Odruch - Ashley Audrain - ebook + audiobook

Odruch ebook i audiobook

Ashley Audrain

3,9

Opis

Mistrzowsko skonstruowany thriller psychologiczny, który zostanie w twojej głowie już na zawsze…

Znakomita, wnikliwa i wstrząsająca powieść, której nie sposób porównać z żadną inną.

Zapisaną w naszych genach historię rodziny

przekazujemy z pokolenia na pokolenie.

Z matki na córkę

Dobro i zło.

Przyjmujemy dziedzictwo, nie mając wyboru,

Nie od nas zależy, kim się staniemy…

Czasem aniołami,

A czasem potworami…

Blythe Connor pragnie być dla swojej małej Violet czułą i troskliwą matką, jakiej sama nigdy nie miała.

Ale w tym pierwszym, najbardziej intensywnym i wyczerpującym okresie macierzyństwa Blythe dochodzi do wniosku, że z jej córką jest coś nie tak - dziewczynka nie zachowuje się jak większość dzieci. A może to tylko wyobraźnia? Jej mąż, Fox, uważa, że na pewno przywidzenia. Im bardziej Fox lekceważy jej obawy, tym bardziej Blythe wątpi, czy jest przy zdrowych zmysłach, a my zaczynamy zadawać sobie pytanie, czy jej opowieść o swoim życiu jest prawdziwa.

Dopiero gdy rodzi się Sam, Blythe odkrywa szczęście i bliskość z dzieckiem, o jakich zawsze marzyła. Wydaje się, że nawet Violet kocha młodszego braciszka. Kiedy jednak jedno zdarzenie w mgnieniu oka nieodwracalnie zmienia ich życie, Blythe musi się zmierzyć z okrutną prawdą.

"Odruch" jest majstersztykiem, który czyta się jednym tchem, hipnotyzującą powieścią, która podważa wszystko, co wiemy o macierzyństwie i obowiązkach rodziców wobec dzieci, oraz ukazuje dramat kobiet, którym nikt nie wierzy.

Porażająca, intrygująca i oryginalna powieść. "Odruch" to wyprawa w głąb najmroczniejszych zakamarków macierzyństwa.

Kristin Hannah, autorka "Słowika"

Powieść "Odruch" Ashley Audrain, napisana z graniczącą z brawurą odwagą oraz z niezwykłą precyzją emocjonalną i psychologiczną, to pełen napięcia, mistrzowski thriller literacki, który od pierwszych stron wciąga czytelnika w wir najbardziej przejmującej przygody życia: rodzicielstwa.

Bill Clegg, autor "Czy miałaś kiedyś rodzinę?"

Pasjonująca, pięknie napisana i potwornie ciekawa… Lektura zmuszająca do refleksji.

Liz Nugent, autorka "Upadku Olivera"

"Odruch" był poetycką i elektryzującą lekturą, która nie oszczędziła moich nerwów, budząc we mnie grozę i empatię jednocześnie. Przeczytałam powieść jednym tchem, ale została we mnie na długie dni. Nie wolno jej przegapić.

Lisa Jewell, autorka "Kiedy ciebie nie ma"

Siedziałam do późnej nocy, kończąc porażającą powieść Audrain "Odruch", o podróży w najmroczniejsze rejony macierzyństwa (i przejmującej ambiwalencji uczuć matki). Emocjonalna, prowokacyjna i frapująca, z najbardziej drastycznym i przemawiającym do serca opisem porodu, jakiego wcześniej nie czytałam (i nie napisałam).

