Ołtarz Edenu - James Rollins - ebook + audiobook + książka

Ołtarz Edenu ebook i audiobook

James Rollins

4,3

Opis

Po zdobyciu Bagdadu dwóch chłopców wmieszanych w tłum uzbrojonych mężczyzn wkracza do miejskiego zoo. Większość chce po prostu zyskać egzotyczne zwierzęta na przemyt, ale wraz z otworzeniem klatek z zoo uwolnione zostaje coś o wiele bardziej niebezpiecznego niż lamparty i lwy…Siedem lat później główna weterynarz stanu Luizjana, Lorna Polk, zostaje wezwana do wraku, który podczas sztormu osiadł na brzegu bezludnej wyspy. Część załogi nie żyje, a część zniknęła. Ocalał jednak ładunek – egzotyczne zwierzęta, na czarnym rynku warte majątek. Każde ze zwierząt okazuje się w jakiś sposób zdeformowane – papugi nie mają piór, kapucynki złączone są biodrami, a jaguar… ma kły tygrysa szablozębnego. Wszystkie też mają niepokojąco podwyższoną inteligencję.

Aby odkryć prawdę o pochodzeniu ładunku statku i terrorystach, którzy byli jego właścicielami, Lorna będzie musiała połączyć siły z człowiekiem o szemranej przeszłości – Jackiem Menardem. Razem zapolują na bestię, która uciekła ze statku, i spróbują rozwiązać tajemnicę związaną z modyfikacjami genetycznymi, która zaprowadzi ich do najstarszej historii rodzaju ludzkiego…

Czy będą w stanie zatrzymać coś, co narodziło się na ołtarzu Edenu, zanim zagrozi światu i podstawie człowieczeństwa?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 490

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 41 min

Lektor: Michał Klawiter

Oceny
4,3 (167 ocen)
88
54
21
3
1
Sortuj według:
mgradon

Dobrze spędzony czas

Dobra+
00

Popularność




BUDZĄCE GROZĘ EKSPERYMENTY GENETYCZNE I TAJEMNICA SIĘGAJĄCA POCZĄTKÓW GATUNKU LUDZKIEGO

Upiorna arka

W łodzi porzuconej przy małej wyspie w Zatoce Meksykańskiej straż graniczna znajduje klatki ze zwierzętami, które tylko częściowo przypominają te powszechnie znane.

Przerażający ładunek

Papuga bez upierzenia, gigantyczne nietoperze, skarłowaciałe małpy... Ściągnięta na miejsce doktor Lorna Polk z Ośrodka Badawczego Gatunków Zagrożonych nie ma wątpliwości, że ma do czynienia ze zmutowanymi osobnikami. Zanim jednak udaje się je wszystkie wydostać spod pokładu, dochodzi do eksplozji i tylko część zwierząt pozostaje przy życiu.

Zacieranie śladów

Komuś wyraźnie zależy na ukryciu tego, skąd pochodziła łódź, dokąd zmierzała i co się stało z załogą. I żeby uniemożliwić odpowiedzi na te pytania, nie cofnie się przed niczym, nawet przed najbardziej zuchwałym atakiem.

Polowanie na ludzi i zwierzęta

Tymczasem Lorna Polk jest zdecydowana odkryć, czy przedziwne mutacje genetyczne występujące u uratowanych osobników są błędem natury, czy dziełem człowieka. Zęby się tego dowiedzieć, musi wraz z pomagającym jej Jackiem Menardem ze straży granicznej złapać olbrzymiego białego jaguara, któremu udało się uciec z łodzi, zanim została znaleziona.

Piekło w delcie Missisipi

Na bagnach Luizjany rozpoczyna się obława, w której nie wiadomo,

kto jest ściganym, a kto ścigającym.

JAMES ROLLINS

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Podziemny labirynt. Kolejne m.in. Ekspedycja, Amazonia oraz książki z cyklu SIGMA FORCE zapoczątkowanego w 2004 r. Burzą piaskową – których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata, dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy.

jamesrollins.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKA

AMAZONIA

OŁTARZ EDENU

EKSPEDYCJA

PODZIEMNY LABIRYNT

Cykl SIGMA FORCE

BURZA PIASKOWA

MAPA TRZECH MĘDRCÓW

CZARNY ZAKON

WIRUS JUDASZA

OSTATNIA WYROCZNIA

KLUCZ ZAGŁADY

KOLONIA DIABŁA

LINIA KRWI

OKO BOGA

SZÓSTA APOKALIPSA

LABIRYNT KOŚCI

SIÓDMA PLAGA

DIABELSKA KORONA

TYGIEL ZŁA

James Rollins, Grant BlackwoodCykl z Tuckerem Wayne’em

WYŁĄCZNIK AWARYJNY

James Rollins, Rebecca CantrellCykl ZAKON SANGWINISTÓW

EWANGELIA KRWI

NIEWINNA KREW

DIABELSKA KREW

Wkrótce

OSTATNIA ODYSEJA

Tytuł oryginału:

ALTAR OF EDEN

Copyright © James Czajkowski 2010All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Lech Z. Żołędziowski 2011

Redakcja: Beata Słama

Zdjęcia na okładce: Dwinanda Nurhanif Mujito/Unsplash, Ben Karpinski/Unsplash

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-8215-481-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Mojej siostrze Laurie.Wszyscy Cię kochamy.

Babilon stanie się polem gruzów, siedliskiem szakali, przedmiotem zgrozy i drwin, pozbawionym mieszkańców.

Księga Jeremiasza 51,371

I cóż za bestia, której czas wreszcie powraca,

Pełznie w stronę Betlejem, by tam się narodzić?

W.B. Yeats, Drugie przyjście przekł. Stanisław Barańczak

Badanie Natury czyni z człowieka istotę równie pozbawioną skrupułów,jak sama Natura.

H.G. Wells

Podziękowania

Nigdy nie byłem gorącym wyznawcą zasady „pisz, co wiesz”. No bo co to za frajda? Jako weterynarz z wykształcenia zawsze chciałem napisać książkę z weterynarzem w roli głównej, ale nawet tutaj stara maksyma nie obowiązuje. By napisać tę opowieść, musiałem skorzystać z wiedzy bardzo wielu osób. Pragnę wyrazić wdzięczność grupie moich krytyków: Penny Hill, Judy Prey, Dave’owi Murrayowi, Caroline Williams, Chrisowi Crowe’owi, Lee Garrettowi, Jane O’Rivie, Sally Barnes, Denny’emu Graysonowi, Leonardowi Little’owi, Kathy L’Ecluse, Scottowi Smithowi, Chrisowi Smithowi i Willowi Murrayowi. Szczególnie gorące podziękowania składam Steve’owi Preyowi za wielką pomoc w kwestii map. Poza wymienionymi Carolyn McCray i David Sylvian zdejmowali mi z głowy troski dnia codziennego, bym mógł zajmować się pisaniem. Doktor Scott Brown dostarczył niektórych szczegółów medycznych, Cherie McCarter zaś była jak zawsze źródłem cennych informacji (w tym artykułu o wężu, który urodził się z łapami zaopatrzonymi w pazury… coś pięknego!). Specjalne podziękowania dla Steve’a i Elizabeth Berrych za ich cudowną przyjaźń. Wreszcie wyrazy szczególnej wdzięczności dla czwórki osób, które odegrały ważną rolę na różnych etapach powstawania tej książki: wydawcy Lyssie Keusch i jej współpracownicy Wendy Lee, oraz moich agentów: Russa Galena i Danny’ego Barora. Byli prawdziwą podporą dla autora. Na koniec jak zwykle chcę podkreślić, że odpowiedzialność za błędy czy przeinaczenia spada wyłącznie na moje barki.

Prolog

Kwiecień 2003Bagdad, Irak

Chłopcy zatrzymali się przed klatką lwa.

– Nie chcę tam wchodzić – powiedział młodszy. Stał blisko starszego brata i kurczowo trzymał go za rękę.

Obaj byli okutani w za duże kurtki, twarze mieli osłonięte chustami, na głowach wełniane czapki. Było bardzo wcześnie, słońce jeszcze nie wzeszło i poranny chłód przenikał do szpiku kości.

Musieli się ruszać.

– Bari, klatka jest pusta. Nie bądź głupi. Popatrz. – Makeen, starszy z braci, pchnął bramkę z żelaznych prętów i oczom chłopców ukazało się puste wnętrze ze ścianami z betonu. W ciemnym kącie leżało kilka starych ogryzionych kości. Przydadzą się na zupę.

Makeen rozglądał się po zrujnowanym zoo. Pamiętał, jak kiedyś wyglądało. Pół roku wcześniej z okazji jego dwunastych urodzin urządzili sobie piknik w parku Al-Zawraa i wtedy odwiedzili też wesołe miasteczko z jego różnymi atrakcjami i ogród zoologiczny. Rodzina spędziła długie ciepłe popołudnie, kręcąc się wśród klatek z małpami i papugami i zagród dla wielbłądów, wilków i niedźwiedzi. Makeen nakarmił jabłkiem wielbłąda i do dziś pamiętał dotyk jego gumowatych warg na swojej dłoni.

Stał teraz i rozglądał się po tym samym zoo dojrzalszymi oczami – o wiele dojrzalszymi, niż mogłyby dojrzeć przez sześć miesięcy. Było jedną wielką ruiną i składowiskiem śmieci. Pustkowiem straszącym osmolonymi od ognia murami, sadzawkami śmierdzącej oleistej wody i kupami gruzu.

Miesiąc temu Makeen przyglądał się z okna ich mieszkania położonego w pobliżu zoo, jak piękna soczysta zieleń umiera w ogniu walk toczonych przez Amerykanów z oddziałami Gwardii Republikańskiej. Gwałtowna potyczka zaczęła się o zmierzchu terkotem broni maszynowej i gwizdami pocisków rakietowych i trwała całą noc.

Jednak rano wszystko ucichło i tylko niebo zasnuwały gęste kłęby dymu, które przez resztę dnia przesłaniały słońce. Z balkonu ich niewielkiego mieszkania Makeen wypatrzył lwa, który wybiegł z zoo i ruszył w miasto. Wyglądał jak ciemna zjawa, która chwilę potem wtopiła się w mrok ulic. Z klatek pouciekały też inne zwierzęta, a ich miejsce zajęły ludzkie hordy, które przez następne dwie doby buszowały po zoo.

Jego ojciec nazywał ich szabrownikami, na ich widok spluwał ze wstrętem i obrzucał okropnymi wyzwiskami.

Szabrownicy włamywali się do klatek i rozkradali pozostałe zwierzęta – niektóre, by je zabić na mięso, inne, by sprzedać na targu za rzeką. Ojciec Makeena wybrał się na miasto z grupą mężczyzn chcących zorganizować ochronę przed bandami włóczących się po dzielnicy rzezimieszków.

Nigdy go już więcej nie zobaczyli. Żadnego z pozostałych mężczyzn też nie.

Przez następne parę tygodni obowiązek wykarmienia rodziny spoczywał na barkach Makeena. W tym czasie matka leżała w łóżku z głową rozpaloną gorączką, zagubiona między przerażeniem a rozpaczą. Chłopcu nie udawało się w nią wmusić nic poza paroma łykami wody.

Gdyby tak udało się ugotować smaczną zupę, namówić, żeby coś przełknęła…

Znowu obrzucił spojrzeniem kupkę kości w kącie klatki. Codziennie przed świtem buszowali z bratem po zbombardowanym parku i zoo w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Po to miał na ramieniu jutowy worek, ale dziś była w nim tylko jedna nadpsuta pomarańcza i garść ziarna zebranego z podłogi klatki dla ptaków. Mały Bari znalazł w pojemniku na śmieci pogiętą puszkę fasolki. Znalezisko sprawiło, że do oczu Makeena napłynęły łzy radości. Skarb tkwił teraz dobrze schowany pod grubym swetrem młodszego brata.

Wczoraj starszy od Makeena chłopak z długim nożem w ręce odebrał Makeenowi worek. Bracia wrócili do domu z pustymi rękami i do końca dnia nie mieli nic w ustach.

Ale dziś się najedzą.

Może nawet matka coś zje, inszallah, jak Bóg da, pomyślał.

Makeen wszedł do klatki i pociągnął za sobą Bariego. Z oddali dobiegały odgłosy krótkich serii z broni maszynowej, jakby ktoś klaskał szybko, by ich odstraszyć.

Makeen nastawił uszu. Wiedział, że muszą się pospieszyć. Nie chciał, żeby zastał ich tu wschód słońca. Zrobiłoby się zbyt niebezpiecznie. Podbiegł do kości, zdjął worek z ramienia i zaczął wrzucać do niego obgryzione i pogruchotane gnaty.

Zebrał wszystko, odciągnął worek i wyprostował się, jednak nim zdążył zrobić pierwszy krok, z bliska dobiegł ich głos mówiący po arabsku.

– Jalla! Tędy! Tutaj!

Makeen skulił się i pociągnął za sobą Bariego. Ukryli się za murkiem z cementowych bloczków z przodu klatki. Objął brata i na migi nakazał mu milczenie. Przed klatką przesunęły się dwa duże cienie.

Postanowił zaryzykować i wyjrzeć. Zobaczył dwóch mężczyzn: jednego wysokiego w polowym mundurze khaki, drugiego przysadzistego i z wydatnym brzuchem, ubranego w ciemny garnitur.

– Wejście jest za ambulatorium dla zwierząt – powiedział grubas, mijając klatkę lwa. Dyszał i sapał, starając się dotrzymać kroku mężczyźnie w mundurze. – Mogę się tylko modlić, żebyśmy nie przyszli za późno.

Makeen dostrzegł pistolet w kaburze przy pasie wyższego i pomyślał, że gdyby ich przyłapali na podsłuchiwaniu, nie uszliby z tego z życiem.

Wtulony w brata Bari wyczuł jego strach i zadygotał.

Niestety, mężczyźni nie odeszli zbyt daleko. Ambulatorium mieściło się w budynku naprzeciwko ich kryjówki. Gruby przeszedł obojętnie obok otwartych na oścież drzwi. Wiele dni temu wyważono je łomem i wyczyszczono ambulatorium z wszelkich lekarstw i środków opatrunkowych.

Zatrzymał się dopiero przed murem z dwiema kolumnami. Makeen nie dojrzał, co dokładnie zrobił ten grubszy, zauważył tylko, że wsunął rękę za jedną z kolumn i po chwili fragment muru odchylił się, ukazując tajemne wejście.

Makeen przysunął się bliżej kraty. Ojciec czytał im baśnie o Ali Babie, tajemnych pieczarach na pustyni i ukrytych w nich nieprzebranych skarbach. On i brat znaleźli w zoo tylko ogryzione kości i puszkę fasolki. Makeen poczuł skurcz żołądka na myśl o uczcie godnej Księcia Złodziei, jaka mogła tam na nich czekać.

– Zaczekaj tu – powiedział gruby, wciskając się w szparę w murze i ruszając w dół po ciemnych schodkach.

Człowiek w mundurze stanął przy wejściu z dłonią wspartą na rękojeści pistoletu i niespiesznie przeniósł wzrok na ich kryjówkę. Makeen schował się i wstrzymał oddech, czując, jak mu wali serce.

Czy tamten go zauważył?

Makeen usłyszał zbliżające się kroki i z całej siły przylgnął do młodszego brata. Chwilę później dotarł do jego uszu trzask zapalanej zapałki i poczuł dym papierosa. Mężczyzna zaczął się przechadzać wzdłuż kraty lwiej klatki, jakby to on był w niej uwięziony: chodził tam i z powrotem niczym znudzony tygrys.

Bari zadygotał, a jego palce jeszcze mocniej zacisnęły się na rękach brata. A jeśli mężczyzna postanowi zajrzeć do klatki i znajdzie ich ukrytych za murkiem?

Wydawało im się, że minęła cała wieczność, nim usłyszeli świszczący z wysiłku głos grubasa, który wystawił głowę z otworu w murze.

– Mam! – sapnął.

Niedopałek upadł na cembrowinę i został rozgnieciony butem tuż przy wejściu do klatki. Człowiek w mundurze pospieszył tam, skąd dobiegł głos, i dołączył do kompana.

Grubas próbował coś wydusić, z trudem łapiąc powietrze. Wyglądało na to, że całą drogę powrotną po schodach przebył biegiem.

– Inkubatory były odłączone – wysapał. – Nie wiem, jak długo działały generatory po wyłączeniu prądu.

Makeen zaryzykował wyściubienie nosa przez kratę. Grubas trzymał w ręce dość dużą metalową walizkę.

– Są bezpieczne? – upewnił się wojskowy. Mówił po arabsku, ale jego akcent nie wskazywał, aby był to Irakijczyk.

Gruby przyklęknął na jedno kolano, oparł walizkę na masywnym udzie i uniósł wieko. Makeen spodziewał się ujrzeć złoto i kosztowności, ale w walizce było tylko kilkanaście białych jajek w zagłębieniach wyżłobionych w czarnej gąbce. Z wyglądu nie różniły się od zwykłych kurzych jajek, jakie matka kupowała na targu.

Mimo paraliżującego go strachu Makeen poczuł nagłe ukłucie głodu.

Mężczyzna policzył jajka i po kolei obejrzał.

– Wszystkie całe – stwierdził i westchnął z ulgą. – Bóg da, że zarodki w środku okażą się żywe.

– A reszta laboratorium?

– Zostawiam to tobie i twoim ludziom – powiedział gruby, zamykając walizkę i podnosząc się z klęczek. Wszystko tam ma spłonąć. Nikt nie może się domyślić, co odkryliśmy. Nie może zostać żaden ślad.

– Wiem, co mam robić.

Wojskowy wyjął pistolet i strzelił grubemu prosto w twarz. Strzał huknął jak uderzenie pioruna, z dziury wyrwanej w tyle czaszki trysnęła fontanna krwi i pogruchotanych kości. Grubas jeszcze przez moment stał, po czym runął martwy na ziemię.

Makeen zatkał usta dłonią, by nie wydać żadnego dźwięku.

– Nie może zostać żaden ślad – powtórzył morderca, schylając się po walizkę. Dotknął przycisk radiotelefonu na ramieniu i powiedział po angielsku: – Sprowadźcie ciężarówki i przygotujcie ładunki zapalające. Trzeba się stąd wynosić, zanim pojawią się miejscowi.

Makeen zdołał liznąć trochę amerykańskiego żargonu wojskowego. Nie zrozumiał wszystkiego, co mężczyzna powiedział, ale zrozumiał to, co najważniejsze.

Zjawią się tu następni. Będzie więcej wojska i więcej broni.

Zaczął się zastanawiać nad drogą ucieczki, ale byli przecież w środku lwiej klatki. Młodszy brat chyba też wyczuł narastające niebezpieczeństwo, bo od chwili wystrzału zaczął jeszcze bardziej dygotać. W końcu przerażenie wzięło górę i z jego wątłej piersi wyrwał się cichy szloch.

Makeen ścisnął mocniej dłoń brata, modląc się w duchu, by jego płacz nie dotarł do uszu mężczyzny.

Do klatki znów zbliżyły się kroki, ciszę rozdarło głośne warknięcie po arabsku.

– Kto tam jest? Pokazać się! Ta’aal hnaa!

Makeen przysunął wargi do ucha brata.

– Siedź tu. Nie ruszaj się.

Wepchnął Bariego głębiej w narożnik, a potem podniósł się z rękami uniesionymi nad głową i zrobił krok do tyłu.

– Szukałem tylko jedzenia – powiedział, jąkając się ze strachu.

Lufa pistoletu pozostawała skierowana w jego stronę.

– Wyłaź stamtąd, walad!

Makeen wykonał polecenie. Zbliżył się do drzwi klatki i wyszedł, nie opuszczając rąk.

– Proszę, ahki. Laa termi! – Spróbował mówić po angielsku, chcąc pokazać, że jest sojusznikiem mężczyzny. – Nie strzela. Ja nie widzę… Ja nie wiem…

Rozpaczliwie szukał w myślach jakiegoś argumentu, słów, które go uratują. Na twarzy mężczyzny dostrzegał mieszaninę zawziętości i współczucia.

Ręka z pistoletem uniosła się w bezlitosnym geście.

Makeen poczuł, jak po policzkach płyną gorące łzy.

Nagle w jego rozmytym przez łzy polu widzenia pojawił się jakiś cień. Tajemne drzwi za plecami mężczyzny uchyliły się nieco szerzej, pchnięte od środka. Z głębi wyłonił się duży ciemny kształt i zaczął sunąć w stronę mężczyzny. Poruszał się nisko przy ziemi, trzymając się cienia, jakby unikał światła.

Makeen kątem oka dojrzał połyskliwy zarys jakiegoś zwierzęcia: muskularnego, smukłego, pozbawionego sierści, ze wzrokiem płonącym agresją. Próbował wygrzebać z pamięci nazwę tego, co widzi przed sobą, ale bezskutecznie.

W jego piersi zaczynał wzbierać krzyk przerażenia.

Wprawdzie bestia poruszała się bezszelestnie, ale mężczyzna musiał szóstym zmysłem wyczuć zagrożenie, bo odwrócił się w chwili, gdy zwierzę runęło na niego z głośnym skowytem. Rozległ się huk wystrzałów i towarzyszące im przerażające wycie, od którego Makeen dostał gęsiej skórki na całym ciele.

Odwrócił się i wpadł do klatki.

– Bari!

Złapał brata za rękę, wyciągnął z klatki i pchnął do przodu.

– Jalla! Uciekaj!

Na ziemi parę kroków od nich trwała walka człowieka i bestii.

Rozległy się kolejne strzały.

Makeen usłyszał na chodniku za plecami ciężki tupot wojskowych butów. Z drugiego końca parku nadbiegało kilku mężczyzn, krzykom towarzyszył huk wystrzałów karabinowych.

Nie zważając na nic, gnany przerażeniem Makeen puścił się pędem przez zrujnowane zoo, nawet nie myśląc o tym, czy go ktoś widzi. Biegł ile sił w nogach, słuchając rozlegających się za nim dzikich odgłosów walki, które do końca życia miały do niego powracać w sennych koszmarach.

Nie rozumiał nic z tego, co się wydarzyło, ale jednego był pewny: zapamiętał wygłodniały wzrok bestii, w którym przebiegłej inteligencji towarzyszyły piekielne błyski.

Makeen wiedział, co to było.

To bestia występująca w Koranie jako szatan – ten, który narodził się z boskiego ognia i został przeklęty za to, że nie poddał się woli Adama.

Makeen znał prawdę.

Diabeł wreszcie zawitał do Bagdadu.

CZĘŚĆ PIERWSZAPIERWSZA KREW

1

Nowy Orlean23 maja, godzina 7.32 czasu miejscowego

Przedzierając się przez wertepy pozostałe po huraganie, ford bronco wpadł w kolejną wyrwę, a Lorna o mało nie wyrżnęła głową w dach. Samochód zatańczył na mokrej jezdni. Zdjęła nogę z gazu i odzyskała kontrolę nad pojazdem.

Żywioł ogołocił ziemię z roślinności, spowodował, że strumienie wylały z brzegów, a w czyimś basenie pojawił się aligator. Wprawdzie resztki zamierającego huraganu najsilniej uderzyły nieco dalej na zachód, potężne ulewy dowodziły jednak, że Matka Natura postanowiła nowoorleańską parafię2 zamienić na powrót w mokradła.

Jadąc groblą wzdłuż rzeki, Lorna nie mogła się uwolnić od myśli o tym, co usłyszała. Zadzwoniono do niej dwadzieścia minut temu z wiadomością, że w ACRES mają awarię zasilania, generatory nie zadziałały i setka projektów badawczych jest zagrożona.

Objechała ostatni zakręt Missisipi i ujrzała przed sobą kompleks zabudowań ACRES. Ośrodek Badawczy Gatunków Zagrożonych im. Audubona rozciągał się na ponad czterystu hektarach terenów nadrzecznych pod Nowym Orleanem i choć administracyjnie powiązany z miejskim zoo, był zamknięty dla zwiedzających. Na kompleks składał się szereg ukrytych w lesie zagród dla zwierząt, ale centralnym punktem był mający ponad trzy tysiące trzysta metrów kwadratowych budynek z pracowniami naukowymi i kliniką.

Właśnie w niej pracowała doktor Lorna Polk, która znalazła tu zatrudnienie po stażu podyplomowym z opieki medycznej nad zwierzętami żyjącymi na wolności i w ogrodach zoologicznych. W ramach obowiązków odpowiadała za tak zwane zamrożone zoo – dwanaście pojemników z ciekłym azotem, w których trzymano plemniki, jajeczka i zarodki wielu gatunków zagrożonych wyginięciem: górskich goryli, tygrysów sumatrzańskich, gazeli Thomsona, gerezy rudej czy bawołów afrykańskich.

Stanowisko wiązało się z dużą odpowiedzialnością, zwłaszcza dla zaledwie dwudziestoośmioletniej dziewczyny tuż po stażu. Podlegający jej zamrożony bank genetyczny pozwalał mieć nadzieję, że dzięki sztucznym zapłodnieniom, transferowi zarodków i klonowaniu zagrożone gatunki unikną ostatecznego wyginięcia. Mimo ciążącej na niej odpowiedzialności Lorna kochała swoją pracę i czuła, że jest w niej dobra.

Pędząc drogą dojazdową ku głównemu budynkowi, usłyszała świergot umieszczonej na desce rozdzielczej komórki. Zdjęła ją z uchwytu i prowadząc jedną ręką, podniosła do ucha.

Dzwoniący musiał usłyszeć, że komórka została włączona, bo nie czekając na zgłoszenie, od razu zaczął mówić.

– Pani doktor, tu Gerald Granger z technicznego. Pomyślałem, że powinienem panią zawiadomić. Generatory już działają i zasilania brakuje tylko w jednej sekcji.

Lorna spojrzała na zegar na desce rozdzielczej. Awaria zasilania trwała blisko trzy kwadranse. Szybko policzyła w głowie i odetchnęła z ulgą.

– Dzięki, Geraldzie. Za minutkę będę na miejscu.

Zatrzasnęła klapkę i umieściła telefon w uchwycie.

Wjechała na parking dla pracowników, zaparkowała i oparła czoło o kierownicę. Uczucie ulgi było tak namacalne, że niewiele brakowało, a rozpłakałaby się. Jeszcze przez chwilę dochodziła do siebie, a potem podniosła głowę i spojrzała na dłonie złożone na kolanach. Nagle uświadomiła sobie, jak jest ubrana. Wyskoczyła z domu w pogniecionych dżinsach, starym szarym golfie i kozakach do pół łydki.

Nie wyglądała na elegancką profesjonalistkę, za jaką zawsze chciała uchodzić.

Obracając się na fotelu w stronę otwartych drzwi, zerknęła jeszcze w lusterko wsteczne.

Boże święty…

Jej blond włosy – zwykle gładko zaczesane – były potargane i zebrane w niedbały koński ogon. Związała je zaraz po wstaniu z łóżka, nie zważając na wymykające się kosmyki, i już ich nie poprawiała. Nawet okulary w czarnych oprawkach siedziały na nosie jakoś krzywo i Lorna pomyślała, że wyglądem bardziej przypomina skacowaną studentkę po nocnych szaleństwach podczas Mardi Gras.

Ale skoro tak, to równie dobrze może pójść na całość. Rozpięła klamrę trzymającą koński ogon i rozpuściła włosy, pozwalając, by opadły luźno na ramiona. Wysiadła z samochodu i ruszyła do głównego wejścia.

Nim do niego dotarła, jej uwagę przyciągnął jakiś nowy dźwięk: narastający głośny łoskot. Odwróciła głowę i ujrzała biały śmigłowiec, który wyłonił się spoza linii drzew za Missisipi. Leciał szybko, prosto na nią.

Ściągnęła brwi i w tym momencie poczuła na ramieniu czyjąś rękę. Drgnęła, ale palce zacisnęły się uspokajająco. Odwróciła głowę i ujrzała twarz swojego szefa i mentora, doktora Carltona Metoyera, dyrektora ACRES. Hałas nadlatującego śmigłowca musiał zagłuszyć jego kroki.

Starszy od Lorny o trzydzieści lat doktor Metoyer był wysokim żylastym mężczyzną ze strzechą siwych włosów i krótko przystrzyżoną szpakowatą bródką. Jego przodkowie zamieszkiwali te tereny równie długo jak przodkowie Lorny i wywodzili się z kreolskiej kolonii o francusko-afrykańskich korzeniach, leżącej nad rzeką Cane.

Doktor Metoyer przysłonił oczy i spojrzał w niebo.

– Mamy gości – powiedział.

Nie ulegało wątpliwości, że śmigłowiec leci do nich. Oddalił się w stronę przylegającego do budynku pola i zaczął się obniżać. Lorna dostrzegła, że to nieduży śmigłowiec typu A-Star wyposażony w pływaki zamiast zwykłych płóz. Zauważyła też zielony pas biegnący przez biały kadłub. Po Katrinie większość mieszkańców Nowego Orleanu dobrze znała te barwy. Helikopter należał do Straży Granicznej i po huraganie nad miastem latały całe eskadry takich maszyn, niosąc pomoc ofiarom kataklizmu.

– Co oni tu robią? – zdziwiła się.

– Przylecieli po ciebie, moja droga. To twoja taksówka.

2

Helikopter ostro wystartował i Lorna poczuła, że opada jej żołądek, nie tyle z przeciążenia, ile ze strachu. Siedząc obok pilota, kurczowo wczepiła się dłonią w uchwyt. Łoskot wirnika wibrował jej w uszach mimo słuchawek. Czuła się jak podczas jazdy windą, tyle że z napędem rakietowym.

Nigdy nie była miłośniczką wysokości i generalnie nienawidziła latać, a wyruszenie w podróż latającą kosiarką uważała za szczyt głupoty. Wcześniej tylko raz w życiu leciała helikopterem. Było to w RPA podczas praktyki podyplomowej, kiedy kazano jej uczestniczyć w akcji liczenia słoni afrykańskich na terenach przylegających do rezerwatu. Wtedy mogła się jednak przygotować i połknąć przed lotem dwie tabletki xanaxu, a mimo to przez wiele godzin po wylądowaniu miała nogi jak z waty.

Dziś nikt jej nie uprzedził, że będzie leciała śmigłowcem.

Doktor Metoyer przekazał jej tylko kilka ogólnikowych informacji i zrobił to, gdy maszyna wylądowała. Nie pozwolił nawet Lornie wejść do budynku i sprawdzić stanu zbiorników z ciekłym azotem. Oświadczył, że personel już się tym zajmuje, a on osobiście tego dopilnuje i wyniki kontroli przekaże jej przez radio.

Przez radio…

Znaleźli się poza zasięgiem telefonii komórkowej.

Zaryzykowała spojrzenie w dół przez boczną szybę. Śmigłowiec zataczał koło, prezentując panoramiczny widok doliny Missisipi. Lecieli, z grubsza trzymając się koryta Big Muddy3. Ta stara nazwa nabrała szczególnej aktualności po przejściu huraganu. Od mułu niesionego do Zatoki Meksykańskiej woda w rzece miała czekoladowobrunatną barwę.

Wkrótce wlecieli nad tereny rzecznej delty, gdzie tony nanoszonych osadów – mułu, gliny, piasku i ziemi – opadały na dno, tworząc gigantyczne, liczące ponad milion dwieście tysięcy hektarów przybrzeżne rozlewiska i słone mokradła. Teren ten miał nie tylko istotne znaczenie dla środowiska naturalnego jako kolebka ogromnego i złożonego ekosystemu, sięgającego korzeniami okresu jurajskiego, ale był też bardzo ważny w sensie komercyjnym. Stąd brały się ogromne ilości owoców morza, którymi karmiły się całe Stany Zjednoczone, także tutaj wydobywano dwadzieścia procent amerykańskiej ropy naftowej.

Rejon ten był też słabym ogniwem w łańcuchu zabezpieczeń chroniących granice państwa. Niezliczone wysepki, przesmyki wodne i rozrzucone wśród nich pomosty rybackie czyniły z delty wymarzony teren dla wszelkiego autoramentu przemytników i nielegalnych handlarzy. Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego uznał rejon delty Missisipi za obszar podwyższonego ryzyka i zwiększył obsadę placówki straży granicznej w Nowym Orleanie.

Według słów szefa Lorny w związku z gwałtownym sztormem podczas ostatniej nocy ekipy straży granicznej przystąpiły do przeszukiwania terenu, wiadomo bowiem było, że przemytnicy narkotyków i broni, a nawet ludzi, chętnie korzystają z osłony burzy. Wcześnie rano jedna z ekip natknęła się na trawler wyrzucony na brzeg jednej z wysepek na zatoce. Strażnicy zajrzeli do środka i postanowili wezwać specjalistę z ACRES.

Przyczyny wezwania pozostawały tajemnicą nawet dla doktora Metoyera. Nie poinformowano go, ani dlaczego zwrócono się do ośrodka o pomoc, ani dlaczego poproszono akurat o Lornę.

Oprócz strachu związanego z przelotem Lorna czuła tlącą się w niej złość. Dzieło jej życia w ACRES znalazło się w niebezpieczeństwie, a ją wysyłają na jakieś zadupie. Co ona tu w ogóle robi? Podsycana strachem złość coraz bardziej w niej kipiała. Co tu jest grane? I dlaczego zażyczyli sobie akurat jej? W służbach graniczno-celnych nie ma żadnych znajomych.

Wiedziała, że z tymi pytaniami będzie musiała poczekać do chwili dotarcia na miejsce.

W słuchawkach na jej uszach coś zachrobotało i pilot wyciągnął rękę w stronę horyzontu. Miał na sobie zielony mundur z oznakami powietrzno-morskiej jednostki straży granicznej. Witając się z nią, przedstawił się, ale nie dosłyszała nazwiska.

– Za chwilę będziemy wodować, pani doktor – powiedział do mikrofonu.

Kiwnęła głową i rozejrzała się. Soczysty jednolity szmaragd rozlewiska pod nimi był nieco dalej upstrzony licznymi wysepkami i półwyspami. Dalej widać było ciągnące się większe wyspy barierowe stanowiące zaporę chroniącą wrażliwe przybrzeżne mokradła i rozlewiska.

Ale aż tak daleko nie lecieli.

Kawałek dalej dostrzegła białą łódź zakotwiczoną przy brzegu jednej z wysepek. Nareszcie! Zaczęli się zniżać i wtedy dojrzała też wyrzucony na wyspę stary kuter rybacki. Musiał wbić się w brzeg z dużym impetem, bo widać było długi, sięgający niemal środka wysepki ślad wyżłobiony w piasku i kilka powalonych drzew. Najwyraźniej został wyrzucony na brzeg przez fale sztormowe.

Śmigłowiec szybko obniżał wysokość i dłoń Lorny znów zacisnęła się kurczowo na uchwycie. Gdzieś czytała, że do większości katastrof lotniczych dochodzi podczas startu i lądowania. Nie była to wiedza, którą chciałaby teraz dokładniej analizować.

Parę metrów nad wodą tempo zniżania się zmalało, woda pod nimi wygładziła się od podmuchu wirnika i chwilę później śmigłowiec niczym gęś siadająca na stawie łagodnie opadł na wodę. Pilot coś popstrykał na desce rozdzielczej i łomot wirnika zaczął cichnąć.

– Proszę zostać na miejscu – powiedział. – Zaraz przyślą po panią łódź.

Pokazał głową w stronę okna i Lorna ujrzała niewielki ponton z silnikiem, który oderwał się od brzegu i ruszył w ich stronę. Chwilę później mężczyzna ubrany w mundur straży granicznej pomógł jej wysiąść ze śmigłowca i wsiąść do łodzi.

Opadła na ławeczkę, czując jednocześnie ulgę i motyle w brzuchu. Osłoniła oczy dłonią i wpatrzyła się w wyspę w nadziei, że dostrzeże coś, co pomoże jej zrozumieć przyczynę tak nagłego wezwania.

Mimo wczesnej pory zrobiło się już całkiem gorąco, bo słońce wyszło zza chmur i zaczęło wędrówkę po czystym niebie. Dzień zapowiadał się na typową dla Luizjany parówkę. Ale to Lornie nie przeszkadzało. By się uspokoić, głęboko zaczerpnęła powietrza przesyconego wonią butwiejących liści, wilgotnego mchu i błotnistej słonej wody.

Dla niej był to zapach rodzinnych stron.

Jej rodzina mieszkała w Luizjanie od początków XIX wieku i jak we wszystkich starych nowoorleańskich rodach dzieje jej przodków były tak poplątane jak linie na dłoni, a mimo to ich imiona i życiorysy znała tak dobrze, jakby wszyscy poumierali wczoraj.

Podczas wojny w 1812 roku jej prapradziadek w wieku zaledwie siedemnastu lat zrejterował z armii brytyjskiej, gdy trwała bitwa o Nowy Orlean, i osiadł na stałe w tym nowym, szybko rozkwitającym przygranicznym mieście. Pojął za żonę pannę z rodziny de Trépagnier, po czym szybko dorobił się niewielkiej fortuny na uprawie trzciny cukrowej i indygowca na czterdziestohektarowej plantacji, którą dostał jako posag. Z biegiem lat fortuna rosła i rodzina Polków stała się jedną z pierwszych, które pobudowały się w porośniętej dębami dzielnicy Garden District w Nowym Orleanie. Po sprzedaniu plantacji na dobre się tam rozgościli. W ciągu kolejnych pokoleń rezydencja Polków zapisała się w annałach towarzyskich jako miejsce spotkań generałów, prawników i licznych przedstawicieli świata nauki i literatury.

Pałac w stylu włoskim nadal stał, lecz z początkiem XX wieku rodzina Polków – podobnie jak całe miasto – zaczęła tracić na znaczeniu. Obecnie tylko Lorna i jej brat nosili rodowe nazwisko. Ich ojciec zmarł na raka płuc, gdy Lorna była jeszcze dzieckiem, matka odeszła rok temu, zostawiając rodzeństwu zrujnowany pałac i kupę długów.

Niemniej rodzinna tradycja dbania o wykształcenie przetrwała i Lorna skończyła medycynę oraz nauki ścisłe, jej o rok młodszy brat zrobił dyplom z zakresu wydobycia i przerobu ropy naftowej i znalazł zatrudnienie w państwowej firmie wydobywczej. Rodzeństwo – oboje stanu wolnego – mieszkało razem w rodzinnej posiadłości.

Zgrzyt gumowego dna szorującego po piasku przywołał Lornę do teraźniejszości.

Na wysepce należącej do łańcucha ciągnącego się aż po przybrzeżne mokradła rosło mnóstwo cyprysów tak obrośniętych hiszpańskim mchem, że tuż za wąskim paskiem piachu zaczynała się nieprzebyta gęstwina.

Ale na szczęście nie tam ją poprowadzono.

– Tędy – powiedział kierujący pontonem. Wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wysiąść na brzeg, ale Lorna ją zignorowała i wyszła sama. – Nasz SOT już na panią czeka.

– SOT?

– Szef operacji terenowych.

Lorna nie znała się na hierarchii służbowej w szeregach straży granicznej, ale tytuł wskazywał na kogoś dowodzącego całą operacją, więc to pewnie on spowodował oderwanie jej od obowiązków w ACRES. Chcąc wreszcie poznać odpowiedzi na swoje pytania, bez słowa podążyła za przewodnikiem w stronę leżącego na piachu trawlera. Był nieduży, zaledwie czternastometrowy. Bomy na prawej burcie uległy zniszczeniu w wyniku uderzenia, ale na lewej wciąż sterczały ku niebu wraz ze zwisającymi z nich sieciami do połowu krewetek.

Wokół trawlera zebrała się grupka mężczyzn w polowych mundurach funkcjonariuszy straży granicznej. Część miała na głowach beżowe stetsony, inni zielone bejsbolówki, ale wszyscy mieli przy pasach kabury z bronią. Wszyscy z wyjątkiem jednego, który stał z opartym o ramię karabinem Remington.

Co się tutaj dzieje?

Na jej widok strażnicy przestali się przekrzykiwać i zapadła cisza. Kilka par oczu zlustrowało ją od stóp do głów, nie wykazując przy tym szczególnego zachwytu. Lorna starała się zachować obojętną i poważną minę, ale poczuła, że na jej policzkach wykwita rumieniec złości. Z trudem pokonała chęć dania im wszystkim nauczki.

Cholerny klub dużych chłopców.

Strażnicy rozstąpili się i oczom Lorny ukazał się mężczyzna ubrany w ciemnozielone spodnie i dopasowaną kolorem roboczą koszulę z długimi rękawami luzacko podwiniętymi do łokci. Przeczesał palcami ciemną, wilgotną od potu czuprynę i wcisnął na nią bejsbolówkę. Jego błękitnoszare oczy też prześlizgnęły się po niej od góry do dołu, ale w odróżnieniu od tamtych w jego spojrzeniu nie wyczuła żadnego erotycznego podtekstu. Patrzył na nią z czysto profesjonalnym zaciekawieniem.

Ale i tak poczuła się pewniej, gdy daszek czapki przysłonił te jego ślepia.

Ruszył w jej stronę i zatrzymał się tuż obok. Miał dobrze ponad metr osiemdziesiąt i szerokie muskularne bary, ale nie sprawiał wrażenia napakowanego. Wyglądał na kogoś, kto umie przewodzić bez potrzeby dominowania. Biła od niego nieco knajacka pewność siebie.

Wyciągnął do niej umięśnioną dłoń.

– Doktor Polk, dziękuję, że pani do nas dołączyła.

Podając mu rękę, Lorna zauważyła długą bliznę na jego przedramieniu, biegnącą od łokcia aż do nadgarstka. Uniosła wzrok i napotkała jego spojrzenie. Twarz o oliwkowej cerze była opalona, co dodatkowo podkreślał ciemny zarost na brodzie i policzkach. Jej wyczulone ucho dosłyszało w jego głosie ślad akcentu cajuńskiego o francuskim zabarwieniu.

A więc też pochodzi stąd. Wydało się jej nawet, że jest w nim coś niepokojąco swojskiego, i po chwili już wiedziała. Miała zamiar domagać się odpowiedzi, po co ją tu sprowadzono, ale zamiast tego jej usta wypowiedziały zupełnie inne pytanie:

– Jack?

Jego wargi – pełne, ale zdecydowanie męskie – zacisnęły się nieco mocniej i mężczyzna ledwo dostrzegalnie skinął głową. Jego obraz w jej oczach uległ nagłej przemianie. Złość nagle ją opuściła, ustępując miejsca czemuś zimniejszemu i jeszcze mniej przyjemnemu. Od ich ostatniego spotkania minęło ponad dziesięć lat. Była wtedy zaledwie w drugiej klasie liceum, on był w klasie maturalnej.

Nie można powiedzieć, że w tamtych czasach dobrze go znała – w liceum dwa lata różnicy stanowią towarzyską przepaść nie do pokonania – ale połączyły ich znacznie bardziej ponure wydarzenia, o których wolałaby raz na zawsze zapomnieć.

Cień, który przemknął po jego twarzy, mógł oznaczać, że jego myśli biegną podobnym torem. W każdym razie nie był to moment na rozdrapywanie starych ran.

– Pani doktor – powiedział sucho – wezwałem tu panią, bo… bo nie bardzo wiedziałem, kto inny mógłby nam coś powiedzieć o tym, co tu znaleźliśmy.

Lorna wyprostowała się i przybrała równie urzędową pozę. Może tak będzie najlepiej. Przełknęła ślinę i z ulgą przeniosła wzrok na trawler.

– A co takiego znaleźliście? – spytała.

– Najlepiej niech pani sama zobaczy.

Odwrócił się i ruszył w stronę kutra. Na pokład prowadziła zwisająca z burty sznurowa drabinka. Wszedł pierwszy, bez trudu wspinając się po chybotliwych szczeblach. Patrzyła na niego, mając świadomość siły jego nóg i mięśni pleców. Zniknął za obudową nadburcia i jeden ze strażników przytrzymał koniec drabinki, by ułatwić wejście Lornie.

Na górze Jack podał jej rękę i pomógł wejść na pokład. Przy klapie prowadzącej do dolnej ładowni trzymało wartę dwóch kolejnych strażników. Jeden z nich podał Jackowi latarkę.

– Spuściliśmy na dół przenośną lampę, szefie, ale w środku nadal jest ciemno.

Jack zapalił latarkę i dał Lornie znak, że ma mu towarzyszyć.

– Uwaga na ślady krwi na schodkach.

W świetle latarki ukazała się ciągnąca się przez kilka stopni czerwona smuga. Wyglądało to tak, jakby krwawiące ciało zostało przeciągnięte po schodkach do ładowni.

Nagle odechciało jej się tam wchodzić.

– Nie znaleźliśmy żadnych ciał – zapewnił ją, jakby wyczuwając jej wahanie. Ale może chciał ją tylko poinformować o stanie faktycznym.

Zeszła za nim po schodkach i znalazła się w wąskim korytarzyku.

– Trzymali je w klatce w głównej ładowni.

Nie musiała nawet pytać, co takiego trzymano. Zdążyła już poczuć piżmową woń dzikich zwierząt. Do jej uszu dotarł szmer wiercących się ciał, pojękiwanie i ostry skrzek jakiegoś ptaka.

Wreszcie zaczynała pojmować, dlaczego ją tu wezwano. Przemyt egzotycznych zwierząt stanowił nielegalny proceder, na którym zarabiano miliardy dolarów rocznie, i zajmował trzecie miejsce na świecie tuż za przemytem narkotyków i broni. Niestety, Stany Zjednoczone należały do największych rynków zbytu dla tego rodzaju kontrabandy, pochłaniając trzydzieści procent światowej podaży.

Nie dalej jak tydzień temu czytała o rozbiciu siatki przemytników, którzy handlowali rzadkimi okazami tygrysów. Pewne małżeństwo z Missouri nie sprowadzało wielkich kotów na maskotki do domowej hodowli, ale na części. Sprowadzali tygrysy, żeby je mordować! Skóry lampartów, tygrysów i lwów na czarnym rynku osiągały ceny powyżej dwudziestu tysięcy dolarów za sztukę, ale to nie wszystko. Jak jacyś zdegenerowani rzeźnicy, handlarze szlachtowali zwierzęta i oferowali poszczególne organy: penisy na zmielenie na afrodyzjaki, kości na środki przeciwartretyczne. Żaden organ się nie marnował. Woreczki żółciowe, wątroby, nerki, nawet zęby. Wielkie koty były tym sposobem warte dużo więcej martwe niż żywe.

Idąc za Jackiem w stronę głównej ładowni, Lorna czuła narastającą furię.

Niskie pomieszczenie oświetlała stojąca na środku lampa. Wzdłuż obu dłuższych ścian ładowni ciągnęły się klatki z kratami ze stali nierdzewnej. Większe klatki pod ścianą na końcu nadal tonęły w mroku. Rozglądała się wstrząśnięta ogromem przemytu. Nie miała już wątpliwości, że jako weterynarz specjalizujący się w zwierzętach egzotycznych jest tu niezbędna.

Jack odwrócił się i skierował światło latarki na najbliższą klatkę.

Dopiero zajrzawszy do środka, uzmysłowiła sobie, jak bardzo się myliła.

3

Jack Menard obserwował reakcję Lorny.

Stała z oczami wytrzeszczonymi ze zdumienia i zgrozy. Zakryła usta dłonią, ale zaraz ją opuściła. Po pierwszym szoku na jej twarzy pojawił się wyraz zatroskania, oczy wróciły do normalnych rozmiarów, usta ściągnęły się w zadumie. Podeszła do klatki.

Stanął obok niej i odchrząknął.

– Co to za gatunek? – zapytał.

– Cebus apella, kapucynka czubata – odparła. – Takie brązowe kapucynki, pochodzą z Ameryki Południowej.

Jack spojrzał na parę w małej klatce. Przerażone małpki siedziały unurzane we własnych odchodach, tuląc się do siebie w rogu klatki. Ich kończyny i grzbiety miały ciemnoczekoladową barwę, mordki i piersi były beżowe, głowy wieńczyły kępki czarnej sierści. Były tak małe, że bez trudu zmieściłyby się po jednej na jego dłoniach.

– To noworodki? – zapytał.

– Nie sądzę. – Lorna pokręciła głową. – Ubarwienie futra wskazuje, że to dorosłe osobniki. Ale masz rację. Są o wiele za małe. To jakby pigmejska odmiana gatunku.

Ale Jack już wiedział, że nie to jest najbardziej szokującym wynaturzeniem. Lornie udało się łagodnym cmokaniem zwabić małpki bliżej kraty. Jej pełna zawziętości obojętność profesjonalistki rozmyła się, rysy twarzy złagodniały, pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Małpki wyraźnie zareagowały na jej przywoływanie. Wciąż przytulone, podeszły bliżej, ani na chwilę się nie rozstając. I trudno było się temu dziwić.

– To syjamskie bliźnięta – szepnęła Lorna.

Zrośnięte biodrami małpki były dosłownie spojone w jedną całość o trzech nogach i czterech łapkach.

– Biedactwa – szepnęła. – Wyglądają na śmiertelnie wygłodzone.

Małpki stały przy kracie i widać było, że w równym stopniu łakną jedzenia, jak podtrzymania na duchu. Miały ogromne oczy, zwłaszcza jak na tak małe główki. Także Jack wyczuwał w nich głód i strach, ale i cień nadziei. Wyjął z kieszeni owsiany baton z owocami, rozdarł zębami opakowanie, odłamał kawałek i podał Lornie.

Lorna ostrożnie włożyła rękę między kraty. Jedna z małpek chwyciła baton malutkimi paluszkami i obie wycofały się pod ścianę, by podzielić się zdobyczą. Zaczęły ją obgryzać z dwóch stron, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z Lorny.

Popatrzyła na Jacka, a on na moment zobaczył tamtą dziewczynę ze szkolnych lat, z czasów przed jego wstąpieniem do marines. Będąc w drugiej klasie i później podczas letnich wakacji, spotykała się z młodszym bratem Jacka, Tomem. Szybko otrząsnął się ze wspomnień.

Lorna musiała wyczuć jego nastrój, bo jej twarz stężała, znów zamieniając się w maskę profesjonalizmu. Wskazała głową inne klatki.

– Zobaczmy tamte – powiedziała.

Poprowadził ją wzdłuż rzędu klatek, oświetlając latarką mroczne wnętrza. W każdej było jakieś zwierzę – niektóre dobrze znane, inne bardziej egzotyczne. Podobnie jak małpki, wszystkie wykazywały jakieś wynaturzenia. Zatrzymali się przy oszklonym terrarium z kilkumetrowym pytonem birmańskim, który leżał owinięty wokół kupki jajek. Wąż wyglądał całkiem normalnie i dopiero gdy zacieśnił zwoje wokół jajek, okazało się, że z ciała wyrastają mu dwie pary koślawych szczątkowych odnóży. Były pokryte łuskami, zakończone pazurami i wyraźnie nawiązywały do jaszczurczego stadium ewolucji.

– To mi wygląda na drastyczną formę atawizmu – orzekła Lorna.

– A jak to będzie po angielsku?

Uśmiechnęła się przepraszająco.

– O atawizmie mówimy wtedy, gdy cecha genetyczna utracona wiele pokoleń temu powraca nagle u pojedynczego osobnika.

– Taka genetyczna wrzutka z przeszłości?

– Właśnie. W tym przypadku z czasów, zanim węże utraciły nogi.

– To chyba diabelnie długi krok do tyłu, nie?

Lorna wzruszyła ramionami i poszła dalej.

– Na ogół atawizm występuje w wyniku przypadkowego przestawienia genów. Ale nie sądzę, żebyśmy mieli tu do czynienia z przypadkowością. Nie u tylu zwierząt naraz.

– Chcesz powiedzieć, że ktoś je celowo wyhodował z takimi wynaturzeniami? Czy to w ogóle możliwe?

– Nie można tego wykluczyć. Genetyka bardzo się ostatnio rozwinęła i przez cały czas jej granice się poszerzają. Na przykład w ACRES przeprowadziliśmy udane klonowanie dzikich kotów. Udało nam się nawet wprowadzić domieszkę fluorescencyjnego białka meduzy i spowodować, że kot świecił w ciemnościach.

– Pan zielony gen. Czytałem o tym. To zresztą jeden z powodów, dla których poprosiłem o ciebie. Potrzebny mi był ekspert od genetyki i hodowli. Ktoś, kto mi powie, skąd się mogła wziąć ta dziwaczna zbieranina.

Poprowadził ją w głąb ładowni. Kolejna klatka była wyłożona stalową siatką i mieściła stadko nietoperzy wielkości piłek do futbolu.

– Nietoperze wampirze – powiedziała Lorna. – Tylko dziesięć razy większe niż normalnie. To z kolei może być przejaw pierwotnego gigantyzmu.

Także lis w kolejnej klatce był wielkości małego niedźwiadka. Na widok ludzi zaczął prychać, warczeć i rzucać się na kratę. Przeszli szybko dalej i stanęli przed wysoką klatką z papugą wprawdzie normalnej wielkości, ale zupełnie pozbawioną upierzenia.

Ptak głośno zaskrzeczał, wskoczył na oddzielającą ich kratę i przechylając łepek raz w jedną, raz w drugą stronę, zaczął im się przyglądać. Jack z trudem ukrył odrazę. W ptaku bez piór było coś nieprzyzwoitego.

Lorna przysunęła się bliżej.

– Kiedy wykluwają się małe papużki, też nie mają piór. Co najwyżej bywają pokryte lekkim puchem. Nie wiem, czy tego osobnika wprowadzono sztucznie w wiek niemowlęcy, czy to też wrzutka z przeszłości. Nawiasem mówiąc, uważa się, że ptaki to najbliżsi żyjący krewniacy dinozaurów.

Jack nie miał zamiaru dyskutować. Stwór z połyskliwą skórą i dziobem zdecydowanie kojarzył mu się z prehistorią. Poruszyło go natomiast jego nachalne zachowanie.

Ptak przeskoczył z powrotem na żerdź i wyskrzeczał kilka hiszpańskich słów. Widać ta cecha gatunkowa papug – umiejętność imitowania dźwięków – zachowała się nienaruszona. Zaraz potem papuga z prawie czystą ludzką dykcją i tylko trochę bardziej skrzekliwą barwą głosu zaczęła recytować po angielsku:

– …trzy, jeden, cztery, jeden, pięć, dziewięć, dwa, sześć, pięć…

Ruszyli dalej w głąb ładowni, ale Lorna nagle przystanęła w pół kroku i obejrzała się na klatkę, w której pokraczne ptaszysko nie przestawało wypowiadać cyfr.

– O co chodzi? – zapytał Jack.

– Ta papuga… i te cyfry… Nie jestem pewna.

– Czego?

– Trzy, jeden, cztery, jeden, pięć. To pierwsze pięć cyfr stałej matematycznej pi.

Jack pamiętał wystarczająco dużo ze szkolnej geometrii, by wiedzieć, czym jest stała pi symbolizowana przez grecką literę. Przywołał w pamięci jej szkolną wartość.

3,14…

Papuga nie przestawała wymieniać kolejnych cyfr i Lorna poczuła ciarki na plecach.

– Wartość pi wyliczono z dokładnością do bilionów cyfr po przecinku. – W jej głosie słychać było zdumienie. – Jestem bardzo ciekawa, czy ona wypowiada cyfry w prawidłowej kolejności. A jeśli tak, to jak długi ciąg cyfr zapamiętała.

Litania cyfr wydobywających się z dzioba ptaka nie kończyła się i Jack zauważył, że w ładowni nagle zapadła cisza. Ustało postękiwanie, pojękiwanie i nawet szuranie łap w klatkach, jakby wszystkie zwierzęta też słuchały. Odbijające światło ślepia błyszczały w ciemnościach, wszystkie zwrócone w ich stronę.

Jack potrząsnął głową i ruszył dalej. Prowadzi śledztwo w sprawie przestępstwa i nie ma czasu na takie zagadki.

– To, co naprawdę chciałem ci pokazać, jest tu na końcu – powiedział.

Poprowadził Lornę do większych klatek w głębi ładowni. W jednej z nich znajdowała się owca z małą owieczką, której runo zamiast kręcić się przy skórze, opadało długimi prostymi strąkami jak u jaka. Jednak Jackowi nie o nią chodziło.

Próbował ponaglać Lornę, ale ona i tak zatrzymała się przy następnej klatce. Zamknięte w niej zwierzę leżało nieruchomo na boku na warstwie siana, nogi miało sztywno wyciągnięte, a oczy szkliste – niewątpliwie było martwe. Z wyglądu mogłoby przypominać miniaturowego kucyka, gdyby nie to, że było nie większe od cocker spaniela.

– Spójrz na jego kopyta – szepnęła. – Są rozszczepione. Cztery palce do przodu, trzy do tyłu. To najwcześniejszy przodek współczesnego konia, hyracotherium. Był wielkości lisa i należał do tej samej grupy.

Przykucnęła, by przyjrzeć się martwemu zwierzęciu. Jeden z palców kopyta był odłamany i nosił ślady świeżego urazu. Wyglądało to tak, jakby zwierzę przed śmiercią rozpaczliwie kopało w kratę.

– Wygląda na to, że coś je śmiertelnie przeraziło – zauważyła.

– Domyślam się nawet, co to mogło być – rzekł Jack, kierując się ku najdalszemu kątowi. – Tutaj.

Idąc za nim, nie wytrzymała i parsknęła ze złością:

– Co ci ludzie wyprawiali? I nawiasem mówiąc, jak, u diabła, to robili?

– Miałem nadzieję, że właśnie ty mi to powiesz. Ale na razie mamy ważniejszą i pilniejszą sprawę na głowie. – Dotarli do ostatniej klatki. Była większa od innych i miała grubą, masywną kratę. Podłogę pokrywała warstwa siana, ale nie było na nim widać żadnego zwierzęcia. – Kiedy tu weszliśmy, zastaliśmy drzwi klatki odgięte i wyłamane.

– Coś stąd uciekło? – Lorna powiodła wzrokiem ku wyjściu z ładowni, pamiętając ślady krwi na schodkach.

– Chcemy, żebyś nam powiedziała, co to mogło być.

– Jakim cudem? – zdziwiła się, ściągając brwi.

Jack wskazał kopczyk nastroszonego siana, spod którego dochodziło ciche popiskiwanie.

Lorna spojrzała na niego zaskoczona, a jej oczy zapłonęły ciekawością. Odciągnął drzwi klatki i przytrzymał.

– Tylko uważaj – upomniał ją.

4

Lorna schyliła głowę i wcisnęła się przez niski otwór do wnętrza klatki. Wysokość w środku pozwalała się wyprostować, lecz Lorna pozostała lekko pochylona. Większość siana została zgarnięta pod tylną ścianę i Lorna omiotła spojrzeniem całą klatkę. W powietrzu czuć było ostrą amoniakalną woń starego moczu. Udało jej się nie wdepnąć w mazistą stertę łajna, rzadkiego i wodnistego.

Zwierzę przebywające w tej klatce z całą pewnością było chore.

Kopczyk siana pod ścianą poruszył się, jakby coś w nim zagrzebanego próbowało jeszcze bardziej się ukryć. Wcisnąwszy się w sam kąt, przestało się ruszać i popiskiwać.

Lorna przyklękła i ostrożnie rozgarnęła siano. Jej oczom ukazał się śnieżnobiały ogon nakrapiany bladoszarymi cętkami. Ogon był owinięty wokół małego wystraszonego zwierzątka, małe kocie uszka leżały płasko przy głowie.

– Młode lamparta albo jaguara – stwierdziła.

– Ale jest białe – dobiegł zza kraty głos Jacka. – Jak albinos.

Przyjrzała się bladoniebieskim oczom zwierzaka.

– Nie. Kolor oczu ma normalny. To raczej rodzaj dziedzicznej leukodermy. Stanu, w którym brakuje skórnego pigmentu. W każdym razie to na pewno zwierzę z rodziny panter.

– Myślałem, że powiedziałaś, że to lampart albo jaguar.

Nie zdziwiło jej to pytanie. Ludzie często popełniają ten błąd.

– Pantera nie jest określeniem taksonomicznym. Do gatunku pantera zaliczają się wszystkie wielkie koty: tygrysy, lwy, lamparty, jaguary. Termin „biała pantera” może dotyczyć każdego z tych kotów.

– A to młode?

– Na podstawie budowy czaszki i bladego cętkowania powiedziałabym, że to mały jaguar. Ale pewna nie jestem.

Lorna wiedziała, że Jackowi to nie wystarczy. Zapewne sam domyślił się tego, co dla niej było oczywiste na pierwszy rzut oka. Od niej oczekiwał potwierdzenia.

Z kupki siana spozierały na nią małe, jakby nieco zamglone ślepka. Wyglądały, jakby dopiero co się otworzyły, a to oznaczałoby, że kocię ma najwyżej kilka tygodni, może nawet mniej. Inne cechy młodego wieku – krótkie zaokrąglone uszka czy niewykształcone do końca wąsy – zdawały się potwierdzać jej ocenę wieku malucha. Nie pasowała natomiast jego wielkość. Oceniła, że musi ważyć od sześciu do dziewięciu kilogramów, a to oznaczało wielkość typową dla siedmio-, ośmiotygodniowego kocięcia.

Jack też musiał zwrócić uwagę na to odstępstwo od normy i płynące z tego wnioski.

– A jak oceniasz jego wiek? – spytał.

– Od tygodnia do dwóch. – Obrzuciła Jacka spojrzeniem. – Ekstrapolując jego wielkość, należałoby stwierdzić, że dorosły osobnik może ważyć od stu osiemdziesięciu do dwustu trzydziestu kilogramów, czyli mniej więcej tyle, ile tygrys syberyjski. Typowy jaguar waży o połowę mniej.

– Następna genetyczna wrzutka?

Lorna westchnęła.

– Będę musiała przeprowadzić parę testów, żeby się upewnić, ale przede wszystkim chciałabym dokładniej obejrzeć tego malucha.

Ostrożnie wyjęła młode z kryjówki w sianie. Próbowało się wyrywać, popiskując, ale niezbyt energicznie. Obmacała kości i zebrawszy w palce skórę, stwierdziła odwodnienie. Zmełła przekleństwo cisnące się na usta na myśl o tak okrutnym traktowaniu i przytuliła zwierzątko, próbując łagodnym dotykiem i głosem je uspokoić. Wystarczył rzut oka na genitalia, by stwierdzić, że to samczyk.

Tuląc malucha, przemawiała do niego:

– Ciii, już wszystko dobrze, malutki.

Jedną ręką objęła jego łepek, palcem drugiej łagodnie i rytmicznie zaczęła masować mu podbródek. Po chwili młode wtuliło się w nią i wydało pisk głodu. Pozwoliła, żeby wzięło do pyszczka jej palec i zabrało się do ssania.

Bez wątpienia osesek.

Jaguarek zaczął obrabiać jej palec i wtedy poczuła w jego pyszczku coś, czego nie powinno w nim być. Kocie młode w tym wieku nie mają ząbków i bezzębnymi dziąsłami wczepiają się w matczyny sutek z mlekiem. Poruszyła palcem i końcem wyczuła sterczące w pyszczku cztery kiełki. Były małe i ledwo wykształcone, ale już ostre i wyraźnie wystające z dziąseł, wszystkie cztery węższe na końcach niż u nasady.

Przecież nie powinno ich w ogóle być, nie w tym wieku.

Tak wczesne pojawienie się zębów sugerowało rozwojową dominację tej cechy, zapowiadając jej genetyczną przewagę. W umyśle Lorny zaczynało kiełkować podejrzenie, co to może oznaczać, i poczuła ciarki rozchodzące się od szyi po całych plecach. Spojrzała na inne klatki, zatrzymując wzrok na martwym miniaturowym kucyku.

Nic dziwnego, że biedak zdechł z przerażenia.

Nie wypuszczając malucha z rąk, przeniosła wzrok na Jacka.

– Mamy tu do czynienia z poważniejszym problemem – powiedziała.

– Mianowicie?

Tak jak wcześniej dokonała ekstrapolacji wagi młodego, by określić wielkość dorosłego osobnika, tak teraz powtórzyła to samo z uzębieniem. Wiedziała, co zapowiada tak wczesne pojawienie się mlecznych kłów. Oczami wyobraźni ujrzała je w rozmiarach proporcjonalnych do ciała: górne kły zakrzywione i wystające poniżej dolnej szczęki.

– To coś więcej niż tylko wyjątkowo duży jaguar – stwierdziła posępnie.

– A co?

Wstała z klęczek, podeszła do bramki i skuliwszy się, wyszła z klatki.

– To młode jaguara szablastozębnego – oświadczyła.

5

Jack i Lorna z wtulonym w nią młodym jaguara opuścili mroczną ładownię i wyszli na zalany słońcem pokład trawlera. Jeśli miała rację, strażników czekało zmierzenie się z groźnym, białym jak zjawa kotem, wyposażonym w kły o długości dwudziestu pięciu, może trzydziestu centymetrów. Lorna pokrótce wyjaśniła, że występowanie takich kłów nie jest ograniczone do sławetnego tygrysa szablastozębnego, ponieważ wielu prehistorycznych przedstawicieli kotów, a nawet niektóre gatunki torbaczy, dzieliło tę cechę genetyczną.

Ale szablastozębny jaguar?

Wydawało się to niemożliwe. Mimo to Jack wierzył jej słowom. Lorna wygłosiła krótki wykład o atawizmie i manipulacjach genetycznych, posługując się przykładami. Poza tym sam widział w ładowni całą czeredę dziwacznych zwierząt.

Stanął przy relingu i spojrzał w stronę lądu. Rozciągała się przed nimi delta Missisipi z milionami hektarów podmokłych lasów, mokradeł i rozlewisk.

Jego rodzinne strony.

Wychował się na mokradłach w delcie, gdzie jego rodzina i cały rodzinny klan rządzili dłużej niż jakiekolwiek władze. Utrzymywali się z połowu krewetek i ryb oraz kilku nie całkiem legalnych przedsięwzięć na boku. Wiedział, jak łatwo jest się ukrywać na mokradłach i jak trudno wytropić coś, co nie chce zostać wytropione.

Lorna podeszła do niego. Ostatnie parę minut spędziła na rozmowie przez radiotelefon z przedstawicielem Amerykańskiego Instytutu Rybołówstwa i Dzikiej Przyrody i ustalaniu dalszego trybu postępowania.

– Już do nas płyną – poinformowała. – Przywiozą przenośne klatki i środki usypiające. Rozmawiałam też z doktorem Metoyerem. Szykują miejsce na kwarantannę dla zwierząt.

Jack skinął głową. Już wcześniej postanowili wykorzystać położony na uboczu ośrodek na bazę operacyjną. Jeden z jego ludzi znalazł w kajucie szypra stalową kasetkę. W środku znajdował się laptop i kilka krążków CD. W drodze był informatyk z Nowego Orleanu, który miał zbadać ich zawartość. Jack miał nadzieję, że na płytkach znajdzie coś więcej niż tylko zbiór filmów porno należący do szypra.

Jednak przed zejściem z trawlera Jack chciał się dowiedzieć czegoś więcej… zwłaszcza w najistotniejszej kwestii ewentualnego bezpośredniego zagrożenia.

– Masz jakiś pomysł, co się z tym jaguarem mogło stać? – zapytał. – Myślisz, że mógł utonąć podczas sztormu?

– Wątpię. Wielkie koty nie mają awersji do wody, a jaguary są całkiem dobrymi pływakami. Poza tym tu wszędzie jest płytko. Bez trudu mógł się przedostawać z wysepki na wysepkę, odpoczywając po drodze.

– Chcesz powiedzieć, że mógł się przedostać aż na ląd?

– Typowe terytorium łowieckie jaguara liczy setki kilometrów kwadratowych. Te wysepki byłyby dla niego za małe. Na pewno kierował się w stronę lądu.

– A co z tym małym? – Jack wskazał głową kocię wtulone w Lornę. – Matka tak łatwo by je porzuciła?

– Mało prawdopodobne. Jaguary są bardzo opiekuńcze wobec swojego potomstwa. Dają się ssać do szóstego miesiąca, potem opiekują się do końca drugiego roku życia. Ale są też praktyczne. To małe jest chore. Typowy miot u jaguarów to dwa lub trzy młode. Sądzę, że w klatce było jeszcze jedno. Matka zabrała ze sobą silniejsze i zostawiła słabsze, bo dawało jej to większą szansę przeżycia.

– A więc ma ze sobą młode? To ją może bardzo spowolnić.

– Ale także uczynić o wiele groźniejszą. Będzie agresywnie bronić swojego ostatniego dziecka. – Lorna zmarszczyła czoło i wskazała ślady krwi na schodkach. – To prowadzi do następnego pytania: co się stało z ciałami? Z załogą kutra?

– Nie ma ich ani na statku, ani na wyspie – odrzekł Jack. – Wszystko przeszukaliśmy. Ze śladów krwi wynika, że załoga była czteroosobowa. Może zmyło ich za burtę?

– Albo coś ich wyciągnęło.

– Wyciągnęło? Ten jaguar?

– Ślady krwi na schodkach świadczą o tym, że ciało nie zostało tak po prostu zmyte. Musiało być wleczone na górę przez zwierzę.

– Ale dlaczego?

– Dobre pytanie. Koty często chowają zdobycz, zostawiając sobie zapas mięsa. Zdarza się, że wieszają je nawet na drzewach. Ale jeśli nie mogą, porzucają padlinę i idą dalej. – Lorna znów zmarszczyła czoło. – Zachowanie tego jaguara… jest nietypowe. Jeśli się nie mylę, zwierzę wykazuje nadzwyczajną przebiegłość. Jakby świadomie myliło tropy.

Jack dojrzał w jej oczach czający się niepokój.

– Może za dużo się w tym doszukujesz – powiedział uspokajająco. – Wczorajszy sztorm miał niemal siłę huraganu. Może zwierzę i ciała załogi zostały zmyte do zatoki i uniesione przez prądy.

– Jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać.

– Jaki?

Brodząc w wodzie, Lorna wyszła z pontonu na piaszczysty brzeg sąsiedniej wysepki. Buty zostawiła w łodzi, a nogawki dżinsów podwinęła do kolan.

Idący obok Jack nie odrywał wzroku od piaszczystego wzniesienia i rozciągającego się za nim splątanego gąszczu cyprysów. Też był boso, ale buty związał sznurowadłami i przewiesił przez ramię, na wypadek gdyby przyszło mu przedzierać się przez gęste zarośla na wyspie. Na drugim ramieniu miał karabin szturmowy M4. Jeśli zwierzęciu udało się przeżyć sztorm, zapewne jest już daleko, ale wolał nie ryzykować.

Lorna zaproponowała, by popłynąć na najbliższą wysepkę.

– W drodze na ląd kot skierowałby się najpierw tutaj – powiedziała, wychodząc na brzeg. – Powinniśmy szukać tropów.

– Tropów?

– Śladów pazurów. Trzeba szukać powyżej linii przypływu. Także odchodów, śladów moczu, zadrapań na drzewach.

– Umiem tropić – mruknął Jack. – A jeśli kot ominął tę wysepkę i popłynął dalej?

– To sprawdzimy następną wyspę. Kocica nie mogła popłynąć daleko bez odpoczynku. Walka i wyrwanie się na wolność dużo ją kosztowały. A w pewnej chwili adrenalina przestaje się wydzielać i zwierzę musi odpocząć.

Zaczęli okrążać wysepkę, podążając w milczeniu za widoczną na piasku linią przypływu. Poranne ciepło przeszło już w skwierczący upał, a po wczorajszych sztormowych chmurach zostało tylko kilka pojedynczych obłoczków. Pot spływał Jackowi strużkami po plecach i zbierał się nad paskiem spodni.

– Jest – powiedziała nagle Lorna.

Oddaliła się od brzegu i podeszła do miejsca, gdzie wielki cyprys rzucał cień na fragment piasku. Z gałęzi zwisały frędzle hiszpańskiego mchu, tworząc gęstą kurtynę. Część pędów była poprzerywana, jakby coś dużego przedarło się przez zasłonę.

– Ostrożnie! – syknął Jack. Złapawszy Lornę za rękę, pociągnął ją do tyłu i uniósł karabin. – Zostań, najpierw sam sprawdzę.

Podszedł do drzewa i rozgarnąwszy lufą łodygi mchu, zlustrował otoczenie, a potem spojrzał w górę. Wszystko wyglądało normalnie.

– Sprawdź piasek wokół pnia – mruknęła Lorna do jego pleców. Nie miała zamiaru słuchać niczyich poleceń.

Piaszczysta ziemia była zryta, ale dało się wyróżnić jeden wyraźny ślad pazurów odciśnięty głęboko w piasku. Oboje weszli za zasłonę i Jack zaczął w napięciu rozglądać się po gęstwinie w poszukiwaniu jakiegoś ruchu. Czuł niepokojącą bliskość ramienia Lorny przy swoim boku, zapach jej włosów i skóry.

– To zwierzę jest ogromne – powiedziała, klękając na piasku. – Z tego tropu wynika, że mogłam nie docenić jego rozmiarów.

Rozciągnęła dłoń nad zagłębieniem. Ślad na piasku był co najmniej dwukrotnie od niej większy.

– A więc zwierzę przeżyło – zauważył Jack.

– I ruszyło w stronę lądu.

Jack wyprostował się i mocniej chwycił karabin.

– Mimo sztormu w delcie będzie pełno wędkarzy, kempingowiczów, turystów. Trzeba zarządzić ewakuację i skrzyknąć myśliwych przed zapadnięciem zmroku.

– Wytropienie kocicy za dnia nie będzie łatwe – zauważyła Lorna. Znajdzie sobie jakieś legowisko, gdzie się zaszyje i uśnie. Największą szansę będziecie mieli o zmierzchu, bo wtedy jaguary zwykle zaczynają polować.

Jack pokiwał głową.

– Skrzyknięcie ludzi i tak zajmie trochę czasu. Potrzebni są tropiciele, myśliwi, ludzie dobrze znający przybrzeżne tereny delty. Ściągnę też moich z GSR.

Spojrzała na niego pytająco.

– Grupy Szybkiego Reagowania. – Wskazał głową zakotwiczoną przy brzegu białą łódź patrolową. – Odpowiednik sił specjalnych w strukturze straży granicznej.

– Innymi słowy, graniczni komandosi?

– To dobrzy ludzie – zapewnił i dopiero po chwili zorientował się, że Lorna sobie z niego pokpiwa.

Odwrócił się naburmuszony.

Na wodzie zaczął się ruch. Do kutra straży granicznej dołączył katamaran Instytutu Rybołówstwa i Dzikiej Przyrody i zarzucił kotwicę przy brzegu. Strażnicy i inspektorzy wspólnie zabrali się do opróżniania klatek w ładowni trawlera.

– Wracajmy – rzuciła Lorna.

Jack czuł, że chciałaby już tam być i doglądać operacji przenoszenia zwierząt. Na kutrze zostały wszystkie z wyjątkiem młodego jaguara, którego na czas ich wyprawy na wyspę Lorna włożyła do pustej skrzynki na akcesoria wędkarskie na łodzi.

Właśnie zaczęli brodzić w jej stronę, gdy wyrzucony na wyspę trawler z potężnym hukiem wyleciał w powietrze.

6

Stojąc po kolana w wodzie, przerażona Lorna patrzyła, jak kadłub trawlera rozrywa się od wewnątrz w gejzerze ognia i dymu. Drewniane bomy wystrzeliły w górę, ciągnąc za sobą welony płonących sieci, potem na wyspę i przybrzeżne wody zaczęły opadać siejące iskrami szczątki łodzi.

A także szczątki ludzi i zwierząt.

Zakryła usta.

Ile osób znajdowało się w tym momencie na pokładzie?

Płonące szczapy drewna i szczątki trawlera spadły na dwa zakotwiczone w pobliżu kutry patrolowe. Powietrze wypełniło się nawoływaniami i krzykami przerażenia. W błękitne niebo wzniósł się słup czarnego dymu.

Jack chwycił ją za rękę i pociągnął do pontonu.

Wskoczyli do łodzi i odepchnęli się od brzegu. Jack uruchomił silnik i chwilę później już płynęli. Sterował, jednocześnie przyciskając ramieniem radiotelefon do ucha. Lorna słuchała wydawanych przez niego rozkazów.

Był wstrząśnięty, ale jego głos brzmiał jak głos dowódcy.

– Zawróćcie helikopter! Zawiadomcie służby ratunkowe, że będzie miał rannych na pokładzie.

W oddali widać było płonące resztki kadłuba. Obie łodzie podniosły kotwice i zaczęły krążyć wokół wyspy, wypatrując ofiar wśród unoszących się na wodzie szczątków trawlera i płonących plam ropy. Ci, którzy przeżyli wybuch, wyławiali z wody ciała kolegów.

Jack otworzył do końca przepustnicę i łódź popędziła w stronę wyspy.

Lorna wyciągnęła rękę w stronę postaci widocznej wśród fal. Jeden z funkcjonariuszy straży granicznej klęczał w płytkiej wodzie, podtrzymując sobie ramię. Z rany na głowie sączyła się krew, zalewając mu twarz; wyglądał na ogłuszonego i zaszokowanego.

– Jack! Tam!

Jack posłuchał i ruszyli w stronę rannego. Podpłynęli i wciągnęli go do pontonu. Był to ten sam strażnik, który wcześniej podał Jackowi latarkę. Miał otwarte złamanie ręki, z rękawa sterczał kawałek białej kości.

Lorna przyłożyła mu do głowy oddarty kawałek jego koszuli, by zatamować krwawienie.

– Gdzie Tompkins? – wymamrotał ranny, rozglądając się przekrwionymi oczami. – Był na… na górnym pokładzie.

Zaczęli pływać w kółko, rozglądając się za ofiarami wybuchu. Strażnik próbował wstać i włączyć się do poszukiwań, ale Jack kazał mu siedzieć.

Lorna dostrzegła, że Jack zerka w stronę plaży i szybko odwraca głowę. Podążyła za jego wzrokiem i dostrzegła rozciągnięte na piachu ciało. Leżało tuż przy linii roślinności, z tlącego się ubrania sączyła się smużka dymu, na piachu widać było ciemną plamę. Ciału brakowało jednej ręki i połowy czaszki.

Jack zerknął na nią. Wyraz jego oczu mówił wszystko.

Tompkins!

Lorna poczuła, jak oczy napełniają się jej łzami – nie tyle z żalu, ile z poczucia bezsensu tego wszystkiego.

– Co to było? – szepnęła do siebie.

Jack musiał ją usłyszeć, bo akurat zgasił silnik, pozwalając, by ponton siłą rozpędu dobił do kutra patrolowego i lekko uderzył w burtę.

– Czuwak – mruknął ponuro, patrząc, jak jego strażnicy schodzą do pontonu i pomagają rannemu wejść na pokład.

Jeden z nich przejął ster, by kontynuować poszukiwania rannych. Jack przesiadł się na kuter, by przejąć dowodzenie akcją. Lorna wspięła się za nim na pokład.

Górny pokład zamieniono w szpital polowy. Ci, którzy wyszli cało z wybuchu, starali się pomagać rannym. Niektórzy z nich siedzieli, inni leżeli rozciągnięci na plecach. Lorna dostrzegła też jedno ciało przykryte płachtą.

Nieproszona, podeszła do pokładowej apteczki i w miarę swoich umiejętności zaczęła opatrywać rannych, przechodząc kolejno od jednego do drugiego. Po chwili nadleciał helikopter straży granicznej i śmigłowiec pogotowia lotniczego i zaczęto do nich ładować najciężej rannych.

Podano też liczbę zabitych.

Trzy ofiary śmiertelne.

Straszne, ale mogło być gorzej.

Kuter patrolowy straży granicznej wyruszył w górę Missisipi, a w ślad za nim popłynął katamaran Instytutu Rybołówstwa i Dzikiej Przyrody. Na miejscu pozostał drugi kuter straży granicznej, który niedawno do nich dołączył. Strażnicy ogrodzili taśmą miejsce eksplozji i zostali, by dopilnować, żeby do przyjazdu ekipy śledczej nikt postronny nie zbliżał się do wraku.

Lorna, oparta o reling dziobowy, wystawiała spoconą twarz na chłodzący podmuch wiatru, ale niewiele to pomagało. Była wstrząśnięta tym, co się stało, choć w panującym zamieszaniu zachowała profesjonalny chłód, poświęcając całą swą uwagę zranieniom, stłuczeniom, złamaniom kości. To pomogło jej przetrwać pierwsze minuty, teraz jednak wszyscy ranni byli już opatrzeni i znajdowali się pod opieką lekarza ze straży granicznej.