Obcy w obcym kraju - Robert A. Heinlein - ebook

Obcy w obcym kraju ebook

Robert A. Heinlein

4,3

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Arcydzieło Roberta Heinleina (nagroda Hugo 1962), które z pozycji kultowej w wąskim gronie fanów stało się bestsellerem, a z czasem weszło do klasyki science-fiction.

Wychowany przez Marsjan na Marsie Valentine Michael Smith jest człowiekiem, który nigdy nie widział innego przedstawiciela swojego gatunku. Wysłany na Ziemię, staje się na niej obcym, który musi się dopiero nauczyć, co to znaczy być człowiekiem. Kłopot w tym, że jego przekonania i możliwości dalece wykraczają poza ograniczenia typowe dla rodzaju ludzkiego. Kiedy więc naucza o grokowaniu i dzieleniu się wodą, przy okazji staje się zaczynem przemiany, która na zawsze odmieni Ziemian…

BYŁ SOBIE RAZ MARSJANIN NAZWISKIEM VALENTINE MICHAEL SMITH

Absolutnie wszystko na świecie było dla niego obce - poglądy, motywy działania, przyjemności. Z drugiej strony, on sam został wychowany przez mądrą, subtelną i wysoko rozwiniętą, ale całkowicie nam obcą rasę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 745

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




część pierw­sza. jego nie­ja­sne pocho­dze­nie

część pierw­sza

jego nie­ja­sne pocho­dze­nie

roz­dział 1

Był sobie raz Mar­sja­nin nazwi­skiem Valen­tine Michael Smith. Ci, któ­rzy usta­lali skład pierw­szej zało­go­wej wyprawy na Marsa, byli gorą­cymi zwo­len­ni­kami teo­rii, że naj­więk­szym nie­bez­pie­czeń­stwem dla czło­wieka jest on sam. W tam­tych cza­sach – dokład­nie osiem lat po zało­że­niu pierw­szej sta­cji na Lunie – podróż mię­dzy pla­ne­tami mogła się odby­wać wyłącz­nie w sta­nie nie­waż­ko­ści, z powodu braku sta­łego przy­śpie­sze­nia. 258 dni z Terry na Marsa, tyle samo z powro­tem plus 455 dni na Mar­sie – tak długo bowiem trzeba było cze­kać, aż obie pla­nety ponow­nie zbliżą się do sie­bie na dogodną odle­głość.

Warun­kiem podróży „Envoya” była moż­li­wość uzu­peł­nie­nia po dro­dze paliwa, nato­miast powrót zale­żał od tego, czy sta­tek nie roz­bije się pod­czas lądo­wa­nia na Mar­sie, a zało­dze uda się zna­leźć wodę nie­zbędną do chło­dze­nia reak­to­rów, oraz że nie zda­rzy się żadna z tysiąca nie­prze­wi­dzia­nych rze­czy, do któ­rych może w każ­dej chwili dojść.

Byłoby wysoce wska­zane, żeby ośmiorgu ludziom, stło­czo­nym w ogra­ni­czo­nej prze­strzeni przez nie­mal trzy lata, udało się uło­żyć współ­ży­cie ze sobą na nieco lep­szych zasa­dach, niż to się zwy­kle dzieje.

Pro­po­zy­cja wysła­nia cał­ko­wi­cie męskiej załogi została odrzu­cona; pomysł uznano za nie­zdrowy i by­naj­mniej nie dający żad­nych gwa­ran­cji suk­cesu. Wła­dze doszły do wnio­sku, że opty­mal­nym skła­dem będzie cztery razy dwa, oczy­wi­ście pod warun­kiem, że uda się zna­leźć cztery pary spe­cja­li­stów w dzie­dzi­nach nie­zbęd­nych do reali­za­cji tego rodzaju przed­się­wzię­cia.

Uni­wer­sy­tet w Edyn­burgu, do któ­rego w pierw­szej kolej­no­ści zwró­cono się o pomoc, zle­cił to zada­nie Insty­tu­towi Badań Spo­łecz­nych. Po odrzu­ce­niu ochot­ni­ków nie­na­da­ją­cych się ze względu na wiek, stan zdro­wia, poziom inte­li­gen­cji, wykształ­ce­nie lub cechy cha­rak­teru pozo­stało około dzie­wię­ciu tysięcy kan­dy­da­tów pre­zen­tu­ją­cych wszyst­kie poszu­ki­wane spe­cjal­no­ści: astro­ga­tor, lekarz, kucharz, mecha­nik, dowódca statku, seman­tyk, inży­nier che­mik, inży­nier elek­tro­nik, fizyk, geo­log, bioche­mik, bio­log, fizyk ato­mowy, foto­graf, inży­nier hydro­po­nik, inży­nier rakie­towy. Wśród setek kom­bi­na­cji kan­dy­da­tów posia­da­ją­cych wyma­gane umie­jęt­no­ści tra­fiły się nawet trzy mał­żeń­stwa, ale we wszyst­kich trzech przy­pad­kach psy­cho­lo­go­wie, dokład­nie bada­jący moż­li­wo­ści bez­kon­flik­to­wego współ­ży­cia każ­dego ewen­tu­al­nego składu, aż łapali się za głowy z prze­ra­że­nia. Uni­wer­sy­tet pora­dził Insty­tu­towi obni­że­nie wyma­gań, Insty­tut zaś zapro­po­no­wał Uni­wer­sy­tetowi zwrot sym­bo­licz­nej zapłaty, jaką otrzy­mał za pod­ję­cie się tego zada­nia.

Pra­cu­jące na peł­nych obro­tach maszyny wyszu­ki­wały i dopa­so­wy­wały dane, zmie­nia­jące się bez­u­stan­nie z racji nie­prze­wi­dzia­nych zgo­nów, zgło­szeń nowych ochot­ni­ków albo wyco­fa­nia się sta­rych. Kapi­tan Michael Brant, w wieku nie­wiele ponad trzy­dzie­stu lat wete­ran linii księ­ży­co­wej, zna­lazł w Insty­tu­cie kogoś, kto przej­rzał listę samot­nych ochot­ni­czek, które (w parze z kapi­ta­nem, rzecz jasna) mogły być brane pod uwagę przy dobo­rze załogi. Po prze­te­sto­wa­niu ewen­tu­al­nych kom­bi­na­cji na kom­pu­te­ro­wym symu­la­to­rze Brant udał się do Austra­lii, gdzie oświad­czył się dok­tor Wini­fred Coburn, sta­rej pan­nie, od któ­rej był o osiem lat młod­szy. Zami­go­tały świa­tełka, dru­karki wypluły wstęgi taśm; załoga została skom­ple­to­wana. Kapi­tan Michael Brant, dowódca pilot, astro­ga­tor, inży­nier rakie­towy, w wol­nych chwi­lach kucharz i foto­graf. Dr Wini­fred Coburn Brant, lat 41, seman­tyk, pie­lę­gniarka, ofi­cer zaopa­trze­niowy, histo­ryk. Fran­cis X. Seeney, lat 28, pierw­szy ofi­cer, drugi pilot, astro­ga­tor, astro­fi­zyk, foto­graf. Dr Olga Kova­lic Seeney, lat 29, kucharz, bio­che­mik, spe­cja­li­sta od hydro­po­nii. Dr Ward Smith, lat 45, lekarz, bio­log. Dr Mary Jane Lyle Smith, lat 26, inży­nier ato­mowy, tech­nik elek­tro­nik. Ser­giej Rim­sky, lat 35, inży­nier elek­tro­nik, inży­nier che­mik, mecha­nik, spe­cja­li­sta od niskich tem­pe­ra­tur. Ele­anora Alva­rez Rim­sky, lat 32, geo­log, sele­no­log, spe­cja­li­sta od hydro­po­nii. Człon­ko­wie załogi posia­dali wszyst­kie konieczne umie­jęt­no­ści, część z nich zresztą zdo­byli zale­d­wie kilka tygo­dni przed star­tem. Co waż­niej­sze, wszyst­kie bada­nia wyka­zy­wały, że naj­praw­do­po­dob­niej będą mogli ze sobą wytrzy­mać.

„Envoy” wystar­to­wał. Przez pierw­szych kilka tygo­dni nad­cho­dzące z niego mel­dunki mogły być wychwy­ty­wane nawet przez ama­tor­skie radio­sta­cje; potem, kiedy sygnały osła­bły, wzmac­niano je za pomocą apa­ra­tury zain­sta­lo­wa­nej na sate­li­tach tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nych. Wyda­wało się, że załoga jest w świet­nej for­mie psy­chicz­nej i fizycz­nej. Naj­groź­niej­szą cho­robą, z jaką musiał wal­czyć dok­tor Smith, był poje­dyn­czy przy­pa­dek grzy­bicy. Wszy­scy bar­dzo szybko przy­zwy­cza­ili się do stanu nie­waż­ko­ści i po tygo­dniu już nikt nie potrze­bo­wał leków prze­ciwko nud­no­ściom. Jeżeli nawet kapi­tan Brant miał jakieś pro­blemy z utrzy­ma­niem dys­cy­pliny na pokła­dzie, to nic o tym nie wspo­mniał w żad­nym ze swo­ich mel­dun­ków.

„Envoy” wszedł na orbitę par­kin­gową nieco poni­żej orbity Fobosa i spę­dził na niej dwa tygo­dnie, doko­nu­jąc badań foto­gra­ficz­nych. Potem kapi­tan Brant nadał depe­szę nastę­pu­ją­cej tre­ści: „Lądu­jemy jutro o 12.00 czasu stan­dar­do­wego na połu­dnie od Lacus Soli”.

Wię­cej mel­dun­ków nie otrzy­mano.

roz­dział 2

Minęło ćwierć ziem­skiego stu­le­cia, nim ludzie ponow­nie zde­cy­do­wali się odwie­dzić Marsa. Sześć lat po zamilk­nię­ciu „Envoya” prób­nik „Zom­bie”, sfi­nan­so­wany przez La Societe Astro­nau­ti­que Inter­na­tio­nale, prze­był prze­strzeń mię­dzy­pla­ne­tarną, wszedł na orbitę wokół Marsa, po czym, nie docze­kaw­szy się żad­nego sygnału z jego powierzchni, wró­cił na Zie­mię. Na zdję­ciach, które wyko­nał, widać było kra­jo­brazy zupeł­nie nie­atrak­cyjne z ludz­kiego punktu widze­nia. Bada­nia atmos­fery potwier­dziły zaś hipo­tezę, że jest ona nie­zdatna do oddy­cha­nia.

Ale na zdję­ciach z „Zom­bie” widać było rów­nież wyraź­nie, że „kanały” są istot­nie kana­łami, a nie­które z utrwa­lo­nych na kli­szy szcze­gó­łów zostały zin­ter­pre­to­wane jako ruiny miast. Z pew­no­ścią kolejna eks­pe­dy­cja pole­cia­łaby na Marsa, gdyby nie wybuch trze­ciej wojny świa­to­wej.

Wojna oraz spo­wo­do­wane nią opóź­nie­nie spra­wiły jed­nak, że wyprawa, kiedy wresz­cie wyru­szyła, była znacz­nie lepiej przy­go­to­wana niż zagi­niony „Envoy”. Sta­tek Fede­ra­cji „Cham­pion” z męską osiem­na­sto­oso­bową załogą i dwu­dzie­stoma trzema kolo­ni­stami na pokła­dzie dzięki napę­dowi Lyle’a poko­nał drogę z Ziemi na Marsa w dzie­więt­na­ście dni. Na miej­sce lądo­wa­nia wybrano teren na połu­dnie od Lacus Soli, jako że kapi­tan van Tromp zamie­rzał odna­leźć zagi­nio­nego „Envoya”. Mel­dunki z „Cham­piona” napły­wały codzien­nie; trzy z nich były szcze­gól­nie inte­re­su­jące. Pierw­szy brzmiał, jak nastę­puje:

„Odna­le­ziono «Envoya». Nikt nie oca­lał”.

Drugi:

„Mars jest zamiesz­kany”.

I wresz­cie trzeci:

„Poprawka do mel­dunku 23-105; odna­le­ziono jed­nego roz­bitka z «Envoya»”.

roz­dział 3

Kapi­tan Wil­lem van Tromp był bar­dzo dobrym czło­wie­kiem i zbli­ża­jąc się do Ziemi, wysłał nastę­pu­jącą depe­szę:

„Mój pasa­żer nie może być nara­żony na jakie­kol­wiek publiczne kon­takty. Przy­go­to­wać nisko­prze­cią­że­niowy waha­dło­wiec, nosze, ambu­lans i zapew­nić ochronę”.

Pole­cił także pokła­do­wemu leka­rzowi, żeby ten upew­nił się, czy Valen­tine Michael Smith został umiesz­czony w luk­su­so­wej izo­latce w Bethesda Medi­cal Cen­ter, poło­żony na wod­nym mate­racu i odcięty od wszel­kich kon­tak­tów ze świa­tem zewnętrz­nym, a sam udał się na nad­zwy­czajne posie­dze­nie Naj­wyż­szej Rady Fede­ra­cji.

W chwili gdy Smith wła­śnie był prze­no­szony do łóżka, mini­ster nauki mówił z roz­draż­nie­niem:

– Zga­dzam się, kapi­ta­nie, że spra­wo­wana przez pana funk­cja dowódcy wyprawy daje prawo zażą­da­nia opieki medycz­nej dla osoby, która chwi­lowo znaj­duje się pod pań­skimi roz­ka­zami, ale nie rozu­miem, dla­czego usi­łuje pan teraz prze­szka­dzać mi w wyko­ny­wa­niu moich obo­wiąz­ków. Prze­cież ten Smith to istna skarb­nica nauko­wych infor­ma­cji!

– Ja rów­nież tak uwa­żam, panie mini­strze.

– W takim razie dla­czego… – Mini­ster nauki prze­rwał i zwró­cił się do mini­stra pokoju i bez­pie­czeń­stwa: – Davi­dzie, wydasz swoim ludziom odpo­wied­nie instruk­cje?

Prze­cież nie możemy bez końca ser­wo­wać uspo­ka­ja­ją­cych baje­czek pro­fe­so­rowi Tier­gar­te­nowi i dok­to­rowi Oka­ji­mie, nie wspo­mi­na­jąc już o innych.

Mini­ster pokoju spoj­rzał na kapi­tana van Trompa, a ten potrzą­snął głową.

– Ale dla­czego? – doma­gał się wyja­śnień mini­ster nauki. – Prze­cież sam pan powie­dział, że on nie jest chory?

– Pozwól odpo­wie­dzieć kapi­ta­nowi, Pierre – ode­zwał się mini­ster pokoju. – Kapi­ta­nie?

– Smith rze­czy­wi­ście nie jest chory, pro­szę pana – zaczął van Tromp – ale nie czuje się naj­le­piej. Ni­gdy do tej pory nie miał do czy­nie­nia z ziem­skim cią­że­niem. Waży teraz dwa i pół raza wię­cej niż dotych­czas i jego mię­śnie nie bar­dzo mogą sobie z tym pora­dzić. Nie jest przy­zwy­cza­jony do ziem­skiego ciśnie­nia atmos­fe­rycz­nego. Nie jest przy­zwy­cza­jony prak­tycz­nie do niczego i spo­wo­do­wany tym stres jest naprawdę znaczny. Do licha, pano­wie! Ja sam jestem wykoń­czony, a prze­cież uro­dzi­łem się na tej pla­ne­cie.

Mini­ster nauki wydął pogar­dli­wie wargi.

– Drogi kapi­ta­nie, jeżeli oba­wia się pan skut­ków nad­mier­nego cią­że­nia, to pra­gnę pana uspo­koić, że już się tym zaję­li­śmy. Mnie rów­nież zda­rzyło się kilka razy opu­ścić naszą miłą pla­netę. Ten czło­wiek musi po pro­stu…

Kapi­tan van Tromp zde­cy­do­wał, że nad­szedł czas, by wresz­cie dać upust roz­sa­dza­ją­cej go zło­ści. Póź­niej będzie mógł się wytłu­ma­czyć jak naj­bar­dziej auten­tycz­nym zmę­cze­niem. Czuł się tak, jakby wła­śnie wylą­do­wał na Jowi­szu.

– Otóż to! – prze­rwał gwał­tow­nie mini­strowi. – „Ten czło­wiek”! Czło­wiek! Czy wy nie widzi­cie, że on wcale nim nie jest?

– Hę?

– Smith nie jest czło­wie­kiem!

– Czy mógłby pan to jakoś wyja­śnić, kapi­ta­nie?

– Jest inte­li­gentną istotą, któ­rej bez­po­śred­nimi przod­kami byli ludzie, ale teraz stał się bar­dziej Mar­sja­ni­nem niż czło­wie­kiem. Byli­śmy pierw­szymi ludźmi, jakich ujrzał. Myśli jak Mar­sja­nin, czuje jak Mar­sja­nin. Został wycho­wany przez rasę nie­ma­jącą z nami abso­lut­nie nic wspól­nego. Oni nawet nie mają płci! Bio­rąc pod uwagę pocho­dze­nie, jest czło­wie­kiem, ale przez wzgląd na śro­do­wi­sko, w któ­rym wyrósł, należy go uznać za Mar­sja­nina. Jeżeli chce­cie wpę­dzić go w sza­leń­stwo i znisz­czyć tę „skarb­nicę wie­dzy”, to pro­szę bar­dzo, ścią­gaj­cie swo­ich jajo­gło­wych pro­fe­so­rów. Może i dobrze, że nie zdąży przy­zwy­czaić się do tej zwa­rio­wa­nej pla­nety. To w sumie nie mój inte­res – ja swoje zro­bi­łem!

Zapa­dła cisza, którą prze­rwał dopiero sekre­tarz gene­ralny Douglas.

– I zro­bił pan to wyśmie­ni­cie, kapi­ta­nie. Jeżeli ten czło­wiek, czy też Mar­sja­nin, potrze­buje kilku dni odpo­czynku, to nie widzę powodu, dla któ­rego nauka nie mogłaby tro­chę pocze­kać. Spo­koj­nie, Pete. Kapi­tan van Tromp jest po pro­stu zmę­czony.

– Jest coś, co nie może cze­kać – ode­zwał się mini­ster infor­ma­cji publicz­nej.

– Tak, Jock?

– Jeżeli w moż­li­wie naj­krót­szym cza­sie nie poka­żemy Czło­wieka z Marsa w ste­reo­wi­zji, grożą nam zamieszki uliczne, panie sekre­ta­rzu.

– Hmm, chyba prze­sa­dzasz, Jock. I tak zapy­chamy Mar­sem całe wia­do­mo­ści. Na przy­kład jutro będę deko­ro­wał odzna­cze­niami kapi­tana i załogę, potem kapi­tan van Tromp opo­wie o prze­biegu wyprawy… Jak pan odpocz­nie, ma się rozu­mieć.

Mini­ster pokrę­cił głową.

– Co? Nie da rady, Jock?

– Ludzie cze­kali na praw­dzi­wego, żywego Mar­sja­nina. Ponie­waż eks­pe­dy­cja go nie przy­wio­zła, potrze­bu­jemy w zamian Smi­tha. I to szybko.

– Żywego Mar­sja­nina? – Sekre­tarz gene­ralny Douglas ponow­nie zwró­cił się do kapi­tana van Trompa. – Macie jakieś filmy z Mar­sja­nami?

– Całą masę.

– Pro­blem roz­wią­zany, Jock. Jak zabrak­nie ci mate­riału na żywo, dawaj filmy. A teraz, kapi­ta­nie, wra­ca­jąc do sprawy eks­te­ry­to­rial­no­ści: powiada pan, że Mar­sja­nie nie mieli nic prze­ciwko temu?

Van Tromp na moment przy­gryzł wargi.

– Pro­szę pana, roz­ma­wia­jąc z Mar­sja­ni­nem, odnosi się wra­że­nie, jakby roz­ma­wiało się z echem. Nie ma sporu, ale nie ma też rezul­ta­tów.

– Może powi­nien pan zatrud­nić tego… jak mu tam… seman­tyka? Przy­szedł tu z panem?

– Nie­stety nie. Dok­tor Mah­moud nie czuje się zbyt dobrze. Lek­kie… eee… zała­ma­nie ner­wowe.

Kapi­tan van Tromp uznał, że okre­śle­nie to dobrze oddaje stan, w jakim znaj­duje się osob­nik zalany w trupa.

– Kosmos daje się we znaki, co, kapi­ta­nie?

– Tak, zapewne.

Cho­lerne szczury lądowe!

– No cóż, niech go pan tu ścią­gnie, jak tylko poczuje się lepiej. Przy­pusz­czam, że ów mło­dzie­niec z Marsa sporo nam wyja­śni.

– Być może – zgo­dził się van Tromp z powąt­pie­wa­niem w gło­sie.

***

Ów „mło­dzie­niec z Marsa” sta­rał się tym­cza­sem utrzy­mać przy życiu. Jego ciało, w nie­moż­liwy spo­sób zgnie­cione i osła­bione przez dzi­waczny kształt prze­strzeni w tym nie­sa­mo­wi­tym miej­scu, doznało wresz­cie ulgi w mięk­kim wnę­trzu gniazda, do któ­rego je wsa­dzono. Teraz wresz­cie mógł skon­cen­tro­wać się na utrzy­ma­niu rytmu odde­chu i bicia serca.

Nie­mal od razu poczuł, że grozi mu samo­skon­su­mo­wa­nie. Jego płuca pra­co­wały rów­nie ener­gicz­nie jak w domu, serce zaś galo­po­wało w sza­lo­nym tem­pie, tło­cząc w tęt­nice masy krwi – wszystko po to, by spro­stać ciśnie­niu napie­ra­ją­cej zewsząd prze­strzeni, w dodatku wypeł­nio­nej zabój­czo bogatą i nie­bez­piecz­nie gorącą atmos­ferą. Musiał natych­miast przed­się­wziąć odpo­wied­nie środki zarad­cze.

Kiedy czę­sto­tli­wość ude­rzeń serca spa­dła do dwu­dzie­stu na minutę, a oddech stał się nie­mal nie­wy­czu­walny, odcze­kał dłuż­szą chwilę, aby upew­nić się, że nie doj­dzie do mimo­wol­nego odcie­le­śnie­nia, kiedy na przy­kład skon­cen­truje się na jakichś innych spra­wach. Uznaw­szy, że nie grozi mu taka ewen­tu­al­ność, pozo­sta­wił na straży część dru­giego poziomu świa­do­mo­ści, wyco­fu­jąc całą resztę. Musiał dokład­nie się przyj­rzeć kon­fi­gu­ra­cjom ostat­nich wyda­rzeń, aby móc je do sie­bie dopa­so­wać, a następ­nie cie­szyć się nimi i je pie­lę­gno­wać. Gdyby tego nie uczy­nił, mogłyby go pożreć.

Od czego powi­nien zacząć? Czy od chwili, kiedy opu­ścił dom, łącząc się z tymi, któ­rzy teraz byli jego współ­to­wa­rzy­szami w gnieź­dzie? A może od momentu przy­by­cia do tej ści­śnię­tej prze­strzeni? Znowu świa­tła i hałasy zwią­zane z tamtą chwilą wybu­chły mu w mózgu wstrzą­sa­ją­cym bólem. Nie, nie był jesz­cze w sta­nie ogar­nąć tej kon­fi­gu­ra­cji. Z powro­tem, z powro­tem przed czas, kiedy poja­wili się obcy, wśród któ­rych był teraz jako jeden z nich. Nie, to za mało. Jesz­cze dalej, przed powolne docho­dze­nie do sie­bie, które nastą­piło po tym, jak po raz pierw­szy zro­zu­miał, że nie jest taki sam jak jego bra­cia z gniazda. Z powro­tem, z powro­tem do samego gniazda…

Smith nie myślał ziem­skimi sym­bo­lami. Angiel­skiego, który już zdą­żył sobie przy­swoić w pod­sta­wo­wym zakre­sie, uży­wał mniej wię­cej rów­nie swo­bod­nie jak Hin­dus usi­łu­jący doga­dać się z Tur­kiem. Ten nowy język był dla niego czymś takim jak dla nas książka kodowa z nud­nymi i nie­do­sko­na­łymi wyja­śnie­niami. Jego myśli, będące pochod­nymi roz­wi­ja­ją­cej się od pół miliona lat cał­ko­wi­cie obcej kul­tury, się­gały tak daleko poza to, co nazywa się ludz­kim doświad­cze­niem, że były po pro­stu nie­prze­tłu­ma­czalne.

W sąsied­nim pokoju dok­tor Thad­deus grał w karty z Tomem Meechu­mem, oso­bi­stym pie­lę­gnia­rzem Smi­tha. Thad­deus sta­rał się cały czas nie spusz­czać oka ze znaj­du­ją­cych się na kon­so­le­cie wskaź­ni­ków i mier­ni­ków. Kiedy czę­sto­tli­wość pul­so­wa­nia kon­tro­l­nej lampki elek­tro­kar­dio­grafu spa­dła z dzie­więć­dzie­się­ciu dwóch do dwu­dzie­stu impul­sów na minutę, zerwał się z miej­sca i wpadł do pokoju Smi­tha. Meechum dep­tał mu po pię­tach.

Pacjent spra­wia­jący wra­że­nie mar­twego leżał na lekko ugi­na­ją­cej się powierzchni pneu­ma­tycz­nego mate­raca.

– Wezwij dok­tora Nel­sona! – rzu­cił Thad­deus.

– Już się robi. A może spró­bo­wa­li­by­śmy elek­trow­strząsu? – pod­su­nął Meechum.

– Wezwij dok­tora Nel­sona!

Pie­lę­gniarz wybiegł na kory­tarz. Inter­ni­sta uważ­nie przyj­rzał się pacjen­towi, nie doty­ka­jąc go jed­nak nawet pal­cem. Po chwili w izo­latce zja­wił się star­szy lekarz, poru­sza­jący się ze sta­ran­nie wyre­ży­se­ro­waną nie­zręcz­no­ścią czło­wieka od dawna prze­by­wa­ją­cego w kosmo­sie i nie­przy­zwy­cza­jo­nego do ziem­skiej gra­wi­ta­cji.

– Co się stało?

– Jakieś dwie minuty temu rap­tow­nie spa­dła tem­pe­ra­tura ciała, czę­sto­tli­wość ude­rzeń serca i puls.

– Co pan zro­bił?

– Nic. Zgod­nie z pań­skim pole­ce­niem.

– To dobrze.

Nel­son uważ­nie obej­rzał Smi­tha, po czym popa­trzył na wskaź­niki umiesz­czone nad łóż­kiem, dokład­nie takie same jak w pokoju obok.

– Pro­szę dać mi znać, gdyby się coś zmie­niło – powie­dział i odwró­cił się w stronę drzwi.

Thad­deus spra­wiał wra­że­nie lekko zdez­o­rien­to­wa­nego.

– Ależ… – wykrztu­sił.

Nel­son sta­nął.

– Tak, dok­to­rze? Jaka jest pań­ska dia­gnoza?

– Eee… Nie chciał­bym wypo­wia­dać się na temat pań­skiego pacjenta…

– Pyta­łem o pań­ską dia­gnozę.

– Oczy­wi­ście. To szok. – Zawa­hał się. – Może tro­chę nie­ty­powy, ale jed­nak szok, z któ­rego pacjent może już nie wyjść.

Nel­son ski­nął głową.

– Brzmi roz­sąd­nie, ale to nie jest zwy­czajny przy­pa­dek. Już kilka razy widzia­łem go w takim sta­nie. Pro­szę spoj­rzeć.

Nel­son uniósł ramię pacjenta i cof­nął rękę; ramię zostało w powie­trzu.

– Kata­lep­sja? – zapy­tał Thad­deus.

– Może pan to nazy­wać, jak się panu podoba. Pro­szę tylko uwa­żać, żeby cho­rego nie nie­po­koić i dać mi znać, gdyby zaszły jakieś zmiany.

Uło­żył ramię Smi­tha w poprzed­niej pozy­cji i wyszedł z pokoju.

Thad­deus popa­trzył na pacjenta, potrzą­snął głową i wraz z Meechu­mem wró­cił do sąsied­niego pomiesz­cze­nia. Pie­lę­gniarz wziął karty do ręki.

– Dobiera pan?

– Nie.

– Wie pan co, dok­to­rze? Według mnie do rana będzie po wszyst­kim. Wyj­dzie z tego, ale nogami do przodu.

– Nikt cię nie pyta o zda­nie. Idź na papie­rosa do straż­ni­ków. Chcę chwilę pomy­śleć.

Meechum wzru­szył ramio­nami i wyszedł na kory­tarz. Koman­dosi pil­nu­jący drzwi izo­latki wyprę­żyli się, po czym poznaw­szy, kto idzie, znowu sta­nęli na „spo­cznij”.

– Co to było za zamie­sza­nie? – zapy­tał wyż­szy z nich.

– Pacjent uro­dził pię­cio­raczki i kłó­ci­li­śmy się, jak je pona­zy­wać. Daj który fajki i ognia.

Drugi koman­dos wydo­był z kie­szeni paczkę papie­ro­sów.

– Będziesz robił za mamkę?

– Zależy, ile pokarmu będę miał – odparł Meechum i wetknął papie­rosa do ust. – Słowo daję, pano­wie, ja naprawdę nic o nim nie wiem.

– A co z tym roz­ka­zem, żeby pod żad­nym pozo­rem nie wpusz­czać do niego kobiet? To jakiś maniak sek­su­alny czy co?

– Wiem tylko tyle, że przy­wieźli go z „Cham­piona” i że ma mieć abso­lutny spo­kój.

– Aha, z „Cham­piona” – mruk­nął pierw­szy żoł­nierz. – To by się nawet zga­dzało.

– Niby z czym?

– No, wła­śnie z tym. Od mie­sięcy żad­nej nie miał, nie doty­kał, ba, nawet nie widział. I jest chory, no nie? Boją się, że gdyby jakąś dostał, toby mu zaszko­dziło. – Zamru­gał ner­wowo powie­kami. – Mnie na pewno by zaszko­dziło.

***

Smith zda­wał sobie sprawę, że przez krótki czas w pokoju oprócz niego byli także leka­rze, ale zgro­ko­wał, że ich zamiary nie są wro­gie; nie było potrzeby uru­cha­mia­nia całego poten­cjału świa­do­mo­ści.

Rano, gdy zwy­kle pie­lę­gniarki budzą pacjen­tów dotknię­ciem umo­czo­nego w zim­nej wodzie skrawka mate­riału, Smith powró­cił. Przy­śpie­szył bicie serca, wzmógł tempo oddy­cha­nia i pogod­nie rozej­rzał się dookoła. Obej­rzał cały pokój, odno­to­wu­jąc z podzi­wem każdy szcze­gół. Ten pokój był dla niego czymś zupeł­nie nowym; nie tylko nie przy­po­mi­nał niczego, co Smith znał z Marsa, ale był rów­nież cał­ko­wi­cie odmienny od wąskich meta­lo­wych pomiesz­czeń „Cham­piona”. Prze­żyw­szy po raz wtóry wszyst­kie wyda­rze­nia, jakie zwią­zały jego gniazdo z tym miej­scem, Smith był gotów je zaak­cep­to­wać, uznać, a nawet w pew­nym stop­niu poko­chać.

W pew­nej chwili poczuł obec­ność innej żywej istoty. Z sufitu opusz­czał się na nitce czarny dłu­go­nogi pająk. Smith przy­glą­dał mu się z zachwy­tem, zasta­na­wia­jąc się, czy to może jeden z jego braci w gnieź­dzie.

Do izo­latki wszedł dok­tor Archer Frame – inter­ni­sta, który objął dyżur po Thad­deu­sie.

– Dzień dobry – powie­dział. – Jak się czu­jesz?

Smith zajął się dokładną ana­lizą jego wypo­wie­dzi. W pierw­szej czę­ści roz­po­znał stwier­dze­nie mające czy­sto for­malne zna­cze­nie, nie wyma­ga­jące żad­nej reak­cji, nato­miast pyta­nie zna­lazł zare­je­stro­wane w swo­jej pamięci wraz z kil­koma wer­sjami tłu­ma­cze­nia; gdy padało z ust dok­tora Nel­sona, zna­czyło jedno, jeżeli sły­szał je od kapi­tana van Trompa – dru­gie.

Poczuł się skon­ster­no­wany, jak zresztą czę­sto, kiedy pró­bo­wał się poro­zu­mieć z tymi stwo­rze­niami. Zmu­sił jed­nak swe ciało do zacho­wa­nia spo­koju i zary­zy­ko­wał odpo­wiedź:

– Czuję… dobrze.

– To dobrze! – odparło stwo­rze­nie jak echo. – Zaraz przyj­dzie dok­tor Nel­son. Chyba już doj­rza­łeś do śnia­da­nia?

Smith zro­zu­miał wszystko, co do niego powie­dziano, ale mimo to trudno mu było w to uwie­rzyć. Zda­wał sobie sprawę, że jego ciało mogło sta­no­wić dla kogoś po pro­stu jedno danie w jakimś uroz­ma­ico­nym posiłku, ale skąd miał wie­dzieć, czy już doj­rzał, czy jesz­cze nie? Poza tym nie ocze­ki­wał, iż spo­tka go taki zaszczyt. Nie miał poję­cia, że świat, do któ­rego tra­fił, boryka się z tak poważ­nymi pro­ble­mami żyw­no­ścio­wymi, iż ist­nieje koniecz­ność redu­ko­wa­nia liczby żyją­cych osob­ni­ków. Poczuł spo­kojny żal, bo prze­cież cze­kało na niego jesz­cze tyle wyda­rzeń, które mógłby prze­żyć, lecz nie miał naj­mniej­szego zamiaru prze­ciw­sta­wiać się losowi.

Wej­ście dok­tora Nel­sona oszczę­dziło mu kło­potu tłu­ma­cze­nia swo­ich uczuć na język tych stwo­rzeń. Lekarz pokła­dowy zba­dał Smi­tha, zer­k­nął na wskaź­niki, po czym zapy­tał:

– Co z ruchami jelit?

Smith zro­zu­miał pyta­nie, bo padało ono z ust leka­rza już nie po raz pierw­szy.

– Bez zmian – odparł Frame.

– Zaj­miemy się tym, ale naj­pierw musi coś zjeść. Daj­cie tu tę tacę.

Nel­son podał mu trzy pierw­sze kęsy, a potem wci­snął mu łyżkę w rękę i kazał samo­dziel­nie jeść. Była to dość męcząca czyn­ność, ale napeł­niła go uczu­ciem rado­snego try­umfu, gdyż oto po raz pierw­szy od chwili przy­by­cia do tego zadzi­wia­ją­cego miej­sca robił coś zupeł­nie sam. Opróż­nił talerz, po czym zapy­tał, żeby móc odpo­wied­nio uczcić tego, komu zawdzię­czał posi­łek:

– Kto to jest?

– Nie kto, tylko co – popra­wił go Nel­son. – Syn­te­tyczna gala­retka odżyw­cza. Teraz wiesz dokład­nie tyle samo, co przed­tem. Skoń­czy­łeś? W porządku, wyska­kuj z tego łóżka.

– Pro­szę? – Dźwięku tego uży­wało się wtedy, kiedy wystę­po­wały jakieś zakłó­ce­nia w prze­ka­zie infor­ma­cji.

– Powie­dzia­łem, żebyś wstał. No, już. Pochodź tro­chę. Jasne, jesteś jesz­cze słaby jak szcze­niak, ale cią­gle taki będziesz, jeśli nie zaczniesz się ruszać.

Nel­son otwo­rzył zawór w mate­racu, wypusz­cza­jąc z niego wodę. Smith pró­bo­wał opa­no­wać ogar­nia­jący go strach, bo wie­dział, że Nel­son nie chce go skrzyw­dzić. Już po chwili leżał na sfla­cza­łej war­stwie wodosz­czel­nego mate­riału.

– Dok­to­rze Frame, pro­szę wziąć go z dru­giej strony – pole­cił Nel­son.

Z pomocą obu męż­czyzn Smith prze­to­czył się przez kra­wędź łóżka.

– Dobra. A teraz wsta­waj. Nie bój się, w razie czego zdą­żymy cię zła­pać.

Z wysił­kiem sta­nął na nogach – wysmu­kły młody męż­czy­zna o nie­do­ro­zwi­nię­tych mię­śniach i nad­mier­nie roz­bu­do­wa­nej klatce pier­sio­wej. Na „Cham­pio­nie” przy­strzy­żono mu włosy i zgo­lono zarost. Naj­bar­dziej zwra­cała uwagę jego twarz o łagod­nych dzie­cię­cych rysach, obda­rzona oczami, któ­rych spoj­rze­nie zda­wało się nale­żeć do sędzi­wego starca.

Stał przez chwilę, lekko drżąc na całym ciele, po czym ostroż­nie zro­bił pierw­szy krok. Po dwóch dal­szych twarz roz­pro­mie­niła mu się w rado­snym dzie­cin­nym uśmie­chu.

– Dobrze! – pochwa­lił go Nel­son.

Spró­bo­wał zro­bić jesz­cze jeden krok, ale drże­nie mię­śni nasi­liło się i osu­nął się tak szybko, że Frame i Nel­son ledwo zdą­żyli go zła­pać.