Sarah Vaughan, autorka "Anatomii skandalu"

Ashley Audrain zaczęła pracę nad powieścią "Odruch", kiedy zrezygnowała ze stanowiska dyrektora ds. promocji i komunikacji w wydawnictwie Penguin Books Canada, by zająć się wychowaniem dwójki dzieci. Wcześniej pracowała w Los Angeles oraz w międzynarodowej agencji public relations w Toronto, gdzie obecnie mieszka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 58 min

Lektor: Maria Seweryn

Popularność




 

 

Dla Oscara i Waverly

 

Tytuł oryginału

THE PUSH

 

Copyright © 2021 by Ashley Audrain Creative Inc

All rights reserved

 

Adaptacja projektu okładki oryginalnej

Ewa Wójcik

 

Projekt okładki

© Ella Rothenstein and © Shutterstock

 

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

 

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

 

Korekta

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8234-610-7

 

Warszawa 2021

 

Wydawca

Prószyński Media sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla Oscara i Waverly

 

Często mówi się, że pierwszym dźwiękiem, jaki słyszymy w łonie matki, jest bicie jej serca. W rzeczywistości jako pierwszy rejestrujemy w świeżo ukształtowanym aparacie słuchu puls krwi płynącej przez jej żyły i tętnice. Wibrujemy w tym pierwotnym rytmie, zanim uformują nam się uszy. Przed poczęciem częściowo istnieliśmy jako komórka jajowa w jajniku matki. Wszystkie komórki jajowe wykształcają się u kobiety, gdy ona sama jest jeszcze czteromiesięcznym płodem w łonie swojej matki. Oznacza to, że nasze życie komórkowe zaczyna się już w łonie babci. Każda z nas spędziła pięć miesięcy w łonie babci, która z kolei ukształtowała się w łonie swojej babci. Wibrujemy w rytmie krwi matki, zanim ona sama się urodzi…

Layne Redmond

When the Drummers Were Women

 

 

Dom jarzy się w ciemnościach, jak gdyby wszystko wewnątrz płonęło.

Wybrane przez nią zasłony w oknach wyglądają jak lniane płótno. Drogie płótno. Splot tkaniny jest na tyle luźny, że zwykle mogę dostrzec, w jakim jesteś nastroju. Widzę, jak dziewczynka odrzuca związane w kucyk włosy, kiedy kończy odrabiać lekcje. Widzę, jak chłopiec ciska piłeczkami tenisowymi w sufit wysoki na trzy i pół metra, a twoja żona uwija się w legginsach po salonie, by uprzątnąć bałagan po całym dniu. Zabawki z powrotem do kosza. Poduszki na kanapę.

Dzisiaj jednak nie zasunąłeś zasłon. Może chcesz patrzeć na padający śnieg. Może twoja córka wypatrywała reniferów. Dawno przestała w nie wierzyć, ale dla ciebie jest gotowa udawać. Dla ciebie wszystko.

Każde z was jest wystrojone. Dzieci, ubrane w szkocką kratę, siedzą na skórzanej otomanie, a twoja żona robi im zdjęcie telefonem. Dziewczynka trzyma chłopca za rękę. Majstrujesz przy gramofonie stojącym w głębi salonu, twoja żona coś do ciebie mówi, ale powstrzymujesz ją gestem – jeszcze momencik, już prawie ci się udało. Dziewczynka podskakuje, a żona porywa w ramiona chłopca i wirują po pokoju. Unosisz drinka, szkocką, wychylasz łyczek, potem drugi, i oddalasz się na palcach od płyty jak od śpiącego niemowlęcia. Zawsze tak zaczynacie tańczyć. Łapiesz chłopca. Odrzuca do tyłu głowę. Obracasz go do góry nogami. Córka wspina się, żeby tatuś ją pocałował, a żona przytrzymuje ci szklaneczkę. Przechyla się w stronę choinki i poprawia sznur światełek, który nie wisi idealnie prosto. Po chwili wszyscy się zatrzymujecie, nachylacie się do siebie i wykrzykujecie coś razem unisono, jakieś słowo, a potem znowu zaczynacie się poruszać – znacie tę piosenkę na pamięć. Gdy twoja żona wymyka się z pokoju, syn odwraca za nią głowę jak robot. Pamiętam to uczucie. Kiedy jest się potrzebnym.

Zapałki. Wraca, żeby zapalić świece nad udekorowanym kominkiem, a ja zastanawiam się, czy te powyginane gałęzie jodły są prawdziwe, czy pachną jak szkółka leśna. Przez moment puszczam wodze fantazji i widzę, jak gałęzie stają w płomieniach, gdy zasypiacie. Wyobrażam sobie, jak ciepły żółtawy blask bijący z waszego domu rozpala się w gorącą, trzaskającą czerwień.

Chłopiec bierze pogrzebacz, dziewczynka odbiera mu go delikatnie, zanim zauważysz to ty albo twoja żona. Dobra siostra. Zawsze gotowa pomóc. I ochronić.

 

Zwykle nie przyglądam się zbyt długo, ale dziś wyglądacie tak pięknie, że nie mogę zebrać się w sobie i odjechać. Pada mokry, lepki śnieg, z którego rano twoja córka ulepi bałwana, by sprawić radość bratu. Włączam wycieraczki, reguluję ogrzewanie i zauważam, że godzina na zegarze zmieniła się z 19.29 na 19.30. O tej porze zwykle czytałeś jej Ekspres Polarny.

Twoja żona siedzi teraz w fotelu i przygląda się, jak pląsacie we troje po pokoju. Śmieje się i odgarnia na bok rozpuszczone długie loki. Wącha twojego drinka, po czym odstawia go na stolik. Uśmiecha się. Jesteś odwrócony tyłem do niej, więc nie widzisz tego co ja, że jedną rękę kładzie sobie na brzuchu i leciutko go gładzi, a potem spuszcza wzrok, pogrążona w myślach o tym, co rośnie w jej ciele. To komórki. Ale są wszystkim. Kiedy się odwracasz, znowu patrzy na pokój. Na ludzi, których kocha.

Powie ci jutro rano.

Nadal dobrze ją znam.

Spuszczam głowę, żeby włożyć rękawiczki. Gdy unoszę wzrok, w otwartych drzwiach wejściowych stoi dziewczynka. Jej twarz jest na wpół oświetlona blaskiem lampy nad numerem domu. Trzyma talerz pełen marchewek i ciastek. Na podłodze w korytarzu zostawisz okruchy. Będziesz się trzymać zasad, tak jak ona.

Patrzy teraz na mnie. Wzdryga się. Sukienka, którą kupiła jej twoja żona, jest za mała, widzę, że rosną jej biodra i pączkuje biust. Jedną ręką starannie odgarnia kucyk za ramię gestem, który wygląda bardziej na kobiecy niż dziewczęcy.

Po raz pierwszy w życiu myślę, że nasza córka jest podobna do mnie.

Opuszczam szybę w samochodzie i unoszę rękę w sekretnym powitaniu. Stawia talerz u swoich stóp, prostuje się, jeszcze raz patrzy na mnie, po czym odwraca się, żeby wrócić do środka. Do swojej rodziny. Spodziewam się, że zaraz zasuną się zasłony, że podejdziesz do drzwi, żeby zobaczyć, po co, u diabła, parkuję przed twoim domem w taki wieczór jak dziś. Co właściwie mogłabym powiedzieć? Że czułam się samotna? Że za nią tęskniłam? Że to ja powinnam być matką w twoim domu rozjarzonym ciepłym blaskiem?

Dziewczynka wraca w podskokach do salonu, gdzie nakłoniłeś żonę, by podniosła się z fotela. Kiedy tańczycie przytuleni do siebie i twoja dłoń wędruje po jej plecach, nasza córka bierze za rękę chłopca i prowadzi go do okna. Jak aktorka zajmująca wyznaczone miejsce na scenie. Znaleźli się dokładnie pośrodku ramy okna, jak w kadrze.

Do złudzenia przypomina Sama. Ma jego oczy. I falę ciemnych włosów zwiniętą na końcu w lok, ten lok, który bez końca nawijałam na palec.

Ogarniają mnie mdłości.

Córka patrzy na mnie przez okno, trzymając ręce na ramionach twojego syna. Pochyla się i całuje go w policzek. Potem drugi raz. I następny. Chłopcu podoba się jej czułość. Jest do niej przyzwyczajony. Pokazuje na padający śnieg, ale ona nie odwraca wzroku ode mnie. Lekko masuje jego ramiona, jakby chciała go ogrzać. Tak jak zrobiłaby matka.

