Obiecaj, że wrócisz - Beata Majewska - ebook + audiobook

Obiecaj, że wrócisz ebook i audiobook

Beata Majewska

4,4

61 osób interesuje się tą książką

Opis

Bruno nie ma łatwego dzieciństwa. Kiedy jego ojciec ginie - głupią i przypadkową śmiercią, chłopak musi szybko wydorośleć.

Gangsterzy są nieuchwytni, a policja zbyt szybko umarza śledztwo. Syn ofiary poprzysięga zemstę, pragnie odwetu nie tylko na gangsterach - sprawcach rodzinnej tragedii, lecz także na służbach. Bruno pracuje dla wielu bossów, powoli zapisuje na swoim koncie kolejne głowy, swojej zemście podporządkuje całe życie. Nie ma w nim miejsca na rodzinę, dobrą pracę, a na pewno nie na miłość. Ta pojawia się znienacka, kiedy los stawia na drodze Brunona młodą Rosjankę. Wiera niczego się nie boi, bo też niczego nie ma do stracenia. Chociaż dopiero startuje w dorosłe życie, ona również zdążyła poznać jego gorzki smak. Nie zdaje sobie sprawy, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo: dziewczyna stanowi walutę w zatargu między gangsterami zza Buga, a Bruno jest pośrednikiem.

Jak skończy się ten deal? Czy miłość pokona zło? Przekonacie się sami, czytając trzecią - ostatnią - część bestsellerowej serii Zapomnij, że istniałem

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 452

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 19 min

Lektor: Klaudia Bełcik

Sortuj według:
emili22
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Bałam się że trzecia część może nie być już tak dobra jak poprzednie dwie ale niepotrzebnie 😊 jestem zachwycona 3 części w 3 dni i jestem chętna nawet na czwartą 😉 świetnie się czyta dobrze przemyślane wątki losów bohaterów z całych trzech części nie gubi się człowiek wszystko jest naprawdę dobrze napisane wciąga trudno się oderwać dobrze że jest lektor to mogłam słuchać przy pracach domowych i nie myśleć że zawaliłam inne obowiązki bo wciągnęła mnie fikcja literacka😂😂😂 czyta sie super i słucha równie dobrze lektor naprawdę przyjemny. No żeby nie słodzić jak jest super to mogę sie przyczepić do jednego zdania... Że trup sypał się gęsto jak w Lombardi... Nie zaznaczyłam cytatu ale to coś w tym stylu było... to trochę mnie rozdrażniło nie smaczny żart i zbyt świeża sprawa jak dla mnie... Nie wiem jakie ma poglądy na temat pandemi autorka ale trzeba się liczyć z tym że ktoś z Pani czytelniczek mógł stracić kogoś bliskiego co chorował na Covid 19....ja wiem jak sytuacja wyglądała i w...
00

Popularność




Redakcja: Justyna Techmańska

Korekta: Dorota Piekarska, Aneta Szeliga

Skład i łamanie: Robert Majcher

Copyright © Beata Majewska 2021

Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Zdjęcia wykorzystane na okładce: Adobe Stock © konradbak; Unsplash © Gerrit Vermeulen

Zdjęcie autorki na okładce: Sylwia Lidak Fotografia

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-958-2

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Prolog

Najpierw był telefon.

Wówczas mało kto miał telefon komórkowy, chociaż w dwa tysiące trzecim roku były już dosyć powszechne. W rodzinie Goczy telefon komórkowy nosił przy sobie tylko tata. Pierwszy miał wysuwaną antenkę, należało ją wyciągnąć, a dopiero potem można było wybrać numer. Drugi aparat, który kupił tata, był nowocześniejszy – ciemnobordowy Ericsson R380, bez klapki, z anteną wystającą u góry. Gocza chwytał za tę antenkę i udawał, że gra w tenisa stołowego, bo telefon przypominał kształtem rakietkę.

Niestety tata nie pozwalał mu zabierać telefonu do szkoły, a szkoda. Może wówczas kumple przychylniej by na niego spojrzeli, przestali się nabijać i dokuczać, że jest Ruskiem, a jego stary to muzułmanin. Nie zliczył, ile razy im tłumaczył, że tata jest Gruzinem, że Gruzini nie znoszą Rosjan, a co do religii, jego tata był takim samym chrześcijaninem jak Polacy. Wprawdzie rodzina ojca Goczy zamieszkiwała południowy rejon Abchazji, ale z dziada pradziada wyznawali prawosławie, nie islam. Niestety, nie docierało – nabijali się nieustannie, jak nie z taty, który czasami przyjeżdżał pod szkołę, żeby podrzucić go do domu, to z samochodu ojca, a nawet z imienia, które nosił. Nie pamiętał już, kto wymyślił tekst: „Gocza wypadł z krocza” – ten przeklęty wierszyk towarzyszył mu zawsze.

Telefon był jeden, najbardziej potrzebny tacie, wiadomo – tata był taksówkarzem, musiał mieć przy sobie komórkę. Sąsiad z mieszkania na parterze, pan Stasiak, zrobił tacie małe wizytówki, wydrukował je na grubszym papierze, a Gocza starannie porozcinał arkusze na równe prostokąty. Na wizytówce widniało imię i nazwisko taty – Eduard Nemsadze – oraz numer telefonu komórkowego i grzecznościowo numer telefonu stacjonarnego państwa Mocnych, sąsiadów rodziców, którzy mieszkali po przeciwnej stronie korytarza. Z tyłu tata kazał wydrukować kilka punktów: „transport osobowy – kursy dzienne i nocne”, „przewóz zwierząt domowych” i jako ostatni: „przeprowadzki”. To było śmieszne, zważywszy na to, że ojciec jeździł starym volkswagenem golfem. Planował zakup czegoś większego, marzył mu się dostawczak, mercedes sprinter. „Wtedy będzie jak znalazł” – mówił o wizytówce. „Trzeba patrzeć przyszłościowo” – dopowiadała mama.

Tego dnia Gocza miał nigdy nie zapomnieć. A dokładnie – nocy. Już spał, była sobota, tata był w pracy, bo na nocnych kursach zarabiał najlepiej. Wprawdzie zazwyczaj woził pijanych ludzi, często nazajutrz Gocza wraz z mamą musieli sprzątać rzygi z tylnej kanapy albo oparć foteli, ale i tak się opłacało. Dyskoteki to było zbawienie - nikt nie patrzył, czy tata ma odpowiednie zezwolenia, by jeździć na taksówce, czy nie. Pijany klient nie czepiał się ojca, że ten kiepsko mówi po polsku, drzemał z tyłu albo śpiewał i się wygłupiał. Tata nieraz opowiadał, co mu się przytrafiło. Gocza sikał ze śmiechu, gdy tata przy późnym niedzielnym śniadaniu zdradzał przebieg co zabawniejszych kursów.

Obudził go płacz. Najpierw usiadł i wytężył słuch. To mama płakała. Nie miał wątpliwości, bo ściany w ich bloku zrobiono z tektury, jak mówił często tata. Kiedyś nawet spróbował wydłubać dziurę w ścianie dzielącej duży pokój – tam spali rodzice – od jego klitki. Nie udało się przebić na wylot, ale Gocza zdołał wydrążyć scyzorykiem mały otwór pod tapetą.

Wstał i poszedł tam po cichu, nie zapalając po drodze światła, ani u siebie, ani w przedpokoju. Miał już dziesięć lat, rodzice nie pozwalali mu spać ze sobą, ale mimo to czasami właził im do łóżka, układał się między nimi i usypiał, ogrzany ich oddechami.

– Mamuś… – zająknął się, stając w progu pokoju. Mama siedziała na wersalce, miała na sobie szlafrok. Jej włosy, zawsze schludnie ułożone i podpięte w koka z tyłu głowy, smętnie zwisały przy twarzy. – Mamuś? – Zebrał się na odwagę, podszedł i usiadł przy niej. – Coś cię boli?

Drgnęła. Dopiero teraz go zauważyła, obróciła głowę i spojrzała na niego. Z przerażeniem patrzył, jak krztusi się łzami. Próbuje coś powiedzieć, otwiera usta, nabiera powietrza, ale nic nie mówi. Jakby straciła tę zdolność. Chwycił ją za rękę i ścisnął. Był przerażony, jeszcze nigdy nie widział, żeby mama tak strasznie płakała.

– Coś cię boli? – Nic innego nie przychodziło mu do głowy.

Mama nigdy nie płakała. No prawie nigdy. Tylko kilka razy: na pogrzebie babci Józi, jej mamy, potem gdy tata rozwalił samochód i musiał dużo zapłacić za naprawę, i kiedyś, gdy się pokłóciła z wychowawczynią Goczy. Zmienił wtedy szkołę, ale to było dawno, zaraz na początku, poszedł wtedy do zerówki i dzieci mu dokuczały, a jeden chłopak, miał na imię Adam, prawie codziennie go bił.

– Synku… – zachrypiała.

– Mamuś, dać ci coś? Chcesz picie? – zaproponował. – Przyniosę.

Zerwał się i pobiegł do kuchni. Szybko nalał wody z czajnika do szklanki, wziął kosmetyczkę z żółtej ceraty – mama trzymała tam różne tabletki – i wrócił do pokoju. Nic się nie zmieniło: mama siedziała, dociskając do twarzy dużą białą kulkę, utoczoną z chusteczek higienicznych.

– Masz, wypij. – Wcisnął jej szklankę do ręki. – A tu są lekarstwa.

Posłuchała. Wypiła kilka łyków, spojrzała na niego i znowu to się stało: jej ciałem wstrząsnął szloch.

– Jak my sobie poradzimy? Boże, co teraz będzie… – łkała.

– Zadzwonię do taty – powiedział stanowczym tonem. Czuł, że sam sobie nie poradzi, że sytuacja go przerosła.

Ale te słowa jeszcze pogorszyły sytuację. Nie czekał na dalszy rozwój wypadków, w jednej chwili znalazł się na klatce schodowej. Zastukał głośno do drzwi państwa Mocnych, a po krótkim namyśle nacisnął dzwonek. Był pewien, że sąsiedzi śpią. Na dodatek pan Mocny był stary i kiepsko słyszał, z kolei jego żona, pani Irenka, to już w ogóle lipa, bo nosiła aparat słuchowy. Ku jego zdumieniu, drzwi otworzyły się prawie natychmiast. Zobaczył panią Irenkę, miała na sobie pikowany szlafrok, a na głowie wałki. Co dziwne, ona też była zapłakana.

Aż go wmurowało, bo wyglądała prawie tak samo jak mama: czerwona na buzi, z chusteczką przy nosie.

– Proszę pani, bo moja mama…

– Wiem. – Spojrzała na drzwi do ich mieszkania.

– Kto tam przyszedł? – usłyszał głośne zapytanie, a po chwili w głębi korytarza pojawił się pan Mocny. – A, to ty, chłopcze.

Spojrzeli po sobie. Gocza wyczuł, że coś się stało, wystarczyło na nich popatrzeć, ale jeszcze nie dopuszczał do siebie żadnych myśli. Po prostu wiedział, że coś się stało. Coś złego.

– Idź do niej, Irenko – odezwał się pan Mocny. – Ja z nim pogadam. – Podszedł i przykucnął przed Goczą. – Chodź, chłopaku, trochę sobie pogadamy, a żona pójdzie do mamy, dobrze?

Pokiwał głową.

Sąsiad zaprowadził go do dużego pokoju. Przyniósł z kuchni butelkę z jakimś pysznym gazowanym napojem i nalał.

– Bo widzisz… – zaczął – …przed chwilą zadzwonił do nas… zadzwonił jakiś facet, kolega twojego taty. Mówił, że… – Chrząknął. Ku zaskoczeniu Goczy, podniósł jego szklankę i opróżnił ją do dna. – Bo widzisz, Gocza, chłopcze… – Znowu uciął. Potarł policzki, potrząsnął głową i w końcu cicho rzekł: – Twój tata nie żyje.

„Twój tata nie żyje” – powtórzył w głowie. „Tata nie żyje” – skrócił informację, ale nadal nie dotarł do niego jej sens. „Jak to nie żyje?” – zdumiał się.

– Jak to nie żyje? – wypowiedział na głos. – Przecież tata jest w pracy. Pojechał na nocne jazdy. Kto do pana dzwonił? Tata? – upewnił się, bo to, co przed chwilą usłyszał, było kompletnie bez sensu. – Mój tata żyje. Jest w pracy.

– Dzwonił jakiś facet, jego znajomy.

– Kto?

– Nie zapamiętałem.

– To nieprawda. – Gocza wstał i ze złością zacisnął pięści. – To nieprawda, a pan kłamie. Kłamie! – Patrzył prosto w oczy sąsiada. – Pan jest głuchy i stary. Nic pan nie słyszał!

Wypadł z mieszkania Mocnych, chciał pobiec do mamy, wyrzucić stamtąd tę wstrętną panią Irenkę, to właśnie ona musiała nagadać mamie bzdur. Otworzył drzwi i wtedy wpadł wprost na czyjeś szerokie plecy. W pierwszej chwili myślał, że to tata! Że właśnie wrócił do domu, żeby pomóc mamie i nakrzyczeć na panią Irenkę, bo razem z mężem ich okłamali. Fala ulgi prawie go udusiła. Już miał krzyknąć: „Tata!”, prawie to zrobił, bo ten ktoś miał czarną kurtkę, taką samą jak nosił tata, ale to był ktoś obcy. Dopiero po chwili zrozumiał, że to policjant.

– Co pan tu robi? – wychrypiał, ale policjant nie zdążył mu odpowiedzieć, bo w drzwiach dużego pokoju pokazała się sąsiadka. – Co tu się dzieje? – Nie mógł nad sobą zapanować. Dolna warga trzęsła się jak głupia, więc ją przygryzł. Nie pomogło, w gardle rosła gula, gniotła coraz mocniej.

Dotknął policzka i spojrzał na swoje palce. Były mokre. „Ja płaczę?” – nie mógł uwierzyć, że to się stało. Nie lubił płakać. Zawsze się pilnował, żeby nie płakać jak baba. A już przy chłopakach? Przy nich nigdy nie płakał, nawet gdy któryś go walnął, czy popchnął na asfalt, jak ostatnio Filip z czwartej a. Rozwalił wtedy oba kolana, zwichnął nadgarstek w lewej ręce, bo prawą osłonił twarz, ale nie płakał. Nie dał satysfakcji temu gnojkowi.

– Gocza! – dobiegł go krzyk mamy. Rozpaczliwy, głośny. Taki, że miał go zapamiętać do końca życia.

Popędził tam. Do niej. Wtulił się mocno.

Zrozumiał.

Tylko ona mu została. A on jej.

Rozdział 1

Ojciec zawsze miał gest, ten prawdziwy ojciec, rzecz jasna, czyli wujek Wasyl. Stać go było na wszystko, inna kwestia, że nie zawsze był skłonny sypnąć groszem, ale na ślub Wierki? O tak, poświęcił małą fortunę, żeby ślub oraz wesele Wiery i Nikity odbiły się głośnym echem w towarzystwie. Ale nawet najbardziej wystawna uroczystość szybko się kończy, tak samo podróż poślubna i oglądanie prezentów. Minęło dziesięć długich miesięcy, część z tych prezentów nadal leżała w jednym z pokojów gościnnych wielkiej rezydencji Doneckich, kiedy Wierka postanowiła uciec.

Tak po prostu.

To nie było szczególnie trudne. Jej mąż, a zarazem przyrodni brat, miał ją w dupie i vice versa: Wierka nigdy go nie lubiła. „Nadęty bubek, kawał chama i prostaka” – nie miała dobrego zdania o Nikicie. Zresztą nikogo z rodzeństwa nie znosiła, ani Nikity, ani Katii – wredna pinda, czepia się wszystkiego przy byle okazji – ani najmłodszego z ich grona, czyli Kostka. Tego smarkacza nie tolerowała od pieluch, był okropny, wrzeszczał całymi dniami, a tata zamiast zajmować się biznesem, kompletnie oszalał na jego punkcie. Zupełnie jakby Kostia był jego prawdziwym synem.

Żałosna sytuacja, przecież wszyscy wiedzieli, że tata nie może mieć dzieci, to znaczy wszyscy zainteresowani, zwłaszcza wuj Wasyl. Ech, te wszystkie pieprzone rodzinne sekrety potrafiły przyprawić o ból głowy. Wierka miała dosyć, chciała zwiać, zapomnieć o tej walniętej rodzinie, o obu ojcach: Wasylu, który ją spłodził, i Olegu, który ją wychował, a teraz przehandlował za święty spokój, o matce, rodzeństwie i każdym, kto pracował na rzecz klanu jej taty i Doneckich.

Dość.

Oczywiście liczyła się z tym, że będą jej szukać. Bynajmniej nie z tęsknoty, bo kto miałby tęsknić za Wierką? Mama? Śmiechu warte. Pod koniec ubiegłych wakacji, kiedy Wiera dowiedziała się, jaki plan mają wuj Wasyl i tata, popędziła do matki na skargę. Powiedziała, a raczej wykrzyczała: „Nie wyjdę za własnego brata, jesteście pojebani!!! To obrzydliwe!”. A co na to jej matka? Załamała ręce, zrobiła cierpiętniczą minę, stęknęła, że biedny Oleg jest taki chory i nie wolno przyprawiać mu trosk. Ostatecznie Wierka wzięła ślub z Nikitą, a teraz chciała pokazać całemu światu, że ona też ma wolną wolę, jakieś plany i pomysły.

Nie od razu się udało. Najpierw podpytała przyjaciółki, czy jej pomogą, ale to nie miało sensu. W tym świecie zbyt dużo było wzajemnych powiązań. Pociągnąłeś za jeden sznureczek, a na końcach pięciu innych wybrzmiały dzwonki. To było z góry skazane na niepowodzenie. Kilka dziewczyn, z którymi się przyjaźniła i była bliżej: Olena, Lubow i Anna, tkwiły w podobnym układzie: były córkami ludzi, którzy się znali. Po prostu. Wystarczyło powiedzieć „oni się znają” i już wiadomo, o co chodziło. O powiązania, o zależności, o miejsce w tej wielkiej machinie. Kto chciałby nadstawiać karku za Wierkę? Narazić się jej teściowi, wielkiemu Wasylowi Doneckiemu? On był jak król. Wprawdzie nie tylko Bolivar – taką ksywkę nosił wuj Wasyl – trząsł gangsterskim światkiem w Rosji, miał wielu podobnych sobie kolegów, którzy kierowali wielkimi organizacjami, lecz bez wątpienia był kimś, z kim wszyscy się liczyli.

Najciemniej pod latarnią, kto nie zna tego przysłowia? Wierka wynajęła małe mieszkanie na jednym ze strzeżonych osiedli w Moskwie i tam przesiedziała pierwszy miesiąc. Nikt nie zwrócił uwagi na jej nazwisko, nikt nie spytał, co takiego zamierza robić ta samotna młoda dziewczyna i dlaczego nie chce żadnej umowy. Nieważne. Minął miesiąc, skończył się wynajem, a Wierce znudziła się samotność w czterech ścianach. Rozważała powrót na łono rodziny, przecież mogła wrócić do Nikity, powiedzieć, że potrzebowała dystansu i samotności. Inna rzecz, że Niki nie zdążył zauważyć jej zniknięcia. Nie dzwonił, nie szukał jej, nic, natomiast tata owszem – szukał, ale co mógł zrobić? Był umierający, nieustannie naszpikowany lekami przeciwbólowymi. Co do wuja Wasyla, ten zawsze stanowił zagadkę. Nikt nie był w stanie przewidzieć, jak postąpi, a już na pewno nie ona, córka z nieprawego łoża.

O tym, że wuj Wasyl zauważył jej zniknięcie, dowiedziała się od Idy, jedynej zaufanej osoby, która mieszkała w domu rodzinnym Wierki. Ida zawsze ją lubiła, może nawet coś więcej. Miała dwadzieścia pięć lat i była lesbijką. Niestety, Wierki nie kręciły takie klimaty, ale korzystała z dobroci serca Idy, jej zafascynowania i pełnego oddania. Czemu nie? W końcu Ida dostawała kasę za swoją pracę i pobyt w domu rodziców Wiery.

– Pan Oleg strasznie się martwi. Pani Magda też.

– Nie kituj – zaśmiała się Wierka. – Może tata się martwi, ale matka? W życiu nie uwierzę. Moja matka ma w sobie tyle ciepła, ile kawior z jesiotra.

Wiedziała, co mówi. Matka nigdy nie była wobec niej serdeczna, nawet kiedy pojawiały się poważne problemy i Wierka naprawdę potrzebowała matczynego wsparcia. Jej rodzicielka cedowała obowiązki, delegowała je na wszystkich, byleby sama nie musiała marnotrawić czasu i starań, o uczuciach w ogóle nie wspominając. Trochę serca okazywała jedynie Kostkowi, ale tylko dlatego, że gnojek potrafił nią manipulować i wymuszać zainteresowanie.

– Był tu pan Wasyl. Strasznie wściekły. Podsłuchałam co nieco – szepnęła konfidencjonalnie Ida.

– No mów!

– Najpierw oskarżył panią Magdę, że to jej rodzina z Polski przechowuje cię u siebie, a potem, kiedy pani Magda go wyśmiała i stwierdziła, że to pewnie Grizzly bruździ, on albo ktoś z nim powiązany, powiedział, że też o tym myślał i trzeba to sprawdzić.

– A czemu oni? – zdziwiła się. Od lat trwał konflikt między klanem Michaiła Sorokina, który nosił przydomek Grizzly, bo był niski, krępy i zarośnięty na twarzy jak prawdziwy niedźwiadek, a Wasylem Doneckim. Obaj nieustannie walczyli o strefy wpływów, głównie chodziło o polski rynek, więcej detali Wierka nie znała, bo miała to w nosie, ale teraz ci ludzie mogli się przydać! – Co jeszcze słyszałaś?

– Pan Wasyl powiedział, że za twoim zniknięciem może stać ktoś z ich klanu. Że cię uprowadzili i będą chcieli wymienić, ale za co, nie zrozumiałam.

– Ładne jaja. – Parsknęła śmiechem. – Handel żywym towarem, który mieszka pod ich nosem. Co za głupek. – Nie miała wysokiego mniemania o biologicznym ojcu. – Ale wiesz, to niegłupi pomysł.

– Co? Powtórz.

– Nieważne. Jak coś się zmieni albo wydarzy, daj znać.

– Mam dzwonić na ten numer? – upewniła się Ida.

– Yhy. A jeśli nie odbiorę albo nie będzie działał, poczekaj spokojnie, odezwę się na pewno.

To Wiera pierwsza dała znak życia, zadzwoniła do wiernej pokojówki z nieznanego numeru, bo tamten nie działał. Jeszcze przed wynajęciem apartamentu pozbyła się poprzedniego telefonu: rozwaliła go kamieniem w drobny mak, ale najpierw przepisała do notesu wszystkie ważne numery.

– Uważaj na siebie.

– Uważam.

– Kocham cię.

– Ej, no! – Wiera nie lubiła takich wyznań.

Czasami Ida była okropnie natrętna z tymi swoimi wyznaniami miłości. Jeszcze nie zrozumiała, że nie kręciły ją te klimaty? Wolała facetów, zdecydowanie, zwłaszcza ostatnio. Seks zawsze przynosił ukojenie, pozwalał zapomnieć, poczuć się lepiej, pewniej. Dawał chwilę na oddech, bywało, że działał lepiej na psychikę niż jej romans z żyletką.

– Wiesz, że tak jest. Okropnie tęsknię.

– To przestań.

Właśnie po tej rozmowie Wiera opracowała swój plan. Nie musiała długo szukać dojścia do właściwej osoby. To wymagało zaledwie dwóch wypadów do klubu nocnego Dolar, swoją drogą ten klub należał do jej męża, co dodawało pikanterii całej sytuacji. Nie ma to jak układać się z wrogiem rodziny pod samym jej nosem. Na szczęście nikt na nią nie trafił, nie skojarzył i nie rozpoznał, nawet Fiodor, przydupas Nikity. Wierka widziała go w klubie, zawsze tam był, tkwił jak przyspawany, pewnie nigdy nie wychodził. Wszedł prosto na nią, potrącił niechcący, przeprosił i polazł dalej. Co za jełop. Przecież Niki zaprosił go na ich ślub. Niezły żart, że jej nie poznał.

W każdym razie udało się jej skontaktować z facetem, który kręcił lody z ludźmi Sorokina, a on dał jej namiary na Wiktora Smołowa. Ten był bliżej bossa, można rzec, że był prawą ręką Sorokina, jego smatriaszczim, tak samo jak Misza Korkow był zaufanym przybocznym Wasyla Doneckiego. Mężczyzna najpierw uprzedził Wierkę, że do Dolara nie przyjdzie, nie ma takiej opcji, ale parę dni później wyznaczył datę, godzinę i inne miejsce spotkania.

Umówili się w hotelu Salut, tam było względnie bezpiecznie, zresztą Wiktor wysłał najpierw kilku ludzi, żeby sprawdzili teren przed spotkaniem i mieli na oku budynek. Nie potrzebował problemów, a już na pewno nie z klanem Doneckich. Musiałby być ostatnim głupcem, żeby naruszyć terytorium wroga i to jeszcze bez ważnego powodu, bo spotkanie z jakąś gówniarą nie było niczym ważnym, nawet jeśli smarkata została niedawno żoną Nikity Doneckiego. Zresztą nawet wśród gangsterów panowały niepisane zasady, a jedna z nich stanowiła, że kobiet nie miesza się do interesów.

No, chyba że ta kobieta była wyjątkowo łakomym kąskiem.

Aż się oblizał na widok Wiery. Była śliczna, trochę za bardzo zrobiona, ale to nie stanowiło problemu. Zawsze można ją było porządnie wykąpać i zmyć z twarzy wszystkie te malowidła.

– Czego od nas oczekujesz? – spytał.

– Hmm… – Wierka przygryzła kącik ust.

Gdy weszła do holu hotelowego, była pełna entuzjazmu, energia wręcz ją rozsadzała, gdy pomyślała, jak wkurzy się ten stary głupek, jej ojciec. Teraz straciła rezon. Facet, który siedział po drugiej stronie stolika, nie wyglądał na miłego misia, przeciwnie. Inna rzecz, że odkąd pamiętała, wokół niej kręciło się mnóstwo podobnych mu kolesi: w czarnych kurtkach ze skóry, z gnatem pod pazuchą lub za paskiem spodni i z zakazaną gębą, pokrytą bliznami oraz innymi śladami burzliwej przeszłości.

– Wydusisz coś z siebie czy będziemy tak siedzieć i pić herbatkę? – Uniósł brwi.

– Potrzebuję się ukryć – wykrztusiła w końcu.

– Aha. Przed kim?

– Przed nikim. Po prostu chcę zniknąć. Na jakiś czas – zastrzegła.

– To można dwojako zrozumieć. – Wyszczerzył zęby. – Że chcesz zniknąć. Bo wiesz, niektóre zniknięcia – pokazał palcami znak cudzysłowu – są bardzo długie, rzekłbym bezterminowe.

Wzdrygnęła się, poprawnie interpretując jego słowa.

– Chcę zniknąć na pół roku – doprecyzowała.

– A później?

– Dostać się do Londynu.

– Po co? I czemu od razu tam nie polecisz?

– Nie twój biznes, po co.

– Jesteś w błędzie. Teraz to również mój biznes.

– Chyba niepotrzebnie cię fatygowałam. – Wstała, ale prawie od razu usiadła z powrotem, a raczej walnęła tyłkiem o siedzisko krzesła, bo Wiktor Smołow szarpnął ją za rękę i usadził na miejscu. – Ej, no! – warknęła.

– Żarty sobie robisz? – On też nie miał miłego tonu. – Chcesz się spotkać, umawiam ludzi, a potem co, focha strzelasz? Na rozum ci padło?

– Rozmyśliłam się. – Potarła nerwowo nadgarstek. – Sama sobie poradzę.

– Za późno. Chcesz zniknąć, nie ma sprawy. Nie bój się – dodał, bo rozbawił go wyraz twarzy dziewczyny. Była posikana ze strachu. Niepotrzebnie. Na razie nic jej nie groziło, nic i nikt. – Pod moją opieką będziesz bezpieczniejsza niż w domu u mamusi. Gwarantuję.

– Dasz słowo?

– Dam. – Przyłożył pięść do serca. – Na honor wora. No co? Ulżyło ci?

– Okej – mruknęła bez przekonania. – Co za to chcecie?

– Za co?

– Za skrytkę. Gdzieś muszę mieszkać, no nie? Uprzedzam, chwilowo nie mam zbyt dużo kasy.

– Potem się rozliczymy.

– Co to za meta?

– Moja ciotka ma dom w małej wiosce pod Petersburgiem, tam cię zawiozę. Duży, wygodny. Nikt cię tam nie namierzy.

– Tam musi być kurewsko zimno. – Potarła ramiona. Wszystko, co znajdowało się na północ od Moskwy, według niej leżało na biegunie północnym, a ona nie znosiła zimna.

– Wytrzymasz. – Nachylił się i klepnął ją mocno w ramię, aż jęknęła.

– Czemu mi pomagacie? – Przymrużyła oczy.

– Bo poprosiłaś o pomoc, a pięknym kobietom się nie odmawia.

– Co za banał. – Wiera przewróciła oczami. – Daj spokój. Marny z ciebie podrywacz.

– Daję radę. – Zaśmiał się.

Wprawdzie nie miał żony i dzieci, bo od początku mafijnej kariery hołdował zasadzie, że dobry wor w zakonie nie żeni się, nie płodzi dzieciaków, nie kala się uczciwą pracą i nie przywiązuje do żadnych dóbr materialnych, ale lubi mieć pieniądze, a co za tym idzie – piękne kobiety.

– Kiedy tam pojadę?

– Zaraz. – Sięgnął po filiżankę i przechylił, ale w środku nie została nawet kropelka herbaty.

– Chyba oszalałeś? Nie mam ze sobą żadnych rzeczy. Wszystko zostało w przechowalni.

– Trzymasz swoje rzeczy w przechowalni? Jeszcze powiedz, że na dworcu? – Zrozumiał, że poprawnie odgadł, bo Wiera przewróciła oczami. – Na Leningradzkim? – Wyszczerzył zęby, a kiedy fuknęła pod nosem, że właśnie tam, powiedział: – Kupię ci nowe szmaty, stać mnie.

– Jak chcesz. – Nie odważyła się sprzeciwić.

Smołow miał coś takiego w spojrzeniu, że brakło jej odwagi. Zupełnie jakby siedział przed nią Nikita, jej brat. Znała dobrze tę specyficzną dzikość, czerń w oczach, która zakrywała prawdziwe myśli i zamiary.

Pojechali na lotnisko, stamtąd polecieli prywatnym odrzutowcem Sorokina do Petersburga, później znowu jazda samochodem, na szczęście ten etap podróży był krótki. Wyjechali za rogatki miasta, minęli dwie małe osady, by dotrzeć do trzeciej, jeszcze mniejszej, ale położonej w wyjątkowo urokliwym miejscu. Ciotka Smołowa, Anna, żyła sobie spokojnie w całkiem bogato urządzonej wiosce zaraz przed miasteczkiem Lebiażje. Jej gospodarstwo skrywało się w gęstym lesie, od północy graniczyło z linią brzegową, w trzech pozostałych zabudowania otoczono wysokim murem. Trochę wyglądało to jak miniaturowa wersja ojcowskiego Edenu, tylko morze było inne: u Wasyla Morze Czarne, natomiast tutaj Bałtyckie, a dokładnie Zatoka Fińska.

Jeśli Wiera łudziła się, że w razie zmiany zdania będzie mogła stąd wyjechać, była w błędzie. Nie dość, że posesji strzegło kilku przypakowanych kolesi, to ten pieprzony cham, Wiktor, zaraz po ich przybyciu na miejsce i pokazaniu pokoi, które dla niej przygotowano, założył jej bransoletkę na nogę. Oczywiście, nie odbyło się to bynajmniej w pokojowej atmosferze. Wiera mało nie wydrapała Wiktorowi oczu. Najpierw próbowała mu uciec, potem, kiedy ją dorwał, tuż przy oknie, walczyła niczym lwica, ale miał druzgocącą przewagę fizyczną i nic nie mogła zrobić. Co gorsza, po założeniu bransolety Wiktor kazał Wierce rozebrać się do naga i obejrzał uważnie każdy skrawek jej skóry, nawet tam, w tym miejscu.

– Jesteś wstrętny! – Wiera napluła mu w twarz, gdy zakończył inspekcję.

– Musiałem cię zrewidować. – Wiktor stanął tyłem i polecił, żeby się ubrała.

Prawdopodobnie zauważył blizny, te przy pachwinach, bo w trakcie oględzin na chwilę podniósł wzrok, a w jego oczach dostrzegła jakże znajome pytanie: „czemu to robisz?”, ale nic nie powiedział. Mógł spytać, usłyszałby wtedy, że to jej sposób na przetrwanie, właśnie to – samookaleczanie, „samobójstwo na raty”, jak powiedziała kiedyś terapeutka. Było jej wszystko jedno, już i tak po niej. Tutaj nikt jej nie odnajdzie, miała pewność.

– To obrzydliwe.

– Przeciwnie – odburknął zza pleców. – Masz niezłe ciało. Ruchałbym – zarżał.

– Pieprz się.

– Dojdziemy do tego – odparł. – Wystarczy, że poprosisz.

Miała ochotę go zabić, ale czym? Jak? Byli sami, chociaż tyle, że nie naraził jej na śmieszność przed podwładnymi. Och, jak Wiera żałowała, że zwróciła się do niego o pomoc, lecz mleko już się wylało, była zdana wyłącznie na siebie.

– Czemu tak rozrabiasz? – Wiktor wziął krzesło, postawił oparciem do niej i usiadł na nim okrakiem. – Gdybyś nie fikała… – Pokiwał głową, widząc liczne otarcia na jej twarzy. Młoda Donecka prezentowała się jak po wyjątkowo ostrym seksie, a on nawet nie umoczył kutasa. „Tyle przegrać” – pomyślał.

– Pierdol się, Wiktor. – Usiadła w fotelu, sięgnęła po skarpetkę i naciągnęła na stopę. – Gdzie druga? – Rozejrzała się wokół.

Pokój wyglądał jak po przejściu huraganu: wywrócone krzesła, zerwana zasłona i drewniany karnisz, poprzesuwane meble, bo Wiera popchnęła Wiktora na małą komodę. Serweta ściągnięta z małego okrągłego stolika leżała na podłodze wraz z rozbitym wazonem. Jeszcze przed kwadransem stały w nim świeże kwiaty. Im też się oberwało: różane płatki upstrzyły parkiet białymi plamkami.

– Chodź w jednej.

– Sam sobie chodź w jednej skarpetce.

– Zawsze mogę odstrzelić ci stopę. – Uśmiechnął się od ucha do ucha. – Wystarczy ci jedna. – Wskazał na tę, na której tkwiła bransoleta.

– Debil.

– Powiedz mi, jak twój stary z tobą wytrzymuje? – Przechylił głowę.

– Ojciec?

– Nie. Mąż.

– Mam go w dupie.

– Pokażesz? – Wyszczerzył zęby. Były ładne, równe, białe, bez żadnego ubytku.

– I tak stąd ucieknę. – Hardo zadarła brodę.

– Niby dokąd?

– Gówno cię to obchodzi.

Zapadła cisza. Wiktor westchnął ciężko. Od początku ten pomysł wydał mu się durny, ale stary naciskał. Gdyby to od niego zależało, kijem by nie tknął Wiery Doneckiej. Po co komu problemy?

– Zacznijmy jeszcze raz – zagaił koncyliacyjnym tonem. – Chcę dla ciebie dobrze. – Sam się zaśmiał w duchu z tego stwierdzenia, ale ciągnął dalej: – Będziesz grzeczna, włos ci z głowy nie spadnie, przysięgam. – Przyłożył pięść do serca. – Żaden z ciebie przeciwnik. Wygram z tobą, żaden honor, przegram, wstyd na całe życie. Nie prowokuj mnie. Możesz tyle zrobić?

– Jesteś zwykłym zjebem. Ech… – jęknęła, patrząc na kostkę lewej nogi. Bransoleta już zdołała otrzeć naskórek. – Popierdoliło cię? Ja chyba śnię. – Przenosiła wzrok z bransolety na Wiktora i z powrotem. – Zdejmij to, wtedy pogadamy.

– Nie mogę. Nakaz to nakaz.

– Piesek Sorokina.

– Może i piesek.

– Na krótkiej smyczy.

– Dłuższej niż twoja. – Wskazał brodą na bransoletę.

Miał rację. On mógł stąd wyjść, wrócić do Moskwy, robić, co zechce. Ona nie.

I to na własne życzenie.

* * *

Dni mijały, zlepiały się w tygodnie, a te w miesiące. Na początku Wiera myślała, że obmyśli ucieczkę, ale z dnia na dzień coraz bardziej traciła chęci, żeby wprowadzić w życie jakiś plan. Przypuszczała, że dopadło ją coś na kształt depresji. Budziła się rankiem i jedyne, co czuła, to zmęczenie. Najchętniej w ogóle nie wyłaziłaby spod kołdry. Spała po szesnaście godzin na dobę, czuwała przez pozostałe osiem. Rzadko czuła głód, prawie wcale. Nawet nie miała ochoty, by sięgnąć po żyletkę. To też wymagało energii, a przede wszystkim emocji, czegoś, co wyzwalało w niej potrzebę okaleczania.

Wiktor powiedział, że czasami wpadnie zobaczyć, co u niej. Dotrzymał słowa: przyjeżdżał dwa razy w miesiącu, bywało, że częściej – wpadał na cały weekend, a do Moskwy wracał dopiero w poniedziałek. Pytał, jak Wierka się czuje, czy ciotka Anna jest w porządku. Nie była. „Nienawidzę tej baby” – mówiła Wiera, ale bez emocji. Po prostu jej nie znosiła. Jej wyglądu, stylu bycia, głosu, a nawet zapachu – mieszaniny lakieru do włosów, naftaliny i wódki. Ohyda.

Podejrzewała, że starucha dosypuje jej do napojów coś na uspokojenie, i nawet to sprawdziła. Przez kilka dni konsekwentnie wylewała wszystko do toalety, a pragnienie gasiła wodą z kranu. Przestała być senna, zmysły ponownie się wyostrzyły. Spytała ciotkę Wiktora, czym ją faszeruje. „To zioła” – odparła Anna. „Trujesz mnie jakimś świństwem! Poskarżę Wiktorowi” – zagroziła Wiera, lecz Anna zupełnie się tym nie przejęła. „Chcesz? Mów. Chciałam tylko pomóc”.

Minął tydzień odwyku i picia wody z kranu, a Wiera czuła narastające napięcie. Wprawiało jej ciało w nieznośny dygot, uniemożliwiało sen. Zdała sobie sprawę, że po ziołach, jakiekolwiek były, czuła się lepiej. Znowu opróżniała do dna dzbanek z poranną kawą zbożową, tak samo postępowała wieczorem, kiedy podawano jej kubek kakao. I znowu było jej lżej przetrwać kolejne dni. Funkcjonowała na jałowym biegu, spokojna i pogodzona z losem. Ożywiała się dopiero przed wizytą Wiktora. Anna uprzedzała, kiedy jej siostrzeniec przyjedzie. Wtedy Wiera mogła powiedzieć, że wraca do niej życie.

Chodziło o seks. Wyłącznie na to czekała. Nie żeby miała problem ze znalezieniem kochanka. Po posesji kręciło się sporo facetów, pilnowali zabudowań i ogrodzenia – młodzi, zdrowi, na pewno chętni, żeby ją zaliczyć choćby z nudów. Bardzo możliwe, że Wiktor zakazał im wszelkich prób poderwania Wierki, bo trzymali się na dystans, odpowiadali półsłówkami, tyle, ile było konieczne, by nie wyjść na ostatniego buraka. Ale nawet nie próbowała wystartować do któregoś z nich. Jeszcze nie upadła tak nisko, by prosić o seks zwykłych pachołków, ludzi stanowiących ostatnie ogniwo łańcucha w hierarchii organizacji.

Co do seksu – traktowała to jak element higieny osobistej. Rano i wieczorem myła zęby, brała prysznic, zmieniała ciuchy na świeże. To samo z Wiktorem – seks z nim stał się jedną z czynności wykonywanych rutynowo. Wiktor przyjeżdżał, jedli kolację albo późny obiad, potem szli do jej pokojów, Smołow zostawiał pistolet na małej szafce w korytarzu, a magazynek chował do kieszeni spodni. Wchodzili do środka, Wiera przekręcała w drzwiach klucz, który musiała mu oddać. Niepotrzebnie tak się zabezpieczał, nie mogła stąd uciec, strażnicy zatrzymaliby ją zaraz w głównym holu, a jeśli nie tam, to przy drzwiach albo pod oknem, gdyby zdecydowała się skoczyć z prawie dziesięciu metrów na wybetonowane podwórze wokół budynku.

Smołow zawsze miał ze sobą trzy paczki prezerwatyw, te same, marki Durex. Ponoć były najlepsze. Najpierw ona zdejmowała ciuchy i rzucała je na podłogę. Potem on: rozpinał guziki koszuli, ale tylko te górne, i zdejmował ją przez głowę, ściągał buty wraz ze skarpetkami, a na koniec pozbywał się spodni i bielizny. Sięgał po pudełeczko z kondomami, zakładał prezerwatywę, nie spuszczając Wierki z oka.

– Rozłóż nogi, dotknij się tam – prosił czasami, bo nie szło mu wciąganie gumki.

Kładł się od razu na niej, bez żadnej gry wstępnej, ale to nie przeszkadzało Wierce. Gdy kiedyś się zastanawiała, zaraz na początku – to musiało być ich drugie, może trzecie spotkanie w sypialni – jak to by było, gdyby Wiktor ją całował, pieścił, mówił jakieś sprośne rzeczy albo próbował polizać ją po cipce, aż nią wzdrygnęło. Nie brzydziła się go, zawsze przyjemnie pachniał, nosił czyste i fajne ciuchy, był zadbany. Ale to za mało. Za mało, żeby ofiarować coś ponad to, co mu dawała.

Ich seks miał tylko jedno właściwe określenie – był mechaniczny. Co nie przeszkadzało Wierce za każdym razem osiągnąć satysfakcję. Bez względu na to, czy pieprzyli się pierwszy raz, drugi czy piąty – Smołow był bardzo wydajnym i wydolnym kochankiem, a ona zawsze miała orgazm. Czuła, że nadchodzi, charakterystyczne mrowienie skóry obejmowało najpierw lewą stronę wejścia do pochwy, potem drugą, by po kilku sekundach eksplodować rozkosznym spełnieniem w całej cipce. Wierka zamykała oczy, przestawała się ruszać, zapominała zupełnie o Wiktorze. W tym momencie mógł przestać istnieć. Gdyby po wszystkim wstał i bez słowa wyszedł z sypialni, nie drgnęłaby jej powieka. Zrobił swoje, mógł spadać.

Dopiero po dłuższym czasie przypominała sobie o nim. Otwierała oczy i patrzyła na Wiktora. Co myślał? Czy w ogóle coś myślał? O niej? Kim była dla niego? Wtedy czuła smutek. Tak dojmujący, że sprawiał niemal fizyczny ból. Właśnie w tych chwilach wracało do niej stare pragnienie – żeby się pociąć. Żeby wyjść do łazienki, wyjąć małą cienką blaszkę, którą zawsze miała przy sobie, schowaną teraz pod brodzikiem prysznica, przejechać po skórze i patrzeć na krew. Czekać na znajome emocje – na poczucie ulgi. Cały syf, który zrodził się w jej głowie, wypływał wraz z krwią, definitywnie i ostatecznie opuszczał jej ciało. Oczyszczenie dawało nadzieję, że chociaż przez chwilę będzie lepiej. Lżej na duszy.

Ale zawsze może być gorzej. Przywykła do Wiktora, do ich mechanicznego seksu, przewidywalnego w każdej sekundzie. Już nie myślała o ucieczce, zapomniała, że kiedyś żyła gdzie indziej. Czuła nieco większe ożywienie, bo wyciąg z ziół, którymi faszerowała ją ciotka Anna, przestał działać. Uodporniła się. Bywało, że szła z Anną na spacer, przez las docierały na plażę i siedziały tam, nie rozmawiając ze sobą. Anna próbowała zagadywać, często pytała o Wiktora, drążyła, zazdrosna o siostrzeńca, który poświęcał swój czas tylko Wierce, ale ta nigdy nie zdradziła, co ją łączy ze Smołowem. Pozostawały domysły, graniczące z pewnością, bo przecież ktoś systematycznie sprzątał pokoje Wierki, opróżniał kosz ze zużytymi kondomami, zmieniał pościel, pomiętą i przesyconą zapachem ich potu.

– Wyjeżdżasz stąd – powiedział.

W pierwszej chwili nie zrozumiała. Musiała przemielić słowa, powtórzyć je w głowie, by znaleźć sens.

– Co ty mówisz? Wiktor? – Usiadła po turecku, zakryła piersi prześcieradłem i spojrzała na niego.

Leżał na boku, podparł głowę ręką, a drugą bawił się bezwiednie rogiem poszwy kołdry. Wsuwał go między palce, przeciągał pomiędzy nimi aż do koniuszka, i znowu to samo, od początku.

– Mówiłem. Zabieramy cię stąd. – Odrzucił róg kołdry. Przez chwilę się nie ruszał, ale w końcu usiadł jak ona. Przez jego klatkę piersiową spływała coraz mniej widoczna strużka potu, aż zupełnie zniknęła w gąszczu włosów na umięśnionym brzuchu. – Jutro wyjeżdżamy.

– Ale jak to? – Zatkało ją na dobre.

– Minęło pół roku – przypomniał.

– Dokąd mnie zabierasz? Do Londynu? – spytała, choć była prawie pewna, że zaprzeczy.

W ogóle o tym nie rozmawiali, no, może trochę. Czasami mówiła Wiktorowi, jakie ma plany, że chce tam zostać na dłużej, znaleźć jakieś mieszkanie, normalną pracę. Chciała żyć jak zwykli ludzie, pracować i dostawać pensję, mieć kogoś, faceta, który jest zwykłym człowiekiem, nie nosi klamki za paskiem spodni, pracuje w fabryce albo w księgarni.

– Londyn? – Zaśmiał się cicho. – Chyba w to nie wierzyłaś? – Nie musiał pytać. Aż tak naiwna nie była. Sama zaczęła z nimi grę, której zasad należało przestrzegać do ostatniego przestawienia pionków na planszy. Wiktor wsparł stopy o materac, rękami objął lekko rozchylone kolana i uśmiechnął się blado. – Żałujesz, że to koniec?

– A ty?

– Może trochę. Chyba nie chowasz urazy?

– Za co?

– Za wszystko. Za ciotkę, za nadzór, za prochy. Ciotka coś wspominała.

– Nie – odpowiedziała bez wahania. Naprawdę nie czuła żalu, bo nic złego się nie stało, poza tym było jej łatwiej, nawet w to nie wątpiła. – To gdzie teraz mnie ulokujesz?

– Pojedziesz do Warszawy. Albo polecisz – dodał po namyśle. – Jeszcze się zobaczy. Zadowolona? Nie chciałaś tu być. – Szturchnął łokciem w jej lewą nogę. Na kostce wisiała bransoleta, już dawno Wiera owinęła ją szerokim bandażem, żeby nie uszkadzała naskórka. – Jutro to zdejmiemy, co ty na to?

– Będę tęsknić – burknęła z przekąsem.

– Za mną?

– Za nią. – Wskazała brodą na lewą stopę.

– Jasne, tak sobie mów – zaśmiał się.

– A ty?

– Co ja? – spytał, doskonale wiedząc, co ma na myśli. – Nie będę tęsknić. Jak nie ty, to inna. Wszystkie cipki są takie same – oznajmił filozoficznym tonem. – No, prawie takie same – dodał, bo przewróciła oczami. – Nawet cię polubiłem. Mało kłopotliwa jesteś, nie gadasz bez powodu, nie pytasz o nic. Nogi chętnie rozkładasz, to też plus.

– Nie, nie wyjdę za ciebie. – Wiera wydęła usta. – Zapomnij.

– Już jesteś mężatką – przypomniał jej.

– Wal się, Smołow.

– Jutro. Na pożegnanie. – Zerknął na swoje przyrodzenie. Pieprzyli się dzisiaj trzy razy i powoli zaczynał czuć przesyt. – Jak coś, zawsze możesz na mnie liczyć – powiedział po dłuższym milczeniu.

– Jak co?

– No wiesz. – Jego ramiona lekko drgnęły. – Czasami możesz potrzebować rady.

– A ty co? Wróżką jesteś, że mam się ciebie radzić?

– Ech. – Wyciągnął rękę, chwycił krzepko za kark Wierki i bez najmniejszego wysiłku dogiął jej głowę. – Uparta z ciebie suka, ale i tak cię lubię.

– Czemu akurat Warszawa? – Wyprostowała się i poprawiła włosy.

– Tymczasowy przystanek.

– Przed czym? – Nadal nie wiedziała, jakie plany co do niej ma boss Wiktora.

– Grizzly rzadko się zwierza, ale nie martw się, ktoś o ciebie zadba w Warszawie.

– A potem się zobaczy – prychnęła ironicznie.

– Dokładnie tak.

Wyjechali nazajutrz, jak zapowiedział Wiktor. Odwróciła głowę, kiedy mijali bramę. „Nie zapomnę tego miejsca” – pomyślała. W końcu spędziła tu kawał czasu. Minęło ponad pół roku, ponoć Oleg – jej papierowy ojciec – zmarł pod koniec ubiegłego roku. Trochę żałowała, że nie mogła być na pogrzebie. Ale tylko trochę. „Chciałabym widzieć ich miny” – pomyślała o reakcji matki i reszty rodziny. Zamrugała, bo coś zapiekło ją pod powiekami.

– No co, gotowa na nową przygodę? – spytał Wiktor.

Siedział razem z nią, z tyłu. Miał jej towarzyszyć do granicy z Białorusią.

– Nie wiem – odparła, nie odrywając wzroku od Anny.

Widziała ją przez tylną szybę. Ciotka Wiktora stała na końcu podjazdu i machała im na pożegnanie. Wierka odwróciła głowę dopiero wtedy, gdy wszystko zniknęło za zakrętem.

– Poradzisz sobie – powiedział Wiktor. Chwycił jej dłoń i lekko ścisnął.

Rozdział 2

Od początku wszystko szło nie tak.

Bruno cholernie żałował, że podjął się tego zadania. Na początku ludzie Sorokina nie zdradzili wielu szczegółów, wiedział jedynie, że dziewczyna jest młoda i bardzo cenna. Spytał: „W jakim sensie cenna?". Był przekonany, że to jakaś niepokorna laska, która wpadła w oko Sorokinowi i sprawiała problemy, ale po co ten miałby ją wysyłać do Polski? Bruno nie potrafił tego zrozumieć. Usłyszał w odpowiedzi: „przydatna, z potencjałem” – jak lokata na korzystnych warunkach. Został skrzynką depozytową, w której Grizzly zamierzał zdeponować swój skarb.

Owszem, współpracował z nim, wykonywał różne zlecenia, ale na swoich warunkach. Brał tę robotę, której mógł i chciał się podjąć. Najbardziej opłacalną i najmniej ryzykowną. Czy Sorokina zupełnie pogięło? Nie miał w planach być jakąś pieprzoną niańką. Ostatecznie zgodził się na współpracę, bo naciskali na niego, a suma zaoferowana przez Sorokina brzmiała zachęcająco. Szybko dostał kasę, co było ostatecznym przyklepaniem umowy, i dopiero wtedy coś go tknęło. Podpytał, kim jest dziewczyna. Gdy usłyszał, że to Wiera Donecka, zrozumiał, że ślepy los znowu z niego zakpił. Próbował sobie wmawiać, że tak miało być, że to nie jest zwykły przypadek. Niestety, jego wiara była ułomna, Bruno bardziej wątpił w Boga, niż wierzył. A jeśli nawet istniał Bóg, miał wywalone na ludzi, stworzył i zagospodarował świat, a potem szybko się nim znudził i zapomniał.

Tyle dobrego, że dziewczyna była piękna i dobrze mówiła po polsku. Bruno nie znosił rozmawiać po rosyjsku. Drażniło go brzmienie języka Rosjan, których tolerował tylko z konieczności. Zanim dotarli z dworca do mieszkania, zdążył znienawidzić Wierę Donecką. Wprawdzie na razie nie rozmyślał jeszcze, w jaki sposób definitywnie i szybko pozbyć się problemu, czyli wycofać z umowy, ale czuł, że minie kilka dni, a taki plan powstanie.

Ledwie weszli do mieszkania i zaczął się problem.

– Mam ci pomóc? – spytała Wiera, widząc, że zaklinował się w wąskim korytarzu między drzwiami do sypialni a przejściem dalej: do kuchni i łazienki.

W tym miejscu korytarz zakręcał w prawo, po lewej stronie stała pokaźna komoda, było wąsko, ale dało się przejechać wózkiem i jeszcze był luz. No ale… Wiera postawiła walizkę w przejściu, zastawiła przejazd i teraz proponowała mu pomoc. Dobre sobie.

– Nie trzeba, wystarczy, że to zabierzesz. – Wskazał na jej bagaż.

– Ach, no tak, nie pomyślałam, że będzie ci przeszkadzać.

– Nie przeszkadza.

– A gdzie…

– Tam ją daj, mówiłem, że to twój pokój. – Wyciągnął rękę i pokazał palcem na wejście.

Usytuował Wierkę w tak zwanym „średnim” pokoju. Bo ten pokój faktycznie był średni. Nie dość, że nieustawny, bo dosyć długi i wąski, to graniczył ścianą z apartamentem obok, a tam mieszkało dwoje koszmarnych dzieciaków, które darły się od świtu do nocy, zupełnie jakby im za to płacono. Bruno nie korzystał z niego, sypialnię urządził w pokoju blisko drzwi wejściowych, a w ciągu dnia przesiadywał w największym pomieszczeniu, tym z tarasem. Tam miał telewizor, biblioteczkę, sporą narożną sofę i biurko.

– Dzięki. – Dziewczyna szarpnęła rączkę walizki, pociągnęła ją za sobą, przy okazji zahaczając o róg komody.

Bruno wzniósł wzrok ku niebu i pomyślał, że czekają go ciężkie dni.

– Jeśli czegoś potrzebujesz, daj znać – powiedział.

– Czemu tu tak pusto? – spytała, przekroczywszy próg swojej sypialni. – Nie ma mebli?

„Zaraz oszaleję” – westchnął w myślach Bruno.

– Nie ma.

– Ale jest materac. – Spojrzała na niego.

– Jest. Do spania. I pościel też jest, też do spania. I okno. – Już miał dodać, że do otwierania, ale Wierka zdążyła zauważyć, że się z niej nabija i przymrużyła oczy.

– Nie musisz być taki złostliwy.

– Jaki?

– Złostliwy.

– Aha. – Pokiwał głową.

Jeszcze w samochodzie Wiera Donecka zdążyła mu powiedzieć, że jej matka pochodzi z Polski, dlatego posługuje się tym językiem tak samo biegle jak rosyjskim. Fakt, znała polski doskonale, naturalnie miała specyficzny wschodni akcent, ale zasób słów i reszta były bez zarzutu, chociaż zdarzały się jej drobne pomyłki, jak choćby słówko „złostliwy”.

– Jeśli już, to złośliwy – poprawił ją.

– No właśnie. – Wydęła usta. – Nie musisz mnie poprawiać.

– Nie muszę.

– A co z szafą? – Nadal stała tuż za progiem pokoju i patrzyła to na niego, to na materac leżący w kącie. – Gdzie mam trzymać swoje ubrania?

– Tam. – Pokazał na szafę wnękową zaraz przy wejściu do apartamentu. Żeby znowu nie wejść w kolizję z walizką Wiery, szybko przejechał do korytarzyka wiodącego do kuchni. „Ciasno się zrobiło” – pomyślał, kręcąc głową.

– Chcesz coś do picia? Kawa? Herbata? Woda?

– Zaraz. – Wiera zostawiła walizkę i mruknęła: – Muszę do toalety.

– Tutaj. – Wskazał wejście do łazienki. – To coś szklane po prawej, to kabina, a siku robi się do…

– Okropny z ciebie dupek – przerwała mu.

– Drzwi są przesuwne – domyślił się problemu. – Znajdziesz je we wnęce.

– No tak.

W całym apartamencie miał właśnie takie drzwi, nie zajmowały miejsca, ułatwiały poruszanie się na wózku i były bardziej estetyczne, niż te zamontowane przez dewelopera. Bruno nigdy ich nie zamykał, bo po co? Nawet łazienkowych. Jedyne, które zasuwał, to właśnie te w średnim pokoju, żeby odseparować się od hałasu zza ściany.

– Pokażę ci. – Podjechał bliżej. – To proste. – Chwycił za uchwyt we wgłębieniu kwatery i lekko pociągnął. – Widzisz?

Wierka nie odpowiedziała. Weszła do środka, zamknęła się i spędziła w łazience prawie kwadrans, co ostatecznie i dobitnie uświadomiło mu, że mieszkanie z kimś na sześćdziesięciu metrach kwadratowych i z jedną łazienką jest okropnie uciążliwe.

– Teraz mogę coś wypić – oznajmiła, znalazłszy go w kuchni. – Masz neskę?

– Tak.

– To proszę. Może być w kubku, z mlekiem. Dwie łyżeczki cukru. Wieczorem piję kakao, jeśli nie masz, musisz kupić, bo nie zasnę bez kakao.

– Oczywiście – odparł sztucznie usłużnym tonem.

– A gdzie krzesła? – Stanęła przy małym okrągłym stoliku.

– Nie ma.

– Ej, no! To na czym mam siedzieć?

– Chyba mamy problem. – Zaśmiał się. Wsypał cukier do kubka, zamieszał i podjechał, żeby podać jej gotową kawę. – Tak się składa, że nie potrzebuję krzeseł.

– Ale ja potrzebuję.

– Coś zorganizujemy, zamówię w Jysku, a na razie chodź, wypijesz kawę w salonie.

Wprawdzie w tym pokoju była sofa, ale stolika kawowego Bruno nie posiadał. Wziął z półki albumy i ułożył z nich zgrabny stosik, pełniący tymczasowo rolę stolika.

– Wybacz, moje mieszkanie jest dostosowane do moich potrzeb. Dlatego nie ma krzeseł, drzwi są przesuwne, a blaty w kuchni niżej niż w mieszkaniach pełnosprawnych osób.

– I po co się tłumaczysz? To zrozumiałe, że jest inaczej. Chodzi mi o to, że nie musisz być złośliwy. – Tym razem powiedziała poprawnie.

– Postaram się.

– Nigdy nie byłam w takim mieszkaniu. – Wierka rozglądała się wokół, co chwilę rejestrując kolejne specyficzne detale, na przykład klamki okienne zamocowane na samym dole ram i tak samo nisko umiejscowione włączniki światła. – Nie masz dywanów?

– Nie.

– A czemu? Przez wózek?

– Tak.

– A ja lubię dywany. Lubię siedzieć na podłodze, na dywanie. Najlepiej grubym i z długim włosiem.

– Zamówię w Jysku.

– Co ty masz z tym Jyskiem? Przecież to meble dla biednych.

– Macie te sklepy w Rosji? – Bruno pomyślał, że zaraz weźmie smarkulę za łeb, wywlecze z mieszkania i zostawi na klatce schodowej.

– Nie, ale wkrótce otworzą. To takie samo gówno jak meble z Ikei.

Zapadła długa cisza. Wierka w końcu nie wytrzymała:

– Włącz telewizor.

– Proszę. – Podał jej pilot.

Kolejne pięć minut Wierka przelatywała przez przypadkowe kanały, aż w końcu wyłączyła odbiornik.

– Same nudy.

– Zgadza się.

– A co ty w ogóle robisz?

– Co robię? – Przechylił głowę i spojrzał na nią z ukosa. – Nic. Siedzę i rozmawiam z tobą.

– Chodzi mi o pracę. Robisz coś w ogóle, czy jesteś na rencie inwalidzkiej?

– Nie, nie jestem. Pracuję.

– Jako kto?

– Jestem urzędnikiem państwowym.

– Tak? – Wyraźnie się zdziwiła. – To tak można?

– Czemu nie? Mam niesprawne nogi, ale reszta działa bez zarzutu.

– Nieźle. Urzędnik państwowy, który lata dla gangusów. – Prychnęła pod nosem. – To dlaczego nie jesteś teraz w pracy? Pracujesz zdalnie?

–Teraz wszyscy będą pracować zdalnie. Jest pandemia, wkrótce zamkną wszystkie biura. – Zauważył. – Od poniedziałku zamykają szkoły. Dzieciaki będą się uczyć w domu. Większość lotów została odwołana. Już nigdzie nie polecisz, przynajmniej na razie. – Miał niewesołą minę.

– Wierzysz w ten cały covid? Według mnie to jakaś bzdura. Nie oglądałam ostatnio za dużo telewizji, ale czytałam w gazecie, że to choroba podobna do grypy. Nic poważnego.

– Nie jestem specjalistą. Zobaczymy, czy bzdura.

– No tak.

Wierka wypiła resztki kawy, odstawiła pusty kubek na swój prowizoryczny stolik i spojrzała na Brunona pytającym wzrokiem. Czuł, że za moment znowu zada mu jakieś kretyńskie pytanie, dlatego wolał ją uprzedzić:

– Mam robotę. – Wskazał brodą na laptopa, który stał na blacie biurka. – Mogę cię prosić, żebyś…

– Mam spadać. Kapuję.

Został sam. Zasunął drzwi, podjechał do biurka i uruchomił laptopa. Niefortunnie siedział plecami do drzwi i gdyby dziewczynie wpadło do głowy, żeby wejść bez pukania, wszystko by zobaczyła. Zero prywatności. „Cholera jasna!” – zaklął w duchu. Przesunął biurko, by wózek mógł zmieścić się z drugiej strony. Teraz siedział przodem do wejścia, ale co z tego, skoro w ekranie laptopa odbijało się światło. Wprawdzie mógł zaciągnąć rolety zewnętrzne, lecz w dzień nigdy tego nie robił, tylko wieczorami odgradzał się od świata.

– To kilka dni, wytrzymasz. Za tydzień już jej nie będzie – mruknął, zamykając klapę laptopa. Niestety, przeczuwał, że w świetle ostatnich wydarzeń ten plan mógł rozsypać się jak domek z kart.

* * *

Wstał nowy dzień. Wierka usiadła, przeciągnęła się jak kot i z powrotem opadła na materac. W zasadzie najchętniej nie opuszczałaby łóżka aż do dnia, kiedy wreszcie się stąd wyniesie. Bruno był najnudniejszym człowiekiem, jakiego znała. To niewyobrażalne, ale ten facet potrafił ją znudzić po minucie wspólnego przebywania w kuchni. Czasami Wiera miała ochotę wrzasnąć, że zaraz ją coś rozsadzi od środka, bo gospodarz przypominał bardziej zombie niż normalnego człowieka. To już u ciotki Wiktora miała więcej rozrywki. Nie żeby za nią tęskniła, ale mogła wyjść do ogrodu, pójść na plażę, siedzieć w koszu i drzemać na słońcu.

A mogło być fajnie. Bo Bruno był fajny, w sensie – z wyglądu był naprawdę mega. Czasami dyskretnie go podglądała, na przykład jak szykuje sobie coś do picia i kręci się po kuchni. Gdy była u siebie i siedziała na materacu – nadal jedynym elemencie wyposażenia pokoju – a Bruno robił coś w kuchni, wystarczyło zerknąć w tamtą stronę, by mieć go jak na dłoni.

Unikał jej, zamykał się w swojej sypialni albo mówił, że ma dużo pracy i znikał w pokoju dziennym. Przesiadywał tam długie godziny, a jej nie pozostawało nic poza czytaniem książek. Akurat tego nie brakowało: całe półki zastawione były książkami, oczywiście na próżno szukać romansów czy innych babskich książek, ale kryminały owszem, kilka Wiera znalazła. Nawet zdążyła wyłonić faworyta wśród autorów: facet nazywał się Mróz i pisał naprawdę dobrze, chociaż Bruno stwierdził, że to literatura niskich lotów i nie poleca.

– A mnie się podobało – oznajmiła, oddając mu kolejną przeczytaną książkę tego autora. – Masz drugą część?

– Nie mam, ale kupię ci e-booka. – Popatrzył na tylną okładkę Kasacji.

– Wolę zwykłą książkę. Papierową. Duży format, nie te maleństwa do torebki.

– Okej, zamówię w empiku.

– Zdąży przyjść? Za chwilę stąd spadam.

– Nie wiem, kiedy spadasz, a książkę odbiorę jutro w salonie.

I taka była z nim rozmowa. Na wszystko się zgadzał, był uczynny, grzeczny do wyrzygania i beznadziejnie nudny. Zupełnie jakby chciał ją zanudzić na śmierć swoim towarzystwem. To już ciotka Wiktora była sto razy lepsza, nawet jeśli wredna i sukowata, przynajmniej miała jakiś normalny charakter.

„A może wrócić do Moskwy?” – Wierkę znowu dopadło pytanie, które ostatnio coraz częściej pojawiało się w jej głowie. Czuła, że mogą być problemy, że Michaił Sorokin wystawi jej rodzinie solidny rachunek za półroczną opiekę, a potem czeka ją gigantyczna awantura ze strony wuja Wasyla, bo wpakowała się prosto w łapy człowieka, z którym od dawna konkurował. Mimo to była pewna, że ludzie Sorokina nic jej nie zrobią, bo nie mogą jej tknąć. Kto chciałby ryzykować wojnę?

Żałowała, że nie uciekła wtedy, na dworcu Warszawa Centralna. Miała okazję, nikt jej nie pilnował. Wiktor scedował opiekę nad Wierką na dwóch podwładnych. Ci wsadzili ją do pociągu w Grodnie, powiedzieli, że w Warszawie ktoś na nią czeka. To tyle. Żaden z nich nie ostrzegł, że ma być grzeczna i nie myśleć nawet o ucieczce. Mogła wysiąść gdziekolwiek, zaraz po przekroczeniu granicy z Polską. Ale nie wysiadła. Jechała do końca, aż dotarła tutaj.

„Spakuję się, kupię jakiś pieprzony bilet na pociąg i już. Albo zadzwonię do tego dupka Wiktora, niech mnie stąd zabiera. Koniec tego”. Wylazła z łóżka i podreptała do kuchni, nastawić wodę na kawę. Bruno musiał już dawno wstać, znowu siedział w pokoju dziennym i klepał coś na klawiaturze. Drzwi były wygodne, nie zajmowały miejsca, przesuwały się bezszelestnie, niestety miały też wadę: gorzej niż tradycyjne izolowały od hałasów.

Wierka postała chwilę pod nimi, nasłuchując, ale nic ciekawego się nie działo, dlatego skierowała swoje kroki do łazienki, tam spędziła kwadrans, zapomniawszy na amen o gotującej się wodzie. Gdy sobie przypomniała, czajnik już dawno się wyłączył i znowu musiała chwilę poczekać. W końcu zrobiła kawę, zabrała kubek do swojej sypialni i sięgnęła po kilka kobiecych czasopism, które wczoraj kupił dla niej Bruno. Nie żeby często czytała takie gazety, w istocie nie czytała ich nigdy, wolała zdecydowanie internet i jego dobra, ale co miała robić? Już ponad pół roku nie miała dostępu do sieci, powoli zapominała o swojej pasji. Kiedyś social media pochłaniały połowę jej życiowej energii, a teraz? Kolorowe czasopisma stanowiły zaledwie namiastkę dostępu do Instagrama.

Przewertowała „Elle”, jeszcze szybciej poszło jej z „Avanti”. Rzuciła gazety na podłogę i poprawiła turban z ręcznika, którym owinęła mokre włosy. Wyjęła lusterko z kosmetyczki, ustawiła przed sobą i spojrzała krytycznie.

– Jestem okropnie blada – westchnęła, patrząc na swoje odbicie.

Nie dziwne, już od sześciu miesięcy nie była w solarium, a morska opalenizna zawsze szybko z niej schodziła, ale w kosmetyczce miała resztkę porządnego samoopalacza. Wiktor kiedyś go kupił, wraz z całą długą listą innych niezbędnych rzeczy, które Wiera zażyczyła sobie zaraz na początku pobytu u cioteczki Anny. Wprawdzie nikt jej tutaj nie oglądał, bo kto miałby podziwiać jej opaleniznę? Bruno? Śmiechu warte, ale mogła fajnie wyglądać dla siebie.

– A co mi tam – burknęła, znów sięgając po kosmetyczkę.

Wyjęła tubkę i zaczęła wcierać kosmetyk w twarz i szyję. Potem posmarowała dekolt i przedramiona, sądząc, że to już koniec samoopalacza, ale był bardzo wydajny, dlatego pokryła nim całe ręce, od nadgarstków po ramiona. Siedziała półnaga po turecku i w najlepsze wcierała samoopalacz w skórę na biuście i brzuchu.

– Kupię drugie opakowanie – mruknęła do siebie, zadowolona, że kosmetyku wystarczyło nawet na uda. Nagle usłyszała jakiś dźwięk w holu i spojrzała tam. – E… Bruno? – W pierwszym momencie chciała natychmiast się zakryć, zasłonić obnażone piersi, ale powstrzymała odruch. – I co słychać? – Uśmiechnęła się promiennie.

– Ekhm… – chrząknął lekko w zaciśniętą pięść. – Wszystko okej. Piłaś już kawę?

„Dobre sobie, patrzcie, jaki troskliwy!” – zaśmiała się w duchu. Bruno zaproponował jej kawę tylko w pierwszym dniu, zaraz po przybyciu, a teraz każdy sobie rzepkę skrobał: ona robiła kawę dla siebie, a Bruno dla siebie.

– Tak, dzięki.

– Jasne.

Obrócił się zgrabnie wózkiem i wjechał do kuchni. Po chwili zawarczał ekspres ciśnieniowy, do uszu Wiery dobiegło ciche mlaśnięcie drzwiczek lodówki, potem syk spienianego mleka. „Ale miał minę” – chichrała się w duchu. Nie umknęło jej uwadze spojrzenie Brunona, którym szybko otaksował ją z góry na dół. „Ciekawe, czy miał kiedyś dziewczynę?” – zastanawiała się. W mieszkaniu nie zauważyła ani jednego śladu wskazującego, że bywa tu jakaś kobieta. Nic.

Dokończyła wcieranie samoopalacza i zakręciła tubkę.

– Muszę umyć ręce – mruknęła do siebie.

Bez namysłu wstała z materaca i w samych majtkach oraz lekko przekrzywionym turbanie chciała przemknąć do łazienki, ale w tym samym momencie Bruno wyjechał z kuchni. Tym razem się zakryła, zdążyła zasłonić piersi skrzyżowanymi ramionami.

– No co? – spytała, widząc jego zdegustowaną minę. – Nie widziałeś gołej laski?

– Widziałem.

Przewróciła oczami i weszła do łazienki. Ku jej zdumieniu Bruno wtoczył się za nią.

– Byłbym wdzięczny, gdybyś zostawiała to pomieszczenie w takim stanie, w jakim było przed twoją wizytą. – Pił do śladów jej poprzedniej bytności: wielkiej kałuży wody przed kabiną, piżamy rzuconej na posadzkę i pustej butelki po odżywce, którą zostawiła w umywalce.

– Jeszcze nie skończyłam. Muszę zmyć samoopalacz, inaczej będę miała brązowe plamy na rękach. – Kusiło ją, by pokazać wnętrza dłoni, a przy okazji zaświecić gołymi cyckami przed samym nosem Brunona, ale uznała, że to dziecinada.

– Miłych ablucji – odparł, obrócił się zgrabnie i wyjechał.

– Ablucji? – mruknęła do siebie.

Wzruszyła ramionami, nie znała tego słowa, ale miała to w nosie. Umyła porządnie ręce, wytarła podłogę, a piżama wylądowała w koszu na brudy.

– Posprzątałam! – krzyknęła, opuściwszy łazienkę, ponieważ Bruno już zdążył się skryć w swojej jaskini.

– Dziękuję!

Wskoczyła w wygodny dres, zjadła śniadanie i dopiero wtedy przypomniała sobie, że miała zadzwonić do Wiktora. Zastukała do pokoju dziennego, a kiedy Bruno krzyknął: „proszę”, przesunęła lekko drzwi.

– Można? – spytała.

– Czego sobie życzysz?

– Chciałam skorzystać z telefonu. Z mojego telefonu – podkreśliła.

Chociaż minęło już kilka dni, ciągle pamiętała, jak się wkurzyła, kiedy odkryła, że Bruno zabrał i schował gdzieś jej telefon. Rzekomo takie miał dyspozycje od Sorokina. Dobre sobie. „Dostałam telefon od Wiktora, to moja własność, nie masz prawa mi go odbierać” – oświadczyła, a wtedy on po prostu obrócił się wózkiem i zostawił ją samą.

– Rozumiem. Mogę spytać, do kogo chcesz zadzwonić?

– Do Wiktora.

– A Wiktor to?

– Masz demencję? – Przewróciła oczami. – To znajomy, pracuje dla Grizzly’ego.

– Coś bliżej? – Bruno zamknął laptopa, objechał biurko i zatrzymał się przed Wierą. – Kim jest ten człowiek?

– Mieszkałam u jego krewnej, ciotki Anny, zanim tu przyjechałam. Chcę pogadać o moim powrocie – zreferowała sztucznie monotonnym tonem. – Niech mnie stąd zabierze, ale to już, inaczej zdechnę tu z nudów.

– Usiądź. – Bruno wskazał jej miejsce na sofie. – Dokąd ma cię zabrać?

– Do Moskwy.

– Chcesz wrócić do Moskwy? – spytał, kiedy zajęła miejsce. – Dlaczego?

– Mówiłam, bo mi się znudziło. Znudziła mi się zabawa w ukrywanie. To nie ma sensu. Po co mam tutaj siedzieć? Przeszkadzam ci, nie zaprzeczaj. Skoro jeszcze nigdzie się stąd nie wybrałam, równie dobrze mogę wrócić do Rosji, do domu.

– Do męża czy do rodziców?

– Skąd wiesz, że mam męża? – Wiera przymrużyła oczy.

– Niepotrzebna ci taka wiedza. Myślisz, że ten człowiek się zgodzi?

– Wiktor? A czemu nie?

– To spore koszty. Ktoś musi cię eskortować do granicy, przecież nie pojedziesz PKS-em czy taksówką.

– Ty tak serio? – fuknęła. – Przyjechałam z Grodna pociągiem i jakoś nie umarłam. Nic mi się nie stało, nawet nie zwiałam, a mogłam.

– Załóżmy – mruknął. – Byłaś najpilniej strzeżoną pasażerką tego pociągu. Poza tym nie wiem, czy… – uciął.

– Czy co?

– Powiem wprost: dostałem pewne dyspozycje i w pewnym sensie twoja swoboda została poważnie ograniczona.

– Żartujesz? – Wiera wybałuszyła oczy.

– Ja rzadko żartuję, a jeśli tak się stanie, na pewno zauważysz.

– No nie! – Zerwała się z kanapy i stanęła nad nim, celując w jego nos palcem wskazującym. – Nie jestem twoją niewolnicą ani więźniem. Mogę stąd wyjść w każdej pieprzonej chwili, nawet teraz! Oddaj mi mój telefon, pakuję się i spadam stąd.

– Nie ma takiej możliwości. Usiądź, proszę. – Chwycił ją za nadgarstek.

– Powiedz, że to jakiś żart. – Próbowała wyszarpnąć rękę, ale palce Brunona były jak stalowe kleszcze.

– Usiądź – ponowił prośbę.

Zwolnił uchwyt, mogła więc zabrać rękę. Potarła zmiażdżony nadgarstek i klapnęła z impetem na siedzisko sofy.

– Słucham! – warknęła.

– Grzeczniej, z łaski swojej.