– Do licha! – zaklął dok­tor Nel­son. – Znowu ten jego trans. Połóżmy go do łóżka… Albo nie, naj­pierw trzeba napeł­nić mate­rac.

Frame prze­rwał dopływ wody w chwili, kiedy ela­styczna powłoka wypeł­niła się mniej wię­cej w trzech czwar­tych. Prze­nie­śli Smi­tha na łóżko, nie bez trudu, bo sku­lił się w pozy­cji embrio­nal­nej.

– Pro­szę pod­ło­żyć mu poduszkę pod kark i zawo­łać mnie, kiedy pan uzna, że jestem potrzebny – naka­zał Frame’owi Nel­son. – Po połu­dniu znowu spró­bu­jemy go tro­chę roz­ru­szać. Za trzy mie­siące będzie ska­kał po drze­wach jak małpa. W grun­cie rze­czy nic mu nie dolega.

– Tak jest – odpo­wie­dział nie­zu­peł­nie prze­ko­nany Frame.

– Aha, jesz­cze jedno: niech go pan nauczy korzy­stać z łazienki. Tylko pro­szę wziąć pie­lę­gnia­rza; nie chcę, żeby się prze­wró­cił.

– Dobrze. Eee… Jak by mi pan radził, to zna­czy w jaki spo­sób…

– Co? A, o to panu cho­dzi. Niech mu pan po pro­stu pokaże. Jesz­cze nie­wiele rozu­mie z tego, co się do niego mówi, ale jest dia­bel­nie bystry.

Smith zjadł obiad bez niczy­jej pomocy. Posłu­gacz, który przy­szedł po tacę, nachy­lił się nagle nad łóż­kiem.

– Słu­chaj, mam dla cie­bie inte­re­su­jącą pro­po­zy­cję – wyszep­tał.

– Pro­szę?

– Pro­po­zy­cję. Możesz łatwo zaro­bić kupę pie­nię­dzy.

– Pie­nię­dzy? Co to jest?

– Daj sobie spo­kój z filo­zo­fo­wa­niem; każdy potrze­buje pie­nię­dzy. Będę się stresz­czał, bo nie mogę tu długo zostać. Nawet nie wiesz, ile trzeba było kom­bi­no­wać, żeby mnie tu wkrę­cić. Jestem z „Peer­less Featu­res”. Pła­cimy za twoją histo­rię sześć­dzie­siąt tysięcy, a cie­bie o nic głowa nie boli. Mamy naj­lep­szych „cichych” pisa­rzy, jacy w ogóle są. Ty tylko odpo­wia­dasz na pyta­nia, a oni skła­dają wszystko do kupy. – Wycią­gnął z zana­drza jakiś papier. – Tylko to pod­pisz.

Smith wziął for­mu­larz do ręki i zapa­trzył się na niego, trzy­ma­jąc go do góry nogami. Męż­czy­zna zmełł w ustach prze­kleń­stwo.

– Do licha! Nie czy­tasz po angiel­sku?

Smith zro­zu­miał na tyle, żeby odpo­wie­dzieć:

– Nie.

– W takim razie… Dobra! Ja ci to prze­czy­tam, ty odci­śniesz mi pod tym swój kciuk, a ja poświad­czę jego auten­tycz­ność. Słu­chaj: „Ja, niżej pod­pi­sany Valen­tine Michael Smith, znany także jako Czło­wiek z Marsa, prze­ka­zuję «Peer­less Featu­res» cał­ko­wite i wyłączne prawa do mojej opo­wie­ści zaty­tu­ło­wa­nej Byłem więź­niem na Mar­sie, w zamian za…”.

– Salowy!

W drzwiach sta­nął dok­tor Frame. Papier znik­nął rów­nie szybko, jak się poja­wił.

– Już idę, pro­szę pana. Wła­śnie zabie­ra­łem tacę.

– Co tam czy­ta­łeś?

– Nic.

– I tak cię widzia­łem. Tego pacjenta pod żad­nym pozo­rem nie wolno nie­po­koić.

Wyszli razem z pokoju, zamy­ka­jąc za sobą drzwi. Smith przez ponad godzinę nie wyko­nał naj­mniej­szego ruchu, ale choć sta­rał się ze wszyst­kich sił, nie mógł za nic zgro­ko­wać, o co w tym wszyst­kim cho­dziło.

roz­dział 4

Gil­lian Board­man była zna­ko­mitą pie­lę­gniarką, a jej hobby sta­no­wili męż­czyźni. Tego dnia spra­wo­wała funk­cję prze­ło­żo­nej pię­tra, na któ­rym leżał Smith. Kiedy dotarły do niej plotki, że chory z izo­latki K-12 ni­gdy w życiu nie widział kobiety, nie uwie­rzyła im, nie­mniej jed­nak posta­no­wiła rzu­cić okiem na tajem­ni­czego pacjenta.

Wie­działa o zaka­zie odwie­dza­nia go przez kobiety i cho­ciaż nie uwa­żała sie­bie za osobę odwie­dza­jącą, to jed­nak zre­zy­gno­wała z zamiaru dosta­nia się do sepa­ratki przez sta­ran­nie strze­żone drzwi. Koman­dosi mieli nie­przy­jemny zwy­czaj ści­słego wyko­ny­wa­nia roz­ka­zów. Zamiast tego weszła do sąsied­niej dyżurki.

Dok­tor Thad­deus uniósł głowę znad wskaź­ni­ków.

– O, Buzia­czek we wła­snej oso­bie! Cześć, kocha­nie. Co cię tutaj spro­wa­dza?

– Wła­śnie robię obchód. Jak tam twój pacjent?

– Niech cię o to główka nie boli, kru­szyno. Nic do niego nie masz, sprawdź w roz­pi­sce.

– Już spraw­dzi­łam. Chcia­ła­bym go zoba­czyć.

– Odpo­wiem krótko: nie.

– Och, Tad, nie bądź takim służ­bi­stą.

Thad­deus nagle zain­te­re­so­wał się swo­imi paznok­ciami.

– Gdy­bym wpu­ścił cię do jego pokoju, zesła­liby mnie na Antark­tydę. Dok­tor Nel­son urzą­dzi awan­turę, nawet jeśli nakryje cię w dyżurce.

– Może tu przyjść?

– Tylko wtedy, jak go wezwę. Odsy­pia swoje prze­cią­że­niowe zmę­cze­nie.

– Więc czemu jesteś taki prze­pi­sowy?

– Już wystar­czy, sio­stro.

– W porządku, dok­to­rze. Śmier­dziel! – par­sk­nęła z furią.

– Jill!

– I do tego kabo­tyn!

Wes­tchnął ciężko.

– Czy sobota wie­czo­rem jesz­cze jest aktu­alna?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Chyba tak. W dzi­siej­szych cza­sach dziew­czyna nie może być zbyt wybredna.

Wró­ciła do swego gabi­netu i wzięła uni­wer­salny klucz. Kiedy już raz coś sobie posta­no­wiła, nie­ła­two było ją od tego odwieść. Pokój K-12 łączył się bez­po­śred­nio z małym pomiesz­cze­niem słu­żą­cym jako pocze­kal­nia dla odwie­dza­ją­cych, kiedy izo­latkę zaj­mo­wała jakaś ważna oso­bi­stość. Teraz było ono puste. Weszła tam, nie wzbu­dza­jąc naj­mniej­szego zain­te­re­so­wa­nia straż­ni­ków, nie­świa­do­mych, że wystrych­nięto ich na dudka.

Przy drzwiach pro­wa­dzą­cych do pokoju tajem­ni­czego pacjenta na mgnie­nie oka się zawa­hała, odczu­wa­jąc pod­nie­ce­nie podobne do tego, gdy wykra­dała się nocą ze szkol­nego inter­natu. Po chwili naci­snęła klamkę i weszła do środka.

Chory leżał w łóżku. Spoj­rzał w jej stronę, kiedy zamy­kała za sobą drzwi. W pierw­szym momen­cie odnio­sła wra­że­nie, że już nie­wiele jest w sta­nie mu pomóc. Jego pozba­wiona wyrazu twarz zda­wała się świad­czyć o apa­tii, cha­rak­te­ry­stycz­nej dla nie­ule­czal­nie cho­rych. Dopiero póź­niej dostrze­gła pło­nące cie­ka­wo­ścią oczy. Czyżby miał pora­żone mię­śnie twa­rzy?

– Jak się dzi­siaj mie­wamy? Lepiej? – zapy­tała z pro­fe­sjo­nalną swo­bodą.

Smith prze­ana­li­zo­wał oba pyta­nia. Pierw­sze z nich odno­siło się co naj­mniej do dwóch osób, co było dla niego cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­miałe. Może w ten spo­sób wyra­żano chęć wza­jem­nego podzi­wia­nia i zbli­że­nia? Dru­gie pyta­nie już wiele razy sły­szał od Nel­sona.

– Tak – odpo­wie­dział.

– To dobrze.

Oprócz dziw­nej nie­ru­cho­mo­ści twa­rzy nie dostrze­gła w nim niczego nie­zwy­kłego; jeżeli istot­nie ni­gdy do tej pory nie widział kobiety, to potra­fił to dosko­nale ukryć.

– Mogę w czymś pomóc? – Zauwa­żyła, że na sto­liku nie ma szklanki. – Może przy­nieść ci wody?

Smith od razu się zorien­to­wał, że ta istota jest inna od pozo­sta­łych. Porów­nał to, co widział, z tym, co poka­zy­wał mu na foto­gra­fiach dok­tor Nel­son, usi­łu­jąc pod­czas podróży wyja­śnić mu zadzi­wia­jący układ, w jakim ci ludzie żyli. Więc to wła­śnie jest „kobieta”…

Był poru­szony, a jed­no­cze­śnie jakby tro­chę zawie­dziony. Opa­no­wał jed­nak emo­cje, żeby móc bez prze­szkód gro­ko­wać to, co się wokół niego działo. Udało mu się to tak dobrze, że dok­tor Thad­deus nie dostrzegł żad­nej zmiany na wskaź­ni­kach.

Kiedy jed­nak prze­tłu­ma­czył sobie ostat­nie pyta­nie, doświad­czył takiego przy­pływu emo­cji, że nie­wiele bra­ko­wało, a pozwo­liłby swemu sercu znacz­nie przy­śpie­szyć rytm ude­rzeń. Poha­mo­wał się, zbesz­tał w duchu za brak dys­cy­pliny, po czym skon­tro­lo­wał dokład­ność tłu­ma­cze­nia.

Wszystko się zga­dzało. Ta kobieca istota ofia­ro­wy­wała mu wodę. Chciała się zbli­żyć.

Odpo­wie­dział z wiel­kim wysił­kiem, sta­ra­jąc się dobrać odpo­wied­nie zna­cze­nia i ze wszyst­kich sił pró­bu­jąc zacho­wać należną powagę:

– Dzię­kuję ci za wodę. Obyś zawsze pił do woli.

Na twa­rzy sio­stry Board­man odbiło się lek­kie zdzi­wie­nie.

– Och, jak miło!

Zna­la­zła szklankę, napeł­niła ją wodą i mu podała.

– Ty pij – powie­dział.

„Boi się, żebym go nie otruła?” – zapy­tała sie­bie w duchu, ale zro­biła, o co pro­sił, gdyż uczy­nił to bar­dzo poważ­nym tonem. Napił się zaraz po niej, po czym opadł na łóżko, jakby doko­nał cze­goś nie­zwy­kle waż­nego.

Jill pomy­ślała, że z przy­gody, na którą po cichu liczyła, chyba będą nici.

– Jeżeli nic wię­cej nie potrze­bu­jesz, to ja już pójdę. Mam masę rze­czy do roboty.

Ruszyła do drzwi, ale zatrzy­mał ją jego głos.

– Nie!

Przy­sta­nęła.

– Tak?

– Nie odchodź!

– Ale… Dobrze, ale zaraz i tak będę musiała. – Ponow­nie zbli­żyła się do łóżka. – Jesz­cze cze­goś potrze­bu­jesz?

Zmie­rzył ją uważ­nym wzro­kiem.

– Czy ty jesteś… kobieta?

Jill Board­man nie spo­dzie­wała się tego pyta­nia. W pierw­szym odru­chu chciała je zbyć jakimś żar­tem, lecz nie pozwo­liła jej na to poważna twarz i utkwione w niej oczy Smi­tha. Zaczęło do niej docie­rać, że to, co wyda­wało się jej nie­moż­liwe, jed­nak jest fak­tem: ten czło­wiek naprawdę ni­gdy w życiu nie widział kobiety.

– Tak, jestem kobietą – powie­działa wolno i wyraź­nie.

Smith na­dal wpa­try­wał się w nią nie­ru­cho­mym wzro­kiem. Jill poczuła się tro­chę nie­swojo. Prze­by­wa­nie pod ostrza­łem męskich spoj­rzeń uwa­żała za coś zupeł­nie natu­ral­nego, ale teraz czuła się tak, jakby ktoś badał ją pod mikro­sko­pem. Zadrżała.

– I jak? Chyba wyglą­dam na kobietę?

– Nie wiem – odparł powoli Smith. – Jak wygląda kobieta? Dla­czego jesteś kobietą?

– Do licha! – Od chwili, kiedy skoń­czyła dwa­na­ście lat, żadna roz­mowa z męż­czy­zną tak bar­dzo nie wymy­kała jej się z rąk jak ta. – Chyba nie chcesz, żebym zdjęła ubra­nie i ci poka­zała?

Smith potrze­bo­wał tro­chę czasu, żeby prze­ana­li­zo­wać wszyst­kie sym­bole i dobrać zna­cze­nia. Pierw­szej wypo­wie­dzi w ogóle nie mógł zgro­ko­wać; może to jeden z tych nic nie­zna­czą­cych for­mal­nych dźwię­ków… cho­ciaż powie­działa to z taką siłą, że mogła to być nawet ostat­nia wypo­wiedź, poprze­dza­jąca cza­sowe lub osta­teczne wyco­fa­nie się świa­do­mo­ści. Być może tak bar­dzo naru­szył przy­jęty spo­sób poro­zu­mie­wa­nia się z kobiecą istotą, że była gotowa natych­miast się odcie­le­śnić.

Nie chciał, żeby ta kobieta umie­rała, cho­ciaż być może było to jej prawo lub nawet obo­wią­zek. Rap­towne przej­ście od rytu­ału dzie­le­nia się wodą do sytu­acji, w któ­rej nowo pozy­skany wodny brat miał zamiar wyco­fać się lub nawet odcie­le­śnić, mogłoby wywo­łać u niego panikę, gdyby świa­do­mie nie blo­ko­wał dostępu tego rodzaju emo­cjom. Posta­no­wił jed­nak, że jeśli ona umrze, on uczyni natych­miast to samo; po tym, jak podzie­lili się wodą, nie mógł nic innego wygro­ko­wać.

Druga część wypo­wie­dzi zawie­rała sym­bole, z któ­rymi zdą­żył się już zetknąć. Gro­ko­wał jej zna­cze­nie i wyda­wało mu się, że jed­nak ist­nieje spo­sób na zaże­gna­nie kry­zysu. Może jeśli ta kobieta zdej­mie ubra­nie, to żadne z nich nie będzie musiało się odcie­le­śniać?

– Pro­szę – powie­dział z rado­snym uśmie­chem.

Jill otwo­rzyła bez­wied­nie usta, zamknęła je, po czym znowu otwo­rzyła.

– A niech to! – wykrztu­siła wresz­cie.

Smith bez trudu zgro­ko­wał jej stan emo­cjo­nalny i domy­ślił się, że wybrał złą odpo­wiedź. W związku z tym zaczął bez­zwłocz­nie przy­go­to­wy­wać się do odcie­le­śnie­nia, roz­ko­szu­jąc się po raz ostatni wspo­mnie­niami tego, co robił i widział, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem tej kobie­cej istoty. Jed­nak po chwili dotarło do niego, że kobieta pochyla się nad nim, i zdał sobie sprawę, że ona wcale nie zamie­rza umrzeć.

Jill spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

– Popraw mnie, jeśli się mylę – powie­działa – ale o ile dobrze zro­zu­mia­łam, to chcesz, żebym się roze­brała.

Zda­nie o tak skom­pli­ko­wa­nej kon­struk­cji wyma­gało sta­ran­nego tłu­ma­cze­nia, ale Smith dał sobie radę.

– Tak – odparł, mając nadzieję, że nie wywoła tym kolej­nego kry­zysu.

– Wła­śnie tak mi się wyda­wało. Bra­cie, ty wcale nie jesteś chory.

Naj­pierw zajął się sło­wem „brat” – naj­wy­raź­niej kobieta przy­po­mi­nała mu, że byli połą­czeni przy­mie­rzem wody. Wezwał w duchu na pomoc swych innych braci w gnieź­dzie, żeby móc spro­stać temu, czego ów nowy brat może od niego chcieć.

– Nie jestem chory – zgo­dził się.

– Ale niech mnie kule biją, jeśli wiem, co ci jest. Nie roz­biorę się. Zresztą muszę już iść. – Ruszyła w stronę bocz­nych drzwi, ale jesz­cze się zatrzy­mała i spoj­rzała na niego z zagad­ko­wym uśmie­chem. – Kie­dyś, przy jakiejś oka­zji, możesz mnie o to jesz­cze raz ład­nie popro­sić. Sama jestem cie­kawa, co by z tego wyni­kło.

Wyszła z pokoju, a Smith odprę­żył się i chwi­lowo prze­stał zwra­cać uwagę na ota­cza­jącą go rze­czy­wi­stość. Odczu­wał wiel­kie zado­wo­le­nie z tego, że potra­fił zna­leźć takie wyj­ście z sytu­acji, które nie wyma­gało śmierci ich obojga, lecz jed­no­cze­śnie zda­wał sobie sprawę, iż ma jesz­cze wiele do zgro­ko­wa­nia. Ostat­nie słowa kobiety zawie­rały kilka sym­boli zupeł­nie dla niego nowych oraz kilka już zna­nych, ale zmie­nio­nych na tyle, że nie był cał­ko­wi­cie pewien, czy dobrze je zro­zu­miał. Cie­szył się jed­nak, że mógł się poro­zu­mieć ze swoim wod­nym bra­tem, choć to poro­zu­mie­nie było zabar­wione czymś nie­po­ko­ją­cym, a zara­zem nad wyraz przy­jem­nym. Myśląc o swoim nowym bra­cie, odczu­wał w całym ciele nie­zwy­kłe mro­wie­nie. Uczu­cie to przy­po­mi­nało dozna­nia, towa­rzy­szące mu, kiedy po raz pierw­szy uczest­ni­czył w cere­mo­nii odcie­le­śnie­nia. Poczuł się bar­dzo szczę­śliwy, nie wie­dząc dla­czego.

Żało­wał, że nie ma przy nim jego brata dok­tora Mah­mo­uda. Jesz­cze wiele musiał zgro­ko­wać, a nie bar­dzo miał z czego.

***

Przez resztę dyżuru Jill czuła się tak, jakby nagle zna­la­zła się w gęstej mgle. Przed oczami cią­gle miała twarz Czło­wieka z Marsa, w uszach zaś brzmiały jej te zwa­rio­wane rze­czy, które mówił. Nie, wcale nie zwa­rio­wane – pra­co­wała przez jakiś czas na oddziale psy­chia­trycz­nym i mogła z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że jego słowa nie nosiły zna­mion sza­leń­stwa. Bar­dziej ade­kwatne było chyba słowo „nie­win­ność”… Cho­ciaż nie, to też nie było to. Wyraz jego twa­rzy był rze­czywiście nie­winny, ale oczu już nie. Jaka istota mogła mieć taką twarz?

Swego czasu Jill pra­co­wała w szpi­talu pro­wa­dzo­nym przez sio­stry zakonne i teraz wyobra­ziła sobie twarz Smi­tha w zakon­nym czepku. Nie, to nie miało naj­mniej­szego sensu; w jego twa­rzy nie było nic kobie­cego.

Prze­bie­rała się wła­śnie w zwy­czajne ubra­nie, kiedy jej kole­żanka wetknęła głowę do pokoju.

– Tele­fon do cie­bie, Jill.

Włą­czyła tylko fonię, nie prze­ry­wa­jąc ubie­ra­nia.

– Czy to Sło­wi­czek? – zapy­tał dono­śny bary­ton.

– Zga­dza się. To ty, Ben?

– Nie­ugięty bojow­nik o wol­ność prasy we wła­snej oso­bie. Maleńka, czy jesteś zajęta?

– Zależy, co masz na myśli.

– Mam na myśli posta­wie­nie ci bef­sztyka, upo­je­nie cię pły­nem o wyso­kiej zawar­to­ści alko­holu i zada­nie ci jed­nego pyta­nia.

– Odpo­wiedź brzmi: nie.

– Och, nie o tym pyta­niu myśla­łem.

– Czyż­byś znał inne? Pochwal się.

– Póź­niej. Chcę, żebyś naj­pierw tro­chę zmię­kła.

– Praw­dziwy bef­sztyk czy syn­te­tyczny?

– Naj­praw­dziw­szy. Jak wbi­jesz w niego wide­lec, to zary­czy.

– Chyba masz otwarty kre­dyt, Ben.

– Twoja uwaga jest nie­ele­gancka i doty­czy mało istot­nej kwe­stii. Więc jak?

– Namó­wi­łeś mnie.

– Dach Cen­trum, za dzie­sięć minut.

Zdjęła ubra­nie, które już zało­żyła, i wycią­gnęła z szafy strój przy­go­to­wany na tego typu awa­ryjne sytu­acje. Był bar­dzo skromny i pół­prze­zro­czy­sty, do tego stop­nia, że z dro­bia­zgową dokład­no­ścią odtwa­rzał to, co byłoby widać, gdyby nic na sobie nie miała. Popa­trzyła z zado­wo­le­niem na odbi­cie w lustrze i wsia­dła do pośpiesz­nej windy.

Wysia­dła na dachu i rozej­rzała się w poszu­ki­wa­niu Bena Caxtona, kiedy ktoś deli­kat­nie dotknął jej ramie­nia. Był to jeden z porząd­ko­wych.

– Czeka na panią tak­sówka, panno Board­man. Ten tal­bot kombi.

– Dzię­kuję, Jack.

Wsia­dła do cze­ka­ją­cej z otwar­tymi drzwiami maszyny i wzięła głę­boki oddech, żeby zło­śli­wie pochwa­lić pomy­sło­wość Bena, kiedy zoba­czyła, że jest zupeł­nie sama w kabi­nie. Tak­sówka wystar­to­wała, zato­czyła sze­roki łuk i zgod­nie z zapro­gra­mo­wa­nym kie­run­kiem lotu skie­ro­wała się na drugą stronę Poto­maku, gdzie wylą­do­wała na chwilę na jed­nym z par­kin­gów; kiedy Ben wsiadł, ponow­nie wystar­to­wała.

– Aleś zważ­niał! – zawo­łała Jill. – Od kiedy zatrud­niasz roboty, które przy­wożą ci upa­trzone kobiety?

Ben pokle­pał ją po kola­nie.

– Mam swoje powody, maleńka – powie­dział łagod­nie. – Nikt nie może mnie z tobą zoba­czyć.

– Coś takiego!

– Ani cie­bie ze mną, jeżeli już o to cho­dzi. Nie złość się, to było konieczne.

– Hmm… Które z nas jest trę­do­wate?

– Oby­dwoje, Jill. Jestem dzien­ni­ka­rzem…

– Już zaczę­łam podej­rze­wać, że kimś zupeł­nie innym.

– …ty zaś pie­lę­gniarką ze szpi­tala, w któ­rym trzy­mają Czło­wieka z Marsa.

– Czy wła­śnie dla­tego nie jestem godna, abyś przed­sta­wił mnie swo­jej matce?

– Naprawdę nic nie rozu­miesz, Jill? W oko­licy jest teraz około tysiąca repor­te­rów, agen­tów, radiow­ców, fil­mow­ców. Każdy z nich sta­rał się prze­pro­wa­dzić wywiad z Czło­wie­kiem z Marsa, ale żad­nemu się to nie udało. Uwa­żasz, że byłoby dobrze, gdyby widziano nas wycho­dzą­cych razem ze szpi­tala?

– Nie rozu­miem, jakie by to mogło mieć zna­cze­nie. Prze­cież ja nie jestem Czło­wie­kiem z Marsa.

Przyj­rzał się jej badaw­czo.

– Rze­czy­wi­ście, nie jesteś. Ale pomo­żesz mi się z nim spo­tkać. Wła­śnie dla­tego nie zja­wi­łem się po cie­bie oso­bi­ście.

– Że co, pro­szę? Ben, chyba za długo prze­by­wa­łeś na słońcu bez nakry­cia głowy. Prze­cież jego pil­nują koman­dosi!

– Wiem o tym. Trzeba to dokład­nie omó­wić.

– Nie mam poję­cia, co tu jest do oma­wia­nia!

– Póź­niej. Naj­pierw coś zjemy.

– To brzmi znacz­nie roz­sąd­niej. Czy twój kre­dyt wystar­czy na New May­flo­wer? Bo chyba rze­czy­wi­ście masz nie­ogra­ni­czony kre­dyt, prawda?

Caxton zmarsz­czył brwi.

– Jill, nie zary­zy­ko­wał­bym poka­za­nia się w restau­ra­cji leżą­cej bli­żej niż w Louisville, a ten grat nie doleci tam wcze­śniej niż za dwie godziny. Co byś powie­działa na obiad u mnie?

– …zapy­tał pająk muchę. Ben, jestem zbyt zmę­czona na zapasy.

– O czym ty mówisz? Słowo ryce­rza, nawet cię nie tknę, żebym tak miał paść tru­pem!

– No, nie wiem… Jeżeli będę przy tobie bez­pieczna, to zna­czy, że coś jest bar­dzo nie w porządku. A, niech tam. Jak słowo, to słowo.

Caxton naci­snął odpo­wied­nie guziki. Tak­sówka, zatrzy­mana uprzed­nio w powie­trzu komendą „cze­kaj”, skie­ro­wała się do hotelu, w któ­rym miesz­kał Ben.

– Ile czasu potrze­bu­jesz na wchło­nię­cie odpo­wied­niej ilo­ści pro­cen­tów, kocia łapko? – zapy­tał, wystu­ku­jąc numer tele­fonu. – Nie wiem, na kiedy mam zamó­wić bef­sztyki.

Jill zasta­no­wiła się przez chwilę.

– Czy mam rozu­mieć, że twoja pułapka na myszy ma pry­watną kuch­nię?

– Coś w tym rodzaju. Wydaje mi się, że chyba da się tam zro­bić porządny bef­sztyk.

– Ja go zamó­wię. Daj mi słu­chawkę.

Wydała pole­ce­nia, prze­ry­wa­jąc tylko raz, żeby upew­nić się, czy Ben lubi cyko­rię. Wysie­dli z tak­sówki na dachu hotelu i zeszli do zaj­mo­wa­nego przez męż­czy­znę apar­ta­mentu; był utrzy­many w sta­ro­mod­nym stylu, a jedyną oznakę luk­susu sta­no­wił rosnący na pod­ło­dze salonu traw­nik. Jill zdjęła buty i weszła boso do pokoju, czu­jąc, jak mięk­kie zie­lone blaszki ugi­nają się pod jej sto­pami.

– O rety, ale faj­nie – wes­tchnęła. – Od chwili, kiedy zaczę­łam pra­co­wać jako pie­lę­gniarka, cią­gle bolą mnie stopy.

– Sia­daj, pro­szę.

– Nie ma mowy. Pra­gnę, żeby moje stopy zapa­mię­tały to cho­ciaż do jutra.

– Rób, co chcesz.

Ben poszedł do kuchni przy­rzą­dzić drinki.

Wkrótce Jill także się tam zna­la­zła, czu­jąc się nie­mal jak u sie­bie w domu. Bef­sztyki, jak rów­nież wstęp­nie pod­pie­czone ziem­niaki wje­chały na górę spe­cjalną windą. Jill przy­pra­wiła sałatkę, wsta­wiła ją do lodówki, po czym usta­wiła w pie­cyku pro­gram sma­że­nia bef­szty­ków, ale go nie uru­cho­miła.

– Ben, czy to urzą­dze­nie nie ma zdal­nego ste­ro­wa­nia?

Obej­rzał rezul­tat jej poczy­nań i pstryk­nął wyłącz­ni­kiem.

– Powiedz mi, co byś zro­biła, gdy­byś musiała coś ugo­to­wać nad ogni­skiem?

– Dała­bym sobie zna­ko­mi­cie radę, bo kie­dyś byłam har­cerką. A ty, mądralo?

Prze­szli z powro­tem do salonu, gdzie Jill usia­dła w kucki na traw­niku, i zajęli się mar­tini. Naprze­ciwko fotela Bena stał uda­jący akwa­rium odbior­nik ste­reo­wi­zji. Ben włą­czył go; po kilku sekun­dach zni­kły począt­kowe zakłó­ce­nia, ustę­pu­jąc miej­sca twa­rzy zna­nego komen­ta­tora Augu­sta Gre­avesa.

– …można z całą pew­no­ścią stwier­dzić – mówił Gre­aves – że Czło­wiek z Marsa jest utrzy­my­wany w sta­nie oszo­ło­mie­nia nar­ko­tycz­nego, po to, by unie­moż­li­wić mu ujaw­nie­nie tych fak­tów. Rząd zna­la­złby się w nie­zwy­kle…

Caxton wyłą­czył odbior­nik.

– Gus, stary byku – powie­dział uprzej­mie – wiesz na ten temat dokład­nie tyle samo co ja. – Zmarsz­czył brwi. – Cho­ciaż może masz rację, że rząd szpry­cuje go nar­ko­ty­kami.

– Wcale nie – ode­zwała się Jill.

– Hę? Jak to, maleńka?

– Nikt mu nie podaje żad­nych środ­ków psy­cho­tro­po­wych. – I tak powie­działa już wię­cej, niż zamie­rzała. – Cały czas jest przy nim lekarz, ale nic mu nie podają.

– Jesteś tego pewna? Prze­cież ty się nim nie opie­ku­jesz?

– Nie. Mało tego, wydano nawet pole­ce­nie, żeby nie dopusz­czać do niego żad­nych kobiet. Pil­nują go koman­dosi.

Caxton ski­nął głową.

– Sły­sza­łem o tym. A więc nie możesz z całą pew­no­ścią stwier­dzić, czy jest pod dzia­ła­niem jakichś środ­ków, czy nie.

Jill zagry­zła wargi. Jeżeli chce, żeby jej uwie­rzył, musi mu wszystko powie­dzieć.

– Obie­casz, że mnie nie wsy­piesz?

– Niby jak?

– Wszystko jedno. No, tak w ogóle.

– Hmm… To rze­czy­wi­ście dosyć ogólne poję­cie, ale niech tam. Nie wsy­pię cię.

– To dobrze. Dolej mi jesz­cze.

Kiedy zawar­tość szklanki została uzu­peł­niona, Jill zaczęła dalej mówić:

– Wiem, że Czło­wieka z Marsa niczym nie szpry­cują, bo z nim roz­ma­wia­łam.

Ben prze­cią­gle gwizd­nął.

– Domy­śla­łem się tego. Dziś rano powie­dzia­łem sobie: „Zobacz się z Jill, to twoja atu­towa karta”. Kocha­nie, masz następ­nego drinka. Masz sześć drin­ków. Masz całą butelkę.

– Ejże, nie tak szybko!

– Jak sobie życzysz. A może chcesz, bym roz­ma­so­wał twoje biedne małe stópki? Sza­nowna pani, za chwilę zosta­nie z panią prze­pro­wa­dzony wywiad. Jak…

– Ben, nie! Prze­cież obie­ca­łeś. Jedno słowo o mnie i wyla­tuję z pracy.

– Hmm… A co byś powie­działa o tym: „Jak dowia­du­jemy się z dobrze poin­for­mo­wa­nych źró­deł…”.

– Daj spo­kój!

– Dziew­czyno, jeżeli umrę z cie­ka­wo­ści, będziesz musiała sama zjeść dwa bef­sztyki!

– Dobrze, opo­wiem ci. Ale nie wolno ci tego wyko­rzy­stać.

Ben wysłu­chał rela­cji o tym, jak dziew­czy­nie udało się oszu­kać straż­ni­ków, nie prze­ry­wa­jąc jej ani sło­wem.

– Mogła­byś to zro­bić jesz­cze raz? – zapy­tał, kiedy skoń­czyła.

– Przy­pusz­czam, że tak, ale tego nie zro­bię. To zbyt ryzy­kowne.

– A nie uda­łoby ci się jakoś mnie tam prze­my­cić? Na przy­kład gdy­bym prze­brał się… bo ja wiem… za elek­tryka? Wiesz, kom­bi­ne­zon, cza­peczka i torba z narzę­dziami. Pod­rzu­ci­ła­byś mi klucz, a ja wtedy…

– Nie!

– Ale dla­czego? Dzie­cinko, bądźże roz­sądna! To naj­bar­dziej pasjo­nu­jąca histo­ria od czasu, kiedy Kolumb namó­wił Iza­belę, żeby zasta­wiła swoje klej­noty. Jedyne, czego się boję, to że mógł­bym spo­tkać praw­dzi­wego elek­tryka i…

– Ja nato­miast boję się o sie­bie – prze­rwała mu Jill. – Dla cie­bie to tylko dzien­ni­kar­ska sen­sa­cja, a dla mnie to moje życie. Zabiorą mi cze­pek i wygnają z mia­sta, tak jak kie­dyś robili z ladacz­ni­cami.

– Hmm… Może to i prawda.

– Na pewno prawda.

– Pani, za chwilę zosta­niesz prze­ku­piona.

– Ile mi dasz? Zapew­nie­nie mi w miarę przy­jem­nego życia w Rio będzie cię sporo kosz­to­wać.

– Chyba nie sądzisz, że prze­biję Asso­cia­ted Press czy Reu­tera. Co powiesz na stówę?

– Za kogo ty mnie masz?

– To oby­dwoje wiemy, teraz dys­ku­tu­jemy już tylko o cenie. Sto pięć­dzie­siąt?

– Bądź tak miły i znajdź mi numer Asso­cia­ted Press.

– Kapi­tol 10-9000. Jill, czy wyj­dziesz za mnie za mąż? To naj­wię­cej, ile mogę ci zaofia­ro­wać.

– Co powie­dzia­łeś? – zapy­tała ze zdu­mie­niem.

– Czy wyj­dziesz za mnie za mąż? Kiedy wygnają cię z mia­sta jak ladacz­nicę, będę cze­kał zaraz za rogat­kami i zaopie­kuję się tobą, uwal­nia­jąc cię od nędzy i poni­że­nia. Wró­cimy tutaj, będziesz mogła ochło­dzić stopy na mojej, to zna­czy na naszej tra­wie i zapo­mnieć o swej hań­bie. Ale naj­pierw musisz mnie prze­my­cić do jego izo­latki.

– Ben, przez chwilę odnio­słam wra­że­nie, że mówisz serio. Czy powtó­rzysz to, jeśli wezwę Świadka?

Z piersi Caxtona wyrwało się cięż­kie wes­tchnie­nie.

– Możesz wzy­wać.

Wstała i deli­kat­nie go poca­ło­wała.

– Nie bój się, nie zła­pię cię za słowo. Ale na przy­szłość pamię­taj: roz­ma­wia­jąc ze starą panną, ni­gdy nie żar­tuj na temat mał­żeń­stwa.

– Wcale nie żar­to­wa­łem.

– Czyżby? Dobra, wytrzyj sobie szminkę z twa­rzy, to opo­wiem ci wszystko, co wiem, a potem zasta­no­wimy się nad tym, jak mógł­byś to wyko­rzy­stać, nie spro­wa­dza­jąc na mnie nie­szczę­ścia. Musisz przy­znać, że to uczciwe posta­wie­nie sprawy, prawda?

– Chyba tak.

Zre­la­cjo­no­wała mu ze szcze­gó­łami całą histo­rię.

– Jestem pewna, że nie był pod dzia­ła­niem żad­nych środ­ków psy­cho­tro­po­wych, i nie mam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że był przy zdro­wych zmy­słach, cho­ciaż jesz­cze ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby ktoś mówił takie dziwne rze­czy i zada­wał takie cho­lerne pyta­nia.

– Byłoby jesz­cze dziw­niej, gdyby tego nie robił.

– Jak to?

– Jill, nie­wiele wiemy o Mar­sie, ale jedno nie ulega naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści: Mar­sja­nie to nie są ludzie. Wyobraź sobie, że nagle zna­leź­li­śmy się gdzieś głę­boko w dżun­gli, na przy­kład wśród ple­mie­nia, które ni­gdy nie widziało butów. Czy potra­fi­ła­byś od razu przy­swoić sobie wszyst­kie niu­anse zupeł­nie obcej kul­tury? To bar­dzo odle­gła ana­lo­gia, bo prawda jest dziw­niej­sza o całe czter­dzie­ści milio­nów mil.

Dziew­czyna ski­nęła głową.

– Sama się tego domy­śli­łam. Dla­tego nie przy­wią­zy­wa­łam więk­szej wagi do jego słów. Nie jestem głu­pia.

– Nie, jesteś nawet dość bystra. Jak na kobietę, rzecz jasna.

