Ostatnia podróż Winterberga - Jaroslav Rudiš - ebook + książka
NOWOŚĆ

Ostatnia podróż Winterberga ebook

Jaroslav Rudis

4,5

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Jan Kraus przed wieloma laty uciekł z Czechosłowacji i trafił do niemieckiego więzienia. 99-letni Wenzel Winterberg nie rozstaje się z czerwonym bedekerem, przewodnikiem z 1913 roku, symbolem starego, uporządkowanego świata, świata tuż przed katastrofą… Obaj bohaterowie wyruszają w niezwykłą podróż. Jadą pociągiem po współczesnej Europie, a jednocześnie poruszają się po dawnej wielonarodowej, wielowyznaniowej monarchii. Szukają śladów wielkiej miłości Winterberga, Lenki, Żydówki, pierwszej kobiety na Księżycu.

Bohaterowie Ostatniej podróży Winterberga cierpią na napady Historii, a czytelnicy poznają ich osobiste i długo skrywane tajemnice. Jaroslav Rudiš nie unika trudnych tematów, nie szczędzi gorzkich ocen, pokazuje przyczyny negatywnych zjawisk, nie zapomina jednak o humorze, z którego jest w Polsce doskonale znany.

Książkę Jaroslava Rudiša czyta się w rytmie niekończącej się podróży koleją żelazną, kiedy pociąg niespiesznie toczy się przez „krajobraz bitew, cmentarzy i ruin”. To powieść napisana hipnotycznym językiem wciągającym w świat Austro-Węgier, które istnieją jedynie w pamięci pana Winterberga i w czerwonym przewodniku po świecie, którego już nie ma. Hipnotyczny język. Zaskakujące momenty, które zmieniają sposób patrzenia na świat. Odrobina gorzkiego humoru. Czeska melancholia. Ostatnia podróż Winterberga – powieść wybitna.
Barbara Sadurska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 592

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0

Popularność




Fot. Peter von Felbert

Jaroslav Rudiš (ur. 1972 w Turnovie)

Mołdawsko-rumuńska pisarka i dziennikarka. Studiowała na Wydziale Dziennikarstwa i Komunikacji Państwowego Uniwersytetu Mołdawskiego. Pracowała jako reporterka, redaktorka i prezenterka telewizyjna. Zaangażowana w działalność UNICEF-u. Od 2008 r. mieszka w Paryżu.

Czeski prozaik, dramatopisarz i scenarzysta. Debiutowa! w 2002 r. powieścią Niebo pod Berlinem (wyd. poi. 2007), za którą otrzymał Nagrodę Jiřego Ortena. Kolejne książki - Grandhotel (wyd. pol. 2011), Koniec punku w Helsinkach (wyd. poi. 2013), Cisza w Pradze (wyd. poi. 2014), Aleja Narodowa (wyd. poi. 2016) iCzeski Raj (wyd. poi. 2020) - przyniosły autorowi wiele nagród literackich, w tym prestiżową Preis der Literaturhäuser (2018) czy Chamisso-Preis/Hellerau (2020). Sukcesem okazała się również opublikowana we współpracy z grafikiem Jaromirem 99 trzytomowa powieść graficzna Alois Nebel (wyd. poi. 2007-2008), na podstawie której powstał film animowany w reżyserii Tomáša Luňáka wyróżniony Europejską Nagrodą Filmową w 2012 r. Ostatnia podróż Winterberga to pierwsza powieść Jaroslava Rudiša napisana w języku niemieckim. Poza twórczością literacką autor zajmuje się muzyką - śpiewa w zespole Kafka Band.

Małgorzata Gralińska

Absolwentka filologii germańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Szkoły Tłumaczy i Języków Obcych UAM. Początkowo leksykografka, później i nadal tłumaczka przysięgła, od niedawna tłumaczka literatury. Zdobywczyni wyróżnień w konkursach translatorskich organizowanych w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania (2018) oraz Festiwalu Puls Literatury (2018 i 2019). Mama trzech dziewczynek.

Dla Egberta

Zdarzenia i bohaterowie powieści są fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do żyjących lub prawdziwych osób jest czysto przypadkowe.

Główni bohaterowie podróżują z bedekerem po Austro-Węgrzech (Baedekers Österreich–Ungarn. Handbuch für Reisende, wydanie dwudzieste dziewiąte, Karl Baedeker Verlag, Lipsk 1913). Winterberg powołuje się zawsze na tę edycję.

Königgrätz – Sadowa

– Bitwa pod Königgrätz przenika moje serce – powiedział Winterberg, wyglądając przez zaparowane okno pociągu. Złapał się za pierś tak mocno, jakby chciał zgnieść w ręku nie tylko gruby szary materiał, z którego uszyty był jego stary wełniany płaszcz, ale również swoje dziewięćdziesięciodziewięcioletnie serce.

– Bitwa pod Königgrätz to początek mojego końca – opowiadał dalej, spoglądając przez okulary w rogowych oprawkach na zaśnieżony czeski pejzaż, który przesuwał się obok nas.

Niewielki pociąg jechał powoli, kołysząc się jak samotny, opuszczony przez kapitana statek na pełnym morzu. Młoda konduktorka wpatrywała się w swoją komórkę i kiwała się do taktu. Tak jak i my.

– Bitwa pod Königgrätz jest początkiem wszystkich moich katastrof, początkiem wszystkich naszych katastrof, jeśli przyszło się na świat pod znakiem bitwy pod Königgrätz, jest się na zawsze straconym. I tak zgubiony jestem ja, zgubiony jest ten kraj i pan, drogi panie Kraus, jest też zgubiony, czy pan tego chce, czy nie, tak, tak, nie ma ucieczki, nie da się nad tym przejść tak łatwo, jak przerzuca się tory przez Alpy. Bitwa pod Königgrätz jest niczym pułapka, którą sami na siebie zastawiliśmy, w którą się zwabiliśmy, w którą z własnej woli idziemy, bitwa pod Königgrätz to głęboka rozpadlina, w którą wszyscy spadamy, bitwa pod Königgrätz chwyta nas za gardła, zaciska mi się na szyi, jest jak powróz, jak pętla, która stale się zacieśnia, tak, tak, jak stryczek, na którym w końcu wszyscy zawiśniemy, czy tego chcemy, czy nie, a zwłoki wisielców nie przedstawiają pięknego widoku, jak zwykł mawiać mój ojciec – ciągnął Winterberg, wciąż spoglądając przez okno.

– Niech pan spojrzy, panie Kraus, tam na skraju lasu stoją dziki, czyż nie są piękne, z miejsca chciałoby się je namalować. Kiedyś bardzo lubiłem malować, zwłaszcza takie spokojne, zimowe krajobrazy jak ten, ale dziki też są stracone, tak, tak, bitwa pod Königgrätz jest niczym pleniący się Cornus sanguinea.

Winterberg opowiadał, a ja przypatrywałem się zwierzętom pod lasem.

– Wówczas pół miliona żołnierzy, dziś pół miliona duchów, trzeba sobie to tylko umieć wyobrazić, ja sobie to wyobrażam, tak, tak, patrzę przez pryzmat historii, tak, tak, nie cierpię na ślepotę historyczną, nie dbam o to, co pan o tym sądzi, drogi panie Kraus, czy potrafi lub chce pan to sobie wyobrazić. Bitwa jest tutaj i my również tu jesteśmy.

– To były sarny.

– Co?

– Tam pod lasem. To nie były dziki.

– W rzeczy samej, dziki, przecież mówię.

– Ale to były sarny.

– Właśnie, właśnie, sarny i dziki, jelenie i lisy, ludzie i domy, pola i lasy, zimowe pejzaże i malownicze widoki, wszystko stracone, smutne, smutne. Mój dziadek był myśliwym i mawiał, że zabijanie zwierząt to nic dobrego, ale jeśli już musisz zabić zwierzę, to zrób to szybko, tak, tak, lecz bitwa pod Königgrätz nie zabija szybko, bitwa pod Königgrätz nie zna litości, bitwa pod Königgrätz to dla nas najgłębsza przepaść, bitwa pod Königgrätz to nasz upadek, i to już od ponad stu pięćdziesięciu lat. Drogi panie Kraus, dlaczego nie patrzy pan przez pryzmat historii? Powinien pan w końcu poczytać coś na temat historii, wtedy by pan zrozumiał, wtedy zrozumiałby pan mnie, tak jak rozumieli mnie Anglik i moja Lenka, wtedy wiedziałby pan i rozumiał, co mam na myśli, mówiąc Cornus sanguinea. Nie przyglądałby mi się pan tak głupio i nie milczał.

– To były sarny.

Winterberg lekko zakaszlał.

– Sarny?

– Tak, sarny. Te zwierzęta wtedy. Całe stado saren.

Wciąż kasłał. Podałem mu butelkę z wodą. Nie chciał pić.

– Jakie znowu sarny?

– Nieważne.

Przyglądał mi się z powagą. Następnie spojrzał na konduktorkę. A potem znowu patrzył przez okno na zaśnieżone pola. I dalej opowiadał.

– Bitwa pod Königgrätz przenika nie tylko moje serce, ona przenika również mój umysł, mój mózg, moje płuca i wątrobę, i mój żołądek, stanowi część mojego ciała i mojej duszy. Dwóch moich krewnych straciło tu życie, drogi panie Kraus, jeden po stronie Prus, a drugi po stronie Austrii, Julius Ewald i Karl Strohbach, tak, tak, mogę wybrać, po której będę stronie, ale ostatecznie z oboma spocznę w grobie, nie wiem, czy jest pan w stanie to sobie wyobrazić, chciałbym to pojąć, chciałbym w końcu pojąć wszystko w mym życiu, rozumie pan, drogi panie Kraus, dlatego teraz tu jesteśmy, żeby pojąć, rozumie pan, drogi panie Kraus, tutaj pod Königgrätz zaczyna się cała tragedia – kontynuował Winterberg, w dalszym ciągu patrząc przez okno.

– Czy nie jesteśmy już w Sadowie? To już na pewno Sadowa. Musimy więc wysiąść z tego parszywego, zimnego pociągu.

– Nie, to jeszcze nie Sadová. To… Zresztą, nieważne.

Winterberg mnie nie słuchał.

Winterberg nigdy mnie nie słuchał.

