Oblivion - Jennifer L. Armentrout - ebook + książka

Oblivion ebook

Jennifer L. Armentrout

4,3

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Wyczułem kłopoty z chwilą, gdy Katy Swartz wprowadziła się do domu obok. Dużo kłopotów.

Tak, tego właśnie brakowało. Zwłaszcza, że i tak jestem tu obcy. Moi ludzie przybyli na Ziemię z Lux, planety oddalonej o trzynaście miliardów lat świetlnych. Poza tym ludziom nie można przecież ufać. Boją się nas. Potrafimy dokonywać rzeczy, o których oni mogą tylko pomarzyć i, szczerze mówiąc, wyglądają przy nas jak banda cieniasów. Cóż, taka prawda.

Ale Kat ma na mnie zupełnie niespodziewany wpływ i nie mogę przestać jej pragnąć. Ciągle chcę ją chronić. Przez nią staję się słabszy, a przecież jestem najsilniejszy pośród swoich i nakazano mi chronić resztę. A ta dziewczyna… Może oznaczać naszą zagładę. Ponieważ Luxen ma jeszcze większego wroga – Arum. I właśnie dlatego muszę być w formie.

Jeżeli zakocham się w Katy – ludzkiej dziewczynie – zagrozi to nie tylko jej życiu. Wszyscy możemy przez to zginąć. A na to nie mogę pozwolić…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (6 ocen)
2
4
0
0
0



 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

 

W okamgnieniui zupełnie bezszelestnie biegłemw swojej prawdziwej postaci. Otaczały mnie bujne trawyi pokryte mchem kamienie. Wyglądałem jak smuga światła, gdy tak przemykałem między drzewami. Bycie kosmitąz planety oddalonejo trzynaście miliardów lat świetlnych było naprawdę świetną sprawą.

Z łatwością ominąłem te przeklęte energooszczędne samochody, które stały zaparkowane przy głównej drodze koło mojego domu.

Jak to możliwe, że te samochody byływ stanie ciągnąć za sobą przyczepęz rzeczami przy przeprowadzce?

Chociaż tak naprawdę to nie było teraz takie ważne.

Zwolniłemi przyjąłem ludzką postać, chowając sięw cieniu rzucanym przez gęste dęby.W tej samej chwili samochód wjechał na naszą ulicęi zatrzymał się przy budynku naprzeciwko mojego domu.

– Cholera. To nowi sąsiedzi – wymamrotałem, gdy drzwi od strony kierowcy otworzyły sięi z samochodu wysiadła kobietaw średnim wieku. Obserwowałem, jak się pochylai mówi coś do pasażera.

Zaśmiała sięi nakazała:

– Wysiadajz samochodu.

Osoba, któraz nią była, nie chciała słuchać, więc kobietaw końcu zamknęła drzwi. Weszła po schodach do domui otworzyła frontowe drzwi.

Jak tow ogóle możliwe? Ten dom miał przecież pozostać pusty – każdy domw pobliżu nas powinien być niezamieszkały. Ta droga prowadziła do kolonii Luksjanu podnóża gór Seneca Rocks. Nie wierzę, że gdy ten dom został wystawiony na sprzedażi ktoś go kupił, te dupkiw garniturach tego nie zauważyły.

To się nie mogło dziać.

Poczułem prąd przebiegający po mojej skórze. Z trudem powstrzymałem się od przyjęcia prawdziwej postaci. Wkurzyłem się. Nasz dom był jedynym miejscem, gdzie mogliśmy żyć bez obawy, że ktoś sięo nas dowie.I te dupkiz Departamentu Obrony wiedziałyo tym.

Zacisnąłem dłoniew pięści.

Vaughni Lane, czyli moje osobiste opiekunkiw garniturachz rządu, wiedzielio tym. Musielio tym wiedzieć tydzień temu, gdy wpadli do nasz wizytą.

Drzwi samochodu od strony pasażera otworzyły się, co przyciągnęło moją uwagę. Na początku nie widziałem, kto wysiadł, ale potem ta osoba obeszła samochódi ujrzałem jąw pełni.

–O cholera – wymamrotałem.

To była dziewczyna.

Z tego, co widziałem, musiała być mniej więcejw moim wieku, możeo rok młodsza. Obróciła się powolii przyjrzała drzewom, które nachodziły na podwórka przy naszych domach. Wyglądała, jakby spodziewała się, żew każdej chwiliz lasu wyskoczy puma.

Zbliżyła się do ganku niezdecydowanym krokiem, jakby zastanawiała się, czy naprawdę chce wejść do tego domu. Kobieta, która najprawdopodobniej była jej matką, zostawiła za sobą otwarte drzwi. Dziewczyna zatrzymała sięu stóp schodów.

Zacząłem bezszelestnie poruszać się między drzewami, oglądając ją. Była przeciętnego wzrostu. Właściwie wszystkow niej wydawało się przeciętne – ciemnobrązowe włosy, które miała niedbale związanew węzeł; jasna, okrągła twarz; przeciętna budowa ciała – zdecydowanie nie była jednąz tych wychudzonych dziewczyn, których tak nie znosiłem – i… Dobra. Nie wszystkow niej było przeciętne. Obrzuciłem dokładnie wzrokiem jej nogii inne miejsca.

Kurde, miała naprawdę ładne nogi.

Dziewczyna obróciła sięi dalej przyglądała się drzewom, założywszy ramiona na piersi.

No dobra, jej piersi też nie były przeciętne.

Przyjrzała się drzewomi jej wzrok zatrzymał się dokładniew miejscu, gdzie stałem. Zamarłem. Nawet nie odważyłem się odetchnąć. Patrzyła wprost na mnie.

Ale nie mogła mnie widzieć. Cienie skrywały mnie całkowicie.

Minęło kilka sekund, ażw końcu wyprostowała ramionai powoli ruszyła do domu, zostawiając za sobą otwarte drzwi.

– Mamo?

Przechyliłem głowę, słysząc jej głos, który również był… przeciętny. Nie usłyszałem żadnego akcentu ani niczego, co wskazywałoby na to, skąd się tu wzięły.

Skądkolwiek by nie przybyły, najwyraźniej nie nauczyły się ostrożności, bo żadnaz nich nie pomyślałao tym, by zamknąć za sobą drzwi.Z drugiej strony,w tych okolicach ludzie zazwyczaj myśleli, że są całkowicie bezpieczni. To miasteczko, Ketterman niedaleko Petersburgaw Wirginii Zachodniej, nie miało nawet właściwego samorządu. Lokalne władze przeznaczały więcej czasu na zajmowanie się bydłemi podziałem ziemi niż na walkęz przestępczością.

Nawet jeśliw tej okolicy ludzie często znikali.

Nagle poczułem się gorzej, bo pomyślałemo Dawsonie. Nie tylko ludzie znikali…

Gdy myślałemo moim bracie, czułem narastającą we mnie złość. Była jak wulkan, który ma wybuchnąć. On zniknął –a właściwie zginąłz powodu ludzkiej dziewczyny.A teraz kolejna przeklęta ludzka dziewczyna wprowadziła się do domu naprzeciwko nas.

W rzeczywistości musieliśmy… symulować ludzkie zachowanie, by się wmieszać, musieliśmy zachowywać się jak oni, ale bycie zbyt blisko nich zawsze kończyło się katastrofą.

Zawsze ktoś znikał lub umierał.

Nie miałem pojęcia, jak długo tam stałem, patrząc na ten dom, ale dziewczynaw końcu pojawiła się po raz kolejny. Otrząsnąłem sięz zamyśleniai wyprostowałem, gdy podeszła do tyłu przyczepy. Wyciągnęłaz kieszeni kluczi otworzyła metalowe drzwi.

A właściwie próbowała.

I próbowała.

Zmagała sięz zamkiem chybaw nieskończoność, wydymając usta. Jej policzki się zaróżowiły. Wyglądała, jakby miała ochotę kopnąć tę przyczepę. Dobry Boże, jak długo jedna osoba może otwierać drzwi od przyczepy? Prawie mnie kusiło, by się ujawnić, zaciągnąć tam swoją dupęi pomóc jej otworzyć te cholerne drzwi.

W końcu po dłuższej chwili udało jej się otworzyć drzwii wyciągnąć lampę. Zniknęław środkui zaraz wyszłaz pudłem. Patrzyłem, jak wchodziz nim do domu,a potem znowu się pojawia na zewnątrz. Ponownie weszła do przyczepyi wyszła, niosąc pudło, które, sądząc po jej minie, musiało ważyć więcej od niej.

Zachwiała się przy drzwiach. Nawetz tak dużej odległości widziałem, jak jej ramiona się trzęsą. Zamknąłem oczy, czując irytacjęz powodu… wszystkiego. Udało jej się dotrzeć do schodów. Wiedziałem, że nie byław stanie wejśćz tym pudłem na górę, jednocześnie nie łamiąc sobie karku.

Uniosłem brwi.

Jeśli skręciłaby sobie kark, nie miałbym problemuz tym, że ktoś się tam wprowadził.

Postawiła stopę na pierwszym stopniui lekko się zachwiała. Gdyby teraz upadła, nic by się jej nie stało. Weszła na drugi stopień,a mi zaburczałow brzuchu. Cholera, byłem znowu głodny, chociaż godzinę temu zjadłem dziesięć naleśników.

Znajdowała się już prawie na szczycie schodów. Jeśli upadłaby, na pewno nie skręciłaby sobie karku. Może chociaż złamałaby rękę? Noga byłaby już przesadą. Uniosła nogę, by postawić ją na kolejnym stopniui powoli pociągnęła za sobą drugą nogę.W tej chwili byłem pod wrażeniem jej determinacji, by wnieść tak ciężkie pudło do domu. Gdy zachwiała się niebezpiecznie na szczycie schodów, wymamrotałem przekleństwoi uniosłem rękę.

Celującw pudłow jej ramionach, skorzystałemz mocy Źródła.W myślach skupiłem się na lekkim uniesieniu pudła, by jego ciężar nie opierał się tak bardzo na jej ramionach. Zatrzymała się na ganku na ułamek sekundy, jakby właśnie dotarła do niej ta zmianaw ciężarze,a potem pokręciła głowąi weszła do domu.

Powoli opuściłem rękę, zszokowany tym, co właśnie zrobiłem. Nie było mowy, by domyśliła się, że jakiś głupek stojącyw lesie jej pomógł, ale to nie zmieniało faktu, że byłem tym skończonym głupkiem.

Zawsze istniało prawdopodobieństwo, że ktoś sięo nas dowie, gdy używamy Źródła, nawet jeśli to była tak nieistotna rzecz.

Dziewczyna znowu pojawiła się na ganku. Jej policzki nadal były zaróżowione od wysiłku. Po raz kolejny podeszła do przyczepy, wycierając dłoniew dżinsowe spodenki. Ponownie potknęła się, gdy wyciągała kolejne ciężkie pudło,a ja zacząłem się zastanawiać, gdzie,u diabła, była jej matka?

Dziewczyna zachwiała się,a z pudła dało się słyszeć obijające sięo siebie szkło.

Jako że byłem skończonym głupkiem, dalej stałemw lesiei z burczącym brzuchem pomagałem jej dźwigać pudło za pudłem,a ona nawet nie miałao tym pojęcia.

Gdy już „skończyliśmy” zaciągać ostatnie pudło do domu, byłem wykończony, głodnyi rozważałem, czy skorzystać ze Źródła, by porządnie uderzyć sięw głowę. Poszedłem do własnego domui cicho wszedłem do środka. Nikogo dzisiaj nie było,a ja czułem się zbyt zmęczony, by gotować, więc wypiłem dwa litry mleka, po czym zasnąłem na kanapie.

Moją ostatnią myśl przed zaśnięciem zajmowała nowa sąsiadkai wspaniały plan, by więcej jej nie zobaczyć.

 

***

Nastała noc. Gęste, ciemne chmuryw całości przysłoniły gwiazdyi księżyc, więc ciemność była całkowicie nieprzenikniona. Nikt nie mógłby mnie zobaczyć. Co chyba było dobrą rzeczą.

Szczególnie, że właśnie stałem na zewnątrz niegdyś pustego domu jak jakiś psychopataz kryminału.I to by było na tyle, jeśli chodzio mój genialny plan, by nigdy więcej jej nie zobaczyć.

Bardzo szybko stało się to moim niepokojącym zwyczajem. Próbowałem sobie wmówić, że to było konieczne. Musiałem dowiedzieć sięo mojej sąsiadce więcej, nim pozna ją moja siostra Deei zdecyduje, że się zaprzyjaźnią. Dee była dla mnie wszystkimi zrobiłbym wiele, by ją chronić.

Spojrzałem na swój domi się zirytowałem. Prawda, że spalenie tego ich cholernego domu byłoby podłą rzeczą? To znaczy, nie dopuściłbym, by ci ludzie spłonęliw tym budynku! Nie jestem aż tak zły.

Jak dla mnie wydawało się to proste.

Nie potrzebowałem kolejnych komplikacji – żadnez nas nie potrzebowało.

Światłow jednejz sypialni na górze ciągle się paliło, chociaż zrobiło się już późno. To była jej sypialnia. Kilka minut temu widziałemw oknie jej sylwetkę. Na moje nieszczęście była całkowicie ubrana.

To, że czułem się tym zawiedziony, było jeszcze bardziej niepokojące niż fakt, że stałem pod jej domem.

Poza tym to, że ktoś się wprowadził do domu naprzeciwko,w dodatku ktośw naszym wieku, było zbyt ryzykowne. Ta dziewczyna była tu zaledwie dwa dni, ale to tylko kwestia czasu, nim Dee ją zauważy. Już pytała mnie kilka razy, czy widziałem naszych nowych sąsiadów. Odpowiedziałem ze wzruszeniem ramion, że to pewnie jakaś podstarzała para, która na stare lata chce mieszkaćz dala od miasta, ale wiedziałem, że taka odpowiedź nie wystarczy Dee na długo, bo będzie chciała zobaczyć ich na własne oczy.

O wilku mowa…

– Daemon. – Jej głos rozległ się szeptemw drzwiach naszego domu. – Co ty tam robisz?

Zastanawiam się, czy spalić dom, gdy nowi sąsiedzi wybiorą się na zakupy, by pozbyć się problemu, pomyślałem.

Wolałem jednak tę odpowiedź zachować dla siebie.

Westchnąłem, obróciłem sięi udałemw kierunku naszego ganku, szurając nogami. Moja siostra opierała sięo barierkęi patrzyła na dom naprzeciwkoz zaciekawieniem na twarzy. Wiatr rozwiewał jej ciemne, długie włosy.

Z wielkim wysiłkiem szedłemw normalnym tempie, ażw końcu znalazłem się przy Dee. Normalnie nigdy nie chodziłem tak wolno, skoro potrafiłem się poruszaćz prędkością światła, ale skoro pojawili się tu nowi sąsiedzi, musiałem znowu zachowywać się jak człowiek.

– Patrolowałem. – Oparłem się biodremo barierkę, plecami do tamtego domu.

Dee uniosła brew, patrząc na mnie. Jej jasne, szmaragdowe oczy,w tym samym kolorze co moje, były wypełnione sceptycyzmem.

– Nie tak to wyglądało.

– Naprawdę? – Założyłem ramiona na piersi.

– Tak. – Wyjrzała ponad moje ramię. – Wyglądało to tak, jakbyś stał pod tamtym domemi obserwował.

– Aha…

Zmarszczyła brwi.

– To co, ktoś już się tam wprowadził?

Dee ostatnie dni spędziław domu Thompsonów, co było błogosławieństwem, chociażi tak nie podobał mi się fakt, że spędzała nocz innym kosmitąw naszym wieku, Adamem. Ale to podziałało. Nie miała pojęcia, kto się wprowadził naprzeciwko,a znając ją, gdyby dowiedziała się, że wprowadziła się tu ludzka dziewczynaw naszym wieku, byłaby równie szczęśliwa, jak gdyby znalazła porzuconego szczeniaczka.

Gdy nie odpowiedziałem, westchnęła ciężko.

– No, dobra. Mam sama zgadnąć?

– Tak, jacyś ludzie już wprowadzili się do tego domu.

Jej oczy się rozszerzyły. Obróciła sięi oparłao barierkę, by dokładniej przyjrzeć się budynkowi z naprzeciwka, jakby chciała prześwietlić go wzrokiem. Nasze umiejętności były naprawdę świetne, jednak żadnez nas nie miało aż tak przenikliwego wzroku.

– Ojej,i to nie są Luksjanie. To ludzie.

Oczywiście potrafiłaby wyczuć, gdyby to byli Luksjanie.

– Tak. Ludzie.

Pokręciła lekko głową.

– Ale dlaczego? Czy onio nas wiedzą?

Przypomniałem sobie dziewczynę próbującą wnieść pudła do domu poprzedniego dnia.

– Wątpię.

– To dziwne. Dlaczego więc DOD pozwolił im się tu wprowadzić? – zapytała,a potem od razu dodała: –A kogo to obchodzi? Mam nadzieję, że są mili.

Zamknąłem oczy. Oczywiście, że Dee nie martwiłaby się, nawet po tym, co stało sięz Dawsonem. Ją obchodziło tylko to, czy byli mili. Nawet przez myśl by jej nie przeszło, że ich obecność może być dla nas zagrożeniem. Nie, moja siostra nie pomyślałabyo czymś takim. Ona myślałao tęczachi jednorożcach,o samych przyjemnych rzeczach.

– Wiesz, kim oni są? – zapytałaz podekscytowaniemw głosie.

– Nie – skłamałem, otwierając oczy.

Wydęła wargi,odepchnęła się od barierkii klasnęław dłonie, obracając się do mnie. Byliśmy prawie tego samego wzrostu, więc doskonale widziałem iskierkiw jej oczach.

– Mam nadzieję, że to jakiś przystojny chłopak.

Zacisnąłem szczękę.

Zachichotała.

– O! Albo może dziewczyna, najlepiejw moim wieku. To by było niesamowite.

O Boże!

– Wtedy te wakacje byłyby znacznie lepsze, szczególnie, że wiesz, jaka jest Ash – kontynuowała.

– Nie. Nie wiem.

Wywróciła oczami.

– Nie graj niewiniątka, ty dupku. Doskonale wiesz, dlaczego teraz jest taka milutka. Myślała, że całe lato spędzicie…

– Razemw łóżku? – zasugerowałem przebiegle.

– O, fuj! Wcale nie chciałam tego powiedzieć. – Zadrżała,a jaz trudem ukryłem uśmiech, zastanawiając się jednocześnie, czy Ash przyznała się do czegokolwiek, chociaż od dłuższego czasu nic nie robiliśmy. Nie często, ale się zdarzało. – Narzekała, że nie wybraliście się nigdzie tego lata, co jej podobno obiecałeś.

Nie miałem pojęcia,o czym mówiła Dee.

–W każdym razie, mam nadzieję, że ktokolwiek mieszkaw tym domu, jest fajny. – Dee cały czas myślałao jednym. – Może wpadnę tam na…

– Nie waż się kończyć tego zdania, Dee. Nie wiesz, kim są albo jacy są. Trzymaj się od nichz daleka.

Oparła rękę na biodrzei zmrużyła oczy.

– Jak się dowiemy, jakimi są ludźmi, jeśli mamy się trzymać od nichz daleka?

– Ja ich sprawdzę.

– Jakoś nie ufam twojej oceniew kwestii ludzi, Daemonie. – Spojrzała na mnie zabójczym wzrokiem.

–A ja nie ufam twojej ocenie. Tak samo, jak nigdy nie ufałem ocenie Dawsona.

Dee sapnęłai cofnęła sięo krok. Gniew zniknąłz jej spojrzenia.

– Okay. Rozumiem, dlaczego…

– Nie rozmawiajmyo tym. Nie dzisiaj – powiedziałem, wzdychając. Uniosłem rękęi przeczesałem dłonią włosy, które były już za długie. – Jest już późno,a ja muszę zrobić jeszcze jeden obchód, nim się położę.

– Kolejny obchód? – Zapytała cicho. – Uważasz, że… Arumianie sąw pobliżu?

Pokręciłem głową, nie chcąc jej martwić, ale prawda była taka, że oni zawsze znajdowali sięw pobliżu,a byli jednocześnie naszymi naturalnymi wrogami – drapieżnikami jeszczez czasów, gdy nasze planety istniały. Podobnie jak my, nie pochodziliz Ziemi. Pod wieloma względami stanowili nasze przeciwieństwo. Ale my nie zabijaliśmy jak oni. To oni żywili się nami, wchłaniając naszą moc Źródła. Zabijali nasw ten sposób. Byli jak potężne pasożyty.

Starsi mówili nam, że gdy wszechświat się ukształtował, był wypełniony najczystszym światłem, ale przez to ci, którzy żyliw cieniu, czyli Arumianie, zrobili się zazdrośni. Chcieli wchłonąć całe światło.I to wtedy doszło do wojny między naszymi planetami.

Nasi rodzice zmarliw tej wojnie, gdy nasz dom został zniszczony.

Arumianie przybyli tutaj za nami, wykorzystując zjawisko atmosferyczne takie jak deszcz meteorytów, by niepostrzeżenie znaleźć się na Ziemi. Kiedykolwiek tylko spadały meteoryty, zaczynałem się robić niespokojny. Arumianie zazwyczaj pojawiali się przy takich okazjach.

Walkaz nimi nie była łatwa. Mogliśmy pokonać ich bezpośrednio za pomocą Źródła lubz pomocą obsydianu – zaostrzonym kawałkiem czarnego kamienia, przypominającym ostrze, które dla Arumian miało skutek śmiertelny, szczególnie wtedy, gdy się pożywiali. Obsydian posiadał właściwości rozpraszające światło. Niełatwo było go dostać, jednak zawsze starałem się byćw posiadaniu tego kamienia – zazwyczaj nosiłem go przyczepionego do kostki. Dee również miała taki kamień przy sobie.

Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać.

– Po prostu chcę być ostrożny – powiedziałemw końcu.

– Zawsze jesteś.

Uśmiechnąłem sięz napięciem.

Zawahała się,a następnie stanęła na palcach, by pocałować mniew policzek.

– Możei jesteś wymagającym dupkiem, alei tak cię kocham. Chcę, żebyśo tym pamiętał.

Zaśmiałem sięi uścisnąłem ją lekko.

–A ty jesteś wkurzającą gadułą, alei tak cię kocham.

Dee trzepnęła mniew ramię,a następnie odsunęła sięi uśmiechnęła.

– Nie wróć zbyt późno.

Skinąłem głową,a następnie patrzyłem, jak znikaw domu. Dee rzadko robiła cokolwiekw wolnym tempie. Ona od zawsze cierpiała na nadmiar energii. Dawson był tym wyluzowanym,a ja – zaśmiałem się pod nosem – byłem po prostu dupkiem.

Byliśmy trojaczkami.

Teraz już tylko bliźniętami.

Przez kilka chwil patrzyłem na miejsce,w którym wcześniej stała moja siostra. Była jedyną osobą, na której szczerze mi zależało. Ponownie skupiłem się na budynku naprzeciwko. Nawet nie miałem zamiaru się okłamywać. Gdy tylko Dee dowie się, że naszą sąsiadką jest dziewczynaw naszym wieku, będzie caław skowronkach. Nikt nie potrafił się oprzeć mojej siostrze. Była taka optymistycznai towarzyska.

Żyliśmy wśród ludzi, ale nie zbliżaliśmy się do nichz miliona powodów.I nie miałem zamiaru pozwolić Dee, by popełniła ten sam błąd, co Dawson. Zawiodłem go, ale nie zamierzałem pozwolić, by to samo stało sięz Dee. Utrzymam ją przy życiui będzie bezpieczna. Zrobię wszystko, by dotrzymać słowa.

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

Tytuł oryginału: Oblivion

 

Copyright © 2015 by Jennifer L. Armentrout. First published in the United States under the title OBLIVION: A LUX NOVEL. This translation published by arrangement with Entangled Publishing, LLC through RightsMix LLC. All rights reserved.

 

Copyright for the Polish edition © 2016 by Wydawnictwo FILIA

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie II, Poznań 2022

 

Projekt okładki:

© by LJ Anderson, Mayhem Cover Creations

© by Getty Images and Depositphotos

 

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

 

eISBN: 978-83-8280-224-5

 

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl