie, którego jej oczy nie były w stanie wyrazić.

– Wiesz, zawsze myślałam, że to moja córka wyjdzie za mąż jako ostatnia kobieta z twojego pokolenia Tangów, ale wygląda na to, że jednak nie.

Zalała mnie fala nudności, gdy nagle coś sobie uświadomiłam: po raz pierwszy w życiu naprawdę będę w czymś ostatnia.

* * *

– Ty zdrajco – powtórzyłam po raz enty.

Rozwalone na kanapie w penthousie Lindy w River Valley rozkminiałyśmy imprezę ciotki Wei Wei, wspomagając się butelką tequili i paczką doritosów.

– Musiałam, Andrea, musiałam. Widziałaś, jaka była!

– Zdradziłaś mnie. Zostawiłaś samą na wrogim terytorium!

Linda ziewnęła i przeciągnęła się.

– Och, skończ już tę komedię. Zrobiłabyś to samo. Zresztą i tak mi się oberwało. Do teraz odczuwam skutki.

– Uwierzysz, że dała nam tylko po pięćdziesiąt dolarów hong bao? – powiedziałam z oburzeniem. – Choć tym razem była o wiele bardziej złośliwa.

Linda wzruszyła ramionami. Rozmowy o pieniądzach ją nudziły: tym, co ją ekscytowało, było zwyciężanie. Zawsze i wszędzie. I status. I markowe torebki.

– Nie ogarniam. Kiedy w grudniu widziałam się z Helen w Mambo, zarzekała się, że nigdy, przenigdy nie weźmie ślubu, dopóki Singapur nie zalegalizuje małżeństw jednopłciowych. A teraz wychodzi za faceta? Co jest?

Śledziłam Magnusa Svendsena w internecie na swoim smartfonie.

– Widziałaś, jak seksownie ten Magnus wygląda na zdjęciu? I to takim z rocznego sprawozdania. Nikt nie ma prawa wyglądać sexy na takich fotkach; na LinkedIn nie można używać oficjalnie żadnych filtrów. – Zerknęłam na fotografię. – Spójrz na tę twarz! Jest taka… symetryczna.

Linda rzuciła okiem na odrażające zdjęcie i skrzywiła się.

– Uch! Co za niesprawiedliwość. Mogła przynajmniej uwolnić rynek od jakiejś pokraki. A może on też jest homo?

– Czy ciotka wie, że Helen jest lesbijką? – spytałam z nadzieją. Nie żebym zamierzała rzucić ją lwom na pożarcie, rzecz jasna.

Linda przewróciła swoimi wielkimi orzechowymi oczami.

– Oczywiście, że wie. Nie słyszałaś, że kiedyś przyłapała Helen na mizianiu z korepetytorką? Potem po prostu udawała, że nic takiego się nie wydarzyło.

Zaburczało mi w brzuchu; podczas spotkania prawie nic nie zjadłam, bo ciągle udawałam, że esemesuję, a jedna paczka chipsów to za mało.

– Jestem głodna. Podasz mi doritosy?

– Skończyły się.

Padłam na kolana z udawaną rozpaczą.

– Dobry Boże! Czy może być jeszcze gorzej?

– Netflix mi padł – dołożyła Linda. Spojrzała na butelkę. – I nie ma więcej tequili.

Zwinęłam się na dywanie, przyjmując pozycję embrionalną. Więc jednak mogło być gorzej.

– Zaraz. – Zniknęła na chwilę, po czym wróciła z otwartą butelką i kieliszkiem. – Masz. Napij się wina do gotowania. Nie wiem, czy jeszcze jest dobre, bo stoi w lodówce od jakichś trzech dni, kiedy Susan robiła mi spaghetti bolognese – Susan była jej pomocą domową – ale ty i tak masz plebejski gust, więc co tam.

– Wino to wino. – Usiadłam i zignorowawszy podawany mi kieliszek, pociągnęłam potężny łyk prosto z butelki, po czym oddałam ją Lindzie, która powąchała trunek, skrzywiła się i wyżłopała połowę zawartości. To właśnie w niej lubiłam: na zewnątrz luksusowy Harrods, a w środku swojski dyskont: styl menel bez stylizacji.

Usiadła po turecku na dywanie obok mnie.

– Wiesz, słyszałam, co ta wiedźma ci powiedziała. Przykro mi.

– Nic wielkiego – odparłam. – Wcale się nie przejęłam.

Objęła mnie.

– Ciii! To tylko ja. Nie musisz kłamać.

Dolna warga mi zadrżała.

– To powinna być Helen – powiedziałam. – To ona miała być moim zabezpieczeniem, Ostatnią Tang na Placu Boju. – Teraz nie zostanie mi już nikt (starszy), z kim mogłabym dzielić brzemię walki z krytyką ze strony krewnych z powodu bycia singielką.

– No już, już. – Ucałowała mnie i wypuściła z objęć. – Naprawdę nie rozumiem, po co wciąż chodzisz na te zjazdy tylko dlatego, że to rodzina. Ja bym je sobie odpuściła.

Sama często się nad tym zastanawiałam. Linda tego nie rozumiała, bo kulturowo bliżej było jej do Zachodu niż mnie. I w gruncie rzeczy nigdy nie należała do klanu; większość życia spędziła na Filipinach, więc nie dorastała w tym systemie wsparcia. Ciotka Wei Wei i pozostali pomagali nam, kiedy wszystko spadło na naszą rodzinę, kiedy dowiedzieliśmy się o raku ojca i o rachunkach i kiedy się okazało, że matka też ma problemy ze zdrowiem. Wtrącali się, byli złośliwi, ale to jednak rodzina. Za wszystko, co dla mnie zrobili, miałam obowiązek bywać na tych spotkaniach ku ich uciesze, przynajmniej tak mogłam się odwdzięczyć. Od rodziny się nie ucieka.

– W każdym razie zbyt często pozwalasz im dyktować sobie, co powinnaś, a czego nie powinnaś robić. Tak chcesz przeżyć swoje życie? A co z twoimi marzeniami?

– O czym ty mówisz? Sama podejmuję swoje decyzje.

– Doprawdy? Przekabacili cię do tego stopnia, że nawet nie potrafisz, a raczej nie chcesz odróżniać, co jest twoją własną, a co ich decyzją. – Linda zaczęła odhaczać kolejne punkty z listy. – Pomówmy o tym, że mieszkasz w Singapurze, a nie w Londynie, że zawsze tego chciałaś, żeby być blisko rodziny.

– To się nazywa ofiarna miłość, ale dzięki za troskę.

– Jasne, tyle że wcale nie widujesz matki częściej, niż kiedy mieszkałaś w Londynie, prawda? No i nie zapominajmy, że jesteś prawnikiem od fuzji i przejęć spółek, choć w trakcie studiów nigdy cię do tego nie ciągnęło. I jeszcze że każdy facet, z którym się spotykałaś, odkąd wróciłaś na łono rodziny, jest męską wersją twojego „idealnego Ja według mamuni”.

– Nie mam swojego typu – zaprotestowałam słabo.

– Skoro tak twierdzisz. – Linda ziewnęła i zaczęła się rozciągać jak przed jogą. – Rzecz jasna, robię tu za adwokata diabła, ale skoro naciskają, żebyś się ustatkowała, a ty nie masz dość siły woli, żeby się im postawić, to dlaczego nie zaczniesz znów randkować?

Spiorunowałam ją wzrokiem.

– To ja podejmuję swoje decyzje, nie moja rodzina. A przy takim nawale pracy nie mogę sobie pozwolić na randki, jeśli mam zostać najmłodszą partnerką kapitałową w Singh, Lowe & Davidson.

– Godny podziwu cel! Brawo! – powiedziała Linda. Pociągnęła wina z butelki. – Wypijmy za nas, seksowne, niezależne, aktywne zawodowo kobitki!

– Znaczy jesteś niezależna, póki nie skończy ci się wypłata. Potem biegniesz do tatusia.

– Zamknij się.

Dałam jej wielkiego buziaka w prawy policzek.

– Wiesz, że cię kocham. Dzięki, że tam dzisiaj poszłaś, serio. To wiele dla mnie znaczyło.

Wzruszyła ramionami.

– Nie ma za co. A dla twojej informacji: zarezerwowałam stolik w St. Regis na ten brunch z szampanem, który mi wisisz. – Roześmiała się na widok mojej kwaśnej miny. – A co, myślałaś, że La Linda zapomni?

Ponuro spuściłam wzrok i pokręciłam głową. Jeśli chodzi o ściąganie długu, Chińczycy nigdy nie zapominają.

* Azjatycka konwencja nakazuje wymieniać nazwisko przed imieniem (które składa się z jednego lub dwóch znaków), co oddaje ducha naszej kolektywistycznej kultury. Tutaj imiona chrzestne, czyli angielskie, zapisywane są przed chińskim układem nazwisko plus imię, a nie jako część imienia chińskiego. Jeśli Chinka zwraca się do drugiej Chinki pełnym imieniem i nazwiskiem, możesz być pewna, że nie ma milutkich zamiarów.

**Key Performance Indicators (ang.) – kluczowe wskaźniki efektywności. To nie wymaga wyjaśnień, serio.

2

Sobota, 13 lutego

Telefon zadzwonił bladym jak dupa świtem (w sobotę o dziesiątej trzydzieści pięć), budząc mnie ze straszliwego koszmaru, w którym służbowa komórka wpadła mi do toalety, gdy właśnie miałam odbyć ważną rozmowę, i w ten oto sposób przepadły mi wszystkie zgromadzone dotąd postępy w grze Candy Crush.

Wlepiłam wzrok w ekran, na którym wyświetlał się napis „Nieznany”. To mogło oznaczać tylko jedno: dzwoniła moja matka. Nawet stalkerzy zboczeńcy i telemarketerzy wiedzą, że nie blokuje się ID dzwoniącego, jeśli połączenie ma zostać odebrane.

Wiedząc, że będzie wciskać ponowne wybieranie numeru aż do skutku, odebrałam.

– Halo?

– Gdzie moje wnuki? – spytała bez wstępów.

Jęknęłam, przecierając zaspane oczy.

– Cześć, mamo, też miło cię słyszeć.

– Żadne „cześć”. Nie chcę „cześć”. Chcę wnuki, Andreo – domagała się. Serio, na co komu zegar biologiczny, skoro ma się chińską matkę?

– Ale mamo, jeśli chcemy przestrzegać norm kulturowych i religijnych, które tak wysoko cenisz, to najpierw muszę znaleźć faceta, potem musimy spotykać się na tyle długo, żebym miała pewność, że to nie jakiś seryjny pedofil ani ćpun, potem muszę wmanipulować go w małżeństwo ze mną, bo przecież tyle jest młodszych i ładniejszych kobiet, potem…

– To czemu zerwałaś z Ivanem? – wykrzyknęła dramatycznie. I pewnie wyrzuciła ręce w górę. – Ciotka Eunice zadzwoniła do mnie po spotkaniu u ciotki Wei Wei i powiedziała, że przyszłaś z Lindą i bez chłopaka. Musiałam się dowiedzieć od nielubianej bratowej, że moja rodzona córka zerwała z najlepszym kandydatem na męża! Jak mogłaś?

Westchnęłam. Czyli wyszło szydło z worka.

– Spotykam się z kimś innym – skłamałam bez przekonania.

Prychnęła.

– Wiem, co dla waszego pokolenia znaczy „spotykanie”. Seks bez zobowiązań i tyle. Jeśli dajesz za darmo, to który mężczyzna zechce się z tobą ożenić?

Przewróciłam oczami. Gdyby tylko moja mama wiedziała, jak niewiele działo się u mnie tam na dole i jak mało brakuje, aby znów nazwać te okolice dziewiczymi.

– Okej, mamo, rozumiem, że mam poznać mężczyznę, rozkochać go w sobie, a potem namówić, by się ze mną ożenił i mnie zapłodnił. Zajmę się tym niezwłocznie. Mogę się rozłączyć?

– Nie mogę uwierzyć, że nawet Helen wychodzi za mąż – oznajmiła moja matka z pretensją w głosie. – To… To jest… takie nieoczekiwane.

– Niby dlaczego? – spytałam z zainteresowaniem. Zastanawiałam się, co ona właściwie wie o orientacji Helen.

– Jest taka frywolna – odparła krótko. – Ale przynajmniej w końcu wzięła się w garść w przeciwieństwie do ciebie. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu na piątkowym madżongu u ciotki Loh… pamiętasz ciotkę Loh, moją fryzjerkę w latach dziewięćdziesiątych, tę, której służąca uciekła z Banglijczykiem?

– Nie. – Dlaczego matkom zawsze się wydaje, że gdy plotą jakieś bzdurki o kimś, kogo nigdy w życiu nie spotkałaś, ty jakimś magicznym sposobem będziesz wiedziała, o kim mówią?

– Nie? Zresztą nieważne, ale wiesz, że jej najmłodsza córka Jo, ta w twoim wieku, znowu spodziewa się bliźniąt? – Jej oskarżycielski ton sugerował, że zajść w ciążę bliźniaczą to tyle, co wejść do supermarketu i sięgnąć na półkę, gdybym tylko raczyła się ruszyć.

Odmruknęłam coś wymijająco.

Głośne westchnienie w telefonie.

– Wei Ling*, ach, masz ładną twarz, ładne ciało, o ile nie obrośniesz tłuszczem jak wtedy, gdy studiowałaś w Anglii, udaną karierę… więc powiedz mi, dlaczego wciąż jesteś sama? Za dużo pracujesz? – Urwała, po czym dodała: – Chcesz, żeby ci pomóc? Może jeszcze raz umówię cię na randkę w ciemno z czyimś synem? Co ci się nie podobało w tym ostatnim, takim miłym chłopcu Simonie?

Wzdrygnęłam się na wspomnienie jedynej randki w ciemno, na jaką matka umówiła mnie z synem swojej „dobrej znajomej” (przez co rozumiała jakąś kobietę, którą przypadkowo spotkała jeden raz w kościele), tuż zanim poznałam Ivana. Simon był tak drętwy, że przy nim nawet biały szum zdawał się ekscytujący.

„Proszę, nie, bo chyba palnę sobie w łeb”, powiedziałam. Do siebie. Głośno zaś odparłam:

– Dziękuję, ale nie potrzeba mi pomocy z randkami.

– Popytam – odparła, kompletnie mnie ignorując, jak zwykle.

– Mamo! Mówiłam ci, że mam różne opcje.

– Więc w czym problem? Dlaczego po Ivanie nie znalazłaś sobie kogoś na poważnie? Jesteś zbyt wybredna? Wy, współczesne dziewczyny, za dużo wymagacie, w tym problem z waszym pokoleniem. Nie wiecie, co to kompromis! – powiedziała kobieta, która kiedyś kazała mi rzucić chłopaka, bo był „tylko studentem biologii”. Ciskała się dalej w tym samym tonie, a ja chrząkałam od czasu do czasu, błądząc myślami gdzieś indziej. Wszelkie kontrargumenty przynosiły skutek przeciwny do zamierzonego, lepiej było usiąść wygodnie, ochłonąć (lub łyknąć coś na uspokojenie) i wyłączyć się. Odłożyłam prywatny telefon na łóżko i nakryłam go puchową kołdrą, żeby przytłumić głos, po czym wyjęłam jedną ze służbowych komórek, schrupałam valium i odpaliłam Candy Crush.

– Miałam już męża i drugie dziecko w drodze, gdy byłam o połowę młodsza od ciebie. Gdybyś słuchała moich rad i już dawno przyszpiliła Ivana, byłabyś teraz mężatką!

Prychnęłam. Śmiechu warte, żeby akurat moja matka wypowiadała się o małżeństwie albo udzielała mi rad na temat związków. Rodzice rozwiedli się w burzliwej atmosferze, kiedy miałam dwadzieścia dwa lata. Chociaż matka raczyła zajmować się mężem, kiedy zachorował na raka, kłócili się ciągle, do samego (cóż, jego) końca. Tak właśnie bywa, kiedy wychodzisz za mąż w wieku dwudziestu lat (na który przypadał szczyt fizycznej atrakcyjności mojej matki); szybko odkryli, że poza przynależnością do tej samej grupy subetnicznej i studiowaniem na tej samej uczelni niewiele ich ze sobą łączyło. Jak na ironię, rodzice moich znajomych, których małżeństwa zostały zaaranżowane, wciąż byli ze sobą szczęśliwi i chętnie spędzali wspólne wakacje, odbywając rejsy wycieczkowe, podczas których brali udział w zajęciach z gotowania, orgiach dla seniorów itepe.

– Naprawdę powinnaś posłuchać mojej rady i znaleźć sobie mężczyznę. Za każdym razem, kiedy mnie ignorujesz i robisz po swojemu, potem masz czego żałować. Doświadczenia życiowego niczym nie zastąpisz. 我食 盐多过你食米**.

Tak, drogi pamiętniku, brzmi jej odpowiedź na wszystko: zjadła więcej soli w swoim życiu, niż ja zjadłam ryżu, co znaczy, że z racji wieku ma więcej doświadczenia życiowego niż ja, a zatem powinnam zdać się na jej osąd zawsze i we wszystkim.

– Czas ucieka, i to nie tylko tobie. Jestem już po sześćdziesiątce, jak wiesz. I nie robię się coraz młodsza. – W jej głos wkradło się drżenie. – Gdybym urodziła się w Laosie albo w Korei Północnej, już bym nie żyła. Do dzisiaj czuję w kościach efekty harówki z młodości.

Żeby było jasne: moja matka była asystentką sędziego przez dwa lata. To jedyna praca, jaką wykonywała, zanim wyszła za mojego ojca i została kurą domową.

– Czasem budzę się w nocy… bolą mnie kości, serce… i zastanawiam się… czy tak wygląda mój koniec? Umieram samotnie w Kuala Lumpur… bez służącej? I bez wnuków?

Quel emocjonalny szantaż!

Jej głos stwardniał.

– Jestem prostą kobietą o prostych potrzebach. Za całe poświęcenie pragnęłam od swoich dzieci jedynie miłości i wnuków. A co dostałam? Starsza córka pracoholiczka, która tak się składa, jest moją ulubienicą, siedzi w Singapurze i w ogóle jej nie widuję, a druga żyje w grzechu z tym… tym – odetchnęła gwałtownie – Malajczykiem.

Znowu to samo. Mówiła o Kamarulu Siddiqu, muzułmańskim chłopaku mojej młodszej siostry Melissy, błyskotliwym konserwatorze zabytków w Malezji, którego siostra nigdy nie przywiozła do domu, żeby przedstawić go rodzinie, bo nasza matka kategorycznie oznajmiła, że go nie zaakceptuje. Wielka szkoda, bo tak czy inaczej Melissa zamierzała go poślubić.

– A ja myślałam, że rozmawiamy o moich jajnikach – powiedziałam, próbując rozładować napięcie.

– Nie dowcipkuj – upomniała mnie. – To, że jednej Halle Berry się udało, nie znaczy, że można ot tak odkładać macierzyństwo. Czekaj, czekaj! Aż pewnego dnia się obudzisz i okaże się, że z twojego łona zrobiła się suszona śliwka! I zostaniesz całkiem sama, będziesz żałować…

Zrobiłam głęboki wdech i przerwałam połączenie, zanim zdążyła usłyszeć, że dostałam suchych torsji. Na szczęście miałam pod ręką inhalator. Matka zaserwowała mi nowe podejście do mojego singielstwa; nigdy wcześniej nie atakowała mnie tak bezpośrednio i tak agresywnie. Była delikatna, czasami tylko żarliwie mi przypominała: „Czy nie byłoby wspaniale, gdybyś przyszła na kolację z tym swoim przemiłym młodzieńcem Ivanem? Spędzasz z nim dość czasu? Praca to nie wszystko”. (Potrafi powiedzieć to z poważną miną, bo w swojej karierze zaszłam już wystarczająco daleko). Dwa lata temu zaczęła stawać się pasywno-agresywna – wciąż mam przed oczami jej esemesowe odpowiedzi na moje życzenia z okazji Dnia Matki, które wysłałam jej w zeszłym roku: „Dziękuję, ale nie mogę się doczekać, kiedy zacznę dostawać życzenia z okazji Dnia Babci!”, a zaraz potem: „Córka ciotki Ong właśnie urodziła. Jest młodsza od ciebie, prawda?” – ale nawet to było jeszcze do zniesienia. Jednak po moich trzydziestych trzecich urodzinach w grudniu już bez owijania w bawełnę zaczęła wiercić mi dziurę w brzuchu. Na przykład zanim odkryła, że znów jestem singielką, domagała się, żebym zawlokła Ivana do urzędu stanu cywilnego, gdzie mieliśmy już podpisać dokumenty, a dopiero potem planować wesele.

„Czy ona nie ma nic lepszego do roboty niż wariowanie na punkcie braku perspektyw córki?” – zapytasz. – „Czy nie wolałaby spędzić swoich złotych lat na odkrywaniu ekscytujących nowych leków na receptę albo czerpaniu intelektualnej rozkoszy z reality show?” Otóż nie, pamiętniku, nie wolałaby. Moja matka nie ma czasu na odpoczynek ani emeryturę, skoro już o tym mowa – to dobre dla bogatych białych. Kiedy akurat nie kombinuje, jak by tu wcisnąć komuś produkt dnia z katalogu, głowi się, jak by mnie tu wydać za mąż – to ostatni nieodhaczony punkt na jej liście (moich) Celów Życiowych. Pozostałe, ustalone dawno temu (mniej więcej wtedy, kiedy byłam zaledwie embrionem), brzmiały następująco:

• Pójść do najlepszej szkoły (przedszkole/podstawówka/liceum muszą zapewnić odpowiednie przygotowanie do najlepszego uniwersytetu) (odhaczony).

• Pójść na najlepszy uniwersytet (odhaczony).

• Zostać lekarką (specjalizacja bardzo wskazana), prawniczką (adwokatką lub partnerką w kancelarii), bankierką inwestycyjną albo biznesmenką milionerką (wyłącznie prawdziwe waluty) [ten cel jest osiągalny, jako że jestem prawniczką, i to na dobrej drodze do zostania partnerką – już bardzo niewiele brakuje!].

• Posiadać nieruchomość przed trzydziestym piątym rokiem życia (odhaczony – no, prawie: zostało tylko dwadzieścia osiem lat spłacania hipoteki!).

I jeszcze ten cel, którego osiągnięcie miało być, zdaniem moich rodziców, najłatwiejsze, ale w rzeczywistości stało się inaczej:

• Wyjść za mąż przed trzydziestką, żebym mogła się rozmnażać i całe to błędne koło mogło zacząć się od nowa.

Zanim uznała, że na polu małżeństwa nie robię takich postępów, jakich by sobie życzyła, matka bez przerwy ględziła o tym, jak ważna jest kariera i że muszę zarobić jak najwięcej i być najlepszą. Gdy tylko skończyłam dwadzieścia osiem lat, całkowicie zmieniła śpiewkę. Teraz w kółko słyszałam, że facet, że ślub, że dzieci (w tej kolejności, rzecz jasna). Że jeśli się czym prędzej nie rozmnożę, to będę wielką niewdzięcznicą, i że gorszę przodków, łącznie z tymi, których nigdy na oczy nie widziałam. Teraz matka była na etapie „skup się na rodzinie”. Nie żebym nie dostrzegała w tym sensu.

Azjatyckie kraje w większości nie są państwami opiekuńczymi; musimy zadbać o sukces naszych milusińskich, żeby oni mogli później nas żywić. To dlatego rodzina jest tak ważna w większości tradycyjnych kultur azjatyckich.

Jasne, upraszczam.

Wiem, co sobie myślisz: chrzań to, nie musisz tego robić. Możesz się z tego otrząsnąć i robić swoje. Prawda?

Problem w tym, że nie da się tak po prostu otrząsnąć ze skutków kulturowego prania mózgu i odwiecznego wpajania ci, że byłbyś zwykłym robakiem, gdyby nie szczodrość i ofiarna miłość rodziców, którzy żywili twe bezwartościowe dziecięce ja i uczynili z ciebie znośnego, jeśli nie wyjątkowego dorosłego, którym jesteś, a jeśli kiedykolwiek zechcesz im się odwdzięczyć, to pozbierasz nadzieje i marzenia, które z tobą wiązali, i delikatnie, acz stanowczo wbijesz je sobie w mózgownicę, mocno uwierzysz, że są twoje, i zrealizujesz je wszystkie, bo inaczej, za niecną zdradę własnych rodziców, spłoniesz w specjalnym kącie chińskiego piekła dla niegodziwych dzieci, gdzie ochocze, choć nieporadne chińskie demony będą cię patroszyły na wieki wieków.

Oto, do czego sprowadza się, mili państwo, tak zwana Nabożność Synowska.

Nie żeby osiąganie wyznaczonych przez matkę Celów Życiowych źle mi się przysłużyło. Przeciwnie, jak na razie wszystko gra. Podbijam branżę tradycyjnie zdominowaną przez mężczyzn. I wcale nie brzydzi mnie idea małżeństwa i dzieci (żeby po konfucjańsku wpędzić je w poczucie winy i przymusić do opieki nade mną na stare lata, rzecz jasna). Tyle że… potrzebuję czasu, żeby najpierw osiągnąć inne cele. Skoro Sheryl Sandberg, gwiazda biznesu, może mieć wszystko, to ja też – aczkolwiek w skromniejszym wymiarze.

Muszę tylko wymyślić, jak usunąć z drogi mamę, dopóki nie zostanę partnerką. Nie posuwając się do matkobójstwa.

* Kiedy matka zaczyna używać mojego chińskiego imienia, to znak, że czegoś chce.

** Chińskie przysłowie, które dosłownie oznacza: „Zjadłem więcej soli, niż ty zjadłeś ryżu, padawanie, więc stul pysk”.

3

Niedziela, 14 lutego

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Część I. IDZIE WIOSNA
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Część II. DWIE PIECZENIE, JEDEN OGIEŃ
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Część III. FACET JAK WINO
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42

Tytuł oryginału:

Last Tang Standing

Redaktorki prowadzące: Ewelina Kapelewska, Ewa Pustelnik

Wydawczyni: Agata Garbowska-Karolczuk

Redakcja: Adrian Kyć / Rytm pisania

Korekta: Bożena Sęk

Projekt okładki: Anna Jamróz

Ilustracja na okładce: © Anna Jamróz

Copyright © 2020 by Lauren Ho

Copyright © 2022 for the Polish edition by

Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Ryszard Oślizło, 2021

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2022

ISBN 978-83-67137-44-7

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek