Obsesja - Adrian Bednarek - ebook + audiobook

Obsesja ebook i audiobook

Bednarek Adrian

4,3

Opis

Siedem lat po opuszczeniu kliniki psychiatrycznej życie Oskara Blajera wreszcie wkracza na właściwe tory. Kupił nieduży dom pod miastem, jego książki znajdują się na listach bestsellerów, sprawia wrażenie człowieka sukcesu.

Ale to tylko fasada stworzona na potrzeby świata zewnętrznego. Wychodząc z kliniki nieświadomie podpisał dokument obligujący go do regularnych sesji terapeutycznych u doktor Marty Makuch. Młoda lekarka jako jedyna nie wierzy, że Oskar jest wyleczony. I ma rację – Blajer nigdy nie pogodził się ze śmiercią Luizy. Jej brak doskwiera mu coraz bardziej, a próba zastąpienia ukochanej inną kobietą omal nie doprowadza do tragedii. Mężczyzna wyciąga wnioski i układa plan mający ostatecznie wypełnić pustkę po Luizie. Zrobi wszystko, żeby osiągnąć swój cel, nawet jeśli ceną za jego spokój będzie ludzkie życie…

– Tak w ogóle to jestem Ania. – Nie wie, że jej imię jest ostatnią rzeczą, która może mnie zainteresować.
Przejeżdża paznokciami po penisie. Jest niegrzeczna, odważna, zdaje się nie mieć żadnych oporów. Właśnie trwa jej wymarzona wakacyjna przygoda. Zaciska dłoń na penisie, porusza nią w górę i w dół. Wydaję z siebie głośny, przeciągły krzyk. Ciepło jej skóry wywołuje dreszcze na całym ciele. Miękną mi nogi, sytuacja robi się niebezpieczna. Szybko wyswobadzam się z objęć. Przedwczesny koniec zniweczyłby cały mój plan.


Oskar Blajer w swojej chorej grze nie powstrzyma się przed niczym! Przerażająca historia o ludzkich obsesjach i namiętnościach.

Polecam
Magda Stachula

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 536

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 22 min

Lektor: Filip Kosior

Sortuj według:
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

Jeśli tak jak ja, zdążyliście zapomnieć, co wydarzyło się w "Inspiracji" to nie ma tragedii, bo autor pokrótce o wszystkim nam przypomina. Mija siedem lat od wydarzeń opisanych w części pierwszej. Oskar po opuszczeniu kliniki psychiatrycznej, kupuje dom pod miastem, a jego książki okupują czołowe miejsca na listach bestsellerów. Lecz to tylko fasada niezbędna dla zewnętrznego świata. Mężczyzna nigdy nie zapomniał o Luizie i nie ustaje w staraniach, by znaleźć jej jak najdoskonalszą kopię. Staje się to jego obsesją. Adrian Bednarek jak nikt potrafi wykreować iście szatański portret psychopatycznego umysłu, a zastosowanie narracji pierwszoosobowej daje nam w niego, doskonały wgląd. Spotkać w swoim krótkim życiu dwóch seryjnych morderców, HMS, a nawet trzech i przeżyć?! Nie wydaje się to możliwe, a jednak ta sztuka udała się Oskarowi, pozostawiając trwały ślad na jego psychice. Nadrzędną jego ideą staje się zaspokajanie własnych pragnień. Bez względu na cenę, jaką przyjdzie mu zapłaci...
00

Popularność




PROLOG

Stoję w hotelowym lobby i udaję pochłoniętego telefonem, dyskretnie obserwuję dziewczynę. Wygląda oszałamiająco. Ma długie, jasne włosy opadające na prawy bok. Delikatne rysy twarzy, jasnoniebieskie oczy, figurę klepsydry. Zgrabne nogi, pełne biodra, wąską talię. Nie więcej niż dwadzieścia lat. Czeka na windę. Przed chwilą skończyła kolację, ale w przeciwieństwie do dwóch koleżanek nie ma ochoty na drinka. Olewa wycieczkę do baru, zamierza iść na górę. Ewentualnie zapomniała czegoś z pokoju. Nie ma przy sobie komórki, jedynie kartę otwierającą drzwi, którą ściska w dłoni. Dziś jest jej ostatni dzień urlopu. Przyleciała do Bułgarii na tydzień, tak samo jak ja. Jutro rano wsiądzie w samolot i wróci do swojego codziennego życia. Nigdy więcej jej nie zobaczę.

Winda zatrzymuje się na parterze. Chowam telefon i szybkim krokiem pokonuję dzielący nas dystans. Staję tuż za dziewczyną. Mój nos atakuje kwiatowy aromat żelu pod prysznic. Dziewczyna ma na sobie jasnoczerwoną sukienkę odsłaniającą kuszący fragment ud. Czarne stringi prześwitują przez delikatny materiał, pobudzając moją wyobraźnię. Drzwi windy stają otworem. Nikt nie wysiada, poza nami nikt nie jedzie na górę. W maju ruch turystyczny jest niewielki. Chyba wszyscy goście hotelowi siedzą teraz w barze lub kończą kolację.

Dopiero gdy stajemy przed wielkim lustrem, dziewczyna zauważa, że ma towarzystwo. Wita się z moim odbiciem, serwując mu słodki uśmiech połączony z minimalnym skinieniem głową. Odpowiadam tym samym. W ciągu ostatniego tygodnia podobnych gestów wymieniliśmy co najmniej kilkadziesiąt. Były dyskretne spojrzenia, nieśmiałe próby nawiązania kontaktu wzrokowego, subtelna lustracja ciał, gdy mijaliśmy się na basenie i przy barze. Dziewczyna ewidentnie ma ochotę na wakacyjną przygodę, ale pewnie uważa się za zbyt gorącą, żeby zagadać do faceta, który większość czasu spędza z drinkiem i książką. Ma rację, kobiety jej pokroju należy zdobywać, adorować, metodycznie zamieniać niewinny flirt w coś głębszego. Ale dzisiaj może myśleć inaczej. Ostatnia noc wakacji, czas ucieka. Wyobraźnia jest odurzona, pragnie przygody. Cały tydzień spędziła na piciu wina i pstrykaniu niezliczonych selfie z koleżankami. Musi być niesamowicie znudzona.

– Które piętro? – pyta łagodnym, lekko zachrypniętym głosem. – Bo ja siódme – informuje i nie czekając na odpowiedź, naciska guzik.

Wypatrzyłem ją już pierwszego dnia, kiedy przyszła z koleżankami na basen. To było niczym objawienie. Jej włosy, oczy, figura, gracja w sposobie poruszania. Wszystko razem tworzyło wybuchową mieszankę, która eksplodowała mi w głowie. Obserwowałem ją przez cały pobyt, sprawdziłem, w jakim pokoju mieszka, dyskretnie robiłem jej zdjęcia, potem fantazjowałem przy nich przed zaśnięciem. Bardzo chciałem zagadać, przedstawić się, zaproponować drinka i spacer po plaży. Wiedziałem, że ona też tego chce. Mogliśmy przeżyć wspaniały wakacyjny romans, ale musiałem się powstrzymać. Mam wobec niej konkretny plan. Czekałem cierpliwie aż do teraz. Jestem spakowany, jutro o siódmej rano autokar zabierze mnie na lotnisko. Zniknę, a wraz ze mną konsekwencje tego, co zrobię.

– Mieszkam na szóstym. Jutro wyjeżdżam – mówię, pochylając się nad jej szyją. Dzielą nas centymetry, jej pośladki niemal ocierają się o moje spodnie. Dziewczyna czuje mój oddech na swoim karku. Jasne włoski stają dęba. – Wyobraź sobie, że jesteśmy bohaterami powieści erotycznej. Nasz niemy flirt został napisany wyłącznie dla podniesienia napięcia. Celowo przez kilka dni uwodziliśmy się na odległość, dodając pikanterii naszym fantazjom. Ale żeby wyszło z tego coś więcej niż nudne romansidło, główni bohaterowie muszą postarać się o spektakularne zakończenie. – Drzwi windy zamykają się, muskam wargami szyję dziewczyny. – Podzielasz mój pogląd?

Wpatruje się w nasze lustrzane odbicie. Wciska szóstkę na konsolce windy. Daje mi w ten sposób niepisane pozwolenie na kolejny krok, jednocześnie sugerując, że jedziemy do mnie. Winda rusza, a wraz z nią moje pragnienia, trzymane ostatnio na krótkiej smyczy.

Chwytam ją w pasie i przyciągam do siebie. Mój penis, ściśnięty materiałem spodni, ociera się o jej pośladki. Dziewczyna mruczy radośnie. Niemal natychmiast obracam ją w swoją stronę, spoglądam w oczy i zaczynam całować. Chłonę jej smak, nasze języki głaszczą się niczym dwoje stęsknionych kochanków. Moje ręce błądzą po jej nogach. Od kolan w górę, powoli. Mam zamknięte oczy, pozwalam dojść do głosu wspomnieniom. Obrazy stworzone przez wyobraźnię niemal idealnie pokrywają się z kształtami wyczuwanymi przez dłonie. Dziewczyna nie pozostaje bierna. Oplata mnie nogami w pasie, pośladki ma oparte o barierkę przed lustrem. Chowa kartę od pokoju za dekolt, jedną ręką błądzi wzdłuż rozporka, drugą wsadza mi pod koszulkę. Masuje mnie po brzuchu, który od kilku lat prezentuje się naprawdę dobrze.

Winda staje w momencie, gdy wycieczka moich rąk wzdłuż ud dobiega końca i trafiam na emanujący szalonym ciepłem, najrozkoszniejszy punkt dziewczyny. Nie przyjmujemy do wiadomości końca podróży, nasza dopiero się zaczyna. Błądząc myślami po krainie wspomnień, dotykam kciukami jej majtek. Dziewczyna przerywa pocałunek, z jej ust wydobywa się rozkoszny jęk. Oddycha szybko, jej skóra wydziela coraz intensywniejszy zapach. Wsuwam kciuk pod majtki, zamierzam wprowadzić ją w stan, w którym być może zaakceptuje to, czego od niej chcę.

– Ekhm… – Przeciągłe męskie chrząknięcie niszczy atmosferę.

Jak na komendę odklejamy się od siebie. Dziewczyna zeskakuje z barierki, opuszcza sukienkę, poprawia majtki. Jej twarz robi się czerwona.

W drzwiach stoi starsze małżeństwo, sądząc po ciemnej karnacji, są tutejsi. Rzucają nam złowrogie spojrzenia, próbując ukryć zazdrość. Chwytam dziewczynę za rękę i wyprowadzam z windy na korytarz.

– Nieśmiały facet spod sześćset dwunastki wcale nie jest taki nieśmiały – mówi. Głos ma zdecydowanie miększy niż przed kilkoma minutami, gdy dla zachowania pozorów pytała mnie o piętro. Nie muszę jej pokazywać, gdzie iść. Wygląda na to, że nie tylko ja prowadziłem obserwację w tym hotelu. Trzyma mnie za rękę i ciągnie wzdłuż korytarza, perfidnie kręcąc pośladkami. – Najpierw myślałam, że nie czaisz sygnałów, potem, że masz problem z orientacją. A ty od początku to planowałeś, prawda?

Próbuje rozkręcić głupią rozmowę. Nie wie, że wcale nie chcę z nią rozmawiać. Przynajmniej nie z tą jej wersją. Na szczęście szybko stajemy przed drzwiami i dziewczyna nie zdąża się rozgadać. Wyjmuję z kieszeni kartę. Wchodzimy do pokoju, a tam wszelkie próby dyskusji tracą sens. Biorę ją na ręce i z największą czułością zanoszę na łóżko. Jej spojrzenie robi się coraz bardziej mętne, czerwona szminka na ustach jest rozmazana po naszym pocałunku. Dziewczyna zwilża wargi językiem.

Klękam przed nią i delektuję się widokiem. Staram się skupiać na nogach, brzuchu i włosach. Najmniej interesuje mnie twarz, tę wolę oglądać w wyobraźni, gdy zamknę oczy. Podciągam jej sukienkę, w tym samym momencie ona rozpina mi spodnie. Robi to sprawnie, jedną ręką. Opuszcza je do kolan. Razem z bokserkami.

– Tak w ogóle to jestem Ania. – Nie wie, że jej imię jest ostatnią rzeczą, która może mnie zainteresować.

Przejeżdża paznokciami po penisie. Jest niegrzeczna, odważna, zdaje się nie mieć żadnych oporów. Właśnie trwa jej wymarzona wakacyjna przygoda. Zaciska dłoń na penisie, porusza nią w górę i w dół. Wydaję z siebie głośny, przeciągły krzyk. Ciepło jej skóry wywołuje dreszcze na całym ciele. Miękną mi nogi, sytuacja robi się niebezpieczna. Manewruję biodrami tak, żeby penis wyślizgnął się z jej dłoni. Przedwczesny koniec zniweczyłby cały mój plan.

Kładę się przed nią, moje nogi zostają poza obrębem łóżka. Powoli całuję jej łydki, potem uda. Są dokładnie takie, jak powinny. Idealnie gładkie, lekko umięśnione. Smakują wybornie. Gorzka skóra zmieszana z kwaśnawym aromatem potu. Oblizuję je, całuję, chłonę każdy fragment.

– Zaraz zwariuję… – Dziewczyna chwyta mnie za włosy i ciągnie ku górze.

Unosi lekko biodra, jakby w ten sposób chciała mnie jeszcze bardziej zachęcić. Ma zamknięte oczy. Nie chcę, żeby dłużej czekała. Chcę dać jej przyjemność, za którą oboje tęsknimy od lat.

– Nie musimy się spieszyć, mamy całą noc – mówię, zsuwając jej majtki. Jest tak podniecona, że chyba w ogóle nie zważa na moje słowa.

Uciekam w świat wyobraźni. Urzeczywistniam proces, o którym fantazjuję każdej samotnej nocy, zanim zasnę i nawiedzą mnie koszmary. Najpierw całuję najczulszy punkt dziewczyny. Robię to delikatnie, ledwie dotykając ją wargami, by po chwili zanurzyć w niej cały język. Jej usta wystrzeliwują salwą rozkosznych jęków. Jest naprawdę głośna, tak jak powinna.

– Bardzo mi ciebie brakowało – przerywam pieszczotę, muszę jej powiedzieć, co czuję. – Kocham cię. – Usta zastępuję palcami. Teraz one wypełniają dziewczynę, która stanowi katalizator dla mojej wyobraźni. – Skarbie, nie masz pojęcia, jaką przeszedłem drogę, żeby cię spotkać – mówię, bo tęsknię za naszą rozmową tak samo jak za jej ciałem. – Wreszcie jesteś, mam ci tyle do opowiedzenia. – Poruszam palcami coraz szybciej. Wolną ręką ściągam koszulkę. Widok mojej klatki piersiowej zwiększa natężenie jęków dziewczyny. – Już nic nas nie rozdzieli. Na zawsze razem, Luizo, tak jak sobie obiecaliśmy.

– Co powiedziałeś?! – Jej jęki zastępuje pełen złości krzyk. Napina mocno uda. – Nie jestem żadną Luizą! – Próbuje się wyswobodzić, wyrzucić z siebie moje palce, pozbyć się ich, jakby nagle stały się zarazkiem albo bakterią. – Sorry, ale nie będę się bawiła w chore gierki rodem z pornosów! – mówi z oburzeniem.

Szarpie się, wyrywa, ale jest za późno. Wprowadziłem się w idealny trans. Znów jestem z Luizą Ostrowską, moją jedyną miłością. Kobietą, dla której byłem gotów zabić. Widzę ją, słyszę, pieszczę. Dziewczyna z windy nie istnieje, jest tylko pięknym ciałem łudząco podobnym do ciała Luizy. Przywieram do niej, nie dając szans na ucieczkę.

– Nie bój się, kochanie…

Dziewczyna jest za słaba, a ja jestem zbyt podniecony, żeby pozwolić jej na skuteczną obronę.

– Przecież to ja, Oskar. Należymy do siebie.

– Kurwa, koleś… – Próbuje złączyć nogi i chyba zmiażdżyć mi palce. – Nie jestem żadną jebaną Luizą! – Jej krzyk jest rozpraszający. Obraz Luizy się rozmywa, moje palce opuszczają wnętrze dziewczyny.

Zamykam oczy, przywracając obraz ukochanej. Widzę ten cudowny wyraz twarzy, wspaniałe turkusowe tęczówki, czuję hipnotyzujący zapach, smak i nadnaturalną bliskość, kiedy nasze ciała uzupełniały się nawzajem. Dziewczyna cały czas coś krzyczy, staram się jej nie słuchać.

– Bądź Luizą… – Wchodzę w nią ogarnięty hipnotycznym transem. Powoli, czule, jakbym chciał za pomocą ruchów przekazać wszystkie uczucia, którymi ją darzę. Nie jest to łatwe, bo dziewczyna ciągle się wyrywa. – Tylko dziś, niech ta noc będzie nasza – próbuję ją namówić do współpracy. – Napiszmy epickie zakończenie. – Przyspieszam. – Jutro o sobie zapomnimy, ale teraz mi pomóż – szepczę jej do ucha, licząc, że to załatwi sprawę i ona wreszcie się zamknie.

– Nieee!!! Nie chcę!

Pomyliłem się, jej opór rośnie. Wbija mi paznokcie w plecy. Moje podniecenie maleje, ale pod zamkniętymi powiekami wciąż widzę Luizę.

– Już nigdy nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić – mówię, gładząc ją po włosach. – Nie musisz mnie karać, więcej nie popełnię tych strasznych błędów. Zacznijmy od nowa.

– Puść mnie, pojebie! – Trzy mocne uderzenia pięścią w potylicę sprowadzają na mnie całkowite otrzeźwienie.

Natychmiast opuszczam jej ciało i przeskakuję na drugą stronę łóżka. Serce wali mi jak młot. Dociera do mnie, że przegiąłem.

– Lecz się, człowieku! Twoje miejsce jest u czubków! – drze się wniebogłosy dziewczyna.

Jest roztrzęsiona, już nie z podniecenia, a ze strachu. Jej oczy błyszczą, z trudem powstrzymuje łzy. Nie spuszczając ze mnie wzroku, odnajduje majtki i szybko je wkłada.

– Przepraszam, poniosło mnie… – Wstaję, żeby ją udobruchać. Natychmiast odskakuje, jakbym mógł ją oparzyć. – Miałem nadzieję, że zgodzisz się…

– Udawać jakąś sukę, o której fantazjujesz? – Oparta plecami o ścianę przemieszcza się w kierunku drzwi. – Chciałeś mnie zgwałcić! Powinnam natychmiast cię zgłosić! – Nie zgłosi. Wie, że przyszła tu dobrowolnie, a starsze małżeństwo może to potwierdzić. – Trzymaj się ode mnie z daleka, świrusie! Najlepiej, żebym już nigdy cię nie widziała! – Wychodzi, trzaskając drzwiami.

Znów zostaję sam, zdany na pastwę pożerających mnie wspomnień. Siadam na tarasie, odpalam papierosa i przyglądam się gwiazdom. Minęły cztery lata, odkąd opuściłem Prywatny Ośrodek Psychiatrii i Psychoterapii „Zielona Łąka”. Dziewczyna z windy to moja szósta próba zastąpienia Luizy. Każda zakończyła się porażką, ale jeszcze nigdy nie posunąłem się tak daleko. Dotąd dziewczyny odmawiały, a ja to akceptowałem. Moje dzisiejsze zachowanie stanowi sygnał ostrzegawczy. Następnym razem mógłbym popełnić błąd, którego już nie będzie się dało naprawić. Luiza nie chciałaby, żebym zgnił w więzieniu. Nie chciałaby też, żebym zgwałcił niewinną dziewczynę. Muszę znaleźć sposób, żeby sobie z tym poradzić.

1.

Cztery miesiące później…

– W ogóle nie myślę o Luizie – wypowiedziałem to samo, wałkowane od lat kłamstwo. – Niesamowite, ale poza twoim gabinetem ona praktycznie nie istnieje. Tylko ty ciągle chcesz o niej gadać. Nie sądzisz, że to całkowicie podważa sens naszych spotkań?

Obowiązkowe wizyty w domowym gabinecie doktor Marty Makuch stanowiły jedno z największych utrapień mojego nowego życia. Życia po wyjściu z należącego do jej rodziców prywatnego zakładu, w którym zamknęła mnie i leczyła, stosując swoje nowatorskie metody. Trafiłem tam jako dwudziestotrzylatek, siedem lat temu. Taki warunek postawił mi detektyw Pecyna przed złożeniem zeznań w procesie, który toczył się przeciwko mnie. Odpowiadałem za zabójstwo człowieka, do którego bardziej pasowałoby określenie „obślizgła glista”. Ta obślizgła glista zgwałciła Luizę, a później poderżnęła jej gardło na moich oczach. W rewanżu pokroiłem mu twarz szlifierką. Zdaniem biegłych psychiatrów w czasie popełnienia morderstwa byłem w pełni poczytalny, groziła mi odsiadka. Pecyna był jedynym świadkiem mojego wyczynu.

– Przeciwnie, Oskarze. Musimy się spotykać i rozmawiać o Luizie. Ona ciągle istnieje głęboko w twojej podświadomości, nawet jeśli wydaje ci się, że jest inaczej. – Pani doktor zawsze czuła się pewnie podczas naszych rozmów. Była u siebie, w przestronnym salonie dużego domu wybudowanego za pieniądze pacjentów. – Moim zadaniem jest nie dopuścić do tego, żeby wypełzła na powierzchnię, bo wtedy mogłoby się wydarzyć coś bardzo niekorzystnego. Jak wiesz, zamierzam wywiązać się z tego zadania. – Siedzieliśmy jak zwykle, w wielkich fotelach po przeciwnych stronach szklanego stołu. Popijaliśmy kawę, do dyspozycji były zimne przekąski. Zupełnie jak podczas towarzyskich odwiedzin. – Ale skoro nalegasz, zostawmy dziś Luizę. Nie widzieliśmy się dwa miesiące, powiedz, co u ciebie? Przeżywasz zbliżającą się premierę? Masz kogoś?

Zgodziłem się poddać przymusowemu leczeniu w zamian za korzystne zeznania Pecyny. Miałem problem, bo nie potrafiłem pogodzić się ze śmiercią Luizy i ciągle traktowałem ją jak żywą osobę. Jednocześnie stanowiłem wielkie naukowe wyzwanie dla młodej pani doktor. W trakcie procesu sędzia wziął pod uwagę wszystkie okoliczności łagodzące, a było ich co niemiara.

Kiedy miałem osiemnaście lat, widziałem, jak moja mama została zamordowana przez seryjnego mordercę o pseudonimie Kobra. Dzięki mnie, a konkretnie śladom, jakie podczas naszej potyczki Kobra zostawił na mojej skórze, Pecynie udało się go złapać. Kilka lat później poznałem Luizę i jej ojca. Trzy długie miesiące zajęło mi rozszyfrowanie jego sekretu. Marek Ostrowski, rzutki biznesmen produkujący biżuterię, był odpowiedzialny za serię brutalnych morderstw nastolatek. Jego zdemaskowanie nie poszło zgodnie z planem, na miejscu pojawiła się Luiza, która musiała dokonać wyboru. Dwukrotnie pociągnęła za spust, uwalniając świat od potwora, jakim był jej ojciec.

– No proszę, potrzebujesz prywatnej rozmowy? – Przyjąłem bezczelny ton. Już dawno przestałem się silić na sztuczną uprzejmość wobec Marty. Ona była miła, ja wkurwiający. – Samotna trzydziestopięciolatka musi mieć przejebane. Koleżanki chajtnięte, dzieciate, mają swój lukrowany świat, a ty dalej wibrator, kariera i spełnianie idiotycznych ambicji rodziców. Jak myślisz, ile lat względnej urody ci zostało? – Marta wyglądała całkiem korzystnie. Podczas leczenia pomagała mi nie tylko w odbudowaniu sprawności psychicznej, ale także fizycznej. Siłą rzeczy wkręciła się w sport, który ujędrnił jej ciało. Nie zrezygnowała z ćwiczeń do dziś. – Pięć? Sześć? A potem co? Większy wibrator i karta w klubie konserwatywnych feministek? Szczerze współczuję. Zrobisz się tak zgorzkniała, że nawet stylówa „na Luizę” nie pomoże. Swoją drogą, mogłabyś już ją zmienić.

Luiza nie odpowiedziała za zabójstwo ojca. Prokurator uległ namowom Pecyny i uznał jej działanie za obronę konieczną. Nie wniósł zarzutów, a organy ścigania odtrąbiły wielki sukces. Dostali na tacy człowieka, który siał postrach w naszym mieście. Niestety nie pofatygowali się, żeby zrobić szybką ekspertyzę lalek Barbie, stanowiących główne trofea Łowcy Nimfetek, jak nazwali Ostrowskiego. Dopiero dwa tygodnie później znaleźli pamięci USB ukryte wewnątrz lalek i dowiedzieli się, że zabójca miał wspólnika. Sławomira Pytlakowskiego, obślizgłą glistę, która obsesyjnie pożądała jego starszej córki. Pytlakowski, wolny od Ostrowskiego, porwał Luizę, a ja nie zdążyłem jej uratować. Udało mi się tylko wymierzyć sprawiedliwość. Sędzia okazał się łaskawy. Dostałem trzy lata w zawieszeniu na sześć. W mowie końcowej podkreślił, że kluczowe dla werdyktu były zeznania detektywa Pecyny.

– Brutalna szczerość mnie nie rusza. Doskonale zdaję sobie sprawę z własnych problemów, a mój styl od dawna nie ma nic wspólnego z Luizą. Po prostu go lubię.

Przez ostatnie pół roku w zakładzie musiałem oglądać Martę przefarbowaną na blond, z włosami ułożonymi jak Luiza, ubierającą się jak Luiza, a nawet noszącą soczewki w kolorze oczu Luizy. Wtedy ponoć miało mi to pomóc zaakceptować fakt, że na świecie jest mnóstwo kobiet podobnych do niej.

– Ale skoro mamy być szczerzy… – Przeszyła mnie pełnym gniewu spojrzeniem. – Ty od kilku lat pierdolisz, że nie myślisz o Luizie. Niby wszystko pięknie, ładnie, fasada zbudowana, ale brakuje dowodów na te słowa. Pokaż mi swoją normalność, dopuść mnie do codziennej strony swojego nowego życia. Zrób coś, żeby mnie przekonać. Od tego zależą dalsze losy naszego układu.

W zamknięciu spędziłem cztery lata. Na początku ostro się buntowałem, ale potem zdałem sobie sprawę, że tylko przekonanie jej do skuteczności terapii pozwoli mi wyjść na wolność. Cel osiągnąłem, ale zanim ostatni raz przekroczyłem próg zakładu, Marta podsunęła mi kilka papierków do podpisania. Powiedziała, że to zwykła formalność, wypis, na którym stwierdza się moje wyleczenie. Byłem zbyt podekscytowany czekającą mnie wolnością, żeby to przeczytać. Podpisałem się, walnąłem parafki na wszystkich stronach i opuściłem przeklęty budynek. Dopiero potem zagłębiłem się w treść. Jeden z punktów mówił, że sześć razy w roku muszę stawiać się u niej na obowiązkowe wizyty podtrzymujące efekt terapii. Niestawienie się oznaczało mój natychmiastowy powrót do zakładu.Tylko Marta mogła zdjąć ten nakaz. Niby byłem wolny, a jednak przez własną głupotę tkwiłem w układzie, z którego tak naprawdę nie dało się wyślizgnąć. Z czasem zacząłem podejrzewać, że Marta jest uzależniona od naszych spotkań.

– Dobra, chcesz wiedzieć, co u mnie? Czy przeżywam kolejną premierę? Ani trochę! – Jej upór działał mi na nerwy. – Ona i tak nastąpi! Jest sprzedaż, kasa płynie, odbębnię kilka obowiązkowych eventów i szlus. Czym tu się ekscytować?

Niedługo po śmierci mamy nauczyłem się walczyć ze smutkiem. Uciekałem od przeszłości w pisanie opowiadań kryminalnych. Publikowałem je na Wattpadzie pod pseudonimem Why So Serious. Gdy poznałem Luizę, nie potrzebowałem już ucieczki. Potem to się zmieniło. Jej ojciec zainspirował mnie do stworzenia powieści Lalkarz. Po śmierci ukochanej zrezygnowałem z pisania, bo kojarzyło mi się tylko z nią. Dopiero w zakładzie, w tajemnicy przed Martą, odręcznie napisałem Obsesję, swój hołd dla Luizy. Po wyjściu na wolność miałem marne perspektywy. Byłem po ogólniaku, bez studiów, z zawiasami. Mogłem wrócić do pracy w upadającym sklepie monopolowym taty i tyrać za drobne lub spróbować wydać swoją twórczość. Odpuściłem Lalkarza, bo opowiadał o ojcu Luizy, ale dopieściłem Obsesję i wybrałem bramkę numer dwa.

– Naprawdę nie wzrusza cię to, że twoja trzecia książka już przed premierą wskoczyła na listy bestsellerów? – spytała zdziwiona Marta.

Okłamałem ją tysiąc razy, ale w tym przypadku powiedziałem prawdę. Trzecia część serii o Lidii Ostrowiec, pięknej pani detektyw, która zdążyła już złapać stalkera mającego obsesję na jej punkcie, i zabójcę nastoletnich dziewic, wchodziła do księgarń za dwa dni. Wydawca mówił o rychłym sukcesie, a mnie obchodziły tylko terminy przelewów.

– Mam powtórzyć odpowiedź kilka razy, żeby dotarła do twojej głowy? – Sięgnąłem po papierosa.

W domu pani doktor obowiązywał kategoryczny zakaz jarania. Zamiast wpuścić do płuc tytoniową rozkosz, mieliłem fajkę w ustach. Nazywałem tę czynność paleniem na sucho. Pomagała w naszych rozmowach.

– A kobiety? – Marta założyła nogę na nogę.

Zwykle przyjmowała mnie w obcisłych dżinsach i luźnych koszulkach; był to tak zwany codzienny styl Luizy. Dzisiaj postawiła na elegancką sukienkę zakrywającą połowę ud. Z nieznanych mi powodów przestawiła się na wyjściowy outfit Luizy. Doskonale znała jej ubiór, fryzury, a nawet sposób, w jaki się uśmiechała. Na początku mojej przygody z zakładem rozwiesiłem w swoim pokoju wszystkie nasze wspólne zdjęcia.

– Co z nimi?

Rozmowy o kobietach zwykle stanowiły problem. Pod koniec pobytu w ośrodku Marta kazała mi przeglądać instagramowe profile losowo wybranych dziewczyn. Niby stanowiło to element terapii, ale jestem pewien, że była ciekawa, czy mi nie odbije, jak wtedy, gdy potajemnie usunęła zdjęcia Luizy ze ścian i w konsekwencji omal jej nie udusiłem.

– Jesteś młody, przystojny, masz pracę, która w niczym cię nie ogranicza… – ciągnęła listę komplementów, jednocześnie, niby przypadkiem, podwijając materiał sukienki. Zaprezentowała mi prawie całe udo. – Na pewno nie narzekasz na powodzenie, a jednak cały czas jesteś sam… – Zamilkła, czekając na moją reakcję. Może liczyła, że rzucę się na nią omamiony tandetną podróbką Luizy. – Twoja bierność w kontaktach z kobietami sprawia, że ci nie wierzę – powiedziała, nie doczekawszy się żadnej reakcji. – Nie chcesz innych kobiet, nie interesują cię. Znaczy to, że ona cały czas siedzi w twojej głowie, i to nie głęboko, a na samym wierzchu. Śnisz o niej, fantazjujesz na jej temat.

– Musimy tracić czas na spekulacje? – spytałem, nie przestając mielić szluga. – Gówno wiesz o moich fantazjach.

– Masz mnie za idiotkę?! – krzycząc, opuściła nogę. Prezentacja wątpliwych wdzięków dobiegła końca. – Myślisz, że nie czytałam twoich książek?! Że nie widzę, jak opisujesz główną bohaterkę?! Lidia Ostrowiec… Gdybyś mógł, nazwałbyś ją wprost Luizą Ostrowską! Wiem dokładnie, co siedzi w twoim chorym łbie! – Sięgnęła po kubek z kawą. Nie napiła się, tylko ściskała go mocno, próbując zredukować nerwy. Dotarło do niej, że się zagalopowała. – Oskar, zrozum, to niebezpieczne – powiedziała znacznie spokojniej. – Może ci się wydawać, że kontrolujesz myśli, ale tak nie jest. Kiedy pozwoliłam ci wyjść, byłam pewna, że jesteś zdrowy. Teraz wiem, że popełniłam błąd. Ty nadal cierpisz na schizofrenię. Istotą schizofrenii jest urojenie, ono tworzy twój świat.

– Mam dosyć naszych pojebanych gierek! – Wyplułem obślinionego szluga wprost na stół. – Próbujesz mnie kokietować, a kiedy nie dajesz rady, wmawiasz mi nawrót choroby! – Wstałem. Nerwy nie pozwalały mi utrzymać nóg w pozycji siedzącej. – Nie będę już do ciebie przychodził!

Mimo młodego wieku Marta była doświadczonym psychiatrą. Siedziała w fotelu, spokojnie przyglądając się mojej wściekłej reakcji, która w ogóle jej nie ruszała.

– Przykro mi, nie mogę się na to zgodzić – odparła. Jej ton był obojętny. – Mogę to zrobić tylko wtedy, gdy będę miała pewność, że postępuję słusznie. Wiedz, że to dla twojego dobra.

– Pierdol się! – W przypływie bezradności kopniakiem zrzuciłem swój kubek ze stołu. Kawa rozlała się na dywan. – Żaden z ciebie doktor, jesteś zgorzkniałą dupą, której dawno nikt nie przeleciał! – Podniosłem skórzaną kurtkę z oparcia fotela. Byłem gotów natychmiast opuścić jej dom. – Więcej tu nie przyjdę! – zagroziłem.

– Nie masz wyjścia. Termin następnej wizyty przekażę sms-em – powiedziała na odchodne. Najgorsze było to, że miała rację.

2.

Kolejne spotkanie zapowiadało się zdecydowanie lepiej, szedłem na nie z własnej, nieprzymuszonej woli. Do premiery nowej powieści został jeden dzień, a co za tym idzie, za dwadzieścia cztery godziny miałem przystąpić do realizacji pomysłu, który miał mi pomóc rozwiązać problem tęsknoty za Luizą. Nie miałem złudzeń, Marta znała się na swoim fachu. Potrafiła mnie rozszyfrować i żadne ściemy już nie pomagały.

Myślałem o Luizie bez przerwy. Minęło siedem lat, a moje uczucia nie osłabły. Na wolności było jeszcze gorzej niż w zakładzie. Tam przynajmniej starałem się udawać pogodzonego z jej śmiercią, bo dzięki temu Marta uwierzyła, że jestem zdrowy. Teraz nawet to mi nie wychodziło. Miała rację, fantazjowałem o swojej ukochanej. Każdego dnia przed snem oglądałem nasze zdjęcia, katując wyobraźnię. Fantazje trwały aż do zaśnięcia. Wtedy przychodził koszmar. Glista gwałcący Luizę. Luiza błagająca mnie o pomoc. Ja stojący tuż przed nimi z bronią w ręku. Za każdym razem dopadał mnie paraliż, nie mogłem się ruszyć. Luiza wyła, przechodząc potworne katusze, kiedy on zębami rozgryzał jej gardło.

Od chwili opuszczenia zakładu miałem jeden cel. Znaleźć żywy zamiennik Luizy. Tylko on mógł uśmierzyć tęsknotę i sprawić, że koszmar minie. Podjąłem sześć prób, ta w Złotych Piaskach zmieniła moje nastawienie. Do następnej przygotowywałem się od powrotu z wakacji. Poczyniłem odpowiednie kroki i inwestycje. Ciągle brakowało mi kilku kluczowych elementów.

Pierwszy z nich miałem dostać w klubie studenckim znajdującym się na parterze jednego z budynków należących do uniwersytetu. Za dnia lokal służył jako zwykły bar. W środku nie było okien, panowała dyskotekowa ciemność, rozświetlana ultrafioletem.

– Oskar! – zawołała jedyna poranna klientka lokalu. Czekała na mnie w loży. Na stole stał red bull i dwie kawy.

Przywitaliśmy się klasycznym buziakiem w policzek. Mocno zaciągnąłem się zapachem jej skóry. Uwielbiałem ją wąchać. Melania Ostrowska pachniała identycznie jak starsza siostra. Kiedy poznałem Luizę, Mela była zbuntowaną szesnastolatką. Potem jej ojciec okazał się seryjnym mordercą, zginął z rąk starszej córki, a wkrótce po tym jego cichy wspólnik zabił Luizę. Mela została z uzależnioną od leków i pieniędzy matką. Te wydarzenia odcisnęły piętno na ich relacji. Żyły w napięciu, głównie przez to, że pani Ostrowska obwiniała mnie o śmierć swojej córki.

– Cześć, Mela. – Usiadłem obok niej.

Poza zapachem w niczym nie przypominała Luizy. Miała pociągłą, choć niebrzydką twarz, tyczkowate nogi, chudą sylwetkę i brązowe oczy. Od lat farbowała włosy na jaskraworóżowy kolor, nakładała czarny makijaż i nosiła czarno-różowe ciuchy, przez co przypominała słodkiego króliczka po przejściu na dragi i heavy metal. Jej styl idealnie pasował do Akademii Sztuk Pięknych, na którą uczęszczała, żeby później, tak jak rodzice, działać w branży jubilerskiej.

– Cały czas w podróży? – spytała retorycznie. Wiedziała, skąd wracam. – Spotkanie z doktor jebniętą klasycznie nieudane?

Dzisiaj o świcie opuściłem hotel i przejechałem trzysta kilometrów dzielących wioskę, w której mieszkała Marta, od miasta studiów Melanii. Do siebie musiałem wrócić pięćdziesiąt kilometrów, a jutro czekało mnie kolejne sto pięćdziesiąt w jedną stronę na premierę książki. Powrót miał być znacznie dłuższy.

– Naplułem na jej stół, zapaskudziłem dywan, powiedziałem, co myślę o pajęczynie w kroku, i zagroziłem, że więcej nie przyjdę. Oczywiście nic to nie dało, nadal jestem ptaszkiem na uwięzi.

– Aż boję się pytać, czym zapaskudziłeś ten dywan – prychnęła, a ja wskazałem na filiżankę z kawą. – Zakompleksiona kretynka próbująca przebić rodziców. Ma w sobie tyle z lekarza, co ja z dyplomatki. – Mela nienawidziła specjalistów od prania łbów. Po śmierci Luizy długo musiała chodzić na obowiązkowe sesje. Mimo to sama nalegała na mój pobyt w zakładzie, ponieważ bała się, że skończę w więzieniu. – Zwykły darmozjad, który nie umiałby znaleźć normalnej roboty, a śmie używać tytułu lekarza. – Napiła się kawy i przepiła ją red bullem. To była jej ulubiona mieszanka. – W ogóle kto ich wymyślił? Pierdolą ci, co powinieneś myśleć, co masz robić, i jeszcze mogą decydować o twoim zdrowiu w sądach. Wystrzelałabym.

– Fajne miejsce wybrałaś – zmieniłem temat. Uniwersytet nie miał nic wspólnego z jej uczelnią. Zawsze spotykaliśmy się w dyskretnych lokalach, ten naprawdę mi się podobał. – Masz coś dla mnie?

– Chodzi ci o pierwszą czy o drugą sprawę?

Pokazałem palcem jedynkę.

Mela wyciągnęła z różowej torebki nadgryzioną bułkę owiniętą w worek śniadaniowy i położyła mi na kolanach.

– Smacznego.

– Jaja sobie robisz? – spytałem zdziwiony.

– Dyszka jak zawsze. – Puściła oko. – W bułeczce, owinięta folią. Nic nie czuć, a w razie draki możesz na szybko połknąć, choć nie polecam. Testowałam wczoraj w akademcu, kawał shitu. – Wyciągnęła rękę. Każdy jej palec zdobił srebrny pierścionek. – Będzie pięćdziesiąt drożej. No co? – spytała, widząc moje zdziwienie. – Podnieśli cenę. Przecież ja na tym nie zarabiam, tylko wyświadczam ci przysługę – wyjaśniła.

– Dzięki. – Do odliczonej wcześniej gotówki dorzuciłem brakującą kwotę, przekazałem Meli i schowałem bułkę do kieszeni kurtki. – Odezwę się, jak mi znowu braknie. A co z drugą sprawą?

Melania nie była dilerką, jedynie zwariowaną studentką z dojściami do różnych używek. Innych źródeł nie miałem, a od jakiegoś czasu polubiłem wieczorne sesje z marihuaną. Zioło zwiększało doznania podczas snucia fantazji o Luizie, natomiast popite piwem zmniejszało intensywność snów. Koszmary stawały się mniej przejrzyste, lekko zamazane. Trawa pomagała spać kilka godzin dłużej.

– Tak szybko? – Mela zrobiła skwaszoną minę. – Żadnego „Co słychać, Mela? Kiedy wreszcie wyskoczymy na piwo?” albo przynajmniej „Może podwieźć cię na uczelnię?”. – Choć nasza relacja teoretycznie była dobra, ograniczała się głównie do drobnych przysług i pisania na Messengerze. – Wiesz, ile muszę zrobić przesiadek? – Nie zareagowałem. – Dobrze, że niedługo kupuję furę… – westchnęła. – Swoją drogą, mógłbyś tu trochę zostać albo odwiedzić mnie w weekend. Pokazałabym ci miasto, wyskoczylibyśmy gdzieś. Nie możesz całymi dniami siedzieć w tej swojej pieczarze, pisać powieści o Lidii i palić sort. Twój ojciec wyjechał, kumpli nie masz, jeszcze trochę i zacznę wierzyć, że doktor jebnięta ma rację, a ty wymagasz stałej opieki.

Melania wiedziała dokładnie, jak wielka jest moja samotność. Kiedy wyszedłem z zakładu i Obsesja odniosła sukces, tata, spokojny o moją przyszłość, postanowił zrobić coś wyłącznie dla siebie. Przez kilkanaście lat prowadził sklep monopolowy. Odkąd kraj zalały dyskonty, ledwie wiązał koniec z końcem. Walczył ze względu na mnie i nasz wspólny byt po śmierci mamy, ale kiedy w trzy miesiące zarobiłem na czysto więcej niż on w dwa lata, uznał, że jego misja dobiegła końca. Wyjechał do Szwecji, do kolegi z czasów młodości, który prowadził dużą firmę budowlaną i zaproponował mu robotę. Teraz spędzał życie w dobrym towarzystwie. Przed wyjazdem przepisał mi nasze mieszkanie. Od czasu do czasu rozmawialiśmy telefonicznie. Wreszcie był szczęśliwy i nie zamierzałem mu w tym przeszkadzać. Kumpli nie miałem, bo po śmierci mamy musiałem pomagać tacie w sklepie. Dopóki nie poznałem Luizy, jedyną odskocznię stanowiło pisanie.

– Muszę zarabiać, a to oznacza nową powieść, która sama się nie napisze – skłamałem. Po wyjściu z zakładu tworzenie przez długi czas znów było moim jedynym lekarstwem. Wspominając Luizę, napisałem kolejne dwa tomy poświęcone Lidii Ostrowiec, ustawiając sobie pracę na co najmniej pół roku do przodu. Miałem mnóstwo wolnego czasu. – Poza tym pokazywanie się z tobą w miejscach publicznych jest kiepskim pomysłem i dobrze o tym wiesz.

To akurat była prawda. Siedem lat temu sprawą Łowcy Nimfetek żyło całe miasto. Przez krótki czas Ostrowskie były na medialnym świeczniku. Potem Mela postanowiła zrobić użytek ze zbrodniczej kariery tatusia. Wpadła w trans imprezowania i lansowała się w klubach jako córka seryjnego mordercy. Image pociągającego dziwadła utrzymała do dziś. Była to jej metoda na zdobycie popularności i radzenie sobie z bólem.

– Co ty opowiadasz? – Wyciągnęła telefon, włączyła tryb selfie i przysunęła się do mnie. – Twój wydawca spuściłby się ze szczęścia, gdyby córka Łowcy Nimfetek pochwaliła się, z kim spędza poranek. – Trzymała palec nad przyciskiem odpowiadającym za robienie zdjęć. – A gdybym napisała, co nas łączy, prawdopodobnie zaproponowałby mi robotę w dziale marketingu. Sprzedaż podskoczyłaby ci o jakieś tysiąc procent, a ja nabiłabym sobie popularność.

Znalezienie wydawcy chętnego zainwestować w Obsesję dla kogoś bez nazwiska oznaczało lata czekania na cud. Nie miałem na to czasu ani ochoty. Zawiozłem powieść do największej oficyny na rynku. Od razu pochwaliłem się, kim jestem, zapewniając sobie pełną atencję. Namawiali mnie na autobiografię lub opis wydarzeń związanych z Łowcą Nimfetek, ale odmówiłem. Interesowało mnie tylko publikowanie fikcji.

– Przestań. – Wyrwałem jej komórkę i odłożyłem na stolik. – Wiesz, jak jest.

Po długich i topornych negocjacjach podpisałem umowę, zgadzając się na ryzykowny kruczek. Wydawca organizował Obsesji wielką kampanię promocyjną. Warunek był taki, że jeśli książka zaskoczy, pracujemy normalnym trybem. Jeśli książka nie zaskoczy, podajemy do informacji publicznej, że Oskar Blajer jest chłopakiem nieżyjącej córki Łowcy Nimfetek. Okoliczności śmierci Luizy i sam fakt istnienia drugiego zabójcy udało się glinom odsunąć na dalszy plan. Oficjalnie Luiza padła ofiarą maniaka seksualnego niemającego nic wspólnego z działaniami ojca.

– Taaak, wiem, musisz się kisić w samotni. Aż dziw, że nie wydajesz pod pseudonimem.

Nalegałem na pseudonim, nie potrzebowałem sławy. Ale przez ten kruczek wydawca odmówił. Twierdził, że łatwiej będzie promować moje nazwisko, łącząc je z Łowcą Nimfetek. Nie wierzył, że książka zaskoczy. Na szczęście zaskoczyła i nikt nie musiał grzebać mi w przeszłości. Przynajmniej na razie. Rosnąca popularność zwiększała liczbę zazdrosnych i dociekliwych. Mela doskonale o tym wiedziała. Pokazywanie się z dziewczyną, która w swojej prezentacji na Facebooku ma wpisane „córka seryjnego mordercy”, było mi tak potrzebne jak depilacja pleców.

– Możemy przejść do naszej drugiej sprawy? – spytałem.

Choć Melania Ostrowska stanowiła jeden z niewielu pozytywnych elementów mojego życia, dzisiaj nie miałem nastroju na towarzyskie przekomarzanki.

– No to pogadaliśmy… – Schyliła się pod stolik i wyciągnęła elegancką torbę z logo popularnego butiku. – Proszę, tylko te udało mi się podwędzić. Ostatnio mama często przegląda pudła, ale nie zauważy małych braków. Gdyby wiedziała, kto to dostanie, wpadłaby w szał.

– Dzięki. – Zajrzałem do środka i serce zapiekło mnie, jakby wstrzyknięto w nie morderczy jad węża.

Doskonale pamiętałem szarą sukienkę, którą Luiza włożyła na naszą pierwszą randkę. Czerwoną, którą zdjąłem z niej, gdy kochaliśmy się pierwszy raz, krótkie spodenki, które miała podczas jednego ze słynnych sobotnich grillów u jej rodziców. Te wszystkie rzeczy potęgowały ból, przypominając, jak bardzo za nią tęsknię. Musiałem ją odzyskać, musiałem!

– Są twoje, katuj się nimi, ile chcesz. – Melania nie miała pojęcia, do czego naprawdę potrzebne mi są ubrania Luizy. Powiedziałem jej, że muszę ożywić wspomnienia.

– Dasz radę załatwić więcej? – spytałem, nie odrywając oczu od ubrań.

– Nie wiem, spróbuję. – Niespodziewanie nachyliła się nade mną i dała mi buziaka w policzek. – Pamiętaj, ja też za nią tęsknię. Tylko radzę sobie inaczej. – Wlała resztkę kawy do szklanki z red bullem. Wypiła duszkiem. – Chyba lepiej od ciebie.

3.

W przeciwieństwie do Marty przed Melanią nie musiałem udawać. Doskonale wiedziała, jak obsesyjne jest moje uczucie do Luizy. Dlatego nie męczyła mnie dłużej, dopiła kofeinową miksturę i rozeszliśmy się, każde w swoją stronę.

Mój kolejny cel stanowiło Miasto Aniołów, gigantyczny kompleks handlowo-rozrywkowy znajdujący się na obrzeżach dużego miasta oddalonego pięćdziesiąt kilometrów od mojego domu. Tego samego, w którym studiowała Melania. W wolnym czasie lubiliśmy przyjeżdżać tu z Luizą. Grać w kręgle, chodzić do kina, spacerować i wcinać pyszne kolacje w knajpach. Dziś pierwsze kroki skierowałem do sklepu z bielizną.

– Trzy razy stanik, trzy razy stringi, trzy razy pończochy. Wszystkie w kolorze białym… – Ekspedientka wyliczała rzeczy, które kładłem na ladzie. – Sześć pasów do pończoch, dwa sportowe staniki, majtki bikini, koronkowe body i… cztery koszulki nocne. Wszystkie w tym samym rozmiarze. – Zagwizdała z wrażenia. – Prowadzi pan klub ze striptizem? Jeśli tak, polecam wziąć fakturę.

Początkowo zastanawiałem się nad kupnem bielizny w kilku różnych sklepach. Facet robiący tak specyficzne, hurtowe zakupy zwykle rzuca się w oczy i sprawia wrażenie dziwaka. Ale doświadczenie nauczyło mnie, że żeby być wziętym za dziwaka, najpierw trzeba wyglądać jak dziwak. Marek Ostrowski zaopatrywał się w ubranka do swoich lalek w jednym specjalistycznym sklepie, a jednak nikogo nie zdziwił fakt, że dorosły mężczyzna regularnie kupuje kuse spódniczki, bluzeczki i pończoszki dopasowane do konkretnego rodzaju Barbie. Wszystko przez to, że wyglądał normalnie i potrafił logicznie wyjaśnić swój zakup. Tak przynajmniej twierdziły po czasie sprzedawczynie, które go obsługiwały. Ja też postanowiłem ułatwić sobie życie, korzystając z atutu, jakim jest wygląd.

– Liga Mistrzów… – wyjaśniłem, siląc się na czarujący uśmiech. – Dwa dni piwa, kumpli i futbolu. Dziewczyna wykazała się wielką cierpliwością, zasługuje na rekompensatę.

Wszystkie przeżyte dramaty odcisnęły się piętnem na mojej psychice, na szczęście oszczędzając wygląd. Choć za kilka miesięcy miała mi stuknąć trzydziestka, moja twarz nadal miała dziecinne rysy, które zdaniem taty nie zmieniły się, odkąd skończyłem czternaście lat. Żeby nadać im nieco męskości, nosiłem kilkudniowy zarost. Gęste włosy koloru zabłoconej opony czesałem na prawo z przedziałkiem. Kiedyś szczupła, teraz moja sylwetka nabrała kształtów. Przy metrze siedemdziesiąt sześć wzrostu sprawiałem wrażenie dobrze zbudowanego mężczyzny.

– Pytanie, kto tak naprawdę dostanie nagrodę… – Ekspedientka skończyła nabijać towar na kasę. Wyszła astronomiczna kwota, która i tak stanowiła kroplę w morzu wydatków związanych z moim projektem. – Jeśli pan chce, mogę ładnie zapakować.

– Poproszę. – Prezentowe opakowanie nie było mi potrzebne, ale musiałem zachować pozory.

Zaopatrzywszy się w bieliznę, poszedłem do sklepu z butami. Tu było nieco trudniej. Moja ukochana należała do wielkich fanek butów. Przekrój był ogromny, od trampek i tenisówek, przez kozaki, buty treningowe, na szpilkach skończywszy. Dobierając rozmiary na chybił trafił, kupiłem dziewięć par butów, co kosztowało mnie prawie dwa tysiące złotych. Wybrałem same trampki i tenisówki, nic, co miałoby ostre, szpiczaste zakończenie.

– Ktoś się dzisiaj bardzo ucieszy. – Kolejna ekspedientka nie mogła wyjść z podziwu nad moimi zakupami.

– Gdzie znajdę najbliższe Wi-Fi? – spytałem po opowiedzeniu bajeczki o Lidze Mistrzów.

– Tu naprzeciwko. – Wskazała palcem sieciową kawiarnię po drugiej stronie pasażu handlowego.

Obładowany torbami niczym turecki tragarz, zająłem miejsce w najbardziej ustronnej części kawiarni. Zamówiłem colę i poprosiłem o hasło do Wi-Fi. Wyciągnąłem swój specjalny smartfon. Kupiłem go w komisie, nigdy nie włożyłem do niego żadnej karty SIM. Komórka była czysta, nie miała kontaktów, archiwum wiadomości i ani jednego zapisanego zdjęcia. Dysk zawierał same fabryczne programy, nie licząc aplikacji Instagrama. Ściągnąłem ją przez miejskie Wi-Fi pół roku temu. Za każdym razem, gdy używałem telefonu, łączyłem się tylko z ogólnodostępnymi sieciami w najbardziej zaludnionych miejscach. Pasaż handlowy w Mieście Aniołów do nich należał.

Od razu zalogowałem się na Instagram. Miałem fikcyjne konto. Nazywałem się Yon Li, profilówka przedstawiała skośnookiego nastolatka, którego zdjęcie wyłowiłem w sieci. Nie miałem żadnych postów, nikogo nie obserwowałem. Ale wystarczyło wejść na wyszukiwanie osób i pojawiało się szerokie archiwum ostatnio wyświetlanych, zdominowane przez piękne blondynki. Na ich czele stała użytkowniczka monia_banasiak. Od pewnego czasu jej profil odwiedzałem najczęściej.

W sumie zagłębiłem się w ponad tysiąc różnych profili, a ta dziewczyna najbardziej przypominała mi Luizę. Przynajmniej z wyglądu. Luiza nie była tak próżna, ale charakter nie miał znaczenia, dało się go wyszlifować. W swoim bio Monia podała miasto zamieszkania, ulubiony zespół muzyczny i chwaliła się wojowniczą naturą. Jej konto nie miało żadnych ograniczeń prywatności, mogłem je odwiedzać, kiedy tylko chciałem. A było na co popatrzeć. Laska wrzucała fotki regularnie. Z większości mogłem łatwo wywnioskować, że odbijanie piłeczki rakietą tenisową i wypady do nocnych klubów z koleżankami stanowiły jej największe pasje. Monia chodziła do klasy maturalnej, co stwierdziłem po opisach i komentarzach pod niektórymi zdjęciami.

Wczoraj w nocy dodała nowe fotki oraz film na stories. Sprawdziłem to, korzystając z hotelowego Wi-Fi. Na zdjęciu pozowała z koleżankami. Wszystkie trzymały kolorowe drinki, stały na tle baru i robiły dzióbki. Na krótkim filmie wznosiły toast. Wybitna próżność Moniki kazała jej oznaczyć profil lokalu, w którym się bawiła. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnąłem pomiętą kartkę A4. Zapisywałem na niej kluczowe informacje dotyczące dziewczyny. Upewniłem się, że odwiedziła ten sam klub co w zeszłym tygodniu i dwa tygodnie temu, kiedy też udostępniała filmy. Jej życie wyglądało na w miarę uporządkowane. Lubiła wyskoczyć do knajpy w sobotę i w czwartek. Niedziele poświęcała nauce i kotom, których zdjęcia też regularnie wrzucała.

We wtorki, środy i piątki trenowała tenisa. Tego również dowiedziałem się dzięki filmikom na stories. Udostępniała swoje najlepsze zagrania, więc podczas gry ktoś ją cały czas nagrywał. Była tak uprzejma, że oznaczyła miejsce, w którym trenuje. Według mapy Aurora Fitness Club mieścił się czterdzieści kilometrów od miejsca jutrzejszego spotkania autorskiego zorganizowanego z okazji premiery nowej książki. Wydawca dał mi wolną rękę, zainteresowanie było na tyle duże, że sam mogłem wybrać miejscowość, w której odwiedzę pierwszą księgarnię. Potrzebowałem dużego miasta sąsiadującego z moim celem. O moim wyborze zadecydowała Monika. Filmy z tenisa wrzucała po dwudziestej drugiej, więc mogłem założyć, że trenuje dość późno. Potem pewnie jeździła do domu, bo gdyby robiła jakieś wypady do klubu, kina czy na kolację, na pewno pochwaliłaby się szczegółami na stories. Jej filmiki oglądałem regularnie, odkąd wytypowałem ją na Luizę.

Na pewno mieszkała w domu jednorodzinnym, o czym świadczyły letnie fotki na tarasie i w ogródku, zwykle oznaczane hashtagiem sweethome. To wiele ułatwiało. Musiałem tylko ustalić adres. Niestety jej próżność była ograniczona i pod domowymi zdjęciami nie dodawała lokalizacji. Ale i tak wiedziałem, jak go zdobyć. Wystarczyło się dowiedzieć, o której zaczyna grę w tenisa.

Wszedłem na stronę fitness clubu, spisałem numer sekcji tenisa i przyłożyłem telefon do ucha. Udawałem, że dzwonię, jednocześnie przytrzymując guzik wyłączania. Rozejrzałem się po lokalu, próbowałem złapać czyjeś spojrzenie.

– Cholera jasna! – krzyknąłem, gdy mój wzrok zderzył się ze spojrzeniem kelnerki. – Padłeś? Akurat teraz! – Potrząsnąłem aparatem, jakbym mógł go w ten sposób ożywić. Kelnerka przyglądała się mojej nierównej walce z telefonem, kręcąc głową. Stolik od jej stanowiska dzieliły niecałe dwa metry. – Mógłbym zadzwonić od pani? – spytałem, rzucając komórkę na stół. – Bardzo proszę. Muszę odwołać spotkanie, ktoś może obciąć mi męskość, jeśli tego nie zrobię. – Swoją prośbę upiększyłem niewinnym uśmiechem.

Młoda dziewczyna zniknęła na zapleczu.

– Proszę, niech pan dzwoni. – Wróciła po chwili ze smartfonem osłoniętym kolorowym etui. – Nie chcę przykładać ręki do pana kastracji – dodała, rumieniąc się trochę.

Podziękowałem, poczekałem, aż odejdzie i wybrałem numer. Nie chciałem dzwonić ze swojego telefonu. Zostawiłbym ślad, z pozoru nic nieznaczący, ale ponieważ przez ostatnie lata wymyśliłem kilkanaście zbrodni, a wcześniej dzięki Pecynie poznałem działania operacyjne policji, wolałem dmuchać na zimne.

– Aurora Fitness, strefa tenisa. W czym mogę pomóc? – spytał damski głos po drugiej stronie.

– Dzień dobry, moje nazwisko Banasiak – przedstawiłem się grubym głosem, mającym symulować starszy wiek. – Córka Monika rezerwowała kort na jutro. Mógłbym się upewnić, czy wybrała dziewiętnastą, czy może jednak dwudziestą? – strzelałem na oślep. Liczyłem, że w tych godzinach moja nowa Luiza trenuje. – Nie pamięta, a sama wstydzi się zadzwonić. Wie pani… nastolatki – westchnąłem jak typowy tatuś naprawiający błędy córki.

– Proszę poczekać. – W głośniczku usłyszałem oschły ton, a potem nastąpiła chwilowa cisza. – Monika Banaś zarezerwowała kort na dwudziestą trzydzieści. Na dwie godziny. W czymś jeszcze mogę pomóc?

– To wszystko. Bardzo pani dziękuję i przepraszam za kłopot.

Kobieta rozłączyła się bez grzecznościowego pożegnania.

Nie zdążyłem zablokować komórki, a kelnerka już czekała przy stoliku. Musiała czuć się bardzo źle ze świadomością, że ktoś obcy dotyka jej cyfrowej części ciała.

– Pomogłam uratować pana męskość? – spytała, odbierając telefon.

– O tak, bardziej, niż się pani wydaje.

Dzięki naiwności dwóch kobiet miałem kolejny element swojej układanki. Najważniejszy zamierzałem zdobyć jutro w nocy, gdy zmęczona treningiem Monia Banasiak będzie słodko spała.

4.

Aurora Fitness Club był naprawdę duży. Składały się na niego cztery budynki przypominające przerośnięte hale magazynowe. Największy zajmowały perełki: siłownia, strefy boksu, sztuk walki i odnowy biologicznej. W drugim znajdowała się kręgielnia i klub bilardowy. W trzecim można było grać w piłkę halową lub koszykówkę. Czwarty to dwa kryte korty tenisowe i sąsiadujący z nimi tor do jazdy na wrotkach. Teren znajdował się na odludziu, dzięki czemu właściciel bez problemu znalazł miejsce na wybudowanie przestronnego parkingu.

Do miasta Moni Banasiak dotarłem w południe. Od razu pojechałem sprawdzić fitness club. Interesowało mnie położenie kortów, parking i monitoring. Główny budynek był naszpikowany kamerami, parking totalnie czysty, a czwarta hala doczekała się tylko jednej kamery przy wejściu. Typowa oszczędna prowizorka zamontowana dla złudnego poczucia bezpieczeństwa klientów. Na pewno nie funkcjonowała jako zabezpieczenie przed złodziejami, bo przecież tylko wybitny idiota mógłby chcieć włamać się na teren chronionego obiektu po to, żeby ukraść używane wrotki lub rakiety do tenisa. Miejsce pierwszego kontaktu z nową Luizą mogłem uznać za optymalne. O ile żaden uczestnik spotkania autorskiego po wizycie w księgarni nie wybierał się na wrotki czterdzieści kilometrów od swojego miasta, nie zapamiętałby mojej twarzy i nie pochwalił się tym policji, kojarząc mnie z wydarzeniami, jakie miały nastąpić.

Prawdopodobieństwo, że tak się stanie, było niewielkie. Podobnie jak to, że któryś z pracowników lub klientów Aurory rozpozna we mnie autora trzech książek. Byłem początkującym, choć poczytnym pisarzem, ale nie gwiazdą filmu. Moja rozpoznawalność zamykała się w grupie trzydziestu tysięcy ludzi w skali kraju. Po spotkaniu z okazji premiery, które w przyjemny sposób podziałało na moje ego, docisnąłem pedał gazu, pokonałem krótki odcinek autostrady i o dwudziestej trzydzieści ponownie wszedłem do Aurora Fitness Clubu. Żeby dotrzeć do toru wrotkowego, musiałem przejść obok kortów.

Moją nową Luizę najpierw usłyszałem, dopiero potem zobaczyłem. Rozbudzający wyobraźnię jęk, jaki towarzyszył uderzaniu piłki rakietą, mógł zostać wydany tylko przez jedną osobę. Długonoga blondynka biegała wzdłuż linii, raz po raz kontrując ataki mężczyzny po drugiej stronie kortu. W trakcie intensywnego wysiłku jej twarz wyglądała znacznie lepiej niż na pozowanych zdjęciach na Instagramie. Próżność i dzióbki zastąpiły wola walki, ambicja i zaangażowanie. Cechy jakże bliskie Luizie. Poza tym dziewczyna była piękna. Dużo piękniejsza niż na zdjęciach. Biały, niezwykle skąpy strój tenisowy przy każdym odbiciu dolnej piłki pozwalał dostrzec pełnię ud i znaczną część pośladków. Ciężka od potu koszulka niemal sklejała się ze sportowym stanikiem. Skórę miała jaśniutką, niewiele ciemniejszą od przepoconego stroju, choć twarz czerwieniała z wysiłku. Włosy były ściągnięte w koński ogon. Jęczała przy każdym odbiciu piłki, jakby chciała w ten sposób rozproszyć przeciwnika.

– Dajesz mu za dużo czasu na przyjęcie pozycji! – Zrzędliwie wściekły głos wciął się w arię wspaniałych jęków dziewczyny. – Odbijaj szybciej! – Głos należał do pomarszczonej wersji Moniki.

Blondwłosa, około pięćdziesięcioletnia kobieta stała przy siatce i nagrywała smartfonem trening córki. Etui z logo Myszki Miki świadczyło o tym, że telefon raczej należy do Moni. Filmy, które dziewczyna wrzucała na stories, kręcone były z podobnej perspektywy. Sądząc po podobieństwie, kobieta była jej matką.

– Ruszaj się, ruszaj, Moniczko! – krzyczała kobieta, wciąż dopingując córkę. – Więcej gracji w odbiorze!

Moim zdaniem Monia poruszała się z wystarczającą gracją. Wyglądała idealnie. Piękna blondynka, spełnienie fantazji każdego mężczyzny, ale przeznaczona tylko dla mnie. Tak jak Luiza. Na myśl o tym, co nas czeka, poczułem silne podniecenie. Podobne jak podczas pogrzebu zamordowanej nastolatki, na którym poznaliśmy się z Luizą.

Choć widok był piękny, nie mogłem długo się nim napawać. W końcu przykułbym czyjąś uwagę. Ruszyłem więc do wrotkarni. Wypożyczyłem rolki i przez godzinę jeździłem po okrągłym torze ze słuchawkami w uszach. Myślałem o Luizie. Na pewno nie byłaby ze mnie dumna. Prędzej znienawidziłaby mnie tak jak swojego ojca. Robiąc to, co zamierzałem, niewiele różniłem się od człowieka, który ją zabił. Ale jej tu nie było, a moje wnętrze usychało z tęsknoty. Pełen nadziei na zmianę tego stanu, opuściłem Aurorę dziesięć minut przed końcem treningu Moni. Wychodząc, starałem się na nią nie patrzeć.

– Świetny backhand, córeczko! Dajesz jeszcze raz! – Choć trening dobiegał końca, matka nadal zaciekle dopingowała córkę.

Wypożyczoną z zaprzyjaźnionego komisu alfę 159 sportwagon zaparkowałem pomiędzy kilkoma równie wiekowymi samochodami w środkowej części parkingu. W ten sposób wtapiałem się w tłum, mogąc cały czas obserwować wejście na halę. Wypaliłem dwie fajki. Tyle czasu zajęło Moni i jej matce ogarnięcie się po treningu. Wyszły z budynku, od stóp do głów opatulone dresowymi ciuchami. Wsiadły do opla vectry stojącego blisko wejścia. Poczekałem dwadzieścia sekund i ruszyłem za nimi. Jadąc, zachowywałem bezpieczny dystans, od czasu do czasu pozwalając się wyprzedzić jakiemuś nadpobudliwemu kierowcy. W nocy i z daleka wszystkie auta wyglądały podobnie, więc panie Banasiak nie mogły się zorientować, że są śledzone.

Zaprowadziły mnie na podmiejskie tereny klasy średniej, która za wszelką cenę chce uciec od bloków. Położenie przy samej wylotówce, gdzie panował spory ruch, duża odległość od miasta i nieustanny hałas przejeżdżających samochodów obniżały cenę nieruchomości. Pięćsetmetrowa ślepa uliczka, po lewej stronie maszyny i wielki plac budowy. Po prawej już wybudowane małe, parterowe domy, kilka niewykończonych, co trzecia działka wolna, a na końcu las. Jedna z pustych działek graniczyła z sąsiadami Banasiaków.

Moja nowa Luiza mieszkała w niedużym domu, osłoniętym metalowym płotem z szeroko rozstawionymi prętami. Sądząc po malutkich tujach rosnących wzdłuż ogrodzenia, wprowadzili się tu niedawno. Finalnie te drzewka miały zasłaniać posesję. Na razie cały teren był doskonale widoczny.

Zaparkowałem bliżej sąsiadów, bo w przeciwieństwie do Banasiaków wszystkie okna od frontu mieli zasłonięte roletami zewnętrznymi i nie mogli zobaczyć mojego samochodu. Monia i jej rodzice musieli żyć w złudnym poczuciu bezpieczeństwa. Nie używali nawet zasłonek, w oknach wisiały jedynie firanki. Pewnie myśleli, że skoro po drugiej stronie trwa budowa, mogą czuć się całkowicie swobodnie.

Dzięki lornetce miałem ich jak na widelcu. Widziałem dokładnie moment, w którym wchodzą do salonu, witają się ze starszym mężczyzną, a Monia pokazuje mu filmy na komórce. Trwało to kilka minut, potem dziewczyna przeszła do bocznej, najbardziej oddalonej części domu. Tam pewnie był jej pokój. Miejsce w sam raz dla nastolatki, z dala od salonu i sypialni rodziców. Dzięki lornetce zobaczyłem biurko, mały telewizor i jakiś plakat na ścianie. Monia miała swój własny taras, co stanowiło kolejne ułatwienie. Nie przyglądałem się długo. Osiedle, choć małe, było zamieszkane przez kilka rodzin. Dochodziła dwudziesta trzecia, w każdej chwili ktoś mógł tędy przejeżdżać. Zdobywszy niezbędne informacje, wróciłem na wylotówkę. Zaparkowałem na leśnej zatoczce pozwalającej obserwować wjazd w ślepą uliczkę. Robiłem to na wszelki wypadek.

Miałem jedną szansę, nie mogłem jej zmarnować. I tak dopisywało mi szczęście. Przyjeżdżając do Aurory, nie wiedziałem, gdzie mieszka Monia, zakładałem jakieś większe osiedle domów jednorodzinnych, ewentualnie willę odgrodzoną od świata wysokim murem. Słabo zaludnione przedmieścia nadawały się znakomicie.

Czekałem w samochodzie, przeglądając zdjęcia Luizy. W ten sposób pozbywałem się ostatnich wątpliwości. Znałem skalę ryzyka, wiedziałem, co może się stać, jeśli popełnię jakiś błąd. Moje dotychczasowe życie ległoby w gruzach, ale bez Luizy ono i tak przypominało pobojowisko. Tylko odzyskanie miłości życia mogło wyleczyć mnie z koszmarów, przywrócić sens egzystencji i pomóc wreszcie uwolnić się od Marty. Musiałem ryzykować, w razie wpadki byłem gotów nawet zabić. Motywacja pokonywała strach. Toczyłem nierówną walkę myśli, podkręconą wspomnieniami zapisanymi w formacie JPG. Walka dobiegła końca o wpół do drugiej w nocy.

Wtedy ponownie wjechałem na osiedle. Tym razem wyłączyłem światła. Benzynowy silnik alfy pracował cicho. Jechałem powoli, żeby przypadkiem nie wpuścić go na wysokie obroty. Obserwowałem domy. Tylko w jednym, zaraz na początku dróżki, paliło się światło. Na ulicy nie było latarni, jedyne źródło oświetlenia stanowiły pojedyncze lampy zamontowane na płotach i w ogródkach. W domu Banasiaków panowała całkowita ciemność. Zgodnie z moimi założeniami wszyscy powinni już spać. Monia musiała być wykończona treningiem, podobnie jej matka nieustannym nagrywaniem połączonym z dopingiem, a ojciec całym tygodniem pracy. Minąłem ich dom, przejechałem obok posiadłości sąsiada i zawróciłem przy wolnej działce. Tam zgasiłem silnik.

Sięgnąłem po niewielki plecak leżący na tylnym siedzeniu. Napięcie rosło, zaczynała boleć mnie od tego głowa. Wyciągnąłem z plecaka plastikową maskę do hokeja. Kupiłem ją w sklepie dla maniaków gadżetów filmowych. Była identyczna jak ta, którą nosił Jason Voorhees w Piątku, trzynastego. Wcześniej rozważałem inny, mniej rzucający się w oczy i pozwalający wtapiać się w tłum kamuflaż. Taki w stylu poduszki zmieniającej posturę i sztucznej brody, ale uznałem, że jeśli coś pójdzie nie tak, lepiej wzbudzać strach i wyzerować ryzyko zostawienia DNA, a to gwarantowała maska. Nie wiedziałem, co czeka mnie w domu Moni Banasiak. Zakładałem szybkie spotkanie sam na sam, ale nie mogłem przewidzieć, czy przypadkiem jej pokoju nie odwiedzi nagle któreś z rodziców.

Przyzwyczajając oczy do ciemności, szykowałem ekwipunek. Najpierw bluza z kapturem i rękawiczki. W takim samym stroju Kobra wszedł do naszego mieszkania, żeby zabić mamę. Tylko zamiast maski nosił kominiarkę. Na żadnym z dziewięciu miejsc zbrodni nie zostawił swojego DNA, więc taki zestaw gwarantował skuteczność. Do zapinanej kieszeni bluzy schowałem jednorazowy skalpel chirurgiczny. Kupiłem zestaw dziesięciu w hurtowni materiałów opatrunkowych, gdzie podałem się za pracownika prywatnej przychodni, szukającego odpowiednich przyrządów dla lekarzy. Nie zamierzałem go używać, stanowił zabezpieczenie w razie konieczności walki.

Kolejne narzędzie, nóż olejowy do cięcia szkła, stanowiło kluczowy element wyposażenia. Za pomocą takiego noża Kobra dostawał się do domów swoich ofiar. Przez kilka miesięcy treningów nauczyłem się nim posługiwać niemal bezbłędnie. Najdroższym narzędziem był paralizator Phazzer Enforcer, strzelający kartridżem zawierającym dwie elektrody. Porażał prądem o mocy pięćdziesięciu pięciu woltów, pozbawiając przytomności, lecz nie zostawiając żadnych długotrwałych obrażeń i nie powodując następstw. Testowałem go, celując do saren. Duże zwierzę po kontakcie z kartridżem było nieprzytomne przez pięć minut. Paralizator raził przez dziesięć sekund, ale przytrzymanie spustu wydłużało ten czas. Zakładałem, że człowiek będzie potrzebował mniejszej dawki. Schowałem go do specjalnej kabury kydexowej. Mój zestaw uzupełniły opaski zaciskowe do kabli, skórzany knebel kupiony w sex-shopie, gruby sznur i taktyczny plecak, który trzymałem w bagażniku.

W pełni uzbrojony, cichaczem doszedłem pod posesję Banasiaków. Jeszcze raz pomyślałem o Luizie, o moich koszmarach i czekającym mnie szczęściu. Podciągnąłem się na prętach i przeskoczyłem płot. W ten sposób przepadła ostatnia szansa odwrotu.

5.

Przygotowując się do dzisiejszej operacji, wykorzystałem całą wiedzę nabytą podczas mimowolnego obcowania z seryjnymi mordercami. Strój i sposób wejścia do domu zostały zapożyczone od Kobry. Szybko przedostałem się pod okno tarasowe będące częścią zewnętrzną pokoju Moni Banasiak. Zajrzałem przez szybę. W środku panowała ciemność, do której moje oczy zdążyły dawno przywyknąć. Jednoosobowe łóżko stało na prawo od wyjścia na taras. Tak jak Kobra, użyłem noża olejowego, żeby wykroić dziurę w szybie, tuż przy klamce.

Powinienem się bać, byłem w trakcie popełniania ciężkiego przestępstwa, ale mój organizm ogarnęła dziwna euforia. Po drugiej stronie czekała niesamowicie realna wersja Luizy. Nie próbowałem sobie wmawiać, że to normalne, ale nie próbowałem też przekonywać samego siebie, że powinienem się otrząsnąć, zawrócić i jechać jak najdalej stąd. Całym sobą pragnąłem zdobyć tę dziewczynę. Należała mi się – za Luizę, za Ostrowskiego, za to, że musiałem patrzeć na jej śmierć.

Nakręcony tak szaloną motywacją, prowadziłem rękę swobodnie wzdłuż szyby. Ból głowy minął. Gdy cięcie było skończone, wsadziłem dłoń do środka, przekręciłem klamkę i uzyskałem dostęp do wnętrza domu. Natychmiast chwyciłem za paralizator, bojąc się, że podmuch chłodnego powietrza obudzi dziewczynę. Wszedłem do środka, kierując czerwoną diodę celownika laserowego na łóżko. W pokoju dominował słodki, truskawkowy aromat żelu pod prysznic lub odżywki do włosów, jakże inny od subtelnych zapachów, których używała Luiza.

Nie przestając celować, zbliżyłem się do łóżka. Dziewczyna ani drgnęła. Spała opatulona kołdrą. Jedynie głowa wystawała spod pościeli. Leżące na podłodze przy łóżku otwarta książka i pusta butelka po desperadosie z pewnością pomogły Moni wprowadzić się w stan głębokiego snu. Dla zyskania komfortu ruchów odpiąłem dwie klamry przy ramionach plecaka. Upadł na podłogę. Przez chwilę skupiłem wzrok na śpiącej dziewczynie. Pogrążona w sennych myślach wyglądała słodko i niewinnie. Zupełnie jak Luiza. Po śmierci jej ojca mieszkaliśmy razem, uwielbiałem ją obserwować podczas snu. Snułem wtedy piękne wizje wspólnej przyszłości, którą później przecięło zabójcze ostrze noża.

Szybko otrząsnąłem się z transu. Nie było to miejsce ani czas na sentymentalne wizje. Lewą ręką chwyciłem za róg kołdry. W prawej trzymałem paralizator, który budową do złudzenia przypominał pistolet. Pociągnąłem kołdrę, zrzucając ją na podłogę. Monia Banasiak spała w pidżamie, inaczej niż Luiza, która przy mnie używała jedynie skąpych koszul nocnych. Wymierzyłem celownik paralizatora w odsłonięty fragment brzucha dziewczyny. Zanim nacisnąłem spust, brzuch się poruszył, a w ciemności pojawiły się dwa jasne punkty. Były niczym iskry ze szwankujących zapalniczek. Monika Banasiak już nie spała. Mrugała, próbując wypatrzeć zagrożenie czające się w mroku.

– Jak? Kimmm… – Z gardła dziewczyny wydobyło się mamrotanie będące zapowiedzią krzyku.

Pierwszy szok minął, gdy do mojego mózgu dotarł impuls, że lada chwila mogę mieć przejebane. Błyskawicznie zatkałem dziewczynie usta. Byłem w pozycji ofensywnej, zdeterminowany do osiągnięcia celu. Ona wciąż znajdowała się w półśnie. Nawet nie zareagowała, gdy skórzany materiał rękawiczki wbił się w jej usta. Zanim dotarło do niej, co się dzieje, i spróbowała podjąć jakąkolwiek akcję obronną, nacisnąłem spust paralizatora. Kartridż wyskoczył błyskawicznie, wbijając się w ubranie dziewczyny. Jej ciało podrygiwało mimowolnie. Nachyliłem się nad nią, nie uwalniając jej ust.

– Spokojnie, Luizo – wyszeptałem dziewczynie do ucha. – Chwilę poboli i zaraz zaśniesz.

Dziewczyna wybałuszyła oczy, jej nogi uniosły się na moment i szybko opadły, szyja mocno się napięła, ręce drżały. Impuls elektryczny dezorientował jej organizm, zagłuszał sygnały nerwowe, paraliżował mięśnie. Minęło dziesięć sekund, w czasie których prąd miał powalić przeciwnika na ziemię. Monia przestała się ruszać, ale jej oczy ciągle były otwarte. Nie straciła przytomności. Była jedynie mocno oszołomiona.

– Musisz zasnąć, ślicznotko. – Ponownie nacisnąłem spust.

Trzymałem do skutku. Nie wiem, czy było to kolejne dziesięć sekund, czy może dwadzieścia. Monia znów podrygiwała. Z jej ust po rękawiczce ciekła ślina. Oczy zrobiły się mniejsze, oddech znacznie spokojniejszy i w końcu straciła przytomność. Nie marnowałem czasu na sprawdzenie, czy przypadkiem nie blefuje. Nie mogła być tak świetną aktorką, gotową na rozegranie dramatycznej sceny w przerażających warunkach. Odpiąłem kartridż i z miejsca przystąpiłem do kolejnego etapu. Zamierzałem porwać ją w podobny sposób, jak Pytlakowski z Ostrowskim uprowadzali swoje przyszłe ofiary, tylko nieco bezpieczniej.

Wyciągnąłem knebel z plecaka. Kilka sprawnych ruchów wystarczyło, żeby założyć go Monice. Ćwiczyłem to wiele razy, kneblując kupionego specjalnie na treningi manekina wystawowego. Zawsze zakładałem knebel w ciemnościach. Byłem w stanie zrobić to z zawiązanymi oczami. Kneblowanie nieprzytomnej osoby nie różniło się zbytnio od kneblowania plastikowego człowieka. Po ustach nadszedł czas na kończyny. Te związałem opaskami zaciskowymi do kabli. Potem ściągnąłem je ku sobie i sznurem związałem nadgarstki z kostkami u stóp. Monia musiała pozostać w pozycji embrionalnej aż do przecięcia sznura. Sposób jej związania również trenowałem na manekinie.

Łowca Nimfetek wraz ze wspólnikiem krępowali dziewczyny i wynosili przez okna ich domów zawinięte w dywan lub olbrzymie worki na śmieci. Ja postawiłem na bardziej profesjonalne wyposażenie. Wojskowy plecak taktyczny kupiłem w sklepie z używaną odzieżą sprowadzaną z Wielkiej Brytanii. Był wodoodporny, miał usztywnione plecy i przede wszystkim komin, który zwiększał jego pojemność, a co za tym idzie – wysokość. Żeby zyskać na szerokości, przed próbnym spakowaniem manekina rozciąłem boczne kieszenie.

Komuś, kto trenował tę czynność kilkadziesiąt razy, spakowanie Moni Banasiak zajmowało pół minuty. Zacząłem od głowy, tak było łatwiej, a wygięte łokcie idealnie mieściły się w przestrzeni po kieszeniach. Ściągnąłem sznurkiem kołnierz, zamykając plecak.

Zanim wyszedłem, sprawdziłem szuflady biurka Moniki. Zgodnie z moimi przypuszczeniami natrafiłem na klucze od domu. Zakładałem, że podobnie jak Luiza, ja, a także Mela, Monika trzymała klucze w swoim pokoju. Przerzucając przez płot plecak z dziewczyną, mogłem ją uszkodzić, wyjście przez furtkę było o wiele bezpieczniejsze. Podniosłem plecak, w pięści ściskałem klucze. Byłem świetnie przygotowany do dźwigania ludzkiego ciała. Pompki stanowiły jedynie wstęp do moich treningów. W ciągu ostatnich miesięcy regularnie trenowałem wspinaczkę, na wypadek gdybym musiał wyciągnąć dziewczynę z piętra. Cztery razy w tygodniu nosiłem na swoich barkach plandekę wypełnioną pięćdziesięciokilowym ciężarem rozłożonym podobnie jak waga człowieka. Najpierw wypełniały ją kamienie, później kłody drewna. Pokonywałem z nią półkilometrowy dystans. Na początku ledwie dawałem radę, obecnie był to zwykły trening powodujący przyjemny wysiłek.

Luiza ważyła niecałe pięć dyszek. Monia Banasiak nie była cięższa. Kiedy zarzuciłem ją na plecy, obciążenie zdawało się mniejsze niż podczas treningów. Cały ciężar oparłem na karku, barkach i ramionach. Nadgarstki zaciśnięte po bokach plecaka dbały o zachowanie stabilności. Przypominało to dźwiganie olbrzymiej kłody drewna. Puściłem się pędem przed siebie. Utrzymywałem przyzwoite tempo. Spieszyłem się. Nie wiedziałem, kiedy dziewczyna odzyska przytomność. Na moment stanąłem przed furtką, przykucnąłem i otworzyłem ją. Klucze zostawiłem w zamku, nie chciałem brać ich ze sobą.

Zanim wbiegłem na ulicę, rozejrzałem się po obu stronach. Pozycja, jaką zajmowałem, dawała mi idealny przegląd terenu. W razie nadciągającego zagrożenia zdążyłbym opuścić plecak na ziemię i wyciągnąć paralizator razem ze skalpelem. Na szczęście w drodze do samochodu nie spotkałem żywej duszy. Dobiegłem do celu lekko zziajany i otworzyłem bagażnik.

Był dość duży, typowy dla przestronnego kombi, ale szczupła kobieta i tak mieściła się tylko w pozycji embrionalnej. Zanim zamknąłem klapę, zauważyłem w plecaku ruch. Monika zaczynała odzyskiwać przytomność. Nie zważając na jej stan, wsiadłem do auta, ściągnąłem maskę i ruszyłem. Tym razem nie siląc się na zachowanie ciszy.

Jechałem drogą wylotową prowadzącą do krajowej, udając, że nie słyszę dźwięków dochodzących z bagażnika. A Monia na dobre wróciła do świata żywych. Co chwilę uderzała w blachę samochodu, próbowała piszczeć i krzyczeć, ale knebel jej na to nie pozwalał. Jadąc, starałem się myśleć tylko o nowej Luizie, o czekających nas wspólnych chwilach i rychłym zakończeniu koszmarów. Dokonałem porwania, a mimo to nie czułem żadnych wyrzutów sumienia. One zginęły wraz z Luizą. Nawet się nie stresowałem. Byłem opanowany, miałem wszystko pod kontrolą. Dzięki CB-radiu mogłem na bieżąco zbierać informacje o kontrolach drogowych. Mimo to należało uciszyć hałasy w bagażniku.

Zatrzymałem się na upatrzonej wcześniej leśnej miejscówce. Schowałem alfę między drzewami, w miejscu niewidocznym z trasy, i poszedłem do bagażnika. Plecak gwałtownie przesuwał się na wszystkie strony, jakbym trzymał w nim pragnące wolności węże.

– Uspokój się, inaczej znów oberwiesz prądem – powiedziałem, rozwiązawszy kołnierz na górze plecaka.

Od razu wypełzły z niego ludzkie stopy. Monia wierciła się na boki, naiwnie próbując rozerwać opaski lub poluzować sznur.

– Posłuchaj – przyjąłem poważny ton wykładowcy akademickiego. – To nic ci nie da. Będziesz się rzucać – znów cię uśpię. Będziesz spokojna – zachowasz przytomność. Wybór należy do ciebie. – Nie miałem czasu ani ochoty na dłuższe tłumaczenia. Przedstawiłem jej fakty i czekałem na reakcję.

Odpowiedział mi krzyk stłumiony kneblem. Dziewczyna nie potrafiła kalkulować. Wierzgała, próbowała wypełznąć z worka.

– Sama chciałaś… – westchnąłem poirytowany i znów poraziłem ją prądem. Tym razem w stopy. Odliczyłem trzydzieści sekund z palcem na spuście. Monia straciła przytomność.

Choć miałem CB, wciąż istniało ryzyko trafienia na kontrolę policji. Dla większego bezpieczeństwa wziąłem nowy kartridż, wystrzeliłem w materiał plecaka i przeciągnąłem kabelki do kabiny. Sam pistolet umieściłem w schowku na tylnej części fotela kierowcy. Gdyby Monia ponownie nabrała chęci do walki, mogłem ją uśpić, nie wysiadając z auta. Wystarczyło przytrzymać palec na spuście. Zdawałem sobie sprawę, że takie zabezpieczenie to tylko prowizorka. Mogła się sprawdzić w razie kontroli trzeźwości, gdy nie trzeba nawet wysiadać z auta, lub podczas spotkania z drogówką. Tylne szyby były przyciemnione, więc nie dało się zauważyć kabelków. Ale gdybym trafił na nadgorliwych gliniarzy, którzy chcieliby zajrzeć do kufra, pozostałaby mi desperacka walka skalpelem. Liczyłem, że tak się nie stanie. Zrezygnowałem z naszpikowanej kamerami autostrady i zjechałem na puste, boczne drogi. Czekała mnie kilkugodzinna podróż do domu. W głębi ducha wiedziałem, że się uda. Zdobyłem ostatni, najważniejszy element układanki, już nic nie mogło mnie powstrzymać.