Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet - Zofia Turowska - ebook + audiobook

Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet ebook i audiobook

Zofia Turowska

4,1

256 osób interesuje się tą książką

Opis

Najlepszy z dotychczasowych portret Agnieszki Osieckiej – artystki, poetki, matki, żony, kochanki, dziennikarki i ówczesnej celebrytki PRL-u.

 

Nie jest to jednak typowa biografia. Zawiera liczne wspomnienia przyjaciół Osieckiej, fragmenty jej pamiętników, opowiadań i wierszy, a także archiwalne zdjęcia wykonane przez samą Osiecką. Odkrywa nieznane fakty i przypomina te, które zatarł czas.

Agnieszka Osiecka urodziła się w rodzinie, dla której kultura była jak powietrze. W ich domu spotykała się śmietanka towarzyska – może dlatego we wczesnej młodości zaczęła pisać pamiętnik (fikcyjny, w co nie chcieli wierzyć rodzice). Gdy ojciec opuścił ją i matkę, wszystko runęło: później to jego obwiniała za swój brak pokory.

Zofia Turowska zebrała bardzo różnorodny materiał, a pisząc bezpretensjonalnie, nie wkracza w zbędne dywagacje. Pokazuje Osiecką pełną życia, wolną, niedającą się ograniczać konwenansom, lecz historie licznych perypetii miłosnych, skandali, związków małżeńskich i partnerskich opisuje z wyczuciem i dyskrecją.

„Są ludzie, których nie umiemy opowiedzieć…” – twierdziła Osiecka. Turowskiej udało się jednak opowiedzieć Agnieszkę. Dla kochających poezję – pozycja obowiązkowa. Dla nieprzekonanych – tym bardziej.

Na antenie TVP od marca będzie można obejrzeć serial w dużej mierze oparty na Agnieszkach – w gwiazdorskiej obsadzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 325

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 33 min

Lektor: A. Justa

Popularność




Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Korekta BARTEK KUZIA
Projekt okładki i stron tytułowych, opracowanie graficzne ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce © archiwum Jana Borkowskiego / Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej
Zdjęcia w książce pochodzą z Archiwum Agnieszki Osieckiej / Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej
Copyright © by Zofia Turowska Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze w tej edycji
ISBN 978-83-66335-54-7
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Każde życie, powiadasz,

to materiał na książkę.

Czy aby na pewno?

Czy moje też?

Każda książka, powiadasz,

to materiał na życie.

Moja też?

A. OSIECKA, MATERIAŁ

.
.

Zaczynam mój pamiętnik:

Dnia 27 XII 1945 roku

W 1939 roku wróciłam z Zakopanego do Warszawy. Wtedy zaczęła się okupacja niemiecka. Miałam trzy lata, a teraz mam dziewięć. Na początku mieszkałam z rodzicami na Saskiej Kępie na ulicy Jakubowskiej 18. Miałam tam swój pokój, który był mały, ale śliczny. Poznałam, mając pięć lat, bardzo miłą koleżankę, którą bardzo lubię, a nawet kocham. Ta koleżanka nazywa się Iza Szumieł. Miała ona wtedy pięć i pół roku. Potem mieszkałam z Tatuśkiem i z Mamuśką też na ul. Jakubowskiej, ale pod nr. 14 m. 2. Ponieważ była to, jak już wspominałam, okupacja niemiecka, rodzice nie posyłali mnie do szkoły i mieliśmy w domu wychowawczynię i nauczycielkę zarazem w jednej osobie. Rano na 9 godzinę przychodziła do mnie Iza i jeden chłopiec Andrzej. Mieliśmy lekcje do godziny 12.

Ja i Iza uczyłyśmy się dwóch języków (teraz się uczymy trzech), a mianowicie francuskiego i niemieckiego. Niemieckiego uczyła nas nasza „nauczycielka-wychowawczyni”. Francuskiego uczyła nas „za wytworna” według nas starsza pani, którą przezywałyśmy „madamcią”. Naszą „wychowawczynię-nauczycielkę” Iza i ja przezywałyśmy „Baba”. Właściwie nasza „wychowawczynio-nauczycielka” miała na imię Nina i była bardzo podobna do „Czarnej wrony”, jak ją nazywał nasz sąsiad. Skończyłyśmy z „Babą” oddział drugi. O godzinie czwartej miałyśmy ja i Iza parę razy w tygodniu lekcję muzyki.

Pewnego razu byliśmy (to znaczy Mama, Tata i ja) w naszej kawiarni i jedliśmy obiad. Potem tata poszedł do pracy, a ja i mama poszłyśmy do naszych znajomych. O piątej godzinie wieczorem wybuchło Powstanie przeciw Niemcom. (Babcia Brońcia i „Baba” były z nami w Warszawie w śródmieściu, ale kochany Dziadek został na Saskiej Kępie). Pod koniec Powstania Niemcy wysiedlali Polaków do różnych obozów. Nas wywieźli do obozu à St. Pölten. W obozie było źle. Mamusia, Tatuś i inni Polacy pracowali w fabryce. Potem Tatusia Niemcy wywieźli na okopy, a ja zachorowałam na szkarlatynę. Gdy wróciłam z obozu, znaleźliśmy się dosłownie wszyscy, to znaczy cała rodzina i Iza. Dalej przyjaźnię się bardzo z Izą.

Gdy wróciliśmy z obozu, okazało się, że nasze mieszkanie jest zburzone. Cztery miesiące mieszkaliśmy w maleńkim pokoiczku u Dziadunia. Teraz mam nawet swój pokój, który jest ślicznie urządzony na niebiesko, na kolor kości słoniowej i na różowo. Teraz będę pisać nieco obrazowiej, bo właśnie dzisiaj zaczęłam pisać mój pamiętnik i musiałam streścić szereg lat. Mam na imię Agnieszka, a na nazwisko Osiecka[1].

Te same wspomnienia z dzieciństwa tak opisała dwadzieścia pięć lat później w pierwszej swojej powieści – Zabiłam ptaka w locie, wydanej nakładem Czytelnika w roku 1970: „Ludzie wracają z wojennej włóczęgi do Warszawy. My też: matka, ojciec i ja. Pociąg zatrzymuje się w rdzawym polu. Orientuję się, że to nie pole ani łąka. To ruiny. To całe polany, kotliny, wąwozy i wzgórza różowego gruzu.

To Warszawa...

Moja pamięć otwiera się na początku tej sceny.

Idziemy.

Zbliżamy się do rzeki. To Wisła...

Przewoźnicy krzyczą: «Na Pragie, na Pragie!».

Przewożą ludzi na drugą stronę Wisły.

Przewóz kosztuje dwa złote...

Łódź jest pełna ludzi.

Niektórzy z dziećmi. Dzieci płaczą.

Ja nie...

Ojciec spogląda na trupa tego miasta, do którego mnie przywiózł, tak jak kapitan tonącego okrętu patrzy na skałę, o którą za chwilę rozbije swoją załogę.

Duma i dyscyplina nie pozwalają mu się przyznać, że zrobił błąd...

– Trzeba było jechać do Wiednia – szepcze matka i jej usta są białe...

– Nie przejmuj się, damy sobie radę! – woła...

Wchodzimy do naszego przedwojennego, wielkiego mieszkania. Jest na pół zburzone. Wszystkie rzeczy rozkradzione. Na środku dawnego salonu, wśród gruzu, wyszczerza się odrapany fortepian, Bechstein. Niezła firma... Na ziemi wala się album z rodzinnymi zdjęciami. Bo i komuż była potrzebna ta kolekcja!

Węgierska babcia z Timoszuary, brodaty warszawski zegarmistrz – ojciec matki, no i ta elegancka pani przemierzająca w dorożce odświętne ulice Wiednia. To tancerka. Na sąsiednim zdjęciu widać afisz i wyraźny na nim napis: «Dziś tańczy Eleonora».

Ojciec podnosi album z ziemi i kładzie na kamiennej półce.

Wychodzi i za pół godziny wraca. Prowadzi tęgą kobietę pachnącą fasolą. Sprzedaje jej fortepian. Od tej samej kobiety wynajmuje dwupokojowe mieszkanie na sąsiedniej ulicy”[2].

Rodzina Osieckich to przedziwny konglomerat wyższych i niższych sfer, także narodowo splątanych. Ojciec Agnieszki, Wiktor Osiecki, urodził się w roku 1905 w Belgradzie, jego matka była Serbką, a babka Włoszką. Wcześnie został osierocony: matka mu umarła, gdy nie miał jeszcze roku, ojciec, kiedy miał ledwie pięć lat. Wychowywała go macocha, potem ciotka, z którą mieszkał we Lwowie, tym specyficznym kotle ludzkim, gdzie byli i Żydzi, i Tatarzy, i Węgrzy, i Ukraińcy, i oczywiście Polacy. Z tego właśnie czasu pozostał mu charakterystyczny akcent, dający się określić jako lwowsko-kresowo-łobuzerski.

W końcówce lat dwudziestych jako pianista lokalowy, „co budzi gamę zbyt niewinną”, zarabiał na życie w lwowskiej znamienitej restauracji w luksusowym hotelu George przy zbiegu ulic Sienkiewicza, Tańskiej i Akademickiej, gdzie spotykał się świat dystyngowanej inteligencji. Później zaangażowany przez dyrektora Adrii Moszkowicza przeniósł się do Warszawy i grał w kawiarni Sztuka i Moda (Sim) na Królewskiej, w miejscu gdzie teraz stoi hotel Victoria. Kawiarnia pretendowała do elitarnego salonu literacko-muzycznego. Swoje wiersze czytał tu między innymi Światopełk Karpiński, znany wówczas satyryk tygodnika „Szpilki”, Sztuka i Moda należała do hrabiny Raczyńskiej, secundo voto podporucznikowej Zofii Arciszewskiej, późniejszej ciotko-babki Agnieszki.

Wiktor Osiecki, wołany przez przyjaciół „Wiktorio”, bardzo sympatyczny, dowcipny, bezkonfliktowy gentleman – jak zapamiętali go znajomi artyści – pewnego dnia właśnie w Sztuce i Modzie poznał dziewczynę, którą „wykołysał Nowy Świat”, Marię z Lipowskich Sztechmanównę, kierowniczkę sali w Ziemiańskiej.

W roku 1935 rodzice Agnieszki: „ojciec – postać w pewnym sensie cyganeryjna, matka – panna z dobrego domu”, stanęli na ślubnym kobiercu.

9 października 1936 roku przyszła na świat poetessa polskiej piosenki.

Urodziłam się przed wojną, pod jesień.

Nie pamiętam, jak wyglądał wrzesień,

ojciec się trudnił, matka przy mężu,

bladzi i smutni – Hitler zwyciężył.

O przeżyciach wojennych, okupacyjnej tułaczce i poniewierce popowstaniowej w rodzinie Osieckich nigdy się nie rozmawiało, bo nie należało przerażać kilkuletniej dziewczynki, ślicznej jak aniołek jasnej blondynki, której ulubionymi zabawkami były wycięte z kartonu namalowane własnoręcznie lalki oraz pudełka od zapałek. Po prostu nie uznawała zabawek kupowanych w sklepie. I ciągle, jak opowiadała jej matka◆[1*], zamartwiała się, że nie jest chłopcem. Mając 10 czy 12 lat, zaczęła układać wierszyki – sprawiało jej to dużą przyjemność. „Już w pieluszkach darłam się «pisać, pisać» – i darłam się tak, jak wrzeszczy się «ratunku»...”[3].

Z pamiętnika:

Opisuję dzień 28XII 1945 roku.

Dzisiaj rano wstałam późno, bo dopiero o wpół do dziewiątej. Potem, jak się ubrałam i mama mnie uczesała, odrobiłam lekcje angielskiego i niemieckiego. Obiad był bardzo dobry. Ponieważ dzisiaj jest piątek, nie jadłam mięsa. Po obiedzie przyszła Iza i poszłyśmy na lekcje angielskiego (jutro jest lekcja francuskiego i niemieckiego). Do szkoły teraz nie chodzę, bo są wakacje świąteczne. Na niemiecki było zadane wypracowanie w formie listu pt.: jak spędziłam święta Bożego Narodzenia. Teraz, jak skończę opisywać dzieje dzisiejsze, będę czytała książki, które pożyczyła mi Iza. Kolacja była bardzo dobra. Teraz idę do łóżka czytać, a potem spać.

Opis dni 1 i 2 stycznia

Bardzo przepraszam, że nie pisałam tyle dni, ale nie miałam czasu. Wczoraj poszłam do mojej babci Kasi na imieniny z mamusią i przyszłam dopiero do domu dzisiaj rano. Nauczyłam się angielskiego i zjadłam obiad. Obiad nie był dobry: był wczorajszy rosół i kluski z cielęciną. Gdy poszłam z Izą na lekcje, dostałyśmy rzymskie piątki. Potem poszłam do Izy i pożyczam od niej książki. Na dzisiaj dosyć. Idę jeść kolację[4].

Idąc na francuski,

całą drogę szlocham,

bo mnie nikt nie lubi,

bo mnie nikt nie kocha!

Nie czuła w domu miłości. Nie siadała nikomu na kolanach, nikt jej nie głaskał, nie tulił do snu, ani matka, ani ojciec. Innym zazdrościła „wszystko-kochających, wszystko-dotykających i wszystko-obejmujących matek”. Takich, z których wieczna tkliwość zdawała się płynąć.

„Matka nigdy nie mówiła mi nic miłego: że byłam cudna jako dzidziuś, że miałam orzechowe oczka, że mówiłam gu-gu[5]. Dla mojej mamy wszystko oprócz leżenia na kanapie wydawało się ryzykiem! Żyła jak ptak, który – raz śmiertelnie przerażony – już nigdy nie wyzbędzie się lęku”◆. Tym lękiem zarażała córkę, systematycznie obrzydzając jej „całe najcudowniejsze obszary życia. Chroniła mnie jak umiała. Taiła przykre wiadomości i telefony, podsłuchiwała złe rozmowy i czytała moje listy. Kochałam mamę i nienawidziłam jej z całego serca. Ona wyczuwała to i przeczuwała całą swoją upartą, pół-inteligencką wyobraźnią”◆.

