Odważne życie - Pema Chödrön - ebook

Odważne życie ebook

Pema Chordon

3,0

Opis

Odważne życie to jedna z ważniejszych książek Pemy Chödrön, buddyjskiej mniszki, którą pokochały gwiazdy Hollywood i miliony ludzi na całym świecie.

Pema Chödrön doradza  w niej jak zmienić sposób, w jaki postrzegamy trudne momenty naszego życia – a co za tym idzie, jak przyjmować to, co nas spotyka. Często nie mamy wpływu na to, co niesie los, ale zawsze mamy wybór jak na to zareagujemy. Czy pozwolimy, żeby zawładnął nami lęk, czy odważnie zaakceptujemy pełną niedoskonałości rzeczywistość. Gdy wybierzemy to drugie, Pema Chödrön zapewni nam narzędzia niezbędne do radzenia sobie z trudnościami, które napotkamy na swojej drodze.

Pema Chödrön

Buddyjska mniszka amerykańskiego pochodzenia, którą pokochały gwiazdy Holllywood. Po rozstaniu z mężem znalazła ukojenie w buddyzmie. Należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. Autorka wielu popularnych poradników, w tym bestsellerowej książki Nigdy nie jest za późno polecanej przez wiele gwiazd, m.in.: Oprah Winfrey, Gwyneth Paltrow oraz Jeffa Bridgesa.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 169

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału Places That Scare You
© Copyright for Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.,Warszawa 2021
© 2001 by Pema Chödrön
Epigraph on page 81 from “Timely Rain” by Chögyam Trungpa. From Timely Rain by Chögyam Trungpa. © 1972, 1983, 1998 by Diana J. Mukpo. Reprinted by arrangement with Shambhala Publications, Inc., Boston, Massachusetts 02115. Used by permission.Four Limitless Ones chant as presented in appendix 2 is translated by the Nālandā Translation Committee. Translation of The Root Text of the Seven Points of Training the Mind © 1981, 1986 by Chögyam Trungpa; revised translation © 1993 by Diana J. Mukpo and the Nālandā Translation Committee. This translation of Places That Scare You is published by Wydawnictwo Zwierciadło by arrangement with Shambhala Publications, Inc. and Macadamia Literary Agency, Warsaw.
Redakcja i korekty Melanż
Projekt okładki Ada Kujawa
Projekt typograficzny, skład i łamanie Plupart
Dyrektor produkcji Robert Jeżewski
ISBN: 978-83-8132-207-2
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. (22) 312 37 12
Dział handlowyhandlowy@grupazwierciadlo.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Wyznaj swoje najskrytsze słabości.

Zbliż się do tego, co uważasz za odrażające.

Pomóż tym, o których myślisz, że nie możesz im pomóc.

Puść wszystko, do czego jesteś przywiązana.

Idź do miejsc, które cię przerażają.

Rada udzielona tybetańskiej joginceMachig Labdron przez jej nauczycielkę

Szesnastemu Karmapie Randziungowi Rigpe Dordże, Dilgo Khyentse Rinpocze i Chögyamowi Trungpa Rinpocze, którzy nauczyli mnie, jak uwolnić się od lęku.

Wstęp

Każdy wykład zaczynam od aspiracji współczucia. Wyrażam pragnienie, abyśmy stosowali nauki w naszym codziennym życiu i w ten sposób uwolnili siebie i innych od cierpienia. Podczas wykładu zachęcam słuchaczy do zachowania otwartego umysłu. Ten stan często jest porównywany do zdumienia dziecka patrzącego na świat bez żadnych uprzedzeń. Jak ujął to mistrz zen Suzuki Roshi: „W umyśle początkującego jest wiele możliwości, a ekspert ma ich niewiele”.

Pod koniec wykładu dedykuję wynikającą z niego wartość wszystkim istotom. Ten gest uniwersalnej przyjaźni został kiedyś przyrównany do kropli świeżej wody źródlanej. Jeśli zostawimy ją na skale w promieniach słońca, wkrótce wyparuje. Jeśli jednak umieścimy ją w oceanie, nigdy nie zniknie. W ten sposób wyrażam życzenie, abyśmy nie zatrzymywali nauk dla siebie, ale korzystali z nich dla dobra innych.

Podejście to odzwierciedla trzy szlachetne zasady: dobro na początku, dobro w środku, dobro na końcu. Warto je stosować we wszystkich działaniach. Wszystko, co robimy – poranna krzątanina, posiłek, wyjście na spotkanie – możemy rozpocząć od intencji bycia otwartym, wyrozumiałym i życzliwym. Dzięki temu możemy zachować otwartą postawę, wykonując kolejne działania. Jak mawiał mój nauczyciel Chögyam Trungpa Rinpocze: „Traktuj swoje życie jak eksperyment”.

Pod koniec danej czynności, bez względu na to, czy uważamy, że intencja została spełniona, czy też nie, potwierdzamy nasze działanie, myśląc o wszystkich na całym świecie, o tych, którym się powiodło, i o tych, którym się nie udało. Wyrażamy życzenie, aby wszystko, czego nauczyło nas nasze doświadczenie, mogło przynieść korzyści również innym ludziom.

Z tą intencją oddaję w wasze ręce ten przewodnik po treningu współczującego wojownika. Oby był przydatny na początku, w środku i na końcu. Oby pomógł nam dotrzeć w miejsca, które wywołują w nas lęk. Oby przeniknął nasze życie i pomógł nam umrzeć bez żalu.

1Doskonałość bodhiczitty

Dobrze widzi się tylko sercem.Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

Antoine Saint-Exupéry

Miałam jakieś sześć lat, kiedy dostałam ważną lekcję bodhiczitty od starej kobiety, która siedziała, wygrzewając się w słońcu. Pewnego dnia przechodziłam obok jej domu, czując się samotna, niekochana i wściekła. Kopałam wszystko, co tylko się dało. Ta kobieta, śmiejąc się, powiedziała do mnie: „Dziewczynko, nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce”.

Właśnie wtedy dostałam tę ważną lekcję: możemy pozwolić, żebyśmy pod wpływem doświadczeń twardnieli w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk, albo możemy pod ich wpływem łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co budzi nasz lęk. Zawsze mamy wybór.

Gdybyśmy zapytali Buddę: „Co to jest bodhiczitta?”, mógłby nam odpowiedzieć, że to słowo jest łatwiejsze do zrozumienia niż do przetłumaczenia. Mógłby nas zachęcić do szukania sposobów na to, żeby odkryć znaczenie tego słowa w naszym życiu. Może prowokowałby nas, dodając, że tylko bodhiczitta uzdrawia, że bodhiczitta jest zdolna przemienić najtwardsze serca i najbardziej przerażone oraz pełne uprzedzeń umysły.

Czittaoznacza „umysł”, a także „serce” lub „postawa”. Bodhi oznacza „obudzić się”, „oświecony” lub „całkowicie otwarty”. Czasami całkowicie otwarte serce i umysł bodhiczitty nazywane są miękkim miejscem, miejscem tak wrażliwym i czułym jak otwarta rana. Po części jest to równoznaczne z naszą zdolnością do miłości. Nawet najbardziej okrutni ludzie mają ten miękki punkt. Nawet najgroźniejsze zwierzęta kochają swoje potomstwo. Jak ujął to Trungpa Rinpocze: „Każdy coś kocha, nawet jeśli to tylko tortille”.

Bodhiczitta jest także częściowo utożsamiana ze współczuciem – naszą zdolnością do odczuwania bólu, który dzielimy z innymi. Ból nas przeraża, więc bronimy się przed nim, nie zdając sobie z tego sprawy. Z opinii, uprzedzeń i strategii stawiamy mury obronne; bariery budowane na głębokim lęku przed cierpieniem. Mury te są dodatkowo wzmacniane wszelkiego rodzaju emocjami: gniewem, żądzą, obojętnością, zazdrością i zawiścią, arogancją i dumą. Ale na nasze szczęście miękkie miejsce – nasza wrodzona zdolność do kochania i dbania o innych – jest jak pęknięcie w murze, który wznosimy. Jest to naturalna szczelina w ścianach, które wznosimy ze strachu. Dzięki praktyce możemy nauczyć się znajdować tę szczelinę. Aby obudzić bodhiczittę, możemy nauczyć się chwytać ten moment bezbronności – miłość, wdzięczność, samotność, zakłopotanie, nieadekwatność.

Do bodhiczitty podobna jest bezbronność rozpaczy. Czasami budzi ona trwogę i panikę, czasami złość, niechęć i poczucie winy. Ale pod twardością tego pancerza kryje się miękkość prawdziwego smutku. To jest więź łącząca nas z tymi wszystkimi, którzy kiedykolwiek kochali. Uczucie głębokiego smutku może nas nauczyć wielkiego współczucia. Może nas poskromić, gdy stajemy się aroganccy, i stonować, gdy jesteśmy nieżyczliwi. Budzi nas, kiedy wolimy spać, i przebija się przez naszą obojętność. Ten nieustanny ból serca jest błogosławieństwem, które może być dzielone ze wszystkimi, jeśli jest w pełni zaakceptowane.

Budda powiedział, że nigdy nie jesteśmy oddzieleni od oświecenia. Nawet wtedy, gdy czujemy się najbardziej uwięzieni, nigdy nie jesteśmy odcięci od stanu przebudzenia. To jest rewolucyjne twierdzenie. Nawet zwykli ludzie, tacy jak my, rozdarci i zdezorientowani, mają zmysł oświecenia zwany bodhiczittą. Otwartość i serdeczność bodhiczitty jest w rzeczywistości naszą prawdziwą naturą i stanem. Nawet jeśli nasza nerwica ma się o wiele lepiej niż nasza mądrość, nawet jeśli czujemy się najbardziej zagubieni i pozbawieni nadziei, bodhiczitta jest zawsze tutaj jak bezkresne niebo, ani trochę niepomniejszone przez chmury, które chwilowo je zasłaniają.

Mając na uwadze to, że tak dobrze znamy się na chmurach, możemy oczywiście uznać, że trudno uwierzyć w nauczanie Buddy. Prawda jest jednak taka, że w samym środku naszego cierpienia, w najtrudniejszych chwilach, możemy skontaktować się ze szlachetnym sercem bodhiczitty. Jest ono zawsze dostępne, zarówno w bólu, jak i w radości.

Pewna młoda kobieta napisała do mnie o tym, jak w małym miasteczku na Bliskim Wschodzie została otoczona przez tłum ludzi, którzy gwizdali, wrzeszczeli i grozili, że zaczną rzucać kamieniami w nią i w jej przyjaciół, ponieważ są Amerykanami. Oczywiście była przerażona, jednak to, czego doświadczyła, jest niezwykle interesujące. Nagle utożsamiła się z każdą osobą w dziejach, która kiedykolwiek była znienawidzona i poniżana. Zrozumiała, jak to jest być pogardzaną z jakiegokolwiek powodu: rasy, przynależności do grupy etnicznej, preferencji seksualnych, płci. Coś w niej pękło i poczuła to samo, co miliony uciśnionych ludzi. Spojrzała na to z nowej perspektywy. Zrozumiała, że wspólnota człowieczeństwa łączy ją nawet z tymi, którzy czują nienawiść wobec niej. To poczucie głębokiej więzi, przynależności do tej samej rodziny – to właśnie bodhiczitta.

Istnieją dwa poziomy bodhiczitty. Pierwszy to absolutna bodhiczitta, natychmiastowe doświadczenie, które jest całkowicie wolne od koncepcji, opinii i typowego dla nas przekonania, że wiemy już wszystko. Jest to coś tak niezwykle dobrego, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie tego określić, coś jak intuicyjna pewność, że nie mamy absolutnie nic do stracenia. Drugi poziom, relatywna bodhiczitta, to zdolność do utrzymywania naszych serc i umysłów otwartych na cierpienie, bez odcinania się.

Ci, którzy całym sercem oddają się ćwiczeniom w budzeniu absolutnej i relatywnej bodhiczitty, nazywani są bodhisattwami lub wojownikami – nie takimi, którzy zabijają i krzywdzą, ale takimi, którzy słyszą wołanie świata, nieagresywnymi. Są to mężczyźni i kobiety, którzy są gotowi ćwiczyć, gdy wybucha pożar. Trening w czasie pożaru oznacza, że wojownik wchodzi w trudne sytuacje, aby złagodzić cierpienie. Odnosi się to również do jego chęci przebicia się przez własną reaktywność i przez oszukiwanie samego siebie, do zaangażowania w odkrywanie podstawowej, niezakłóconej energii bodhiczitty.

Mamy wiele przykładów mistrzów wojowników – ludzi takich jak Matka Teresa i Martin Luther King, którzy uznali, że największa krzywda pochodzi z naszych agresywnych umysłów. Poświęcili oni swoje życie, aby pomagać innym zrozumieć tę prawdę. Jest też wielu zwykłych ludzi, którzy przez całe życie uczą się, jak otwierać serce i umysł, aby pomóc innym robić to samo. Podobnie jak oni, możemy nauczyć się odnosić się do siebie i do świata, w którym żyjemy, jak wojownicy. Możemy szkolić się w budzeniu naszej odwagi i miłości.

Istnieją zarówno formalne, jak i nieformalne metody pomagające nam rozwijać odwagę i dobroć. Istnieją praktyki pielęgnowania naszej zdolności do radowania się, odpuszczania, kochania i wylewania łez. Są takie, które uczą nas pozostawać otwartymi na niepewność. Są też inne, które pomagają nam być obecnymi w tych momentach, kiedy z przyzwyczajenia zamykamy się w sobie.

Gdziekolwiek jesteśmy, możemy kontynuować trening wojownika. Nasze narzędzia do praktykowania medytacji to miłująca życzliwość, współczucie, radość i równowaga. Z ich pomocą możemy odkryć miękkie miejsce bodhiczitty. Znajdziemy tę miękkość w smutku i wdzięczności. Znajdziemy ją pod hardością furii i w drżeniu strachu. Jest dostępna zarówno w samotności, jak i w dobroci. Wielu z nas preferuje praktyki, które nie powodują uczucia dyskomfortu, a jednocześnie chcemy być uzdrowieni. Ale trening bodhiczitty nie działa w ten sposób. Wojownik akceptuje to, że nigdy nie wie, co się z nim stanie. Możemy próbować kontrolować to, co niekontrolowalne, szukając bezpieczeństwa i przewidywalności, zawsze mając nadzieję, że będziemy czuć się wygodnie i bezpiecznie. Ale prawda jest taka, że nigdy nie unikniemy niepewności. To, że nie wiemy, jest częścią przygody, ale wywołuje w nas również lęk.

Trening bodhiczitty nie obiecuje szczęśliwego zakończenia. Właściwie to ja, które chce znaleźć bezpieczeństwo, które chce się czegoś trzymać, może w końcu nauczyć się dorastać. Kluczową kwestią treningu wojownika nie jest to, jak uniknąć niepewności i strachu, ale jak odnieść się do uczucia dyskomfortu. Jak praktykujemy wobec trudności, naszych emocji, nieprzewidywalnych zdarzeń zwykłego dnia?

Zbyt często zachowujemy się jak wystraszone ptaki, które boją się opuścić gniazdo. Siedzimy w nim do momentu, aż zaczyna cuchnąć i od dawna jest bezużyteczne. Nikt nie przychodzi, żeby nas nakarmić. Nikt nas nie chroni ani o nas nie dba. Mimo to mamy nadzieję, że nasza ptasia mama wreszcie nadleci.

Możemy w końcu wydostać się z tego gniazda i tym samym wyświadczyć sobie największą przysługę. Oczywiste jest, że wymaga to odwagi. Jasne jest również to, że możemy skorzystać z kilku pomocnych wskazówek. Możemy wątpić w to, że jesteśmy gotowi do bycia wojownikami w treningu. Ale możemy też zadać sobie pytanie: „Czy wolę dorosnąć i mieć wpływ na moje życie, czy wolę żyć i umierać w strachu?”.

Wszystkie istoty są w stanie odczuwać miękkość – doświadczać rozpaczy, bólu i niepewności. Dlatego oświecone serce bodhiczitty jest dostępne dla nas wszystkich. Nauczyciel medytacji wglądu Jack Kornfield opowiada, że był tego świadkiem w Kambodży w czasie rządów Czerwonych Khmerów.

Pięćdziesiąt tysięcy ludzi, do których mierzono z karabinów, zadeklarowało przynależność do partii komunistycznej. Grożono im śmiercią, jeśli będą kontynuować praktyki buddyjskie. Mimo niebezpieczeństwa w obozie dla uchodźców powstała świątynia, a w uroczystości otwarcia wzięło udział dwadzieścia tysięcy osób. Nie było żadnych wykładów ani modlitw, jedynie nieustająco śpiewano jedną z głównych nauk Buddy:

Nienawiści nie można pokonać nienawiścią.Tylko miłość ją uzdrowi.Takie jest odwieczne prawo.

Tysiące ludzi śpiewało i płakało, wiedząc, że prawda w tych słowach jest większa niż ich cierpienie.

Taką moc ma bodhiczitta. Będzie nas inspirować i wspierać w dobrych i złych chwilach. Jest jak odkrycie mądrości i odwagi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tak jak alchemia zmienia każdy metal w złoto, tak bodhiczitta może, jeśli na to pozwolimy, przekształcić każdą czynność, słowo lub myśl w narzędzie, które przebudzi nasze współczucie.

2Sięgnij do źródła

Człowiek jest częścią całości, którą nazywamy wszechświatem. Ograniczony przez przestrzeń i czas, doświadcza siebie samego. Jego myśli i uczucia są oddzielone od całej reszty – swego rodzaju optycznego złudzenia świadomości. To złudzenie jest dla nas jak więzienie, które ogranicza nas do własnych upodobań oraz przychylności dla nielicznych nam bliskich. Naszym celem musi być wyzwolenie się z tego więzienia poprzez rozszerzenie horyzontów naszego rozumienia i współczucia, aż obejmie wszystkie żywe istoty i całą naturę w jej urodzie.

Albert Einstein

Kiedy wykopywaliśmy fundamenty pod ośrodek odosobnienia w Gampo Abbey, uderzyliśmy w skałę macierzystą i powstała szczelina. Minutę później kapała z niej woda. Godzinę później strumień wody był silniejszy, a pęknięcie szersze.

Odkrycie pierwotnej dobroci bodhiczitty jest jak to – dotarcie do źródła żywej wody, które przez pewien czas było ukryte w litej skale. Kiedy dotykamy środka smutku, kiedy pozostajemy z uczuciem dyskomfortu, nie podejmując prób zmiany tego stanu, kiedy pozostajemy obecni z bólem odrzucenia lub zdrady i pozwalamy, by to nas zmiękczyło, to są właśnie te chwile, w których łączymy się z bodhiczittą.

Dotarcie do tego drżącego i miękkiego miejsca przynosi zmianę. Przebywanie tam wiąże się z odczuwaniem niepewności i niepokoju, ale jest też źródłem wielkiej ulgi. Samo przebywanie w tym miejscu, choćby przez chwilę, jest jak dobry uczynek, który spełniamy wobec siebie. Współczucie dla własnych lęków wymaga oczywiście odwagi i jest zdecydowanie sprzeczne z intuicją. Ale to jest to, co musimy zrobić.

Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać nad ludzkim losem. Dana jest nam tutaj tak wielka mądrość i wrażliwość, jednak – nawet o tym nie wiedząc – chowamy je głęboko, żeby ochronić się przed niepewnością. Chociaż mamy potencjał do tego, by doświadczać wolności motyla, z niezrozumiałych powodów wolimy mały i przerażający kokon ego.

Przyjaciółka opowiedziała mi o swoich rodzicach, którzy są już w podeszłym wieku. Mieszkają na Florydzie w okolicy, gdzie panuje bieda, a zagrożenie przemocą wydaje się realne. Żeby się przed tym uchronić, wybrali osiedle zamknięte, pilnowane przez psy stróżujące i wyposażone w automatyczne bramy. Mają oczywiście nadzieję, że nikt niepożądany nie dostanie się do środka.

Niestety, rodzice mojej przyjaciółki żyją w coraz większym strachu przed wyjściem poza mury. Chcieliby pójść na plażę lub na pole golfowe, ale za bardzo się boją wyjść poza teren osiedla. Mimo że od pewnego czasu wynajmują kogoś do robienia zakupów, poczucie braku bezpieczeństwa staje się coraz silniejsze. Ostatnio popadają w paranoję nawet na widok osób, którym wolno wejść na teren osiedla: fachowców wzywanych do napraw, ogrodników, hydraulików i elektryków. Poprzez swoją izolację stają się niezdolni do radzenia sobie z nieprzewidywalnym światem. W ten sam sposób działa ego.

Jak zauważył Albert Einstein, tragedia traktowania siebie w taki sposób, jakbyśmy byli oddzieleni od innych, polega na tym, że to złudzenie staje się więzieniem. Jeszcze smutniejsze jest to, że perspektywa wolności wytrąca nas z równowagi. Kiedy znikają bariery, a mury zaczynają pękać, nie wiemy, co robić. Potrzebujemy więcej informacji o tym, co się z nami dzieje. Musimy wiedzieć, że dorastaniu towarzyszą strach i dygot, a odpuszczenie wymaga odwagi. Znalezienie odwagi do tego, by udać się w miejsca, które nas przerażają, nie może nastąpić bez współczującego wglądu w działanie ego. Zadajemy więc sobie pytanie: „Co mam robić, kiedy czuję, że nie mogę poradzić sobie z tym, co się dzieje? Skąd czerpię siłę i w czym pokładam zaufanie?”.

Budda nauczał, że elastyczność i otwartość dają siłę, a ucieczka od bezzasadności osłabia nas i przynosi ból. Ale czy rozumiemy, że kluczem jest konfrontacja z nią? Otwartość nie bierze się z opierania się naszym lękom, ale z ich dokładnego poznania.

Zamiast rzucać się na te ściany i bariery z młotem kowalskim w rękach, skupiamy na nich uwagę. Zbliżamy się do murów z łagodnością i szczerością. Dotykamy ich, czujemy ich zapach i dobrze je poznajemy. Rozpoczynamy proces rozpoznawania naszej niechęci i naszych pragnień.

Poznajemy strategie i przekonania, których używamy do wznoszenia murów. Zadajemy sobie pytania: jakie są historie, które sobie opowiadam?, co mnie odpycha i co mnie pociąga? Zaczynamy interesować się tym, co się dzieje. Nie oceniamy tego, co widzimy, po prostu patrzymy na tyle obiektywnie, na ile to możliwe. Możemy obserwować siebie z poczuciem humoru, unikając nadmiernej powagi, moralizowania i zdenerwowania w związku z tą obserwacją. Rok po roku szkolimy się w pozostawaniu otwartym na wszystko, co się pojawia. Powoli, bardzo powoli pęknięcia w ścianach zdają się rozszerzać i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki bodhiczitta zaczyna swobodnie płynąć.

Wsparciem w procesie odblokowywania bodhiczitty jest nauka trzech władców materializmu. Są to trzy sposoby, które wykorzystujemy do ochrony przed zmiennym, niedającym się zdefiniować światem, trzy strategie, których używamy, aby zapewnić sobie iluzję bezpieczeństwa. Nauka ta stanowi zachętę do tego, żeby zapoznać się ze strategiami ego, żeby wyraźnie zobaczyć, że sposoby, w których szukamy pocieszenia i ulgi, tylko wzmacniają nasze obawy.

Pierwszy z trzech władców materializmu nazywany jest władcą formy. Reprezentuje sposób, w jaki chcemy być postrzegani przez świat zewnętrzny, żeby mieć solidne oparcie. Możemy zacząć zwracać uwagę na nasze metody ucieczki. Co mam robić, gdy jestem niespokojny i przygnębiony, znudzony lub samotny? Czy „terapia zakupowa” to mój sposób na radzenie sobie? Czy też sięgam po alkohol lub jedzenie? Czy pocieszam się narkotykami lub seksem? Czy szukam przygód? Czy wolę zanurzyć się w piękno natury lub wspaniałe przeżycia, których dostarcza naprawdę dobra książka? Czy wypełniam czas, rozmawiając przez telefon, surfując po sieci lub godzinami oglądając telewizję?

Niektóre z tych metod są niebezpieczne, inne zabawne, jeszcze inne całkiem nieszkodliwe. Tak naprawdę możemy nadużywać dowolnej substancji lub czynności, aby uciec od niepewności. Kiedy uzależniamy się od władcy formy, przyczyniamy się do eskalacji cierpienia. Nie jesteśmy w stanie odczuwać trwałego zadowolenia bez względu na to, jak bardzo się staramy. Natomiast właśnie te uczucia, od których staramy się uciec, stają się silniejsze.

Ból spowodowany przez władcę formy może wyjaśnić historia myszy, która daje złapać się w pułapkę, ponieważ nie może powstrzymać się od zjedzenia sera. Dalajlama dokonuje interesującego zwrotu akcji na bazie tego porównania. Opowiada, że w dzieciństwie próbował w Tybecie łapać myszy nie dlatego, że chciał je zabić, ale dlatego że chciał je przechytrzyć. Mówi, że myszy w Tybecie muszą być mądrzejsze od myszy z innych krajów, bo nigdy nie udało mu się ich złapać. Efekt był taki, że myszy stały się dla niego wzorem oświeconego postępowania. Uważał, że w przeciwieństwie do większości z nas myszy zorientowały się, że najlepszą rzeczą, jaką mogą dla siebie zrobić, jest rezygnacja z krótkotrwałej przyjemności zjedzenia sera na rzecz długotrwałej przyjemności życia. Zachęca nas do pójścia za ich przykładem.

Bez względu na to, w jaką pułapkę wpadniemy, naszą typową reakcją jest brak zainteresowania tym, co się dzieje. Nie analizujemy w sposób naturalny strategii ego. Większość z nas po prostu bezmyślnie sięga po coś znanego, kojarzącego się z ulgą, a następnie zastanawia się, dlaczego nadal jest niezadowolona. Nowatorskie podejście praktyki bodhiczitty polega na tym, że skupiamy uwagę na tym, co robimy. Nie osądzając, szkolimy się w przyjmowaniu tego, co się dzieje, z życzliwością. W końcu możemy postanowić, że rezygnujemy ze starych sposobów krzywdzenia siebie.

Drugi z trzech władców materializmu jest władcą mowy. Ten władca reprezentuje sposób, w jaki wykorzystujemy wszelkiego rodzaju przekonania, żeby dać sobie złudzenie pewności co do natury rzeczywistości. Każdy z izmów – polityczny, ekologiczny, filozoficzny czy duchowy – może być przez to niewłaściwie wykorzystany. Polityczna poprawność jest dobrym przykładem tego, jak działa władca mowy. Kiedy wierzymy w poprawność naszego poglądu, patrzymy na skłonności innych ludzi w ograniczony, pełen uprzedzeń sposób.

Na przykład jak reaguję, gdy kwestionowane są moje opinie na temat rządu? Co robię, gdy inni nie zgadzają się z moimi poglądami na temat homoseksualizmu, praw kobiet lub środowiska? Co się dzieje, gdy kwestionuje się moje poglądy na temat palenia i picia? Co robię, gdy nikt nie podziela moich przekonań religijnych?

Osoby, które zaczynają przygodę z buddyzmem, zazwyczaj mają entuzjastyczne nastawienie do medytacji czy nauk buddyjskich. Czujemy się częścią nowej grupy, cieszymy się, że mamy nową perspektywę. Ale czy wtedy oceniamy ludzi, którzy widzą świat inaczej? Czy zamykamy nasze umysły na innych, ponieważ nie wierzą w karmę?

Problem nie tkwi w samych przekonaniach, ale polega na tym, jak ich używamy, aby poczuć się pewnie i przekonać innych, że się mylą, albo jak je wykorzystujemy do tego, aby uniknąć poczucia niepokoju związanego z brakiem wiedzy o tym, co się dzieje. Przypomina mi to człowieka, którego znałam w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, a którego pasją było protestowanie przeciwko niesprawiedliwości. W chwili zażegnania konfliktu człowiek ten pogrążał się w swego rodzaju mroku. Kiedy pojawiał się nowy powód do demonstrowania oburzenia, znowu wpadał w ekscytację.

Jarvis Jay Masters jest moim buddyjskim przyjacielem przebywającym w celi śmierci. W swojej książce Finding Freedom (Szukając wolności) opowiada