– Czy umyć ci głowę zawar­to­ścią mojego kie­liszka?

– Prze­pra­szam. Kobiety są znacz­nie bar­dziej inte­li­gentne od męż­czyzn, wystar­czy tylko się rozej­rzeć. Pozwo­lisz, że ci naleję?

Zgo­dziła się na zawar­cie pokoju.

– Ben, nie rozu­miem, dla­czego nie dopusz­czają do niego kobiet. Wcale nie jest mania­kiem sek­su­al­nym.

– Naj­wi­docz­niej nie chcą mu apli­ko­wać jed­no­cze­śnie zbyt wielu wstrzą­sów.

– Wcale nie spra­wiał wra­że­nia wstrzą­śnię­tego. Był po pro­stu… zain­te­re­so­wany. Nawet nie czu­łam, że patrzy na mnie męż­czy­zna.

– Gdy­byś zro­biła to, o co popro­sił, chy­ba­byś poczuła.

– Nie sądzę. Z pew­no­ścią powie­dzieli mu, że dzie­limy się na kobiety i męż­czyzn, i po pro­stu chciał zoba­czyć, na czym polega róż­nica.

– Vive la dif­fe­rence! – wykrzyk­nął z entu­zja­zmem Caxton.

– Nie bądź wul­garny.

– Nie jestem wul­garny, tylko wdzięczny za to, że uro­dzi­łem się czło­wie­kiem, a nie Mar­sja­ni­nem.

– Mógł­byś wresz­cie spo­waż­nieć.

– Ni­gdy w życiu nie byłem poważ­niej­szy.

– W takim razie bądź cicho. Na pewno nie mia­ła­bym z nim żad­nych kło­po­tów. Nie widzia­łeś jego twa­rzy.

– Co z jego twa­rzą?

Jill przez chwilę się zawa­hała.

– Widzia­łeś kie­dyś anioła?

– Tylko cie­bie, che­ru­binku. Poza tym nie.

– Ja też nie, ale… On wła­śnie tak wyglą­dał. Miał zupeł­nie spo­kojną, nie­ziem­sko nie­winną twarz i mądre, stare oczy.

Jej cia­łem wstrzą­snął dreszcz.

– „Nie­ziem­ski” to bar­dzo dobre słowo – powie­dział powoli Ben. – Chciał­bym go zoba­czyć.

– Ben, dla­czego oni trzy­mają go w zamknię­ciu? Prze­cież nie skrzyw­dziłby nawet muchy.

Caxton spla­tał i roz­pla­tał palce.

– Zapewne chcą go chro­nić. Całe życie spę­dził w warun­kach niskiej gra­wi­ta­cji Marsa, więc pew­nie jest słaby jak szcze­niak.

– Ale to prze­cież nic groź­nego. Stward­nie­nie roz­siane jest znacz­nie bar­dziej nie­bez­pieczne, a prze­cież jakoś dajemy sobie z nim radę.

– Sta­rają się nie dopu­ścić do tego, żeby się czym­kol­wiek zara­ził. Tak jak doświad­czalne zwie­rzęta w labo­ra­to­riach Notre Dame1 – jest mak­sy­mal­nie chro­niony.

– Jasne, brak prze­ciw­ciał. Ale z tego, co wiem, dok­tor Nel­son – lekarz pokła­dowy „Cham­piona” – zatrosz­czył się o to jesz­cze w cza­sie lotu. Cią­gle robił mu trans­fu­zje, tak że w końcu wymie­nił mu ponad połowę krwi.

– Mogę to wyko­rzy­stać, Jill? To nie­zły prze­bój.

– Tylko nie powo­łuj się na mnie. Dostał też szcze­pionki na wszystko z wyjąt­kiem lum­bago. Ale prze­cież uzbro­jeni straż­nicy nie uchro­nią go przed infek­cją.

– Hmm… Jill, dowie­dzia­łem się paru rze­czy, o któ­rych ty chyba nie masz poję­cia. Nie mogę ich wyko­rzy­stać, bo muszę chro­nić swo­ich infor­ma­to­rów, ale tobie powiem – tylko nikomu ani słowa!

– W porządku.

– To długa histo­ria. Uzu­peł­nić ci poziom płynu w szklance?

– Nie, chyba lepiej zająć się bef­szty­kiem. Gdzie jest przy­cisk?

– Tutaj.

– To go naci­śnij.

– Ja? Zaofia­ro­wa­łaś się, że przy­rzą­dzisz obiad.

– Ben, umrę z głodu tu, gdzie leżę, ale nie będę wsta­wać spe­cjal­nie po to, żeby naci­snąć guzik, który jest sześć cali od czubka two­jego palca.

– Jak chcesz. – Naci­snął przy­cisk. – Ale nie zapo­mnij, kto zro­bił obiad. A teraz wra­ca­jąc do Valen­tine’a Micha­ela Smi­tha: ist­nieją poważne wąt­pli­wo­ści, czy w ogóle ma prawo do tego nazwi­ska.

– Nie rozu­miem.

– Kocha­nie, twój pupil jest pierw­szym w histo­rii mię­dzy­pla­ne­tar­nym bękar­tem.

– Co ty chrza­nisz?

– Pro­szę cię, wyra­żaj się jak na damę przy­stało. Pamię­tasz jesz­cze cokol­wiek o „Envoyu”? Były tam cztery pary. Dwie z nich to kapi­tan Brant z mał­żonką i dok­tor Smith z mał­żonką. Otóż twój przy­ja­ciel o twa­rzyczce anioła jest synem pani Smith, ale jego ojcem jest kapi­tan Brant.

– Skąd o tym wia­domo? A poza tym kogo to może obcho­dzić? To obrzy­dliwe grze­bać się w skan­da­lach sprzed tylu lat. Oni już nie żyją i trzeba ich zosta­wić w spo­koju!

– Jeżeli cho­dzi o to, skąd o tym wia­domo, to stąd, że chyba jesz­cze ni­gdy w histo­rii nie było ośmiorga ludzi tak dokład­nie prze­ba­da­nych i opi­sa­nych. Grupa krwi, czyn­nik Rh, kolor wło­sów i oczu, cały bagaż gene­tyczny – zresztą wiesz na ten temat wię­cej ode mnie. Nie ulega naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że jego matką była Mary Jane Lyle Smith, ojcem zaś Michael Brant. Daje mu to nie­złe pocho­dze­nie: ojciec miał IQ 163, matka 170, a w swo­ich dzie­dzi­nach oby­dwoje byli naj­wyż­szej klasy spe­cja­li­stami. A jeśli pytasz, kogo to obcho­dzi – cią­gnął Ben – to zarę­czam ci, że całą masę ludzi, a będzie obcho­dzić jesz­cze wię­cej, kiedy sprawa się roz­nie­sie. Sły­sza­łaś kie­dyś o napę­dzie Lyle?

– Oczy­wi­ście. „Cham­pion” ma wła­śnie taki napęd.

– I każdy inny sta­tek kosmiczny. Kto go wyna­lazł?

– Nie wiem. Zaraz! Więc to ona…

– Brawo, cygaro dla pani! Dok­tor Jane Lyle Smith. Udało jej się to jesz­cze przed star­tem „Envoya”, ale szcze­góły musieli dopra­co­wać inni, więc przed wyru­sze­niem wyprawy uzy­skała odpo­wied­nie patenty i zało­żyła kor­po­ra­cję – by­naj­mniej nie cha­ry­ta­tywną – zbie­ra­jącą wszel­kie należne dywi­dendy. Po pew­nym cza­sie prze­jął ją rząd, ale teraz należy ona do twego zna­jomka. To miliony, a może setki milio­nów dola­rów. Nawet nie będę pró­bo­wał zga­dy­wać.

Poja­wił się obiad. Caxton opu­ścił spod sufitu dwa sto­liki, jeden obok swego fotela, a drugi kilka cen­ty­me­trów nad traw­ni­kiem, żeby Jill mogła jeść, nie zmie­nia­jąc pozy­cji.

– Mięk­kie? – zapy­tał.

– Wsz­pa­aałe – odpo­wie­działa z peł­nymi ustami.

– Dzię­kuję. Pamię­taj, że to moje dzieło.

– Ben, czy w takim razie Smith nie jest… eee… nie­le­galny? – zapy­tała, prze­łknąw­szy potężny kęs. – Czy on może dzie­dzi­czyć?

– Nie jest nie­le­galny. Dok­tor Mary Jane pra­co­wała w Ber­ke­ley, a kali­for­nij­skie prawo w ogóle nie zna takiego poję­cia jak bękarc­two. To samo z kapi­ta­nem Bran­tem – Nowa Zelan­dia to jed­nak cywi­li­zo­wany kraj. Z kolei w ojczy­stym sta­nie dok­tora Smi­tha, męża Mary Jane, dziecko jest uzna­wane za potomka swych praw­nych rodzi­ców nie­za­leż­nie od tego, z jakiego jest łoża. Jill, w świe­tle prawa ten czło­wiek ma troje rodzi­ców!

– Co takiego? Prze­cież to nie­moż­liwe! Ben, nie jestem praw­ni­kiem, ale…

– Rze­czy­wi­ście, nie jesteś. Praw­nicy nie przej­mują się takimi głup­stwami. Smith jest legalny na bar­dzo wiele spo­so­bów, zależ­nie od tego, według jakiego prawa będziemy chcieli to oce­niać, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści cały czas pozo­staje bękar­tem. W dodatku nie tylko jego matka była bogata – ojcom też nie­źle się wio­dło. Brant zebrał tę swoją podej­rzaną for­tunę jako pilot w Lunar Enter­pri­ses. Wiesz, na czym to pole­gało? Po pro­stu ogło­sili wypłatę podwój­nych dywi­dend. Brant ryzy­ko­wał, inwe­sto­wał i jakoś zawsze wycho­dził na swoje. Z kolei Ward Smith dostał pie­nią­dze w spadku po rodzi­nie. Teraz Smith dzie­dzi­czy po nich obu.

– A niech cię!

– To jesz­cze nie wszystko, kocha­nie. Smith dzie­dzi­czy też po całej zało­dze.

– Jak to?

– Cała ósemka pod­pi­sała spe­cjalną klau­zulę w kontr­ak­cie, usta­na­wia­jąc sie­bie nawza­jem swo­imi spad­ko­bier­cami. Pode­szli do tego z głową, wzo­ru­jąc się na doku­men­tach z szes­na­stego i sie­dem­na­stego wieku, któ­rych przez tyle lat w żaden spo­sób nie dało się pod­wa­żyć. Mieli siłę prze­bi­cia, tym bar­dziej że stawka była nie­mała. W grę wcho­dziła nawet znaczna część akty­wów Lunar Enter­pri­ses, więc nie­wy­klu­czone, że Smith okaże się teraz głów­nym udzia­łow­cem.

Jill pomy­ślała o tej przy­po­mi­na­ją­cej dziecko isto­cie, która z tak wzru­sza­ją­cym namasz­cze­niem przy­jęła od niej szklankę wody, i poczuła wiel­kie współ­czu­cie.

– Dał­bym wiele za to, żeby zer­k­nąć do dzien­nika pokła­do­wego „Envoya” – mówił dalej Caxton. – Odzy­skali go, wiem o tym, ale wąt­pię, czy kie­dy­kol­wiek opu­bli­kują.

– Dla­czego?

– Bo to paskudna histo­ria. Tyle w każ­dym razie powie­dział mi mój infor­ma­tor, zanim wytrzeź­wiał. Dok­tor Ward Smith, który przyj­mo­wał poród, zasto­so­wał cesar­skie cię­cie i jego żona zmarła na stole ope­ra­cyj­nym. Sądząc po tym, co zro­bił póź­niej, o wszyst­kim wie­dział – mia­no­wi­cie tym samym skal­pe­lem pod­ciął gar­dło kapi­ta­nowi Bran­towi, a potem samemu sobie. Prze­pra­szam, kocha­nie.

Jill otrzą­snęła się jak po lodo­wa­tym prysz­nicu.

– Jestem pie­lę­gniarką. Takie rze­czy nie robią na mnie wra­że­nia.

– Jesteś też kłam­czu­chą i wła­śnie za to cię kocham. Słu­ży­łem trzy lata w poli­cji, Jill, ale ni­gdy nie zdo­ła­łem się przy­zwy­czaić do „takich rze­czy”.

– Co się stało z resztą załogi?

– Jeżeli nie wydo­bę­dziemy tego dzien­nika na świa­tło dzienne, ni­gdy się nie dowiemy, a mój wścib­ski dzien­nikarski nos mówi mi, że jed­nak warto. Za zasłoną tajem­nicy rodzą się wiel­kie tyra­nie.

