Oona kontra życie - Margarita Montimore - ebook + książka
BESTSELLER

Oona kontra życie ebook

Montimore Margarita

4,2

84 osoby interesują się tą książką

Opis

Wzruszająca opowieść o tym, co w życiu przemija, a co pozostaje niezmienne – bez względu na czas.

Jest sylwester 1982 roku. O północy Oona Lockhart skończy dziewiętnaście lat. Ma przed sobą całe życie! Jej jedyny problem to wybór planów na nadchodzący rok: studia za granicą czy trasa koncertowa z własną kapelą u boku ukochanego chłopaka? Dziewczyna stanie jednak przed poważniejszym dylematem, gdy noworoczne odliczanie przeniesie ją nie do następnego roku, lecz… trzydzieści dwa lata do przodu.

Pięćdziesięciojednoletnia Oona pamięta tylko imprezę sylwestrową, ma lekką nadwagę i zerowe pojęcie o nowych technologiach. Co prawda, najwyraźniej jest bajecznie bogata, wciąż ma przy sobie matkę, ale… gdzie się podziały te trzy dekady?

Każdego roku Oona będzie się budzić na innym etapie życia – z poczuciem straty, za to bogatsza o kolejne doświadczenia podróży w czasie.

Czy wyciągnie lekcję ze swojego niezwykłego losu?

Czy będzie potrafiła dostrzegać szczęście w drobnych chwilach i cieszyć się nimi, póki trwają?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 471

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (213 oceny)
91
78
34
7
3
Sortuj według:
AdamS77

Dobrze spędzony czas

Bardzo dobra powieść. Polecam.
10
mmajda2

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowicie Wciągająca! Trzyma w napięciu nie można oderwać się od czytania . Cóż za historia wow!
10
Sylmand

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca, bolesna, doskonała. Należy cieszyć się chwilą.
10
magdala36

Nie oderwiesz się od lektury

Kto nie marzy o tym, by poznać swoją przyszłość. Wydaje się, że to takie fajne. Będziemy mądrzejsi, popełnimy mniej życiowych błędów. Bo przecież wrócimy do "swojego" czasu i gdy już chronologicznie będziemy przeżywać nasze życie to może coś zmienimy, posterujemy nim tak, by wszystko szło po naszej myśli. Oona, nastoletnia bohaterka powieści w sylwestrową noc dostała taką szansę. Nagle staje się kobietą dojrzałą. Ale rzecz w tym, że nie zna swojej przeszłości. I jak tu podejmować decyzje, przecież to ważny czynnik? Los zapewni jej kilka takich przeskoków nim wróci do "siebie". To dobry pomysł na fabułę, był częściej obecny w kinie niż w literaturze. Ale w książce też się sprawdził. Pozwala pokazać w niekonwencjonalny sposób dojrzewanie bohaterki. Decyzja odnośnie przyszłości, którą podejmie, będzie przemyślana. Jednak czy życie z wiedzą, o tym co się wydarzy, będzie lepsze? Bardzo polecam tę historię, bo wyróżnia się wśród powieści obyczajowych.
10
erwira

Dobrze spędzony czas

Zaskakująca. Dobra. Wciągająca.
10

Popularność




Dla mojej matki Olli Vaisman, która zachęciła mnie do pogoni za marzeniami i pozwoliła czytać książki, zamiast wykonywać domowe obowiązki. Dla mojego męża Terry’ego Montimore’a, który zachęcił mnie do pogoni za pisaniem i dał mi na to czas i przestrzeń. (Przepraszam za książkowe zbieractwo i bałagan w domu).

Czas leczy rany. Ale co, jeśli sam jest chorobą?

– Wim Wenders i Peter Handke,Niebo nad Berlinem

Prolog

Oona już lata temu przestała ufać lustrom. Ukazywały przecież tylko skrawek opowieści.

To nie ja. Nie jestem tą kobietą.

Co prawda lustro demaskowało upływ czasu, przesłaniało jednak prawdziwy przebieg jej życia. Zmarszczki na twarzy, dodatkowe kilogramy, farba na włosach przykrywająca siwiznę. Każdego roku ciało należało do niej, lecz stan umysłu nie był zgodny z odbiciem w lustrze. Wciąż musiała nadrabiać zaległości i na nowo układać pomieszane elementy swojej egzystencji.

Zrządzeniem losu szybko musiała się zmierzyć ze swoją przyszłością. Powinny minąć dekady, nim włożyłaby tę pogrzebową sukienkę.

Oona przeplotła między palcami łańcuszek wisiorka, a słońce odbiło się od złotych zębatek zawieszki.

Z początku stracone lata były drogą przez mękę, a poczucie nagłej straty wydawało się nie do zniesienia. Kiedy skradziony czas do niej wracał, wszystko było ułożone inaczej. Zawsze coś jej odbierano. Kogoś. W życiu funkcjonowały jednak mechanizmy kontroli i równowagi, więc gorsze okresy były wynagradzane przez te szczęśliwsze. Nawet tego ponurego dnia przyjemności już czekały, by zrekompensować smutek. Musiała tylko być cierpliwa, otwarta.

W przypadku Oony wahadło mogło się wychylić w każdą stronę – za rok jej odbicie w lustrze mogło być starsze lub młodsze. Według niej był to stan najbliższy nieśmiertelności, egzystencjalna ruletka, choć przecież kiedyś jej koło miało przestać się kręcić.

Wszystkich ich jeszcze zobaczę. Kiedyś. I wszystkich stracę. Znowu.

Usiłowała pogodzić się z obecnym wyrokiem lustra, spojrzeć na siebie tu i teraz. Zaistnieć w tym momencie. Lecz tego dnia, gdy czuła się przytłoczona ogromnym poczuciem straty, pozwoliła sobie oderwać się od chwili obecnej i cofnąć do innej, weselszej. Prostą sukienkę zastąpiły cekiny. Sypialnia zmieniła się w piwnicę pełną luster. Pomieszczenie wypełnione muzyką, kolorem i światłem. Miłością intensywną niczym supernowa. To była impreza jak żadna inna.

Wciąż mogę to przeżyć, jak należy.

Pewnego dnia podejmie ten wątek i wróci na imprezę. Nie zacznie od nowa, lecz będzie kontynuowała od miejsca, w którym jej przerwano. Nie wiadomo kiedy.

Pewnego dnia.

– Jesteś gotowa?

Część I

Impreza się skończyła

1982: 18/18

1

Impreza upływała według wzoru niemal filmowej choreografii: plastikowe kubki i butelki piwa przechylały się do synkopowanego rytmu, goście w grupkach kiwali głowami i tańczyli do muzyki new wave, zupełnie jakby parkiet był ogromną trampoliną, a w pomieszczeniu unosiła się wstęga podchmielonego śmiechu. Może i znajdowali się w zwykłej piwnicy w Brooklynie, z lustrzanymi ścianami i jasnobrązową wykładziną, jednak tego wieczoru było to ich Studio 54, ich Palladium, ich Danceteria. Pięćdziesiąt osób robiących hałas i tętniących energią setek ludzi – z których większość miała właśnie ferie świąteczne – postanowiło zebrać się, by uczcić sylwestra i urodziny Oony Lockhart. Wyglądali stylowo: skóry i falbany, cekiny i siatki, nijakie tkaniny porzucone na rzecz tych połyskliwych, błyszczących i rażących kolorami. Stroje igrały z glamem, gotykiem, new wave i punkiem, choć ci, którzy je nosili, nie zgadzali się na przypinanie im etykietek.

Oona klęczała w kącie przy zestawie stereo i przeglądała skrzynkę z płytami. Zerknęła na zegarek, który dostała w prezencie rocznicowym od swojego chłopaka Dale’a. Nie miał drugiej wskazówki, przez co można było odnieść wrażenie, że czas mija wolno, a niekiedy nawet się zatrzymuje. Czarna ukośna linia rozdzielała srebrną tarczę poznaczoną maleńkimi czarnymi gwiazdkami: 21:15. Za niespełna trzy godziny zacznie się rok 1983, a ona będzie o rok starsza.

Wstała z płytą w dłoni, gdy powolnym krokiem podszedł do niej Dale – wysoki chłopak o sennych oczach, złocistej cerze po matce Brazylijce i kręconych włosach zaczesanych do góry, a po bokach przygładzonych na żel. Na jego widok jej oddech przyspieszył.

– Hej, piękna. Co tam masz? – Wskazał na płyty.

– Nie mogę się zdecydować, którą puścić. Yazoo czy Talk Talk? – Zważyła obie płyty w dłoniach.

– Nigdy nie widziałem, żeby ktoś aż tak poważnie podchodził do wyboru płyty. Urocze. – Cmoknął ją w policzek. – To może ja zostanę didżejem, a ty pójdziesz potańczyć? Puszczę obie.

Pozwoliła, by wziął je od niej, lecz nie opuściła rąk.

– Okej. Muszę tylko przynieść więcej serwetek i lodu…

– Tym też się zajmę. Twoim zadaniem jest tylko dobrze się bawić. – Puścił do niej oko, co złagodziło „surowy” ton jego głosu.

Nagle piętro wyżej coś głucho łupnęło i się roztrzaskało. Wszyscy przestali tańczyć i wpatrzyli się w sufit. Czy to jakiś hałaśliwy intruz? A może ktoś wrzucił coś przez okno? Oona i Dale podbiegli do schodów.

– Zostań tu, pójdę sprawdzić, co się stało – zwrócił się do niej Dale.

– Idę z tobą – oznajmiła stanowczo, choć ogarnął ją chłód i miała wrażenie, że spada. Proszę, tylko nie znowu to samo.

Dale przystanął na schodach i się odwrócił.

– To na pewno nic takiego. Ale jeśli ci to pomoże, pójdę po Coreya, żeby sprawdził to ze mną.

– Widzę go. – Wskazała palcem ponad jego ramieniem.

Na szczycie schodów tyczkowata postać Coreya kuliła się z przerażenia. Czarne, uczesane w kolce włosy rzucały geometryczne cienie na twarz.