Zbliżasz się do nich i klękasz, by twoja głowa znalazła się na poziomie oczu chłopca. Wyglądasz przez okno, a potem unosisz wzrok. Mój samochód nie przyciąga twojej uwagi. Pokazujesz na płatki śniegu, jak twój syn, i palcem zakreślasz linię na niebie. Mówisz o saniach. O reniferach. Wpatruje się w ciemność, próbując zobaczyć to co ty. Figlarnie łaskoczesz go pod brodą. Jej oczy wciąż są utkwione we mnie. Uświadamiam sobie, że zagłębiam się w fotelu za kierownicą. Z trudem przełykam ślinę i w końcu odwracam od niej wzrok. Zawsze wygrywa.

Gdy znowu patrzę w okno, dalej tam stoi i patrzy na mój samochód.

Przypuszczam, że sięgnie po zasłonę, ale tego nie robi. Tym razem nie odrywam od niej oczu. Biorę gruby plik kartek leżący na siedzeniu pasażera obok mnie i czuję ciężar swoich słów.

Przyjechałam, żeby ci go dać.

Oto moja wersja wydarzeń.

 

1.

Przysunąłeś sobie krzesło i postukałeś końcem ołówka w mój podręcznik, a ja, wpatrzona w otwartą stronę, nie mogłam się zdecydować, czy unieść wzrok. „Halo?”, odpowiedziałam, jak gdybym odbierała telefon. To cię rozbawiło. I tak siedzieliśmy w uczelnianej bibliotece, chichocząc, dwoje nieznajomych uczących się do zajęć z tego samego fakultatywnego przedmiotu. Pewnie się na niego zapisało setki studentów – nigdy wcześniej cię nie widziałam. Loki opadały ci na oczy i podkręcałeś je ołówkiem. Miałeś takie dziwne imię. Po południu odprowadziłeś mnie do domu, szliśmy w milczeniu. Nie ukrywałeś, że jesteś mną oczarowany, i od czasu do czasu uśmiechałeś się do mnie. Nigdy dotąd nie doświadczyłam takiej uwagi od nikogo. Pod akademikiem pocałowałeś mnie w rękę i znowu wybuchnęliśmy śmiechem.

 

Wkrótce oboje skończyliśmy dwadzieścia jeden lat i staliśmy się nierozłączni. Do końca college’u został nam niecały rok. Spędziliśmy go, śpiąc w akademiku na moim przypominającym tratwę posłaniu albo ucząc się na przeciwległych krańcach kanapy, spleceni nogami. Chodziliśmy do baru z twoimi kumplami, ale zawsze urywaliśmy się wcześniej i lądowaliśmy w łóżku, żeby cieszyć się na nowo wzajemnym ciepłem. Prawie nic nie piłam, a ty miałeś dość imprezowania – chciałeś tylko mnie. Chyba nikogo z mojego świata to nie interesowało. Miałam niewielki krąg raczej znajomych niż przyjaciół. Byłam tak skupiona na dobrych ocenach, żeby nie stracić stypendium, że nie miałam czasu ani ochoty na studenckie życie towarzyskie. Nie sądzę, żebym przez te lata bardzo się z kimś zbliżyła, dopóki nie poznałam ciebie. Dałeś mi coś innego. Wymknęliśmy się ze sfery towarzyskiej i nie potrzebowaliśmy nikogo prócz siebie.

Znalazłam w tobie niezmierzone szczęście i spokój – kiedy cię poznałam, nie miałam nic, więc bez najmniejszego trudu stałeś się dla mnie wszystkim. To nie znaczy, że nie byłeś tego wart – byłeś. Byłeś delikatny, troskliwy i oddany. Tobie pierwszemu powiedziałam, że chcę zostać pisarką, na co odparłeś: „Nie wyobrażam sobie, żebyś mogła zostać kimkolwiek innym”. Rozkoszowałam się spojrzeniami dziewczyn, kiedy patrzyły na nas z wyraźną zazdrością. W nocy wąchałam twoje lśniące włosy, gdy spałeś, i gładziłam palcem zarost na twojej brodzie, żeby rano cię obudzić.

Na moje urodziny spisałeś sto rzeczy, które we mnie uwielbiałeś. 14. Uwielbiam twoje delikatne pochrapywanie, kiedy zasypiasz. 27. Uwielbiam twój piękny charakter pisma. 39. Uwielbiam pisać palcem swoje imię na twoich plecach. 59. Uwielbiam dzielić się z tobą muffinkiem w drodze na zajęcia. 72. Uwielbiam nastrój, z jakim budzisz się w niedzielę. 80. Uwielbiam patrzeć, jak kończysz dobrą książkę, a potem trzymasz ją przy piersi. 92. Uwielbiam myśleć, jaką dobrą będziesz kiedyś matką.

– Dlaczego uważasz, że będę dobrą matką? – Odłożyłam listę i przez chwilę zdawało mi się, że być może w ogóle mnie nie znasz.

– Dlaczego miałabyś nie być dobrą matką? – Szturchnąłeś mnie figlarnie w brzuch. – Jesteś opiekuńcza. I kochana. Nie mogę się doczekać, żeby mieć z tobą dzidziusie.

Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zmusić się do uśmiechu.

Nigdy nie poznałam nikogo, kto miałby w sercu tyle entuzjazmu.

 

– Pewnego dnia zrozumiesz, Blythe. Kobiety w tej rodzinie… Jesteśmy inne.

Ciągle widzę mandarynkową szminkę matki na filtrze papierosa. Popiół spada do kubka, pływa w ostatnim łyku mojego soku pomarańczowego. Czuć swąd przypalonej grzanki.

Kilka razy pytałeś mnie o moją matkę, Cecilię. Podałam ci fakty: (1) odeszła, gdy miałam jedenaście lat, (2) potem widziałam ją tylko dwa razy i (3) nie mam pojęcia, gdzie się podziewa.

Wiedziałeś, że ukrywam przed tobą więcej, ale nigdy nie naciskałeś – bałeś się, co możesz usłyszeć. Rozumiałam to. Mamy prawo oczekiwać czegoś od siebie nawzajem i od samych siebie. Nie inaczej jest z macierzyństwem. Wszyscy spodziewamy się, że nasze matki, nasze żony i my sami będziemy dobrymi rodzicami.

 

1939–1958

Etta urodziła się dokładnie w dniu wybuchu drugiej wojny światowej. Jej oczy miały barwę Atlantyku i od początku była pulchna i czerwona.

Zakochała się w pierwszym poznanym chłopaku, synu lekarza z miasteczka. Miał na imię Louis, był dobrze wychowany i ładnie się wyrażał, co nie było powszechne wśród znanych jej chłopców, poza tym niezbyt się przejmował tym, że Etta nie miała szczęścia i nie urodziła się pięknością. Louis odprowadzał ją do szkoły, trzymając jedną rękę za plecami, od pierwszego do ostatniego dnia ich nauki, a ona była takim zachowaniem oczarowana.

Do jej rodziny należały setki akrów pól kukurydzy. Gdy Etta skończyła osiemnaście lat i oznajmiła ojcu, że chce wyjść za Louisa, zaczął się domagać, by przyszły zięć nauczył się uprawy ziemi. Nie miał synów, chciał więc, by Louis przejął rodzinne gospodarstwo. Dziewczyna uważała jednak, że ojciec po prostu pragnie udowodnić młodemu człowiekowi jedną rzecz: rolnictwo to ciężka i godna szacunku praca. Nie dla słabeuszów. I na pewno nie dla intelektualisty. Etta wybrała sobie człowieka, który zupełnie nie przypominał jej ojca.

Louis planował zostać lekarzem jak jego ojciec i czekało na niego stypendium na medycynie. Bardziej niż dyplom lekarski pragnął jednak zdobyć rękę Etty. Mimo jej błagań, żeby go nie męczył, ojciec orał Louisem bez opamiętania. Chłopak musiał zrywać się o czwartej i ruszać na pokryte rosą pole. Harował do zmierzchu, ale jak Etta chętnie wszystkim przypominała, ani razu się nie poskarżył. Sprzedał lekarską torbę i podręczniki, które dostał od ojca, a pieniądze włożył do słoika stojącego na kuchennym blacie. Powiedział jej, że to początek oszczędności na studia ich dzieci, które jeszcze nie przyszły na świat. Ona uznała, że to wiele mówi o tym, jakim był bezinteresownym człowiekiem.

