Od dwóch tysięcy lat - Mihail Sebastian - ebook

Od dwóch tysięcy lat ebook

Sebastian Mihail

3,6

Opis

Utrzymana w poetyce dziennika powieść przedstawia losy żydowskiego intelektualisty w międzywojennej Rumunii, w czasach narastającego antysemityzmu i gwałtownych napięć.

Autor zastanawia się, co to znaczy być Żydem w obliczu niebezpiecznej radykalizacji poglądów, portretuje ludzi i panujące wśród nich nastroje, przyjmując postawę uważnego i wrażliwego obserwatora. Ta wydana w 1934 roku, przenikliwa, niemal złowieszcza, a dziś zadziwiająco aktualna książka to nie tylko próba uchwycenia momentu dziejowego i naszkicowania charakteru epoki, ale też „ryzykowny akt szczerości” autora, który w świecie powszechnego rozgorączkowania stara się zachować jasność umysłu, broniąc swojego prawa do samotności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Mam odwagę nie tylko mówić o sobie, ale mówić tylko o sobie: zbaczam z drogi, gdy mówię o czym innym, gdy oddalam się od swego przedmiotu. Nie miłuję się tak nieumiarkowanie i nie jestem tak związany i zrośnięty z sobą, abym nie umiał się odróżnić i rozważać poszczególnie jak mego sąsiada, jak drzewo.

Michel de Montaigne, O sztuce rozmawiania (przeł. Tadeusz Boy-Żeleński)

CZĘŚĆ PIERWSZA

I

Myślę, że bałem się jedynie znaków i symboli, nigdy ludzi bądź rzeczy. Moje dzieciństwo zatruła trzecia topola na dziedzińcu kościoła św. Piotra: wielka, czarna, tajemnicza. Jej cień letnimi nocami wpadał przez okno i sięgał ponad łóżko – ciemna wstęga przecinająca skośnie narzutę. Przerażająca obecność, której nie mogłem ani nie próbowałem zrozumieć.

Lecz chodziłem z odsłoniętą głową, po wyludnionych ulicach, w mieście okupowanym przez Niemców; samoloty zostawiały na niebie białe smugi, bomby spadały w oddali i tuż obok, wydając głuchy i suchy grzmot, który potem odbijał się echem na odkrytym terenie.

I patrzyłem spokojnie, z zimną, dziecięcą ciekawością, na przejeżdżające przed wejściem wozy obładowane zamarzniętymi Turkami i nawet wobec tych piramid z ciał, jak pnie ułożonych w stosy, ani razu nie wstrząsnęła mną obecność śmierci.

I przepłynąłem Dunaj w uszkodzonej, wzbierającej wodą łodzi, w stronę wiosek Lipowan, a kiedy wydało mi się, że zbutwiałe dno dłużej już nie wytrzyma, zwyczajnie podwinąłem rękawy. A Bóg mi świadkiem, że marny ze mnie pływak.

Nie, nie sądzę, żebym kiedykolwiek się bał, chociaż Grecy z dużego ogrodu, którzy rzucali w naszym kierunku kamieniami, gdy nas tam znajdowali, co dzień – odkąd pamiętam – krzyczeli na mnie „tchórzliwy żydek”. Wzrastałem z tym okrzykiem, ciągnącym się za mną jak plwocina.

Wiem jednak, czym jest lęk. O, to tak. Drobnostki, których nikt nie zauważa, nabierały w moim życiu ogromnego znaczenia, urastały do rangi głębokich przeczuć, wywołując skurcze, paraliż. Na próżno podchodziłem w dziennym świetle do topoli po drugiej stronie ulicy, na próżno obmacywałem czarną korę i zakrwawionym paznokciem łamałem drzazgi wystające spomiędzy szczelin w drzewie.

„To jedynie topola”, mówiłem sobie, oparty o nią plecami, by poczuć ją bliżej i jej nie zapomnieć. Lecz pod wieczór i tak zapominałem, gdy będąc sam w pokoju, kładłem się spać – jak zawsze o dziesiątej. Z ulicy dobiegały kroki przechodniów, stłumione głosy, rzadkie krzyki. Później zapadała cisza, według znanego mi rytmu i nasilenia. Przy pewnym wysiłku być może zdołałbym sobie przypomnieć te trzy, cztery wewnętrzne drgnienia, którymi zaczynała się moja noc, rzeczywiste stopnie, którymi fizycznie schodziłem ku ciemności i milczeniu. Wówczas cień topoli znajdował mnie skurczonego, z zaciśniętymi pięściami, z otwartymi szeroko oczami, gdy pragnąłem krzyczeć, choć nie wiedziałem, jak ani do kogo…

*

Ciekawe odkrycie wczoraj w antykwariacie. George Gissing, La Rançon d’Ève. Z roku 1900, jak sądzę. Ani jednego szczegółu o autorze (prawdopodobnie Anglik). Zleciały dobre cztery godziny.

Skończywszy czytać, wyszedłem na ulicę po wieczorną gazetę. Znów bójki, zwłaszcza na wydziale medycyny, a także na naszym. Dziś też się tam nie pojawiłem. Po co?

*

Zatrzymał mnie na ulicy Marcel Winder, żeby mi powiedzieć, że znów go pobili.

– Numer osiem – oznajmił, nie wyjaśniając, czy to ósma bójka, czy po raz ósmy odniósł obrażenia. Rzeczywiście, miał czarnego siniaka pod lewym okiem. Był rozmowny, niemal wesoły, tak czy owak – wydawał się niewzruszony. Oczywiście ja nie byłem tego godny. Schroniłem się.

Zdaje się, że chłopaki przygotowują się na dziesiąty grudnia, ale Winder nie chciał mi podać szczegółów.

– To nie dla ciebie, chłopcze. Masz ważniejsze zajęcia. I przypadkiem, o tak, zupełnym przypadkiem, twoje ważniejsze zajęcia nie pozwalają ci narażać się na niebezpieczeństwo. Zwykły zbieg okoliczności.

Winder traci czas. Chybił całkowicie: nie mam w sobie podobnej próżności.

*

Z listu od mamy, który dziś dostałem:

i przede wszystkim nie idź na uczelnię. Czytałam w gazecie, że znowu zaczęły się burdy, a syn czapnika, który przyjechał do domu, powiedział mi, że u was jest gorzej niż gdziekolwiek indziej. Pozwól wykazać się innym. Posłuchaj matki i zostań w domu.

„Pozwól wykazać się innym”. Gdyby tylko mama wiedziała, jak to brzmi.

*

Czy to właśnie to? Poszedłem rano na zajęcia z prawa rzymskiego. Nikt się do mnie nie odezwał. Gorączkowo robiłem notatki, by nie musieć podnosić głowy znad zeszytu.

W połowie wykładu zmięta kartka spada obok mnie na ławkę. Nie patrzę, nie rozwijam. Ktoś z tyłu głośno woła mnie po imieniu. Nie odwracam się. Sąsiad po lewej wpatruje się we mnie badawczo, bez słowa. Nie mogę wytrzymać jego spojrzenia i unoszę wzrok.

– Wyjdź!

Krótki, stanowczy rozkaz. Wstaje z krzesła, robi mi miejsce i czeka. Czuję wokół siebie pełną napięcia ciszę. Wszyscy wstrzymują oddech. Jeden mój gest i cisza pęknie…

Nie. Wyślizguję się z ławki i niepewnie idę do drzwi pomiędzy rzędami spojrzeń. Wszystko przebiega według reguł, rytualnie. Jedynie ktoś przy drzwiach uderza mnie pięścią z ukosa, lecz trafia tylko połowicznie. Spóźniony cios, przyjacielu.

Jestem na ulicy. Widzę piękną kobietę. Widzę przejeżdżającą pustą dorożkę. Wszystko jest na swoim miejscu – zimny grudniowy poranek.

*

Szukał mnie Winder, żeby pogratulować mi wczorajszego wyczynu. Nie wiem, kto mu opowiedział. Zostawił bilecik: pojutrze mam przyjść do akademika. Organizuje się po jednej grupie na każdy wydział. Chłopakom szczególnie zależy na tym, by dziesiątego grudnia pójść na zajęcia. Kwestia zasad, mówi Winder.

Mnie jednak to wszystko śmiertelnie nudzi. Marzy mi się klarowna, gruba, uczona książka, prezentująca światopogląd przeciwny do mojego, książka, którą czytałbym tak gwałtownie jak Kartezjusza, gdy sięgnąłem po niego pierwszy raz. Każdy rozdział był wewnętrzną walką. Ale nie: ja angażuję się w jakąś „kwestię zasad”. Śmieszne.

*

Dziesiąty grudnia. Iść naprzód, z odkrytą głową, w deszczu, na ślepo, nie oglądać się na boki ani za siebie, nie krzyczeć, przede wszystkim nie krzyczeć, pozwolić, by spłynęła po mnie uliczna wrzawa, spojrzenia ludzi, ten czas zagubienia. No tak. Jeśli zamykam oczy, zostaje tylko drobny deszcz: czuję, jak krople zbierają mi się na brwiach, ześlizgują się po nosie i stamtąd kapią nagle na usta. Dlaczego nie potrafię, dlaczego nie mogę przeżywać głębokiego, niezmąconego spokoju konia, który w błocie, podczas burzy, ciągnie za sobą pustą dorożkę?

Jestem pobitym człowiekiem. To jedyne, co wiem. Nie czuję bólu; poza ciosem poniżej biodra żaden inny nie był silny. Mężczyzna w czapce miał dziwny wyraz twarzy: nie wierzyłem, że mnie uderzy, dopóki nie ujrzałem podniesionej pięści. Nie znałem go, pewnie spojrzał na mnie po raz pierwszy.

Jestem pobitym człowiekiem, a z takiego powodu świat nie zatrzymuje się w miejscu. Bank Włosko-Rumuński, kapitał zakładowy pięćdziesiąt milionów. Gdzie Minimax strzeże, ogień się nie szerzy. Stolicą Islandii jest… A gdzie się podział Isidor Leibovici? Jeśli znalazł wejście do sekretariatu, uratował się. Jeśli nie… Ale co, do licha, jest stolicą Islandii? Nie Christiania, na miłość boską, ani Oslo, bo to jest to samo…

Jeśli zacznę płakać, będę zgubiony. Przynajmniej znam siebie na tyle dobrze, by o tym wiedzieć. Jeśli zacznę płakać – przegrałem. Zaciśnij pięści, głupcze, jeśli to konieczne, uznaj się za bohatera, pomódl się do Boga, powiedz sobie, że jesteś synem narodu męczenników, tak, tak sobie powiedz, uderz głową w ścianę, lecz jeśli jeszcze chcesz spojrzeć sobie w oczy i nie spalić się ze wstydu, nie płacz. Tylko tyle: nie płacz.

*

Gdybym wiedział, że to się na coś przyda, wyrwałbym stronę napisaną przedwczoraj. Jeszcze jeden taki przypływ patosu, a rezygnuję z pisania dziennika. Liczy się tylko jedno: czy potrafię podejść spokojnie, krytycznie do tego, co dzieje się teraz ze mną i z innymi.

Poza tym: krążą pogłoski, że dziś po południu zamkną uczelnię do odwołania.

II

Gdy wyszedłem wczoraj z pociągu na peron, w bladym dworcowym świetle mama wydała mi się chudsza i starsza niż kiedykolwiek. Prawdopodobnie przyczyną były jej zwyczajowe nerwy w pierwszej chwili ponownego spotkania.

Jej nerwy… „Masz wszystkie pakunki? Niczego nie zapomniałeś z pociągu? Zapnij się pod szyją. Żebym tylko znalazła dorożkę…”

Mówi dużo, pospiesznie, o tak wielu drobnostkach… I nie ściera łzy z rzęs, z obawy, że ją zauważę.

*

Pierwszy spacer po mieście. Triumfalne przejście po Strada Mare, między dwoma rzędami żydowskich kupców, którzy pozdrawiają mnie donośnie, każdy z progu własnego sklepu, z ukradkowym znakiem porozumienia.

– To nic, chłopaki, trzymajcie się, Bóg jest dobry, to minie.

„Od dwóch tysięcy lat…”, mówi Moritz Bercovici (tekstylia i obuwie), próbując mi wytłumaczyć przyczyny nagonki przeciwko nam.

U fryzjera. Sam właściciel czyni honory. Kiedy ścina mi włosy, pyta, czy mam jeszcze ślady, blizny… No… „rozumie pan”.

– Nie, nic nie rozumiem.

– A bójka?

– Jaka bójka?

– Bójka na uniwersytecie… Nie pobito pana?

– Nie.

– Zupełnie nie?

– Zupełnie nie.

Jest dotknięty. Strzyże mnie bez entuzjazmu, przymuszając się.

*

Wieczór rodzinny. Moja kuzynka Viky wróciła z mężem z poślubnych wojaży. Zdaje się, że jest w ciąży. Jeden wujek podkpiwa z nich:

– Nie próżnowaliście!

Viky jest zawstydzona, jej mąż – poważny.

– No, chłopcze, nie ma zmiłuj. Koniec tego dobrego. Chcesz czy nie, masz ochotę czy nie, musisz… Znasz historię z pociągiem?

I zaczyna opowiadać. Wszyscy głośno się śmieją. Z jednego kąta mama patrzy na mnie zmieszana… Mogłem być taki jak oni wszyscy: żonaty, otyły sprzedawca, zadowolony z siebie, grający w niedziele w pokera i opowiadający nowożeńcom sprośne historyjki. Znasz tę z pociągiem?

Czasem zastanawiam się z lękiem, czy moja ucieczka od nich w pełni się powiodła.

*

Poprosiłem mamę, żebyśmy zostali w domu. Ona pracuje, ja czytam. Zerkam co jakiś czas znad książki i widzę piękną kobietę – łagodną, o najspokojniejszym czole, jakie znam, z oczami nieco zmęczonymi wiekiem. Czterdzieści trzy? Czterdzieści cztery? Boję się spytać.

– Jak ci się żyje w Bukareszcie?

– Dobrze. Czemu pytasz?

– A, tak tylko.

Pracuje dalej, nie patrząc na mnie.

– Wiesz, mamo, jeśli cztery tysiące to za dużo, żeby mi wysyłać…

Nie odpowiada. Obchodzę stół, ujmuję jej prawą dłoń i ściskam pytająco.

– Jest późno, synku. Czas spać.

Powinienem był dawno się domyślić. Sprawy w domu nie szły najlepiej. Brakuje pieniędzy. Powiedziałem jej, że odtąd dwa tysiące miesięcznie mi wystarczą. Będę mieszkał w akademiku. Tam też jest dobrze, ciepło, czysto, wygodnie. (Mama zdaje się mi nie wierzyć – w dodatku mówię szybko, sam zaskoczony zaletami, jakie nagle odkrywam w tym baraku w Văcărești).

*

Słyszę, jak oddycha w sąsiednim pokoju. Doskonale wiem, że nie śpi i że tym rytmicznym oddechem chce mnie oszukać i uspokoić.

Co za dziecinada. Powinno być mi wstyd, ale nie jest. Mieć tyle lat i nie móc wyjechać z domu na trzy miesiące bez tego ścisku w sercu, bez tej wielkiej tęsknoty, która dopada mnie tuż przed tym, jak obejmuję mamę na pożegnanie. Gdybym się nie wstydził, poszedłbym teraz ją ucałować, jak to robiłem niegdyś nocą, kiedy budziłem się w środku złego snu. Zły sen: ta walizka, gotowa do podróży.

III

Rozkosz bycia samemu w świecie, który uważa cię za swojego. Nie pycha. Nawet nie nieśmiałość. Tylko naturalne, zwykłe, bezwiedne osadzenie się w sobie. Czasami chciałbym móc fizycznie oddzielić się od siebie i z kąta pokoju obserwować, jak coś mówię, czymś się przejmuję, cieszę się lub smucę, wiedząc, że nic z tego wszystkiego mnie nie określa. Podwójna gra? Nie. Coś innego, coś innego.

*

Zjadłem w stołówce, siedząc pomiędzy Rosjaninem, który brzydko pachniał i głośno rozmawiał, a szczupłą dziewczyną o spierzchniętych dłoniach i niedbale umalowanych ustach. Betonowa podłoga. Chłód. Narzucone na ramiona palto, emaliowany niegdyś metalowy talerz, cynkowy widelec na ziemi.

Nigdy nie zostanę społecznym buntownikiem, ja, któremu w tamtym momencie jakoś udało się zdobyć na pogodny uśmiech.

Licząc mnie, jest nas w pokoju jedenastu. Liova Sadigurski, mój sąsiad z prawej, goli się starymi żyletkami, które dostaje od Ionela Bercovicia, sąsiada z lewej. Ograniczam na razie swoje tutejsze kontakty. Boję się zacieśniać więzi.

Gdy zdarza mi się obudzić nad ranem w tym długim i zimnym pokoju, lubię wsłuchiwać się w polifonię oddechów tych dziesięciu otaczających mnie osób; chrapliwe rzężenie studenta politechniki przy drzwiach, świszczący flet jego sąsiada, westchnienia Liovy, buczenie trzmiela dobywające się z piersi kogoś z tyłu, przy oknie, a ponad tym wszystkim ciężkie, zwierzęce, władcze chrapanie Şapsy Ianchelevicia, olbrzyma.

*

Patrzę, jak wracają wieczorem z wydziału, osobno, jeden po drugim, znużeni. I każdy z zapałem liczy bójki, w których wziął udział, jakby chodziło o wynik partii bilarda, żeby tylko przeciwnik nie wygrał na punkty.

Marcel Winder dobił do piętnastej. Przedwczoraj podarto mu też kapelusz, co daje mu wyraźne prowadzenie na drodze męczeństwa. Głośno, pośrodku dziedzińca, wskazuje miejsca, w które otrzymał cios. Tutaj i tu, i tu…

*

Zabrali dziś materac Şapsy Ianchelevicia. Nie płacił od trzech miesięcy, więc podjęto działania. Patrzył na to ze spokojem, oparty o ścianę, nie protestując. Wieczorem z siarczystym przekleństwem zwalił się na deski łóżka. Rzuciłem mu jedną ze swoich poduszek. Odrzucił ją z powrotem, wysoko w powietrze, prawie rozbijając lampę, i odwrócił się twarzą do ściany.

*

Dziś był ciężki dzień. Postanowiono, że musimy koniecznie wejść na prawo cywilne, gdzie liczono frekwencję. Do tej pory chodziliśmy jedynie w rozproszonych grupkach co najwyżej po trzy osoby. Pozwala to uniknąć poważniejszych starć, ale niczemu nie służy, bo zwykle nas rozpoznają i wyrzucają za drzwi.

Dziś musieliśmy więc zmienić taktykę. Wchodzimy pełną grupą. Siadamy w pierwszych ławkach, obok katedry. Nie odpowiadamy na drobne prowokacje, ale bronimy się w razie ataku. „W ostateczności” – takie było hasło.

To błędna strategia, jak sądzę, ale nie powiem tego chłopakom, zbyt podekscytowanym swoim dzisiejszym sukcesem. Pokazaliśmy, być może, na co nas stać, ale czy ktoś widział Isidora Leibovicia, zablokowanego w rogu przy tablicy, z rozdartym paltem i rozciętą, zakrwawioną wargą? Şapsă Ianchelevici dokonywał cudów: był blady i skupiony, trzymając nogę od krzesła, które połamał na potrzeby bójki.

Wieczorem Marcel Winder sporządził listę pobitych, by dać ją do gazety. Kazałem się wykreślić: dostałem nie więcej niż dwa ciosy, a przede wszystkim nie ma potrzeby, żeby dowiedziała się o tym mama.

*

Powiew spokoju. Wrogość nabiera, być może, pewnego stylu.

– Panie kolego, byłby kolega uprzejmy pokazać mi legitymację?

Otoczyło mnie trzech. Czekają. Wyjmuję legitymację i pokazuję ją temu, który spytał.

– Aha! Prosimy opuścić salę. Tędy.

Wskazuje mi drogę.

*

Dotkliwie poturbowano Isidora Leibovicia. Znowu. Nie było mnie przy tym, ale opowiedziała mi Marga Stern, która to widziała. Fatum ciąży nad tym chłopakiem.

Cenię sobie jego wyniosłą dyskrecję, dumną i szorstką powściągliwość.

– Znowu, Leibovici?

– Znowu co?

– Znów cię pobili.

– Nie.

– Ależ tak.

– No tak, bo przecież ty wiesz lepiej, czy mnie pobili, czy nie.

Odwraca się na pięcie i odchodzi rozeźlony, ze spuszczoną głową.

W tym całym zamęcie zgubiłem rękawiczki albo mi je zabrano. A jest mróz… Cholera.

*

Nie, nie jestem typem silnego. Gdzie są przysięgi, które składałem dwa lata wcześniej na dopiero co zamkniętej okładce Zaratustry? Dlaczego włóczyłem się wczoraj nocą po ulicach, samotnie i bez celu, nieszczęśliwy, że nie jestem w stanie płakać, a zarazem przestraszony, że jednak bym mógł? Dlaczego wieczorem roztkliwia mnie znużenie, z jakim kładę głowę na poduszce, jak na kamieniu przy drodze, na którą mnie wygoniono?

Głupiec, po trzykroć głupiec.

Przygnębia mnie poczucie stopniowej utraty, z każdym dniem, bezpieczeństwa mojej samotności, wrażenie solidaryzowania się z Marcelem Winderem i Şapsą Iancheleviciem, upodabniania się do nich, stawania się wspólnikiem w ich pospolitej tkliwości, kimś, kto sobie współczuje i sam się pociesza. Żydowska kordialność – nie znoszę jej. Kusi mnie myśl, by przy najbliższej okazji rzucić jakieś ostrzejsze słowo, dzięki któremu byłoby wiadomo, że choć znajduję się tu pośród dziesięciu osób uważających mnie za ich „brata w cierpieniu”, tak naprawdę jestem samotny, absolutnie samotny, definitywnie samotny.

Słuchaj, Marcelu Winder, jeśli jeszcze raz klepniesz mnie w ramię, to cię trzasnę. Moja sprawa, jeśli mnie pobito, twoja sprawa, jeśli rozbito ci głowę, ja niczym się z tobą nie podzielę, ty niczego się ode mnie nie dowiesz, idź swoją drogą, a ja pójdę swoją.

*

Od trzech dni nie mamy ognia. Skończyło się drewno i czekamy na obiecaną subwencję.

Liova jest chory. Trzydzieści dziewięć stopni. Stażysta z Caritasu przyszedł go obejrzeć i obiecał go zabrać do placówki, gdy tylko zwolni się łóżko.

Student politechniki odmroził sobie uszy i obwiązał się długim pożółkłym bandażem, który zakrywa mu całą twarz i którego widok, wraz z postrzępioną watą i gutaperką, wykręca mi żołądek podczas obiadów w stołówce.

Şapsă Ianchelevici uprał skarpety i rozwiesił je na krawędzi łóżka, by wyschły. Szukała go jakaś dziewczyna, przybyła, jak sądzę, z targu z jego miasta, i przyniosła mu worek orzechów. Uśmiechnął się z zakłopotaniem: myślę, że było mu wstyd je odbierać w naszej obecności.

Czy nie jestem tu śmieszny, pośród nich, ze swoimi krytycznymi osądami i dbałością o strój? Esteta. Oto kim jestem. Przyzwoitość, dyskrecja, samotność – niewarte złamanego grosza wartości, w imię których robisz dobrą minę do złej gry.

Nieogolony od czterech dni. Jest zbyt zimno, by przez kwadrans wystawać przed lustrem.

*

Dziś sprawy mogły przyjąć nieprzyjemny obrót. Schodziłem z administracji, dokąd poszedłem się ogrzać, i kiedy byłem o krok od drzwi, wyszedł mi nagle naprzeciw Ștefăniu. Nie zauważył mnie. Dopiero teraz to do mnie dociera. Ale w tamtej chwili zabrakło mi opanowania i popełniłem głupstwo: odwróciłem się, by go obejść, a wtedy mnie dostrzegł. Mógł mnie dosięgnąć tylko laską (solidne uderzenie w lewe ramię). Uciekłem obok niego, choć w ten sposób ryzykowałem, że zwrócę na siebie uwagę innych, i skręciłem w lewo w korytarz. On za mną. Przemknąłem górną galerią w kierunku sali senackiej, myśląc, że mógłbym zatrzymać się w kancelarii. Nie znalazłem jednak klucza w drzwiach, a przytrzymywać ich ramieniem ostatecznie nie dałbym rady. Na szczęście drzwi wychodzące na schody były otwarte. Przypuszczałem, że gdy już znajdę się na ulicy, nie będzie mnie ścigał. I tak się stało.

Powinienem dziś wieczorem napisać do mamy. O czym?

Dziesiąta wieczór. Jakiś czas temu student medycyny z Besarabii przyniósł w kieszeniach płaszcza dwa kawałki drewna. Ponieważ jednak od dawna nie rozpalano tu ognia, piec tylko dymi, a teraz znów jest zimno i cierpki zapach w pomieszczeniu dusi Liovę.

Ktoś wyszedł i zostawił otwarte drzwi. Nikt nie wstaje, by je zamknąć. Ionel Bercovici gra w pokera na swoim łóżku z Marcelem Winderem i jeszcze dwoma innymi, których nie znam.

Od czasu do czasu daje się słyszeć pokasływanie Liovy. Ktoś wali dłonią o dłoń, albo dlatego, że denerwuje go kaszlący Liova, albo dlatego, że mu zimno.

Sobotni wieczór,

Każdy Żyd jest królem

I każdy kąt w domu się śmieje,

I każdy jest szczęśliwy.

Śpiewa Şapsă Ianchelevici. Oparty o ścianę, z płaszczem na ramieniu, z rękami w kieszeniach. Głos ma przeciągły, niemrawy, wznosi się z trudem i nieco kuleje na końcu każdego wersu.

…a jejder jid a melech… …każdy Żyd jest królem… Melodia, którą gdzieś słyszałem, dawno temu. Prawdopodobnie w domu, za czasów dziadków.

Czuję, jak ciepło wzbiera mi w oczach. To nic, chłopcze. Nikt cię nie widzi. Czyżbyś nie wiedział, jak dobrze ci to robi, nieskończenie lepiej niż zaciskanie zębów i trzymanie wszystkiego w sobie?

Śpiewaj, Şapso Ianchelevici. Jesteś dużym, dwudziestopięcioletnim chłopakiem i nie przeczytałeś ani jednej książki. Przez życie szedłeś świadomy tego, co dzieje się wokół, solidnie stojąc na potężnych, zwierzęcych nogach. Sam pierzesz sobie skarpety, na obiad jadasz ćwiartkę chleba z trzema orzechami, opowiadasz świństwa i się z nich śmiejesz, nigdy nie patrzyłeś na obraz ani nie kochałeś kobiety, klniesz jak szewc i spluwasz na ziemię, ale tylko spójrz na siebie teraz, gdy my, pozostali, siedzimy cichutko jak na poboczu drogi, ty sam, Şapso Ianchelevici, taki, jaki jesteś, zgnębiony, ponury i wygłodzony, ty sam jeden – śpiewasz.

*

Poszedłem do rektoratu o coś zapytać. Gdy wracałem, na korytarzu – pustym dziesięć minut wcześniej – trwała inwazja. Nikogo nie rozpoznałem. Ale wszystko wskazywało na ciężką potyczkę.

A zatem – jestem w pułapce. Ktoś mnie obserwuje albo tylko tak mi się wydaje. Idę schodami w górę. Skaczę po trzy stopnie naraz, trzaskam za sobą drzwiami, uderzam o ściany na zakrętach. Na drugim piętrze, po lewej stronie, czuję, że już dłużej tak nie pociągnę; przywieram do ściany i drżącą ręką szukam jakichś drzwi. W napięciu naciskam klamkę – otwarte.

Sala mała, niewygodna. Dziesięciu, dwunastu słuchaczy. Za katedrą bardzo młody człowiek – student albo doktorant. Coś mówi. Prawdopodobnie zajęcia seminaryjne.

Jeszcze jestem oszołomiony i sam już nie wiem, czy boję się tamtych z zewnątrz, czy wstydzę się przed tymi z sali. Muszę coś zrobić, czymś się zająć, czemuś się podporządkować. Wyciągam ołówek i zeszyt – robię notatki. Machinalnie, bezwiednie, ze zwykłej potrzeby spójnych ruchów i okiełznania emocji. Nie wiem, o czym opowiada człowiek za katedrą, zapisuję wszystko jak stenograf, jak maszyna. Pochłania mnie ruch ołówka na kartce, nie zwracam uwagi na treść wykładu, całkowicie odciąłem się od tego, co się dzieje.

A teraz, wieczorem, znajduję tę osobliwą kartkę:

Jest coś głęboko sztucznego w całym systemie wartości, na którym opiera się nasze życie. Nie tylko w ekonomii politycznej, gdzie zniekształcenia są widoczne, a zło łatwo zlokalizować. Wahania finansowe są jedynie najbardziej oczywistymi, a nie najjaskrawszymi przejawami kryzysu dawnego świata. Istnieją też poważniejsze wynaturzenia, inne, smutniejsze agonie. Niczego nie zrozumiemy z kryzysu ekonomicznego, który badamy, jeśli zatrzymamy się na jego technicznych aspektach. One mają drugorzędne znaczenie, absolutnie drugorzędne. Dziś upada nie system finansowy, lecz cały system historyczny. Zniszczeniu ulega cała struktura, nie tylko kilka form, kilka faktów, kilka szczegółów. Jeśli istnieje kryzys pojęcia wartości w ekonomii i finansach, to nie jest to tylko odrębny fakt, lecz wpisuje się on w powszechny kryzys wartości na wszystkich poziomach nowoczesnego życia. W naszym życiu jest zbyt wiele abstrakcji, zbyt wiele urojeń. Straciliśmy grunt pod nogami. Uległa zerwaniu nie tylko relacja między złotem a banknotem-monetą, lecz również między nami samymi a wszystkimi naszymi symbolami. Istnieje przepaść między człowiekiem a kadrem życia. Te formy życia, które widzicie, odczłowieczyły się. Albo, mówiąc nieco precyzyjniej, stały się nieludzkie.

Weźcie którąkolwiek z naszych instytucji czy idei, którekolwiek z przyzwyczajeń, umiejętności albo niedociągnięć, weźcie to wszystko po kolei i opukajcie. Odpowie wam głuchy dźwięk. Życie je opuściło, duch z nich uleciał. Dlaczego? Nie wiem dlaczego. Być może przez nadużycie inteligencji. Nie żartuję. Stworzono nam kulturę i cywilizację oparte na inteligencji jako podstawowej wartości, a to luksus dość kosztowny i nadmierna śmiałość. Pomiędzy sobą a życiem ustawiliśmy się w roli arbitrów. Oto tragiczna pyszałkowatość. My jesteśmy niczym i to Kartezjusz był tym, który sądził inaczej. A teraz sami widzicie, jaką cenę płacimy za to trzysta lat później.

Obawiam się, że nadszedł czas głupców. Właściwie to wcale się nie obawiam. Cieszę się. Ponieważ widzieliśmy, czego dokonała inteligencja i dokąd nas zaprowadziła. Powracamy teraz skruszeni, zgorzkniali, dźwigając znużenie ostatnich trzech wieków, powracamy do lasów głupoty, do królestwa prawdziwego życia.

Możecie to nazwać obskurantyzmem. Tym lepiej.

*

Nie jest ani studentem, ani asystentem. Jest profesorem ekonomii politycznej. W tym roku prowadzi zajęcia o „pojęciu wartości w historii doktryn ekonomicznych”. Nazywa się Ghiță Blidaru. Chłopaki mówią na niego po prostu Ghiță. Przyjechał z Monachium albo z Berlina, nie wiem dokładnie. Ma trzydzieści pięć lat, choć wygląda znacznie młodziej. Ma pociągłą, asymetryczną twarz, pewną nieśmiałość w uśmiechu oraz władczo zrośnięte brwi. Mówi niedbale, powoli i przerywa czasem pojedynczym „nie?”, jakby kogoś dźgał rozgrzanym żelazem.

Z dzisiejszego wykładu, fragment, który był tylko wtrąceniem:

Być logicznym? Być logicznym to nie znaczy, jak stoi w waszych książkach, myśleć według formuł i równań, tylko myśleć podług wewnętrznej natury rzeczy. Jeśli upieracie się przy definicji, oto ona: logika to systematyzacja intuicji.

I się śmieje.

*

Wykład o Adamie Smisie:

Jeśli spytacie, co my tu robimy, na zajęciach, gdzie wtrącenia są dłuższe niż faktyczne omówienie przedmiotu wykładów, pewnie odpowiedziałbym wam tak: rozprawiamy się z wartościami. Otrząsamy je jak uschnięte drzewa. Inteligencja, indywidualizm, wolna wola, pozytywizm… I szukamy tej jednej „wartości”, która znajduje się znacznie wyżej niż wszystkie pozostałe. Nazywa się ona – o ile się nie mylę – „życie”.

*

Środa i piątek, od szóstej do siódmej, zajęcia Blidaru. Jest nas kilku stałych słuchaczy, znamy się, ale ze sobą nie rozmawiamy. Nieraz w tylnych ławkach pojawia się nowa twarz. Od czasu do czasu lubię odwrócić głowę i obserwować, jak w miarę przebiegu wykładu wzrasta zaskoczenie nowo przybyłego.

*

Opowiadał dziś o wyższości fizjokratów nad wszystkimi nowoczesnymi szkołami ekonomicznymi. Zbyt obszernie, by przepisać tu moje notatki z wykładu. Mówił z zapałem, nieco agresywnie, z nagłymi zwrotami w potoku argumentów. (Poniekąd sprawia wrażenie inteligentnego kabotyna). Zaintrygowani wyczekiwaliśmy zwieńczenia wywodu, gdy nagle przetoczył się pod naszymi oknami wojskowy marsz. Jakaś kompania z flagą.

Zeskoczył z katedry, pospieszył do okna, otworzył je i pozostał w nim, obserwując i kiwając głową w rytmie dużego bębna.

Potem odwrócił się do nas.

– Wam ulica się nie podoba?

*

Trzeci wykład o fizjokratach. Kurs Blidaru wywraca najbardziej zastałe hierarchie. Trzy słowa o podręcznikowych świętościach, dziesięć wywodów o tym, czym podręczniki wściekle gardzą.

Jest w ekonomii fizjokratycznej element silniejszy niż wszystkie jej naiwności. Oczywiście ci starcy z tysiąc siedemset pięćdziesiątego nie mieli pojęcia o mechanizmie cyrkulacji dóbr, a to, co sobie wyobrażali w tej materii, jest równie fałszywe, co romantyczne i fantazyjne. Mimo wszystkich ich błędów pozostaje jednak pewna intuicja, która ma nieskończenie większą wartość niż dokładna statystyka. Ich ekonomia wywodzi się z ziemi i do ziemi powraca. Oto idea wiejska, prosty pomysł na życie, wprost z biologii, z najnaturalniejszych codziennych intuicji człowieka. Takiej zwięzłej, prostej prawdy nigdy nic nie zmiecie.

Jakkolwiek zdezorientowani dziś jesteśmy, być może kiedyś odnajdziemy prawdę, która zwróci nas ku ziemi – co wszystko ułatwi i ustanowi nowy porządek. Nie ten wymyślony przez nas, ale ten z nas wyrosły.

*

Znów mówi się o zamknięciu uniwersytetu. Walki się zaostrzyły. Od tygodnia wydział jest pod wojskową okupacją.

Pozostaje tylko wykład Blidaru, ukryty w tej obskurnej sali na drugim piętrze, gdzie nikt nie przychodzi, bo nikt o nim nie wie.

Wieczorem w akademiku cisza jak na zasypanym śniegiem majdanie. Jedynie od czasu do czasu na korytarzach słychać zmęczone kroki, otwierające się drzwi, zawołanie, na które nikt nie odpowiada.

Dobrze się w tej ciszy pracuje. Czytam powtórnie pewną pracę z ekonomii, z notatkami Ghițy pod ręką. Pasjonujące zestawienie.

*

Za dużo nowych osób na wykładzie – to niepokojące. Nieznane, wrogie twarze w pierwszych ławkach.

Blidaru – błyskotliwy. Koniec końców, prawdopodobnie nieuchronny sukces. Lecz jeśli to coś innego? Zobaczymy.

Nie, z tego tak łatwo nie zrezygnuję. Zostawiłem prawo cywilne, zostawiłem kurs estetyki, zostawiłem i zostawię, co tylko chcecie, zajęcia z historii, socjologii, chińskiego, niemieckiego, ale nie zrezygnuję z kursu Ghițy Blidaru.

Do tej pory w trakcie dzisiejszego wykładu dwa razy dostałem pięścią i zapełniłem notatkami osiem stron. Jak na dwa ciosy to niemało.

Kilku zatrzymało mnie w drzwiach:

– Legitymacja!

Pokazanie im jej byłoby głupotą. Spróbowałem szybko prześlizgnąć się między nimi, z zaskoczenia. Jednym uderzeniem ustawili mnie twarzą do ściany. Patrzę na nich z kąta, do którego mnie przepchnęli. Drzwi są uchylone. Ze środka dobiegają śmiechy, głosy, krzyki między ławkami. Za pięć szósta. Za chwilę wejdzie Ghiță. Gdyby tylko pozwolili mi wejść… Gdybym zbliżył się do tych durni przy drzwiach, by z nimi porozmawiać, może by zrozumieli… Przecież świat się nie zawali… Nie, to idiotyczne… Zapadła cisza. Brawa. Z pewnością już wszedł. Drzwi się zamykają. Jeden z nich, jedyny, który został pilnować drzwi, przygląda mi się długo:

– Co jest, kolego?

– Co jest? Otóż jest mi przeraźliwie wstyd za ciebie i za pozostałych, czuję, że przerastam was o głowę i że nigdy nie poznasz smutnej dumy zwyciężonego, samego pośród dziesięciu tysięcy, do tego jutro rano zamierzam spotkać się z Ghițą Blidaru i z nim porozmawiać.

*

Nie potrafię odtworzyć tej sceny. Teraz już jej sobie nie przypomnę, to niemożliwe. Była krótka. Dwa, trzy słowa, zdziwione spojrzenie, i tyle.

Ghiță wychodził z sekretariatu. Zbliżyłem się i zacząłem do niego mówić. Nie pamiętam co. Przysięgam, że nie pamiętam, i to nie jest wybieg, by oszczędzić sobie kolejnego momentu użalania się nad sobą. Przerwał mi.

– Czego pan chce, proszę pana?

– Panie profesorze, wyrzucili mnie i…

– No i co miałbym z tym zrobić?

Odszedł, nie czekając na odpowiedź.

Powinienem godzinami biegać po ulicach, bić się z dziesięcioma tysiącami naraz, pociąć toporem cały wagon pni, tylko po to, by wieczorem paść sterany na łóżko, zasnąć, i zapomnieć.

*

Trzecia noc pokera. Gramy w bibliotece, wokół świecznika, do trzeciej, czwartej nad ranem.

Wygrałem wczoraj dwieście szesnaście lei i wydałem je później wszystkie na kobiety, do których wchodziliśmy dwójkami.

Ionel Bercovici mnie ucałował: „Patrz, a brałem cię za pyszałka”.

Paskudna melina. Już sam widok tego kwaskowatego białego wina jest odrzucający, zamykam oczy przy pierwszych kilku kieliszkach. Potem jakoś idzie.

I noc kończy się późno, w Cruce, u Mizzi, tej dziwki z Czerniowiec, która za dodatkowe dziesięć lei zrobi wszystko.

Cały dzień chodziliśmy między bagnetami. Staliśmy na dole małą grupą, przy sekretariacie, gdy zjawiły się zwarte bandy z wydziału medycyny. Byliśmy osaczeni ze wszystkich stron i wyszliśmy stamtąd dopiero wtedy, gdy wyprowadziła nas policja, która wcześniej otoczyła nas podwójnym kordonem. Pokonywaliśmy pod eskortą kolejne ulice, tamci deptali nam po piętach. Zmienialiśmy kilka razy drogę, przyspieszając kroku, zatrzymując się w tym czy innym podwórzu, tylko po to, by ich zgubić. Aż do wieczora. Aż do teraz.

Gdyby nie ten gorzki, krzepiący smak nocnych gier, gdyby nie ta pijana radość pokera – czym byłoby to wszystko?

Jest coś jeszcze. Również rozkosz upodlenia się, ukryta duma tkwiąca w upadku. Dziś rezygnujesz z czyszczenia kapelusza, jutro nie zmieniasz koszuli, pojutrze nie naprawiasz zdartych obcasów. Pogrążyć się głęboko, nieodwołalnie w plugastwie i kochać je za ten brud, za znajomy zapach, za suche kromki chleba, za intymne ciepło poniżenia. Oraz wiedzieć, że definitywnie upuściłeś ster życia, wypuściłeś go z rąk, gdy jednego ranka nie zmieniłeś kołnierzyka, bo było ci to obojętne.

Czyż nie mówiono nam tyle razy, że jesteśmy brudnym narodem? Być może taka jest prawda. Może naszą mistyką, naszą ascezą i świętością jest właśnie to – brud. To tak, jakby klękać, jakby powoli, rozkosznie się okaleczać, coraz dalej od białej gwiazdy czystości.

*

Tego ranka na dziedzińcu akademika Marga Stern powiedziała do mnie zakłopotana, jak gdyby chodziło o coś, co mnie nie dotyczy:

– Patrz, idzie wiosna.

IV

Wyrwałem się. Dwa tygodnie temu, tego dnia, gdy powiedziałem sobie, że mogę być albo czwarty do pokera, albo żywy. Wyrwałem się i się cieszę, bo było trudno.

Pokój jest mały. Mansarda. Ale moja. Krzesło, stół, łóżko. Cztery białe ściany i wysokie okno, przez które widać czubki drzew z Cișmigiu.

Rachunek jest prosty i dziwię się, że nie odkryłem go wcześniej.

Dwa tysiące lei miesięcznie: tysiąc – pokój, trzysta – trzydzieści bochnów chleba, kolejne trzysta – trzydzieści litrów mleka, czterysta – reszta.

Napiszę do mamy z prośbą, żeby wyszyła mi na poszetce sentencję, którą odkryłem: ŻYCIE JEST PROSTE!

Czternaście dni samotności. Chciałbym wiedzieć, precyzyjnie, statystycznie, ilu ludzi jest w tym mieście, w tym szerokim świecie, bardziej wolnych ode mnie.

Znalazłem u antykwariusza wspaniałego Montaigne’a za sześćdziesiąt lei, z około 1760, na matowym cienkim papierze, z zadziwiającymi przypisami. Pasjonujący. Im bardziej jest libertyński, sceptyczny i artystyczny, tym bardziej jest pasjonujący. Ja? Tylko udręczony.

Cóż za wypoczynek. A ja, głupiec, nie przypuszczałem, że takie wakacje są możliwe.

Do ściany naprzeciwko łóżka przybiłem wielką mapę Europy. Potrzebowałbym całej kuli ziemskiej, ale nie mam tylu pieniędzy.

Może to dziecinne, ale potrzebuję tego symbolu – symbolu, na którym mógłbym się oprzeć i z którego odczytywałbym miasta i państwa. To przypomina mi codziennie o tym, że świat istnieje. I że ucieczka z dowolnego miejsca jest możliwa.

*

Było pięknie przed chwilą w Cișmigiu, z tym metalicznym, białym słońcem, zielonkawą wodą, z jeszcze bezlistnymi drzewami, nagimi jak stado nastolatków przed komisją poborową.

Ludzie są tak brzydcy w nieadekwatnych do pory roku płaszczach, w znoszonych przez zimę czapach, z uśmiechami onieśmielonymi słońcem, kroczący ciężko i z mozołem. Patrzyłem, jak przechodzą, i żałowałem ich, nieświadomych swego braku gracji.

*

Młoda, schludnie ubrana dziewczyna zatrzymała się na bulwarze przed witryną sklepu z owocami. Zagadnąłem ją, rzucając pierwszą bzdurę, jaka przyszła mi do głowy. Śmiała się i zgodziła się ze mną przejść.

Nie spytała, dokąd ją prowadzę. Weszła po schodach, a po tym jak zamknąłem drzwi, bez oporów pozbyła się ubrania. Drobne, bardzo młode ciało, raczej miłe niż piękne. Kochaliśmy się w środku dnia, przy otwartym oknie, całkiem nadzy. Dziewczyna płakała z przyjemności, a później przechadzała się po pokoju z moimi rzeczami na ramieniu, zaciekawiona, zaglądając do rozrzuconych na stole kartek, otwierając książki, zamykając je gwałtownie.

– Przyjdziesz jeszcze?

– Przyjdę.

O nic mnie nie poprosiła. I zapomniałem spytać, jak ma na imię.

Błogość bycia gołym! Dokładnie, precyzyjnie, anatomicznie poczuć odzyskaną zwierzęcą równowagę, słuchać, jak pewnie płynie w żyłach krew, unieść z rozkoszą rękę, a następnie pozwolić jej opaść, mieć głębokie poczucie swojego osobnego, fizycznego życia.

Wpisać to do pochwały miłości.

*

Ciekawe spotkanie ze Ștefanem D. Pârleą. To on mnie zatrzymał. Ja bym się nie odważył, choć pozostał mi dla niego z liceum – sam nie wiem do końca dlaczego – cień sympatii.

Kościsty, silny, groźnie wyglądający chłopak o porządnym uścisku dłoni, orlich oczach, męskiej brzydocie, mającej niemal znamiona piękna.

– Zobacz, słońce świeci…

Wałęsaliśmy się razem po okolicach, w kierunku przedmieść, zdziwieni, że nie możemy trafić nad nasz domowy Dunaj. Opowiedział mi, co nowego dzieje się na kursie Blidaru, który jakiś czas temu on też odkrył.

Rozmawialiśmy dużo, o tysiącu rzeczy, o książkach, wspomnieniach, kobietach. Zatrzymaliśmy się w piekarni, po drugiej stronie mostu, żeby kupić precle z sezamem. Jedliśmy na ulicy, aż ludzie się na nas oglądali.

– Widzisz, Pârlea, moglibyśmy być przyjaciółmi, gdyby nie dzieliło nas tyle głupstw.

– Nie, mylisz się. Przyjaciółmi my dwaj nie będziemy ani dziś, ani nigdy. Nie wyczuwasz ode mnie zapachu ziemi?

W jego oczach było coś absurdalnego i wstrząsającego.

Czy wyczuwam od ciebie zapach ziemi? Ależ tak. I tego ci zazdroszczę.

Żywię ogromną tęsknotę za prostotą i nieświadomością. Gdybym mógł odnaleźć na nowo, gdzieś w głębi wieków, kilka prostych i mocnych wrażeń – głód, pragnienie, zimno – gdybym potrafił przezwyciężyć dwa tysiące lat talmudyzmu i melancholii oraz ponownie odkryć – zakładając, że ktoś z mojego ludu kiedykolwiek ją miał – jasną radość życia…

Tymczasem moje szczęście – gdy się pojawia – jest niespokojnym, niejasnym uczuciem, składającym się z nieskończonych kolein, na każdym kroku zagrożonym upadkiem.

Byłem szczęśliwy trzy dni temu. Dziś jestem przygnębiony. Co się stało? Nic. Osunęła się wewnętrzna podpórka. Gdzieś wyciekło źle zamknięte wspomnienie.

W wieku dwudziestu lat, w pełnym zdrowiu i bez osobistych ułomności, czuję się, jakbym nosił w sobie z dziesięć losów i jakby każdy z nich mnie negował. Nie, niełatwo z nami żyć. Czuję się tak źle w swoim towarzystwie – jak zatem w moim towarzystwie musi się czuć ktoś obcy? Jesteśmy impulsywni. Jesteśmy czymś więcej niż to, co możemy znieść. A przede wszystkim jesteśmy nieczyści.

My – to znaczy: ja, Şapsă Ianchelevici, Marcel Winder.

Pachnie ziemią, szczęściarz.

Przykro mi, że w tej konfrontacji z samym sobą zachowuję dla siebie odrobinę sympatii, że łapię się na miłości do własnego losu. Chciałbym móc się nienawidzić gwałtownie, bez wymówek i pobłażliwości. Chciałbym na pięć minut stać się antysemitą. Poczuć w sobie wroga, którego należy usunąć.

*

Zjawiła się dziewczyna z zeszłego tygodnia. Nie przyjąłem jej.

– Nie prosiłeś, żebym jeszcze przyszła?

– Tak. A teraz proszę, żebyś poszła.

Coś mi mówi, że jesteśmy niezdolni do pełnego przeżywania każdej chwili życia. Jakiejkolwiek. Że wiecznie stoimy obok tego, co nam się przytrafia. Odrobinę powyżej, odrobinę poniżej, nigdy jednak nie w sercu rzeczy. Że nie doświadczamy uczuć ani zdarzeń w zupełności i że potem tylko ciągniemy je za sobą, nie przeżyte do końca. Że nie byliśmy nigdy do cna nikczemni lub na wskroś niewinni. Że ogień, jaki rozpaliliśmy w naszej duszy, zgasł w połowie drogi. Że żyliśmy w wiecznym kompromisie między pomyślnością a nieszczęściem.

*

Tak jest lepiej – pracować przez czternaście godzin dziennie. Zbliżający się egzamin to tylko pretekst. Ale czuję się dobrze w tym więzieniu z książek, do którego nie przenika nic z zewnątrz ani z wewnątrz.

Przydałby mi się teraz jakiś dur brzuszny. Być może ten egzamin będzie substytutem. Najważniejsze to zapomnieć o sobie, machinalnie wykonywać jakąś czynność aż do wyczerpania, mieć coś, czemu można by się poddać całkowicie, tak by resztę problemów świata posłać w cholerę.

Marga Stern złożyła mi przyjacielską wizytę w mansardzie. Miała białą sukienkę, jej dłoń była ciepła i spokojna; położyła ją figlarnie na moim czole.

To za mało, by uwieść, moja droga.

Marcu Klein, jesteś osłem i gdybyś stał tu przy mnie, uściskałbym cię, a potem trzepnął porządnie cztery razy, żebyś nie zapomniał.

Nie byłeś sam. Było nas czterdziestu albo i sześćdziesięciu – wliczając ciebie – i wszyscy czekaliśmy na egzamin z prawa cywilnego. Od ósmej rano, umówionej godziny, do jedenastej wieczorem, gdy w końcu zjawił się Mormorocea, profesor. Był wyraźnie pijany i na wpół śpiący. Widzieliśmy to wszyscy – razem z tobą, mądralo. Wszyscy byliśmy zmęczeni tym długim, bezpowrotnie straconym dniem. Ale każdy zajął swoje miejsce w ławce, ulegle, może z cieniem obrzydzenia. Jedynie ty zacisnąłeś pięści i nie przestałeś się krzywić.

Człowiek zza katedry wymamrotał pytanie, po czym zapadł w drzemkę. Chłopak obok ciebie odpowiadał bardzo spokojnie i szczegółowo. Gdy skończył, nastała chwila ciszy. Mormorocea charknął, rozeźlony, że nagła cisza przerwała mu sen.

– Niczego się nie nauczyłeś. Następny.

Następnym byłeś ty. Wstałeś. Przymknąłem oczy, ponieważ wiedziałem – rozumiesz? – wiedziałem, co teraz nastąpi.

– Panie profesorze, to jest skandaliczne.