Okręg Sinistra - Ádám Bodor - ebook + książka
NOWOŚĆ

Okręg Sinistra ebook

Adam Bodor

4,2

Opis

Pisarstwo Ádáma Bodora jest czymś wyjątkowym. Jego spokojny ton, pewien rodzaj fatalizmu narracji, w której wszystkie zdarzenia wydają się nieuniknione i nieodwołalne, to coś, z czym nigdy wcześniej się nie spotkałem. To pisarstwo, które ani przez moment nie próbuje się usprawiedliwiać czy zalecać do czytelnika. W skromnej biograficznej notce wyczytałem kilka ważnych dla mnie informacji: mieszkał w Transylwanii, studiował teologię, był więzieniem politycznym. W mojej prywatnej klasyfikacji zajęć „okołopisarskich” teologia i więzienie zawsze stały bardzo wysoko. No i jeszcze ta Transylwania…

Andrzej Stasiuk

„Ten wybitny zapis absurdu totalitarnego świata powstał trzydzieści lat temu, a jednak – jak każda dobra literatura – jest wciąż aktualny. A nawet w wielu kwestiach wyprzedził swój czas. Zimny wiatr Sinistry wciąż wieje nam po plecach.” Małgorzata Komorowska-Fotek, tłumaczka

„Sinistra leży nie wiadomo gdzie, a przecież bardzo blisko, i chyba tylko od czytelnika zależy, czy znajdzie ją w sobie. Bodor buduje rzeczywistość Sinistry z detali, jakby przyglądał się jej przez lupę, a jednocześnie zanurza ją w bezkresie pokrytych śniegiem gór, w których można na własne życzenie przepaść bez śladu. Jakże mały i potworkowaty jest człowiek w takim świecie, jakby obijał się o ściany gabinetu luster – widzimy jego wykrzywioną twarz, czujemy na karku ciężki, dyszący oddech, echo jego kroków osacza nas zewsząd. To pokurcz.” Dorota Jovanka Ćirlić, „Gazeta Wyborcza”

„Książki Bodora budują świat alternatywny, odpychający, ale i magnetyzujący – temu, kto tu przybędzie, niełatwo będzie wyjechać. Jest to świat ubogi w przedmioty, ale bogaty w zapachy takie, jakich nie spotyka się już w cywilizowanym kraju: zapachy ziemi i drewna, potu i ekskrementów. To, co zazwyczaj żyje ukryte, tu bezwstydnie paraduje na widoku: larwy, pająki, koszatki, łanie, nietoperze stają się równoprawnymi bohaterami, żyją z ludźmi w symbiozie. […] Okrucieństwo sąsiaduje z cudownością: w ustach zabitego Puiu Borcana ptaki wiją gniazdo, uwolniona z ciała dusza nie odchodzi na dobre, ale długo jeszcze unosi się w powietrzu, ptak zamarza siedząc na ramieniu, po czym spada na ziemię niczym sopel lodu.” Juliusz Kurkiewicz, „Tygodnik Powszechny”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 204

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (5 ocen)
2
2
1
0
0
Sortuj według:
Dotmagia

Dobrze spędzony czas

Cóż to za przedziwne opowieści! Świat baśniowy i pokręcony. Trochę tajemniczo, trochę śmieszno, a czasami trochę straszno. Nie wiem, jak określić ten rodzaj prozy. Senna opowieść? Majaczenia nad kuflem piwa? Beztroskie myśli? Żadne z tych określeń nie jest do końca właściwe. Książka jest wszystkim po trosze. Czyta się ją dobrze, historia potrafi zaciekawić, a że nietypowo? W sumie to chyba dobrze.
00

Popularność




Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału węgierskiego Sinistra körzet. Egy regény fejezetei

Projekt okładki Kami Targosz

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Ilustracja na okładce © by Andrzej Kozyra

Copyright © by Ádám Bodor, 1992

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2021

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Komorowska-Fotek, 2021

Adiustacja Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Korekta Anna Mirkowska

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-280-8

1(Parasol pułkownika Borcana)

Na dwa tygodnie przed śmiercią pułkownik Borcan zabrał mnie na obchód jednego z nagich wzgórz dobrińskiego okręgu leśnego. Prosił, bym miał oczy szeroko otwarte i zwracał szczególną uwagę na ciągnące się wzdłuż drogi jarzębiny. Chciał wiedzieć, czy przyleciały już jemiołuszki. Był środek jesieni, gaj rozbrzmiewał nieznajomymi odgłosami.