W domu Osieckich było „spokojnie jak pod paprocią, ale bez syropu na zmartwienia. Miałam zimnych rodziców. Mama bała się życia, była bardzo praktyczna. Nie było ciepła u nas w domu. Może można urodzić się drugi raz, z jakiejś innej matki, chlebowej i gorącej?”[6]. Ojciec, posiwiały, spoglądał zimnymi szarymi oczami. Uważała, że po ojcu ma to samo spojrzenie: „Ani za, ani przeciw. Zobaczymy, damy sobie radę...”[7].

W roku 1949 notowała w pamiętniku:

„Przyjdzie on, wielki, opisywany w gazetach, «grywany» w radio, mający swoją orkiestrę, dumny kompozytor, artysta z talentem i bez chęci, władca, człowiek pieniądza, kochający do szaleństwa ojciec, u którego miłość zamienia się w tyranię i piekielną zazdrość i się zacznie... Za piętnaście minut... Piekło na ziemi...”[8].

Wczoraj było w naszym domu niespokojnie ciut,

nasza mama z naszym tatą stłukli cały miód...

a ja robię się okropna, gdy mi szczęścia brak...

Od dzieciństwa wyrabiała w sobie postawę pół przekorną, pół akceptującą. Nie umiała się śmiać od ucha do ucha, wesołość zawsze się jej mieszała ze smutkiem: „raz słodkie rodzynki, raz gorzkie migdały”. Ciągle wypatrywała małej chmurki, „co tylko dla mnie, dla mnie gna”...

Prosiła:

Boża krówko, leć do nieba,

przynieś mi kawałek chleba,

a do chleba – trochę szczęścia,

a do szczęścia – trochę wiary,

a na deser –

jakieś czary, jakieś mary...

Już we wczesnym dzieciństwie zetknęła się z kabaretem, a właściwie rewią. „W domu moim wiele mówiono o kabaretach typu Qui pro quo, o piosenkach Tuwima i Szlechtera, o melodiach Warsa i o kawiarniach śpiewających w rodzaju Simu należącego do samej wojny do mojej ciotki pułkownikowej Arciszewskiej”[9].

Pierwszy raz program rozrywkowy, w którym śpiewała słynna wtedy Wiera Gran, zobaczyła w Kameralnej przy ulicy Foksal, bodaj najbardziej ekskluzywnej restauracji w powojennej Warszawie, gdzie ojciec był pianistą. Była jedenastoletnią dziewczynką i z tego wieczoru zapamiętała „gwiazdki na suficie i Węgra akrobatę, który po kontuzji wojennej miał wszczepione sztuczne żebro dokuczające mu podczas występów”◆. Wielkie wrażenie robiły też na niej popisy pary czarowników – Nemo i Ramiganiego.

Wiktorowi Osieckiemu imponowali ludzie solidnie wykształceni i w ogóle tak zwani intelektualiści. „O, ten i ten, to mądry człowiek, skończył dwa fakultety” – mawiał. Swoją muzykę traktował jak artystyczne rzemiosło, którym można zarobkować, lecz także upiększać sobie życie. Córkę zaraził wieloma pasjami: nauką języków obcych, fotografiką. „On też wpajał mi pogląd na istotę sztuki. Zawładnął moją duszą i w pewnym sensie ciałem, bo kazał mi pływać, grać w tenisa i ping-ponga◆. Zaczął mnie wymyślać, kleić i fabrykować, czynić i opisywać. Jestem tworem jego fantazji i pracy”[10].

Twardo egzekwował staranne wychowanie i edukację Agnieszki. Do domu Osieckich wróciły polskie i niemieckie książki o niezrozumiałych dla dziecka tytułach: „Jednostka wybitna a szkoła”, „Pedagog nowoczesny” itp. Nie pozwalał czytać gazet, starał się ją chronić przed życiem. Kiedy przyniosła ze szkoły „Trybunę Ludu”, poszedł nazajutrz do nauczycielki i urządził awanturę, że dzieci czytają gazety.

Uczył Agnieszkę dyscypliny i pracowitości. Powtarzał często, że człowiek w życiu nie powinien kierować się emocjami, tylko chłodno i wytrwale dążyć do postawionego sobie celu, aby stać się „kimś”, odnieść sukces. Stworzył córce dokładny plan zajęć na każdy dzień. Wypisywał punkt po punkcie, co powinna robić o danej porze, aż sama wyrobiła w sobie nawyk sporządzania takich planów. Opowiadał jej także, jak jego ojciec czy dziadek starał się mu pomóc w zostaniu dobrym pianistą. Wypalali mu, za pomocą świeczki, skórę między palcami, by jego dłonie obejmowały jak najwięcej klawiszy, a palce nabrały swobodnej elastyczności w poruszaniu się po klawiaturze[11]. Był przekonany, że na świecie są dwa typy ludzi: wodzów i niewolników; a jakakolwiek trzecia kategoria w ogóle nie istnieje.

„Ona nie jest jak inne dzieci” – uważał i z uporem kształtował jej charakter. Zabrał ją kiedyś na Okęcie, aby podziwiała odlatujące samoloty i snuła plany dalekich podróży. „Dlaczego nie? Możesz lecieć, gdzie chcesz...” – zapewniał, jakby całkiem zapominając, że w tych stalinowskich latach zwykły śmiertelnik nawet nie miał co marzyć o zagranicznych podróżach. Wtedy „Stalin fotografował się jeszcze z fajką, a ja nosiłam żółty sweterek w paski i czarne pantofle wiązane w kostce. I myślałam, że picie peppermintu przez słomkę jest najelegantszym zajęciem na świecie”[12].

To były lata, kiedy szkolnymi lekturami obowiązkowymi były książki w rodzaju Numer szesnasty produkuje i broszury Michaiła Kalinina, które miały przekonać, że młodzież radziecka jest szczęśliwa i radosna, a Olgę Lepieszyńską, dopiero później zdemaskowaną jako hochsztaplerkę, otaczał kult należny uczonej, która rzekomo rozwiązała „zagadkę życia na ziemi”.

Agnieszka chciała zostać biologiem, bo wielkie wrażenie zrobiła na niej wylęgarnia kurcząt w Puławach. Szalenie ją pasjonowało powstawanie nowego życia. Chciała wyhodować kurczę, podgrzewając jajko lampą w piwnicy. Miała nawet napisać dzieło naukowe pt. Tajemnica powstawania życia na ziemi◆. Od dzieciństwa zresztą przychodziły jej do głowy „coraz to inne kontrpropozycje do Agnieszki Osieckiej”.

Aniołem być

sokołem być,

gardzić błotem i złotem...

Unieść się,

wywyższyć się,

w niebie kołysać się,

spotkać Go,

ominąć Go,

nie pokłonić się w locie i nie opaść na dno,

ziemię podrzucić jak wielki kapelusz i gnać, i gnać, i gnać!

W roku 1948 rozpoczęła naukę w żeńskim gimnazjum im. Marii Skłodowskiej-Curie na Saskiej Kępie. Szkoła „była jak Tajemniczy Ogród. Baśka Rzewuska z mojej klasy mieszkała w pokoikach zatłoczonych meblami z rozparcelowanego dworku. Jeden chłopak, chyba Sumiński mały, jeździł na koniu po Wale. Na rogu Obrońców chodziłam na prywatki do willi w zamurowanym ogrodzie, gdzie pokoje miały nazwy: niebieski, perski, itd. Marcin miał terrarium w pokoju. Staszek Gebethner – stare płyty. Jaś sterczał pod kościołem, a dużo wujków – po kryminałach”[13].

Po drugiej stronie Wisły bywała bardzo rzadko. Najczęściej wszędzie chodziła z ojcem. Spacerowali Wałem Miedzeszyńskim do dawnej YMCA na pierwsze „potańcówki w podskakującym nastroju, tańczenia «dżajfą» i «amerykanką»”, wspólnie z ojcem oglądali filmy z Ritą Hayworth i oboje słuchali nagrań starych musicali oraz Braci Łopatowskich na płytach Muzy i Odeonu. W roku 1952 Wiktor Osiecki, który wtedy grał w orkiestrze Karola Bovery’ego, sprowadził cały zespół – a to była niebywała sensacja! – na zabawę w Skłodowskiej-Curie.

Osieccy żyli skromnie, lecz wciąż posyłali Agnieszkę na prywatne lekcje języków. Uczyła się średnio. W czasach gimnazjalnych powtarzała patetyczne: „łajdakiem jest, kto w młodości nie pragnął być Szekspirem”.

Z pamiętnika:

8 X 1949. Co robić z sobą? Zagrzebać się w książkach? Na to się nie zdobędę nigdy i zresztą nie dopuszczono by mnie w ogóle do tego, żeby nauka w moim wieku doszła do stanu jakiejś manii czy kontemplacji. A w szkole, czy wygłupiać się szaleńczo, czy być poważną i jechać na piątkach? Czy może pozostać taką, jaką jestem i byłam dotąd? A jeśli tak, to jaką ja jestem, jaką ja byłam, przecież ja nie wiem właściwie... A jeśli myślę o wybraniu zawodu, to biję się w myślach z ustaloną medycyną na korzyść literatury. Przeżywam teraz okres pewnej depresji, a może nawet i to jest za mocnym powiedzeniem, raczej pewnej przemiany wewnętrznej. Wyczuwam w sobie brak charakteru, nie wiem, jaka ja właściwie jestem. Nie mam ideału[14].

Nie bardzo przejmowała się nauką. Przez długi czas pasjonowała się siatkówką. Notowała: „Matma – dwója. Fiza – dwója. Na wuefie oblałam kozioł. Co tam, najważniejsze, że się wypogodziło i na siatkówce będzie Bogdan. Jerzy jest już dla mnie nikim”.

Była bardzo kochliwa. W jej pamiętniku niemal na każdej stronie występuje inny chłopiec: „Pędzę na siatkówkę, bo spotkam Jacka”, „Jacek już nic dla mnie nie znaczy. Czekam na Jerzego. Coś mi mówi, że dzisiaj nie przyjdzie”, „Jeśli się zakocham, to w pięciu chłopcach naraz...”. Skarżyła się: „Cóż z tego, że rodzice pozwoliliby mi pójść z «nimi» na zabawę, ale ja żalę się, że nie mam z kim. Czyż jestem brzydka, nie mam powodzenia? Nie, po prostu mam 13 lat. Te właśnie 13 lat ukończę jutro, o 3-ej rano”[15].

Wreszcie odważyła się i na szkolnej zabawie sama poprosiła do tańca chłopca, który jej się podobał. On jej odmówił! „Zawsze wykazywałam ambicję zdobywania chłopców. Na takich, którzy usiłowali mnie podrywać, nie zwracałam uwagi”[16].

Jeszcze się mówi: „koleżanko” i „kolego”,

jeszcze się nie wie, co to szminka i co tusz,

jeszcze się bawi w chowanego

i gra się w piłkę, ale już:

Sentymentalny,

gimnazjalny

bukiecik fiołków,

niepowtarzalny, nierealny...

„Droga wszystkich moich szczenięcych flirtów wiodła od kokieterii i dużego zaangażowania z mojej strony (coś w rodzaju gry) do «sukcesu» i gwałtownej chęci wycofania się. Chęć ta była zawsze rozpaczliwa, tłamszona przez wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności wobec człowieka, którego sobie wzięłam właściwie nie wiadomo po co. Wszystkie moje powodzenia były moimi klęskami”[17].

Agnieszka prowadziła jednocześnie dwa, a czasem nawet trzy pamiętniki. W jednym zapisywała tylko suche relacje, zwykle podpisane – Alicja Belińska: tam poszłam, to zrobiłam, było tak a tak. W drugim notowała swoje przemyślenia, i te podpisywała: Bożena Ostoja[18], pełne wybujałej wyobraźni, pragnień i marzeń pensjonarki o szalonej, płomiennej miłości.

Któregoś dnia matka znalazła właśnie ten drugi pamiętnik i wyrwanych z niego kilka kartek pokazała ojcu. W domu wybuchła straszna awantura. Agnieszka, zraniona, że tak brutalnie ujawniono jej tajemnice, napisała dramatyczny list do ojca.

18 XI 50:

Z mego pamiętnika zginęły kartki, kartki, których ukrycie ważne byłoby dla utrzymania pozy naszych stosunków domowych.

Przyznam się, że o takie... chamstwo Ciebie nie podejrzewałam. Od tej chwili widzę w Tobie ojca i jako takiego Cię kocham, ale nie widzę w Tobie gentlemana, którego mogłabym szanować i jako który mi zawsze imponowałeś.

Jestem do tego stopnia zdemoralizowana, że na moją osobowość – świadomość Twego postępowania absolutnie nie wpłynęła; nie martw się o to. Ja mam w domu to wszystko, co potrzebuję i czego wymagam. Wychowywać mnie już nie potrzebujecie. Nie mam jeszcze swoich poglądów, ale mogę dać w życiu w mordę każdemu, kto mi w nim przeszkodzi.

Wybacz formę tej wypowiedzi, ale jestem silnie zdenerwowana. Myślałam, że ludzie dorośli mają ciekawsze metody badania psychologii swych tzw. trudnych dzieci i bardziej na „poziomie” zainteresowania.

Nie ma nic gorszego, jak ośmieszyć się lub nie stanąć na wysokości zagadnienia. W życiu trzeba być bezczelnym, a nawet chamem, ale trzeba to także umieć stosować. To jest obowiązkiem i prawem człowieka.

Nie opisałam tu tego, co wiem i czuję w całej pełni. Ty to zrozumiesz i zechciej uważać kwestię za wyczerpaną.

Aga

PS. Rozumiem, że sytuacja jest bezsprzecznie trudna, ale jeszcze nie najgorsza i stosunki mogą się ułożyć jak najlepiej. Najważniejszym jest – nie denerwować się. Przepraszam za cynizm. Jest on tylko objawem braku inteligencji.

Twoja córka[19]

„Tata Lew” – tak nazywali ojca Agnieszki jej koledzy w latach szkolnych. Był dla nich postacią tajemniczą i niedostępną, bo nawet jeśli był w domu, to unikał kontaktu, tylko czasami, przez ścianę, słyszeli jego obecność. Budził respekt, a nawet pewien rodzaj bojaźni. Odnosili wrażenie, że był osobą najważniejszą, z którą najbardziej wszyscy muszą się liczyć.

Agnieszka bardzo boleśnie zawiodła się na swoim ojcu. Któregoś dnia przez przypadek, a może z ciekawości właściwej młodemu wiekowi, podniosła słuchawkę telefonu i usłyszała, że jej ojciec z drugiego aparatu rozmawia z jakąś kobietą. Był bardzo zdenerwowany, błagał, aby go nie opuszczała. Głos jego był dziwnie odmieniony, takiego zachowania ojca Agnieszka nigdy nie znała! Przeżyła potworny szok. Nie tylko dlatego, że tak nieoczekiwanie ujawniła się głęboka skaza na nieskalanym dotychczas wyobrażeniu o rodzicach. Przede wszystkim zaskoczył ją ton głosu i sposób, w jaki poniżał się przed jakąś całkiem obcą kobietą jej ojciec, Wiktor Osiecki! Kobietą, z którą rozmawiał przez telefon Wiktor Osiecki, była Józefina Pellegrini[2*]. Agnieszka bardzo długo nie potrafiła o niej myśleć inaczej niż z niechęcią, a nawet z nienawiścią. Może w poczuciu nieszczęścia, jakie spadło na matkę, do której była przywiązana w sposób wręcz metafizyczny[20].

W Zabiłam ptaka w locie napisała:

„– Ojcze. Ratuj mnie! Patrz, dokąd doszliśmy. Czy to ja, ja sama zepsułam wszystko? Czy to ty, ojcze, zapomniałeś mi czegoś powiedzieć, czegoś bardzo ważnego?... Jak to było, tato? Wszystkie twoje słowa wypadają mi z rąk. Czy był jakiś błąd w twojej metodzie?...

– Ojcze – mówię, co już mówiłam. – Szłam twoją drogą i doszłam na pole pełne kurzu i ostu... Czy popełniłeś omyłkę na samym początku, kiedy wytyczałeś kierunek mego szlaku? Ojcze, czy był w tym jakiś błąd? Czy wiesz o nim?

– Dobra byłam, ojcze. Ufna, zdolna. Szłam po twojej drodze. Na ślepo szłam. A ty zapomniałeś paru rzeczy. Paru ważnych rzeczy nie wzięliśmy w tę podróż, tato”[21].

...tak, że ja w końcu wiersze piszę,

Wiem, że nie chciałeś tego, tato...

...to samo przyszło.

Z niekochania. Czy z kabaretu.

Jak w serce igłą.

Agnieszka otrzymała świadectwo dojrzałości w roku 1952. Obawiała się dorosłego życia: „Nie daj moim oczom widzieć zwierząt ani kwiatów, które nie są po to, aby je oglądano, nie daj dotykać rzeczy, które nie są po to, aby je dotykać, nie daj mi płynąć po takiej wodzie, która nie zna pieszczoty wioseł ani ciężaru łodzi, ani niczego prócz dotyku słońca i księżyca – amen”[22].

Cyganka przepowiedziała, że czeka ją niełatwy wybór: „Dwa życia tobie sądzone, paniusiu, jakby dwa pokoje – w jednym pokoju jasno jest, a w drugim ciemno... Ty się w sobotę urodziłaś w białe południe. Kwiaty tobie dali i cukier do kolebki. Ale łzy są na miejscu twojego przeznaczenia...”[23].

Tak chodzić do szkół, wszędzie po troszku.

Myśli i nerwy mieć w proszku...

A. OSIECKA, SAMA CHCIAŁA

.

Dla Agnieszki młodość była wszystkim. Ciągle chciała ten stan odtwarzać: czuć przecudowną siłę związków przyjacielskich, pęd purpurowych żagli pierwszych snów, czuć się kropelką w morzu, buntować wyobraźnię przeciwko nudzie i kłamstwu, śmiało aranżować życie. Bo przecież „tym, co naprawdę i najbardziej w młodości jest atrakcyjne, jest rzeczywistość niezakończenia albo poczucie otwartości życia... Chodzi tylko o samo poczucie, że nic nie jest jeszcze przesądzone czy wyznaczone przez los, że drogi są otwarte i wszystko jest możliwe”◆ – pisał profesor Leszek Kołakowski, który w latach pięćdziesiątych był dla Agnieszki i jej przyjaciół po prostu „ogólnodostępnym kolegą-filozofem”.

Nasze domy jak powozy,

nasze serca – parowozy,

nasze twarze niby maski,

życie jak ruchome piaski.

Nasze nieba stale nowe,

życiorysy tasiemcowe...

Powtarzała często, że jej najwcześniejszą młodość skomplikowali dwaj mężczyźni: „mój ojciec i Józef Stalin. A może – dodawała – ani ojciec, ani Stalin nie był winien, tylko katar sienny? Ponoć ludzie cierpiący na tę przypadłość są bardzo wrażliwi”◆.

Brutalnie starła się z rzeczywistością, wybierając sobie kierunek studiów: dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Nie zdawała sobie sprawy, że, jak mówiła w wywiadach, był to wydział najbardziej zatruty propagandą; niektórzy studenci trudnili się donosicielstwem, liczyli, że jest to szczebel do kariery przyszłego dziennikarza. Studia dziennikarskie dawały wtedy młodym okazję do zrobienia specyficznej kariery, bo były to czasy przywilejów. Bardzo źle się tam czuła.

Wśród kolegów z tego samego roku, z którymi Agnieszka się zaprzyjaźniła, był Wojciech Solarz, którego rodzice założyli pierwszy w Polsce przedwojennej Uniwersytet Ludowy. W roku 1940 jego ojca Niemcy aresztowali i wszelki ślad po nim zaginął. Po wojnie matka sama usiłowała kontynuować tę działalność.

– Przyjmowano nas według klucza robotniczo-chłopskiego – przypomina sobie Wojciech Solarz. – Dostało się dużo ludzi z awansu społecznego, członków ZMP, z prowincji, wsi zabitych dechami. To były ogromnie liczebne lata, na pierwszy rok przyjęto ponad stu adeptów. Jak rodzynki wyróżniały się osoby wywodzące się z prawdziwej, przedwojennej inteligencji, mieszkające na Żoliborzu z PPS-owskimi, jeszcze świeżymi w pamięci tradycjami, czy na Saskiej Kępie o ziemiańskich korzeniach.

Janusz Gazda też należał do najbliższego kręgu Agnieszki.

– W tych przaśnych, szarych i smutnych czasach szare były także dziewczyny – ocenia. – W prasie i w kinie, na plakatach i w pieśniach masowych, nadawanych przez głośniki aż do znudzenia, od rana do wieczora, królował typ traktorzystki i przodownicy pracy. Na tak zideologizowanym wydziale jak nasz mogły być tylko dziewczyny ideowe, bojowe i pryncypialne. Nagle objawiła się nam dziewczyna żywiołowa, dowcipna i ironiczna. Nie tylko była inteligentna, ale z ostentacją obnosiła swoją inteligenckość i pozorną beztroskę. Nie wygłaszała frazesów o pracowitości i poczuciu obowiązku, co rodziło przekonanie, że jej wiedza i błyskotliwe odpowiedzi na egzaminach są jedynie wynikiem niesprawiedliwego podziału talentów między ludzi, a więc wynikiem ogólnej niesprawiedliwości społecznej właściwej dla społeczeństwa klasowego. Jednym Agnieszka imponowała, wielu jednak patrzyło na nią krzywym okiem. Gdy dostała indeks Uniwersytetu Warszawskiego, jej ojciec umieścił na drzwiach mosiężną tabliczkę: „Agnieszka Osiecka, studentka”. Była szalenie zdyscyplinowana i pracowita, ale jednocześnie miała przecież naturalną skłonność do zabawy, miała cięty dowcip, zdolność do ironizowania i różnych „szaleństw”. Przy rygorze narzucanym przez ojca Agnieszka mogła dać z siebie zrobić potwora i stać się rodzajem maszyny, tracąc elementarne ludzkie odruchy. Wspaniałe było w niej to, że nie do końca poddała się tej obróbce. Chociaż, czasami, budziły się co do tego różne wątpliwości...

5 grudnia 1952 roku zapisała w pamiętniku: „Przypuszczałam, że «studia» to będzie uczelnia. Że znajdą się rzeczy trudne, nad którymi warto się zastanowić. Tymczasem to jest wszystko łatwizna, którą wystarczy przewertować w czasie ćwiczeń, żeby za chwilkę być «kozakiem» i słyszeć o sobie denerwującą opinię: «ale jakaż to obkuta, wszechwiedząca istota».

Ja sobie zdaję sprawę z tego, że jestem zdolna. Może nawet bardzo zdolna. Ale nie jestem jakimś geniuszem «ponad poziomy». To, czy będę kiedyś pisać, zależy przede wszystkim nie od studiów, ale od tego, czy wylezie ze mnie jakiś talencik, czy nie, ale dlaczego mam się cztery lata nudzić?! Przecież te nasze studia są jak dotąd jednym wielkim rozwinięciem z marksizmu plus techniczne rzeczy”[24].

Na tych „pożal się Boże” studiach dziennikarskich wykładali też wybitni profesorowie: znawca literatury niemieckiej i francuskiej profesor Roman Karst czy profesor logiki Janina Kotarbińska. Dla Agnieszki jedna rzecz była korzystna: „Kazali czytać stare gazety. Zapamiętałam, że dwieście lat temu kronika zagraniczna zaczynała się mniej więcej tak: «Podróżny idący z Turkiestanu opowiada, iż panuje tam ponoć epidemya cholery». Najpierw śmieliśmy się z tych starych depesz, ale potem zauważyliśmy, że były szybsze i prawdziwsze niż nasze”.

Z Solarzem uciekali z przesiąkniętych ideologią wykładów, godzinami chodzili nad Wisłą, czytała mu Gałczyńskiego, którego liryka i kpina w realiach PRL-owskich była gatunkiem ożywiającym dusze. Pasjami lubiła brać udział w zawodach pływackich z Wilanowa do Warszawy. Nie można było kupić kostiumu kąpielowego, więc brała męski podkoszulek, zszywała w kroku i startowała...

– Mieliśmy powiedzenie: „nowość przeżycia”, o którym nikt poza nami nie wiedział – wspomina Wojciech Solarz. – Oznaczało wchodzenie w nowy świat, w nową atmosferę: Mazury, spacery nad Wisłą, wyjazdy do Białego Dunajca, dokąd ciągle jeździłem do matki, która zdegustowana pracą w Ministerstwie Kultury i Sztuki, jako instruktor amatorskiego ruchu artystycznego, wysiadła kiedyś na nieznanej stacji, weszła na brzyzek, czyli po góralsku skarpę, siadła w kwiatach między świerkami, popatrzyła na Biały Dunajec i postanowiła już tam zostać. Jeździłem do niej często, a za mną koledzy z naszego wydziału: Andrzej Nowaliński, Janusz Gazda, Hania Żurek i oczywiście Agnieszka. Spaliśmy na sianie i chodziliśmy po górach, nocując z konieczności pod stogami siana na Małej Łące, bo na przykład nagle złapała nas burza. Spinaliśmy koce agrafkami i graliśmy koncerty perkusyjne na menażkach. Zafascynował ją ten inny świat, była przecież niesłychanie wrażliwa. To wszystko w niej zostawało: te góry, autentyczna góralska muzyka, ta atmosfera daleka od Warszawy, studiów i ZMP. W górach czuliśmy absolutną wolność.

„Mały Solarz gonił nas po Tatrach z całą swoją pasją zbzikowanego górołaza, wściekał się przy każdym ceprowskim wygłupie (Hania zawodząca tango na Zawracie), opowiadał swoim pięknym góralskim narzeczem długie zbójeckie historie i grał na dziwacznych, stareńkich instrumentach niezrozumiałe, bolesne melodie. W nocy, kiedy reszta czeredy spała, ciągnęliśmy z Wojtkiem wielkie rozmowy o przyjaźni, o przyszłości, o prawdzie, o samych największych rzeczach”[25].

Z Solarzem mieli inne jeszcze, również sekretne powiedzenie: „wyłączność spojrzenia”. Dotyczyło ono przeważnie relacji między kobietą i mężczyzną. Wyczuwali i komunikowali sobie „wyłączność spojrzenia”, gdy dostrzegli, że wzajemne spojrzenia dwojga ludzi nie są obojętne.

W 1953 roku Agnieszka notowała: „Lubię patrzeć na życie i ludzi obserwować. Zestawiać nudne obserwacje i zastanawiać się nad tym, jak zorganizować świat, żeby wszystkie siedemnastolatki mogły spokojnie i szczęśliwie przeżywać swoje smarkate, najpiękniejsze lata. Ale obok tych zainteresowań i zdolności przerodzenia się w dorosłego człowieka, gdy tego wymaga sytuacja, posiadam też swoje 17 lat, których obecnie największym «kłopotem», straszliwym zmartwieniem i w ogóle «ach i och» jest to, że zostałam pod względem męskiego otoczenia «na lodzie». Nie chciałam być otoczona tymi, którzy chcieliby mnie otaczać, otaczałam się tymi, którymi ja chciałam być otoczona, ale oni nie chcieli... Mówiąc trochę zbyt «górnolotnie», ale za to obrazowo: wyszłam z leśnej matni na pustynię, a chciałabym brykać po soczystej łące”[26].

Agnieszkę z Solarzem łączyły tylko wspólne „sentymenta”, bo jej serce wtedy mocniej biło na widok kolegi Maniusia:

„Na uniwerku kochałam się w niejakim Maniusiu. Była to sama otchłań lat stalinowskich. Maniuś był różowy, pulchny i cały w złotych loczkach jak tłusty aniołek, o dziecinnej twarzyczce i ustach ułożonych w serduszko, a ja wyglądam jak młoda kołchoźnica z okładki «Ogońka»... Maniuś umiał cudnie śpiewać, jak kanarek. I od rana do nocy wyśpiewywał mi Les feuilles mortes, bowiem była to jedyna francuska piosenka, jakąśmy znali.

Któregoś dnia mieliśmy wieczornicę z okazji urodzin Bieruta i Maniuś miał to śpiewać na estradzie. Przyszło mi na myśl, czy nie można by przełożyć tej piosenki na polski. Przymierzałam się tak i siak, ale doszłam do wniosku, że jest to wysiłek ponad moje siły. Że chyba czarodziej mógłby zrobić coś tak niebotycznie trudnego[3*]. Więc w końcu wieczorek odbył się bez mojego udziału. Kolega Wróbel Edward przygrywał na gitarze, a Maniuś, ubrany w zetempowską koszulę i czerwony krawat, spocony i przejęty, śpiewał Les feuilles mortes po francusku. Potem piliśmy wino jagodowe, kolega Wróbel się wyrzygał, ale i tak było upojnie. A potem było jakieś zebranie i koledzy wyrzucili mnie z ZMP, i Maniuś się do kolegów przyłączył – i jakoś to się wszystko między nami rozlazło”[27].

Już na początku studiów zapytana o poglądy polityczne bez wahania odpowiedziała: „socjalistka utopijna”. Tą deklaracją wzbudziła podejrzliwość. Rok później jedna z koleżanek, być może nawet całkiem szczerze, radziła się Agnieszki, czym ma nakarmić swojego pieska. Rozpieszczona jedynaczka, która nigdy nawet nie zaglądała do kuchni, powiedziała: „Daj mu kawałek cielęciny”.

Mięso, którego przecież wiecznie brakowało, było sprawą polityczną! Z największą powagą i surowością potraktowano tak bardzo obcy klasowo pomysł karmienia psa cielęciną, Agnieszka musiała się tłumaczyć przed strzegącymi czystości ideowej aktywistami ZMP.

Historio, historio,

cóżeś ty za matnia,

pchamy się na scenę,

a to jeszcze szatnia.

...

Historio, historio,

ty żarłoczny micie,

co dla ciebie znaczy

jedno ludzkie życie?

– Często tak bywa – uważa Janusz Gazda – że niechęć do innych czy nawet nienawiść, póki nie ma okazji do uzewnętrznienia się, drzemie uśpiona w warunkach stagnacji. Ale wystarczy tylko stworzyć jakiś incydent, wystarczy wywołać okazję... Sprawcą incydentu byłem ja. Z głupoty, przekory i braku wyobraźni, ale może także w odruchu buntu zrodzonego z nastroju wesołej beztroski, która miała być przeciwieństwem oficjalnego stylu pryncypialnego – podrobiłem podpisy kilku profesorów w indeksie swoim i indeksach kolegów. Nie dotyczyło to ani egzaminów, ani kolokwiów, lecz rubryk potwierdzających uczestnictwo w wykładach. Niemniej jednak – popełniłem przestępstwo. Oczywiście doniósł na nas przewodniczący ZMP. Powołano komisję dyscyplinarną, zaczęły się przesłuchania, pojawił się strach, że trzeba będzie ponieść konsekwencje głupiego czynu, który był złamaniem prawa. Wkrótce jednak, z różnych przecieków, zaczęliśmy się domyślać, że kara będzie łagodna i w końcu wszystko rozejdzie się po kościach i że nawet ja, ze względu na bardzo dobre wyniki w nauce, nie zostanę z Uniwersytetu wyrzucony.

Gazdę wezwano do działu, o którego istnieniu wcześniej nie wiedział. Na drzwiach obitych skórą wisiała tabliczka: „Dział Toku Studiów”. W nader obszernym gabinecie siedział za biurkiem człowieczek jak Quasimodo: tak niewielkiego wzrostu, że nie sięgał stopami podłogi i zabawnie majtał nogami w powietrzu. Na wstępie kazał podpisać oświadczenie, że pod groźbą surowej kary cała rozmowa ze studentem Gazdą jest objęta ścisłą tajemnicą wojskową.

Ze zdenerwowania czy może z młodzieńczej naiwności Gazda nie pojął właściwej intencji owego Quasimodo. Zrozumiał tylko, że ma mu przedłożyć na piśmie szczegóły całego incydentu z indeksami. Kilka dni później więc zostawił w sekretariacie stosowny tekst przedstawiający zdarzenie: całą winę wziął na siebie, jednocześnie oskarżył dziekanat o wydawanie niewykonalnych zarządzeń, które stawiały studentów w sytuacji bez wyjścia.

Natychmiast go ponownie wezwano. Wściekły Quasimodo krzyczał: „Co wy ze mnie durnia robicie?!” i darł na kawałki pismo Gazdy. Wyrzucał z siebie potok słów, w którym wyzwiska i pogróżki przeplatały się z obietnicami załatwienia po studiach intratnej posady. I teraz dopiero Janusz Gazda sobie uświadomił, czego naprawdę oczekiwał od niego ten malutki człowieczek. „Nie będę opisywał, jak się zachowują i o czym rozmawiają inni studenci, nikt donosiciela ze mnie nie zrobi!” – wrzasnął i wybiegł z gabinetu, trzaskając za sobą drzwiami.

Oczywiście bał się. Był pewien, że teraz czeka go już nie tylko wyrzucenie z uniwerku.

O wszystkim opowiedział Agnieszce. Ratunku postanowili szukać u dziekana, który okazał się człowiekiem zadziwiająco życzliwym, a nawet odważnym. Zapewnił, że wydziałowy ubek da spokój Gaździe, a sprawa podpisów wkrótce będzie łagodnie zamknięta. Rzeczywiście, komisja dyscyplinarna wszystkim winowajcom udzieliła jedynie upomnień.

Ale to nie był koniec kłopotów, jeszcze miało się w tej sprawie odbyć zebranie zetempowskie. Spodziewali się, że w wyniku organizacyjnej krytyki Gazda będzie potraktowany najostrzej i dostanie naganę, co wcale nie byłoby takim złym finałem tej „afery”.

Tymczasem...

– Nie wiem – wraca do swoich wspomnień Janusz Gazda – czy rzecz została wcześniej ukartowana przez tak zwany aktyw, czy też zebrani spontanicznie ulegli jakiemuś mechanizmowi zbiorowości, wyładowując swe kompleksy i głęboko zakorzenioną niechęć do nas: dość szybko przestali dyskutować o fałszywych podpisach i „sprawę Gazdy” przemienili w... „sprawę Osieckiej”! Stanowiliśmy wówczas parę, więc zdaniem dyskutantów, jeśli ja zrobiłem coś złego, to moja wina musi spływać i na nią. A skoro tak, to od razu zaczęli wyciągać jeszcze inne przewiny. Czegóż jej nie wypominano!... I luksusowe mieszkanie na Saskiej Kępie, choć składało się zaledwie z dwóch pokojów z kuchnią na trzy osoby, i gosposię na przychodne, a nawet biały telefon oraz ubieranie się rzekomo nazbyt swobodne... Przede wszystkim jednak atakowali jej inteligenckość. Wystąpiło nawet dwoje leniów i tępaków, którym Agnieszka w systemie tzw. trójek samopomocy pomagała w nauce, angażując się z właściwą jej solidnością. Chłopak był synem murarza z Woli, dziewczyna wychowanicą dyrektora jakiegoś wydawnictwa. Zgodnie twierdzili, że całe douczanie ze strony Agnieszki było jedynie wyrazem jej egoizmu, dążenia do panowania nad nimi i obcego ideologicznie wpływania na nich. Wtedy to było bardzo ciężkie i niebezpieczne oskarżenie. Wyciągnięto jeszcze mnóstwo innych, nie mniej bzdurnych rzeczy. Na przykład, że przed rokiem wesoło się zaśmiewała na uroczystości żałobnej po śmierci Stalina. Wtedy, jako kulminacja uroczystości pogrzebowych w Warszawie, odbył się wielki przemarsz (chyba nocny) ulicami stolicy. Było zimno, studenci musieli strasznie długo czekać, nim wreszcie mogła ruszyć ich część tego szczegółowo reżyserowanego pochodu. Ja, Agnieszka i nasza przyjaciółka Kalina Godlewska staliśmy razem. Z nudów opowiadaliśmy sobie jakieś śmieszne rzeczy, a żeby się trochę rozgrzać, zaczęliśmy podskakiwać, co mogło nabrać na poły tanecznego rytmu. Po pochodzie nikt nam tego zachowania nie wytknął, dopiero prawie po roku, na tym feralnym zebraniu, całą „winą” obarczono właśnie Agnieszkę. Mnie ukarano jedynie naganą, a Agnieszkę usunięto z ZMP. Bardzo to przeżywała. Zaczadzenie ideologią bowiem było tak wielkie, że za najbardziej dotkliwe uważała uznanie za obcą ideologicznie i przeciwniczkę socjalizmu. Napisała wówczas w pamiętniku coś takiego: „Gdyby w Polsce wybuchła kontrrewolucja, broniłabym socjalizmu za wszelką cenę”.

W życiorysie, składanym już w czasie październikowej odwilży, podała: „W roku 1953 zostałam usunięta z ZMP za tak zwany ferment. Koło zetempowskie wysunęło także wniosek o usunięcie mnie ze studiów, jednak Rada Pedagogiczna, ze względu na bardzo dobre wyniki w nauce, wniosek ten odrzuciła. Wiosną 1954 roku sprawa moja zawędrowała przed Sąd Centralny ZG ZMP, który po nieco karykaturalnym «procesie» nakazał zwrócenie mi legitymacji zetempowskiej”[28].

Zdaniem Solarza właściwym tłem usunięcia Agnieszki z ZMP było jej pochodzenie: ojciec, przed wojną właściciel restauracji „Watra” w Zakopanem, muzyk, człowiek, który się nigdy z tym systemem nie pogodził, niesłychanie elegancki; Europejczyk, ale ignorant w sprawach politycznych. Dom Agnieszki, wyróżniający się poziomem kultury, z inteligenckimi tradycjami, skażony był – jak wtedy to określała propaganda partyjna – drobnomieszczaństwem. Atmosferę swego domu Agnieszka wnosiła na studia. Na uczelni nawarstwiała się jej „obcość klasowa”: podejrzana była znajomość języków obcych, wspólne przygotowania do egzaminów w mieszkaniu na Dąbrowieckiej na Saskiej Kępie, korepetycje, których udzielała kilku osobom, bo miała niezwykle chłonny umysł i łatwo zapamiętywała wykłady. Jej najbliżsi koledzy z tamtych lat pamiętają, że z tego, co im mówiła, przenikała fascynacja Zachodem.

Czasem chce się do człowieka,

gdy się jest na dnie,

film nie pomaga,

książka to blaga, nie, nie, nie.

Nie pomoże żaden lekarz

ani głupia złość,

musi nadejść taki ktoś, kto chce

też człowieka,

lepszy jest niż ty

i otworzy tobie drzwi...

Rozbieliły się mroki grudniowe,

dzień się zrobił podobny do dnia...

A. OSIECKA, ROZBIELIŁY SIĘ...

.
.

Po drugim roku studiów los zesłał jej „przytulisko, najmilsze miejsce na ziemi, mekkę, dobre miejsce ocalenia” – pojechała do Gdańska[4*]:

„Pierwszego sierpnia miałam stawić się w redakcji «Głosu Wybrzeża» na tzw. praktykę wakacyjną. Bałam się, kiedy tam wchodziłam. Bałam się po zwierzęcemu, niemądrze. Na schodach spotkałam jakiegoś kacyka z mego roku. Przypomniało mi się wszystko i chciałam uciekać. Wtedy otworzyły się jakieś drzwi i poszłam tam. Kiedy wyczytywano moje nazwisko, skręcałam się ze strachu, miałam uczucie, że zaraz zrobią mi coś złego, tak samo jak wtedy, kiedy nie słyszałam tego nazwiska w innym kontekście jak «sprawa koleżanki Osieckiej». Zaraz potem poszliśmy «do pracy». Pamiętam, dano mi do zaadiustowania jakiś idiotyczny, absolutnie pusty materiał o przyjaźni polsko-koreańskiej. Postawiłam przecinki i zaniosłam rzecz do «szefa». Za biurkiem siedział pucołowaty pan w grubych okularach i sraczkowatym garniturku. To był Sławek Sierecki. Ten człowiek sam nie wie, ile dla mnie zrobił. I on, i Kajtek Marcinkowski, i siwiutki Święcicki wszyscy oni wiedzieli, pod jakimi zarzutami wylewano mnie z ZMP i jak bardzo przyległa do mnie opinia «wroga ludu». W tych czasach skrajnego zidiocenia i inkwizycji normalne byłoby, gdyby zachowali w stosunku do mnie co najmniej ostrożność. Tymczasem okazali mi zaufanie. Nie zadali mi ani jednego pytania... I długo, długo potem, kiedy zaprzyjaźniłam się ze Sławkiem, kiedy przesiadywałam w jego śmiesznym pokoiku wymalowanym od góry do dołu w abstrakcyjne hocki-klocki, atomowe meduzy i Juliettę Greco, kiedy popijając paskudną jałowcówkę, pletliśmy wiersze Konstantego i wędrowaliśmy w zieloną metafizykę – długo, długo potem najważniejszy był dla mnie ten pierwszy czas, kiedy ci dwaj obcy jeszcze ludzie okazali mi zwykłe człowiecze zaufanie”[29].