Pewnego dnia jesienią, jeszcze przed wschodem słońca, Louis został pokiereszowany przez rozdrabniacz w przyczepie na paszę. Był sam na polu i wykrwawił się na śmierć. Znalazł go ojciec Etty, który wysłał ją, żeby przykryła ciało płachtą brezentu ze stodoły. Przyniosła do domu pogruchotaną nogę Louisa i rzuciła nią w głowę ojca, kiedy nalewał wody do wiadra, by zmyć krew z przyczepy.

Wtedy nie powiedziała jeszcze rodzinie o dziecku, które rosło w jej łonie. Była kobietą pokaźnej budowy, miała trzydzieści kilo nadwagi, więc bez trudu ukryła ciążę. Cztery miesiące później, podczas śnieżycy, na kuchennej podłodze urodziła się mała Cecilia. Kiedy Etta parła, wypychając z siebie dziecko, patrzyła na słoik z pieniędzmi na blacie.

Etta i Cecilia mieszkały sobie spokojnie w gospodarstwie i rzadko odwiedzały miasto. Kiedy odważały się tam wyprawić, nietrudno było usłyszeć, jak ludzie szepczą o kobiecie, która „cierpiała na nerwy”. Wtedy mówiono niewiele więcej – niewiele więcej podejrzewano. Ojciec Louisa regularnie zaopatrywał matkę Etty w środki uspokajające, aby podawała je córce, kiedy uzna za stosowne. I tak Etta spędzała większość dni w małym łóżku z mosiężną ramą w pokoju, w którym się wychowała, a Cecilią opiekowała się jej matka.

Etta wkrótce zdała sobie jednak sprawę, że leżąc otumaniona lekami w łóżku, nigdy nie pozna innego mężczyzny. Nauczyła się w miarę normalnie funkcjonować i w końcu zaczęła się zajmować córką, woziła ją po mieście w wózku spacerowym, a biedna dziewczynka krzykiem wzywała babcię. Etta mówiła ludziom, że dręczył ją okropny chroniczny ból brzucha, że całymi miesiącami nie mogła jeść i dlatego tak schudła. Nikt w to nie wierzył, ale nie obchodziły jej plotki. Właśnie poznała Henry’ego.

Henry niedawno pojawił się w miasteczku, chodzili do tego samego kościoła. Zarządzał sześćdziesięcioosobową załogą wytwórni słodyczy. Od samego początku był dla niej bardzo miły – uwielbiał małe dzieci, a Cecilia była wyjątkowo urocza; nie okazała się taką przeszkodą, jak wszyscy przypuszczali.

Niebawem Henry kupił im dom w stylu Tudorów z wykończeniami w miętowym kolorze, położony w środku miasta. Etta na dobre zostawiła swoje mosiężne łóżko i odzyskała wszystkie stracone kilogramy. Rzuciła się w wir pracy, by stworzyć rodzinie prawdziwy dom. Na solidnej werandzie wisiała huśtawka, okna zdobiły koronkowe firanki, w piekarniku zawsze piekły się ciasteczka z czekoladą. Pewnego dnia meble do salonu przywieziono pod niewłaściwy adres i sąsiadka pozwoliła dostawcy ustawić je w swojej suterenie, mimo że w ogóle ich nie zamawiała. Gdy Etta o tym usłyszała, rzuciła się biegiem za ciężarówką w podomce i z wałkami na głowie, wykrzykując przekleństwa na całą ulicę. We wszystkich wzbudziło to wielką wesołość, ostatecznie śmiała się z tego także Etta.

Bardzo starała się spełnić pokładane w niej oczekiwania.

Być dobrą żoną. Dobrą matką.

Wydawało się, że wszystko ułoży się tak, jak powinno.

 

2.

Co mi przychodzi do głowy, gdy myślę o naszych początkach:

 

Twoja matka i ojciec. Może dla innych nie byłoby to takie ważne, ale razem z tobą pojawiła się twoja rodzina. Moja jedyna rodzina. Hojne prezenty, bilety na samolot, żebym mogła jechać z tobą na wakacje w jakieś słoneczne miejsce. Ich dom pachniał ciepłą, świeżo wypraną bielizną, zawsze, i kiedy ich odwiedzaliśmy, nie chciałam stamtąd wychodzić. Twoja matka dotykała moich włosów w taki sposób, że miałam ochotę wgramolić się jej na kolana. Czasami miałam wrażenie, że kocha mnie tak samo jak ciebie.

Byłam im wdzięczna za uprzejmość: za to, że bez zbędnych pytań przyjęli do wiadomości, gdzie jest mój ojciec; że powstrzymali się od oceny, kiedy nie przyjął od nich zaproszenia na święta. Oczywiście nigdy nie było rozmowy o Cecilii; zanim mnie przyprowadziłeś, zapobiegliwie poprzedziłeś to stosownym wstępem („Blythe jest cudowna. Naprawdę. Ale powinniście wiedzieć…”). Moja matka nie mogłaby stać się tematem rozmów między wami; żadne z was nie miało ochoty mówić o nieprzyjemnych sprawach.

Byliście tacy idealni.

Mówiłeś do swojej młodszej siostry „kochana”, a ona cię uwielbiała. Co dzień wieczorem dzwoniłeś do domu, a ja słuchałam tych rozmów z korytarza i żałowałam, że nie wiem, co takiego powiedziała twoja mama, że wybuchnąłeś śmiechem. Jeździłeś do rodziców co drugi weekend, żeby pomagać ojcu przy pracach w domu. Przytulaliście się. Zajmowałeś się małymi kuzynkami. Znałeś przepis swojej matki na chleb bananowy. W każdą rocznicę dawałeś rodzicom kartkę. Moi rodzice nigdy nie wspominali o swoim ślubie.

Mój ojciec. Nie odpowiedział na moją wiadomość, że nie przyjadę do domu na Święto Dziękczynienia, ale okłamałam cię, że cieszy się z naszej znajomości i prosi, by pozdrowić od niego twoją rodzinę. Prawda była taka, że odkąd się poznaliśmy, rzadko z nim rozmawiałam. Kontaktowaliśmy się przede wszystkim za pośrednictwem swoich sekretarek automatycznych, ale nawet wtedy wymienialiśmy tylko ogólne, wyświechtane formułki, które wstydziłabym ci się powtórzyć. Wciąż nie bardzo rozumiem, dlaczego tak się między nami ułożyło, między nim a mną. Trzeba było skłamać i dorzucić garść drobniejszych kłamstw, żebyś nie podejrzewał, jak bardzo popieprzona jest moja rodzina. Rodzina była dla ciebie zbyt ważna – żadne z nas nie mogło ryzykować, aby prawda o moich krewnych zmieniła obraz, jaki sobie stworzyłeś na mój temat.

 

Pierwsze mieszkanie. Najbardziej kochałam cię w nim rano. Kiedy naciągałeś na głowę kołdrę jak kaptur, żeby jeszcze trochę pospać, a na poszewkach na poduszkę zostawiałeś intensywny chłopięcy zapach. W tamtym czasie budziłam się wcześnie, najczęściej zanim jeszcze wstało słońce, żeby pisać na końcu blatu w kuchni, gdzie zawsze było strasznie zimno. Siedziałam w twoim szlafroku i piłam herbatę z ceramicznego kubka, który pomalowałam dla ciebie na jakichś warsztatach garncarskich. Potem wołałeś mnie, gdy podłogi trochę się już ogrzały i w sączącym się przez żaluzje świetle mogłeś już zobaczyć moje ciało w szczegółach. Wciągałeś mnie z powrotem do łóżka, gdzie eksperymentowaliśmy – byłeś śmiały i zdecydowany, wiedziałeś, do czego jest zdolne moje ciało, zanim sama to sobie uświadomiłam. Fascynowałeś mnie. Swoją pewnością siebie. Cierpliwością. Pierwotnym pragnieniem, jakie w tobie budziłam.