Inspekcja komisarza okręgu leśnego zazwyczaj polegała na tym, że każdego ranka wizytował hodowlę niedźwiedzi, odwiedzał personel, a następnie, w drodze powrotnej, snuł się po którymś z górskich grzbietów i upojony oszałamiającym spokojem rezerwatu oraz dobiegającym z głębi dolin szumem potoków sporządzał meldunek o wszystkim, co zobaczył. Tym razem jednak ruszył bezdrożami i wiedziony wskazówkami dla strzelców górskich, skierował się prosto do tajnego punktu obserwacyjnego. Podobno pojawiły się jemiołuszki, a wraz z nimi nawiedzająca prowincję każdej zimy gorączka, którą tu, w okręgu Sinistra, nie wiadomo dlaczego nazywano katarem tunguskim.

Na szczycie czekało na pułkownika Borcana siedzisko z kamieni umoszczone mchem. Kiedy dotarł na miejsce, rzucił w trawę swój solidny skórzany wojskowy parasol, rozpiął płaszcz i rozsiadł się wygodnie. Zdjął też czapkę, obciążył ją kilkoma łaciatymi od porostów kamieniami; następnie z gołą głową, rozwianymi włosami i drżącymi koniuszkami uszu godzinami lornetował wschodni widnokrąg.

Ledwie wystająca sponad sosnowego lasu skała należała już do pasma Pop Iwan, rozciągał się z niej widok daleko poza granicę państwa, na leżące po rusińskiej stronie zagubione wśród lasów błękitne grzbiety gór. Zza najbardziej oddalonych wzgórz, może już sponad dalekich równin, unosił się szary dym, a sporą część nieba na wschodzie okrywała liliowa kotara, jakby miał już zapadać zmierzch. W miarę jak słońce się zniżało, kolory w oddali przygasały; kiedy doliny wypełniły się już popołudniowymi opalizującymi promieniami, komisarz okręgu leśnego odłożył lornetkę i na znak, że inspekcja dobiegła końca, wdział czapkę.

Nigdy nie wyszło na jaw, czy na przeciwległych stokach wypatrzył to, czego szukał – jemiołuszkę albo jakiś inny zwiastun skradającego się wśród zarośli tunguskiego kataru – ani też to, dlaczego tamtego dnia na ukraińską granicę zabrał właśnie mnie, zwykłego magazyniera z punktu skupu owoców leśnych, w dodatku obcego w tych stronach.

W drodze powrotnej, już u podnóża gór, zapytał, czy widziałem jemiołuszkę. Kiedy odparłem, że tak, zdaje się dwie albo trzy, powiedział, że w takim razie zarządzi szczepienia.

Byliśmy już w pobliżu koszar, gdy nagle rzucił w trawę swój parasol – był jedynym strzelcem górskim, który zimą czy latem przemierzał wilgotne lasy z parasolem pod pachą – i ponownie wyjął lornetkę z futerału. Po drugiej stronie potoku spłowiałą jesienną łąką szedł obcy, zwany w tych stronach Czerwonym Kogutem. Ledwie dotykał stopami ziemi, dumnie kroczył ścieżką oddzielającą las od łąki; jego rude włosy i broda co chwila wybuchały płomieniem na tle czarnych sosen. Pułkownik Borcan śledził go przez lornetkę do czasu, aż zniknął za rządkiem żółtolistnych, lśniących w słońcu brzózek. A potem cicho, niemal poufale zapytał:

– Niech pan powie, Andrej, czy przypadkiem nie zostawiono ostatnio u pana jakiejś paczki? – Po czym, gdy zobaczył, że wpatruję się w niego tępo, jakbym nie zrozumiał pytania, dodał: – Czy nie zostawiono dla mnie jakiegoś drobiazgu? Ot, chociażby świeżo złowionej ryby.

Było to dość dziwne pytanie, jeszcze dziwniejsze okazało się jednak to, jak wielki był jego zawód, kiedy powiedziałem, że nie mam dla niego żadnej paczki. Pewnie zapomniałbym o całej sprawie, gdyby nie fakt, że wkrótce potem odwiedził mnie w punkcie skupu obcy, zwany Czerwonym Kogutem. Trzymał w ręku zaparowaną torbę, na której dnie w odrobinie wody pluskała się lśniąca ryba. Miałem ją przekazać komisarzowi okręgu leśnego. Tyle że pułkownik Borcan już nie żył.

Większość mieszkańców Sinistry ma czarne albo ciemnokasztanowe włosy, blondyni są tu rzadkością, rudych zaś nie spotyka się wcale. Jedynym wyjątkiem jest córka szynkarza z tutejszej kantyny, Bebe Tescovina, znana w całej okolicy ze świecących z daleka jarzębinowych włosów. Dlatego kiedy gdzieś w pobliżu pojawiał się rudy człowiek, z miejsca było wiadomo, że to obcy – tym bardziej że w tych stronach nigdy nie było mody na farbowanie włosów.

Czerwony Kogut zjawił się jak zwykły wędrowiec, lekkim krokiem przemierzał zbocza, jego włosy i broda rozbłyskały gdzieniegdzie pod czarnym sosnowym lasem jak płonący krzew dzikiej róży. Przybył w środku jesieni, w okresie dojrzewania owoców róży, zjawił się wraz z pierwszymi przymrozkami; po prostu pewnego dnia na pokrytych szronem ścieżkach dostrzeżono ciemne ślady jego gumowców obcej produkcji.

Był chudym jak szczapa człowiekiem, który równie źle mówił po ukraińsku, rumuńsku, węgiersku oraz gwarą spiską. Prawdopodobnie nie znał dobrze żadnego z używanych w tych stronach języków. Ponadto z jego sposobu poruszania biły duma i pewność siebie niespotykane u tutejszych ludów. Cały wolny czas spędzał na powietrzu, chcąc jakby w ten sposób podkreślić, że wałęsa się od świtu do nocy nad wodami Sinistry tylko po to, by podziwiać zasnute mgłą szczyty.

W okolicach Dobrina, które obcy odwiedzał niemal codziennie, wody Sinistry rozlewały się w kilka potoków, a strome stoki dolin przechodziły w zbocza Popa Iwana. Wzdłuż jarów pięły się ku skalistym szczytom oplecione drutem kolczastym stalowe pręty, betonowe słupy, wieżyczki strażnicze i rowy pełne zasadzek – wysoko w górze działem wodnym biegła granica. Ogrodzenia, doły i całą tę sieć potrzasków można było przebyć tylko w jednym miejscu, na pewnej wietrznej przełęczy, gdzie stara, nieutwardzona droga przechodziła na drugą stronę masywu, skąpaną w obcym blasku północy.

Drogę zamykał tu niebiesko-żółty szlaban, obok stały niewielka strażnica i podniszczony namiot pełen dygocących z zimna żołnierzy. W całym okręgu Sinistra działało tylko to jedno przejście graniczne, ale szlaban otwierano zaledwie na parę godzin raz w tygodniu, zawsze w czwartek przed południem. Wojskowe patrole zamieniały się wtedy miejscami, by na znak braterstwa broni skontrolować sąsiedni pas graniczny, a przy okazji granicę przekraczały dwa lub trzy cywilne auta, które za okazaniem specjalnego rządowego pozwolenia mogły skorzystać z tej trasy.

Czerwony wędrowiec, mimo iż jego włosy, ubranie i cała beztroska postawa z miejsca zdradzały, że jest nietutejszy, zjawił się u nas po raz pierwszy nie w czwartek, lecz w sobotę. Pewnego poranka na ślady jego stóp natrafili kamieniarze pracujący przy rozbiórce leśnej kapliczki. Po południu zauważył go także stróż nocny Géza Kökény, który bezsenne dni spędzał w ambonie stojącej na skraju wsi; zobaczył go, jak schodzi po stokach Popa Iwana. Wyglądało na to, że obcy lata swobodnie jak wiatr pomiędzy zasiekami i zasadzkami z drutu. W dolinach często go legitymowano, jednak strzelcy górscy zawsze uznawali, że jego papiery – jakkolwiek z pewnością podrabiane – są w porządku.

Chodził w brązowych gumowcach i szarym sukiennym kubraku obszytym zieloną sztruksową lamówką, jakie zwykle noszono po drugiej stronie Popa Iwana; na plecach dyndał mu zawieszony na długim rzemieniu kapelusz z wąskim rondem, ozdobiony błękitnym piórkiem sójki. Na czubku głowy powiewał mu pióropusz rudych włosów, miał także zadziorną, rozczesaną na boki bródkę.

Nikt nie wiedział, jak się nazywa, dlatego od samego początku – od chwili, kiedy zauważył go i ochrzcił po swojemu czujny także za dnia stróż nocny – przylgnęło do niego proste i jakże wymowne przezwisko: Czerwony Kogut. Nosił przewieszoną przez ramię zdobioną okuciami i mosiężnymi klamrami łaciatą torbę z cielęcej skóry, w prawej ręce trzymał zwykle półprzezroczystą plastikową torbę, w której połyskiwała taca wielka jak srebrnobrzucha ryba. I chociaż zapewne wiedział, że w tych stronach tac się raczej nie używa, zaczepiał czasem ludzi pracujących w lesie i na łąkach, proponując, że im ją odsprzeda. Jakiś czas zastanawiano się, czego też może on właściwie chcieć: łazi, zagaduje chłopów o kupno – czyżby zależało mu na tym, by poznać i obłaskawić tutejszą ludność? Strzelcy górscy przez półtora dnia co rusz go legitymowali, potem najwyraźniej zmieniono im rozkazy, bo przestali zwracać na niego jakąkolwiek uwagę. Człowiek o tak paradnym wyglądzie, choćby nawet nie wiem jak się starał, i tak nie mógłby zostać niczyim szpiegiem czy agentem.

O świcie leśną ściółkę srebrzył szron albo przelotny nocny śnieg, a na przyprószonych pagórkach z daleka widać było ślady, które zazwyczaj prowadziły z Popa Iwana w kierunku Dobrina. Czasem obcemu towarzyszyła w wędrówce chmara jemiołuszek. Ptaki właśnie teraz przenosiły się w dolinę Sinistry, a wraz z nimi nadciągały z północy zimne wiatry. Spacerując tak po wyblakłych łąkach z gromadką ptaszków kłębiącą się tuż nad głową, obcy wyglądał, jakby zabłąkał się w te strony nie z Ukrainy, lecz z kart jakiegoś starego albumu.

W tych okolicach nie lubiano jemiołuszek; przepędzano je kamieniami, co zręczniejsi opluwali je nawet w locie. Uważano, że tam, gdzie pojawi się chmara jemiołuszek, w ślad za nimi zjawi się tunguski katar, gorączka, która w końcu strawiła nawet samego pułkownika Borcana.

Nieszczęśnik odwiedził mnie parę dni przed śmiercią, choć do tej pory naprawdę rzadko tu zaglądał, i niemal błagalnie wypytywał o jakąś paczkę.

– Niech pan powie, Andrej, ale tak na słowo honoru, nie zostawiono u pana dla mnie jakiejś torby? Miała być w niej ryba, nic poza tym. Nie szkodzi, jeśli pan ją zjadł. Chcę tylko wiedzieć, czy była.

I chociaż się zaklinałem na wszystkie świętości, odszedł pełen żalu i niedowierzania. Więcej już się nie pojawił. Jakiś czas później prowadzący kantynę na terenie rezerwatu Nikifor Tescovina zaczął rozpowiadać, że komisarz okręgu leśnego zniknął. Często przychodzili pić do jego kantyny miejscowi niedźwiednicy i pułkownicy i dlatego zawsze był o wszystkim dobrze poinformowany. Niebawem przyniósł także wiadomość, że na jednym z nagich górskich wierzchołków natrafiono na zwłoki pułkownika Borcana. Niestety znaleziono go za późno, w jego rozdziawionych ustach zdążył już sobie uwić gniazdo ptak. Potem ktoś przytwierdził zmarłego do ziemi – mógł to zrobić jedynie któryś z tych mundurowych hycli – ręce przybił mu bagnetami, a nogi związał paskiem i przysypał kamieniami, by nie porwały go gryfy.

Jakiś czas po tych wydarzeniach w punkcie skupu owoców leśnych, gdzie wtedy pracowałem, odwiedził mnie Czerwony Kogut. Zajmowałem się zbiórką jagód, jeżyn i grzybów, sam zresztą mieszkałem pośród kadzi, dzieży i pachnących beczek w jednej z komórek magazynu. Dobrze sobie to wszystko przypominam, bo właśnie tamtego dnia po raz pierwszy przyszła do mnie z towarem nowa kobieta, Elvira Spiridon. Żona mieszkającego w górach Severina Spiridona, a moja – mogę to chyba wyjawić – późniejsza kochanka. Przyniosła mi koszyk jeżyn i siatkę kań.

W dobrińskim rezerwacie trzymano paręset niedźwiedzi, a te uwielbiały kanie i jeżyny. Zarządzany przeze mnie punkt skupu dostarczał im pożywienia.

Zauważyłem, że Elvira Spiridon, tak zazwyczaj ruchliwa, tak żywa i energiczna, tym razem kuleje, wyraźnie utyka na jedną nogę. Nagle zapragnąłem w duchu, by okazało się, że wbił się jej w stopę cierń, i żebym to ja był tym, który go wyciągnie. Jakkolwiek było to całkiem idiotyczne pragnienie, Najwyższy mnie wysłuchał. Kiedy zająłem się przesypywaniem jeżyn z kosza do beczki i rozkładaniem kani na sicie, Elvira Spiridon przysiadła na progu i puszczając wkoło zajączki ogromnymi kółkami swych mosiężnych kolczyków, ku mojej wielkiej radości zaczęła rozwiązywać owinięte wokół kostki rzemienie łapci. Nie wahałem się ani chwili dłużej, uklęknąłem przed nią, położyłem jej nogę na swoim kolanie i odwinąłem białe onuce. Jej małą, krągłą stópkę ciągle jeszcze zdobiła opalenizna z czasów letnich sianokosów i pokrywała wonna liliowa siateczka żył. Podeszwa stopy Elviry Spiridon była delikatna, różowa, lekko wilgotna i mięciutka, jakby kobieta zwykła chodzić na paluszkach, w dodatku wbił się w nią nie cierń, lecz listek srebrzystozłotego dziewięćsiłu. Wyciągnąłem go zaraz zębami, następnie ująłem czubkami paznokci i schowałem sobie pod koszulą. Klęczałem, długo ściskając w dłoniach stopę Elviry Spiridon, i gdyby ktoś nas wtedy zobaczył, pewnie pomyślałby, że właśnie się jej oświadczam.

I ów ktoś rzeczywiście się napatoczył – nagle na progu zjawił się bezszelestnie otoczony barwną obwódką cień Czerwonego Koguta. Mógł to być tylko on – okucia i ozdobne klamerki jego przerzuconej przez ramię skórzanej torby wiszącej na szerokim pasie lśniły w pełnym słońcu oślepiającym blaskiem. W prawej ręce trzymał torbę, w której w odrobinie wody pluskała się wielka jak taca srebrnobrzucha ryba.

– Posłucha mnie, Andrej – zwrócił się do mnie po imieniu. – To zanieść dla Borcan pułkownik. Póki nie zajdzie słońce.

– W porządku – odpowiedziałem nieco zmieszany bliskością Elviry Spiridon. – Niech pan to tam położy.

Pułkownik Borcan już wtedy nie żył, ale nie była to przecież wiadomość przeznaczona dla obcych. Torbę z rybą wrzuciłem do którejś z pustych beczek i zaraz po tym, jak obcy odszedł, ruszyłem za Elvirą Spiridon, która wystraszyła się i połyskując kolczykami, na bosaka, z łapciem w dłoni, pognała schować się w pobliskim zagajniku. Zauważyłem, że spotkanie z Czerwonym Kogutem także ją spłoszyło, dlatego zaraz zacząłem obsypywać ją nowymi komplementami.

Swoją drogą w tamtych czasach zalecałem się do pewnej istotki, Aranki Westin, i sądząc po drobnych znakach z jej strony, nie byłem jej obojętny; marzyłem, że pewnej nocy, kiedy fryzjer, z którym żyła, pójdzie do koszar strzyc strzelców górskich, ona w zwiewnej koszulce albo nawet całkiem naga wybiegnie ze wsi i pomknie wzdłuż martwego koryta rzeki prosto do składu owoców leśnych, gdzie samotnie mieszkałem. Ona także pracowała dla strzelców górskich, była tutejszą krawcową; czasem pod pretekstem postrzępionych kołnierzyków czy obluzowanych guzików odwiedzałem ją nawet późną porą.

Tak też się stało wkrótce po odwiedzinach Czerwonego Koguta. Zbudziły mnie w nocy dzikie gęsi, które spłoszone dymem okrywającym wschodnie równiny właśnie wtedy, jesienią, przelatywały nad sinistrzańskimi szczytami. Głuche, nieme, szare noce rozbrzmiewały teraz zawodzeniem przelatujących ptaków. Ich nosowe głosy – przypominające czasem dźwięk klarnetu dróżnika – wślizgiwały się kominami i przez całą noc do rana szperały w popiele. Ten szarpiący nerwy krzyk zawsze uświadamiał mi własną samotność i przywodził na myśl Arankę Westin.

W głębi ogrodu, za kratą nagich gałęzi rosnących przed domem śliw, w oknie Aranki Westin ciągle jeszcze paliło się światło. Urwałem guzik od bluzy i przeskoczywszy kilka płotów, zastukałem w jej okno. Sięgnęła po moją bluzę i kiedy się już wzięła do szycia, spytała:

– Kiego diabła szukał u pana ten czerwony włóczęga?

– Chodzi pani o Koguta? Nawet nie pamiętam… Chyba niczego. Rozglądał się tylko za dobrym wychodkiem.

– Oj, Andrej, Andrej, żeby się pan tylko w coś nie wplątał. Wszyscy przecież wiedzą, że zostawił u pana torbę z piękną srebrną tacą w środku.

Miałem już dość tej sprawy, wróciłem do siebie, do składu owoców, wyjąłem rybę, która ciągle miotała się w beczce, wyniosłem ją na drugą stronę podwórka i wrzuciłem do latryny. Chciałem zapomnieć o niej i o odwiedzinach Czerwonego Koguta. Nie chciałem mieszać się w jakieś podejrzane historie, żeby na koniec nie wydalono mnie z okręgu. Kilka lat wcześniej dowiedziałem się, że mój przybrany syn Béla Bundasian został deportowany do jednego z pobliskich rezerwatów. Szukałem go od dawna. Przeniosłem się tutaj i zatrudniłem w punkcie skupu owoców tylko po to, by wpaść na jego ślad. Szkoda byłoby teraz lekkomyślnie stracić to, co do tej pory zdołałem osiągnąć – a dochrapałem się już nawet kierowniczego stołka.

Coś w tym wszystkim musiało być, bo następnego dnia o świcie znów odwiedził mnie Czerwony Kogut. Był brudny, potargany, mokry i po uda upaprany w błocie, jakby pędem leciał na przełaj przez porośnięte zielskiem i trawą łąki. Nawet włosy nie świeciły mu jak dawniej, jedynie skóra, nos i koniuszki uszu lśniły mu teraz ze strachu i zdenerwowania.

– Andrej, człowieku – syknął. – Czemu nie powiedział mi, Borcan pułkownik nie żyje!

A niby czemu miałbym mu mówić? Wzruszyłem tylko ramionami.

Szukał ryby, a kiedy dowiedział się, że jej nie zjadłem, i powiedziałem mu, gdzie ją znajdzie, poleciał wygrzebać ją z gówna. Wypucował rybę do czysta w martwej odnodze rzeki, zawinął w liście, włożył do łaciatej, włochatej torby z cielęcej skóry i odszedł. Czerwony Kogut zniknął z Dobrina na zawsze.

Na miejsce pułkownika Borcana przysłano do dobrińskich strzelców górskich nowego komisarza okręgu leśnego Izoldę Mavrodin. Moje życie niezbyt się zmieniło. Pewnego deszczowego wiosennego dnia ja także zniknąłem z Dobrina.

Wiele lat później powróciłem tu z greckim paszportem w kieszeni. Wjechałem na drogi okręgu Sinistra swoją nowiutką terenówką suzuki z napędem na cztery koła, w kolorze zielony metalik, i spędziłem cały dzień w Dobrinie. Zajechałem od strony przełęczy Baba Rotunda; myślałem, że zobaczę, jak po porosłych macierzanką łąkach kręci się moja niegdysiejsza kochanka Elvira Spiridon, która wraz z mężem Severinem Spiridonem mieszkała na szczycie góry, w domu stojącym na położonej nieopodal drogi polance. Ale na miejscu ich siedliska nic już nie było, tylko usypisko osmaganych deszczem i gradem ciemnogranatowych kamieni. Dokoła rosły młoda żółtawa trawka, świeże pędy pokrzyw i krokusów. Prawdopodobnie był to ich grób.

Zbliżał się wieczór, na horyzoncie świeciły kłęby ogromnej, ponurej pomarańczowoczerwonej chmury. Potem po liliowym wieczornym niebie przemknął wspaniały puszysty, zdobny wieżyczkami obłok. Przywiódł mi na myśl minione czasy. Owładnął mną jakiś dziwny smutek. Zatrzymałem terenówkę na poboczu i z nosem zwieszonym na kwintę ruszyłem na skraj lasu odwiedzić kilka dobrze znanych mi zakątków.

Na polanie, tuż przede mną, odbitym od chmur światłem lśniły dwa wijące się lodowe – a kto wie, może szklane – pasy. Na rozgrzanej wiosennym słońcem łące zobaczyłem prowadzące hen, w głąb lasu, ślady swoich nart. Przetrwały tu od owej ostatniej zimy, którą wiele lat temu spędziłem na przełęczy. Kto choć raz jeździł na nartach po lesie, dobrze wie, że kiedy przejedzie się parę razy po tych samych śladach, śnieg pod nimi ubija się i twardnieje – czasem nieco się topi, potem wciąż na nowo zamarza. Takie podwójne ślady, jedwabne, posrebrzane światłem wstęgi, zazwyczaj topnieją dopiero na początku lata. Są jednak i takie, które nie topnieją nigdy.

Tamtej ostatniej zimy codziennie przejeżdżałem tędy na nartach do lasu Kolinda, gdzie tu i ówdzie wypływały spod ziemi potoki, a w wilgotnych podziemnych jamach i jaskiniach ukrywało się przed strzelcami górskimi kilku zdziczałych buntowników, którzy nie zważając na żadne prośby ni groźby, ani myśleli wyjść ze swych kryjówek. Początkowo próbowano zastawiać na nich wnyki i pułapki, na koniec postanowiono zasypać ich tunele cementem. Przez wiele tygodni jeździłem tędy z workami cementu na plecach, poruszając się zawsze po tych samych śladach. Pod moim ciężarem śnieg stał się twardy jak diament.

Zadumałem się nad dawnymi czasami, kiedy nagle spostrzegłem nieopodal, na sosnowej gałązce, dwie powiewające na wietrze, promieniejące odbitym od ciężkich chmur blaskiem rude peruki. Zbliżyłem się i by lepiej się im przypatrzeć, nadziałem je na patyk. Jedna z nich pasowała na głowę, druga okazała się być sztuczną brodą. W zacienionym zakątku polany na kupce przegniłych zeszłorocznych liści, głośno pochrapując, spał otoczony bzyczącym rojem kolorowych much jakiś młody człowiek. Miał przy sobie łaciatą torbę z cielęcej skóry, obok leżała przewrócona pusta butelka. Kogoś bardzo mi przypominał; czym prędzej stamtąd odszedłem.

Jako obcokrajowiec musiałem zgłosić się do rejestracji i wynająć pokój w dobrińskim zajeździe. Zaraz po zapadnięciu zmroku wymknąłem się jednak stamtąd – oczywiście wcześniej co nieco wypiwszy – i cały wieczór spędziłem u swojej dawnej przyjaciółki Aranki Westin. Dowiedziałem się od niej, że pułkownik Borcan – któremu pośmiertnie zasądzono karę śmierci – przyjaźnił się z pułkownikiem polskiej straży granicznej i wspólnie uknuli, że Polak będzie przesyłał mu ukryte w rybim brzuchu wiadomości, a może nawet i prawdziwe dolary.

Nie chciałem więcej o tym słyszeć.

Koniec końców zostałem jednak u Aranki Westin i mimo że nieco się już oboje postarzeliśmy, nasze uda znów splotły się pod osłoną nocy. Wsłuchując się we własny puls, leżałem zmęczony u jej boku. Zacząłem nawet rozważać, czy nie zostać tak przy niej choćby dzień dłużej, kiedy nagle z wysokiego nieba dobiegły nosowe jęki – w chmurach nad Dobrinem ozwały się dzikie gęsi. Wyglądało na to, że ostatecznie się tu zadomowiły. W ciszy nocy słychać było wyraźnie, jak nadlatują z południa, od strony lasu Kolinda, potem gwałtownie skręcają nad Dobrinem i lecą dalej na północ, prosto w kierunku Popa Iwana. Ich krzyk czułem nawet w koniuszkach palców i mógłbym przysiąc, że nie ma nic bardziej niepokojącego od ich głosu.

Kiedy nad ranem przyszli po mnie strzelcy górscy, by oznajmić, że na skutek opuszczenia przeze mnie wyznaczonej wcześniej kwatery cofnięto mi pozwolenie na pobyt i na zawsze wzbroniono wstępu do okręgu Sinistra, od dawna już nie spałem. Czekałem, aż zacznie dnieć, bym wreszcie mógł stąd odjechać.

2(Nieśmiertelnik Andreja)

Pewnego wiosennego dnia przyjechałem na rowerze na przełęcz Baba Rotunda, z której po raz pierwszy ujrzałem wyniosłe szczyty gór. U ich podnóża później niemal zapomniałem o całym swoim wcześniejszym życiu. W pomarańczowym świetle popołudnia rozpościerała się przede mną w długich, ostrych cieniach dolina Sinistry. W głębi doliny, nad zakolami rzeki, czerniały wierzby, po jej drugiej stronie wił się rzadki szereg domów, w oddali, na zalanych słońcem stokach, połyskiwały gonty dachów, jeszcze dalej, nad czarnym kołnierzem sosnowego lasu, migotały oblodzone szczyty Popa Iwana i Dobrina. Ponad nimi obcą, szklistą zielenią wisiało północne niebo.

Większość dróg kończyła tu swój bieg. Pod widocznymi naprzeciw stromymi skałami zaczynał się już teren rezerwatu, w którym zamierzałem się zaszyć. Gdzieś tam, w głębi puszczy, mieszkał mój przybrany syn Béla Bundasian. Szukałem go od lat.

Szosa skręciła z przełęczy, przez jakiś czas ciągnęła się wzdłuż nasypu kolejowego, potem szyny nagle zniknęły w tunelu, u którego wejścia grał na klarnecie dróżnik. Dalej, w pobliżu wioski, tory znów dołączyły do drogi. Jakiś czas później dogoniła mnie kolejka podmiejska i niemalże jednocześnie z nią wjechałem na końcową stację sinistrzańskiej linii.

Na końcu torów stał zaniedbany parterowy budynek, z okapu zwisała deska z nazwą wioski: Dobrin. Pod spodem ktoś namazał błotem na ścianie: City. Tak oto pewnego ciepłego wiosennego wieczora przybyłem do Dobrin City.

Oparłem rower o ogrodzenie i czekałem, aż rozejdzie się grupka podróżnych, bezszelestnie stąpających w gumowcach i w łapciach. Przemknęło mi nawet przez myśl, że jeśli któryś z nich mi się spodoba, to go zagadnę. Byłem w Dobrinie po raz pierwszy.

Nad stacją unosił się dym, w tych stronach nadal palono w lokomotywach drewnem, kłęby dymu popełzły w górę główną ulicą, jakby podróżni ciągnęli je za sobą. Po drugiej stronie ulicy, koło rampy, stał oparty o drzewo śniady mężczyzna i mrużąc oczy, jakby go szczypały, wypatrywał kogoś wśród wychodzących ze stacji. Miał na sobie brudny biały podkoszulek, poplamione wojskowe spodnie, a na gołych stopach – sandały. Nie zamierzałem go zaczepiać, ale kiedy tylko ludzie się wreszcie rozeszli, zeskoczył z rampy i podszedł prosto do mnie przez opustoszały peron.

– Widzę – powiedział cichym, dźwięcznym głosem – że szukasz kwatery.

– Coś w tym rodzaju.

– Znam jedną.

Tak poznałem Nikifora Tescovinę. Od razu wiedziałem, jak się nazywa: w widocznym miejscu nosił zawieszoną na łańcuszku blaszkę z wygrawerowanymi imieniem i nazwiskiem. Mojego nie był jednak ciekawy, uścisk ręki też sobie darował; poradził, żebym nie wyjawiał swojej tożsamości do czasu, aż pułkownik Borcan nie odwiedzi mnie osobiście. Komisarz okręgu leśnego zadecyduje później o moim imieniu. Jest dowódcą dobrińskich strzelców górskich.

– Poza tym, jeśli nie zauważyłeś, tu się nie jeździ na rowerach. Nie będziesz go już więcej potrzebował. Zostaw tu rower, ktoś go sobie weźmie.

Szedł, ciągle wyprzedzając mnie o krok, aż dotarliśmy na skraj wioski położonej w głębi doliny. Na jego obutych w sandały stopach osiadał kurz, dlatego żeby go zmyć, co chwila wdeptywał w kałużę, bo chociaż wodę ścinało lodem, kiedy tylko słońce kryło się za zachodnim stokiem, dla niego już było lato. Na pobliskim, górującym nad wsią stromym zboczu bieliła się cienka warstewka śniegu o kształcie łasicy. Schodził z niego zimny wieczorny, przesiąknięty zapachem sosnowych pączków wiatr, który kołysał poprzecinanymi przewodami zwisającymi ze słupów na głównej ulicy Dobrin City.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2021

Wydanie II