– Ogromnie cię przepraszam, stary. Popisywałem się ruchami tanecznymi przed dziewczynami i zaplątałem się w dywan. Upadłem na twój stolik i, hm, połamał się. Nikomu nic się nie stało, jestem po prostu głąbem. Posprzątam to i odkupię stolik. Słowo. – Za Coreyem kurczyły się dwie drobne dziewczyny o zbyt mocno umalowanych rzęsach, ubrane w sukienki wyglądające, jakby uszyto je z płynnego metalu.

Dale gniewnie pokonał resztę stopni. Jego pierś unosiła się, gdy nabierał powietrza. Oona podeszła nieśmiało i dotknęła jego pleców. W końcu westchnął i powiedział:

– Co to za impreza bez zniszczeń? – Odsunął się na bok i machnął ręką do Coreya i dziewczyn. – Ja posprzątam. Tylko postarajcie się już niczego nie zepsuć.

Skruszone trio zeszło na dół, a Oona weszła do kuchni za Dale’em, który wziął miotłę, szufelkę i burknął:

– Gość honorowy nie powinien sprzątać. Ogarnę to.

– Pomogę ci. Od początku imprezy prawie cię nie widziałam. – Wyjęła worek na śmieci spod zlewu.

– Wiem. – Ugłaskany jej łagodnością Dale seksownie zniżył głos. – Dobrze, że wcześniej spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu.

Zachichotali wymownie.

– Myślę, że w pewnym momencie listonosz też mnóstwo zobaczył. – Pochyliła się ku niemu i wtuliła w jego szyję, wdychając ostry zapach perfum Drakkar Noir i żelu do włosów. – Mamy nauczkę za niezasuwanie zasłon.

– To i tak mniejszy wstyd niż w zeszłym tygodniu, kiedy nakryła nas twoja mama – powiedział Dale.

– Po twoim wyjściu było jeszcze gorzej. – Wzdrygnęła się na to wspomnienie. – Kiedy upewniła się, że nadal biorę pigułki, zaproponowała, że pożyczy mi swój egzemplarz Radości z seksu.

– Cudownie! – Dale odchylił głowę, wybuchając gromkim śmiechem. Sama też chętnie by porechotała, ale zdobyła się jedynie na wątły uśmiech.

Matka Oony była wyzwoloną kobietą, co miało swoje zalety. Dziewczyna wolałaby jednak, żeby ktoś wyznaczył jej surowsze granice. Dopóki Oona nie skończyła jedenastu lat, zajmował się tym jej ojciec (codzienne obowiązki, nauka według planu, ograniczony czas na oglądanie telewizji), który był bankierem, ale po jego śmierci sama musiała narzucić sobie pewne zasady. W tej sytuacji matka – stewardesa, która przebranżowiła się na agentkę biura podróży – stała się bardziej jej przyjaciółką niż rodzicem. Często droczyła się z Ooną, że podchodzi do wszystkiego zbyt poważnie, czy to do studiów, czy do prób zespołu, czy nawet do związku z Dale’em, i namawiała ją, by czasem pozwoliła sobie na odrobinę młodzieńczego szaleństwa. Zupełnie jakby nie można było być poważnym i mimo to dobrze się bawić. Jakby młodość zakładała głupotę.

– Mam pewien pomysł – rzekł Dale, ze stukotem upuszczając miotłę i szufelkę. Przebiegł palcami po łuskach jej cekinowej sukienki, zawadiacko opuścił o kilka centymetrów zamek błyskawiczny i szepnął: – Może pójdziemy na górę? – Pocałował jej odsłonięte ramię, a palcami powiódł pod rąbek sukienki. – Moglibyśmy położyć się pod gwiazdami…

„Gwiazdy”, które miał na myśli, wisiały pod sufitem jego sypialni – powiązał ze sobą plątaninę kabli i przewodów telefonicznych, które wygrzebał gdzieś w sklepie elektronicznym ojca, i opryskał je farbą fluorescencyjną, co dało trójwymiarowy, kosmiczny efekt. Kiedy Oona po raz pierwszy ujrzała ten sufit, z wrażenia zaparło jej dech. Dwa lata później wciąż ją fascynował. Tak samo jak facet, który właśnie obsypywał pocałunkami jej szyję.

– Kuszące, ale niegrzeczne wobec pozostałych. – Niechętnie powstrzymała jego dłoń przed wspięciem się po jej udzie choćby odrobinę wyżej. – Przez szkołę i zespół całe wieki nie widywałam się z nikim prócz ciebie, Coreya i Wayne’a.

– Parę tygodni temu widzieliśmy się z ludźmi w klubie CBGB.

– No tak, ale byliśmy tacy zajęci koncertem dla łowców talentów i spotkaniem z menedżerem Factory Twelve, że prawie nie rozmawialiśmy z przyjaciółmi.

– Biorąc pod uwagę, co z tego wyszło, myślę, że nie mieli nam tego za złe. Wiesz, ile może zespołowi dać taka trasa? Po tym, jak Factory Twelve otwierali koncerty The Pretenders, podpisali kontrakt z Chrysalis, a ich pierwszy singiel właśnie trafił do czołowej czterdziestki na liście przebojów.

– Ale wciąż nie są Pretendersami. Raczej nie trafimy na stadiony.

– No tak… – Przeciągnął ostatnie słowo, cofnął się o krok i uniósł brwi. – Ale nigdy nie graliśmy dla więcej niż kilkuset osób… nigdy nawet nie wyszliśmy poza obszar trójstanowy. A Factory Twelve może jeszcze zrobić wielką karierę. Supportowanie ich w czasie wiosennej trasy to przełom, którego większość zespołów nigdy się nie doczeka. Myślałem, że się z tego cieszysz.

– Bo się cieszę. Tylko… ja nie… – Starała się zapanować nad jąkaniem. – Cieszę się, ale to mnie onieśmiela. Nowe miasta, granie w większych obiektach…

– Chodzi o coś więcej – powiedział z wymownym skinieniem głowy. – Wiesz, że nie musisz tego przede mną ukrywać.

Poczuła ciężar w żołądku. Czy on wiedział?

– Czego ukrywać?

– Nadal jesteś rozbita po tym napadzie po imprezie u Wayne’a. Widziałem, jak zareagowałaś na tamten huk. Myślałaś, że to włamywacz. Obawiasz się jechać w trasę, bo boisz się, że znów stanie się coś złego.

– Och. – Zalała ją fala ulgi, jak z całkiem odkręconego kranu. – To rzeczywiście było przerażające.

Wszystko wydarzyło się w zeszłym miesiącu w metrze, kiedy wracali do Bensonhurst. Zaśmiała się, bo podszedł do nich mężczyzna w okularach pływackich. Przestała się śmiać, kiedy wyjął nóż sprężynowy.

– Posłuchaj. – Dale przyciągnął ją do siebie, a jego głos obniżył się o kilka tonów. – Nic by ci się nie stało. Byłem gotów przyjąć na siebie wszystko, żeby cię ochronić: nóż, kule czy cokolwiek innego.

– Dzięki Bogu skończyło się na oddaniu mu pieniędzy. – Zadrżała, przypomniawszy sobie, jak ją wówczas sparaliżowało i jak Dale musiał sięgnąć do kieszeni jej płaszcza po portfel, by podać go napastnikowi w okularach. – Dobrze, że nie miałam wtedy zegarka.

– Nic ci się nie stanie w czasie tej trasy. Dopóki jesteś ze mną, jesteś bezpieczna. – Ta obietnica rysowała się w jego opanowanym spojrzeniu i stanowczej linii szczęki.

– Wiem. – Głos uwiązł jej w gardle, gdy usłyszała pasję w jego słowach. – Nie musisz mi tego udowadniać, wystawiając się dla mnie na kule. – Powiodła palcem po zgrubieniu na jego nosie.

– Wystawiłbym się i pod młot, gdybyś tylko zechciała mi to wyprostować. – Był pewny siebie, ale na punkcie nosa miał kompleksy.

– Ćśś. Twój nos mnie kręci. I wcale nie z powodu tego, co mówi się o dużych nosach. – Dłoń Oony zawisła nad sprzączką jego paska, pragnąc powędrować dalej na południe. Jednak zbyt łatwo straciliby poczucie czasu. – Chodźmy posprzątać ten bałagan. Ale może najpierw mi pomożesz? – Przerzuciła długie kasztanowe włosy przez ramię i odwróciła się do niego plecami, by zapiął zamek jej sukienki. – Myślisz, że powinniśmy byli zacząć próby wcześniej? Wiem, że gramy dziś tylko dla przyjaciół, ale i tak chcę zrobić na nich wrażenie. – Kiedyś po koncercie usłyszała, jak ktoś mówił, że „występ był niezły, ale druga Joan Jett to nie jest”. Oona nie potrafiła stwierdzić, na ile się z tym zgadza, ale to zdanie utkwiło jej w głowie. Gdyby dano jej szansę, mogłaby być lepszą gitarzystką niż klawiszowcem, a na wokalu radziła sobie równie dobrze jak Dale.

Kiedy się odwróciła i poprawiła sukienkę, Dale cicho zagwizdał.

– Boże, wyglądasz powalająco. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo. – Pokręcił głową z zachwytem, a jego skóra lśniła nawet w ostrym świetle kuchennych jarzeniówek.

Przygwoździło ją intensywne spojrzenie jego ciemnych oczu, zabrakło jej słów, a w żyłach popłynęło odurzające uniesienie. W odpowiedzi zdołała jedynie uścisnąć jego dłoń.

Dale przysunął się do niej i cicho szepnął jej do ucha:

– Tak dla twojej wiadomości: zawsze robisz wrażenie. Na mnie zrobiłaś je od pierwszej chwili. A każda minuta, którą z tobą spędzam, to najważniejszy moment mojego pieprzonego życia.

Stolik kawowy w salonie wyglądał niczym poskręcany stos chromu i odłamków szkła.

– Cholerny Corey – mruknął Dale. – A ty się zastanawiasz, dlaczego chcę się rozejrzeć za nowym perkusistą.