– Bitwa pod Königgrätz rozdarła mnie na pół – ciągnął dalej swą opowieść, tymczasem konduktorka usiadła na ławce naprzeciwko i zamknęła na chwilę oczy. – Bitwa pod Königgrätz spędza mi sen z powiek. Przez bitwę pod Königgrätz straciłem moją pierwszą żonę, przez bitwę pod Königgrätz moja druga żona oszalała, tak, tak, dorastała w Berlinie na Stresemannstraße, która wcześniej nazywała się Königgrätzer Straße, drogi panie Kraus, przecież to nie może być przypadek. Poznaliśmy się w lokalu z dansingiem na Skalitzer Straße[1], tak, tak, właśnie tak, ma pan rację, drogi panie Kraus, to wszystko nie jest jakimś szczęśliwym trafem historii, to tragiczny wypadek historii, nieporozumienie, którego nigdy nie da się naprawić, tak, tak, wyłącznie przez bitwę pod Königgrätz zapadłem na historię i cierpię z powodu napadów historii, tak, tak, drogi panie Kraus, wiem, co pan chce powiedzieć, nad bitwą pod Königgrätz nie da się tak łatwo przerzucić torów jak nad Alpami, istnieje zbyt wiele uskoków tektonicznych, jeśli rozumie pan, drogi panie Kraus, co mam na myśli.

Chciałem powiedzieć, że nie mam najmniejszego pojęcia o uskokach, chociaż wiedziałem, że to nie ma sensu. Jego głowa to jeden wielki uskok. Przytaknąłem, tak jak zawsze przytakiwałem, gdy go słuchałem, i pomyślałem sobie to, co zawsze sobie myślałem, gdy go słuchałem. Winterberg znowu lekko zakaszlał, więc podałem mu butelkę z wodą. Nie chciał pić.

– Pod Skalitz w roku tysiąc osiemset sześćdziesiątym szóstym też toczyły się bohaterskie walki, tam również musimy się wybrać, wszystko opisane jest w moim bedekerze. A także do Trautenau[2] i Jitschina[3], miasta Wallensteina, które wybrał na stolicę swojego imperium, tak, tak, musimy tam pojechać, o Jitschin też toczono walki, wielu Saksończyków i Austriaków utopiło się w tamtejszym stawie, potem zaś wielu Prusaków utonęło w piwie, gdy szturmowali miejscowy browar.

Chciałem powiedzieć, że byłem kiedyś w Jiczynie, jeszcze wtedy, razem z rodzicami, ale nic z tego, nie dało się zastopować Winterberga.

– Na Gitschiner Straße w Berlinie mieszkał mój dobry przyjaciel, najlepszy, jakiego miałem w tym mieście, również tramwajarz, przed wojną grał w piłkę nożną w Oberschöneweide. Oczywiście nie wie pan, bo nie patrzy pan przez pryzmat historii, że stadion przez długi czas nazywał się Sadowa, tak, tak, właśnie tak, od Sadowy tutaj w Czechach, gdzie zaraz będziemy musieli wysiąść, tak, tak, właśnie tak, nazwany tak na cześć chwalebnego pruskiego zwycięstwa i chwalebnej austriackiej przegranej. Lecz potem również i dla Prus zwycięstwo to zamieniło się w zupełnie niebohaterską klęskę, podobnie jak wszystkie zwycięstwa w historii, tak, tak, ile razy męczyłem się tam z powodu jakiejś żałosnej piłki nożnej, właściwie piłka nigdy mnie nie interesowała, tak, tak, chodziłem tam tylko dla Sadowy, tylko dla Königgrätz. Nikogo to nie interesuje, ale ja wiem, że wszystko ma związek z Königgrätz, tak, tak, nasza cała katastrofa zaczyna się od Königgrätz, wiem, co chce pan powiedzieć, drogi panie Kraus, że to szaleństwo, czyste szaleństwo. Ma pan rację, to szaleństwo – opowiadał dalej Winterberg, przez cały ten czas na mnie nie patrząc.

Spoglądał przez okno na senne pole.

Na wiejskie rezydencje.

Na stary kościół.

Na dwoje dzieci z psem na szosie.

– Pięknie tu, przepięknie, doprawdythe beautiful landscape of battlefields, cemeteries and ruins, jak mawiał Anglik.

– Znowu on.

– Tak, tak.

– Kto to właściwie był?

– Anglik, w przeciwieństwie do pana, patrzył przez pryzmat historii. Drogi panie Kraus, dlaczego nie czytuje pan książek historycznych? Już od dawna wiedziałby pan wszystko o Cornus sanguinea, Königgrätz, Sarajewie i kolei. Moja trzecia żona ciężko zachorowała wyłącznie przez bitwę pod Königgrätz. Tylko z powodu bitwy pod Königgrätz musiałem się nią opiekować przez trzydzieści lat. Tylko przez bitwę pod Königgrätz pan musi opiekować się mną. Dlaczego nie patrzy pan przez pryzmat historii? Tamta fabryka, drogi panie Kraus, czyż nie jest to już cukrownia w Sadowie, gdzie tak dzielnie bronili się austriaccy strzelcy polni, tak, tak, słynny czesko-morawsko-austriacki przemysł cukierniczy, długo nie zdawałem sobie sprawy, że cukier w kostkach pochodzi z Datschitz[4] na Morawach, wiedział pan o tym, drogi panie Kraus, na czym to ja skończyłem, a tak, tak, Austriacy nie byli z cukru, zamienili cukrownię w austriacką twierdzę, na ścianie napisali wielkimi literami: „Za nami jest Wiedeń”, czytałem o tym wszystkim. Ale na nic się to nie zdało. Po trzech godzinach nikt nie żył.

 – Nie, to jeszcze nie Sadová, to nie cukrownia, to podstacja – odparłem, ale Winterberg nie słuchał i drżał, jak to mu się często zdarzało w trakcie napadów historii.

– A to już pewnie Bystrzyca, rzeka, o którą toczono zacięte walki. A tam, to musi być słynny las Svíb! Istny raj dla Cornus sanguinea, tak, tak, musimy tam zaraz pójść, do Alei Umarłych, która wiedzie przez las, musimy tam iść. Być może właśnie tam znajdziemy obie mogiły, groby mojego pruskiego pradziada z Tangermünde i austriackiego pradziada z Ottensheim koło Linzu, jeden dorastał nad Łabą, a drugi nad Dunajem, obaj umarli tego samego dnia, tutaj, pod Sadową, pod Königgrätz, trzeciego lipca tysiąc osiemset sześćdziesiątego szóstego roku, niemiecka wojna w Czeskim Raju, szaleństwo, szaleństwo, wiem, ma pan rację, drogi panie Kraus, całkowity nonsens, który jednak odsłania pewien sens, Cornus sanguinea, Aleja Umarłych. Musimy tam pójść.

Przytaknąłem, jak zawsze przytakiwałem, i pomyślałem to, co zawsze myślałem. Nie wytrzymam już dłużej z Winterbergiem.

– Wiem, już w porządku, troszkę spokojniej, wszystko jest dobrze, tak, nie jesteśmy na wojnie.

Otworzyłem piwo. Piana prysnęła na podłogę.

– Nie powinien pan tyle pić, bo inaczej znów będzie pan zamroczony, tak jak wczoraj i przedwczoraj, zwłoki piwoszy nie przedstawiają pięknego widoku, jak mawiał mój ojciec, a musiał to wiedzieć, widział wiele takich zwłok, a i sam lubił napić się piwa, smutne, smutne, to niedobrze, że pije pan tak dużo, to niezdrowe, to nieprzyzwoite, w ten sposób nie dożyje pan dziewięćdziesięciu dziewięciu lat, nie będzie mieć pan tylu lat co Republika Czechosłowacka, co spopielarnia w Reichenbergu[5], tak, tak, w ten sposób nie dożyje pan mojego wieku.

– Nie obchodzi mnie to, nie chcę mieć tylu lat, nie chcę, żeby mnie wszystko bolało.

– Mnie nic nie boli. Ciągle czuję się młodo, nie jestem przezroczysty.

– Przezroczysty?

– Przezroczysty. To znaczy dla kobiet.

– Nie rozumiem.

– Nieważne. Powinien pan mniej pić.

– A ja właśnie chcę pić. Lubię piwo. A pan też powinien pić więcej. Dziś jeszcze nic pan nie wypił.

– Wypiłem.

– Nie, nie wypił pan.

– Niech mi pan nie mówi, czy piję, czy nie, tak, tak, wiem, kiedy piję, a kiedy nie, tak, tak, może piję trochę za mało, ale pan, drogi panie Kraus, pije stanowczo za dużo.

– Ktoś musi. Tak mamy równowagę, jak zwykł mawiać mój ojciec. Jedni piją, a drudzy nie.

Pociąg jechał, a ja myślałem o tym, że nie chciałem znowu od razu zacząć z piciem. Nigdy nie piłem w czasie przeprawy. Zawsze dopiero po.

Piłem, żeby zapomnieć.

Żeby się uwolnić.

By zacząć od nowa przy kolejnej przeprawie.

Jednak tym razem było inaczej. To pierwsza przeprawa, której nie ukończyłem. I dlatego musiałem pić.

W przeciwnym razie już dawno bym nie żył i Winterberg też. Bez piwa zabiłbym go, a zaraz potem siebie samego, bo kto wytrzymałby tę idiotyczną podróż bez piwa? Nikt. Tylko ja.

Pociąg wił się wzdłuż jakiegoś strumienia, może to rzeczywiście była Bystrzyca, bo nagle konduktorka oznajmiła:

– Sadová.

Winterberg zerwał się z miejsca.

Dwa samotne, trochę krzywe tory. Opustoszały budynek stacji. I bezpański pies, który sikał pod wiatr.

Poza tym nic.

Wysiedliśmy jako jedyni. Pomogłem Winterbergowi przy wychodzeniu, co wcale mu się nie spodobało. Pociąg odjechał, zapaliłem papierosa.

– Nie powinien pan tyle palić, drogi panie Kraus – powiedział Winterberg i znów lekko zakaszlał.

Potem odetchnął zimnym, mroźnym powietrzem.

– Pięknie, jak tu pięknie. Coś pięknego wisi w powietrzu, tak, tak, poszczęściło nam się z pogodą, drogi panie Kraus. Bitwa rozegrała się wprawdzie w środku lata, mam nadzieję, że pan to wie, ale pogoda była wówczas taka, jak teraz w listopadzie, po kilku gorących dniach nastał taki dzień, jak na początku zimy, tak, tak, taki dzień jak dziś. To się nazywa załamanie pogody, do tego gęsta mgła i deszcz, tak, tak, a nadto jeszcze mgła wojny, tak, tak, tak musi być w czasie prawdziwego przewrotu, cudownie, cudownie, poszczęściło nam się z tą brzydką, listopadową pogodą, drogi panie Kraus. Uwielbiam złą pogodę, ponieważ wtedy jesteśmy na ogół sami w miejscach, które chcemy odwiedzić. Nie potrzeba mi żadnych turystów, nie, nie, co to, to nie, turyści są ślepi na historię, tak jak i pan, z panem też trudno rozmawia się na tematy historyczne.

– Idziemy?

– Słucham?

– Czy będzie jeszcze pan o czymś opowiadał?

Winterberg zamilkł na chwilę i przyglądał się opuszczonemu budynkowi stacji. Puste, powybijane okna. Zamurowane drzwi. Wilgotne, szare mury. Zapaliłem następnego papierosa, odszedłem kilka kroków i popatrzyłem na dwóch chłopaków w aucie na wiejskiej drodze, którzy spoglądali na nas, paląc i chichocząc.

– Pięknie, jak pięknie jest tu pod Königgrätz, dużo ładniej, niż sobie wyobrażałem. Niech pan spojrzy, zaczyna padać śnieg. Moja ostatnia żona nie lubiła brzydkiej pogody, na urlop zawsze chciała jeździć nad morze, smutne, smutne, od samego początku nieporozumienie, drogi panie Kraus, nawet nie ma pan pojęcia, jakie mamy szczęście z tą złą pogodą. Moja Lenka kochała niepogodę i samotność, tak, tak, gdy przyszło się na świat w Reichenbergu, to trzeba kochać niepogodę i samotność, ciągle tylko deszcz, mgła i śnieg, często od października aż do kwietnia nic tylko śnieg, wiatr i samotność, to przez góry, które otaczają miasto niczym wysoki mur, tak, tak, i tak samo jest w całym kraju, gdy przyszło się na świat w Czechach, trzeba kochać niepogodę i samotność, z powodu złej pogody wielu ludzi popada w melancholię, czeska niepogoda wielu spośród naszych ziomków doprowadziła do obłędu, nieistotne, czy mówili po niemiecku, czy po czesku, tak, tak, Lenka jednak kochała brzydką pogodę, uwielbiała, gdy padał śnieg, tak jak teraz, tak, tak, moja Lenka, pierwsza kobieta na Księżycu.

Winterberg uspokoił się i popatrzył w niebo. To prawda, opadały na nas pierwsze delikatne płatki. Było mi zimno. Pomyślałem, że jutro obaj będziemy leżeć wychłodzeni w szpitalu, w końcu będę mógł ze spokojem napić się herbaty z rumem, Winterberga zabiorą helikopterem do Berlina, i będzie mógł sobie opowiadać, co mu się żywnie podoba. A ja, jak zawsze po przeprawie, utopię się wreszcie w wódce i piwie i o wszystkim zapomnę.

Pomyślałem, że może tu zostanę.

W tym kraju, który opuściłem.

Który musiałem opuścić.

Który mnie opuścił.

– Poszczęściło nam się z tą brzydką pogodą, cudownie, cudownie, rzecz jasna, wtedy nie było tu stacji, w tej części Czech dopiero później położono tory, ale to nie popsuje nam szyków, nie będzie nam przeszkadzać. Tam, niech pan spojrzy, przy głównej ulicy, to z pewnością gospoda! Prosta gospoda na polu bitwy, jak napisano w moim bedekerze, tak, tak, zupełnie jak wtedy, zupełnie jak w tysiąc dziewięćset trzynastym roku, gdy ukazała się moja książka, zupełnie jak w roku tysiąc osiemset sześćdziesiątym szóstym. Pójdziemy tam teraz, przed bitwą każdy żołnierz musi się wzmocnić, żołnierz armii ostatniej nadziei również, tak, tak, żołnierz taki jak pan, drogi panie Kraus, bo jako pielęgniarz nie może zaoferować pan nic poza odrobiną nadziei, ma pan rację. Zmieniać pieluchy umierającym, to pan potrafi. I więcej nic.

Wyjątkowo zgadzałem się z Winterbergiem.

[1] Nazwa ulicy miała upamiętniać bitwę pod Czeską Skalicą (niem. Skalitz), do której doszło 28 czerwca 1866 roku w czasie wojny prusko-austriackiej. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Trutnov (czes.)

[3] Jičín (czes.), Jiczyn (pol.)

[4] Dačice (czes.)

[5] Liberec (czes.)

I tak wkrótce stanęliśmy przed pomalowaną na zielono gospodą przy ruchliwej drodze.

Winterberg oglądał pierwsze mogiły poległych w bitwie pod Königgrätz. Odczytywał nazwiska zmarłych, nazwiska duchów, jak mówił. Nazwiska lipcowych zwłok, jak to określił. Czytał je na głos, wolno i z namaszczeniem, jakby chciał obudzić duchy i w tej samej chwili na powrót je uspokoić i uśpić. Sypał śnieg, on czytał, a z jego ust leciała para.

Nazwisko.

Obłoczek pary.

Odczytywał nazwiska niemieckie, czeskie, chorwackie, polskie i węgierskie, nie znam, nie znam, nie znam, dodawał za każdym razem, jakby inne nazwiska były mu znane, jakby inni polegli byli jego przyjaciółmi, z którymi wczoraj siedział przy piwie.

Gdy w końcu się odwrócił i chciał pójść przez ulicę do gospody, o mały włos nie przejechałaby go polska ciężarówka.

Odciągnąłem go na bok.

W zajeździe U Kanoniera Jaburka[6] nie było zbyt wielu gości. Zamówiliśmy zupę gulaszową oraz piwo: normalne i bezalkoholowe.

Winterberg otworzył swoją małą czerwoną książkę.

Swoją książkę historyczną.

Swoją biblię.

Swój przewodnik z 1913 roku.

Bedeker po Austro-Węgrzech.

Bedeker po jego życiu.

Książka tak ciemnoczerwona jak przelana pod Königgrätz krew Prusaków, Saksończyków i Austriaków. Cornus sanguinea. Książka, która miała towarzyszyć Winterbergowi i mnie w wyprawie aż na koniec świata. Aż do kresu naszej podróży, w której nie uczestniczę z własnej woli. Aż do kresu jego przeznaczenia, jak twierdzi. Do Sarajewa.

Winterberg wziął swoje szkło powiększające i przewracał kartki w przewodniku, zanim znalazł właściwy fragment, czytał go szybko i głośno, jakby niesiony przez nawałnicę, która popychała go ku przeszłości i historii.

Jak zawsze.

– Na pagórkowatym terenie na północny zachód od Königgrätz pomiędzy Bystrzycą a Łabą…

Po chwili jednak przerwał, podniósł wzrok i zaczął na głos rozmyślać.

Jak zawsze.

– Kiedy wspomina się o monarchii, mówi się najczęściej o monarchii naddunajskiej, a zapomina się o Łabie, drogi panie Kraus, tak nie wolno, nie lubię takich uproszczeń, tak, tak, historia nie jest prosta, historia jest skomplikowana, a dla Czechów Łaba zawsze była o wiele ważniejsza niż Dunaj. Tak, tak, zamiast monarchia naddunajska właściwie należałoby pisać monarchia naddunajsko-nadłabska. Nie można też zapominać o Wełtawie, pamiętna rzeka, jak zwykł mawiać mój ojciec, może lepiej brzmiałoby zatem monarchia naddunajsko-nadwełtawsko-nadłabska, ale wtedy od razu odezwą się Chorwaci i Słoweńcy i spytają: gdzie podziała się nasza Sawa? Tak, tak, również pamiętna rzeka, to może monarchia nadsawsko-naddunajsko-nadwełtawsko-nadłabska, tak, tak, tak byłoby sprawiedliwie, lecz wtedy z pewnością dołączą Bośniacy, mówiąc: a co z naszą Bośnią, tak, tak, również pamiętna rzeka, zatem monarchia nadbośniacko-nadsawsko-naddunajsko-nadwełtawsko-nadłabska? Nie, nie, obawiam się, że nikt by tego nie zapamiętał, to zbyt skomplikowane, dlaczego zawsze wszystko jest tak skomplikowane, to już lepiej tylko monarchia naddunajska, choć to najzuchwalsze uproszczenie. Na czym to ja stanąłem? Panie Kraus, ciągle mi pan przerywa.

– Ja?

– Tak, a któż by inny? Nie umiem się przez to skupić, bez przerwy ktoś mi przeszkadza, pan, inni ludzie, myśli, historia, gdzie to ja byłem, tutaj, tutaj… Na północny zachód od Königgrätz… trzeciego lipca tysiąc osiemset sześćdziesiątego szóstego roku miała miejsce bitwa pod Königgrätz, armia austriacka w sile stu siedemdziesięciu ośmiu tysięcy żołnierzy austriackich i dwudziestu tysięcy ośmiuset żołnierzy saksońskich, tak, tak, biedni Saksończycy, dlaczego historia zawsze o nich zapomina, siedemset siedemdziesiąt dział pod dowództwem zbrojmistrza polnego Benedeka, smutne, smutne, lepiej byłoby, gdyby został we Włoszech. A zatem… Armia… zajęła silne pozycje obronne na pagórkowatym terenie wznoszącym się łagodnie od strony Bystrzycy, ciągnące się półkoliście od wsi Račice, Hořiněves i Benátek na północy przez Sadową, aż do miejscowości Probluz i Přím na południu, tak, tak, saksoński korpus, rzecz jasna, historia tak często zapomina o Saksończykach, smutne, smutne… Na czym to ja znowu skończyłem… tak, tak… półkoliście.

Jego ochrypły głos stapiał się z muzyką country dobiegającą z radia. To jednak w niczym mu nie przeszkadzało.

– Prawe skrzydło Prusaków, Armia Łaby dowodzona przez Herwartha von Bittenfelda, stała pod Smidar[7], Pierwsza Armia pod dowództwem księcia Fryderyka Karola pod Hořitz[8], Druga Armia z następcą tronu na czele pod Königinhof[9], przejeżdżaliśmy tamtędy pociągiem, tak, tak, trasa kolejowa z Reichenbergu do Königgrätz, ale dlaczego w tym pociągu pospiesznym było tak zimno, nie rozumiem, na czym to ja stanąłem… Tak, tak, i Gradlitz[10], w odległości dwudziestu dwóch kilometrów, Prusacy w sile dwustu dwudziestu tysięcy dziewięćset osiemdziesięciu czterech ludzi, tak, tak, bitwa rozpoczęła się o ósmej rano, tak, tak właśnie, bitwa musi zaczynać się najpóźniej o ósmej jak lekcje w szkole, Prusacy przedarli się do Sadowy i miejscowości Benátek, ponosząc dotkliwe straty, utrzymali zdobyty teren, ale nie byli w stanie posuwać się dalej, stawiając czoło nieprzyjacielskiej artylerii, w południe więc bitwa stanęła w martwym punkcie. Około godziny drugiej do bitwy wkroczyła Druga Armia… Punktem, do którego miała dotrzeć, były dwie lipy, widoczne w oddali na arenie działań wojennych pod Hořiněves, tak, tak, czy my widzieliśmy te lipy? Mijaliśmy Hořiněves, sądzę więc, że widzieliśmy lipy, tak, tak, z pewnością, na pewno, przecież nie jesteśmy ślepi, a o godzinie trzeciej Pierwsza Dywizja Gwardii wzięła szturmem Chlum, kluczowy dla położenia austriackich pozycji, rozstrzygając tym samym bitwę, drogi panie Kraus, widzieliśmy te lipy czy nie?

– Nie wiem.

– Trochę napawa mnie melancholia, że tego nie wiemy, może więc w drodze powrotnej, ale wtedy będzie już ciemno, albo jutro, przecież musimy zobaczyć te lipy, tak, tak, straty Austriaków wyniosły łącznie z jeńcami tysiąc trzystu trzynastu oficerów i czterdziestu jeden tysięcy czterystu dziewięćdziesięciu dziewięciu żołnierzy, Saksończycy stracili pięćdziesięciu pięciu oficerów i tysiąc czterystu czterdziestu sześciu żołnierzy, biedni Saksończycy, zawsze się o nich zapomina, gdy mówi się o bitwie pod Königgrätz, gdy mówi się o historii, zawsze zapomina się o Saksończykach, zarówno żywych, jak i umarłych, drogi panie Kraus, dlaczego historia tak często zapomina o Saksończykach? W mojej książce nie pominięto Saksończyków i ja też o nich pamiętam, tak, tak, Prusacy stracili trzystu sześćdziesięciu oficerów i osiem tysięcy osiemset dwunastu żołnierzy, liczne pomniki upamiętniają poległych, tak, tak, the beautiful landscape of battlefields, cemeteries and ruins, jak zwykł mawiać Anglik.

Jego głos zlewał się z kolejną puszczaną w radiu piosenką country, która mówiła o Bożym Narodzeniu, podróży koleją i opuszczonym kościele. Winterbergowi to nie przeszkadzało. Dalej czytał i gadał pod nosem.

– Zwiedzanie pola bitwy wozem zajmuje dziesięć, jedenaście godzin, tak, tak, z postojem na obiad w Sadowie, tak, tak, wizyta w tym miejscu zainteresuje przede wszystkim wojskowych, otóż to, otóż to, tak jest, smakowity prowiant, panie Kraus, czy mamy jakiś prowiant?

Na chwilę podniósł na mnie wzrok.

Powiedziałem, że mam tylko dwa piwa i paczkę papierosów, poza tym nic nie mamy, ale przecież nie umrzemy, na pewno możemy jeszcze coś kupić, a tak w ogóle w każdej wsi jest gospoda, nie jesteśmy w Saksonii czy Brandenburgii, tylko w Czechach.

– Słusznie, słusznie, proszę, niech pan tak zrobi. I lepiej niech pan spyta, drogi panie Kraus, czy mają tu jakiegoś woźnicę.

– Woźnicę?

– Tak, woźnicę, niech pan tak głupio nie patrzy, tak napisali w mojej książce. Proszę spytać o woźnicę albo kogoś takiego, tak piszą.

[6] Nawiązanie do postaci z popularnej czeskiej piosenki Kanonýr Jabůrek z roku 1884. Kanonier Jaburek miał być uczestnikiem bitwy pod Sadową. Piosenka jest satyrą, wyśmiewa wojenną propagandę i rzekome bohaterstwo.

[7] Smidary (czes.)

[8] Hořice (czes.)

[9] Dvůr Králové nad Labem (czes.)

[10] Choustníkovo Hradišté (czes.)

Karczmarka nie znała ani żadnego woźnicy, ani nawet kierowcy taksówki. Jedynie Josefę.

– Przychodzi do gospody na obiad o dwunastej.

Dodała, że może będzie mogła nas zawieźć na pole bitwy, sama tam mieszka.

Gdy wróciłem do stołu, Winterberg leżał z głową na otwartej książce i spał, jak to często miało miejsce po napadzie historii.

– Czy on nie żyje? – zapytała karczmarka.

– Tylko zasnął. Zawsze tak robi. Korek wyciągnięty. Powietrze wypuszczone. Oczy zamknięte. Dobranoc.

– Tak to nazywa?

– Nie, ja tak to nazywam.

Roześmiała się.

– Ładnych lat dożył twój ojciec.

– On nie jest moim ojcem.

– Myślałam, że jest.

– Nie jest.

– Ale jesteście do siebie podobni.

– Co takiego? Nie jesteśmy.

– Właśnie że jesteście.

– To niemożliwe. Jesteśmy do siebie podobni?

– Tak. To, jak się zachowujecie. Jak tak siedzicie.

– To nieprawda, że jesteśmy do siebie podobni.

– Jesteście do siebie podobni i już.

Spojrzałem na Winterberga. Nareszcie cisza. Zamówiłem jeszcze jedno piwo i herbatę z rumem. Zjadłem swoją zupę. A potem jego zupę. Znowu zamówiłem piwo. W tym czasie Winterberg spał na książce, na stronach poświęconych bitwie pod Königgrätz.

Godzinę później siedzieliśmy w powozie Josefy, który nie był ani powozem, ani samochodem, lecz starym ciągnikiem marki Zetor z Brna. Kobieta miała około czterdziestu lat i pracowała w gospodarstwie. Sto świń, pięćdziesiąt sztuk bydła, dwa konie i pies. Josefa mówiła trochę po niemiecku, ponieważ po szkole pracowała u bauera niedaleko Krems w Dolnej Austrii, ale jej się tam nie podobało, bo bauer chciał się z nią przespać.

Winterberg ziewnął. Już nie spał. Patrzył na pagórkowaty krajobraz.

– Niech pan spojrzy, drogi panie Kraus, dokładnie w tym miejscu została ustawiona cesarska artyleria, celowała w Prusaków, tak, tak, to tutaj rozpoczęła się bitwa, tak naprawdę zaraz po siódmej rano, we mgle i w deszczu, a nie dopiero o ósmej, jak napisano w moim bedekerze, tego nie napisał żaden historyk.

Znów ziewnął.

– Jest już popołudnie, ale nie pozwólmy, by stanowiło to dla nas przeszkodę, już je słyszę, pierwsze salwy, pierwsze okrzyki, widzę już szturm pruskiej Pierwszej Armii. Pan też to słyszy?

Nic nie słyszałem, jednak przytaknąłem, tak jak zawsze przytakiwałem, i pomyślałem sobie to, co zawsze myślałem.

– Wspaniale, wspaniale, że pan również to słyszy.

Traktor jechał skrajem wąskiej drogi, a tymczasem Josefa opowiadała o tym, jak wiele lat temu zostawił ją mąż.

– Ale to nic.

Następnie skręciła ciągnikiem i zaczęła powoli wjeżdżać na górę. Pojazd jęczał i trząsł się, Josefa zaś opowiadała, jak przed rokiem zmarła jej matka.

– Ale to nic.

Padał śnieg, a kobieta mówiła, że jej syn wpadł w złe towarzystwo i bierze narkotyki.

– Ale to nic.

– Mimo to musi być pani niezwykle szczęśliwą osobą – odezwał się Winterberg do Josefy. – Mieszka pani w Chlumie, w epicentrum, tak, tak, w samym oku cyklonu bitwy pod Königgrätz. Znam ludzi, którzy marzą o tym, by mieszkać w Chlumie.

– Naprawdę?

– Tak, tak, to marzenie wielu ludzi…

– Serio?

– Tak, tak, ludzi takich jak ja, którzy patrzą przez pryzmat historii. Musi być pani szczęśliwą kobietą.

– Nie wiem, jest mi to obojętne.

Opowiadała o świniach i rogaciźnie. O kukurydzy i ziemniakach. O życie i pszenicy. O suszy, pożarze na polu, powodzi. Opowiadała o tym, co wiedziała o wojnie od dziadka i co jemu przekazał jego dziadek. Opowiadała, jak musieli we wsi grzebać zwłoki. Trupy ludzkie i końskie. Opowiadała, że ziemia nie chciała strawić zmarłych. Opowiadała, jak ziemia przez lata się poruszała. Jak się zapadała. Otwierała. Jak chłopi i robotnicy leśni potykali się o kości. Jak wpadali do głębokich mogił na polu bitwy, które zamieniały się w studnie.

– Lecz nie była to żadna woda źródlana, ta woda śmierdziała, była zielona, żółta, oleista, ponieważ ziemia nie chciała strawić zmarłych, chciała nimi zwymiotować, pozbyć się ich, może ożywić, jak powtarzał zawsze mój dziadek, ale ja nie wiem, jak tam było…

– Otóż to, otóż to, tak było, właśnie tak. Tak, tak, ta prusko-austriacko-saksońska potrawa okazała się zbyt ciężka, zbyt treściwa dla łąk, pól, lasów i ludzi pod Königgrätz, tak, tak, zbyt ciężkostrawna dla tego przepięknego, czeskiego krajobrazu, tak, tak, doprawdy, the beautiful landscape of battlefields, cemeteries and ruins, jak zwykł mawiać Anglik – powiedział Winterberg, spoglądając na pola i stojący w oddali pomnik.

– Ziemia wciąż jeszcze wypluwa tu zmarłych – oznajmiła Josefa. – Przed trzema laty na skraju lasu Svíb znaleziono otwarty grób. Niemal pusty. Zmarli zniknęli. Mówi się, że duchy nadal błąkają się po lesie.

– Widzi pan, panie Kraus, ja również nie trawię ciężkich potraw, to wszystko ma swój początek w tej bitwie – orzekł Winterberg.

– Powinien pan pić wódkę. Becherovkę, pomaga na wszystko, jak mówi mój ojciec. Albo śliwowicę, lubię się jej napić po zjedzeniu pieczeni wieprzowej – powiedziała Josefa. – A z drugiej strony na polu, gdzie znajdują się groby, zawsze mieliśmy piękne żniwa, i tak jest do dziś. Tylko te duchy, z nimi gorzej.

– Słyszy pan, panie Kraus, duchy.

– Tak, duchy. Można się do nich przyzwyczaić. Tutaj już każdy widział jakiegoś ducha, w lesie lub na polu.

– Pani też?

– Ja też.

– Duchy to jakaś bajka – oznajmiłem.

– Tak, tak jest. Żyją tutaj pośród nas. A gdzie indziej miałyby pójść? Zjawy tak po prostu nie odchodzą, jak zwykł mówić mój dziadek. I dlatego musimy z nimi żyć.

– Tak, tak, otóż to, the beautiful landscape of battlefields, cemeteries and ruins.

– Nie znam angielskiego.

– Pięknie tu. Też z chęcią bym tu zamieszkał – rzekł Winterberg, patrząc przez okno na cmentarz.

– Tutaj leżą tylko Prusacy. Pole wokół cmentarza należy do mojego wuja. Zawsze mówił przy piwie, że najlepszym nawozem dla ludzi są inni ludzie. Knajpa w naszej wsi, tam również powinien pan pójść, znajduje się na samym polu bitwy. Kiedyś jeden pijany chłop roztrzaskał tam toporem głowę innemu pijanemu chłopu.

– Zwłoki zabitych toporem nie przedstawiają pięknego widoku, zwykł mawiać mój ojciec.

– Jeden zginął na miejscu, a drugi zwariował. Uderzył, bo był zazdrosny o pole tego pierwszego, na którym rosła pszenica dużo ładniejsza niż u niego.

Traktor ryknął, a Josefa ominęła dziurę.

– I tak jest u nas do dnia dzisiejszego. Ach, musicie przyjechać latem. Na całym świecie nie ma piękniejszego miejsca niż to, wszystko kwitnie i pachnie. A w lesie Svíb znaleźć można najdorodniejsze borowiki w całej okolicy, każdy nam ich zazdrości, a to wszystko również za sprawą grobów, zmarłych i bitwy.

– A duchy? – zapytałem.

– Ach, tutaj każdy wie, jak dać sobie z nimi radę.

– Doprawdy, musi być pani bardzo szczęśliwą kobietą – odezwał się Winterberg do Josefy. – Też mówię na zmarłych duchy. Wiem, wiem, są pośród nas.

Josefa roześmiała się. Sypał coraz gęstszy śnieg.

– Nie wiem, czy jestem szczęśliwa… Chociaż kto wie, może ma pan rację. Być może naprawdę jestem szczęśliwa. Nie potrafiłabym żyć gdzie indziej.

Winterberg stwierdził, że chłop to najprawdopodobniej ostatnia ofiara bitwy pod Königgrätz z roku 1866, ostatni owoc Cornus sanguinea, ostatni duch.

– Rzecz jasna, z wyjątkiem mnie i pana, drogi panie Kraus. Gdyż my jesteśmy następni w kolejności, bez względu na to, czy pan chce, czy nie, tak właśnie, tak, tak, lecz nie żal mi umarłych i duchów, żal mi jedynie tych, którzy przeżyli, tak, tak, drogi panie Kraus, żal mi tylko tych, których dotknęła żałoba.

– Ostatnią ofiarą był stary Málek ze wsi Mlékojedy – odparła Josefa. – Dwa lata temu znalazł w lesie Svíb stary pocisk artyleryjski i próbował przeczyścić nim zatkany komin.

– Pruski czy austriacki pocisk?

– Tego nie wiem.

– A może saksoński granat?

– Nie wiem.

– Szkoda. Ale jedno jest pewne, zwłoki rozszarpane pociskiem artyleryjskim również nie przedstawiają pięknego widoku, jak zwykł mawiać mój ojciec, a musiał to wiedzieć, widział więcej trupów niż my wszyscy razem wzięci.

– Przecież nie ma znaczenia, co to był za granat.

– Przypuszczam, że to był raczej austriacki pocisk, tak, tak, te pociski były znacznie lepiej zbudowane, pruski pocisk już dawno rozłożyłby się w ziemi.

– Nieźle go trafiło. Nie znaleziono jego prawej ręki, zeżarł ją granat.

– Tak, tak, Prusacy obawiali się austriackiej artylerii, a mimo to wygrali bitwę.

– Do dziś nikt nie chce jego domu. Wszyscy boją się zmarłego.

Josefa wskazała mały wiejski domek z niskim czerwonym dachem i starą jabłonką rosnącą z przodu w ogrodzie. Na gałęziach pozbawionych liści wisiały zapomniane i zmarznięte czerwone jabłka.

– No cóż, drogi panie Kraus, może moglibyśmy kupić ten dom, skoro nikt go nie chce?

– Może.

– Ja się nie boję.

Na drodze szalała śnieżyca.

I wtedy dotarliśmy do Chlumu, gdzie skręciliśmy w jeszcze węższą uliczkę.

Śnieżyło coraz mocniej. Gdy wysiedliśmy, przed nami rozciągała się pogrążona w ciszy okolica. Całe pole bitwy pod Königgrätz spowijała cienka warstwa śniegu, zasypując wszystkie trupy i duchy oraz cały ból. Winterberg podszedł do drogowskazu i poprzez zamieć wpatrywał się w dal. Nic nie było widać.

Nic nie było słychać.

– Piękny widok – powiedziałem. – Opłaciło się.

– Tak – odparła Josefa, zaśmiała się i odwróciła w moją stronę. – Masz żonę?

– Nie.

– Przepraszam za to głupie pytanie, ale taka już jestem, zawsze od razu pytam.

– W porządku.

– Masz dzieci?

– Nie.

– A ta mała gruszka?

– Gruszka?

– No przecież wygląda jak mała, pękata gruszka. Co mu właściwie jest?

– Cornus sanguinea.

– A co to?

– Wojna.

– Wojna?

– Wojna.

– Wszystkim Niemcom dolega wojna.

– Nie tylko Niemcom. Być może nam wszystkim.

– Tak, wszystkim mężczyznom. Kobietom nie, chociaż, kto wie… Powinieneś zobaczyć, jak wygląda to latem, w lipcu, kiedy przypada rocznica bitwy, wtedy przyjeżdża tu wielu mężczyzn, bawią się w wojnę jak małe dzieci. Kilka kobiet też bierze w tym udział. A potem wszyscy odjeżdżają. W zimie nikt nie przyjeżdża, zimą mamy spokój, zarówno my, jak i zmarli. Zimą przyjeżdżają tylko takie gruszki jak on.

Zaśmialiśmy się.

Zapaliliśmy.

Pożegnaliśmy się.

– Może do zobaczenia w gospodzie – powiedziałem.

– Może tak.

Padał śnieg, patrzyłem na jej stary traktor, który znikał powoli w bieli. Zapragnąłem wrócić do gospody. Było mi zimno. Miałem ochotę na herbatę z rumem. Na piwo. Nie na wojnę. Ani na Winterberga. Ani na umarłych. Nie na te wszystkie bzdury. Wpatrywałem się w zamieć i marzyłem, by Winterberg zniknął zasypany pod śniegiem.

Nic nie było widać, wtem jednak Winterberg coś dostrzegł.

– Tam, niech pan spojrzy, panie Kraus, tam!

Spośród śniegu i mgły wyłoniła się wysoka latarnia. Kolumna z piaskowca, na niej kobieca postać trzymającą wysoko w dłoni niewielki wieniec. Jakby błogosławiła. Jakby trzymała wieniec nad całą okolicą.

– Austria, bogini miłości, bogini wolności, bogini śmierci, bogini Cornus sanguinea, tak, tak, królowa Königgrätz, drogi panie Kraus, czyż to nie piękne, że teraz tu jesteśmy, tutaj in the beautiful landscape of battlefields, cemeteries and ruins, jak mawiał Anglik, którego spotkałem w Berlinie, tak, tak, Anglik patrzył przez pryzmat historii, the beautiful landscape of battlefields, cemeteries and ruins.

Winterberg, który w trakcie jazdy na miejsce sprawiał wrażenie zmęczonego, znowu promieniał. Pomaszerował przez śnieg i wiatr w kierunku pomnika, lód na polnej ścieżce skrzypiał mu pod butami.

– Bohaterom z Baterii Martwych.

Przeczytał na głos napis na kolumnie pomnika.

– W tym miejscu po zaciętej walce polegli śmiercią bohaterską dnia trzeciego lipca tysiąc osiemset sześćdziesiątego szóstego… Nie znam… Nie znam… Nie znam… August van der Groeben, a tego znam.

Następnie podniósł wzrok i przed dłuższy czas patrzył zdumiony na Austrię, która także długo i ze zdziwieniem spoglądała na niego z góry.

Na niego.

Na nas.

Na zaśnieżone pole bitwy pod Königgrätz.

Na zamarznięte kwiaty na cokole pomnika.

– Cornus sanguinea. Niech pan patrzy, drogi panie Kraus, był tu ktoś z Budapesztu, pewnie też szukał swoich zmarłych, swoich ciał, swoich duchów, tak, tak, Węgrzy są wierni, nie zapominają o swoich umarłych. Tak, tak, tam także pojedziemy, moja Lenka również była w Budapeszcie, przysłała mi pocztówkę, tak, tak, gdy musiała opuścić Reichenberg, udała się do Brna, Wiednia, Budapesztu, Zagrzebia i Sarajewa, tak, tak, z każdego z tych miejsc przysyłała mi pocztówki, tak, tak, mieliśmy się spotkać w Sarajewie i stamtąd razem pojechać do Grecji, a potem dalej statkiem do Palestyny, taki mieliśmy plan, drogi panie Kraus, ale wszystko na próżno, wszystko potoczyło się inaczej, tak to już w życiu jest, tak, tak, a teraz Lenka nie żyje, moja Lenka, równie piękna jak Austria na pomniku, tak, tak, jedyna kobieta, którą naprawdę chciałem poślubić, Lenka Morgenstern, pierwsza kobieta na Księżycu, smutne, smutne, wciąż napawa mnie to ogromną melancholią. Gdy będziemy w drodze do Sarajewa, koniecznie musimy zahaczyć o budapeszteńskie termy, tam się wygrzejemy. W Budapeszcie też doświadczymy nagłej zmiany pogody, tak, tak, może się pan już cieszyć.

Winterberg trząsł się w podnieceniu i ciągnął mnie przez zaśnieżony las.

– Panie Kraus, wiem, że jest zimno, ale musimy wytrzymać, jak Austriacy, jak Prusacy, jak Saksończycy, tak, tak, musimy to zobaczyć, pozycje Baterii Martwych, która walczyła tutaj z całkowitym poświęceniem, która zmieniła to wzgórze w bohaterską płomienną twierdzę, spopielarnię, a w końcu w ognistą kryptę, podobnie jak mój ojciec przekształcił w płomienną twierdzę, spopielarnię i ognistą kryptę wzgórze Monstranzberg[11] w Reichenbergu, tak, tak, smutne, smutne, czy to nie piękne, że tu jesteśmy.

Ciągnął mnie coraz głębiej w las.

– Niech pan patrzy, drogi panie Kraus, tu też stoi pomnik. A tam jeszcze jeden! Tutaj, niech pan spojrzy, tak, tak, i tu, i tu, te zagłębienia terenu stanowiły pozycje cesarskiej artylerii… Bateria Martwych nie od razu była martwa, Bateria Martwych ostrzeliwała las Svíb i Sadową, strzelała w kierunku pruskiej Pierwszej Armii, strzelała i strzelała, wciąż strzelała i trafiała, tak, tak, Austriacy byli dobrymi kanonierami, wiedziano o tym przynajmniej od bitwy pod Solferino, jeśli Solferino coś panu mówi, chociaż Austria tak koncertowo przegrała pod Solferino, podobnie jak w innych bitwach, jak pod Königgrätz, mimo to cesarska artyleria przewyższała wszystkie inne oddziały artyleryjskie, tak, tak, smutne, smutne, drogi panie Kraus.

Padał śnieg. Już nie lekki, tylko ciężki i mokry. Winterberg ciągnął mnie coraz dalej przez cichy, zimowy las.

– Nie miała jednak pojęcia, że na jej tyłach znajdowała się pruska Druga Armia, nie, nie, nikt tego nie wiedział, tak, tak, słynna mgła wojny, powinni byli poczytać Clausewitza, Anglik czytał Clausewitza, tak, tak, mgła wojny, wszyscy się poświęcili, gdy ogniem płomieni osłaniali odwrót austriackiej armii w kierunku Königgrätz, tylko jeden jedyny austriacki oficer przeżył bitwę, tylko jedno jedyne działo zostało uratowane przed wrogiem z tej płomiennej krypty. I tak upływa czas, wszystko przechodzi, wszystko przemija, o, jak ten czas ucieka.

Staliśmy na skraju lasu pod zmurszałą amboną. Śnieg przestał sypać. Spoglądaliśmy w dół na płytką dolinę. W oddali dojrzałem stado saren. Szosą jechał mały, zielony samochód. Dostrzegłem trzy szare budynki obór czy stajni, być może było to gospodarstwo, w którym pracowała Josefa.

Winterberg również patrzył na wzgórza, lasy i pola.

– Czy widzi pan, drogi panie Kraus, jak bitwa pod Königgrätz żłobi ten krajobraz? Znaczy nie tylko tę ziemię, tak, tak, lecz całą Europę, po tej bitwie nic nie było takie jak dotychczas, nic, tam, tam, widzi pan, te dwa drzewa w oddali, to na pewno dwie lipy w Hořiněves, widzi pan?

Spojrzałem we wskazanym przez niego kierunku, ale we mgle niczego nie dostrzegłem.

– Tam też musimy się udać, niech pan w końcu przeczyta coś na temat historii, wtedy wszystko pan zrozumie, drogi panie Kraus, tak, tak, niech pan spojrzy na tę bliznę, niechże pan jej dotknie, panie Kraus, to czyste szaleństwo, to wszystko wciąż tutaj jest, biedni Saksończycy, biedni Austriacy, biedni Prusacy, Cornus sanguinea.

Winterberg wziął zmarzniętą ziemię, ciemnobrązową, czeską glinę, która przykleiła mu się do palców – wytarł je o swój szary płaszcz.

– Wszystko, co widzimy, wszystko, czym jesteśmy teraz, to ta bitwa, która jątrzy się w moim sercu niczym rana, niezagojona, tak, tak, trochę napawa mnie to melancholią.

Winterberg zamknął oczy i rozpostarł ramiona, jakby chciał objąć cały pejzaż. Jakby chciał się z tym pejzażem zjednoczyć. Jakby nie pragnął niczego innego jak tylko tego, by ten krajobraz go pochłonął. Jakby w ten sposób próbował znaleźć ukojenie.

Spojrzałem na niego, pokręciłem głową, zapaliłem papierosa i znowu zobaczyłem kilka saren, nieoczekiwanie całkiem z bliska, jedna z nich długo mi się przypatrywała. A potem zniknęła w lesie wraz z resztą stada.

– Drogi panie Kraus, nie powinien pan tyle palić. Tam, to musi być tam, las Svíb, Aleja Umarłych, reprezentacyjna ulica w tym lesie, reprezentacyjna ulica bitwy pod Königgrätz, Cornus sanguinea.

Wskazał na zaśnieżony skrawek lasu po drugiej stronie doliny.

[11] Monstranční Vrch (czes.)

W lesie panowała cisza. Jedynie gdzieś daleko w głębi jęczała piła łańcuchowa. Pod naszymi stopami śnieg mieszał się z opadłymi gałęziami i zszarzałymi liśćmi. Przeszliśmy wzdłuż szeregu smukłych wysokich drzew i naraz stanęliśmy przed prostym krzyżem z czarnego metalu. W odległości trzech metrów od niego ze śniegu wystawał jeszcze jeden krzyż. I jeszcze jeden. I wtedy Winterberg zobaczył jakieś zarośla.

– Cornus sanguinea, wiedziałem!

Oderwał kilka zmarzniętych gałązek i pokazał mi je.

– Cornus sanguinea, dereń świdwa, krwistoczerwony dereń, po czesku svída krvavá, to powinien pan wiedzieć, rośnie tu wszędzie, tak, tak, krew, musimy przyjechać tu raz jeszcze latem albo jesienią, gdy liście mają taką piękną, krwistoczerwoną barwę, tak, tak, tak czerwoną jak jej usta, tak czerwoną jak jej kolczyki z czeskimi granatami, Lenka uwielbiała ten kolor, tak, tak, kolor liści zwabił żołnierzy w to miejsce niczym w pułapkę, tych wszystkich Saksończyków, Prusaków i Austriaków, którzy leżą tu teraz jedni na drugich i których ziemia nie może strawić, tak, tak, właśnie tak, jak mówiła nam Josefa, ten las wziął swą nazwę od Cornus sanguinea, i znowu – to żaden szczęśliwy traf historii, ale następny tragiczny jej wypadek. Liście są krwistoczerwone jak ziemia pod nami, tak, tak, sekcja zwłok na żywym organizmie, nie ma ucieczki.

– Nie rozumiem pana.

– Tak, tak, pan mnie wciąż nie rozumie, bo nie patrzy pan przez pryzmat historii, właśnie tak, smutne, smutne, napawa mnie to melancholią.

Szliśmy dalej, a pod naszymi stopami skrzypiały śnieg, lód i gałęzie.

Przez cały czas miałem wrażenie, że ktoś nam towarzyszy. Że ktoś nas widzi. Śledzi nas. Może zmarli. Duchy spod Königgrätz, których ziemia pod nami nie potrafiła strawić.

Usłyszałem piłę.

Rozejrzałem się.

Nikogo nie dostrzegłem.

– Powinniśmy iść.

– Dokąd? Dlaczego?

– Z powrotem. Zaraz zrobi się ciemno.

– Nie, nie, dopiero przyszliśmy. Zostaniemy tu na zawsze.

– Zwariował pan.

Zobaczyłem coś w krzakach. Poruszyło się. Może jakieś zwierzę. Dzik albo sarna. Nie, wyglądało na większe. Dużo wyższe.

Jak mężczyzna.

Jak żołnierz.

Jak duch.

– Tam ktoś stoi – powiedziałem i pokazałem na las.

Winterberg jednak nie słuchał.

– Tak, tak.

– Tam ktoś jest!

Ale Winterbergowi było to obojętne. Oglądał jakiś grób.

– My tu jesteśmy.

Zrobiłem kilka kroków w kierunku lasu.

– Hop! Hop!

Podniosłem gałąź, przełamałem ją na pół i rzuciłem w stronę wielkiego cienia w zaroślach.

Coś się poruszyło i uciekło. Nie dostrzegłem, co to było.

Winterberg też nie widział.

– Zostaniemy tutaj. Czyż tu nie pięknie?

– Nie, idziemy.

– Lenka, Lenka, gdzie jesteś? Jesteś tu?

– Pan naprawdę oszalał. Ja już idę.

Rzuciłem okiem w kierunku zarośli, niczego już tam nie dojrzałem. Było mi zimno. Chciałem wracać.

I wtedy Winterberg zaczął tańczyć. Z bukietem Cornus sanguinea w ręku tańczył od drzewa do drzewa.

– Lenka, Lenka, wiem, że też tutaj jesteś.

Winterberg tanecznym krokiem przemierzał las. Od krzyża do krzyża. Od mogiły do mogiły. Od pomnika do pomnika. Napad historii, ta burza w jego duszy gnała go coraz dalej, nawałnica, która przestała być nawałnicą, a zamieniła się w orkan. Las Svíb grał do taktu słyszalną jedynie dla niego muzykę.

– Lenka, Lenka!

– Lenki tu nie ma, ona nie żyje!

Winterberg jednak nie słuchał.

– Nie znam… Nie znam… Nie znam… Tak, tak, tego znam… Tego nie znam… Musimy znaleźć…

– Lenkę? Lenka nie żyje, nie leży tutaj.

– Musimy ich odnaleźć, moich krewnych, gdy ich znajdziemy, będziemy bliżej mordercy, mordercy, którego szukamy…

– Jakiego znowu mordercy?

– No jak to, mordercy Lenki.

– Ale przecież tamto wydarzyło się gdzieś w Sarajewie, o ile nie gdzie indziej.

– Tutaj historia ma swój początek, nie rozumie pan? Dlaczego pan tego nie rozumie? Nie znam… Nie znam… Musimy ich odnaleźć.

– Panie Winterberg, proszę poczekać… Niech pan poczeka!

Chwyciłem go za płaszcz.

Spojrzał na mnie. Pocił się i drżał.

Napad historii wciąż trwał.

– Przecież to szaleństwo.

– Tak, tak szaleństwo, czyste szaleństwo, właśnie tak.

– Powinniśmy iść.

– Czyste szaleństwo, czyste szaleństwo.

– Idziemy. Już.

– Tak, tak, to szaleństwo. Ma pan rację.

Mimo to nie chciał iść. Wciąż tańczył między grobami. Próbowałem znowu go powstrzymać, ale nie dało się go ani zastopować, ani uspokoić.

– Lenka, Lenka, Karl, Julius…

W końcu jednak Winterberg stanął pod jakimś drzewem. Oddychał ciężko, patrząc na mnie. Zaczął krzyczeć.

– Pan nie ma pojęcia o historii, pan nie ma pojęcia, jak się czuję, nie ma pan pojęcia, co stało się z Lenką, nie ma pan pojęcia, dlaczego tu jesteśmy, nie ma pan pojęcia, co rozegrało się tu, w deszczu i mgle, trzeciego lipca tysiąc osiemset sześćdziesiątego szóstego roku.

– Wiesz co, to sobie tu zostań. Ja już idę. Możesz tutaj zdechnąć. Mam tego powyżej uszu. Nie potrzebuję twoich pieniędzy. Nadajesz się do czubków, rozumiesz? Do czubków! Jesteś chory. Pomylony. Zostań ze swoimi zmarłymi. Idę stąd, bo inaczej też jeszcze zwariuję, pocałuj mnie w dupę, ty stary durniu.

Przywalił mi. Tego się nie spodziewałem. A potem przylał drugi raz. Poczułem w ustach krew.

– Nie możesz odejść, nie możesz tego zrobić. Jesteś za mnie odpowiedzialny, to nie moja wina, że żyję. Chciałem umrzeć, chciałem mieć wreszcie spokój, tak, tak, nie prosiłem, żebyś mnie ratował. Przywróciłeś mnie do życia, obudziłeś mnie, w przeciwnym razie już bym nie żył i wszystko byłoby dobrze, to twoja wina, nie moja, tylko twoja, twoja, twoja, ty idioto. Kto cię o to prosił? Ja nie chciałem już żyć.

Spojrzałem na niego.

Patrzył na mnie.

Pocił się, drżał, oddychał ciężko.

Też byłem wykończony. Znowu miałem wrażenie że ktoś mocno mnie obejmuje, zgniata swoim uściskiem. Moje serce waliło i płonęło.

Staliśmy obok siebie pod drzewem, opierając się o chłodną korę i wpatrując się w pociemniały, zimowy las.

To był stary buk.

Więcej się nie odzywaliśmy.

Widzieliśmy leżące przed nami drzewo, które powaliła ostatnia burza.

Zaśnieżoną leśną drogę.

Prosty krzyż nad grobem.

Zapaliłem papierosa. Wiedziałem, że Winterberg ma rację. To była moja wina. Gdy jego córka mnie do niego przyprowadziła i zapłaciła mi za przeprawę, za towarzyszenie mu w przejściu na drugą stronę, leżał już na wpół martwy w łóżku.

Jedno zdanie, jedno jedyne zdanie wszystko zmieniło. Jedno jedyne słowo.

– A to ciekawe, pana nazwisko brzmi Winterberg, a ja pochodzę z Winterbergu, z Vimperku w Czechach, miejscowości, która kiedyś nazywała się Winterberg.

Powiedziałem mu to tamtej nocy.

Nie przypuszczałem, że mnie słyszy.

Leżał i spał.

A jednak mnie usłyszał.

Otworzył oczy.

A potem wszystko się zmieniło.

I tak oto znaleźliśmy się tutaj.

Na polu bitwy pod Königgrätz.

W tym zasypanym śniegiem lesie.

– No, zrób to, revanche pour Sadova, jak wołali Francuzi. No, zabij mnie – wrzasnął na mnie znienacka Winterberg. – Zemsta za Sadowę. W końcu się na coś odważ, mięczaku jeden, zabij mnie.

Spojrzałem na niego.

Patrzył na mnie.

Wokół nas cichy, zimny, ciemny las.

I jeszcze ktoś się nam przyglądał. Duch. Martwy żołnierz w mundurze z bronią w ręku.

– Co do diabła tu robicie? – zapytał i podszedł bliżej.

Okazało się, że to stary leśniczy, który trzymał w ręku piłę łańcuchową.

Winterberg się nie odzywał, oddychał ciężko, pocił się i drżał.

Podobnie jak ja.

– Szukamy Karla Strohbacha i Juliusa Ewalda – odparłem.

Szliśmy szeroką, prostą drogą, która biegła przez las niczym niekończąca się blizna.

– To Aleja Umarłych – opowiadał leśniczy. – Ciała z lewej strony, ciała z prawej strony, ciała pod nami.

Musiałem pomóc Winterbergowi. Nawałnica w jego duszy i napad historii uciszyły się. Sprawiał wrażenie wyczerpanego, drobnego i kruchego jak zamarznięte gałązki Cornus sanguinea, które trzymał w dłoni.

Wyszliśmy z lasu.

Pośrodku pola stał prosty pomnik z piaskowca.

– Karl Strohbach, Julius Ewald – powiedział leśniczy, wskazując wyryte nazwiska. – Znam tutaj każde drzewo, każdy grób i każdego umarłego. Wszystkiego nauczył mnie mój ojciec. A jemu przekazał to jego ojciec. Od zawsze byliśmy leśniczymi w tym lesie.

Niebo przybrało ciemnoszarą barwę. Znów padał śnieg, Winterberg oglądał obelisk. A potem złożył swoją wiązankę.

Cornus sanguinea.

Siedzieliśmy w gospodzie. Ja, Winterberg i Josefa. W radiu leciało country, a w telewizji piłka nożna. Winterberg spał z głową na otwartej czerwonej książce. Zamówiłem jeszcze jedno piwo.

Jedno dla mnie.

Jedno dla Josefy.

Piliśmy, a ja patrzyłem jej w oczy. Szare, piękne, głębokie.

– Co jest?

– Nic.

– Co się tak gapisz?

– Masz śliczne oczy.

– Naprawdę? Ja tak nie myślę. Podobają mi się niebieskie oczy. Twoje są ładne.

Patrzyłem jej w oczy, a ona patrzyła w moje.

I widziałem w jej oczach inne – tak samo piękne, szare i głębokie.

Oczy Carli.

– Co jest? – spytała ponownie Josefa.

– Nic.

Przeprawa

Pierwsze słowo, które wypowiedział, brzmiało: „spopielarnia”.

Gdy dzieci uczą się mówić, pierwszym słowem, które wypowiadają, jest „mama”, „tata”, „jeść”, „robić kupę” albo, dajmy na to, „siusiak”, jednak żaden maluch nie mówi na początek „spopielarnia”.

Lecz Winterberg powiedział:

– Spopielarnia.

Wiem, Winterberg nie jest dzieckiem. Winterberg porusza się raczej w przeciwnym kierunku. Zmierza tam, dokąd wszyscy się udajemy, jedni wolniej, inni szybciej, wszyscy tam jednak zdążamy.

Czy tego chcemy, czy nie.

Czy próbujemy zwolnić, czy nie.

Czy jesteśmy zdrowi, czy nie.

Tam, dokąd wszyscy idziemy i dokąd musimy się udać, tam, we mgle na końcu drogi, na końcu podróży, na końcu przeprawy, jak mawiamy my, żołnierze armii ostatniej nadziei, tam dochodzimy do naszego własnego początku. Przez chwilę patrzymy na swoje odbicie w lustrze.

Widzimy, kim jesteśmy.

Widzimy, kim byliśmy.

Być może lustro rozbija się w tym momencie, gdy na siebie patrzymy.

Może za nim nic nie ma. Tylko czarna ściana. Albo trampolina do wielkiej pustki. Przepaści. Nieskończoności. Skończoności.

Może czeka tam Bóg.

Albo diabeł.

A może knajpa ze świeżo nalanym piwem, gdzie siedzą ci, którzy odeszli przed nami, i na nas czekają. Gdy staniemy w drzwiach, uniosą kufle i powiedzą: „I co tam, trochę to trwało”.

I wzniesiemy toast z okazji naszego przybycia.

Naszego ponownego spotkania.

Naszej śmierci.

A może po drugiej stronie zwyczajnie niczego nie ma. I gdy mówię: „niczego”, to naprawdę mam na myśli „nic”. Może po prostu znikniemy. Rozpłyniemy się jak poranna mgła. I może tak lepiej. Wreszcie będzie po wszystkim.

A może naprawdę stoi tam lustro, w którym przejrzymy się przez dłuższą chwilę. Lubię opowiadać o lustrze, o spotkaniu z własnym ja. To nie żadne powtórne narodziny lub coś w tym guście. Tylko spotkanie. Szybka wymiana spojrzeń. Wierzę w to. Na końcu nie chcę spotkać innych. Jedynie siebie samego. Pragnę siebie zrozumieć.

To, kim jestem.

To, kim byłem.

Lubię opowiadać o lustrze, gdy moi marynarze leżą obok mnie na statku w łóżku. Dzień za dniem i noc za nocą. Mówię im o tym zimą, wiosną, latem i jesienią, i znów zimą, gdy w następnym roku spędzają ją jeszcze ze mną. Snucie opowieści to jedyna i ostatnia nadzieja mojej załogi.

Chcę przez to powiedzieć, że wielu, których zabrałem na przeprawę, którym towarzyszyłem do śmierci, którym w czasie tej podróży gotowałem, których karmiłem, zaopatrywałem w lekarstwa, których myłem i czesałem, wielu, którym wycierałem usta, oczy i tyłki, wielu, którym czyściłem zęby, uszy i nosy, wielu, których goliłem i przewijałem, wielu, których trzymałem za rękę, wielu, z którymi się szarpałem i których uspokajałem, wielu, którym czytałem na głos gazety i książki, i którym potem znowu gotowałem, których karmiłem i zaopatrywałem w leki, którym znowu wycierałem usta, oczy i tyłki, których znowu goliłem i przewijałem, trzymałem za rękę, wielu z nich było, jest i będzie nikim innym jak tylko małymi, zagubionymi, wyrzuconymi poza czas, wypchniętymi ze świata, bezdomnymi dziećmi, które czekają na skraju ulicy, aż ktoś je stamtąd zabierze.

Zagubionymi, małymi dziećmi, którymi trzeba się zaopiekować.

Zagubionymi, małymi dziećmi, które płaczą, krzyczą, gryzą, plują, klną, drapią, śpią i śnią, i znowu płaczą.

Zagubionymi dziećmi podczas przeprawy.

Tak jak Winterberg.

Lecz wtedy powiedział:

– Spopielarnia.

A ja na to:

– Spopielarnia?

– Spopielarnia – powtórzył.

I wszystko było inne.

Trochę mnie to zaskoczyło, myślę, że każdy byłby zdumiony.

Nie znałem tego słowa. Usłyszałem je po raz pierwszy. Nie wiedziałem, co znaczy. Nie miałem pojęcia, ile razy jeszcze je usłyszę.

Nie wiedziałem jeszcze tylu rzeczy.

O Winterbergu. O Lence Morgenstern. O jego córce Silke. O Reichenbergu i o spopielarni. O tych wszystkich zwłokach i o miłości. O wojnie. O historii i o kolei. O Königgrätz i o Sarajewie.

O sobie samym.

– Mój ojciec przeszedł ciężki udar.

Siedzieliśmy przy dużym kuchennym stole i popijaliśmy kawę.

– To trzeci udar z rzędu w krótkim czasie.

Kuchnia stanowiła jedyne pomieszczenie w mieszkaniu, gdzie nie było ani widać, ani słychać pociągów.

– Lekarz twierdził, że już pierwszy był ciężki.

Kuchnia to chyba jedyne pomieszczenie, w którym dało się spokojnie spać.

– Lekarz orzekł, że drugi był jeszcze poważniejszy.

Nie stało tam jednak żadne łóżko. Duże okno wychodziło na wewnętrzny dziedziniec, zobaczyłem pojemniki na śmieci i niewielki lasek.

– Lekarz powiedział, że to cud, że mój ojciec go przeżył.

Świerk, dwie brzozy i lipa.

– A on nawet trochę do siebie doszedł.

Pod lipą stała ławka, na niej siedziało dwóch robotników budowlanych w samych podkoszulkach, paląc, pocąc się i kłócąc ze sobą.

– Później jednak przewrócił się tutaj w kuchni i został zabrany do szpitala. Krótko potem dostał trzeciego udaru.

Niebieskie niebo, wilgotne i ciepłe powietrze.

W dni takie jak ten miewam czasami zawroty głowy. Agnieszka mówiła, że powinienem wybrać się do lekarza, podobno mam za wysokie ciśnienie.

Ale ja nie lubię chodzić do lekarza.

– Tutaj w tej kuchni znalazł też moją matkę po udarze. Troszczył się o nią przez całe lata, jakieś szaleństwo, jak tak sobie teraz o tym pomyślę.

Agnieszka mówiła, że powinienem się więcej ruszać i uprawiać sport.

Ale ja nie lubię sportu.

– Muszę pracować. Zadzwoniłam więc do pana, panie Kraus.

– Tak.

– Mam nadzieję, że się dogadamy.

Agnieszka mówiła, że nie powinienem tyle pić.

Ale ja za każdym razem, gdy wracałem z przeprawy, musiałem się upić. A nierzadko również podczas przeprawy, gdy morze jest wzburzone, a fale za wysokie.

– Z pewnością wie pan lepiej niż ja, co należy robić.

– Tak.

– W porządku.

Patrzyła na mnie.

Silke Winterberg.

Dobrze po trzydziestce albo tuż po czterdziestce, bardzo szczupła, może nawet zbyt szczupła, nienaturalnie szczupła, jak określała to Agnieszka. Wąskie usta i krótkie, jasne włosy.

Powiedziała, że mieszka we własnym mieszkaniu tuż obok. Że często wyjeżdża. Że gdyby coś się działo, mam natychmiast dzwonić. Że jeśli nie odbierze od razu, to prawdopodobnie będzie na zebraniu i zaraz oddzwoni.

– Tutaj są klucze. To zamek zatrzaskowy, a to stary, zwyczajny zamek, nie musi go pan zamykać.

– Jasne.

– Pokażę jeszcze panu pokój, gdzie będzie pan spał.

Wstaliśmy, dwaj robotnicy na dziedzińcu w dalszym ciągu kłócili się o to, który z nich przyszedł dziś za późno. Wziąłem swoją walizkę i poszedłem za córką Winterberga. Mieszkanie było duże, znacznie większe, niż myślałem. Niektórych pokoi najwidoczniej nie używano. W długim korytarzu wisiały historyczne mapy i obrazy.

– Chciałam, żeby rodzice przeprowadzili się do mniejszego mieszkania, ale ojciec się nie zgodził. Mówił, że brakowałoby mu pociągów, bez nich nie może zasnąć, no cóż, mnie akurat cieszy, że w moim mieszkaniu ich nie słychać. Mam nadzieję, że przyzwyczai się pan do pociągów. Moje mieszkanie jest dużo cichsze. Ale ja często wyjeżdżam.

Poszliśmy.

– To akurat nie problem, lubię pociągi.

– Naprawdę? Ojciec by się ucieszył. Kocha kolej. I historię.

– Niestety, z historii jestem słaby.

– Ja też. W przeciwieństwie do niego.

– Studiował historię?

– Nie.

– Czym się zajmował?

– Był motorniczym.

– Motorniczym? Jeszcze nigdy nie opiekowałem się tramwajarzem.

– Powtarza, że był ostatnim motorniczym w Berlinie Zachodnim.

– Ach tak. To prawda?

– Nie wiem, ale tak mówi. Był ostatnim motorniczym, potem zlikwidowano tramwaj na Zachodzie. To akurat się zgadza, widziałam coś na ten temat w telewizji. Na Wschodzie tramwaju nie skasowano.

– A pani matka?

– Była nauczycielką.

– Historii?

– Matematyki i fizyki.

– O tym też nie mam pojęcia.

– A ja trochę.

Spojrzała na mnie pytająco.

– Wiem, że siedział pan w więzieniu.

– Tak.

– Jako osiemnastolatek… Przez cztery lata. To z pewnością nie było łatwe.

– Nie, nie było.

– Nie wiem dlaczego, ale wiem, że pan siedział.

– To długa i stara historia.

– Jednak bardzo mi pana polecano.

– Aha.

– Pani Sikorska mówiła, że jest pan jednym z najlepszych.

– Tego to nie wiem.

– Tak, tak, tak twierdziła.

– Skoro pani Sikorska tak uważa.

– Mówiła też, że pan pije.

– No tak, piję. Wszyscy piją. Przecież to nie jest zabronione.

– Że ma pan problem z alkoholem. Niewielki problem.

– Piję, tak, to prawda, trochę piję, ale zawsze dopiero po.

– Po? Jak to po?

– Po prostu dopiero po… No więc… Najczęściej.

– Najczęściej… Aha.

– Niekiedy to trudne, niech pani sama spróbuje.

– Mam nadzieję, że mogę na panu polegać.

– Tak, oczywiście.

– Dobrze. A oto pokój.

Otworzyła drzwi i pokazała mi pomieszczenie, które jak powiedziała, w dzieciństwie było jej pokojem. Gdy to mówiła, lekko się zaczerwieniła, jakby, mówiąc mi o tym, poczuła się nieprzyjemnie i niezręcznie. Ale może była to tylko kwestia duchoty w tym upalnym dniu.

Dała mi klucze i poszła jeszcze na chwilę do ojca, który leżał w łóżku i przez otwarte okno wpatrywał się w dal, gdzie widział to, czego nie dostrzegali inni. Pocałowała go w czoło.

– Teraz będzie się tobą zajmować pan Kraus. Dobrze się na tym zna. Cześć, tato, wrócę za trzy dni, jeszcze dziś muszę jechać do Bazylei.

– Pociągiem? – zapytałem.

– Nie. Lecę.

– W takim razie miłej podróży. I niech pani na siebie uważa.

– Co pan ma na myśli?

– Cóż, myślę, że nigdy nic nie wiadomo. To znaczy, jeśli chodzi o latanie.

Popatrzyła na mnie surowo.

– Przepraszam.

Podała mi rękę.

Dłoń była drobna, palce delikatne i długie.

Jak jej szyja.

Jak jej ramiona.

Uśmiechnęła się do mnie.

Spojrzała na duży zegarek na nadgarstku.

Poszła.

Stałem w kuchni, popijając kawę. Patrzyłem na kalendarz na ścianie.

Był 21 sierpnia.

W naszym domu w Vimperku tego dnia zawsze świętowano, chociaż nie było po temu żadnego powodu. Ojciec wracał z koszar, szedł do garażu, otwierał butelkę wódki, mimo że normalnie nigdy wódki nie pił, puszczał głośno muzykę w radiu i wymyślał na Sowietów, którzy 21 sierpnia 1968 roku napadli na nasz kraj. Pił rosyjską wódkę na przekór Sowietom, jakby piciem mógł przegonić z kraju Armię Czerwoną, jakby piciem mógł wskrzesić nam z grobu moją młodszą siostrę.

Nie pił za Sowietów, pił im na przekór. Ale przede wszystkim pił za powodzenie i zdrowie mojej młodszej siostry, która została przejechana przez Sowietów pewnego letniego wieczoru.

To był jego sprzeciw.

Jego wojna.

Następnie kłócił się z matką, która obawiała się, że ktoś z sąsiadów na niego doniesie. W naszym bloku z wielkiej płyty mieszkali przecież sami żołnierze i komuniści tacy jak mój ojciec. Z tego powodu mama zawsze rozmawiała z tatą po niemiecku, w języku, którego nauczyła ją jej niemiecka matka, a moja babcia. Sądziła, że gdy mówi po niemiecku, to nikt z wyjątkiem ojca jej nie rozumie. Jednocześnie musiała wiedzieć, że gdy mówi po niemiecku, to zawsze rzuca się w oczy.

Rodzice kłócili się po niemiecku i czesku. Obejmowali się po niemiecku i czesku. Po niemiecku i czesku ryczeli przy stole, oglądając zdjęcia mojej młodszej siostry. A potem po niemiecku i czesku się kochali. To wszystko także słyszałem w moim pokoju, gdy wpatrywałem się w małe łóżko, w którym kiedyś spała moja siostrzyczka.

Po wódce ojciec zawsze wymiotował, bo wprawdzie umiał pić piwo, ale wódki pić nie potrafił. Szedł spać przed nami. W nocy wymiotował kolejny raz, a następnego dnia musiał znowu pomaszerować do koszar, by zastanawiać się nad tym, jak w ciągu trzech dni stanąć czołgami nad Renem.

Nie wiedziałem, czy Silke Winterberg wie, co wydarzyło się w Czechosłowacji 21 sierpnia 1968 roku. Nie wiedziałem, czy wie, co dzieje się we mnie, gdy przypada rocznica tamtego dnia.

Nie potrafiłem nie myśleć o tym, że to nie tylko Sowieci, ale także Polacy napadli na Czechosłowację 21 sierpnia 1968 roku.

I Węgrzy.

I Bułgarzy.

I niewiele brakowało, by byli wśród nich także Niemcy ze Wschodu, jak zwykł mówić mój ojciec.