Ochroniarz - Meg Adams - ebook
BESTSELLER

Ochroniarz ebook

Meg Adams

4,4

153 osoby interesują się tą książką

Opis

Meg Adams powraca z nową ekscytującą powieścią!

 

Niebezpieczne zlecenie. Ryzykowna gra. Zakazana miłość. 

 

Dwudziestoośmioletnia Lena Mejer, właścicielka firmy kosmetycznej, z pozoru ma wszystko – pieniądze, pozycję i ciekawe życie. Dobrze maskuje smutek, za którym kryje się bolesna przeszłość. Gdy zaczyna dostawać pogróżki, w jej życie kolejny raz wkrada się niepokój. Za namową przyjaciół zatrudnia prywatnego ochroniarza, który ma zapewnić jej bezpieczeństwo. 

 

Nikolaj Aleksandrow, pół Polak, pół Rosjanin, od początku stara się podejść do zlecenia profesjonalnie, jednak szybko przekonuje się, że tym razem nie będzie to takie proste. Wzrastające napięcie pomiędzy nim i Leną skutecznie utrudnia mu zadanie. A to nie koniec kłopotów.

 

Wkrótce wychodzi na jaw, że oboje coś ukrywają, a czyhające na nich niebezpieczeństwo jest większe, niż oboje przypuszczali

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 459

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (3410 ocen)
2090
806
371
108
35

Popularność




Copyright ©

Meg Adams

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2020

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

All rights reserved

Redakcja:

Anna Strączyńska

Korekta:

D. B. Foryś

Katarzyna Olchowy

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Dystrybucja: ATENEUM www.ateneum.net.pl

Numer ISBN:  978-83-8178-351-4

Dorocie, Ann i Lily,

chociaż dzielą nas kilometry, zawsze jesteście blisko.

Angelice,

dziękuję za każdą rozmowę oraz serce, które oddałaś Nikolajowi

i tej powieści. Przeżycie tego wszystkiego razem było niesamowitą przygodą.

PROLOG

Mężczyzna już od kilku minut wpatrywał się intensywnie w ekran. Czekał, aż pojawią się na nim dane. Uwielbiał ten moment. Wtedy krew w jego żyłach krążyła szybciej, czuł podniecenie, które napędzało go do działania. To dla tych chwil żył.

Stukał bezwiednie długopisem o blat biurka, nadal oczekując potwierdzenia tożsamości kolejnego celu. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak mocno zaciska palce na oparciu krzesła. Zleceniodawca długo nie odpisywał, choć wcześniej wydawał się zdecydowany. Po zaledwie dwóch rozmowach był gotów zapłacić okrągłą sumę za pozbycie się kogoś, kto stanął mu na drodze.

Może się jednak waha albo zaczęło go gryźć sumienie, pomyślał dokładnie wtedy, gdy z głośników wydobył się dźwięk przychodzącej wiadomości. Przeczytał ją natychmiast. A potem ponownie. I znów.

Lena Mejer. Właścicielka An-na Cosmetics.

Przełknął ślinę i zwilżył usta. Tego się nie spodziewał. Nazwisko zaczęło się odbijać echem w jego głowie.

Zamiast odpisać, zaklął pod nosem, następnie wstał z obrotowego fotela i przeszedł przez pokój, uderzając czarnymi butami o drewnianą, wypolerowaną podłogę. Jego myśli wypełniły pytania, na które pragnął szybko poznać odpowiedzi. Zdawał sobie jednak sprawę, że być może nigdy ich nie uzyska. Przystanął przy oknie, odchylił żaluzję, po czym spojrzał chłodno na podwórze otoczone wysokimi, smutnymi kamienicami.

Pierwszy raz nie był pewien, co powinien zrobić. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się, dlaczego ktoś chce pozbawić życia jakąś osobę. Wiedział, że na świecie nie brakuje sukinsynów, którzy bez skrupułów wydadzą wyrok śmierci dla zysku, z zemsty czy nawet dla własnej chorej satysfakcji. Ale w tym wypadku było inaczej. Poczuł ciekawość i… niepokój.

Odwrócił się w stronę korkowej tablicy, gdzie pinezkami przyczepiał najważniejsze informacje. Gdy jego wzrok padł na jedną z wielu kartek, uderzył otwartą dłonią w ścianę i jednym ruchem zerwał świstek papieru. Musiał działać szybko i bezbłędnie.

Wrócił do komputera, strącając przy tym ręką długopis, który potoczył się po blacie, a następnie spadł wprost na jego czarną torbę. Mężczyzna spojrzał w dół, jednak nie pofatygował się, żeby go podnieść. Teraz miał ważniejsze sprawy na głowie. Bez zastanowienia otworzył komunikator. Dostrzegł, że osoba, z którą powinien się w tej sytuacji skontaktować, jest aktywna. Nie czekając ani chwili dłużej, wysłał wiadomość. Wraz z nadejściem odpowiedzi usłyszał znajomy sygnał. W drugim oknie przeglądarki pojawił się komunikat od zleceniodawcy.

Czekam na potwierdzenie.

Długie palce zastygły na klawiaturze. Mężczyzna wiedział, że to będzie trudne zadanie, ale nie mógł się teraz wycofać. Dlatego zaczął pisać.

Czekam na pieniądze.

Wstukał w końcu odpowiedź, lecz jeszcze przez moment zwlekał z jej wysłaniem.

Ostatecznie nacisnął enter i czym prędzej wyszedł z mieszkania.

ROZDZIAŁ 1

Lena

Siedziałam znudzona przy ogromnym stole i obserwowałam salę pełną wirujących par. Sama nie przepadałam za tańcem, a może po prostu nigdy nie trafiłam na nikogo, kto potrafiłby mi w odpowiedni sposób pokazać, jak czerpać z niego przyjemność. Może też zbyt bolesne wspomnienia o moim ojcu, który pozwalał, bym stawała na jego palcach i udawała księżniczkę pląsającą ze swoim księciem, skutecznie utrudniały mi podjęcie prób. Na samą myśl o nim machinalnie chwyciłam się za brzuch. Opuszki od razu wyłapały kilka zgrubień. Zacisnęłam dłoń w pięść, nie dopuszczając, aby okropne obrazy rozpanoszyły się po moim umyśle. To nie był dobry czas na rozpamiętywanie przeszłości czy babranie się w przykrych wspomnieniach i dlatego tak bardzo cieszyłam się, że przyprowadziłam ze sobą Jakuba. Dzięki jego obecności nikt nie usiłował wyciągnąć mnie na parkiet. Nie miałam ochoty na zabawę ani spławianie natrętów. A tych zwykle nie brakowało.

Starając się oderwać myśli od trudnych tematów, zerknęłam w ogromne okno ciągnące się przez całą szerokość sali. Widok na otuloną ciemnością okolicę cieszył oko. Lubiłam Warszawę rozżarzoną tysiącami świateł.

Przewróciłam oczami. Smętne myśli oznaczały tylko jedno – brakowało mi alkoholu.

Zakołysałam pustym kieliszkiem i przeniosłam wzrok na drugą stronę pomieszczenia, by rozejrzeć się w poszukiwaniu znajomej twarzy. Jakub już parę minut temu poszedł do bufetu po coś do picia i przepadł jak kamień w wodę.

Cały Skalski.

Pewnie zagadał się z jakąś aktoreczką.

W końcu pomiędzy roztańczoną śmietanką towarzyską Warszawy dojrzałam mojego zastępcę. W szarym, dobrze skrojonym garniturze zmierzał w moim kierunku i już z daleka posłał mi przepraszający uśmiech. Przyglądałam mu się z uniesioną brwią. Należał do tego typu facetów, którzy nie zmieniali się pomimo upływu czasu. Miałam wrażenie, że gdy poznałam go dobre kilka lat temu, wyglądał dokładnie tak samo. Gładko ogolona twarz praktycznie bez zmarszczek i szczupła, wyćwiczona sylwetka sprawiały, że dałabym mu z dziesięć lat mniej.

Od dawna łączyła nas nie tylko praca, ale też przyjaźń. Jakub pomagał mi w ciężkich momentach, wspierał i dodawał otuchy, kiedy miałam gorszy dzień. A ponieważ nie posiadał rodziny, był także całkiem dobrym kompanem na tego typu imprezach.

Skalski usiadł obok, a następnie przysunął się bliżej.

– Długo cię nie było – mruknęłam. Chwyciłam alkohol i od razu upiłam spory łyk.

– Wiesz, jak to bywa na przyjęciach, poza tym starałem się trochę ocieplić nasz wizerunek, bo ty dziś wyglądasz, jakbyś miała ochotę ich wszystkich powystrzelać – odparł z rozbawieniem, później położył przedramię na oparciu krzesła i spojrzał na mnie łagodnie, pewnie próbując rozładować napięcie. Mimo srogiego wyrazu twarzy roześmiał się wesoło.

– Możliwe, że tak jest, a przynajmniej chętnie wygarnęłabym niektórym to czy tamto – odpowiedziałam cicho, sugestywnie do niego mrugając. Szampan, którego i tak wypiłam zbyt wiele, jeszcze nie zwolnił całkowicie moich hamulców. Zresztą Jakub zawsze czuwał. Strzegł dobrego imienia firmy niczym Cerber.

– Lena – westchnął. – Może jednak postarasz się dziś dobrze bawić? Taka postawa może nas kiedyś zgubić. – Pokręcił głową, lecz w jego głosie rozbrzmiała ciepła nuta. Pasmo brązowych włosów opadło na zmarszczone czoło.

Naprawdę starałam się brać przestrogi Jakuba do serca. Miał o wiele większe doświadczenie w tym biznesie, pracował w An-na Cosmetics, kiedy ja uczęszczałam jeszcze na studia, i doskonale radził sobie na swoim stanowisku, ale tego wieczoru byłam chyba zbyt zmęczona, aby udawać.

Ostatnie tygodnie wypełniała szaleńcza praca, sypiałam po trzy, cztery godziny, całe dnie spędzałam za biurkiem lub na krążeniu pomiędzy biurem, laboratorium a magazynami.

– Albo zaprowadzi na sam szczyt – odparłam, mrużąc oczy i prostując automatycznie plecy. – Nie mów mi, że mam być potulną owieczką wśród stada wilków. Nie wrócę do tego, zresztą bez wazeliniarstwa można zajść naprawdę daleko – sarknęłam. Nigdy nie byłam dobra w płaszczeniu się przed kimkolwiek i nie zamierzałam robić tego również teraz.

Jakub miał zamiar coś jeszcze powiedzieć, więc uciszyłam go gestem dłoni. Dopiłam jednym haustem szampana, po czym wstałam bez słowa i skierowałam się na taras. Musiałam ochłonąć, bo ostatnie, czego mi było w tym momencie trzeba, to zgrzyty wewnątrz firmy.

Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy zdałam sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie ustąpiłam pierwsza. Zwykle to Jakub odpuszczał. Starszy ode mnie o piętnaście lat, cały czas starał się mnie chronić niczym ojciec, którego bardzo wcześnie straciłam. Doceniałam to, a jednocześnie ciągle wyrywałam się z klatki i postępowałam zgodnie z tym, co podpowiadało mi serce, nie rozsądek. Rzadko kalkulowałam na zimno, ale do tej pory emocjonalne podejście do pracy się sprawdzało.

Po tym jak Anna, przyjaciółka mojej mamy, która zaopiekowała się mną, gdy moi rodzice zginęli, zmarła, z lękiem przejęłam stery w An-na Cosmetics w wieku zaledwie dwudziestu sześciu lat. Od niespełna dwóch samodzielnie rządziłam jedną z najlepiej prosperujących firm kosmetycznych w Polsce, całkiem nieźle sobie radząc. Oczywiście miałam za sobą lojalnych pracowników – w tym Jakuba – lecz to ja podejmowałam kluczowe decyzje. Ryzykowałam i obrywałam w przypadku porażki. Musiałam działać, inaczej wszystko, co osiągnęła w życiu Anna, poszłoby w obce ręce. Obawiałam się, że nikt nie będzie chciał ze mną współpracować, byłam w końcu młoda i niedoświadczona. Na szczęście podpisując pierwszy intratny kontrakt i wprowadzając nasze kosmetyki na kolejny zagraniczny rynek, zrozumiałam, że sobie poradzę.

Teraz, z perspektywy czasu, wiedziałam, że mi się udało.

Te doświadczenia dodały mi skrzydeł, pozwoliły uwierzyć w siebie. Zyskać szacunek, pieniądze i wspaniałe życie. Mimo to często czułam się samotna.

Sukces cieszy tylko wtedy, kiedy mamy go z kim dzielić.

A ja znowu zostałam sama.

Gdy wyszłam na zewnątrz, wilgotne powietrze owiało rozpaloną twarz, studząc emocje. Moja krew przestała buzować, a pulsowanie w skroniach ustało. Przystanęłam przy barierce, by podziwiać widok. Wśród ciemności problemy na chwilę znikały. Miasto wyglądało inaczej niż za dnia, bardziej tajemniczo. Można było zapomnieć o tym, że nad ranem wszystko wróci.

Spojrzałam ku sali. Jakub ze skwaszoną miną siedział tam, gdzie go zostawiłam. Reszta towarzystwa przy naszym stole wyglądała na rozbawionych rozmową. Zrobiło mi się żal mojego przyjaciela. Wiedziałam, że kierowała nim wyłącznie troska.

Biedak. Kolejny raz zepsułam mu zabawę.

Moje rozmyślania przerwał odgłos kroków. Usłyszawszy je z prawej strony, odwróciłam się i spojrzałam w ciemność. Tamta część tarasu była słabo oświetlona, więc czekałam, aż sylwetka znajdzie się w łunie światła.

Najpierw dostrzegłam wyłaniające się z cienia ciemne, wypolerowane na błysk czubki butów. Następnie zauważyłam czarne, eleganckie spodnie oraz dopasowaną, idealnie skrojoną marynarkę, a na końcu przystojną twarz; moją uwagę od razu przykuło mroźne spojrzenie. Poczułam ciarki wywołane czymś, co trudno było nazwać. Jakiś nieznany rodzaj ekscytacji pobudził moje ciało. Mężczyzna podszedł do mnie pewnym krokiem, przynosząc ze sobą zapach drogich, ciężkich perfum. Uniosłam wysoko głowę i spojrzałam wprost w kuszące, jasnoniebieskie oczy bijące chłodnym blaskiem.

– Miałem nadzieję, że tu panią spotkam. Chyba nigdy nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni – powiedział zachrypniętym głosem. Wpatrywał się we mnie wytrwale. Ujął moją dłoń, którą wyciągnęłam w jego kierunku, i pocałował ją szarmancko, przytrzymując odrobinę za długo. – Artur Kruz.

– Lena Mejer – odparłam z rezerwą. Starałam się zachować kamienną twarz. Wytrwałam nawet przewiercające na wylot spojrzenie. Toczyliśmy niemy pojedynek. Podejrzewałam, że to próba sił. W tym biznesie facetom wydawało się, że mogą zjeść mnie na śniadanie i dyktować swoje warunki.

Mylili się.

Można dać się pożreć albo samemu zostać rekinem. A mnie nie interesowało bycie płotką.

– I jak się pani bawi? – Mężczyzna stanął tuż obok; był ode mnie sporo wyższy, sięgałam mu zaledwie do ramion pomimo dziesięciocentymetrowych obcasów.

– Niespecjalnie – odpowiedziałam szczerze. Nie widziałam powodu, dla którego miałabym udawać. – Aż dotąd. – Uniosłam kąciki ust, przejmując inicjatywę. Chciał grać, proszę bardzo.

– W takim razie już coś nas łączy. – Kruz, zamiast odwzajemnić uśmiech, zmrużył oczy, ale w jego spojrzeniu błysnęło zadowolenie.

Przez chwilę trwaliśmy w ciszy. Z każdą sekundą atmosfera stawała się cięższa, jednak nie miałam zamiaru pokazać mu, że w jakikolwiek sposób mnie to krępuje. Wpatrywaliśmy się w siebie z podobną zaciętością.

Zaczynało mnie to nawet bawić.

Wiedziałam, że to typ bezkompromisowego i twardego biznesmena, więc tym bardziej zyskał moje zainteresowanie. Nie znałam go dobrze, choć bywaliśmy na tych samych przyjęciach, spotkaliśmy się też przy okazji ostatnich dużych przetargów. Chociaż teoretycznie nasze firmy nie rywalizowały, Kruz najwidoczniej próbował rozszerzyć działalność. Wsparłam się plecami o balustradę, a następnie skrzyżowałam ramiona na piersiach. Kątem oka spoglądałam na rozświetlony Pałac Kultury oraz pobliskie luksusowe apartamentowce.

– Zatem… dlaczego chciał mnie pan zobaczyć, panie Kruz? – spytałam, z trudem opanowując drżenie w głosie na widok tego, jak pożerał mnie wzrokiem. Było w nim coś groźnego, coś, co zaczynało mnie fascynować. Jego pewność siebie przyciągała niczym magnes.

– Chciałem panią poznać i wreszcie mam okazję. – Przez jego twarz przemknął nieodgadniony cień. Intuicja podpowiadała mi, że to jedynie wymówka.

– Tak po prostu?

Kruz uśmiechnął się tajemniczo, wzbudzając moją czujność.

– Musimy się spotkać i omówić kilka spraw. – To nie była propozycja. Jego słowa brzmiały jak rozkaz. Tacy mężczyźni nie pytali. Oni po prostu wydawali polecenia, ponieważ czuli się panami całego świata.

– Kilka spraw? Nie kojarzę, żebyśmy mieli jakieś wspólne sprawy.

– A ja myślę, że mamy, lecz przyjęcie to nie najlepsze miejsce na biznes. Interesy lepiej załatwiać na bardziej… neutralnym gruncie.

– Lubię sama decydować o tym, gdzie i z kim prowadzę interesy, panie Kruz.

Artur potarł palcami podbródek pokryty lekkim zarostem, jakby potrzebował rozmasować zbyt mocno zaciśniętą szczękę. Zapewne zwykle kobiety szybko padały przed nim na kolana. Jednak nie miałam w zwyczaju przed nikim klękać i Kruz nie stanowił wyjątku od tej reguły, nawet jeśli był szalenie pociągający.

– Nalegam.

– Mam niewiele czasu – odparłam po namyśle, prostując plecy – ale postaram się znaleźć dla pana minutę. – Wyciągnęłam z kopertówki wizytówkę i mu ją podałam.

Kruz przełknął odpowiedź, jakby właśnie ktoś wcisnął mu do gardła gorzką pigułkę.

– Na drinka też się pani nie da namówić? – Po uważnym przestudiowaniu kartonika, schował go do wewnętrznej kieszeni marynarki i wskazał na roztańczoną salę.

Zawahałam się. Rozum podpowiadał inną odpowiedź niż ciało, lecz ostatecznie w tym wypadku wygrał rozsądek. Nie mieszałam pracy z przyjemnościami, a pójście na całość mogło nie skończyć się dobrze. Spędzenie z nim kolejnych godzin również. Pierwszy raz od dawna obawiałam się, że mogłabym ulec pokusie.

– Nie dzisiaj – odrzuciłam propozycję. Pokręciłam głową, a potem przygryzłam lekko wargę, gdy lodowe oczy pociemniały. Oczywiście ktoś taki jak Kruz nie przywykł do odmowy. Widziałam, jak cały się spina. Wzbierał w nim gniew, którego nawet nie próbował ukryć.

– Widzę, że nie będzie łatwo – mruknął, a następnie zupełnie niespodziewanie założył unoszony wiatrem kosmyk włosów za moje ucho. Odniosłam wrażenie, że taka śmiałość miała wprawić mnie w zakłopotanie i zmusić do potulności. – Nie należę do cierpliwych ludzi, ale czuję, że warto poczekać. Wyzwanie przyjęte. – Przesunął szybko opuszkami po linii mojej żuchwy, po czym opuścił rękę.

Niespodziewany prąd przeszył mnie na wskroś. Ten dotyk był tak nieoczekiwany, że nie byłam w stanie powstrzymać reakcji.

– Skupmy się na razie na biznesie – zaznaczyłam, niezwłocznie naprawiając błąd, jednak wewnątrz poczułam niepokój, który ścisnął mój żołądek. To było do mnie niepodobne; przez tego mężczyznę targały mną emocje, jakich nie czułam… chyba nigdy.

– Na razie… – Nieco złagodniał, mimo to w jego głosie wyczułam obietnicę czegoś więcej. – Miło było panią poznać, pani Leno. Mam nadzieję, że pani nie przestraszyłem? – szepnął, nachylając się w moją stronę. Wiedziałam dokładnie, co próbuje tym osiągnąć.

Zmienił taktykę, a ja zapragnęłam ulotnić się z tego miejsca, bo zaledwie chwile dzieliły mnie od podjęcia ryzyka.

– Nie, z całą pewnością nie.

Pokręciłam lekko głową, a Kruz ujął moją dłoń, znowu pocałował ją niczym prawdziwy dżentelmen, po czym wyprostował się i wbił wzrok w moje oczy. Jego spojrzenie było przenikliwe, elektryzujące, więc po krótkim uśmiechu odwróciłam się, by zniknąć z tarasu. Szłam powoli, nie pokazując, ile ostatnie minuty mnie kosztowały. Wróciłam do sali, którą opuściłam po chwili z nadal naburmuszonym Jakubem, kierując się do drzwi frontowych.

– Co ci tak śpieszno? – zapytał, kiedy przechodziliśmy przez długi, ciągnący się przez cały hotel hol, a ja przyśpieszałam co rusz kroku.

– Mam na dzisiaj dość. Wiesz, że ostatnio było dużo pracy, a kolejne tygodnie wcale nie zapowiadają się spokojniej. – Właściwie to nie było kłamstwo, dlatego gładko przeszło mi przez usta.

Skalski przytaknął bez dalszego wdawania się w szczegóły. Po tym, jak dotarliśmy windą na parter, poprosił, abym przeszła pod główne wejście, sam zaś skierował się do drzwi prowadzących na parking.

Wyszłam z hotelu i przystanęłam na schodach, czekając, aż po mnie podjedzie. Jedną dłonią przytrzymywałam szal, drugą próbowałam ujarzmić suknię targaną kołującymi powiewami wiatru. W tym samym momencie, w którym zobaczyłam samochód Jakuba, poczułam na karku dziwne mrowienie. Odwróciłam się i spojrzałam w górę, w stronę miejsca, gdzie przed chwilą podziwiałam panoramę miasta. Kruz wciąż stał na tarasie i kompletnie nie przejmował się tym, że na niego patrzę. Gapił się na mnie bez zażenowania. Nie dało się ukryć, że był cholernie przystojny, a jego tajemnicze spojrzenie pochłaniało. Fascynował mnie coraz bardziej. Odgarnęłam z twarzy włosy, chociaż na moje policzki wypełzł rumieniec i rozsądniejsze byłoby pozwolenie, by kosmyki nadal go zakrywały. Miałam tylko nadzieję, że z takiej odległości mężczyzna nie dojrzy mojego chwilowego zakłopotania.

Skinęłam mu głową, następnie przeniosłam wzrok na podjeżdżające auto. Jakub wysiadł i otworzył mi drzwi od strony pasażera. Wyglądało na to, że już się nie gniewał, ponieważ obdarzył mnie tym swoim przyjacielskim, łagodnym uśmiechem, a potem pomógł wsiąść.

– Znasz Artura Kruza? – zapytałam, kiedy Skalski usiadł na fotelu kierowcy, kątem oka zerkając na taras. Mężczyzna rozpłynął się w powietrzu.

– Zapewne tak samo jak i ty.

– Co o nim wiesz?

Potarłam zziębnięte uda, zakryte zaledwie cienką warstwą materiału, i podkręciłam ogrzewanie. Jakub uniósł brwi, na co wzruszyłam ramionami. Doskonale wiedziałam, że moje dreszcze nie były wywołane jedynie niesprzyjającą aurą.

– Nic szczególnego. Ma pieniądze, zna się na interesach i zawsze dopina swego. Dlaczego pytasz?

Sprawdził w lusterku, czy może ruszyć, po czym wyjechał z parkingu i płynnie włączył się do ruchu. Ulice Warszawy były już niemal puste, jednak po chodnikach wciąż przemieszczały się grupki rozbawionych ludzi. Czasami tęskniłam za beztroską zabawą, a jednocześnie nie wyobrażałam sobie innego życia niż to, które obecnie prowadziłam.

– Podszedł do mnie na tarasie. Pomyślałam, że może wiesz coś więcej. Pamiętaj, że jeszcze do niedawna siedziałam zamknięta w biurze… To Anna zawsze ogarniała kontakty.

– Do niedawna? – przerwał mi. – Lena, minęło już sporo czasu, odkąd… – Jakub zawiesił głos. Wiedział, jak ważna była dla mnie Anna. Zginęła zdecydowanie za wcześnie i niespodziewanie, w wieku zaledwie pięćdziesięciu lat.

Mała, samotna łza zakręciła się w kąciku mojego oka. Otarłam ją szybko, nie pozwalając sobie na niepotrzebne sentymenty. Od początku tłumiłam wszystkie emocje, które kłębiły się we mnie niczym gradowe chmury. Bałam się, że pewnego dnia wybuchną, jednak dopóki udawało mi się nad nimi panować, spychałam je na dno umysłu.

– Wiem dobrze, ile minęło. Temat uważam za zakończony. Jeśli dowiesz się czegoś ciekawego o Kruzie, to daj znać – prychnęłam. Liczyłam, że Jakub zauważył mój nastrój. Potrafił bezbłędnie wyczuć, kiedy zakładałam maskę obojętności, by ukryć pod nią tęsknotę i strach.

– A powiesz coś więcej? Coś ci zaproponował? – Tym razem nie dał za wygraną.

– Nie wyraziłam się jasno? Czy masz jeszcze coś ważnego do powiedzenia na jego temat?

– Oj, przestań się gniewać. Po prostu powinnaś ruszyć do przodu, Anna na pewno by tego chciała. I ty też powinnaś chcieć. Jesteś młoda, masz przed sobą całe życie.

Westchnęłam pod nosem. Jakub nie znał jej tak jak ja i najwyraźniej nie znał aż tak dobrze mnie. Ruszyłam do przodu. Dawałam z siebie wszystko, starałam się jak najlepiej zajmować stworzonym przez nią królestwem, co nie znaczyło, że miałam o niej zapomnieć.

– Wspominał coś o biznesie. Lubię wiedzieć, co mnie czeka, a w jego przypadku nie mam najmniejszego pojęcia. Przy bliższym poznaniu odniosłam wrażenie, że jest… dziwny.

– Dziwny to chyba nie najlepsze słowo, jeśli mówimy o tej samej osobie.

Odwróciłam się gwałtownie, by wyczytać cokolwiek z jego twarzy. Kuba ma wiele wad, ale na pewno też jedną niezaprzeczalną zaletę – doskonale zna się na ludziach.

– A jakie będzie najlepsze?

Mój zastępca przełknął mocno ślinę, a potem przelotnie na mnie zerknął. To wystarczyło, bym dojrzała w jego oczach ten niepokojący błysk.

– Niebezpieczny.

ROZDZIAŁ 2

Nikolaj

Wcześniej

Odpaliłem papierosa i mocno się nim zaciągnąłem, po czym wypuściłem powoli dym, jednocześnie bawiąc się zapalniczką. Kilka minut temu przyjechałem w wyznaczone miejsce, w którym ostatnio odbywało się przekazanie towaru. Stary magazyn, usytuowany na uboczu z dala od cywilizacji, idealnie się sprawdzał, nawet jeśli śmierdziało w nim moczem na kilometr. Rozejrzałem się po hali: po podłodze walały się puste butelki i śmieci, ale przynajmniej nikt poza żulami się tu nie zapuszczał.

Gdy usłyszałem wycie silnika, wyrzuciłem fajkę, przydeptałem ją butem, a następnie wyciągnąłem zza paska broń. Wymierzyłem w podjeżdżającą białą ciężarówkę, już z daleka widząc znajomą twarz kierowcy. Czekałem, aż zaparkuje, żebym mógł przejąć transport.

Gruby zatrzymał się tuż obok mojego czarnego dostawczaka, aby skrócić sobie drogę przeładunku. Zgasił silnik, wysiadł i wyciągnął w moją stronę tłustą łapę. Zerknąłem na niego spod byka, więc schował ją szybciej, niż wystawił. Tylne drzwi otworzyły się z hukiem; napiąłem ramię, celując prosto w wysiadającego faceta. Widząc kolejną znajomą gębę, opuściłem spluwę.

– Ile tego macie? – spytałem, wskazując na znajdujące się z tyłu paczki. Od razu zauważyłem, że brakuje przynajmniej jednej trzeciej.

– Dziesięć.

– Kurwa, miało być dwa razy tyle. – Potarłem twarz wierzchem dłoni, w której trzymałem pistolet.

– Problemy na granicy. Psy wywęszyły jeden z samochodów.

– Mieliście się, kurwa, przyłożyć do pakowania, ale woleliście w tym czasie pierdolić, co?

Wkurzyłem się. Przystawiłem lufę do jego czoła. Gruby zaczął się pocić jak świnia i wić, jakbym już zdążył odstrzelić mu jaja.

– Sokół, co ty odpierdalasz? Przecież wiesz, jak jest. Robimy, co możemy. – Trząsł portkami, tłumacząc się drżącym głosem.

Nienawidziłem słabości, bo w tym biznesie tacy ludzie szybko kończyli w piachu.

– Gówno mnie to obchodzi. Jeszcze jedna taka akcja i będziecie się cieszyć, jeśli pożegnacie się tylko z kasą. Dobrze wiesz, że już brakuje towaru.

Warknąłem pod nosem, po czym podszedłem do jednej z paczek i poszperałem wśród środków chemicznych, żeby znaleźć woreczek. Rozerwałem go, nabrałem trochę na palec, a potem wtarłem w dziąsła. Po ostatniej wpadce z jakimś gównem nie miałem zamiaru znowu narażać dupy.

– Wpakujcie to do mnie.

Po sprawdzeniu prochów wyciągnąłem z przedniego siedzenia torbę z kasą i odliczyłem połowę gotówki. Gruby z kumplem uwijali się jak w ukropie, żeby jak najszybciej odjechać. Oparłem się o maskę, wyciągnąłem fajkę i odpaliłem, czując, że w mojej kieszeni wibruje telefon. Wsadziłem papierosa do ust, a następnie odebrałem.

– Czto tam1?

– Sdelano2?

–Sejczas wyjezrzaju3.

– Prijechali nowyje, tak czto pospieszy. Zawtra delaem perebros4.

Rozłączyłem się i schowałem telefon do kieszeni. Kiedy wszystko zostało przeładowane, a ciężarówka zniknęła za zakrętem, wyjechałem z magazynu. Na zewnątrz było już ciemno, ulice skrzyły się od pokrywającej je cienkiej warstwy lodu.

– Jebana zima – mruknąłem do siebie, podkręcając ogrzewanie, po czym zacisnąłem palce na kierownicy.

Normalnie pokonywałem tę trasę dużo szybciej, teraz nie mogłem ryzykować. Przez wypadek bylibyśmy w głębokiej dupie. Do przejechania miałem jakieś siedemdziesiąt kilometrów, jednak jeśli unikało się uczęszczanych szlaków, podróż zajmowała więcej czasu. Skręciłem ostro w szosę prowadzącą przez las. Włączyłem radio i skupiłem się na jeździe. Po godzinie dotarłem w pobliże Sanoka do gościa zajmującego się dalszą dystrybucją. Zgasiłem światła i jechałem powoli, jak zawsze zatrzymując się na skraju lasu, żeby najpierw sprawdzić teren.

Wyciągnąłem drugą broń ze schowka, po czym ostrożnie wysiadłem z auta. Pieprzony śnieg skrzypiał pod nogami, przecinając głuchą ciszę. Miałem złe przeczucia. Było za spokojnie.

Zakradłem się na tyły domu i zajrzałem przez okno, cały czas trzymając przed sobą wyciągniętego glocka. Poturbowany Szeryf siedział przywiązany do krzesła, a jakiś łysy frajer celował w jego głowę.

Zacisnąłem szczękę, mocno chwytając pistolet oburącz. Rozejrzałem się, a następnie sprawdziłem podwórko. Nikogo więcej nie było. Mogłem odjechać, ale, kurwa, lubiłem gościa. Był zabawny. Poza tym sprawdzał się i miał dobre kontakty.

Wszedłem do środka, nie bawiąc się w ceregiele. Wycelowałem w łysego, który natychmiast skierował swoją broń na mnie.

– No, ja pierdolę, nareszcie – wyrzęził łysy. – Ileż można czekać? – powiedział głośniej. Kątem oka dojrzałem ruch po prawej stronie. Z drugiego pomieszczenia wyszedł kolejny napakowany kark.

Przewróciłem oczami. Myślałem, że konkurencję – bo obstawiałem, że to jeden z lokalnych dilerów ich nasłał – stać na coś lepszego.

– Nie jestem dziś w nastroju na zabawę, naprawdę, panowie. – Uśmiechnąłem się, gdy ten z prawej podszedł bliżej. Czekałem tylko na dobry moment.

– Dawaj broń, kurwo. I gadaj, gdzie masz towar, który miałeś przywieźć temu śmieciowi.

– Może trochę kultury?

– Spierdalaj, gnoju. Tutaj to my ustalamy reguły.

Moja cierpliwość się kończyła.

Nim łysy numer dwa zdążył zajarzyć, co się dzieje, dostał z pięści w szczękę, a ja, korzystając z zamieszania, wyciągnąłem zza paska drugą broń. Miałem ich obu na celowniku. Pokręciłem głową z zażenowaniem, bo mięśniak trzymający pistolet nawet nie drgnął.

– Powiedziałem „grzeczniej”, panowie – warknąłem, wymachując spluwą.

– Pożałujesz tego – syknął ten, którego uderzyłem, zginając się wpół i plując krwią. – Kurwa, wybiłeś mi zęba, chuju… Zabiję cię! – Szarpnął się, ale widząc wycelowaną wprost w jego czoło lufę, stanął jak wryty. W ich przypadku za górą mięśni nie podążało wysokie IQ ani nawet odwaga. Byli mocni w gębie i nic więcej.

– Spróbuj szczęścia… – Zaśmiałem się, bo takie czcze groźby mnie bawiły. – Kto was przysłał?

– To ludzie Mokrego, widziałem tatuaż. – Szeryf nagle obudził się z transu, w którym tkwił, odkąd wszedłem.

Skoro już to wiedziałem, nie potrzebowałem więcej wyjaśnień. I oni też to zrozumieli. Mieli na tyle rozsądku, żeby zorientować się, co to dla nich oznacza. Łysy z pistoletem zaczął się wycofywać. Gdy zauważył, że mu się przyglądam, pchnął w naszą stronę stół, w tym samym czasie strzelając na oślep i podążając do drzwi. Pierwsza kula trafiła gdzieś dwa metry ode mnie, kolejne znacznie bliżej, jednak nadal nie na tyle, żebym mógł dostać. Mokry był idiotą i jego ludzie także. Kopnąłem krzesło Szeryfa, tak aby mężczyzna nie siedział na linii ognia, a potem schyliłem się za komodą, bo łysy nadal nie odpuszczał. Mógł po prostu uciec, ale nie skorzystał. Schował się w drugim pokoju. Słysząc, jak przeładowuje magazynek, unieruchomiłem postrzałem w udo tego drugiego, wciąż oszołomionego uderzeniem i przypatrującego się tępo temu, co się dzieje.

– Kurwa, ja pierdolę! – wrzasnął, upadając na podłogę.

– Nie rób głupot, to przeżyjesz. Masz tu zostać – rzuciłem do niego i pobiegłem za tym pierwszym. Obaj wylecieliśmy na zewnątrz, mierząc do siebie z odległości kilku metrów.

Wystrzeliłem, zanim on zdążył dobrze wycelować.

Krew rozbryzgała się na śniegu.

Podszedłem powoli, żeby sprawdzić, czy nie żyje. Nie musiałem strzelać ponownie. Facet nie oddychał.

– Zatroszczysz się o swojego kolegę – odezwałem się do ran­nego gościa zaraz po powrocie do środka i zacząłem rozwiązywać Szeryfa. Kark skrzywił się, ale posłusznie wykuśtykał z domu, mocno uciskając postrzeloną nogę. Za budynkiem znajdowało się urwisko prowadzące wprost do rzeki. Znalazłem odpowiedni rów, do którego łysy sturlał ciało, a następnie zakrył wszystko gałęziami. Właściwie wątpiłem, by ktoś trudził się poszukiwaniami; chałupa stała na zadupiu, a lokalna policja była dobrze opłacana. Mokry zapewne też nie potrzebował tego typu kłopotów. Mogłem spać spokojnie.

Po skończonej robocie łysy osunął się na grunt i skulił, jakby czekał na egzekucję.

– Spierdalaj i powiedz Mokremu, że jeśli jeszcze raz wejdzie na nasze terytorium, dostanie to, czego chce. Pierdoloną wojnę. A ty, jeśli piśniesz choć słówko o swoim koleżce, skończysz tak jak on, zrozumiałeś?

Frajer kiwnął głową, po czym pokuśtykał, mamrocząc coś pod nosem, jednak gdy tylko znalazł się poza ogrodzeniem, przyśpieszył, jakby nagle dostał jakichś supermocy.

– Wyjedź gdzieś – powiedziałem do Szeryfa po powrocie do domu. – Mokry może tak łatwo nie odpuścić. Za jakiś czas się z tobą skontaktuję, to ustalimy, co i jak. A, i poinformuj kogoś, że pojechałeś na wakacje, żeby nikt nie zaczął cię szukać.

Mężczyzna przytaknął. Trzymał się na nogach o własnych siłach, więc musiał radzić sobie dalej sam, mimo że nie wyglądał dobrze. Jego bluza była przesiąknięta krwią, podobnie jak jedna z nogawek. Jednak nie mogłem mu bardziej pomóc. Nie miałem czasu.

Schowałem spluwy, a następnie wyszedłem z domu.

Wyciągnąłem telefon i dałem znać o zmianie planów.

Po niespełna pół godzinie wjechałem na odśnieżone podwórko obok starego, piętrowego domu, który znajdował się – podobnie jak poprzedni – na odludziu. Z daleka było widać odłażącą płatami farbę oraz połatany dach. Ruda czekała na mnie już na zewnątrz, przynajmniej tym razem nie musiałem się bawić w podchody.

– Dawno się nie widzieliśmy – mruknęła, próbując mnie pocałować. Odsunąłem ją, bo nie lubiłem mieszać interesów z prywatą. Spojrzałem na nią chłodno. – Co jest, nadal taki zimny drań? – Uśmiechnęła się zalotnie i puściła do mnie oko. Miała za mocny makijaż, przez co wyglądała jak dziwka, ale bywałem u niej tak rzadko, że miałem to w tej chwili w dupie.

– Nie zapędzaj się. – Zgromiłem ją wzrokiem.

Ruda zrobiła krok do tyłu, kręcąc głową.

– Czyli nie przyjechałeś do mnie… – Wskazała na samochód. Widziałem w jej oczach nadzieję i mimo że już na początku jasno określiłem warunki, z każdym kolejnym razem było jej więcej.

– Mam paczki, wszystko tak jak ostatnio. – Potarłem palcami oczy. Ruda za bardzo się angażowała, a ja nie mogłem na to pozwolić. Nie potrzebowałem żadnych komplikacji. Ani tym bardziej nikogo, kto mógłby stać się łatwym celem dla moich wrogów.

– Okej, garaż jest pusty. Zrobię coś do picia.

Przytaknąłem, obserwując, jak znika w domu. Nim zamknęła drzwi, obejrzała się przez ramię i spojrzała na mnie, zakładając za ucho rude loki.

– Zmyj to gówno, przecież wiesz, że wolę cię bez tego.

– To mnie stąd zabierz, żebym nie musiała tak wyglądać – rzuciła smutno na odchodne.

Oboje wiedzieliśmy, że to niemożliwe.

Zacisnąłem usta, po czym bez słowa wsiadłem do auta.

Gdy uwinąłem się z robotą i wszedłem do środka, Ruda siedziała w kuchni.

– To krew? Mam nadzieję, że nie twoja. – Przytknęła palec do mojej kurtki w miejscu, gdzie było widać kilka czerwonych kropek.

Wzruszyłem ramionami, unosząc brew. Czekało mnie spalenie kolejnych ciuchów.

– Rozumiem, komplikacje. Zostaniesz na noc? – spytała, biorąc do ręki parującą kawę. Druga, w dużym kubku, czekała na mnie.

– Nie mam czasu. Odłóż to. – Podszedłem i oplotłem dłonią miedziane włosy zaraz po tym, jak Ruda wykonała polecenie. Pociągnąłem je tak, żeby odgięła głowę do tyłu. Podobało mi się, że nie miała na sobie już tego całego kolorowego syfu. Nachyliłem się, całując jej rozchylone, wilgotne usta. Jedną dłoń wsunąłem pod sweter i chwyciłem za pierś, orientując się, że nie ma stanika.

– Czegoś jeszcze nie założyłaś? – spytałem, drażniąc i ściskając kolejno sterczące brodawki.

– Sam się przekonaj – wyszeptała wprost w moje usta.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Lubiłem te jej gierki. Nakręcały mnie.

W końcu wyciągnąłem rękę i puściłem ją, żeby mogła się rozebrać. Dzięki temu, że tańczyła w klubie na rurze, miała doskonałe ciało, z którym potrafiła robić cuda. Zrzuciłem kurtkę, a następnie ściągnąłem przez głowę bluzę.

Ruda szybko zrozumiała, co ma zrobić, więc wstała i wskazała na sypialnię.

– Mówiłem, nie mam czasu – warknąłem, chwytając ją za nadgarstek. Zmrużyła oczy, jednak na jej ustach zagościł przebiegły uśmiech. Przyciągnąłem do siebie jej drobne ciało, po czym pchnąłem ją na stół. Kubek spadł na podłogę, roztrzaskując się z hukiem.

– A ja tak się starałam, żeby była taka, jak lubisz – sapnęła, rozpinając powoli spodnie.

– Będziesz miała jeszcze szansę się wykazać. – Założyłem ręce na klatce piersiowej, obserwując, jak zaczyna swój spektakl…

ROZDZIAŁ 3

Lena

Dni wypełnione po brzegi pracą mijały w zawrotnym tempie. Zanim się obejrzałam, zbliżał się kolejny weekend. Wstałam od biurka i, zerknąwszy do kalendarza, mruknęłam z niezadowoleniem pod nosem. Całkiem zapomniałam o wernisażu, na który umówiłam się z najlepszą przyjaciółką. Pola namawiała mnie na niego dość długo, więc nie mogłam w ostatniej chwili zrezygnować. Zostawiłam swojej asystentce dyspozycje dotyczące następnego tygodnia i zjechałam windą na parter.

Po wyjściu z pracy od razu pojechałam do domu. Musiałam się odświeżyć, przede wszystkim zaś zmienić ubranie na coś mniej sztywnego. Niedługo potem w małej czarnej, szpilkach i marynarce w kolorze butelkowej zieleni wsiadłam do taksówki, by zgarnąć Polę spod jej domu, a później udać się do klubu, w którym odbywała się wystawa.

– Przepraszam za spóźnienie, ale ostatnio wszystko mi się sypie. Spotkanie za spotkaniem. W laboratorium mieliśmy awarię, a do tego mam na głowie nowe zlecenia. – Pocałowałam ją w policzek, gdy usiadła na tylnej kanapie obok mnie.

– Nie ma sprawy, rozumiem. Cieszę się, że przyjechałaś. – Pola należała do najbardziej wyrozumiałych osób na świecie. Wiedziała, że moje życie ostatnio kręci się wokół pracy, że muszę dawać z siebie wszystko, inaczej nigdy nie zdołałabym dorównać Annie.

Kiedy weszłyśmy do klubu, Pola szybko oddała swój płaszcz i pobiegła porozmawiać z autorką prac. Znały się dobrze, moja przyjaciółka wspierała ją od dawna, więc chciałam dać im trochę czasu na plotki. Po wyjściu z szatni skierowałam się do toalety, gdzie poprawiłam makijaż, po czym na spokojnie podeszłam do bufetu. Miałam sucho w ustach i pusto w żołądku. Wsunęłam do ust owsiane ciastko, do drugiej ręki biorąc sok. Gdy gwałtownie odwróciłam się w stronę wystawy, moja szklanka zderzyła się z czymś twardym. Wiśniowy napój chlusnął na białą koszulę i moją czarną sukienkę. O ile ta ostatnia była do uratowania, o tyle jasny materiał nie wyglądał zachęcająco. Plama była naprawdę pokaźnych rozmiarów. Uniosłam wzrok, natychmiast napinając mięśnie. Napotkawszy rozbawienie w oczach właściciela stalowego torsu, odetchnęłam z ulgą.

– Cóż za spotkanie.

Artur wyjął szklankę z mojej dłoni i odstawił ją na stół. Zabrał z niego kilka serwetek, następnie zaczął wycierać najpierw mój biust, a potem swoje ubranie. Wszyscy dookoła gapili się na nas z dziwną konsternacją. Miałam wrażenie, że kelner, który obsługiwał gości, przestał na moment oddychać. Nie byłam pewna, czy to sytuacja, czy Artur tak działał, jednak poczułam na sobie badawcze spojrzenia.

– Przepraszam – wymamrotałam, odzyskując panowanie nad głosem, zaraz po tym, jak udało mi się odchrząknąć, aby oczyścić gardło.

– Nic się nie stało. Mam zapasową koszulę w aucie. To też moja wina, nie powinienem był stawać tuż za panią. – Uśmiechnął się jedną stroną ust, a jego oczy rozbłysnęły nieodgadnionym blaskiem.

– Oczywiście pokryję koszty…

– Nie ma takiej potrzeby – przerwał mi. – Ale w ramach rekompensaty może w końcu da się pani namówić na spotkanie.

– W sprawie interesów?

– A musimy już teraz o tym decydować? – Artur znalazł się niebezpiecznie blisko. Pachniał przyjemnie, męsko, świeżo… Zrobiłam krok do tyłu. Mężczyzna szybko złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie.

Zgromiłam go wzrokiem.

– Stół – wypowiedział pewnie, na co zamrugałam zdezorientowana. – Wpadłaby pani na niego.

– Oczywiście. – Zmrużyłam oczy, po czym odsunęłam się w bok, tak by odzyskać odpowiednio dużą przestrzeń osobistą. Dotyk mężczyzny przyprawił mnie o szybsze bicie serca. – Lubi pan sztukę współczesną, panie Kruz? – spytałam, pragnąc zmienić jak najszybciej temat i zapomnieć o tym, co stało się przed chwilą.

– To też, ale jestem tu, ponieważ to mój klub, musiałem dopilnować kilku rzeczy. – Mrugnął porozumiewawczo.

– Jak widać, wciąż niewiele o panu wiem. – Wzięłam kieliszek z szampanem, który mi podał, i lekko nim zakołysałam, zanim upiłam łyk.

– Musimy to zmienić. – Artur wpatrywał się we mnie tym samym świdrującym wzrokiem, który na przyjęciu powodował, że topniałam. – W końcu coś pani ostatnio obiecałem.

– Szefie. – Z zaplecza wyszedł wysoki, łysy mężczyzna w czarnym garniturze, pod którym miał ciemny golf. – Mamy problem.

Kruz odwrócił się w jego stronę z zaciśniętą szczęką i posłał mu mordercze spojrzenie, po czym zwrócił się z powrotem do mnie, kompletnie zmieniając wyraz twarzy.

– Proszę się tym zająć i… zadzwonić. Chętnie się z panem spotkam. – Zauważyłam, że Pola do mnie macha, żebym w końcu do niej dołączyła. – A teraz przepraszam, muszę wrócić do przyjaciółki.

– Oczywiście, nie będę pani zatrzymywał. Do usłyszenia.

Pożegnałam się, a następnie spojrzałam na swoją sukienkę. Plama na szczęście nie była widoczna. Podbiegłam do Poli i serdecznie pogratulowałam autorce wystawy. Kiedy obejrzałam się przez ramię, Kruza już nie było. Więcej tego wieczoru go nie spotkałam.

***

Gdy dotarłam pod dom, szybko zapłaciłam za kurs i wyskoczyłam z samochodu, żegnając się ze znajomym taksówkarzem. Wyciągnąwszy z torebki pilota do bramy, wcisnęłam guzik, ale ta ani drgnęła. Mruknęłam pod nosem i szarpnęłam za metalowy pręt. Dopiero po kilku próbach ustrojstwo zaczęło działać. Byłam zmęczona, więc zrzuciłam wysokie szpilki z nóg i, trzymając buty w ręku, ruszyłam w stronę posiadłości. Uważałam, żeby na nic nie nadepnąć, jednak widząc bukiet czerwonych róż leżący na stoliku przed domem, straciłam czujność i skaleczyłam stopę o drobny, ostry kamień.

– Cholera! – syknęłam, łapiąc się za obolałe miejsce. Pomimo że drogę oświetlało kilka lamp, nie byłam w stanie stwierdzić, czy coś utkwiło w ranie. Utykając, pokonałam cztery schodki i podeszłam do nieszczęsnych kwiatów.

To był już kolejny raz, kiedy kurier po prostu wszedł na mój teren i zostawił coś w byle jakim miejscu. Pokręciłam głową. Zabrałam bukiet do środka, gdzie rzuciłam go wraz z torebką na blat w kuchni, po czym usiadłam na krześle, by ocenić na ile poważne jest przecięcie. Na szczęście rozdarłam jedynie naskórek, dlatego uważając na to miejsce przy chodzeniu, podążyłam do łazienki. Zsunęłam z siebie sukienkę oraz bieliznę, a następnie wzięłam gorący prysznic. Stojąc pod strumieniem, mimowolnie pomyślałam ponownie o Kruzie. Niezaprzeczalnie gość miał w sobie coś kuszącego. I nawet nie chodziło o to, że jest przystojny, raczej o pewność siebie i sposób bycia. Cóż, Pola powiedziałaby pewnie, że po prostu dawno nie miałam faceta i powinnam w końcu się z kimś spotkać. A raczej dać się porządnie przelecieć.

A ja chyba musiałabym przyznać jej rację.

Brakowało mi faceta.

Na jedną noc.

ROZDZIAŁ 4

Lena

Obudziłam się wraz ze wschodem słońca, na długo przed dzwonkiem budzika. Nie lubiłam marnować czasu. Szybko rozciągnęłam mięśnie, po czym usiadłam w skotłowanej pościeli i jeszcze raz wykonałam kilka ćwiczeń, aby rozruszać kark oraz ramiona. Po wczorajszym maratonie moje ciało protestowało, ale nie zamierzałam spędzać wolnego dnia na leniuchowaniu, nawet jeśli moją głowę gnębił lekki kac. Pola przez cały wieczór poiła mnie winem, więc dodatkowo miałam Saharę w ustach. Upiłam parę łyków wody mineralnej, gasząc pragnienie, a po chwili wyskoczyłam z łóżka i otworzyłam na oścież drzwi balkonowe. Rześkie, pachnące trawą powietrze podziałało pobudzająco. Oparłam się o futrynę, chłonąc przyjemny widok.

Gdy zwijałam włosy w luźny kok, zwróciłam uwagę na ścianę ozdobioną ulubionymi zdjęciami. Jedno z nich, na którym miałam jakieś siedemnaście lat i właśnie wychodziłam na pierwszą poważną imprezę, spadło na podłogę. Przypięłam je pinezką, jednocześnie sunąc wzrokiem po reszcie fotografii. Każda przypominała mi o jakimś ważnym momencie życia. Mimowolnie uśmiechnęłam się, kiedy spojrzałam na tę, gdzie wraz z Anną siedziałam w laboratorium i testowałam nowy krem dla nastolatek. To wtedy poczułam się częścią czegoś wielkiego.

Potrząsnęłam głową, bo nie miałam zamiaru się rozklejać. Zeszłam na dół, by zaparzyć ulubioną, aromatyczną kawę. Uwielbiałam jej zapach o poranku, szczególnie jeśli mogłam wypić ją w spokoju. Upiwszy łyk smolistego napoju, wyciągnęłam z lodówki owoce oraz jogurt, a po drodze do stołu włączyłam wiadomości. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł przez moje ciało. Pojawił się znikąd i sprawił, że poczułam się nieswojo.

Przez kilka minut krzątałam się po kuchni, cały czas mając wrażenie, że coś jest nie tak. Gość w telewizji opowiadał o udanej akcji Centralnego Biura Śledczego, podczas której policjanci udaremnili wprowadzenie na rynek siedmiu kilogramów narkotyków. Uniosłam głowę, słuchając z uwagą mężczyzny w kominiarce i ciągle nie mogąc pozbyć się tego dziwnego przeczucia.

Rozejrzałam się dookoła, uważnie obserwując otoczenie. Nowoczesne szafki, ogromna wyspa kuchenna, a nawet kosz pełen owoców – wszystko zdawało się takie jak zawsze. I nagle ten przerażający obraz wskoczył na swoje miejsce. Zwróciłam się naprawdę powoli w stronę kwiatów.

Wczoraj zostawiłam róże na blacie. Byłam tego pewna na sto procent.

A teraz bukiet znajdował się w jednym z kolorowych wazonów, które dostałam od przyjaciółki.

Cholera!

Jak mogłam od razu tego nie zauważyć?

Ktoś był w moim domu, gdy spałam…

Niemal osunęłam się na podłogę, nogi odmówiły mi posłuszeństwa, sprawiając, że musiałam oprzeć się o szafkę. Przymknęłam powieki, by odzyskać równowagę, i ucisnęłam nos u nasady. Gdy wróciła mi świadomość, otworzyłam z powrotem oczy i ponownie rozejrzałam się nerwowo po kuchni. Wyciągnęłam największy nóż z szuflady, a następnie ruszyłam po komórkę. Stąpałam na palcach, jakby podłoga mnie parzyła. Wzdłuż mojego kręgosłupa spłynęła strużka zimnego potu, co przyprawiło mnie o silne dreszcze. Wmawiałam sobie, że to jakiś głupi żart Jakuba albo Poli.

Albo kogokolwiek innego.

Ale doskonale wiedziałam, że bardziej prawdopodobna jest inna możliwość.

Ktoś wszedł bez pozwolenia do mojego domu i wsadził te pieprzone kwiaty do wazonu. Spojrzałam na drzwi. Nie pamiętałam, czy zamknęłam je po powrocie.

Usilnie próbowałam dokładnie przypomnieć sobie poprzedni wieczór, jednak za żadne skarby nie kojarzyłam, czy przekręciłam zamek. Byłam tak skupiona na innych rzeczach, że mogło mi to wylecieć z głowy.

– Jest tu ktoś?! – krzyknęłam pełna nadziei, że któreś z moich przyjaciół nagle wyskoczy, wrzeszcząc: „dałaś się wkręcić”. – Pola? Jakub?

Odpowiedziała mi zatrważająca cisza, zakłócana jedynie moim świszczącym oddechem. Wydawało mi się, że minęły wieki, nim w końcu dotarłam do torebki, w której wcześniej schowałam telefon. Leżała dokładnie tam, gdzie ją zostawiłam. Wzięłam to za dobry omen. Wyciągnęłam aparat i przesunęłam palcem po ekranie, by szybko go odblokować. Ręce drżały mi tak mocno, że zajęło to całą wieczność. Zirytowana własnym nieopanowaniem, jakimś cudem wreszcie wybrałam numer Jakuba.

Weź się w garść, Lena. To tylko jakiś cholerny bukiet.

Chyba że to zdjęcie… Nie, nie… To był przypadek. Musiało samo spaść.

Powtarzałam to w myślach jak mantrę.

Nie mógł wejść do sypialni. Być tak blisko.

Poczułam silne mdłości.

– Tak? – mruknął w końcu zaspanym głosem Kuba.

– Powiedz, że to ty – poprosiłam, nadal rozglądając się po domu. Poza tymi okropnymi kwiatami nie zauważyłam niczego dziwnego. Szarpnęłam za klamkę, gdy tylko podeszłam do drzwi. Były otwarte.

Cholera do kwadratu.

– Co ja? – spytał, ziewając.

– Byłeś u mnie rano? Serio, Jakub, bo właśnie prawie dostałam zawału, więc jeśli to ty, to po prostu powiedz. Nie będę się nawet wściekać, chociaż to nie jest pieprzony pierwszy kwietnia.

Krążyłam dalej po domu, pomimo że rozum podpowiadał mi, żebym wsiadła do auta i jechała na policję. Z drugiej strony, jeśli ten ktoś chciałby mi coś zrobić, miał w nocy doskonałą okazję. Skoro jeszcze żyłam, raczej nie zamierzał mnie skrzywdzić.

Jeszcze?

– Nie wiem, o czym mówisz, Lena. Spałem. Kurwa, jest sobota, siódma rano, a ty, zamiast powiedzieć, co jest grane, robisz jakieś dziwne podchody. – Zwykle łagodny Jakub zaczął się irytować, a to sugerowało, że rzeczywiście nie wiedział, o co chodzi.

Trzymając przed sobą nóż w drżącej ręce, zaglądałam do kolejnych pomieszczeń.

– Ktoś wszedł do mojego domu. Właśnie sprawdzam łazienkę na parterze.

– Co? Czyś ty postradała rozum?! Lena, cholera, zamknij się gdzieś i nie wychodź! – krzyknął do słuchawki. – Zaraz będę.

– Dzwonię na policję – westchnęłam.

Powinnam zrobić to jako pierwsze, jednak gdzieś w głębi wierzyłam w bardziej optymistyczną wersję. Mimo to każdy szmer wywoływał nowe fale nudności, a reakcja przyjaciela sprawiła, że ścisnęło mnie w żołądku. Tak właściwie to miałam wrażenie, że wnętrzności wywróciły mi się na drugą stronę.

– Jeszcze tego nie zrobiłaś? – zapytał z przerażeniem.

– Nie, zadzwonię najpierw do Poli, może jakimś cudem to ona – powiedziałam głosem pełnym nadziei, po czym pośpiesznie się rozłączyłam. Przez moment zastanawiałam się, kto jeszcze mógł tu wejść. Szybko doszłam do wniosku, że w moim życiu nie było więcej takich osób.

Wybrałam numer przyjaciółki i czekałam, aż odbierze, nerwowo uderzając czubkiem noża w szafkę.

– Hej, Lena. Tylko nie mów, że odwołujesz spotkanie, bo właśnie wyciskam z siebie siódme poty w parku, żeby potem móc zjeść deser – sapnęła rozbawiona, nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

– Byłaś dzisiaj u mnie?

– Eee. Ale jak? Nie bardzo rozumiem.

– Tak myślałam. Chyba miałam włamanie. To znaczy… nie do końca włamanie.

Oparłam się o umywalkę i otarłam czoło wierzchem dłoni, w której nadal trzymałam nóż, a raczej tasak, bo ostrze było ogromne. Całe ubranie się do mnie kleiło, podobnie jak włosy. Próbowałam schłodzić twarz zimną wodą.

– Matko, nic ci nie jest? Mogę być za dziesięć minut.

– Jakub już tu jedzie. Muszę zadzwonić na policję.

– Jak to możliwe, że alarm nie zadziałał?

– Cholera… – Nagle doznałam olśnienia. – Nie włączyłam go wczoraj. Skaleczyłam sobie stopę i całkiem wyleciało mi z głowy – jęknęłam z zażenowaniem. – Nawet nie wiem, czy zamknęłam drzwi, w każdym razie teraz są otwarte…

– Okej, ale to i tak nie uprawnia kogokolwiek do włażenia do twojego domu. Widziałaś coś?

– Nie, po wystawie spałam jak zabita. Zorientowałam się dopiero przed chwilą, ale opowiem ci wszystko, jak się spotkamy, okej? Muszę zadzwonić na tę cholerną policję.

Nagle usłyszałam jakiś trzask. Odwróciłam się raptownie w stronę, z której dochodził, i mocnej zacisnęłam palce na nożu. Wyciągnęłam go gwałtownie przed siebie. Serce szalało w klatce piersiowej tak mocno, że niemal czułam, jak obija się o żebra, a skronie pokryły się jeszcze większą ilością kropli potu. Zalała mnie fala paniki. Błagałam w myślach, żebym nie musiała stanąć oko w oko z jakimś psycholem.

Nie chciałam zginąć we własnym domu.

Liczyłam na coś bardziej spektakularnego.

Wyjrzałam zza drzwi i wtedy zauważyłam moją kotkę bawiącą się puszką.

To tylko Kicia.

Otarłam pot z czoła, oddychając z ogromną ulgą. Kiedy Kicia mnie spostrzegła, porzuciła zabawkę i zaczęła skradać się po korytarzu z wysoko uniesionym ogonem i bystrym wzrokiem wlepionym w nóż. Pewnie myślała, że naszykuję jej coś do jedzenia.

– Lena? Lena, jesteś tam?! – krzyknęła Pola do słuchawki.

– Tak, jestem, to Kicia. Dawno tak nie panikowałam. – Zrobiłam głęboki wdech, próbując pozbyć się tego okropnego napięcia. Zwykle zachowywałam się mniej histerycznie, ale lekki kac chyba działał na moją niekorzyść.

– Dzwoń na policję, Lena!

– Okej, już dzwonię, chociaż…

– Lena! Bo sama zaraz zadzwonię! Obiecaj, że tego tak nie zostawisz.

Potarłam ścierpnięty kark. Na samą myśl o policji miałam ochotę strzelić sobie w kolano. Śmierć rodziców, a potem Anny skutecznie zraziła mnie do kontaktów z tą instytucją.

– Dobra, obiecuję – odparłam i szybko przerwałam rozmowę, by wykonać kolejny telefon, choć od rezygnacji dzielił mnie zaledwie krok.

Na szczęście połączenie nastąpiło błyskawicznie, a wywiad, który przeprowadziła dyżurna, był całkiem znośny. Policjantka zapewniła, że ktoś zaraz przyjedzie, więc nie pozostało mi nic innego jak poczekać na patrol.

Po wyjściu z łazienki minęłam hol, po czym wróciłam do kuchni, zatrzymując się w części jadalnej. Podeszłam do kociaka i wzięłam go na ręce, wcześniej kładąc nóż na stole. Kicia zamruczała cicho, łasząc się jak zwykle.

– Hej, a może ty widziałaś, kto wszedł do naszego domku, co? – Zielone oczyska wpatrywały się we mnie ze zrozumieniem. Czasami odnosiłam wrażenie, że ona dokładnie zdaje sobie sprawę z tego, co do niej mówię. – Szkoda tylko, że nawet jeśli, to i tak nic nie powiesz.

Upewniwszy się, że dom jest pusty, i po pobieżnym sprawdzeniu, czy nic nie zginęło, wróciłam do sypialni, żeby się przebrać. Dopiero kiedy byłam ubrana, spojrzałam w lustro. Powinnam czuć przerażenie, ale tak naprawdę myślałam już tylko o tych wszystkich pytaniach, które usłyszę od policji. Przerabiałam to, więc wiedziałam, że to nic przyjemnego. Na samą myśl dostałam gęsiej skórki i zaczęłam żałować, że w ogóle tam zadzwoniłam.

Wtedy wiedziona jakimś impulsem zerknęłam w okno. W oddali coś błysnęło. To mogło być wszystko. Czysty przypadek, prawda?

Tylko dlaczego to cholerne uczucie, że ktoś mnie obserwuje, nie chciało mnie opuścić?

ROZDZIAŁ 5

Lena

Słysząc dzwonek domofonu, odchyliłam na moment głowę i rozmasowałam twarz, a potem zerknęłam na fotografie.

To musiał być przypadek, zapewniłam się ponownie w myślach.

Ten ktoś nie mógł tu wejść. Nie tak blisko.

Wyszłam z garderoby, minęłam sypialnię i hol, by zejść po schodach na parter. Powoli stawiałam kolejne kroki, jakbym mogła tym odwlec nieuniknione. Otworzyłam domofonem bramę, po czym wyjrzałam przez okno; nieoznakowany samochód zmierzał w stronę domu. Zaraz za nim na teren mojej posiadłości wjechał czarny SUV Jakuba.

Z ciężkim sercem uchyliłam drzwi i wyszłam przed budynek. Mężczyzna, który wysiadł z pierwszego auta, wyglądał na kilka lat starszego ode mnie, mógł mieć jakieś trzydzieści pięć, może trzydzieści siedem lat. Spojrzał przyjaźnie, a następnie podszedł i przywitał się ze mną, pokazując dokumenty.

– Dzień dobry, podkomisarz Sebastian Cichy. To pani dzwoniła w sprawie włamania? – Jego uścisk był mocny, a skóra ciepła i nieco szorstka. Zielone oczy, otoczone siateczką drobnych zmarszczek, wpatrywały się we mnie przyjaźnie. Mężczyzna sprawiał wrażenie godnego zaufania, mimo to wciąż czułam dyskomfort związany z tym, co mnie czekało.

W tym momencie z auta wygramolił się drugi policjant. Mruknął pod nosem nazwisko i zaczął przypatrywać się ogrodzeniu oraz drodze prowadzącej na tył domu.

– Lena Mejer. Tak, to ja dzwoniłam. Jestem wdzięczna za szybkie przybycie.

Cichy uśmiechnął się i wskazał na drugiego funkcjonariusza:

– Kolega się rozejrzy, a ja chciałbym z panią porozmawiać, dobrze?

– Proszę.

Gestem dłoni pokazałam, aby wszedł do środka. Uśmiechnęłam się blado do Jakuba, który właśnie wskakiwał po schodkach, po czym ruszył za nami do domu.

– Wszystko w porządku? – zapytał, gdy stanęliśmy we trójkę w kuchni.

Kiwnęłam głową i podeszłam do policjanta. Rozglądał się z tajemniczym grymasem na twarzy, jakby szukał oczywistych śladów włamania, których i tak nigdzie nie było.

– Pan to? – spytał Jakuba, nawet na niego nie spoglądając. Skalski uniósł wysoko brwi.

– To mój przyjaciel i współpracownik, Jakub Skalski. Zadzwoniłam do niego, gdy zorientowałam się, co się stało – wyjaśniłam.

– Proszę powiedzieć, co się wydarzyło – Cichy przytaknął, wyciągając notes oraz długopis, które położył na kuchennym blacie, po czym ściągnął kurtkę, odsłaniając dżinsową koszulę.

– Wczoraj, gdy wróciłam z wystawy, zauważyłam na stoliku przed wejściem bukiet kwiatów. Szłam bez butów i nadepnęłam na jakiś kamień, raniąc delikatnie stopę. Chcąc jak najszybciej się nią zająć, rzuciłam kwiaty na blat i poszłam do łazienki. Potem całkiem o nich zapomniałam. – Mężczyzna słuchał mnie uważnie, ze zmarszczonym czołem wpatrując się w moje usta. – Rano, kiedy przyszłam zaparzyć kawę, już stały w wazonie. Zadzwoniłam do Jakuba – wskazałam na przyjaciela – i do Poli Werner, mojej przyjaciółki, z pytaniem, czy może to oni. Oboje zaprzeczyli. Szczerze to nie pamiętam, czy zamknęłam za sobą drzwi. Skupiłam się na ranie.

– Mieszka pani sama?

Pokiwałam głową, chwytając się za brzuch. Błądziłam palcami po bluzce, pod którą kryły się blizny. Z trudem powstrzymywałam się od przejechania po nich paznokciami. Zwykle robiłam to bezwiednie, kiedy działo się coś niedobrego.

– Jakaś gosposia? Rodzeństwo? Ktokolwiek inny?

Cichy podszedł do bukietu i obejrzał go z każdej strony. Mimo powagi sytuacji miałam ochotę parsknąć ze śmiechu, ale zaciśnięte usta Skalskiego przywołały mnie do porządku. Rozmasowałam twarz, zakrywając dłońmi grymas, który się na niej pojawił.

– Nie. Sprzątaczka przychodzi dwa razy w tygodniu, nigdy w weekend, ogrodnik oraz facet od basenu pojawiają się, tylko kiedy ona jest w domu. Nie mam rodziny ani innych na tyle bliskich znajomych, poza Jakubem i Polą, którzy mogliby tu wejść bez pukania. Zresztą pewnie i tak by mnie obudzili. – Usiadłam na krześle i założyłam ręce na piersiach, ponownie zastanawiając się, kto jeszcze mógł wywinąć coś takiego.

– I jest pani pewna, że sama nie włożyła tych kwiatów do wazonu? Bo co do drzwi się pani waha – podważał moje słowa.

Odwróciłam głowę w bok, tłumiąc złość. Rozumiałam jego wątpliwości, tyle że nie było możliwości, żebym się tak pomyliła.

– Jestem pewna – mruknęłam. – A co do drzwi… Ich zamykanie to czynność machinalna, często się tego nie koduje, nalanie wody do wazonu i postawienie bukietu w centralnym punkcie kuchni, to co innego.

Nagle Cichy wyciągnął z kieszeni rękawiczki, założył je i rozchylił kwiaty. Wyjął bilecik.

– Nie było go wczoraj… – Wpatrywałam się w niego jak zaczarowana. – Dzisiaj z tego strachu nie zauważyłam, że ktoś go tam wsadził.

– Dużo pani wypiła? – W tonie policjanta było słychać pobłażliwość. Gwałtownie zwróciłam się w jego stronę i wybałuszyłam oczy, które pewnie przypominały dwie pięciozłotówki.

Co za palant!

– Jeżeli próbuje mi pan wmówić, że przyszłam pijana do domu i sama wcisnęłam te cholerne kwiaty w wazon, a teraz wezwałam pana dla zabawy, to się pan myli! – krzyknęłam rozemocjonowana. Miałam dość tego przesłuchania i tego całego ważniaka, któremu się wydawało, że wie lepiej.

Cichy przytaknął, po czym pokazał mi bilecik.

„Dziś należy do ciebie, jutro będzie moje”.

Poczułam gorycz na języku. Byłam pewna, że zaraz będę musiała pobiec do łazienki, na szczęście Kuba podał mi butelkę wody, z której skwapliwie skorzystałam. Żołądek wywinął fikołka ze trzy razy, zanim opanowałam sytuację.

– Coś to pani mówi?

– Nie. Nie mam pojęcia, co to za brednie.

– Zginęło coś? – Cichy zadał kolejne pytanie, jakby to nic nie znaczyło.

– Na pierwszy rzut oka nie. Nie posiadam zbyt wielu kosztowności, gotówki wcale. Najważniejsze rzeczy trzymam w sejfie, ale gdyby ktoś próbował się tam dostać, musiałby narobić hałasu. Poza tym naprawdę myśli pan, że gdyby to był złodziej, zostawiłby po sobie taki ślad?

Moje pytanie pozostało bez odpowiedzi, skwitowane jedynie ostrzegawczym spojrzeniem.

– Wrogowie? – Policjant odwrócił się w moją stronę z uniesionymi brwiami.

– Raczej nie. – Wzruszyłam ramionami. – Ale ten bilecik sugeruje, że jednak ktoś mnie nie lubi.

– Wie pan – wtrącił Jakub – prowadzimy dobrze prosperującą firmę, ostatnio wygraliśmy kilka intratnych przetargów, weszliśmy na nowe rynki, więc… wszystko jest możliwe. – Jego słowa sprawiły, że po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz.

Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że Kuba może mieć rację, chociaż usilnie broniłam się przed dopuszczeniem takiej opcji. Ja nigdy w ten sposób nie potraktowałabym konkurencji.

– Coś pan sugeruje?

– Nie, jednak nie chciałbym, żeby coś nam umknęło. Lena weszła na ten rynek z przytupem, zapewne wielu osobom jest to nie w smak. Myślę, że może mieć wielu wrogów wśród prezesów konkurencyjnych firm. Siedzę w tym na tyle długo, by wiedzieć, że nie wszyscy grają czysto.

– Rozumiem. Przyjrzymy się temu. – Cichy ponownie kiwnął głową i coś zapisał. Miałam ochotę wyciągnąć szyję, żeby sprawdzić, co tam bazgrze. Z drugiej strony chciałam odciągnąć Jakuba na bok i zapytać, kogo konkretnie ma na myśli.

Czyżby coś przede mną ukrywał?

– Może napije się pan kawy? – zapytałam, żeby zająć czymś nadal drżące ręce i myśli, w których przeklinałam kolejne pytania, które zada.

– Poproszę. Czarna bez cukru.

Niczym robot podstawiłam pod dyszę dwie filiżanki. Po chwili kuchnia wypełniła się charakterystycznym odgłosem syczenia oraz aromatem kawy.

– Ma pani tutaj alarm albo kamery? – Mężczyzna podszedł bliżej, wciąż mi się przypatrując. Zaczynałam czuć się niezręcznie i zastanawiać, czy nie mam czegoś na twarzy.

– Mam alarm, ale wczoraj z tego wszystkiego wyleciało mi z głowy, żeby go załączyć – wyznałam, podając kawę Cichemu i Jakubowi. – Będę ostrożniejsza – obiecałam, bo Skalski zaczął zabijać mnie wzrokiem. Doskonale wiedział, że to nie pierwszy raz.

– A brama? Dzisiaj otworzyła nam ją pani z domu.

– Tak, wczoraj po powrocie zamknęłam za sobą furtkę i bramę, to akurat pamiętam, bo to cholerne skrzydło czasami się zacina i nie zamyka się automatycznie. Chwilę się z nim siłowałam. Z tego powodu zostawiłam je otwarte, gdy pojechałam taksówką na wernisaż, więc nie zdziwiło mnie, że kwiaty leżały na tarasie.

– Czy wcześniej wydarzyło się coś niepokojącego? – Cichy upił łyk kawy, odłożył filiżankę na spodek, po czym pośpiesznie wyciągnął z kieszeni telefon, który wibrował jak szalony. Uniósł dłoń, pokazując, że musi odebrać.

– Tak, przyjedźcie. Nie, to nie potrwa długo, zabezpieczycie dowód i pojedziecie dalej. – Rozłączył się.

– Proszę kontynuować. – Ponaglił mnie machnięciem dłoni.

– Nie, nie kojarzę żadnych niepokojących sytuacji. Pierwszy raz dostałam kwiaty bez bileciku; byłam pewna, że po prostu gdzieś wypadł. Kurierzy… cóż, chociaż w naszej firmie mamy oddział zajmujący się transportem, mam czasem ochotę powiesić co poniektórych za jaja – wymsknęło mi się, przez co zakryłam usta dłonią, widząc, jak zarówno Jakub, jak i Cichy, próbują stłumić śmiech. – Przepraszam. – Rozmasowałam ciężkie powieki. – To miał być przyjemny dzień, jeden z niewielu wolnych, które mam, a jak na złość zapowiada się paskudnie – marudziłam, próbując odepchnąć myśli o kimś obcym grasującym po moim domu.

– Proszę wybaczyć, muszę o coś spytać. Może to jakiś pani były chłopak, narzeczony? – Cichy zignorował moje narzekanie, wciąż starając się znaleźć sensownego podejrzanego.

Przez chwilę wpatrywałam się w uspokajający widok za oknem. Co miałam mu niby odpowiedzieć? Moje życie uczuciowe nie istniało. Od rozstania z Olkiem, które miało miejsce kilka lat temu, zdarzało mi się co najwyżej zabawić. Raz dałam się nabrać na czułe słówka i to mi w zupełności wystarczy. Na samo wspomnienie tego drania miałam ochotę zwymiotować. Zastanawiałam się, czy warto poruszać jego temat. Spotykaliśmy się tak dawno temu, że raczej nie miało to sensu, a grzebanie w tej części przeszłości nie należało do przyjemnych.

– Szczerze to nie spotykałam się z nikim od paru lat – zaczęłam powoli. – Nie mam na to czasu, myślę, że ta opcja raczej odpada, ale rozumiem, do czego pan zmierza.

– Ostatnio mieliśmy kilka takich spraw. Nawet nie musi pani wiedzieć o tym, że ktoś się panią interesuje. Jest pani piękną, bogatą kobietą… – Zawiesił głos i chrząknął pod nosem, jakby się zagalopował. Zerknęłam na niego z nikłym uśmiechem, traktując to jako komplement.