 

Wieczory z Grace. Koleżanką z college’u, z którą utrzymywałam kontakt po studiach. Nie mówiłam ci, jak bardzo ją lubię, bo wydawało mi się, że jesteś trochę zazdrosny o czas, który z nią spędzam, choć w sensie kobiecej przyjaźni niewiele jej dałam. Uważałeś, że trochę za dużo pijemy, mimo to obie dostałyśmy od ciebie kwiaty na walentynki tego roku, kiedy była sama. Mniej więcej raz w miesiącu zapraszałam ją na kolację, a ty się dołączałeś i siadałeś na odwróconym kuble na śmieci. W drodze z pracy zawsze wstępowałeś gdzieś po butelkę dobrego wina. Gdy zaczynały się plotki i Grace wyciągała papierosy, uprzejmie nas przepraszałeś i otwierałeś książkę. Któregoś wieczoru usłyszałyśmy, jak rozmawiasz przez telefon z siostrą na balkonie, podczas gdy my paliłyśmy w środku (wyobraź sobie!). Przeżywała jakieś rozstanie, więc zadzwoniła do brata, swojego powiernika. Grace pytała mnie, czy masz może jakieś wady. Kiepski w łóżku? Furiat? Musiało coś być, bo żaden facet nie jest takim ideałem. Ale ja żadnych wad nie widziałam. Wtedy. O niczym wówczas nie wiedziałam. Użyłam słowa „szczęście”. Byłam szczęściarą. Niewiele miałam, ale miałam ciebie.

 

Nasza praca. Rzadko o niej rozmawialiśmy. Zazdrościłam ci coraz większych sukcesów i ty o tym wiedziałeś – delikatnie podchodziłeś do różnic w naszych zajęciach i dochodach. Ty zarabiałeś pieniądze, ja bujałam w obłokach. Od końca studiów prawie nic nie zarobiłam, jeśli nie liczyć paru małych projektów na zlecenie, ale nie skąpiłeś na utrzymanie domu i dałeś mi kartę kredytową, mówiąc tylko: „Korzystaj, jeśli tylko będziesz potrzebowała”. Wtedy pracowałeś już w tym biurze architektonicznym i zdążyłeś dwa razy awansować, podczas gdy ja napisałam trzy opowiadania. Nieopublikowane. Kiedy wychodziłeś do pracy, wyglądałeś, jakbyś należał do kogoś innego.

Tak jak mogłam się spodziewać, przychodziły kolejne pisma z odrzuceniem moich podań o pracę. „To normalne”, przypominałeś mi często i życzliwie. „Zdarza się”. Twoja niezachwiana wiara we mnie wydawała się magiczna. Rozpaczliwie pragnęłam udowodnić sobie, że jestem taka zdolna, jak myślałeś. „Poczytaj mi. To, co dzisiaj napisałaś, dobrze?”. Zawsze kazałam się prosić, a kiedy z udawaną irytacją w końcu się zgadzałam, chichotałeś. Ten nasz głupi rytuał. Po kolacji zmęczony zwijałeś się w kłębek na kanapie, nie przebierałeś się po przyjściu z biura. Zamykałeś oczy, kiedy czytałam ci swoje teksty, i uśmiechałeś się, słuchając najlepszych fragmentów.

Tamtego wieczoru, gdy pokazałam ci swoje pierwsze wydrukowane opowiadanie, wziąłeś drżącymi rękami grube czasopismo. Często o tym myślę. Jaki byłeś ze mnie dumny. Parę lat później znowu zobaczyłam u ciebie to samo drżenie rąk, kiedy trzymałeś jej maleńką mokrą główkę, ze śladami mojej krwi.

Ale przedtem:

W moje dwudzieste piąte urodziny poprosiłeś mnie o rękę.

I dałeś mi pierścionek, który do dziś czasem noszę na lewej dłoni.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI