Oblicza księżyca - Nina Nirali - ebook + książka

Oblicza księżyca ebook

Nirali Nina

3,6

Opis

Ranya Patel pochodzi z bogatej rodziny prawniczej, elit Nowego Delhi. Nie uchroniło jej to przed aranżowanym małżeństwem, które okazało się dla młodej kobiety koszmarem. W pewną burzową noc, ulegając wypadkowi, Ranya otrzymuje szansę na rozpoczęcie nowego życia. Traumatyczne przeżycia z przeszłości nie pozwalają jej jednak cieszyć się uzyskaną wolnością. Splot nieoczekiwanych okoliczności pozwala kobiecie przybrać nową tożsamość oraz walczyć o sprawiedliwość.

Oblicza księżyca to niebanalna historia o miłości, nienawiści i zemście, niosąca ze sobą przesłanie, że odwagą i wiarą w siebie, można dokonać rzeczy z pozoru niemożliwych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 228

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Nina Nirali

Oblicza księżyca

4generations

Copyright © 2020 Nina Nirali, 4generations

Projekt okładki: Nina Nirali

Wykonanie okładki: Marta Lisowska

Redakcja i korekta: E-Słowa / www.e-slowa.pl

Skład: E-Słowa / www.e-slowa.pl

Zdjęcie na okładce:

Iuliia Iuliia Stepashova/www.123rf.com

ISBN: 978-83-952899-3-4

Patronat medialny:

https://nakanapie.pl/

Podziękowania

***

Dziękuję wszystkim, którzy kiedyś wyciągnęli do mnie rękę, aby dopomóc w rozpoczęciu życia na nowo.

***

Szczególne podziękowania kieruję do Pani Janiny. Nigdy nie zapomnę tego, co Pani dla mnie zrobiła. Na zawsze będzie Pani dla mnie wzorem bezinteresownej miłości do bliźniego, do którego to wzoru będę dążyć.

***

Alicji, bratniej duszy. Dziękuję za to, że wsparłaś moją literacką formę bataliiz przemocą.

***

Książkę dedykuję wszystkim, którzy doświadczyli lub doświadczają piekła z rąk ukochanych osób.

Wiara w siebie czyni cuda i może ochronić cię przed wszystkim. Nie pozwól nigdy nikomu wmówić sobie, że nic nie znaczysz. Jeśli mu uwierzysz, nie spotkasz siebie nigdy więcej i nie dojdziesz tam, dokąd chciałbyś/chciałabyś.

Kochając innych, nigdy nie przestawajcie kochać i szanować siebie!

Nina Nirali

Rozdział 1

Deszcz wzmagał tego późnego wieczoru na sile. Ciemne, niemal czarne niebo rozdzierane było co chwilę przez jasne pioruny. Wyładowaniom elektrycznym wtórowały głośne grzmoty. Aman nie był zachwycony, kiedy wychodził ze swego domu do samochodu. Jego biper po raz kolejny wydał z siebie irytujący urywany dźwięk. Mężczyzna sprawnie wyłączył urządzenie jednym ruchem ręki, a drugim otworzył drzwi samochodu. Siedząc już w fotelu kierowcy, złożył trzymany przez siebie parasol i strząsnął z niego całkiem sporą ilość wody. Skrzywił się na myśl o ulewie i czekającej go właśnie podróży do szpitala. Zamknął drzwi i odpalił silnik. Skierował auto na drogę pełną śliskiego błota, pomimo którego z łatwością panował nad kierownicą.

Aman Anand był jednym z najbardziej znanych neurochirurgów w swej branży. Przez ostatnie dwa lata mieszkał w Indiach i pracował w New Delhi Hospital. Pochodził z wielopokoleniowej rodziny lekarzy, w której studiowanie medycyny i wybór specjalizacji odbywały się na najlepszych europejskich uczelniach. Aman pozostał w Niemczech na długo po zakończeniu studiów. Praktykował, a potem pracował w Instytucie Neurochirurgii w Berlinie. Jego życie jak dotąd skoncentrowane było całkowicie na pracy. Rodzice przez cały ten czas namawiali go na powrót do domu oraz na ożenek. Dotychczas wzbraniał się przeciw temu usilnie. Przed dwoma laty, tuż po ukończeniu trzydziestych piątych urodzin, Aman doszedł do wniosku, że już pora, by coś w swoim życiu zmienić. Powrócił zatem do Indii, objął proponowane mu stanowisko głównego neurochirurga w dobrym szpitalu i pozwalał rodzicom na zapraszanie się w weekendy na obiady oraz przedstawianie profili najbardziej pasujących do niego kandydatek. Rodzice nie narzucali mu swej woli w wyborze życiowej partnerki. Chcieli, aby ich syn był szczęśliwy, a pomiędzy młodymi, jak kiedyś pomiędzy nimi, zaiskrzyło. Po powrocie z Niemiec Aman zdecydował się na zakup niedużego domu za miastem. Nie przeszkadzało mu, że droga z i do pracy trwa ponad godzinę. Teraz, mimo niesprzyjających warunków na drodze, starał się maksymalnie skrócić czas dojazdu do szpitala.

Dźwięk bipera zawtórował skrzypieniu wycieraczek. W taką noc jak dziś na pewno jest mnóstwo wypadków – pomyślał Aman, ponownie wyłączając urządzenie. Wtem jakby urzeczywistnił obraz, który przed chwilą przywołał myślami. Widok zjawił się przed oczyma niczym senna mara. Na poboczu stała z włączonymi światłami ciemna tata tiago. Najwyraźniej całkiem niedawno doszło w tym miejscu do wypadku. Aman zjechał z drogi i się zatrzymał. Kiedy wyłączył silnik, sięgnął do schowka po latarkę i pomimo rzęsistego deszczu wysiadł i podbiegł do samochodu w poszukiwaniu rannych.

Na tylnych siedzeniach nie dostrzegł nikogo. Gdy podszedł do przedniej części pojazdu, dostrzegł sporą dziurę w przedniej szybie po stronie kierowcy. Z obrzeży potłuczonego szkła spływały teraz zmieszane z deszczem strużki krwi. Aman natychmiast skierował światło latarki naprzeciw auta – tam, gdzie jak przypuszczał, mógł teraz leżeć ranny. Kilkadziesiąt metrów od samochodu, w niewysokich krzewach snop światła latarki padł najpierw na stopy, a potem na resztę ciała kobiety, która leżała na brzuchu. Mężczyzna natychmiast podbiegł do rannej. Odwrócił ją do siebie i przyłożył dwa palce do szyi w poszukiwaniu tętna. Jeszcze tliły się w niej oznaki życia. Oświetlił dokładniej rany w poszukiwaniu odłamków szkła w ciele. Po pobieżnych oględzinach upewnił się, że ich nie ma, lecz kilka urazów skóry było bardzo głębokich. Nie miał przy sobie niczego, czym mógłby zatamować cieknącą z rozcięć krew, więc wrócił do samochodu po apteczkę. Natychmiast wrócił do ofiary wypadku i opatrzył rany bandażami z apteczki. Mimo iż nie wiedział, jakie inne obrażenia mogła jeszcze mieć – bez zbędnej zwłoki wziął ranną kobietę na ręce i zaniósł do swojego samochodu. Byli daleko od miasta, i nim ambulans by tu dotarł i zawiózł ranną do szpitala, ta mogłaby się w międzyczasie wykrwawić.

Położył kobietę na tylnym siedzeniu, a sam usiadł na miejscu kierowcy. Robił wszystko, by dojechać jak najprędzej do szpitala. Podczas jazdy zerkał co chwilę na tylne siedzenie, jakby chciał sprawdzić, czy ranna kobieta wciąż tam jest. Leżała nieprzytomna, cała we krwi. Patrząc na nią, widział tylko same rany oraz mokre, pozlepiane teraz krwią, deszczem i błotem włosy – nie mógł dostrzec jej twarzy. Miał nadzieję, że zdąży dowieźć ją do szpitala na czas.

Kiedy w końcu znalazł się pod kliniką, podjechał od razu na podjazd karetek przeznaczony dla ostrego dyżuru i nie zwlekając ani chwili, zawołał zespół, który tam pracował.

– Szybko! Nosze, siostro! – krzyknął do pierwszej pielęgniarki, którą zobaczył.

W okamgnieniu przywieziono je pod tylne drzwi auta Amana. Ostrożnie wyjęto ranną, ułożono ją delikatnie na noszach. Zaraz potem lekarze i pielęgniarki zniknęli za drzwiami ambulatorium. On na powrót wsiadł do swojego auta, odpalił silnik z zamiarem odjazdu i zaparkowania na parkingu dla lekarzy. W minutę później był już na oddziale. Dopiero teraz, w jasnym świetle korytarza szpitalnego dostrzegł, że jego koszula jest nie tylko przemoczona, ale też poplamiona krwią rannej kobiety. Zawsze trzymał w swojej służbowej szafce kilka koszul na zmianę, więc nim zjawił się na swoim oddziale, poszedł najpierw umyć się i przebrać. Kiedy zakładał swój kitel, wzywano go już oficjalnie, wymieniając jego nazwisko przez megafon szpitalny. Kobiecy głos dobiegający z głośnika nakazywał doktorowi Anandowi natychmiastowe udanie się do sali operacyjnej.

Aman spędził kolejne godziny w salach operacyjnych. Trzy przypadki, ze względu na rozległe uszkodzenia czaszki i kręgosłupa, wymagały jego pospiesznej interwencji. Około czwartej nad ranem wyszedł na korytarz zadowolony ze swej pracy. Od razu podszedł do blatu recepcji, gdzie stał ekspres do kawy po brzegi wypełniony czarnym, mocnym i wciąż ciepłym płynem. Nalał sobie pełny kubek i sięgnął po telefon.

Upijając małymi łykami gorący płyn, wybierał drugą ręką numer izby przyjęć. Chciał się dowiedzieć, co się stało z uratowaną przez niego kobietą. Po chwili uzyskał połączenie. Poinformowano go, że jest ona w stanie stabilnym. Opanowano krwotok i pozszywano ją dokładnie. Szycie wszystkich ran trwało ponad dwie godziny. Przebadano też pacjentkę w poszukiwaniu wewnętrznych obrażeń. Prócz złamanej nogi i pokiereszowanego szkłem ciała nie dolegało jej nic więcej. Miała szczęście, że Aman ją znalazł. Mogła tam – nieopodal samochodu, w deszczu – wykrwawić się na śmierć. Dopytał, gdzie ją umieszczono. Okazało się, że ponieważ to doktor Anand ją przywiózł, umieszczono ją w jednoosobowym pokoju na oddziale chirurgii ogólnej.

Aman, wciąż pijąc kawę, zjechał piętro niżej. Sam chciał przekonać się o stanie znalezionej przez siebie kobiety. Wszedł cicho do jej pokoju, w którym panowała ciemność. Sala chorych oświetlona była słabym światłem ulicznych latarni z zewnątrz oraz księżyca. Burza ustała, teraz niebo znów zdawało się przejrzyste. Podszedł do łóżka szpitalnego i włączył małe światło umieszczone nad nim. Patrzył na śpiącą kobietę, niemal całkowicie owiniętą bandażami. Na białej poduszce, obok twarzy i ciała w jasnych opatrunkach, niczym płynąca smoła wyróżniały się jej długie, czarne jak heban włosy. Amanowi zrobiło się przykro na myśl, ile tę kobietę czekało teraz operacji. Już miał odwrócić się i wyjść, gdy ta nagle poruszyła się niespokojnie i jęknęła. Pomyślał, że usłyszał ciche „nie”. Kobieta, wydawało się, odzyskiwała przytomność. Patrzył w wyczekiwaniu, aż jej powieki uniosą się. Odwróciła głowę i spojrzała na Amana ciemnymi jak gorzka czekolada oczami.

– Gdzie ja jestem? – spytała z niepokojem, rozglądając się z niekrytym wysiłkiem po sali, łóżku oraz swojej nodze w gipsie i ręce z podłączoną kroplówką. Jej wzrok powrócił do niego i wyczerpana opadła na powrót na poduszkę.

– Jest pani w New Delhi Hospital. Gdybym nie dostrzegł pani auta, zginęłaby pani dzisiejszej nocy. – wyjaśnił, obserwując przy tym kobietę. Z trudem, wolno odwróciła głowę w drugą stronę. Każdy, nawet najmniejszy ruch sprawiał jej najpewniej potworny ból.

– Jestem doktor Aman Anand – przedstawił się. – Już nic pani nie grozi. Czeka panią kilka operacji... – Kobieta oddychała coraz szybciej i znów, tym razem ze łzami w oczach, spojrzała na Amana.

– Cóż pan uczynił? Nie wolno panu było mnie ratować! – Jej pierś unosiła się i opadała bardzo wyraźnie. Aman widział, jakim stresem było dla niej przebudzenie się. Już miał zamiar wołać pielęgniarkę, by podała pacjentce środek uspokajający, gdy ta zatrzymała go swoimi słowami:

– Doktorze, musi pan naprawić swój błąd. Nikt nie może dowiedzieć się, że przeżyłam. Inaczej i tak umrę, szczególnie w tym stanie... – Aman myślał, że się przesłyszał. Spojrzał na nią zszokowany, a raczej na jej zabandażowaną postać i zapytał:

– Jak pani sobie to wyobraża? Co pani w ogóle wygaduje? Moim obowiązkiem było panią uratować. – Niemalże podniósł głos z emocji. Zdenerwowała go swoimi pretensjami. Każdy inny człowiek na jej miejscu okazałby wdzięczność za uratowanie życia.

W kobiecie również grały emocje. Widział, jak ciężko oddycha. Z jej oczu popłynęły niepowstrzymane łzy, mocząc owinięte wokół nich bandaże.

– Ratując mnie, i tak wydał pan na mnie wyrok, doktorze. Nikt nie może wiedzieć, że przeżyłam! Nikt, słyszy pan?! – Kobieta praktycznie wykrzyczała te słowa ochrypłym głosem, lecz zaraz omdlała i opadła na poduszkę. Aman zobaczywszy to, natychmiast podszedł do jej łóżka i sprawdził, czy to tylko emocje były przyczyną omdlenia. Upewniwszy się, że pacjentce nic nie jest, postanowił czym prędzej opuścić jej pokój.

Wychodząc pomyślał, że właśnie znalazł się w jakimś bardzo kiepskim kryminale. Oczywiście nie zamierzał zagłębiać się w tę historię. Pożałował też swojej ciekawości i tego, że w ogóle poszedł na oddział chirurgii, by sprawdzić, jak ona się czuje. Wrócił na swój oddział zupełnie roztrzęsiony. Na szczęście miał dużo pracy, co pozwoliło mu niemal nie myśleć o tym incydencie z poszkodowaną w wypadku kobietą, która nie potrafiła okazać mu swojej wdzięczności, tylko zarzuciła, że źle zrobił, spełniając swój święty obowiązek.

Rozdział 2

Około ósmej rano, gdy Aman właśnie zamierzał zakończyć swój nadplanowy dyżur, podeszła do niego pielęgniarka i poinformowała, że czeka na niego inspektor Shankar. Amana zdziwiła ta informacja, lecz już po chwili domyślił się, że wizyta policjanta musi mieć związek z ranną kobietą, którą uratował wczorajszej nocy – jak się później okazało, wbrew jej woli. Podszedł do czekającego w korytarzu mężczyzny ubranego po cywilnemu i wysunął rękę w geście przywitania.

– Aman Anand – rozpoczął rozmowę.

– Inspektor detektywistyczny CID1, Rishi Shankar. – Mężczyzna uścisnął wyciągniętą w jego kierunku dłoń. Po formalnościach policjant od razu zamierzał przejść do rzeczy:

– Jest pan, panie Anand, ostatnim lekarzem, który pracował dziś na nocnej zmianie, dlatego chciałbym zająć panu chwilę, mogę? – inspektor uniósł brwi w niemym pytaniu, lecz reszta jego twarzy pozostała bez zmian.

Aman od razu też odniósł wrażenie, że detektyw nie przywykł do dyplomacji.

– Oczywiście – odparł szczerze. – W czym mogę pomóc?

– Prowadzę nieoficjalne śledztwo w dosyć delikatnej sprawie – podjął policjant. – Znaleziono samochód na poboczu jednej z dróg prowadzących do miasta. Samochód marki tata tiago, czarny... – Urwał i wpatrywał się z uwagą w twarz Amana. Ten słuchał w skupieniu. Usilnie starał się też panować nad całym swoim ciałem, tak by nie dać poznać po sobie, że cokolwiek wie na ten temat. Komisarz nie dostrzegłszy żadnej reakcji Amana, postanowił kontynuować:

– Samochód należy do niejakiego Mohita Advaniego, młodego, dobrze zapowiadającego się adwokata. Pan Advani to syn niedawno mianowanego sędziego, Nayana Advani. – Aman zaczął przysłuchiwać się podawanym informacjom z wielkim zaciekawieniem. Zastanawiał się, kim jest kobieta, którą uratował i co ma wspólnego z tak szanowaną rodziną. Tym bardziej nurtowało go pytanie, dlaczego uważała, że nadal coś jej grozi.

– Zważywszy na te wszystkie okoliczności, CID wszczęło nieoficjalne śledztwo. Zajście nie zdarzyło się przypadkowo. Ktoś najprawdopodobniej uszkodził przewód doprowadzający płyn hamulcowy. Kierowca stracił panowanie nad samochodem przez złe warunki panujące na drodze. Auto zjechało na pobocze i uderzyło o spory głaz leżący z boku drogi. Podejrzewam, że pan Advani nigdy nie jeździł tym samochodem. Poza tym, jak sprawdziłem, zjawił się dziś w swojej kancelarii punktualnie o siódmej trzydzieści. Przesłuchałem też ich pomoc domową. Roopa Prasand twierdzi, że nie widziała dziś pani Advani, żony Mohita Advaniego. Pani Advani jest córką Vikrama Patela, sędziego Sądu Najwyższego.

Aman słuchał tych informacji w osłupieniu. Zaczynał podejrzewać, że pani Advani miała zginąć tej nocy lub też przy innej najbliższej okazji. Nie rozumiał strachu i obaw kobiety, ale widział w jej oczach przerażenie, słyszał wyrzuty, jakie mu czyniła i nie potrafił pojąć, jak to możliwe, żeby żona tak się bała własnego męża. Postanowił powiedzieć inspektorowi Shankarowi prawdę, przynajmniej częściową:

– Wczorajszej nocy znalazłem kobietę przy samochodzie takim, jaki pan opisał. Wypadła przez przednią szybę. Przywiozłem ją tu. Ma liczne obrażenia, ale nie wiem dokładnie, w jakim jest stanie. Mogę dla pana sprawdzić, gdzie ją położono i czy w ogóle przeżyła.

Policjant, usłyszawszy słowa lekarza, zastanowił się chwilę, po czym odrzekł:

– Dla dobra śledztwa proszę nie ujawniać tożsamości tej kobiety ani okoliczności, w jakich ją pan znalazł. Sam dowiem się, gdzie ją położono i w jakim jest stanie. Przyjdę, kiedy wydobrzeje. Muszę z nią osobiście porozmawiać.– zakończył inspektor, po czym pożegnał się i odszedł.

Aman tymczasem próbował zebrać myśli i poskładać usłyszane dane. Jeśli policjant zabronił udzielać informacji na temat tożsamości kobiety, jej życie faktycznie musiało być zagrożone. Jej zachowanie ubiegłej nocy nie było też efektem stresu pourazowego. Ona rzeczywiście miała do Amana pretensje o to, że ją uratował. Postanowił nie zwlekać, tylko udać się do źródła i dowiedzieć prawdy. Upewniwszy się, że policjant opuścił teren szpitala, zjechał windą piętro niżej i wszedł do sali, w której leżała ranna kobieta. Zamknął za sobą dokładnie drzwi i spojrzał na łóżko. Kobieta, usłyszawszy, że nie jest w pomieszczeniu sama, przebudziła się.

– Dzień dobry – zaczął ostrożnie. – Jak się pani czuje? – zapytał.

W odpowiedzi poczęstowała go swym zimnym spojrzeniem oraz milczeniem. Spotkawszy się z taką postawą, zdecydował nie odkładać tematu rozmowy, z którym się tu zjawił.

– Pani jest żoną Mohita Advaniego? – rzucił pytanie i patrzył na rozszerzające się w strachu oczy kobiety. Nie widział jej twarzy zasłoniętej całej bandażami, ale patrząc w jej ciemne oczy, rozumiał, jak mu się zdawało, wszystko. – Wczoraj pani sugerowała, że jej życiu grozi niebezpieczeństwo. Dziś był tu inspektor, który twierdzi, że przy aucie najpewniej manipulowano, a pani wypadek wcale nim nie był. – Z uwagą obserwował jej reakcje. Ciemne oczy wyrażały jednocześnie żal i rozpacz. Otarła całą zabandażowaną dłonią łzy napływające teraz wartkim strumieniem do oczu.

– Proszę, doktorze – odezwała się, patrząc na Amana błagalnie. – tylko pan może mi pomóc. – Jej oczy znów wypełniły się łzami. – Wszyscy muszą uwierzyć, że umarłam!

– Pani kompletnie oszalała! Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, o co mnie prosi?! – Aman znów nie mógł opanować swoich emocji.

Zaraz potem skarcił się w myślach, bo kobieta zaczęła głośniej szlochać. Poczuł się nagle winny temu, w jakim położeniu się znalazła. Walczył ze swoim sumieniem, rozumem i sercem. Pojmował niewiele z tego, czego właśnie był świadkiem. Wiedział tylko, że osoba trzecia, czyli inspektor, potwierdziła, że coś tej kobiecie grozi. Nie potrafił też pozostać nieczuły na jej strach i rozpacz. Jeszcze nigdy w całej karierze zawodowej nikt nie zarzucił mu, że zrobił źle, ratując czyjeś życie. Jego sumienie po niedługiej chwili zwyciężyło tę wewnętrzną batalię, nie pozwalając mu pozostawać nieczułym na taką desperację. Czuł całym sobą, że musi znów tę kobietę ocalić.

Odczekał do pory lunchu. Gdy nikt go nie widział, udał się do szpitalnej kostnicy. Jak podejrzewał, pracownik był teraz na obiedzie. Odnalazł wśród zwłok ciało kobiety podobnej postury, tyle że bezdomnej, również pokiereszowanej w wypadku. Ciało przeznaczone było do oddania jako materiał do celów medycznych. Bez namysłu zerwał kartkę ze stopy trupa i schował ją do swojego fartucha. Ciało szczelnie okrył wolnym prześcieradłem i na mobilnym łóżku wywiózł je wprost na oddział neurochirurgii.

Całą drogę starał się panować nad drżeniem dłoni oraz potem, który obficie zrosił mu kark i czoło. Odetchnął z ulgą, gdy znalazł się we własnym gabinecie. Zamknął lekarski pokój od środka i oparł się z głębokim westchnieniem o drzwi, jednocześnie rękawem ocierając spocone czoło. Przez ułamek sekundy walczył z własnymi myślami, po czym natychmiast zganił się w duchu za swoje wątpliwości i zaczął niezwykle dokładnie owijać zwłoki bandażami. Modlił się w duchu, by mężowi uratowanej przez niego kobiety nie przyszło do głowy ich odwijać. Gdy skończył, udał się do poszkodowanej, by wypytać ją o jej dane, niezbędne by wypisać aktu zgonu. Otrzymał też numer telefonu do kancelarii Mohita Advaniego. Kiedy sporządził odpowiednie dokumenty, zadzwonił na podany numer i przekazał prawnikowi wieść o śmierci żony. Poinformował też o czekających na jego osobisty odbiór zwłokach małżonki.

Mohit Advani nie dał na siebie długo czekać. Zjawił się w klinice w niecałe dwadzieścia minut po telefonie Amana. Podpisał też od razu niezbędne dokumenty. Zdziwiony na widok kompletnie zabandażowanego ciała, zapytał:

– To wszystko jest konieczne?

Na to pytanie Aman przełknął ślinę i przybrał rzeczowy ton, usiłując jednocześnie zapanować nad ogarniającym go wewnętrznym uczuciem paniki.

– Pańska żona, panie Advani, wyleciała przez przednią szybę auta i wykrwawiła się przez odniesione rany. Nie zalecam otwierania opatrunków i ściągania bandaży. Ciało nie nadaje się na widok publiczny. – Aman wciąż nie mógł uwierzyć w to, co właśnie robił. Ku jego największej uldze mężczyzna zniecierpliwionym i chłodnym tonem, jednocześnie chowając do wewnętrznej kieszeni marynarki akt zgonu Ranyi Advani, odpowiedział:

– Dobrze. Proszę oszczędzić mi szczegółów, doktorze. – gestem ręki przywołał dwóch pomocników, którzy zabrali ciało do czekającego na nich transportu.

Aman czuł się oszustem. Bał się też, co może się stać, jeśli ktokolwiek odkryje prawdę. Ryzykował swoje dobre imię i karierę zawodową. Jednak patrząc w obojętną, wręcz zimną twarz Mohita Advaniego, pomyślał, że ten mężczyzna na nic innego nie zasługuje. Doktor Anand jeszcze nigdy nie spotkał się z taką obojętnością męża na wieść o śmierci żony.

Gdy tylko Mohit opuścił klinikę, Aman udał się na oddział chirurgii ogólnej. Wszedł do pokoju rannej kobiety. Spała odurzona lekami przeciwbólowymi. Czekało go jeszcze jedno trudne do wykonania zadanie – zabranie kobiety z sali. Odblokował koła łóżka, odpiął jej kroplówkę ze zgięcia ramienia, zasłonił twarz kobiety prześcieradłem, którym była częściowo przykryta, i wywiózł z sali do windy. W codziennym harmiderze nikt nie zwrócił uwagi na to, że lekarz pchał przed sobą łóżko ze zmarłym pacjentem. W windzie mężczyzna znów odetchnął z ulgą. Na szczęście nikt z personelu szpitala nie wsiadł do kabiny wraz z nim.

Gdy dotarli na parking, wyjechał łóżkiem z windy i ustawił je pod ścianą. Uniósł kobietę na rękach i umieścił w swoim samochodzie. W myślach dziękował Bogu, że szpital nie miał monitoringu. Ułożył wciąż śpiącą ranną na tylnym siedzeniu, ignorując plamy krwi pozostałe na tapicerce po jej transporcie poprzedniego wieczora, a łóżko odprowadził do szpitala. Gdy był w swoim gabinecie, sięgnął po telefon i zadzwonił do lekarza prowadzącego oddział znajdujący się piętro niżej.

– Cześć, Ranjit, tu Aman. Byłem u tej pacjentki, którą znalazłem i okazało się, że zmarła. Ciało zostało wydane mężowi. Chcieliśmy zdążyć przed obiadem, więc wypełniłem za ciebie wszystkie dokumenty.

– W porządku. Dziękuję. Najbardziej w tej instytucji nie cierpię papierkowej roboty. Jestem ci winien przysługę.– Aman uśmiechnął się do słuchawki krzywo.

Dla doktora Ranjita Singha po dwudziestu pięciu latach pracy zgony były tylko statystyką niosącą ze sobą przykry obowiązek uzupełnienia sporej ilości dokumentacji.

– Ach, jeszcze jedno. Po ciało bezdomnej z kostnicy przyszła rodzina. Niestety niepiśmienni, musiałem wypełnić z nimi oświadczenie o odbiorze zwłok.

– Super. Nie wiem, jak ci dziękować, Aman. Jedź do domu, wypoczywaj. Wezmę najbliższy dyżur za ciebie – obiecał doktor Singh.

Aman zakończył prędko rozmowę, stwierdzając, że jest wyczerpany po kolejnym kilkunastogodzinnym dyżurze. W rzeczywistości bał się, co mogłoby się stać, gdyby kobieta się teraz przebudziła lub gdyby ktoś zajrzał na tylne siedzenie jego samochodu. Pośpiesznie opuścił szpital i udał się prosto do domu.

Podczas jazdy kobieta leżąca na tylnym siedzeniu jego samochodu – nie obudziła się. Mężczyzna wciąż nie mógł uwierzyć w absurd całej tej sytuacji oraz własnych czynów. Przeklinał się, wciąż powtarzając w myślach jedno: cóż ja najlepszego wyrabiam, ryzykując dla zupełnie obcej kobiety całą swoją karierę, a nawet wolność. Po chwili sam zbeształ się za swoją postawę.

Przysięgał ratować życie ludzkie. Jeśli jej życie było nadal zagrożone, miał obowiązek jej pomóc. Po chwili w zdumieniu pomyślał, że sfingowanie śmierci Ranyi Advani okazało się prostsze, niż mogłoby się wcześniej wydawać. Zastanawiał się też, nie bez cienia sarkazmu, czy tylko tu, w Indiach, takie oszustwo było możliwe. Chwilę potem po raz kolejny upomniał się. Musiał odczekać kilka dni, by wiedzieć na pewno, że wszystko się udało i ani jemu, ani Ranyi Patel Advani już nic nie zagraża.

Ranya ocknęła się dopiero późnym wieczorem. Patrzyła ze zdziwieniem na nowe otoczenie. Łóżko, na którym leżała, wezgłowiem było dosunięte do okna. Naprzeciw jej posłania znajdowało się wejście do pokoju, a na obu ścianach, za i przed łóżkiem, królowały półki pełne książek. W rogu pokoju majaczyła sylwetka śpiącego w fotelu mężczyzny. Rozpoznała w nim doktora Ananda, który spał teraz, wyczerpany minionymi wydarzeniami oraz bardzo długim dyżurem.

Ciemny pokój wypełniony był światłem księżyca, który w swej pełnej dumie oświetlał w tej chwili całe niebo i wszystko pod nim. Ranya z wielkim trudem odwróciła głowę, by spojrzeć w okno. Znalazła wygodną pozycję, by móc wpatrywać się w nocne niebo, a jej myśli natychmiast zapełnione zostały wspomnieniami. Zastanawiała się, czy to już koniec koszmaru, jaki przeżywała od kilku miesięcy.

Rozdział 3

Niemal pół roku temu kobieta była szczęśliwą Ranyą Patel. Jako córka znanego i szanowanego sędziego Ranya wiodła wygodne, pełne luksusu życie. Z pewnością nie miała ciała i twarzy divy filmowej, ale była uroczą, młodą i inteligentną kobietą, która zasługiwała na spełnienie snów. Jak każda przykładna Hinduska, nie marzyła o niczym więcej niż zamążpójściu. Cieszyła się swobodą, jaką otrzymała od rodziców, ale też w żaden sposób nie chciała ich rozczarować.

Mohita poznała jeszcze w szkole średniej. Chłopak był niezwykle pewny siebie, przystojny i roześmiany. Zawsze otoczony ładnymi dziewczętami i chłopcami, pragnącymi być jak on, nigdy jednak nie zwracał na Ranyę uwagi. Od wielu już lat ich rodzice się przyjaźnili.

Ojciec Mohita był odnoszącym sukcesy adwokatem i z ojcem Ranyi bardzo często współpracował. Przez lata wspólna praca zamieniła się w przyjaźń. Rodziny odwiedzały się czasem z okazji diwali lub holi, ale rozchwytywany chłopak nigdy nie miał czasu, by usiąść choć na chwilę i porozmawiać z Ranyą, czy choćby trochę bliżej ją poznać.

Później młodzi wyjechali na studia. Mohit do Stanów, by tam studiować prawo, a Ranya do Europy, aby ukończyć anglistykę w Birmingham. Gdy Ranya wróciła do domu z dyplomem, nie mówiono już o niczym innym, jak o jej ślubie. Wraz z matką z ekscytacją planowały wesele i z zapałem zakupywały biżuterię i stroje mające służyć za jej posag. Obaj ojcowie bardzo szybko domówili szczegóły zrękowin Ranyi i Mohita. Zaręczyny i ślub odbyły się z dużą pompą. Świętowała z nimi niemal cała elita New Delhi. Ranyi tego dnia wydawało się, że jest najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Oto poślubiała właśnie swą pierwszą i jedyną miłość, by być z nim szczęśliwa do końca swoich dni.

O tym, że jej miłość była jednostronna, Ranya przekonała się już w dniu ślubu. Po tradycyjnym pożegnaniu z rodzicami, po ceremonii zaślubin wsiadła wraz z Mohitem do specjalnie dla nowożeńców przystrojonego kwiatami samochodu. Nie mogąc już utrzymać uczuć na wodzy, pochwyciła świeżo poślubionego małżonka za rękę. Mohit tymczasem omiótł chłodnym spojrzeniem jej postać, uwolnił swoją dłoń z jej dłoni, jednocześnie też odsunął się od niej. Nie zamienił ze swą świeżo poślubioną małżonką ani słowa podczas jazdy.

Po ślubie, zgodnie z umową, młoda para miała zamieszkać w apartamencie Mohita w centrum stolicy. Mieszkanie znajdowało się w nowoczesnym, strzeżonym przez ochronę kilkunastopiętrowym budynku. Do pomocy, jak słyszała, trzy razy w tygodniu przychodziła gosposia. Nagle z całą powagą Ranya uświadomiła sobie, że zamieszka tak naprawdę z zupełnie obcym jej człowiekiem. Gdy patrzyła na jego profil w samochodzie, Mohit odbiegał całkowicie od jej młodzieńczych wyobrażeń. Był chłodny, opanowany i wydało jej się, że niechętnie z nią przebywał.

Jak każda młoda dziewczyna, Ranya marzyła o wielkiej miłości, pierwszych pocałunkach i romantycznych wyznaniach. Ku jej wielkiemu rozczarowaniu, jak dotąd nic takiego nie nastąpiło. W jej duszy jednak wciąż tliła się nadzieja, że Mohit ją pokocha. Początki kojarzonych małżeństw czasem bywały trudne, czym dziewczyna pocieszała się w myślach. Może miłość, którą ona odczuwała od tylu lat do Mohita, wystarczy, aby ich zaczynające się właśnie małżeństwo miało szczęśliwy finał?

Nowożeńcy dojechali pod budynek i wysiedli z auta. Wjechali windą na piętnaste piętro i udali się do apartamentu, w którym od teraz mieli razem mieszkać. Drzwi się za nimi zaraz zamknęły, a w jasno i nowocześnie urządzonym salonie rozbłysło światło. Mohit udał się od razu do barku umieszczonego przy oknie balkonowym i nalał sobie solidną porcję whisky. Ranya rozglądała się ostrożnie po pomieszczeniu i nieśmiało zrobiła kilka kroków naprzód. Stanęła teraz, porzucona przez męża, tuż przy wejściu i nie wiedziała, co powinna zrobić. Nie tak sobie wyobrażała przywitanie w swoim nowym domu. Nie czekała na nią rodzina pana młodego. Nie było pucharku ryżu w progu ani kunkumu w misie. Jej czerwono-złote ślubne sari kontrastowało ze sterylną bielą pokoju. Przyciągnęło teraz chłodny wzrok jej nowo poślubionego męża, który upijając whisky małymi łykami, patrzył na nią zimnym, pozbawionym uczuć wzrokiem. W końcu wolno odezwał się obojętnym tonem:

– Pokój na prawo jest twój. Możesz iść się teraz przebrać. Jak będziesz gotowa, przyjdź tu. Powiem ci, jakie zasady będą obowiązywać w naszym... – urwał i dokończył ironicznym tonem: – małżeństwie. – Ranya posłusznie poszła do wskazanego jej przez Mohita pokoju. Odnalazła tam większość swoich rzeczy ułożonych w szafie.

Matka zadbała, by przed ślubem wysłano jej ubrania do domu przyszłego męża. Dziewczyna wybrała bladoniebieskie salwar kamiz, pozbyła się też całkiem sporej ilości ciążącej jej już biżuterii ślubnej. Patrzyła teraz na swoje odbicie w lustrze oraz na czerwień cynobru na przedziałku, który niecałe cztery godziny temu Mohit nałożył na jej czoło. To był jego pierwszy dotyk, pierwsza pieszczota, jakiej doświadczyła. Starała się panować nad sobą. Rozczarowanie rzeczywistością od pierwszych chwil trwania tego małżeństwa wprawiało ją w uczucie rozpaczy. Miała ochotę paść na łóżko i zapłakać. Zamiast tego poprawiła swój strój, zmusiła się do przybrania miłego, zachęcającego uśmiechu i przeszła do salonu. Zastała tam Mohita, najwyraźniej po kolejnej już szklaneczce. Właśnie ponownie uzupełniał złocistym trunkiem trzymane przez siebie puste naczynie. Gdy je napełnił, z brzękiem odstawił na wpół opróżnioną karafkę na tacę otwartego barku. Powoli odwrócił się w stronę Ranyi i uśmiechnął krzywo.

– Ranya, moja... żona. Dobrze, że jesteś. Musimy sobie pogawędzić. Siadaj. – wskazał niedbale miejsce na kanapie. Ranya posłusznie zajęła pokazane jej miejsce, podczas gdy on wciąż stał. Z całą pewnością nie była przygotowana na słowa, które zostały wypowiedziane lodowatym tonem, gdzieniegdzie podkreślonym nutami ironii i pogardy.

– Ożeniłem się z tobą z pewnością nie z miłości... ani tym bardziej dla twojego wyglądu. – roześmiał się cicho, uznając krzywdzące słowa za świetny żart. Zaraz potem kontynuował: – Niech to będzie jasne, nie nadajesz się ani na żonę prawnika, ani na kochankę. Jedynie, na czym mnie i mojemu ojcu zależało, to twój posag. Będę mógł otworzyć dzięki niemu własną kancelarię. Wżeniony w rodzinę Patelów, łatwiej będę mógł osiągnąć swoje cele.

Ranya poczuła piekące łzy pod powiekami. Jej wszystkie marzenia o szczęśliwym i kochającym się małżeństwie właśnie zostały brutalnie zniszczone. Mohit dopił whisky i odstawił szklaneczkę na tacę, obok karafki. Odwrócił się do swej żony i zakończył beznamiętnie:

– Póki przebywam w mieszkaniu, najchętniej wolałbym na ciebie nie patrzeć. – Po tych słowach obrócił się na pięcie i odszedł do swojego gabinetu. Ranya również wstała z kanapy i pobiegła do swojego pokoju.