Obserwator - Mariusz Wieteska - ebook

Obserwator ebook

Wieteska Mariusz

3,3

Opis

Po długiej rekonwalescencji policjant Joa Caleos zostaje przeniesiony do małego, nadreńskiego miasteczka, aby przyjrzeć się sprawie zabójstwa pewnej bogatej i wpływowej kobiety. W nowym środowisku uznawany jest za dziwaka i obcego, któremu nie można ufać, co sprawia, że śledztwo wydaje się stać w miejscu. Do momentu, w którym poznaje cierpiącego na nieuleczalną chorobę chłopca, a łącząca ich, silniejsza z każdym dniem, więź pomaga policjantowi w odkryciu zaskakujących tropów… Czy uda mu się wybrać właściwą drogę w labiryncie surrealistycznych wizji i niewyjaśnionych zdarzeń?

Jesteś policjantem specjalizującym się w zabójstwach. Przecież nie patologiem, bo to niewdzięczna praca, ani policyjnym fotografem, który po latach praktyki z przyjemnością robi zdjęcia wszystkim napotkanym trupom. Bez względu na to, jak wyglądały podczas sesji zdjęciowej.
Jesteś wybitnym gliną mającym już kilkuletnie doświadczenie w łapaniu przestępców: tych brutalnych, wyrafinowanych i tych bez fantazji w zabijaniu. Gdzie pracujesz? W komendzie policji. W dobrze wyposażonym, ale w byle jakim stylu urządzonym biurze. Pełnym przyklejonych do ściany zdjęć i notatek, również porozwieszanych byle jak i gdzie. W mieście… Do tego też dojdziemy.
Jesteś szanowanym policjantem wzbudzającym respekt. Koledzy patrzą z podziwem czy raczej z zazdrością na twoje niespotykane wyczucie i psi węch. Taki się urodziłeś. Doskonały.


Mariusz Wieteska – urodził się w 1973 roku w Szczecinie. Absolwent socjologii na US. Jak dotąd opublikował 4 powieści: „Zielona Wyspa” (2010), „Ołowiany Żołnierzyk” (2011), „Pewnego dnia przyszedł do mnie… „(2012) oraz „Isabelle” (2013, wspólnie z Sabiną Waszut). Był dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus. Jego pasje to psychologia społeczna, literatura piękna oraz podróże. Podczas porannej kawy podczytuje poezję. Kocha Bieszczady.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział I

Dzień dobry!

Bo dzień jest dobry – tak mówi każdy, widząc promienie słońca, a wraz z nimi pewne okoliczności, które będą sprzyjały temu dobremu dniowi i jeszcze następnym. Złe też przyjdą, gdyż bez nich życie stałoby się nudne. Ba! Mało tego, za chwilę odkryjesz, że spełni się twoje marzenie. A nawet kilka, lecz najpierw skupię uwagę na najważniejszym.

Czyż nigdy nie marzyłeś o tym, by zostać detektywem? Ale nie takim jak bohaterowie z powieści Agathy Christie, Alistaira MacLaine’a czy innych autorów kreujących niejasno albo zbyt wyraźnie swoje postacie. Nie znaczy to, że nie są barwne, bo są – nawet nocą, kiedy chodzą po ciemnych ulicach i śledzą tych, którzy nie potrafią lub nie chcą zasnąć.

Za chwilę spełni się marzenie. Ale zanim to nastąpi, muszę coś dodać: będziesz dokonywał wyborów. Słusznych czy nie, lecz tylko twoich. Na przykład: którą drogą iść? Będą na niej dziury, a w nich wahania co do słuszności podjętych decyzji.

No to zaczynamy!

Jesteś policjantem specjalizującym się w zabójstwach. Przecież nie patologiem, bo to niewdzięczna praca, ani policyjnym fotografem, który po latach praktyki z przyjemnością robi zdjęcia wszystkim napotkanym trupom. Bez względu na to, jak wyglądały podczas sesji zdjęciowej.

Jesteś wybitnym gliną mającym już kilkuletnie doświadczenie w łapaniu przestępców: tych brutalnych, wyrafinowanych i tych bez fantazji w zabijaniu. Gdzie pracujesz? W komendzie policji. W dobrze wyposażonym, ale w byle jakim stylu urządzonym biurze. Pełnym przyklejonych do ściany zdjęć i notatek, również porozwieszanych byle jak i gdzie. W mieście… Do tego też dojdziemy.

Jesteś szanowanym policjantem wzbudzającym respekt. Koledzy patrzą z podziwem czy raczej z zazdrością na twoje niespotykane wyczucie i psi węch. Taki się urodziłeś. Doskonały.

Jak wyglądasz? To już nie moja sprawa. Mogę tylko podpowiedzieć, że masz długie i krótkie włosy. Spodnie i spódnicę, koszulę i rajstopy, stringi i krawat. Jedno jest pewne: nosisz drogie ciuchy. Perfumy do wyboru. A dlaczego nie? Powinny jednak być intensywne, bo zapachy, jakich doświadczasz w pracy, nie są zbyt przyjemne.

Jesteś mężczyzną lub kobietą. Dla mnie to bez znaczenia, czy się golisz i gdzie, i po co. Czy czeszesz włosy przed lustrem. Czy malujesz usta szminką i wycierasz je po szybkim posiłku zaniedbaną dłonią. Na pewno nie gotujesz obiadów. Na to nie ma czasu. Praca, ciężka robota, by osiągnąć kolejny cel.

Wybacz, Joa, że nie zawsze będę bezpośrednio zwracał się do ciebie. Nie jestem wyjątkowy jak ty, ale też mam pracę do wykonania. Jestem mało subtelnym reporterem, który również ma swoich przełożonych, i muszę zdać sprawozdanie z tego, co robisz i kim naprawdę jesteś. Za to mi płacą. Może niezbyt solidnie, ale jak sam wiesz, są sytuacje, kiedy nie można odmówić, a zatem robić to, co jest niewątpliwą przyjemnością. Dlatego też często będę stawał z boku. Obserwował cię i rzetelnie, na tyle, na ile pozwala mi mój ojczysty język, opisywał wszystko, co robisz. Wejdę ci również do głowy. Czasem zaboli, gdy będę tam szperał. I jeśli to będzie ostry ból, pomyśl wówczas, że jesteś u dentysty. Ta myśl pomoże ci wytrzymać.

Ah! Chciałem ci jeszcze powiedzieć, tak dla otuchy: nie martw się. Wszystko zrozumiesz. Jak nie teraz, to później. Tak czy owak jesteś dla mnie kolejnym bohaterem.

Możesz wybrać sobie wygląd. Byle tylko był lepszy niż ten, który jest.

Jeszcze jedno: teraz ja już muszę dokonać wyboru za ciebie. Słuchasz muzyki, bo będzie ci towarzyszyła podczas pracy; no, przynajmniej do rozwiązania zagadki.

Jak się nazywasz? Joa Caleos. Muszę tak cię nazwać, by nie dyskryminować płci, którą w końcu sobie, policjancie, wybierzesz. To będzie trudne, podobnie jak sprawa, którą musisz rozwikłać, doprowadzić do końca drogi ze znakiem STOP.

Przydzielili ci kolejne niełatwe zadanie. Tylko ty możesz je rozwiązać. Przecież masz ponadprzeciętne umiejętności. Poznasz lepiej swoich kolegów, którzy właśnie kończą służbę. Na przykład taki Jans. Do pracy jeździ ponad dwie godziny i ciągle narzeka na środki komunikacji miejskiej.

– Znowu muszę po tej cholernej nocy wracać z tymi, co zaczynają pracę…

– Męczy cię to? Dlaczego się nie przeprowadzisz i nie jeździsz samochodem? – spytał poirytowany Carl, o kilka lat starszy kolega.

– A co to zmieni, jeśli i tak jestem zmęczony?

– Zawsze jesteś. Przyzwyczaj się do tego.

– Chłopie, ja już mam dość uganiania się za tym świrem – rzuca znowu Jans.

– Spokojnie. Nasz nowy szef wkrótce rozwiąże sprawę.

Trudno stwierdzić, czy Carl naprawdę w to wierzy, lecz niezaprzeczalnie stwierdzenie zabrzmiało poważnie.

– Został przydzielony do nas dwa dni temu, a ty go nazywasz szefem?

– No… oficjalnie nim jest – ripostuje Carl.

– Człowiek sukcesu. – W głosie Jansa daje się doskonale wyczuć drwinę, ale trzeba mu to wybaczyć. Nie zdawał sobie sprawy z ukrytej wady charakteru, którą jest pospolita zazdrość.

– Jest podobno bardzo dobry.

– My też – odcina się Jans.

Prawdę mówiąc, Joa Caleos nie jest osobą przez wszystkich lubianą. Nic dziwnego. Trzeba to przyjąć ze zrozumieniem. W końcu jest nowy, a został przydzielony do prowadzenia śledztwa, w którym doświadczony kilkuosobowy oddział, w dodatku pod nadzorem starego wygi Michała Archanioła, nic nie osiągnął. Ale nie ma się co przejmować. Przecież Joa jest wybitnym policjantem i potrafi wszystko.

– A wiesz co? – Carl zaczął się zastanawiać, czy warto jeszcze poświęcać czas Aliser.

– Co?

– Jak mogli w taki sposób ją zabić?

– Kogo? – pyta Jans.

– Aliser.

– Została zastrzelona.

– Tak, ale to nie ty byłeś na miejscu, gdy ściągali ją dźwigiem z drzewa. – Carl wrócił do tamtych chwil.

– Taką mamy pracę.

– Odpuść. Nie zrozumiesz.

– Wszyscy wiedzą, że masz słabość do koni, ale na Boga, przestań się rozczulać! – Jans wybucha.

– Spierdalaj!

– Odbija ci? Masz coś jeszcze do powiedzenia?

– Już nic – kwituje całą rozmowę Carl.

I dobrze, że nic, bo trzeba coś powiedzieć o tobie, Joa Caleosie. Może na początku nie za wiele, ale warto napomknąć o tym, dlaczego znalazłeś się pięćset kilometrów od rodzinnego miasta i wróciłeś do pracy po ciężkiej rekonwalescencji.

Szukał tego mężczyzny długo, zbyt długo, aby koledzy nadal mogli wierzyć, że da się bandytę ująć. Złapał „Okogłowego” przesiąkniętego dymem z papierosów, tanimi perfumami i zapachem spermy zostawionej nie tylko w prezerwatywach w burdelu Alain. To długi parterowy barak podzielony na boksy, jakie mają konie w stajni. Lecz zamiast koni przebywały tam dziwki i świnie. Ów park rozrywki słynął z dyskrecji i wysokich cen za usługi zaćpanych prostytutek z Europy Wschodniej, ignorujących smród alkoholu oraz męskiego potu. Doskonała kryjówka dla człowieka o dużych ambicjach, a raczej o morderczym zapale.

Podczas próby aresztowania Joa został poważnie ranny. Zbyt poważnie, by ktokolwiek miał nadzieję na powrót z kilkumiesięcznej wycieczki do nieba. Zapadł w śpiączkę. Kiedy prognozowano mu szybkie zejście ze świata, który z takim oddaniem chciał oczyścić z przestępczości, zdarzył się cud. Nikt jeszcze oprócz Jezusa nie zmartwychwstał. A Joa tak.

Wstał, jakby nic się nie stało, i wyszedł ze szpitala. Z całym bajzlem w głowie. Choć przeżył, nie czuł się z tego powodu szczęśliwy. Bo jakże można mieć dobre samopoczucie, kiedy wbrew woli oglądało się film o detalach swojego życia? Nie był komedią, a jeśli mignęło w nim coś zabawnego, to wyłącznie okresy z dzieciństwa, które i tak z biegiem lat nabrały szarych kolorów.

Potem Joa dostał WDC, czyli wystarczająco dużo czasu na wakacje, w miejscu gdzie słońce bardzo późno kładło się spać i wcześnie, a nawet za wcześnie, wstawało. No i dobrze, bo światło rozświetla drogę, choćby prowadziła donikąd. A w przypadku ponownego odrodzenia się Joa wskazane było, aby nie szedł po omacku.

Po powrocie z rekonwalescencji otrzymał nagrodę, na którą zasługuje bohater, i propozycję, jakiej bohater się nie spodziewa. Zaproponowano mu przeniesienie do innego miasta. Tam miał dojść do siebie, oswoić się i na chwilę zapomnieć, czym jest zło przez duże „Z”.

– A potem zobaczymy – mówili zwierzchnicy. – Wrócisz, kiedy będziesz w formie. Sprawdzimy, czy pogodziłeś się z myślami, koszmarami i czy znowu będziesz człowiekiem, na którym można polegać.

Może i brutalnie potraktowano Joa, ale jak postawić na nogi człowieka, który stracił wszystko? Inni, ci z odrobiną taktu, powiedzieliby: „poświęcił się dla czynienia dobra”. Cóż poradzić, że potem dobro okazało się czarną dziurą, która zniekształciła tożsamość, tworząc w mózgu horror w odcinkach.

Zobaczymy, mój superglino, jak sobie z tym poradzisz. Doszedłeś do siebie na tyle, aby znowu móc funkcjonować w społeczeństwie i coś dla niego zrobić. Masz teraz poważną sprawę do rozwiązania. Nie byle jaką. W innym mieście, do którego cię przeniesiono z ulubionym krzesłem, niezaśmieconym na razie biurkiem i kartonem medali, dyplomów oraz pamiątkowych fotografii. Zdjęć członków rodziny, jak również twoich martwych już kolegów. Tak, poszli ci na rękę, byś mógł to wszystko zabrać.

Trzeba też napomknąć, gdzie mieszkasz.

W hotelu Rosemary.

Joa! Pokój masz duży, przestronny i elegancki. Taki chciałeś. Wręcz wymarzony.

Dosyć szpitalnej jedynki. Zmiana była konieczna. Może nie poczułeś się w nim jak w domu, ale czy każdy z nas nie potrzebuje trochę komfortu? Zwłaszcza że stać cię na łazienkę wielkości garażu, telewizor o rozmiarach witryny sklepowej i na oszałamiającą wyglądem wieżę Hi-Fi firmy Sharp. Ostatni element wystroju może nie jest luksusem, ale to w tej chwili bez znaczenia. W przyszłości kupisz sobie lepszy sprzęt do odtwarzania muzyki: porządny japoński amplituner i kolumny głośnikowe z kevlaru. Na razie będziesz korzystał z tego, co masz, oraz słuchał tego, co ja.

Kiedy formalności w recepcji zostały załatwione i okraszone szczerym uśmiechem, wchodzisz do windy i naciskasz błyszczący srebrny guzik z numerem piętra. Jeszcze chwila, a otworzą się drzwi do pokoju, gdzie zostawisz ciężką walizkę i zajrzysz, co ukrywa się w barku. Wybierzesz sobie wodę mineralną lub coś mocniejszego. Wykąpiesz się i pójdziesz spać z myślami, które są coraz bardziej nachalne i krążą na karuzeli w twojej głowie. Mają do tego prawo, bo są związane z najbliższymi dniami. Poznasz szefa i współpracowników. Może niezbyt dokładnie, ale na tyle, byś wiedział, na kogo w razie konieczności możesz liczyć, komu zaufać, z kim podzielić się wątpliwościami związanymi z pracą, którą trzeba wykonać.

O prywatnym życiu może i nikomu nie będziesz opowiadał, lecz w razie czego pamiętaj: nie jesteś tu po to, by to robić! Tutaj jako jedyny znasz swoją przeszłość i najlepiej niech tak zostanie.

Czas sprawdzić, czy nie wyszedłeś z wprawy czy dalej jesteś wart szacunku i czy już ci nie odbija.

Na pozór śledztwo jest standardowe, to znaczy nie wykracza poza wyznaczony kanon kryminalistyki. Dwa martwe ciała. Jedno należy do właściciela, a drugie jest jego własnością. Niestety sposób, w jaki pozbawiono ich życia, budzi duże wątpliwości. Sugeruje dwóch rożnych sprawców. Jedyne, co ich łączy, to wspólna więź i miejsce, w którym dokonano morderstwa.

***

Piątek. Siódma trzydzieści.

Łazienka, kuchnia, garderoba. Pośpiech.

Joa idzie na spotkanie z komendantem. Mija ulicę, długą jak nieprzespana noc, i kieruje się na północ. Przechodzi przez most. Skręca na Cristalstrasse. Stąd znający dobrze topografię miasta może już dojrzeć fragment budynku komendy policji. Jeszcze przejście jednego, dość szerokiego chodnika przecznicy i jest na miejscu.

Jakże się dziwi, kiedy widzi przed sobą pałac i prowadzącą do niego okazałą, kilkusetmetrową asfaltową drogę. Dzieli rozległy zielony skwer na dwie części. Niewątpliwie kiedyś był to brukowany trakt przeznaczony dla pieszych do jazdy wierzchem lub pędzenia zwierząt. Lecz dziś to już wydzielony pas dla przechodniów, rowerzystów i oczywiście pojazdów. Joa zaskakuje również, że na początku chodnika, naprzeciw siebie, stoją oderwane od rzeczywistości pomniki. Dwie dokładnie odlane postacie z pistoletami wymierzonymi we wszystkich, którzy zamierzają iść na policję.

Stoisz i zastanawiasz się: po jaką cholerę ktoś je tu postawił? Przecież kompletnie burzą harmonię architektoniczną w kwartale tradycyjnych zabudowań. Na cokołach nie ma nazwisk, ale został wyryty napis: „Przed nami nie uciekniesz”. Nie znasz panów mierzących do ciebie z rewolwerów. Widzisz za to ich sumiaste wąsy, poważne miny, jakby faktycznie chcieli cię zastrzelić. Zwracasz uwagę na długie płaszcze, pomięte kamizelki zachodzące na puste kabury i kapelusze. Nietypowe, bo nie marki Stetson czy River Junction Trade C.O. Kto to jednak dziś wie albo sprawdzi?

Jednakże niedługo, Joa, dowiesz się, co robią ci dwaj dżentelmeni w martwej pozie spokojnie pilnujący publicznego porządku, jak się nazywają i kto sprawił, że w sercu Niemiec stoi dwóch najsławniejszych rewolwerowców Dzikiego Zachodu. Kto odwalił taki numer i po co? Jesteś przecież detektywem i może nie wszystko musisz wiedzieć, ale to cię jednak bardzo intryguje. Wkrótce zaspokoisz swoją ciekawość.

Komendant czytał twoją teczkę osobową i wie dużo o twoich zasługach, lecz zakodowane w jego łańcuchu genetycznym wady nie pozwalają okazać należytego szacunku takim ludziom jak ty. On nic nie wie o sekwencji DNA, leżących obok siebie nukleotydów tworzących podstawowe jednostki informacyjne, które wpływają na zachowanie, postawę, a może i na dobre maniery.

– Widziałem, jak idziesz – powiedział zadowolony z siebie w trakcie podawania swojej spoconej dłoni.

– A skąd pan wiedział, że to ja? – W pytaniu można było wyczuć nutę zaskoczenia, ale przede wszystkim chęć poznania odpowiedzi.

– Swój swojego pozna – wyjaśnił, po czym zaśmiał się rubasznie, ukazując paskudny oślizgły i żółty osad powstały po masie żywych i umarłych bakterii, spokojnie relaksujących się na zębach. – Siadaj – rzekł protekcjonalnie. – Nie masz nic przeciwko temu, że od razu będę się zwracał po imieniu?

Joa, poznałeś już takich ludzi, którzy pod udawaną pewnością siebie skrywają chory kręgosłup, skrzywiony przez ciągły wysiłek przy prostowaniu się podczas podnoszenia ciężarów swoich kompleksów. Poza tym twój szef, Joa, to zadufany w sobie kretyn. Nie można mu jednak odmówić braku inteligencji, jest w końcu kapitanem i czasem dobrym wujkiem, który wie, że kiedyś ktoś zajmie jego miejsce. Może to będziesz ty, lecz w tej chwili jest to niemożliwe.

Podchodzisz do niego z rezerwą i nie możesz jeszcze stwierdzić, czy go lubisz. Okazujesz wyuczony szacunek, którego długo nie chciałeś się nauczyć. Jesteś bystry i dobrze kalkulujesz zyski i straty. Policjant ekonomista. Stwierdziłeś, że tak trzeba dawać odczuć szacunek przełożonym. To niezbyt opłacalne zachowanie, ale nie zaszkodzi mieć dobrych manier. Zresztą ty już wyciągnąłeś pewne wnioski z pojedynczych słów, złożonych zdań oraz po sposobie wypowiedzi. Warto przecież trochę poznać człowieka, choćby liznąć pobieżnie jego psychologiczny profil.

– Proszę mi powiedzieć, bo tego nie rozumiem. Co robią tu te dwa pomniki? To jakiś żart?

– W pewnym sensie tak. Poznałem kiedyś burmistrza tego pięknego miasta. Zatwierdził uchwałę, by je tu postawiono.

Baranie, nie poznałeś przypadkiem! On był twoim wujem. Bardzo bogatym, trochę zwariowanym filantropem, ale również bardzo wpływowym. Dzięki niemu zawdzięczasz posadę szefa miejscowej policji. Tak by powiedział do siebie po błahym, nieopatrznie wypowiedzianym kłamstwie człowiek noszący nieskalany niczym mundur. Ale tego przecież nie uczyni kapitan Awanpost.

– To najsławniejsi szeryfowie Ameryki. Jeden – komendant przekręcił się na fotelu w stronę okna – ten z lewej strony to chyba Berry, a drugi: Bill. Nie pamiętam. Miejscowi mówią na nich bracia Lucky Lukes. Bawi mnie, kiedy przechodnie zawsze się zatrzymują, skonsternowani. Prawda, że wzbudzają strach? – Nie czekając na potwierdzenie, kontynuował: – Tylko latem jest trudno tędy przejść. Cholerni turyści przez cały dzień robią sobie fotki. Ale cóż zrobić… Mają do tego prawo. Osobiście, choć nie powinienem tego mówić, odebrałbym im je. Lubię porządek i spokój. No ale teraz go nie ma. – Z powrotem odwrócił się do Joa. – Dobrze, że będziesz z nami pracował. Gdzie się zatrzymałeś?

– W hotelu Rosemary.

– Ach, tam… Pracuje w nim jedna ślicznotka. Uważaj na nią. Lubi wszystko wiedzieć. A przecież to my jesteśmy od tego, aby wszystko wiedzieć. Prawda? – Spojrzał rozmówcy w oczy, jakby chciał wysondować, na jaką głębokość może się zanurzyć.

Nie wie, na jaką, bo Awanpost, choć jest nieokrzesanym i zadufanym w sobie kretynem, obawia się Joa, tylko nie daje tego po sobie poznać. Przynajmniej tak myśli. Ale ty, Joa, prześwietliłeś go już na wylot i umiesz postępować z takimi cwanymi lisami.

– Naturalnie, szefie – odpowiedział równie poważnie, jak zadano pytanie.

– To dobrze, że już na początku się rozumiemy – odparł pobłażliwie, lecz z wyższością.

– Budynek robi wrażenie. Nie spodziewałem się, że może się w nim mieścić komenda.

– Główna komenda policji naszego bogatego miasta, chłopcze – komendant bez pardonu pominął służbowe konwenanse, przechodząc do ojcowskiej formy rzeczownika. – Trochę dotacji z budżetu i jest, jak widać, pięknie. Tylko ta wiedźma nie może tego przeżyć.

– Wiedźma?

– Nie znasz jej, choć ona zapewne cię już widziała. Ooo – wskazał palcem na przeciwległy budynek – tam mieszka. Pani Beck. Do niej kiedyś należał ten pałac. Powiedzmy, że dostaliśmy go od niej w spadku. – Zaśmiał się z nieukrywaną satysfakcją, ale również tajemniczo, podkreślając tym samym, że Joa nie wszystko, a przynajmniej nie od razu, powinien wiedzieć.

Na chwilę zignorował gościa i podniósł słuchawkę telefonu. Po wybraniu skrótu na klawiszu krzyknął:

– Jans! Przyjdź tu natychmiast! – Jego głos nie brzmiał już nieprzyjemnie. – Jans, poruczniku, będzie pracował z tobą. Oprowadzi cię po budynku, pomoże załatwić wszystkie formalności związane z pracą tutaj. A przy okazji pozna cię z resztą „złotej piątki”, którą będziesz dowodził. Akurat wszyscy są na miejscu. Chyba nigdzie teraz się nie spieszysz?

– Oczywiście. Tak, wolałbym mieć to już za sobą.

– No to się rozumiemy. I przypomnij mu, by dał akta tej przeklętej sprawy. Spędza mi ona sen z powiek. A takie to było spokojne miasto…

– Sprawa jest aż tak skomplikowana?

– Wszystko jest skomplikowane. Wszystko, póki nie jest jasne. – Po mimice twarzy widać było, że Awanpost jest z tej riposty wyjątkowo zadowolony. Jak dziecko, które dostało wreszcie od rodziców wymuszonego prośbami ulubionego loda.

Nie ma sensu przysłuchiwać się tej zmierzającej ku końcowi rozmowie. Zatem zostawmy na razie w spokoju porucznika oczekującego w gabinecie komendanta na Jansa. Wycieczka po budynku policji też nie jest ciekawa, zwłaszcza że nie raz będziemy do niego wracali. To znaczy ty – Joa. Rozmowa z oprowadzającym cię policjantem na razie nie będzie interesująca ze względu na to, że Jans jest z natury mrukliwym człowiekiem i na wszelkie zadane pytania, nawet wyartykułowane w sposób miły czy ciepły, zazwyczaj odpowiada krótko i zwięźle. Jak przystało na Niemca. Potem poznasz „złotą załogę”. Następnie po wypełnieniu wszystkich formalności i odebraniu odznaki zastępcy szeryfa wyjdziesz z budynku, pokonując tę samą drogę, którą przyszedłeś. Później spojrzysz uważnie na pokazywane przez komendanta okno. Niestety nic nie dostrzeżesz, bo pani Beck, która tam była i podobno cię obserwowała, kiedy stałeś przed braćmi Lucky Lukes, już się dziś w nim nie pojawi.

Zatem spotkamy się później, prawdopodobnie w hotelu, ale mogę się mylić, bo istnieje szansa, że jednak gdzieś w mieście. W jakiejś przytulnej kawiarence? Sam zadecydujesz. Zrobisz to, na co będziesz miał ochotę. Jakiekolwiek byłoby to miejsce i gdziekolwiek by się znajdowało, musisz koniecznie podzielić się spostrzeżeniami ze spotkania ze swoimi podwładnymi.

Pani w oknie, której oczy pałały nienawiścią do codziennego widoku na zewnątrz, to naprawdę Eliza von Beck. Faktycznie przyglądała się Joa – nie tylko po to, aby po raz kolejny śmiać się z ofiary konsternacji. Można by rzec: czekała na niego.

Zna doskonale historię pomników i pałacu, w którym mieści się komenda policji. To ona w nim mieszkała. Razem z pochowaną rodziną.

W młodości biegała po ogrodzie, po którym dziś już nie ma śladu. Pozostał jedynie zabrukowany plac. Z tyłu za stajnią zamienioną teraz na garaż dla wozów policyjnych uczyła się jeździć konno. Została sama ze wspomnieniami, jakże jeszcze tkwiącymi w pamięci, bo często opowiadała o swoim życiu pielęgniarce, która z przekonaniem wykonywała niewdzięczną pracę. Należało przyjść dwa razy dziennie, rano i po południu, by podmyć zmarszczony i zaczerwieniony od siedzenia na wózku stary tyłek. Nafaszerować prawie stuletnią Elizę legalnie sprzedawanymi prochami i zrobić zastrzyk. A przy tym posłuchać historii, jak to z czasem do rodzinnego stołu państwa von Beck zasiadało coraz mniej ich członków.

Najpierw na wojnę wyruszył ojciec w wysokim stopniu oficera SS. Niejednokrotnie, będąc jeszcze małym okruchem życia, zachwycała się jego srebrnymi emblematami. Bawiła się nimi, siedząc na jego kolanach, kiedy od czasu do czasu przyjeżdżał na kilka dni zasłużonego urlopu. Pewnego razu nie wrócił, tak jak jej dwaj bracia. Została ze schorowaną młodszą siostrą i matką pełną trosk, które po kolejnym telegramie doprowadziły ją do samobójstwa.

Eliza szybko stała się jedyną dziedziczką ogromnego majątku, bo wkrótce na gruźlicę umarła siostra. Tak było do momentu zakończenia wojny. Po niej, w niedługim czasie, zniknęło bogactwo, jak również i sama Eliza. Gdzie się podziała i co robiła, zanim wróciła po ćwierćwieczu do rodzinnej miejscowości? Może kiedyś o tym opowie.

Jedyne, co można jeszcze powiedzieć o Elizie, to tylko tyle, że teraz mieszka w kamienicy. Ma doskonały widok na przeszłość. Najbardziej bolesną, bo ze swojego okna widzi również te, które dawno temu otwierane były codziennie rano przez pokojówkę. Rześkie powietrze budziło ją wtedy powiewem wiatru, wskazując drogę do porannej toalety i wspólnego śniadania dającego siłę do ciężkiej nauki.

Jak powtarzał jej ojciec: hrabiną nie wystarczy się urodzić, trzeba się nauczyć nią być.

I jest.

Dumna. Na co dzień…

Pani Beck ma gdzieś pomoc udzielaną starszym ludziom przez państwo. Sama opłaca opiekę medyczną i pomoc domową. Gdyby jeszcze pamiętała, że użycie wulgaryzmu jest nie tylko wyrazem frustracji, lecz przede wszystkim uzewnętrznieniem złości, to z pewnością by powiedziała: pieprzyć Nationaler Gesundheitsfonds! A ponieważ panowanie nad emocjami w tym wieku jest tak trudne, jak znalezienie sposobu, aby przestały drżeć dłonie, to wyżywa się na Gassi.

A Gassi – dziedziczka doprowadzonego do niemieckiej perfekcji savoir-vivre’u – choć jeszcze młoda, nieśmiała i głupia, nie jest idiotką. Fanaberie pani Beck można przełknąć bez zakrztuszenia, zwłaszcza gdy się dobrze zarabia na opiekowaniu nią. Zwłaszcza wtedy, kiedy dzięki nim można spełnić marzenia.

– Podejdź do mnie – Eliza zwróciła się do opiekunki.

– Tak?

– Spójrz. To on. Stoi przed tymi śmieciami. Analizuje.

– Kto? – Pokojówka przybliżyła głowę do okna.

– Nie czytasz gazet, które mi przynosisz? – Pani von Beck uniosła bezradnie pomarszczone dłonie z kolan, po czym dodała: – I dobrze, bo nic w nich nie ma. To nowy zastępca naszego komendanta.

– Naprawdę? Fajny. – Jeżeli coś można powiedzieć o facecie, którego widzi się z tak daleka, to tylko to, że jest fajny. – Skąd pani to wie?

– Przestań używać tych prymitywnych określeń i nie zadawaj głupich pytań – odpowiedziała poirytowana. – Przyprowadź mi tego człowieka. – Wskazała palcem na Joa, który stał przed pomnikami. – Chcę z nim porozmawiać.

– Teraz? – Gassi zapytała posłusznie.

– W piątek. Na kolację – padła odpowiedź pani Beck.

– Ale co? Mam do niego podejść i zaprosić?

– Czy nie wyraziłam się jasno? Chyba że – tu zrobiła pauzę – popełniłam błąd, zatrudniając cię. Pomyliłam się?

– Nie – dziewczyna czym prędzej zaprzeczyła.

– To na co czekasz? Zaraz sobie pójdzie.

– Oczywiście. – Gassi zacisnęła zęby. – Jak sobie pani życzy.

– Tak właśnie sobie życzę – stwierdziła Eliza i za chwilę, będąc już sama, wciąż wpatrzona w Joa powtórzyła wężowatym sykiem: – Tak właśnie sobie życzę, Gassssi.

***

Joa wyszedł z komendy późnym popołudniem. Jans zaproponował podwiezienie do hotelu, ten jednak odmówił. Nie miał chandry, był wręcz zadowolony z szybkiej aklimatyzacji w nowym miejscu pracy i z tego, że nowi koledzy z wydziału pomogli mu urządzić służbowy pokój. Obiecane meble dotarły na miejsce, w momencie gdy Jans w końcu się rozluźnił. Zobaczył, że Joa to swój chłop, potrafi się śmiać, zażartować, a nawet wpaść w konsternację podczas pobytu w dziale kadr.

Gdy as wydziału zabójstw miał się podpisać pod kolejnym drukiem o nazwie „Jestem wytworem biurokracji”, spadł mu długopis pod biurko. Z poświęceniem, a może z naturalną skłonnością podnoszenia wszystkiego bez względu na wagę – nie wolno zapomnieć, że Joa to superbohater – pochylił się, by go podnieść.

– Mam. – Pokazał długopis. A potem, niby zwracając się do wszystkich, lecz tak naprawdę kierując uwagę w stronę Jansa, dodał: – Jakie piękne nogi!

I być może to zdanie, jedna infantylna wypowiedź spowodowała, że Jans przełamał się, opuścił gardę wzniesioną przez pełen bojaźni, lecz oczywisty szacunek do nowego przełożonego.

Potem nowy podwładny (jak nietrudno będzie wkrótce zauważyć – bardzo dociekliwy) opowie, że dwaj szeryfowie to Dziki Bill Hickok i Wyatt Berry Stapp Earp. Najsłynniejsi na Dzikim Zachodzie rewolwerowcy oraz stróże porządku i tylko przez nich ustanowionego prawa. Te dwie postaci miały jeszcze inne wspólne cechy. Mianowicie zamiłowanie do hazardu, alkoholu oraz uroczych prostytutek.

Dziki Bill, uważany za bohatera narodowego Stanów Zjednoczonych, zyskał sławę jako zwiadowca, szeryf, strzelec wyborowy i zawodowy pokerzysta. Słynął z niesłychanej szybkości w posługiwaniu się bronią. Do perfekcji wyćwiczył szybkie wyciąganie rewolweru z kabury, co wiele razy ocaliło mu życie. Niestety jego niezawodny rewolwer Smith and Wesson model 2 kalibru 7,65 mm z piętnastocentymetrową lufą, oksydowaną powierzchnią i lakierowaną kolbą z drzewa palisandrowego nie pomógł mu, gdy trzymał w ręku parę czarnych asów, dwie czarne ósemki i jedną nieznaną kartę, czyli zestaw, który potem zaczęto nazywać kartami umarlaka.

Ten wysoki mężczyzna z sumiastym wąsem i długimi puklami włosów miał też swoje nietypowe przyzwyczajenie. Dziś byśmy to nazwali obsesyjnym lękiem przed niespodziewaną śmiercią. Ponieważ Dziki Bill obawiał się strzału w plecy oddanego przez któregoś z nienawidzących go oprychów, w odwiedzanych lokalach siadał zawsze tak, by za plecami mieć ścianę. Lecz pewnego dnia, będąc w salonie Nuttal & Mann, spotkało go rozczarowanie. Nie znalazł takiego miejsca. Jednak nieodparta chęć zagrania w karty spowodowała, że przysiadł się do najbliższego stolika. Wykorzystał to Jack McCall. Podszedł do najsłynniejszego na Dzikim Zachodzie rewolwerowca i strzelił mu w tył głowy.

Natomiast o Earpie Jans wiedział niewiele. Też był sławnym szeryfem i strzelcem. Brał udział w słynnej na całą Amerykę palbie w O.K. Corral. Podobno trwała ona zaledwie trzydzieści sekund i oddano trzydzieści strzałów. Tę walkę na rewolwery wykorzystywano potem jako scenę w niezliczonej ilości westernów.

I tyle na ten temat, bo…

Joa, zwróciłeś uwagę na kobietę, która nie zamierzała cię ominąć. Gassi szła zdecydowanym krokiem w twoim kierunku i „z butem”, a na pewno z przytupem stanęła przed tobą.

Joa, tego się spodziewałeś? Naprawdę przyjmujesz zaproszenia od ludzi, których nigdy nie widziałeś? Czy to tylko ciekawość, a może jesteś słaby, aby komukolwiek odmówić i każdemu napotkanemu żebrakowi rzucasz monetę? A może naprawdę jest tak, że dzięki intuicji odnosisz sukcesy, a rozsądek jest tylko częścią tkalni. Krosnem, w którym podczas przeplatania się nici w procesie tworzenia powstaje obraz.

Tak czy owak Gassi zrobiła swoje.

***

Tak, teraz ja wezmę się do roboty. Założę słuchawki na uszy i posłucham czegoś całkowicie odmiennego od stylu Montgomery Gentry czy Alison Krauss – fanów Dzikiego Zachodu. Zatem coś, co przyniesie spokój i rozjaśni umysł, by opisać miasto oraz to, co się w nim wydarzyło. A wydarzyło się dużo, nawet zbyt dużo, mając na uwadze brutalne zabójstwo.

Stanę sobie na razie z boku, na drugim brzegu Renu. Naprzeciw portu rzecznego, u ujścia dwóch rzek. Tam, na wzgórzu, króluje twierdza Ehrenbreitstein. Z wysokości ponad stu metrów nad rzeką rozpościera się przepiękna panorama na wyjątkową scenerię, stworzoną przez góry, winnice i lasy. Można ją godzinami podziwiać, lecz pomimo słonecznej pogody jest dość zimno i trzeba z żalem szybko opuścić to miejsce.

Zatem koniec rozkoszowania się przytłaczającym pięknem tej ziemi. Powoli należy ruszyć na dół i przejść przez czarujące niezwykłą atmosferą wąskie uliczki i romantyczne zakątki. Kierując się do punktu, w którym został pozostawiony Joa, podążać obok okazałych kościołów, pałaców i pięknych kamienic świadczących o długiej historii tego miasta.

Ale zanim dojdzie do spotkania z głównym bohaterem, trzeba również ominąć Cztery Wieże, jak nazwano wykusze barokowych domów narożnych na centralnym skrzyżowaniu. I nie ma na razie czasu, by niedaleko od nich, na ratuszowym dziecińcu, zachwycać się fontanną Schängelbrunnen przypominającą o czasach, kiedy miasto należało do Francji, a chłopcom najczęściej nadawano na chrzcie imię Jean. W tutejszej gwarze wymawiało się je właśnie jako Schäng.

Krótko mówiąc, starówka zachwyca połączeniem francuskiego stylu życia z niemiecką tradycją. Wspólnie egzystują tu przytulne winiarnie, restauracje o wyrafinowanej kuchni i te z wiejską prostotą okraszoną naturalną serdecznością. I jedyne, co nie pasuje do tej harmonijnej rzeczywistości, to dwa pomniki kowbojów. A te, jak wiadomo, dobrze się mają, bo lubią być ciągle w centrum uwagi.

Za jednym z setek zakrętów uliczek jest taka jedna knajpka jazzowa. Cudowna i niby, jak wszystkie inne, zachęcająca do wejścia. Ale nie – nie jak wszystkie inne, bo tylko w niej można odczuć działanie muzyki niepozbawionej istoty tkwiącej w rytmie i improwizacji. Wszystkim zajmuje się starszy, czarnoskóry Erwin – osaczony od urodzenia w pajęczynie dźwięków. Z szacunku do niego wypada dodać, że jest zatrudniony na pełen etat[1]. I nie bez powodu! Potrafi wpłynąć silnie na odbiorcę.

Siedzący przy małych stolikach nie narzekają na brak swobody ruchu, ponieważ tak są naładowani przez Erwina impulsami tanecznymi, że nogi same wystukują rytm na znalezionym intuicyjnie wolnym centymetrze kwadratowym. Nie jest tu jednak zbyt głośno; no może oprócz weekendu, kiedy pojawiają się przyjaciele Erwina. Lokal ma również pewne cechy intymne. Można się tu zrelaksować, napić lampki wina, zanurzyć w melodii, w splotach dźwięków, których nie ma na ulicy. Dlaczego ta muzyka tak na wszystkich działa? Przez perfekcyjne opanowanie fraz czy przez częstą zmianę dynamiki niezależnej od wysokości dźwięków Trudno stwierdzić, gdy nie jest się fachowcem, ale miło posłuchać i oglądać rzemieślnika, który doskonale wykonuje swoją pracę. Bawi się nią i czerpie z tego radość, czego jednak nie widać po jego twarzy. Opuszcza bowiem miejsce, na którym siedzi – miejsce autora – i przesiada się w myśli na krzesło słuchacza. Swoje przeżycia wiąże nierozerwalną więzią z odbiorcą. To czuć. To słychać.

Knajpka ta to chyba jedno z nielicznych miejsc w tym mieście, którego nie dosięga specyficzne działanie mgły. Nie wysysa energii. Nie odbiera radości z życia. Wręcz przeciwnie, daje świeży powiew powietrza podczas biegu z przeszkodami na podwójnej trasie: dom – praca, praca – dom. Dlatego trudno znaleźć Jazzgas, a co dopiero wejść do środka, gdzie nawet toaleta jest zarezerwowana.

Joa! Obowiązkowo musisz tam wejść!

W architekturze zakotwiczonej w zielonej dolinie nie na co dzień jest tak ładnie i słonecznie. Zazwyczaj miasto stwarza atmosferę ponurego. Zwłaszcza wieczorem, kiedy ulice są zapchane wszędobylską mgłą. Pokrywa wszystkie zabudowania, jakby chciała ukryć, a może ochronić tutejszych mieszkańców przed przybyszami z zewnątrz. Kiedy Joa przyjechał tu pierwszy raz i wystawił prawą stopę za drzwi samochodu, a następnie dołączył lewą, by wyprostować kości po długiej podróży, rozczarował się. Słusznie nazwał miasto Fabryką Chmur. Produkcja w niej szła pełną parą, a efektem ubocznym przy wyrobie niejednolitych form zwisających kilkaset metrów nad głową była mżawka.

Mgła plus drobny deszcz i chłód przedostający się przez cienki płaszcz policyjnego supermana zakończyły się symbolem dwóch równoległych kresek. A po nim, wiadomo, jest wynik. Można określić go na przykład tak: niedobrze, niefajnie, nieklawo. W tym przypadku należałoby jednak użyć bardziej dosadnego słowa, a lepiej zostawić je tam, gdzie jego miejsce, czyli na bruku.

Warto do tego dopisać, że superglinę o znakomitej termorecepcji charakteryzującej pit viperów[2] przenikał ziąb spotęgowany przez wilgoć wydobywającą się z jakby spryskanego aerozolem powietrza.

Brr… nieprzyjemnie.

***

Dzielnica, w której znajduje się jego hotel, nie wymaga szczególnego opisu. Wypada jednak nadmienić, że są tam trzy opodatkowane kościoły, burdel – stacjonarny i mobilny, bank, poczta, kilka lokali słusznie nazwanych restauracjami i niewiele mniej barów – również słusznie określonych jako speluny. Nie sposób ich nie rozpoznać. Zazwyczaj dolna część elewacji jest ozdobiona kolorowym płynem po krótkiej fermentacji w żołądkach przyszłych bywalców oddziału gastrologii. Aaa! Jest jeszcze plac zabaw: piaskownica, ściana do wspinaczki i różnorodne huśtawki wprawiające błędnik w obłęd. Dla pobudliwych dzieci zbudowano małpi gaj, czyli ścieżkę utraty zdrowia składającą się z kilku pionowych drewnianych ścian, tunelu z betonowych kręgów i zwisających lin, które trzeba schwytać i w odpowiednim momencie porzucić, by nie rozbić sobie głowy o wąską na stopę belkę.

Mówiąc krótko: hotel Rosemary mieści się w kurewsko-chrześcijańskim centrum rozrywki dla młodocianych samobójców, ojców zdziwionych zablokowaną kartą kredytową, kobiet rozczarowanych macierzyństwem i sfrustrowanych (dlatego tanich) opiekunek dla bękartów. Cudzych dzieci zachowujących się tak, jakby słowo „bezczelność” było jedynym kluczem otwierającym drzwi do wszystkiego, czego można zapragnąć.

***

Joa