Kiedy ostrożnie zbierali połamane kawałki metalu i szkła, Dale podjął tę samą, znajomą już śpiewkę.

– On się wymyka spod kontroli. Nie wiem, czy zaczął częściej brać kokę, ale już samo picie stanowi problem. Nie mamy jeszcze nawet kontraktu na płytę, a on już zachowuje się jak Keith Moon. Może trzeba wymienić go teraz, zanim rozwali nam trasę.

– Nie możesz go wyrzucić. Nawala, ale to świetny bębniarz i uwielbia ten zespół. – Oona pogładziła zmarszczone czoło Dale’a. – Uwierz w niego trochę bardziej.

Kiedy wrócili do piwnicy, Dale podszedł do gramofonu, a Oona zrobiła sobie drinka. Upiła łyk taniego szampana z plastikowego kubka i przyglądała się barwnemu tłumowi.

Ktoś poklepał ją po ramieniu.

– Co taka osowiała? – zapytał Wayne, ubrany od stóp do głów w czerwoną skórę. Jego afro lśniło w świetle.

– Nie jestem osowiała. – W jej głosie zabrzmiała jednak obronna nuta.

– Daj spokój. Zazwyczaj tańczysz do upadłego, wyszczerzona jak wariatka. Co się stało? Pokłóciłaś się z Dale’em?

– Oczywiście, że nie. Myślałam tylko o tym, jak bardzo będę za wszystkimi tęsknić. – Po czym szybko dodała: – Kiedy pojedziemy w trasę.

– Nie kupuję tego, ale niech ci będzie.

Oona wskazała swój pusty kubek.

– Muszę sobie dolać. Zaraz wracam. – Odeszła od Wayne’a. Zaschło jej w ustach i ogarnęły ją lekkie mdłości. Tak naprawdę potrzebowała miejsca, gdzie mogłaby się wyciszyć i uspokoić myśli, żeby móc w końcu zatracić się w zabawie.

Łazienka znajdowała się naprzeciwko schodów do piwnicy. Zapukała, ale nikt się nie odezwał, więc przekręciła gałkę i weszła do środka. Nad zlewem stał pochylony Corey.

– Co jest, do cholery? – Poderwał się na nogi z wytrzeszczonymi oczami.

– Ups, przep… – Właśnie wtedy zobaczyła małe lusterko obsypane białym proszkiem. Zamknęła za sobą drzwi i przekręciła klucz. – Chyba sobie żartujesz?

– Nie robię tego regularnie, słowo. – W panice gestykulował ubrudzonymi na biało dłońmi, których kolor kontrastował z pomarańczowym kombinezonem.

– To samo mówiłeś, kiedy pozamiatałeś nam koncert w Hoboken. Chcesz wylecieć z zespołu?

– Jasne, że nie. Myślisz, że całe życie chcę biegać między stolikami w Beefsteak Charlie’s?

– Nie mam pojęcia. Wiem za to, że Dale rzucił studia, żeby skupić się na zespole, i namówił Wayne’a do tego samego. I wiem, że ode mnie też oczekują, że zrobię sobie semestr wolnego w Stern, żeby pojechać w tę trasę. Jeżeli chcesz brać w tym udział, musisz podejść do tego poważniej. – Może sama powinnam posłuchać swojej rady. Skrzywiła się na myśl o własnej hipokryzji. – A co by było, gdyby nakryli cię Dale albo Wayne?

Corey opadł ciężko na zamknięty sedes, a na jego twarzy odmalowała się udręka.

– Nie możesz im powiedzieć. Ten zespół jest dla mnie wszystkim.

– Wiem. – Oona stanęła nad nim z rękami na biodrach. – Ale w zespole panuje zasada „Zero twardych dragów”. Wszyscy się co do tego zgodziliśmy. Jeżeli nie potrafisz tego uszanować, może powinieneś odejść, żeby mieli… żebyśmy mieli czas na znalezienie nowego perkusisty przed trasą. – Ukłucie wyrzutów sumienia sprawiło, że oderwała listek papieru toaletowego i otarła mu resztki proszku spod nosa. – Nie pisnę ani słowa, ale ogarnij się.

– To był ostatni raz. Naprawdę. – Podszedł do zlewu, zmył resztki kokainy z lusterka i pokazał jej czystą taflę. – Widzisz?

Z lusterka popatrzyły na nią przytłoczone zmartwieniami jej własne piwne oczy pomalowane czarną konturówką.

– Nie zawiedź mnie. – Skierowała te słowa zarówno do przyjaciela, jak i do własnego odbicia.

Zasypał ją kolejnymi obietnicami, uśmiechnął się z wdzięcznością i wyszedł.

Kiedy została w zamkniętym pomieszczeniu sama, zrobiło jej się gorąco i poczuła się przytłoczona. Może samotna chwila wytchnienia na górze dobrze by jej zrobiła.

Tak bardzo pragnęła wymknąć się z piwnicy niezauważona, że nie spostrzegła postaci stojącej u podnóża schodów i prawie się z nią zderzyła. Oona gwałtownie się zatrzymała. Mało brakowało, a powaliłaby na ziemię swoją wieloletnią przyjaciółkę. Ostatecznie wykorzystała siłę pędu, by uściskać zszokowaną dziewczynę.

– Pam! Nie do wiary, że przyszłaś. Miałam nadzieję, że w końcu wpadniesz na jakąś imprezę.

– Wow. – Spojrzała na Oonę z rozdziawionymi ustami i rozejrzała się wokół. – Nie spodziewałam się, że każdy się tak wystroi. – Wszyscy starali się wyglądać na starszych i bardziej postępowych, Pam jednak była kilka lat w tyle pod względem trendów i dojrzałości. Od czasu, gdy Dorothy Hamill zdobyła złoto w 1976 roku, Pam niezmiennie nosiła podcięte krótko włosy. Na jej wąskich ramionach leżał potężny biały kołnierz Piotrusia Pana zdobiący brązową sukienkę z weluru, a jedyny makijaż na piegowatej twarzy stanowiła smuga wazeliny na ustach. – Może niepotrzebnie przyszłam.

– Coś ty. Wyglądasz ślicznie. – Chwyciła przyjaciółkę za rękę i lekko pociągnęła. – Chodź, przedstawię cię wszystkim.

Ale Pam ani drgnęła.

– Dzwoniłam do ciebie, ale zastałam tylko twoją mamę. Powiedziałam, że pewnie jest dumna i będzie za tobą bardzo tęsknić, ale sprawiała wrażenie kompletnie niezorientowanej w temacie. Nie mówiłaś jej o Londynie?

Londyn.

To słowo było niczym dawka adrenaliny wstrzyknięta wprost w serce Oony. Zmieniając kurs, porwała Pam z dala od bawiących się ludzi, do pustej kuchni na piętrze.

– Jezu, Oono, prawie zwichnęłaś mi bark.

– Nikt nie wie o Londynie. Ani mama, ani nawet Dale.

– Dlaczego? – Pociągnęła się za płatek ucha, robiła tak od dzieciństwa, kiedy była zdenerwowana.

– Trudno to wytłumaczyć. – Tak bardzo zaschło jej w gardle, że ledwie mogła mówić. – Zaczekaj. – Wyjęła z lodówki puszkę coli. Kiedy ją otworzyła, rozległ się metaliczny trzask, a po boku spłynęła piana. Żeby nie rozlało się zbyt wiele, Oona upiła szybko kilka łyków. – Nikomu nie mówiłam, bo chcę podjąć decyzję bez presji. Zwłaszcza ze strony mamy i Dale’a.

– A o czym ty tu chcesz decydować? Marzyłyśmy o Londynie, od kiedy w trzeciej klasie obejrzałyśmy Mary Poppins. A teraz możemy tam mieszkać.

– Możliwe, że latem i tak będę w Londynie. Zastanawialiśmy się z Dale’em nad wycieczką z plecakiem po Europie. Nawet zaczęliśmy już robić listę miejsc. Paryż, Berlin, Bruksela, Londyn – wszystkie najważniejsze miasta. – Zrobili też listę mniej znanych europejskich miast i zabytków. Nadmorskie miasteczka Cinque Terre we Włoszech, ruiny zamku na wyspie Kastellorizo w Grecji, kaplica wyłożona ludzkimi kośćmi w Kutnej Horze w Czechosłowacji. – Oczywiście to było tuż przed ofertą Factory Twelve i nie wiadomo, co się wydarzy w trasie. Dale jest przekonany, że przedstawiciele firm fonograficznych zwariują na naszym punkcie i latem będziemy nagrywać album dla którejś z tych ważniejszych. Kto wie?

– Mówisz poważnie? – Twarz Pam wykrzywiła się z zakłopotania. – Wiem, że ta cała muzyka to ekscytująca sprawa, ale to nie jest prawdziwe życie. Możesz miesiącami pocić się w autobusie i wrócić do domu spłukana albo spędzić rok w Londynie i wszystkie drzwi staną przed tobą otworem. – Westchnęła ciężko, patrząc na swoje baleriny na grubej podeszwie. – Nie chcę, żebyś zmarnowała życiową szansę. A czas ucieka. Papiery trzeba oddać za dwa tygodnie.

– Wiem. – Oona przyłożyła sobie puszkę do czoła. – Ale… jeszcze tego nie przemyślałam. A chociaż przez jeden wieczór chciałabym się tym nie przejmować. Przez jeden wieczór chciałabym poimprezować, zanim wszystko się skomplikuje jeszcze bardziej. Możemy wrócić na dół i po prostu się zabawić?

Było widać, że Pam się waha.

– Dobrze. Ale najpierw muszę przypudrować nos.

– Tam, w korytarzu, po lewej.

– Nie czekaj, znajdę cię.

– Tylko mi nie ucieknij.

Na dole Oona zerknęła na zegarek: 23:40.

Podeszła do stołu z przekąskami, gdzie Dale otwierał właśnie butelkę wina Cold Duck.

– Pijesz napoje gazowane, chociaż mamy najlepszego taniego szampana na świecie? – Wystrzelił korek, napełnił dwa plastikowe kubki i podał jej jeden. – Uczcijmy to. Będziesz najseksowniejszym klawiszowcem w historii rock and rolla.

– Nikt nie zwraca uwagi na klawiszowców. – Zerknęła na swoją puszkę coli, po czym upiła łyk szampana. – Wszystko kręci się wokół wokalisty, czasem gitarzysty, więc, tak czy owak, ty będziesz najważniejszy. – Nie ja. Mnie mogłoby tam nie być.

– O nie, to my będziemy najważniejsi. – Dale objął ją ramieniem w pasie. Jakby chciał jej obiecać, że cokolwiek miałoby się wydarzyć, będzie przy niej. Oona wtuliła się w niego z uśmiechem, chcąc pokazać, że wierzy w tę obietnicę i zamierza odpłacić się tym samym.

Podłoga zadrżała pod jej stopami. Czy pod domem biegła trasa metra? Może to energia imprezowiczów, którzy swoim tańcem wprawili fundamenty w drżenie. Albo to efekt szampana, którego piła wcześniej, i całkowicie skupionego na niej chłopaka. Oczy Oony i Dale’a błyszczały, gdy ich spojrzenia się spotkały, zupełnie jakby łączyła ich wspólna tajemnica – więzy równie silne jak u pary przestępców, którzy popełnili wspólną zbrodnię. Ich twarze zbliżyły się do siebie, a napój chlapnął z plastikowych kubków, gdy połączyli się w zachłannym, namiętnym pocałunku, usuwającym całe pomieszczenie w cień. Całowali się jak kochankowie, którzy odnaleźli się po bitwie, mimo że podczas ferii zimowych spędzili osobno zaledwie dwa dni, choć oboje mieszkali w Brooklynie i nieustannie się widywali. Może więc nie tyle odnaleźli się po bitwie, ile się do niej przygotowywali.

Dale powędrował ustami ku jej uchu.

– Mam dla ciebie urodzinową niespodziankę. Chodź.

Poprowadził ją do piwnicy, ku przesłoniętemu narożnikowi służącemu za przechowalnię. Na szczycie stosu plastikowych krzeseł ogrodowych leżało prostokątne pudełko owinięte w srebrny papier.

– Urodziny mam dopiero za pół godziny – zaprotestowała z uśmiechem.

– Nie mogę dłużej czekać. Otwórz. – Pewnie chwycił pudełko i zaczął odwijać papier.

W środku, pod cienką bibułką leżała czarna kurtka motocyklowa ze srebrnymi, błyszczącymi klamrami.

Oonie na chwilę zaparło dech w piersi.

– To zbyt wiele. Powinieneś oszczędzać na trasę – powiedziała, wkładając kurtkę na cekinową sukienkę i czując, jak otulają ją ciężar i zapach skóry.

– E, tam. Tata dawał mi dodatkowe zmiany w sklepie, a na Gwiazdkę wszyscy kupowali Commodore 64, więc dostawałem niezłe prowizje. Dobrze leży?

– Idealnie. – Przechyliła głowę z udawaną podejrzliwością. – A może po prostu masz już dość tego, że ciągle pożyczam twoją kurtkę? – Wspominała mu, że jego skóra jest dla niej jak nowojorska zbroja, w której czuje się bezpiecznie.

– No coś ty. Pomyślałem tylko, że przydałaby ci się własna – powiedział.

Jej serce załopotało w piersi niczym zataczający szaleńcze kółka koliber. Objęła Dale’a i szepnęła:

– Jestem cholerną szczęściarą.

– Bo rozpuściłem cię jak dziadowski bicz?

Pod wpływem jego ciepłego oddechu ugięły się pod nią kolana, a krew zaczęła szybciej krążyć w jej żyłach.

– Nie, dlatego że spędzę resztę życia z najfajniejszym gościem na świecie.

– Żebyś wiedziała. – Pocałował ją tak żarliwie, że wszystko wokół nich pociemniało i ucichło. – Mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę, ale dopiero po odliczaniu.

– Nic nie mów, nic nie mów! – Uniosła dłoń i się odwróciła.

Zazwyczaj uwielbiała niespodzianki, ale biorąc pod uwagę trasę z Factory Twelve, rzucenie nauki przez Dale’a i Wayne’a, a do tego Londyn na horyzoncie, zaczynała się czuć przytłoczona.

– Chodź, dołączmy do pozostałych – rzekł Dale.

Piwnicę oświetlały świąteczne lampki wiszące tam przez cały rok. Białe punkciki światła drgały między lustrzanymi ścianami, przez co Oona poczuła się jak we wnętrzu gigantycznej kuli dyskotekowej albo gwiazdy, która za chwilę ma eksplodować. Pokój się rozmył, gdy zamrugała, by odpędzić łzy, które nie wiadomo dlaczego napłynęły jej do oczu. To był punkt kulminacyjny idealnego roku. Ale nie mógł trwać w nieskończoność. To było niemożliwe. Wkrótce po tej imprezie wszystko miało się zmienić. Jeżeli Oona powie Londynowi „nie” i zrobi sobie przerwę na jeden semestr, straci akademicki rozpęd. Ale czy nie straci więcej, jeżeli powie „nie” zespołowi? Jeśli Early Dawning pojadą w trasę bez niej, wiosną będzie musiała znieść nieobecność Dale’a – która już sama w sobie będzie bolesna – oraz jego rozczarowanie. A to byłby dopiero wstęp do wyjazdu do Anglii. Czy zdołaliby przetrwać takie zawirowania?

Oona była na łasce zegara, którego tykanie z każdą mijającą godziną robiło się coraz głośniejsze i szybsze. Zegara, który za chwilę miał ją zdradzić.

Sprawdziła godzinę: 23:55.

W kącie pomieszczenia, na ekranie niewielkiego kolorowego telewizora widać było opadającą noworoczną kulę na Times Square. Corey wskazał na ekran.

– Czy to podświetlone coś to wiśnia?

– Właśnie dlatego ludzie uważają perkusistów za głupków. To jabłko, kretynie – powiedział Dale. – No wiesz, jak Wielkie Jabłko. Na Nowy Jork nie mówi się Wielka Wiśnia.

Nie było to aż tak zabawne, ale Oona pragnęła się oderwać, więc odrzuciła głowę i się roześmiała. Dale wykorzystał chwilę, gdy miała odsłoniętą szyję, i rzucił się ku niej z zębami, udając zakochanego wampira. Obraz pomieszczenia przekrzywił się, gdy ją przechylił, końcówki jej włosów omiotły podłogę, a po chwili wszystko jeszcze bardziej odchyliło się od swojej osi. Śmiech Oony przerodził się w piski i protesty, po czym ucichł do poziomu pomruków przyjemności. Zatopili się w sobie i pożerali się nawzajem. Czy nie tak właśnie wyglądała miłość? Nie wyobrażała sobie, że to uczucie mogłoby być mniej intensywne. A teraz, gdy je miała, nie wyobrażała sobie, że miałoby przeminąć.

Znowu poczuła drżenie pod stopami, a granice pokoju przesunęły się i rozmyły. Czyżby przesadziła z szampanem? Miała nadzieję, że nie spisze się przez to kiepsko na klawiszach i przy mikrofonie, kiedy zagrają kilka piosenek po wejściu w 1983 rok.

Zapamiętaj tę imprezę. Każdą sekundę. Każdą osobę.

Stanowili barwną grupę. Rozglądając się wokół, zapisywała w pamięci wizerunki przyjaciół, z których każdy był na swój sposób osobliwy i utalentowany. Była przekonana, że wszyscy wiele osiągną. A ona?

Chciałabym nie musieć wybierać.

Po raz kolejny wypowiedziała powracające od kilku tygodni życzenie, nieświadoma, że każde, które się spełni, ma ukryty koszt, że nad każdym błogosławieństwem wisi cień klątwy.

Odliczanie do 1983 roku właśnie się rozpoczęło.

– Dziesięć!

Mocniej objęła Dale’a w pasie, miała wrażenie, że to szczyt jej szczęścia. Gdzieś na granicy świadomości szepnął spanikowany głos: Wyżej już nie da się wejść.

– Dziewięć!

W kurtce było jej za ciepło, ale nie zamierzała jej tej nocy zdejmować. Nie planowała też mówić Dale’owi, że to nie dzięki ciężarowi jego kurtki czuła się bezpiecznie, lecz dzięki temu, że miała na sobie coś, co należało do niego. Mógł ją ochronić dowolny talizman – pierścionek klasowy, stary T-shirt, poszarpane sznurowadło – pod warunkiem że należał do niego.

– Osiem!

Niestety przed pewnymi rzeczami skórzana zbroja nie mogła jej ochronić.

– Siedem!

Drżenie przybrało na sile, powędrowało w górę nóg Oony, ku podstawie kręgosłupa, niczym niewidzialna siła, która mogła przemienić jej ciało w metronom, wyznaczając nowy rytm jej życia.

– Sześć!

Starała się je ignorować.

– Pięć!

Po jej skroniach popłynęły krople potu, kiedy odliczała ostatnie sekundy 1982 roku i osiemnastego roku swojego życia.

– Cztery!

Powiodła wzrokiem za czerwoną poświatą obniżającej się kuli na ekranie telewizora, krzycząc wraz z pozostałymi, choć wewnętrznie wyła z bólu.

– Trzy!

Gwałtowne odczucie wystrzeliło z czubka jej głowy i rozpłynęło się przez środek ciała, zupełnie jakby niewidzialny miecz przeszył ją wpół.

– Dwa!

Wzbierał w niej żar, jakby cząstki jej ciała próbowały uciec i poukładać się na nowo, ale nie w tym czasie i nie w tym miejscu.

– JEDEN!

Część II

Pod lodem

2015: 51/19

2

Oona ocknęła się, gwałtownie łapiąc oddech, jakby tonęła i właśnie wydostała się spod powierzchni wody.

Sekundę wcześniej otaczali ją ludzie, światła, hałas i ciepło. Teraz leżała na pluszowym dywanie w ciemnym pomieszczeniu oświetlonym blaskiem kominka, a słyszała jedynie trzask płomieni ogrzewających pełną przeciągów przestrzeń.

Ile szampana wypiłam?

– Hej, wszystko w porządku? – spytał nieznajomy męski głos.

Światło, choć mizerne, raziło ją w oczy. Pomieszczenie się zakołysało. Zamrugała, jakby chciała się otrząsnąć po błysku flesza aparatu. Skup się.

Klęczał nad nią szczupły mężczyzna, na którego koszulce widniało logo okładki albumu Dark Side of the Moon Pink Floydów. Pryzmat i tęczę zdobiły małe kryształki.

Zamroczona Oona uniosła się na łokciu.

– Gdzie jest Dale?

Właśnie wtedy zderzyła się z rzeczywistością: nie była w piwnicy Dale’a ani nawet w jego domu.

Znajdowała się w pomieszczeniu, które mogło być biblioteką rodem z gry planszowej Cluedo: wysoki sufit, ciemne drewno, skórzane fotele uszaki, staroświecki globus, wózek barowy obładowany kryształowymi butelkami fasetowanymi jak wielkie klejnoty. Pod jedną ze ścian przeważały regały z książkami, a drabina na rolkach umożliwiała dostęp do egzemplarzy stojących poza zasięgiem rąk. Było to pomieszczenie, w którym mogłoby odbyć się spotkanie wytwornych wykładowców raczących się dobrą szkocką i półgłosem prowadzących rozmowy. Orzechowe biurko stało na wprost okna wykuszowego, w którym wisiały aksamitne zasłony stanowiące ramę dla rozciągającego się za nim widoku.

Przez zmącony umysł Oony przewinęła się nić niepokoju.

– Co to za miejsce? – Wpatrzyła się w obraz nad kominkiem: elegancka kobieta usilnie starała się utrzymać minę niczym Holly Golightly, była ciągnięta przez trzy duże wilki na smyczy. Z kącika jej ust płynęła strużka krwi. – Przerażający, ale ładny.

– To samo powiedziałaś, kiedy go kupiłaś.

Mgła spowijająca jej świadomość nieco się rozproszyła.

– Kim jesteś? – Dotknęła swojego gardła. Jej głos brzmiał inaczej. Nie całkowicie inaczej, był jednak o kilka tonów głębszy.

Mężczyzna był nieco po trzydziestce, miał ciemne, przyjazne spojrzenie, wysokie kości policzkowe i ufarbowane na morelowo włosy zaczesane w falę.

– Jestem Kenzie. Twój osobisty asystent… i przyjaciel. To twój dom. A twój głos brzmi inaczej, bo… cóż, mam ci wiele do wyjaśnienia. To będzie dziwne i szokujące. Ale jestem tu, żeby ci pomóc.

Oona zadrżała i zamknęła oczy. To było zbyt realistyczne jak na sen, ale zarazem wyglądało na bardzo dziwny miraż. Na pewno wciąż była na imprezie z Dale’em i przyjaciółmi w wyłożonej lustrami piwnicy. Ta nowa rzeczywistość nie mogła być prawdziwa, więc lepiej nie poddawać się halucynacjom.

Tylko że…

Nagle zgięła się wpół, bo coś zawirowało w jej ciele, jakby jej organy ponownie układały się na swoich miejscach. Z trudem przełknęła ślinę, żeby nie zwymiotować, nabrała powietrza i…

Z jej ust wydobył się nieprzyjemny krzyk. Ostatni raz krzyczała tak głośno, gdy dwóch mężczyzn wciągało na łódź jej ojca w poszarpanych ubraniach i wdmuchiwało powietrze w jego pełne wody, niedziałające płuca. Miała jedenaście lat i wpatrywała się w fioletową twarz Charlesa Lockharta, który z kolei patrzył w pustkę. Tamten krzyk był wyrazem paniki. To, co znane, stało się obce. Ten krzyk, przyćmiony dekadami dojrzałości, zachował w sobie nuty tamtego dziewczęcego, wysokiego, zawodzącego lamentu.

– Wow. Spokojnie, proszę. Nic ci nie grozi.

Ale Oona poderwała się na nogi i pośpiesznie się od niego oddaliła. Tymczasem odkryła kolejne straszliwe niespodzianki, które oderwały jej uwagę od nieznajomego. Dlaczego jej ciało było cięższe i w tylu miejscach odczuwała strzyknięcia bólu, jakby miała na sobie zardzewiałą zbroję? Nigdzie nie było lustra i nie mogła obejrzeć się w całości, więc kolejne przerażające szczegóły docierały do niej stopniowo. Zobaczyła swoje dłonie, które nie mogły być jej własnymi. Wydatne żyły, sieci sinych dróg rozchodzące się od knykci i brązowe plamki słoneczne. Powiodła nimi po swoim ciele, teraz ubranym w ciemną spódnicę i sweter, po zwiotczałej skórze twarzy i szyi, po znacznie szerszej talii. Nic z tego nie należało do niej: ani ubrania, ani dłonie, ani reszta ciała.

– Oono, nie histeryzuj. Posłuchaj mnie. – Mówiąc to, Kenzie wstał.

Nie było czasu na słuchanie, Oona musiała działać. Muszę się stąd wydostać. Tyle że nieznajomy zablokował jej drogę do drzwi, więc rzuciła się do okna. Gdyby byli na parterze, mogłaby… Poczuła dłoń na ramieniu. Obróciła się pośpiesznie.

– Spokojnie – powiedział. – Znasz mnie.

Skuliła się przy zasłonie i skrzyżowała ramiona.

– Nie, nie ma mowy. Jeszcze minutę temu znajdowałam się… – Jej wzrok powędrował ku stojącemu na biurku zdjęciu w ramce i skinęła ku niemu głową. – Tam.

Na zdjęciu Oona znów była w złotej sukience i skórzanej kurtce, oczy jej błyszczały, a na ustach malował się szeroki uśmiech. Wokół niej stali Dale, Corey, Wayne i Pam. Światło flesza odbijało się od lustrzanej ściany za ich plecami.

Kenzie podał jej zdjęcie.

– To jedna z rzeczy, którą mam ci pokazać.

– Ja nie… – Zerkała to na zdjęcie, to na mężczyznę. – Nie pamiętam, żebym pozowała do tego zdjęcia.

– Właśnie próbuję ci to wytłumaczyć.

– Zrobiłeś im jakąś krzywdę? Mnie też zamierzasz skrzywdzić? – Oona przycisnęła ramkę do piersi, zasłaniając się nią niczym prowizoryczną tarczą.

Nieznajomy uniósł brwi i cofnął się o krok.

– Oczywiście że nie. Jestem tu, bo mi ufasz. Udowodnię ci. Opowiadałaś mi o tej imprezie sylwestrowej setki razy. Inaczej skąd bym cokolwiek o niej wiedział? – Sięgnął po zdjęcie. – Spokojnie, zaraz ci je oddam. Dobra, więc to jest basista, kozak waszego zespołu, Wayne. A to wasz perkusista Corey, prawda? Przyłapałaś go, jak brał kokę w łazience, zaczął gadać jak emo, przysiągł, że nigdy już tego nie zrobi, więc obiecałaś, że nie powiesz reszcie zespołu. To frontman Dale, twój chłopak, który dał ci skórzaną kurtkę, taką samą, jaką miał on – uroczo – i nazwałaś ją swoją nowojorską zbroją. – Usta Oony ze zdumienia ułożyły się w kształt litery O, a mężczyzna wskazał Pam. – To twoja przyjaciółka z dzieciństwa o wątpliwie udanej fryzurze, nie pamiętam jej imienia, ale to cięcie będzie mnie prześladowało do końca życia. Truła ci, że nie puściłaś pary na temat Londynu, i próbowała cię ściągnąć na nerdowską drogę. Co by tu jeszcze…? Aha, tuż przed odliczaniem Corey stwierdził, że wielkie jabłko to wiśnia, kompletny odpał.

Choć nie do końca rozumiała niektóre słowa, jego spokojny ton działał na nią hipnotyzująco. Kiedy opowiadał o wydarzeniach, które Oona przeżyła zaledwie kilka chwil wcześniej, zaczęła drżeć i ugięły się pod nią kolana. Podeszła chwiejnie do biurka i podparła się na nim.

– Muszę usiąść.

– Cholera. Za dużo naraz? – Pośpiesznie odstawił zdjęcie i wyciągnął rękę.

Oona jej nie chwyciła, ale pozwoliła, by podprowadził ją do fotela.

– No dobrze… – Jego spodnie, uszyte z połyskliwego materiału, który bardziej nadawałby się na studniówkową sukienkę, zaszeleściły, gdy siadał. – Skoro nadrobiliśmy ostatnie wydarzenia z twojej przeszłości, może wtajemniczę cię w teraźniejszość?

Ból w kolanach wywołał grymas na jej twarzy, gdy zajęła fotel obok.

– Zostałam porwana? Dlaczego tak wyglądam? – Minę miała zaciętą, lecz jej głos drżał.

– Wszystko będzie dobrze. Jestem tu twoim współkapitanem. Razem przepłyniemy przez te wzburzone wody.

– Czyli nie jestem więźniem?

– Oczywiście, że nie. Pracuję dla ciebie. I jesteśmy psiapsiółami.

– Psiapsiółami?

– Przyjaciółmi.

– Nie mam przecież przyjaciół w takim wieku.

Kenzie zaśmiał się, zaskoczony.

– Hej, mam tylko trzydzieści lat, wyluzuj.

– Co się, do diabła, dzieje? – Oona zamknęła oczy. Ten nowy świat już ją wykańczał. Skoro nie była martwa, widocznie śnił się jej koszmar. A wówczas mogła po prostu mu się poddać i przeczekać, dopóki się nie obudzi. Z ponurym westchnieniem otworzyła oczy i zwróciła się do nieznajomego. – Przypomnij mi, jak masz na imię?

– Kenzie.

– Dlaczego tu jesteś? Dlaczego ja tu jestem? – Nawet jeśli były to tylko ponure wybryki wyobraźni, należało je jakoś uporządkować.

Od mężczyzny biła łagodność, choć tupał jedną nogą, wybijając nieregularny rytm.

– Jesteś… w domu. I poprosiłaś mnie, żebym tu był.

Jej piersią wstrząsnął niemy śmiech. Ten pokój, ten człowiek i wszystko wokół było jak nauka nowego języka.

– To nie jest mój dom. I nie znam cię.

– Minie trochę czasu, nim to wszystko zacznie nabierać sensu… o ile kiedykolwiek nabierze. Ale pomogę ci przez to przejść. – Kenzie położył jej dłoń na ramieniu i ścisnął pokrzepiająco.

Nie zabolało, ale to było zbyt wiele. Skrzywiła się i szarpnęła.

– Nie dotykaj mnie, proszę. – Sprawiał wrażenie nieco urażonego, gdy Oona wstała i zaczęła wycofywać się do drzwi. – Muszę już iść. Ludzie na mnie czekają. Będą się zastanawiali, gdzie jestem. – Centymetr po centymetrze zbliżała się do wyjścia, licząc na to, że ten człowiek się na nią nie rzuci.

– Zaczekaj chwilkę. – Kenzie podbiegł do biurka i wrócił z kopertą, którą podał Oonie z bezpiecznej odległości. – Jeżeli nie pozwolisz, żebym ci wszystko wytłumaczył, może lepiej, jeśli wyjaśnienia będą pochodziły od ciebie. Mimo wszystko pewne rzeczy będą megadziwne.

– „Mega”?

– No tak, przepraszam. To znaczy „bardzo”. Nawaliłem.

– „Nawaliłeś”?

– Cholera, znowu. Nawaliłem to znaczy, że popełniłem błąd. Kiedy się denerwuję, używam tego głupiego przestarzałego slangu.

Ciekawość zakłóciła jej plan ucieczki.

– Jak bardzo przestarzałego? Nigdy nie słyszałam takich słów.

– Czy ja wiem, z początku dwudziestego pierwszego wieku? – Kenzie odwrócił wzrok od jej szeroko otwartych oczu i uzbroił się w cierpliwość, biorąc głęboki wdech. – Właśnie w tym rzecz… Nie jesteś już w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku.

– Wiem. Jest rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty trzeci.

– Nie do końca. Dziś rzeczywiście jest Nowy Rok, ale dwa tysiące piętnastego. Więc choć czujesz, że właśnie skończyłaś dziewiętnaście lat – przy okazji: wszystkiego najlepszego – to twoje ciało ma tyle lat, ile powinno mieć w dwa tysiące piętnastym roku. Więc pod względem chronologicznym masz… – Zamilkł na chwilę, by policzyć, ale Oona go wyprzedziła.

– Pięćdziesiąt jeden? – Nie. Nie, nie, nie. MEGA nie.

– Właśnie. Na zewnątrz masz pięćdziesiąt jeden lat, ale w środku wciąż tkwią umysł i wspomnienia dziewiętnastolatki. Tak jakbyś zamieniła się ciałami z samą sobą. W innym wieku. – Uśmiechnął się do niej ze skruchą. – Kazałaś mi się nauczyć przemowy, która miałaby ci to wszystko wyjaśnić, ale byłem pewien, że dam radę improwizować. Wybacz.

Oona wpatrywała się w ogień. Jej twarz była blada i nieruchoma jak wykuta z marmuru. Dziesięć sekund. Dwadzieścia. Jej usta poruszały się, jakby bezgłośnie recytowała modlitwę, tyle że nie układały się jak przy wypowiadaniu prawdziwych słów.

Zerknęła na Kenziego, w którego ciemnych oczach odbijała się wewnętrzna walka między paniką a spokojem.

Kąciki jej ust drgnęły.

– Czyli mówisz, że przeniosłam się w czasie… czy coś takiego?

– Coś takiego.

– Ty mi to zrobiłeś?

– Broń Boże. Nigdy nie zdołałaś rozgryźć, jak i dlaczego to się dzieje.

– Wiesz, co sobie myślę? – Mówiła rozedrganym szeptem. – Myślę, że jedno z nas oszalało, ale nie zamierzam tu zostawać, żeby się przekonać, czy to ty. – Odwróciła się i wybiegła z pokoju.

Kiedy pędziła korytarzem, palcami omiatała tapetę w srebrno-niebieskie pasy przypominającą papier do pakowania prezentów.

Muszę wrócić na imprezę i odpakować prezenty.

Pospiesznie zbiegła po kręconych schodach, kątem oka dostrzegając nowoczesne obrazy w podstawowych kolorach i żyrandol z części rowerowych. Trafiła do wykładanego marmurami holu i znalazła się przed dwuipółmetrowym lustrem. Odbicie, które zobaczyła, zaparło jej dech w piersi.

Co to ma być?

Wpatrywała się w nią kobieta z nadwagą, w średnim wieku. Kiedy Oona dotknęła twarzy, kobieta zrobiła to samo. A kiedy Oona odwróciła się w jedną i w drugą stronę, kobieta powtórzyła jej ruchy. Zupełnie jakby ktoś przeniósł ją do sadystycznego domu strachów.

To nie mogę być ja.

Jej twarz wyglądała starzej, ale bez wątpienia należała do niej. Skórę wzdłuż szczęki miała zwiotczałą, po obu stronach ust widniały bruzdy w kształcie nawiasów, a z niegdyś wydatnej dolnej wargi jakby spuszczono powietrze. Nos miała większy, a pod piwnymi oczami widniały kurze łapki. Włosy nie były siwe, ale straciły połysk i ufarbowano je na blond.

– O Boże, jestem stara.

– Nie aż tak bardzo. Po prostu nie jesteś… młoda – odezwał się za jej plecami Kenzie i cofnął się pod jej przerażonym spojrzeniem.

– Nie mogę dłużej tu być. Muszę iść gdzie… indziej. Muszę znaleźć Dale’a.

– Słuchaj, wiem, że to wszystko jest jakieś pojechane, ale…

– „Pojechane”?

– Szalone… Boże, serwuję ci dziś najgorszą porcję współczesnej kultury – mruknął pod nosem sfrustrowany. – Wszystko spieprzyłem. Ostrzegałaś, że będzie ciężko, a ja tylko mówiłem „dam radę”. Nie powinienem był tego lekceważyć. Ale skoro już znaleźliśmy się w tej sytuacji, zostań, proszę. Poświęć chwilę, żeby to zrozumieć. Powiem ci wszystko, co wiem, o…

– Nie. Wychodzę. – Nawet nad koszmarem można mieć choć odrobinę kontroli, prawda? Skoro nie mogła się jeszcze obudzić, mogła przynajmniej przenieść się w inne miejsce. Podeszła do drzwi, ale klamka ani drgnęła. No tak.

– Jestem tu zamknięta? – Obrzuciła Kenziego palącym niczym laser spojrzeniem.

Przegarnął włosy, burząc idealną falę.

– Twoja wersja z dwa tysiące czternastego roku uznała, że lepiej będzie, jeśli spędzisz w tym domu trochę czasu. Wiesz, żebyś mogła się nieco zaaklimatyzować, zanim wyjdziesz i zobaczysz, co jeszcze się zmieniło.

Zaśmiała się z niesmakiem.

– Nie wiem, co to znaczy. Po prostu mnie wypuść. – Rozejrzała się chaotycznie, a jej spojrzenie padło na duży szklany wazon. Zamierzała go wykorzystać, gdyby potrzebowała broni.

– Chciałbym, żebyś się jeszcze zastanowiła. Ale nie będę cię więził w twoim własnym domu.

– Moim domu? – Poderwała głowę i na nowo rozejrzała się wokół. – Nie. Nigdy tu nie byłam. – Ponownie szarpnęła klamkę. – I nie chcę tu być. Otwórz drzwi, proszę. – Chciała, żeby zabrzmiało to asertywnie, ale zabrzmiało raczej rozpaczliwie.

– Mogę iść z tobą? Nie chcę, żebyś się zgubiła.

– Nie ma mowy.

Kenzie popędził do bocznego pokoju i wrócił z długim czarnym płaszczem i skórzaną czerwoną torebką.

– Weźmiesz przynajmniej to? W środku jest twój portfel z adresem, żebyś mogła tu trafić z powrotem. Jest tam też twój telefon… srebrny, mniej więcej wielkości dłoni… Cholera wie, czy dasz radę rozgryźć, jak się nim posługiwać – mruknął i podał jej karteczkę. – To mój numer i kod do drzwi frontowych. Będę w domu.

Drugi ciąg cyfr przykuł jej uwagę: 0628. Urodziny Dale’a. Gdzie on się w ogóle podział?

Włożyła płaszcz i wzięła torebkę. Pora go znaleźć.

Kiedy przestąpiła próg, lodowaty podmuch wiatru zaatakował ją niczym uderzenie otwartą dłonią w policzek.

– Proszę, nie odchodź za daleko – rzekł Kenzie. – Jeżeli się zgubisz, zadzwoń do mnie.

– Jasne – zawołała Oona przez ramię, nie zamierzając już nigdy się z nim spotkać.

3

Oona popędziła w dół po krótkich schodach. Ból kolan wprawił ją w zdumienie. Zerknęła za siebie na rzekomo własny dom. To tutaj mieszkała? W tej kamienicy z brązowego piaskowca przypominającej miniaturowy zameczek? O nie. Razem z Dale’em mieli zamieszkać w lofcie w SoHo, przekształcić surową przestrzeń mieszkania w ogromną przestrzeń do życia i tworzenia. Niemożliwe, żeby wylądowała w tak majestatycznym domu. Oczywiście to wszystko nie mogło być prawdą. Ani dom, ani cokolwiek z tego, co powiedział Kenzie. Wciąż nie znała prawdziwej historii. Praktycznie nie znała nawet jej pierwszego zdania.

Zasłona na piętrze poruszyła się, odsłaniając Kenziego, który spoglądał z niepokojem przez okno. Oona machnęła na niego i ruszyła przed siebie, choć bezlitosny wiatr nie ustawał. W kieszeni jej palce trafiły na krawędź koperty. List, który zapewne zawierał złe wieści.

Zapomnij o liście. Musisz odnaleźć Dale’a.

W szeregu budynków stały same kamienice z ciemnego piaskowca. Przed niektórymi paliły się gazowe lampy, co raczej je postarzało, niż nadawało futurystyczny wygląd.

Dwa tysiące piętnasty? Nie sądzę.

Ale samochody wyglądały bardziej opływowo i nowocześnie niż te, które znała. Były mniej kanciaste. Niektóre bardziej kompaktowe, inne wyraźnie większe, vany i kombi bardziej wyszukane.

A więc samochody wyglądają inaczej. To jeszcze nic nie znaczy.

Zaczęła jednak dostrzegać niepokojące drobniejsze różnice, na przykład szyldy o bardziej krzykliwych krojach, na przejściach dla pieszych światła w kształcie białej postaci i pomarańczowej dłoni zamiast napisów „Idź” i „Stój”.

Uszu i czubka nosa już nie czuła, a wełniany płaszcz ledwie chronił jej ciało przed przejmującym chłodem. Liczyła jednak na to, że wkrótce znajdzie jakieś ciepłe miejsce.

Chwilę później dotarła do alei pełnej sklepów, barów i restauracji. Na rogu przed kafejką, z wiszącym nad wejściem żelaznym krukiem, mężczyzna i kobieta w rozpiętych na wietrze płaszczach palili papierosy. Stali chwiejnie na nogach, oczy mieli szkliste jak po alkoholu, a wydychane przez nich powietrze tworzyło małe chmurki, których nie dało się odróżnić od dymu papierosowego. W ich wyglądzie także nie było niczego futurystycznego. Jeśli już, to ze względu na podkręcone wodewilowe wąsy i szelki mężczyzny oraz kok kobiety i jej sukienkę w stylu nauczycielki raczej przypisałaby ich do dawniejszej epoki.

Oona podeszła do pary.

– Przepraszam, gdzie jest najbliższa stacja metra?

Mężczyzna wskazał miejsce położone trochę dalej.

– Pięć przecznic w tę stronę.

– Szczęśliwego nowego roku – wybełkotała kobieta.

– To naprawdę dwa tysiące piętnasty? – Oona nie zdołała się powstrzymać od pytania.

– Właśnie… ten poprzedni szybko przeleciał, prawda? – Nieznajoma przewróciła oczami, westchnęła przelotnie i wrzuciła papierosa do studzienki.

To wciąż nic nie znaczyło. Pijana kobieta mogła ją źle zrozumieć.

Od czasu, gdy Oona i Dale zostali napadnięci, bała się jeździć metrem sama, zwłaszcza późną nocą. Idąc dalej Siódmą Aleją, skoncentrowała się na tym strachu, by odwrócić uwagę od ogarniającego ją powoli jeszcze większego przerażenia. Czy naprawdę wylądowała w przyszłości trzydzieści dwa lata później, okradziona ze swojego potencjału i należnego jej miejsca w czasie?

Na stacji dwukrotnie spojrzała na mapę metra. Nie wyglądało już, jakby zaprojektowano je na znikopisie, ale nowoczesne, zaokrąglone linie raczej nie nadawały mu wyrazistości.

– Pociąg F na Czwartą Aleję, przesiadka na N – powiedziała pod nosem, zapisując w pamięci trasę do Bensonhurst.

W budce na stacji siedział sprzedawca. Oona uśmiechnęła się z ulgą do mężczyzny w średnim wieku za pancerną szybą i podała mu pięciodolarowy banknot.

– Poproszę jeden żeton.

– Od lat nie sprzedajemy żetonów. Za tyle dostanie pani kartę na dwa przejazdy.

Zwalczyła malujący się na jej twarzy wyraz paniki.

– Okej… w takim razie poproszę.

– Proszę bardzo, proszę pani – powiedział po chwili mężczyzna i podał jej plastikową kartę.

Proszę pani?

Drobne, lecz irytujące przypomnienie: w tym świecie nie była dziewiętnastolatką.

Usłyszała dudnienie zwiastujące zbliżający się pociąg.

Dopiero za którymś razem zdołała odblokować kartą bramkę, ale zdążyła na pociąg F. Jej mózg był przeładowany informacjami, które nie dawały się umieścić w odpowiednich przegródkach. Może powinna przeczytać list? Jeszcze nie. Nawet jeśli zawierał jakieś wyjaśnienia, rachunek w ogóle się jej nie zgadzał; teraz nie mogła się z tym zmierzyć. Łatwiej było jej nie kumulować informacji i skupić się na drobniejszych rzeczach. Na przykład na tym odnowionym wagonie – takim jasnym i czystym, bez graffiti, rozbitych okien czy mrugających jarzeniówek. Albo na zaskakująco dużej liczbie ludzi, którzy podróżowali komunikacją miejską o tak późnej porze. Pociąg N po przesiadce był nawet bardziej zatłoczony. Jeśli to naprawdę była przyszłość, przynajmniej była bezpieczniejsza, nieco upiększona. I nie taka całkiem obca. Nawet stroje drastycznie się nie zmieniły – nie zauważyła bufiastych rękawów, poduszek na ramionach czy falbaniastych spódnic, ale ubrania nie przypominały tych, które na 2015 rok przewidziano w Jetsonach. Ludzie wyglądali smuklej, ubrania były bardziej dopasowane, ale sprawiały wrażenie bardziej krępujących ruchy i niewygodnych. Niektóre stroje stanowiły zlepek minionych trendów z różnych dekad.

Dosyć. Przestań się ociągać. Przeczytaj list.

Wyjęła kopertę. Drukowanymi literami napisane było na niej: „OONA LOCKHART, 2015”. W środku znajdowały się dwie gładkie kartki pokryte drobniutkimi literami, lekko wędrującymi ku górze, w których rozpoznała swój charakter pisma – litery „g” wyglądały jak ósemki, a „l” i „h” miały przerysowane pętle.

Nauczycielka w liceum powiedziała jej kiedyś, że pismo wznoszące to oznaka optymizmu. Kiedy rozkładała list, zastanawiała się, czy dotyczy to również tej wersji jej, która ten list napisała.

Droga Oono,

witaj w swojej przyszłości. Nie będzie tak źle, kiedy się z nią zapoznasz.

Nie panikuj. Nie oszalałaś, nie umarłaś ani nie śnisz. To Twoja rzeczywistość. To naprawdę rok 2015, a Ty naprawdę masz pięćdziesiąt jeden lat (tylko na zewnątrz). Im szybciej się z tym pogodzisz, tym szybciej się dostosujesz. Ale to nie wszystko.

W takim razie co jeszcze? Jeżeli Kenzie zdołał powstrzymać cię od ucieczki, wszystko Ci wytłumaczył, ale pewnie czytasz to w metrze, więc wytłumaczę Ci ja.

Po pierwsze, to absolutnie nie Twoja wina. Ani nikogo innego. To nie żaden nieudany eksperyment naukowy, nie da się tego wyjaśnić. Nie da się również temu zapobiec ani tego naprawić. Oto, co się dzieje: co roku w swoje urodziny, dokładnie o północy, przenosisz się w czasie, do swojego ciała w innym momencie życia. Dokładnie na rok. Potem „przeskakujesz” do innego przypadkowego wieku, którego jeszcze nie przeżyłaś (jesteś młodsza lub starsza). Jesteś zdrowa fizycznie i psychicznie, ale doświadczasz swojego dorosłego życia nie po kolei.

Oona opuściła list i podniosła wzrok, wpatrując się w reklamę firmy magazynowej. Ruch pociągu wstrząsał nią do szpiku kości, zupełnie jakby była ze szkła i w każdej chwili mogła rozpaść się na kawałeczki.

Teraz. Proszę. Chcę się obudzić.

Ale pociąg dalej turkotał po torach, a ludzie siedzący po obu jej stronach szturchali ją na zakrętach i przystankach. Kiedy wyjechał nad ziemię, pasażerowie wyjęli małe, płaskie urządzenia, których nigdy dotąd nie widziała, i zaczęli w nie stukać i do nich mówić.

To nie lata osiemdziesiąte.

Nie obudziły jej chłód ani hałaśliwe metro. Otoczenie było boleśnie namacalne, choć pragnęła, by było inaczej.

Koniec zaprzeczania.

To nie sen.

Głęboki wdech, długi wydech. Oona chciała sprawdzić, która jest godzina, ale nie miała zegarka. Dostrzegła coś kolorowego po wewnętrznej stronie nadgarstka, więc podciągnęła rękaw. Niemal krzyknęła na widok tatuażu: klepsydra, w której zamiast piasku wirowały galaktyki, a wokół podstawy wiła się wstęga z literami M.D.C.R.

Podniosła nadgarstek, żeby dokładniej przyjrzeć się tatuażowi.

Kiedy go zrobiłam? Co znaczą te litery?

„M” jak mama Madeleine, „D” jak Dale, „C” jak jej ojciec Charles… a „R”?

Może w liście znajdowały się jakieś wskazówki. Wróciła do czytania.

Na pewno w Twojej głowie kłębią się pytania, więc wyjaśnię co nieco, ale resztę będziesz musiała odkryć sama. Nie mogę ochronić Cię przed wszystkimi niemiłymi niespodziankami, ale nie chcę też psuć tych przyjemnych. Jest takie współczesne powiedzenie: „Tylko bez spoilerów”. Chodzi o to, żeby nie wyjawiać ważnych momentów (lub zakończeń) filmów, programów czy książek. Właśnie tak podchodzę do naszego poplątanego życia – nie chcę robić zbyt wielu spoilerów. Mogłyby odebrać Ci radość z przeżywania go. Dlatego nie piszę pamiętników. Za to pod koniec każdego roku piszę list, żeby jak najlepiej przygotować Cię na kolejny.

Przed Tobą (albo raczej za Tobą?) wiele niesamowitych wydarzeń, ale ten pierwszy przeskok będzie trudny. Żeby Ci go ułatwić, spisałam tu kilka… wskazówek (nie nazwę ich zasadami, bo chociaż wydaje Ci się, że uwielbiasz zasady, to trochę ich też nienawidzisz). Niektóre mogą Ci się wydać dziwne lub irytujące, ale musisz mi zaufać. Jestem przecież Tobą z przyszłości.

Dobra wiadomość: jesteś bogata. I to absurdalnie, do tego stopnia, że możesz sobie kupić, co zechcesz, i robić, co zechcesz. To dlatego, że masz głowę do inwestycji i parę razy dobrze obstawiłaś zakłady sportowe (Derby Florydy i wygrana Croeso w 1983 roku przy kursie 85 do jednego to świetny początek). Więc jeśli chcesz, nadal możesz sobie kupić loft, tymczasem rezydencja w Park Slope, w której się ocknęłaś, należy do Ciebie. Podobnie jak dziewięciocyfrowe saldo na koncie i portfel inwestycyjny, którymi musisz ostrożnie zarządzać. Będziesz musiała zapamiętać mnóstwo informacji, żeby pomnożyć/utrzymać swój majątek, bo wszystko, czego się dowiadujesz w przyszłości, zachowujesz w pamięci, przenosząc się w przeszłość. Komplikuje to pewne sprawy, dlatego masz swój segregator (Kenzie Ci go pokaże, kiedy będziesz na to gotowa; więcej informacji na temat Kenziego przekażę Ci później).

Przejdźmy do wskazówek.

1. Nikomu nie możesz powiedzieć o podróżach w czasie. Wiedzą o nich mama i Kenzie. I tyle. W tej chwili przekonanie kogokolwiek innego do tej kwestii byłoby trudne lub nawet niemożliwe, a każdy lekarz prędzej wsadziłby Cię do pokoju bez klamek, niż w to uwierzył. Minie trochę czasu, nim sama w to uwierzysz, więc na razie lepiej przemyśleć to wszystko w milczeniu. Ta zasada dotyczy tylko 2015 roku. W innych latach będziemy miały trochę większe pole manewru.

2. Nie przesadzaj z bogactwem. Jeżeli zarobisz zbyt wiele, możesz niepotrzebnie przyciągnąć uwagę urzędu skarbowego, komisji papierów wartościowych lub ludzi chcących Cię wykorzystać, zwłaszcza jeśli trafisz na listę najbogatszych „Forbesa”. W obecnych czasach oznacza to, że Twój majątek nie powinien przekroczyć miliarda (tak, miliarderzy teraz istnieją) ani być większy niż w poprzednich dekadach. To z kolei wiąże się z przekazywaniem pieniędzy na cele charytatywne i dokonaniem od czasu do czasu kilku celowo nietrafionych inwestycji.

3. Unikaj rozgłosu. To tyczy się każdego przeskoku. Jesteś filantropką, ale ostatnią rzeczą, jakiej Ci potrzeba, jest ludzkie węszenie, więc staraj się nie zwracać na siebie uwagi (na swoje pieniądze też). Kenzie pomaga Ci w znajdowaniu odpowiednich celów do ulokowania pieniędzy i może Ci pokazać, jak przekazywać darowizny, nie rzucając się w oczy.

4. Raczej unikaj zdjęć, żebyś nie wiedziała, jak z roku na rok zmienia się Twój wygląd (po raz kolejny: bez spoilerów). Łatwiej powiedzieć, niż zrobić, ale staraj się. Jeżeli nie uda Ci się tego uniknąć, nie przechowuj fotografii zrobionych po 1982 roku. Ta z imprezy u Dale’a, którą masz w gabinecie, stanowi wyjątek.

Zanim Oona zdążyła przeczytać resztę, z głośników usłyszała, że podjeżdża na swój przystanek. Wcisnęła list do kieszeni i szybko opuściła stację. Nie chciała zapinać płaszcza, choć wiał paskudny wiatr. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że to naprawdę jej płaszcz. Że to naprawdę jej życie. Z każdym krokiem nici dezorientacji plątały się, tworząc ciasny supeł determinacji.

Gdy tylko znajdę Dale’a, ogarniemy to wszystko razem.

Bensonhurst nie różniło się bardzo od dzielnicy, którą zapamiętała. Kilka nowych witryn – cukiernia, pralnia samoobsługowa, salon manicure – ale gdy tylko skręciła z Bay Parkway, okazało się, że apartamentowce w kolorze piasku i ziemi oraz domy wielorodzinne wciąż wyglądają tak samo. Ogarnął ją rozpaczliwy optymizm, kiedy pośpiesznie szła ulicą Dale’a.

Dom wyglądał tak samo. Z grubsza.

Ten sam dom, inne wykończenia. Maleńki ogródek przed wejściem, kiedyś obsadzony krzewami róż, ustąpił miejsca masywnemu żywopłotowi. Czarne żelazne poręcze wyglądały teraz jak wykonane ze srebrnych rurek. A drzwi frontowe, kiedyś karmazynowe, pomalowano na brązowo.

W środku nie paliły się światła, ale Oona i tak nacisnęła dzwonek – z początku lekko, potem mocniej.

Drzwi się otworzyły.

Niski Azjata o zmierzwionych siwych włosach popatrzył na nią, mrużąc oczy.

– Kim pani jest? Po co pani tu przyszła?

Oona oparła się dłonią o mur. Nogi ugięły się pod nią.

– Szukam Dale’a D’Amico.

– Nikt taki tu nie mieszka. Pomyliła pani domy.

Przycisnęła mocniej dłoń do chropowatej powierzchni cegły, próbując złapać oddech.

– Wie pan, kiedy państwo D’Amico się wyprowadzili? Gdzie mogę ich znaleźć?

– Nigdy o nich nie słyszałem. Mieszkam tu od dziesięciu lat. Proszę już iść. – Zamknął jej drzwi przed nosem.

W oddali zawyła karetka, a Oona, sapiąc ciężko, osunęła się na najwyższy stopień. Krótkie oddechy nie wystarczały jej spragnionym płucom. Wiatr przybrał na intensywności, zakołysał chudymi gałęziami pobliskich drzew, a jednak wciąż brakowało jej powietrza.

Dokończ list.

5. Zaufaj Kenziemu. Może teraz jest kimś obcym, ale znam go od lat. To ktoś więcej niż osobisty asystent – to Twój powiernik. Młodszy od Ciebie, ale pod wieloma względami mądrzejszy, a przy tym po prostu zabawny towarzysz. Pomoże Ci bardziej, niż możesz sobie wyobrazić.

6. Nie ufaj technologii. Traktuj ją jak przyjaciela, który może sprawić kłopot. Naucz się obsługi komputera, smartfona i tabletu (Kenzie Cię nauczy). W internecie znajdziesz mnóstwo informacji o wszystkim i wszystkich. To niesamowite narzędzie, ale nie daj się ponieść. Staraj się też unikać mediów społecznościowych. Nie przywiązuj się zbytnio do nowoczesnych udogodnień, bo za rok być może będziesz musiała żyć bez nich.

To najważniejsze rzeczy, które na chwilę obecną musisz wiedzieć, poza…

Dale’em.

To najtrudniejsza kwestia. Nawet po tylu latach to wspomnienie sprawia ból. Dale miał wylew w młodości. Bardzo mi przykro, ale on… odszedł. Nie sprawdzaj nekrologów. Właściwie to lepiej, jeśli nie będziesz szukała informacji na temat żadnego ze swoich znajomych.

Wciąż masz mamę. Jutro się z nią spotkasz. Wszystko u niej w porządku, jest zdrowa. Przebiera w chłopakach, często jeździ na wakacje. Czasami trudno za nią nadążyć. Żyje pełnią życia. Dla Ciebie chciałaby tego samego.

Na tym poprzestanę. Pozwól sobie na żałobę i przyjęcie do wiadomości pewnych faktów, ale nie pogrążaj się w rozpaczy. Przetrwasz to. Zaufaj mi, to ja.

Po prostu żyj w danym roku.

Buziaki.

Ja

PS Pewnie zastanawiasz się nad tatuażem. Wszystko w swoim czasie…

Jej palce wygiął skurcz, bo za mocno ściskała list. Chciała podrzeć go na kawałki i rzucić na wiatr. Może dzięki temu to wszystko okazałoby się mniej prawdziwe. Tymczasem złożyła go i wsunęła z powrotem do koperty.

To się nie dzieje naprawdę.

Para dość młodych ludzi roześmiała się, wchodząc po schodach do sąsiedniego domu.

– Szczęśliwego nowego roku! – zawołali, nim przestąpili próg.

Walić nowy rok.

Walić wszystko.

Przy chodniku zaparkował czarny sedan, a jego kierowca zatrąbił dwa razy. Kenzie.

Oona ciężkim krokiem podeszła do auta. Miała wrażenie, że jej kości to rozedrgane kamertony. Jak można odczuwać taką ociężałość i pustkę zarazem?

– Dzięki Bogu – powiedział, gdy zajęła miejsce pasażera. – Pewnie przemarzłaś na kość. Bez czapki, rękawiczek, w rozpiętym płaszczu. – Podkręcił ogrzewanie.

– Wcale nie jest mi zimno – powiedziała Oona.

– Co mówisz? Słyszę tylko szczękanie twoich zębów.

Prowadząc samochód, Kenzie zerkał na nią, ale nic nie mówił. Nie odzywał się, póki nie zaparkował.

– Wszystko w porządku? Głupie pytanie. Oczywiście, że nie. Co mogę dla ciebie zrobić?

– Naucz mnie internetu. I mediów społecznościowych.

Walić też Oonę z dwa tysiące czternastego roku.

– Teraz? – Dłonie Kenziego załopotały niczym małe spanikowane ptaki. – Jest późno i…

– Natychmiast. Proszę.