– Ben, chyba byłoby naj­le­piej, gdy­by­śmy uwol­nili go od tych wszyst­kich spad­ków. On jest taki… nie­ziem­ski.

– Dosko­nałe okre­śle­nie. Tym bar­dziej że wcale nie potrze­buje pie­nię­dzy. Wyobra­żasz sobie, żeby Czło­wiek z Marsa cho­dził głodny i nagi? Każdy rząd, tysiące róż­nych uni­wer­sy­te­tów i orga­ni­za­cji byłoby zachwy­co­nych, mogąc go gościć tak długo, jak tylko by zechciał.

– Naj­le­piej, żeby się tego wszyst­kiego zrzekł, i już.

– To nie takie pro­ste, Jill. Pamię­tasz tę słynną sprawę Gene­ral Ato­mics prze­ciwko Lar­ki­nowi?

– „Pre­ce­dens Lar­kina”? Tak, uczy­łam się o tym w szkole, jak wszy­scy. Co to ma wspól­nego ze Smi­them?

– Pomyśl. Rosja­nie wysy­łają pierw­szy sta­tek na Księ­życ – roz­bija się. Stany Zjed­no­czone i Kanada wysy­łają drugi – szczę­śli­wie wraca, ale nikt nie zostaje na Księ­życu. Potem do kolo­ni­za­cji szy­kują się z jed­nej strony Stany i pań­stwa Com­mon­we­al­thu, a z dru­giej Rosja­nie, ale wszyst­kich wyprze­dza Gene­ral Ato­mics, wysy­łając z jakiejś poży­czo­nej od Ekwa­doru wysepki wła­sną eks­pe­dy­cję. Kiedy na Księ­życu zja­wiają się Ame­ry­ka­nie, a zaraz za nimi Rosja­nie, ludzie z Gene­ral Ato­mics już tam są i śmieją im się w nos. Kor­po­ra­cja – niby szwaj­car­ska, ale kon­tro­lo­wana przez Ame­ry­ka­nów – zgła­sza rosz­cze­nia do całego Księ­życa. Fede­ra­cja nie mogła poło­żyć na nim łapy, bo wyobra­żasz sobie, jak by Rosja­nie pro­te­sto­wali. W takiej sytu­acji Sąd Naj­wyż­szy wydał posta­no­wie­nie, że Księ­życ może stać się wła­sno­ścią wyłącz­nie osób fizycz­nych, które na nim są, czyli w tym przy­padku Lar­kina i jego kum­pli. Uznano ich za odrębny naród i przy­jęto w poczet Fede­ra­cji; sporo ludzi nie­źle się na tym obło­wiło, zaś Gene­ral Ato­mics i jej sio­strzana kor­po­ra­cja Lunar Enter­pri­ses uzy­skały sma­ko­wite kon­ce­sje. Z takiego obrotu sprawy nie wszy­scy byli zado­wo­leni, tym bar­dziej że Sądu Naj­wyż­szego by­naj­mniej powszech­nie nie uzna­wano za nie­wzru­szony auto­ry­tet, nie­mniej jed­nak takie roz­strzy­gnię­cie sta­no­wiło moż­liwy do prze­łknię­cia kom­pro­mis. Zaraz potem poja­wiły się prze­pisy doty­czące przy­szłej kolo­ni­za­cji pla­net – wszyst­kie, rzecz jasna, oparte na pre­ce­den­sie Lar­kina, bo tylko on zapew­niał w miarę bez­kr­wawe roz­strzy­gnię­cie ewen­tu­al­nych spo­rów. Speł­niły swoje zada­nie, bo prze­cież trze­cia wojna świa­towa wybu­chła by­naj­mniej nie z powodu nie­po­ro­zu­mień w kosmo­sie. Pre­ce­dens Lar­kina obo­wią­zuje do dziś i odnosi się także do Smi­tha.

Jill potrzą­snęła głową.

– Nie widzę związku.

– Skup się, dziew­czyno. Według prawa Smith sta­nowi odrębny naród, a jed­no­cze­śnie jest jedy­nym wła­ści­cie­lem pla­nety Mars.

Notre Dame – w tym przy­padku cho­dzi o nazwę szpi­tala (przyp tłum) [wróć]

roz­dział 5

Jill miała oczy jak spodki.

– O jedno mar­tini za dużo, Ben. Mogła­bym przy­siąc, że przed chwilą powie­dzia­łeś, iż mój pacjent jest wła­ści­cie­lem Marsa.

– Bo jest. Wystar­cza­jąco długo tam miesz­kał. Smith to cały Mars: jego król, pre­zy­dent, spo­łe­czeń­stwo, co tylko chcesz. Gdyby „Cham­pion” nie zosta­wił tam kolo­ni­stów, jego prawa mogłyby zostać pod­wa­żone, ale Mars jest cały czas zamiesz­kany przez ludzi, cho­ciaż nie ma już na nim Smi­tha. Zresztą nie będzie musiał się z nimi niczym dzie­lić, bo dopóki nie zechce nadać im peł­nego oby­wa­tel­stwa, będą po pro­stu naj­zwy­klej­szymi imi­gran­tami.

– Fan­ta­styczne!

– Ale zgodne z pra­wem. Kocha­nie, czy teraz już wiesz, dla­czego ludzie inte­re­sują się Smi­them? I dla­czego rząd trzyma go w ukry­ciu? To, co z nim robią, jest po pro­stu nie­le­galne. Smith jest rów­nież oby­wa­te­lem Fede­ra­cji i Sta­nów Zjed­no­czo­nych; na obsza­rze Fede­ra­cji nawet prze­stępcy nie wolno prze­trzy­my­wać bez zapew­nie­nia mu moż­li­wo­ści kon­tak­tów ze świa­tem zewnętrz­nym. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że zawsze i wszę­dzie uwię­zie­nie monar­chy przy­by­wa­ją­cego z wizytą i unie­moż­li­wie­nie mu widze­nia się z ludźmi czy choćby z prasą, czyli ze mną, było i jest uzna­wane za akt wysoce nie­przy­ja­zny, żeby użyć naj­ła­god­niej­szego z nasu­wa­ją­cych się okre­śleń. Naprawdę mnie tam nie prze­my­cisz?

– Co? Ale mnie nastra­szy­łeś. Czy ty wiesz, co mi zro­bią, jak mnie nakryją?

– W każ­dym razie nic bru­tal­nego. Opie­ra­jąc się na oświad­cze­niu pod­pi­sa­nym przez co naj­mniej trzech leka­rzy, praw­do­po­dob­nie zamknę­liby cię w wyście­ła­nej celi i we wszyst­kie lata prze­stępne pozwo­li­liby ci wysy­łać i otrzy­my­wać listy. Znacz­nie bar­dziej jestem cie­kaw, jakie mają wobec niego plany.

– A czego się spo­dzie­wasz?

– No, na przy­kład mógłby umrzeć. Cho­ciażby na cho­robę prze­cią­że­niową.

– Mogliby go zamor­do­wać?!

– Ciii! Tylko bez brzyd­kich słów. Nie, nie sądzę, żeby to zro­bili. Przede wszyst­kim dla­tego, że jest dla nich praw­dziwą kopal­nią infor­ma­cji. Po dru­gie, sta­nowi pomost łączący nas z jedyną poza­ziem­ską cywi­li­za­cją, jaką udało nam się spo­tkać. Znasz kla­sykę? Czy­ta­łaś Wojnę świa­tów Wel­lsa?

– Dawno temu, w szkole.

– Załóżmy, że Mar­sja­nie okażą się dla nas nie­zbyt mili. To cał­kiem moż­liwe, a my nie mamy zie­lo­nego poję­cia, jakie są ich moż­li­wo­ści. Smith mógłby ode­grać rolę media­tora, dzięki któ­remu nie doszłoby do Pierw­szej Wojny Mię­dzy­pla­ne­tar­nej. Oczy­wi­ście taka ewen­tu­al­ność jest bar­dzo mało praw­do­po­dobna, ale mimo to rząd nie chce jej lek­ce­wa­żyć. Odkry­cie życia na Mar­sie jest czymś, czego poli­tycz­nych kon­se­kwen­cji w grun­cie rze­czy nie udało nam się do dzi­siaj pojąć.

– Więc myślisz, że jest bez­pieczny?

– Przy­naj­mniej na razie. Sekre­tarz gene­ralny musi pod­jąć odpo­wied­nią decy­zję. Sama wiesz, że jego admi­ni­stra­cja ledwo się trzyma.

– Nie inte­re­suję się poli­tyką.

– A powin­naś. Jest nie­mal tak ważna jak bicie two­jego serca.

– Tym też się nie inte­re­suję.

– Nie prze­ry­waj mi, kiedy prze­ma­wiam. Skle­cona naprędce więk­szość, któ­rej lide­rem jest Douglas, może roz­paść się w ciągu jed­nego dnia. Na przy­kład Paki­stan i tak cały czas jest jedną nogą poza koali­cją. Zosta­nie prze­gło­so­wany wnio­sek o votum nie­uf­no­ści i pan sekre­tarz gene­ralny Douglas znowu sta­nie się zwy­kłym praw­ni­kiem. Czło­wiek z Marsa może wynieść go na pie­de­stał, ale może też go znisz­czyć. Prze­my­cisz mnie?

– Prę­dzej wstą­pię do klasz­toru. Zostało ci jesz­cze tro­chę kawy?

– Zaraz zoba­czę.

Oboje wstali.

– Och, moje biedne stare kości – wes­tchnęła Jill, prze­cią­ga­jąc się. – Prze­szła mi ochota na tę kawę. Jutro mam ciężki dzień. Pod­rzuć mnie do domu, dobrze? Albo raczej ode­ślij, tak będzie bez­piecz­niej.

– Dobrze, cho­ciaż wie­czór jesz­cze młody. – Ben wyszedł do sypialni, skąd po chwili wró­cił, trzy­ma­jąc w ręku przed­miot wiel­ko­ści małej zapal­niczki. – Więc nie prze­szmu­glu­jesz mnie do szpi­tala?

– Ben, naprawdę bar­dzo bym chciała, ale…

– W porządku. To mogłoby być naprawdę nie­bez­pieczne, zresztą nie tylko dla two­jej kariery. – Poka­zał jej trzy­many w dłoni przed­miot. – Zało­żysz mu pod­słuch w pokoju?

– Pro­szę? Co to jest?

– Naj­więk­sze dobro­dziej­stwo dla szpie­gów od czasu wyna­le­zie­nia Mic­key Finna1. Minia­tu­rowy magne­to­fon napę­dzany sprę­żyną, więc nie do wykry­cia dla apa­ra­tury loka­li­zu­ją­cej urzą­dze­nia elek­tryczne. Wszystko upchnięte w pla­sty­ko­wej kostce. Można go nawet wyrzu­cić z jadą­cego samo­chodu. Wyka­zuje aktyw­ność nie więk­szą niż tar­cza zegarka, a jest znacz­nie dokład­niej ekra­no­wany. Działa przez dwa­dzie­ścia cztery godziny, po czym po pro­stu wyj­mu­jesz starą taśmę i zakła­dasz nową.

– Czy rów­nież wybu­cha? – zapy­tała nie­uf­nie.

– Mogła­byś go nawet zapiec w cie­ście.

– Ben, przez cie­bie boję się teraz w ogóle tam pójść.

– Ale prze­cież możesz wejść do pokoju obok, prawda?

– Chyba tak.

– Ta zaba­weczka ma nad­zwy­czajną czu­łość. Przy­klej ją do ściany, naj­le­piej zwy­czaj­nym pla­strem, a nagra wszystko, co będzie się działo w sąsied­nim pomiesz­cze­niu.

– Na pewno zwrócą na mnie uwagę, jeżeli cią­gle będę wła­zić do tego pokoju i z niego wyła­zić, ale… Ben, ta izo­latka ma jedną wspólną ścianę z salką, do któ­rej wcho­dzi się z innego kory­ta­rza. Może być?

– Oczy­wi­ście. Zro­bisz to?

– Hmm… Daj mi go. Jesz­cze się zasta­no­wię.

Caxton dokład­nie wytarł magne­to­fon chu­s­teczką.

– Załóż ręka­wiczki.

– Dla­czego?

– Za posia­da­nie takiego cze­goś dostaje się dar­mowe skie­ro­wa­nie do sana­to­rium za krat­kami. Doty­kaj tego tylko w ręka­wicz­kach i nie daj się zła­pać.

– Myślisz o samych miłych rze­czach!

– Rezy­gnu­jesz?

– Nie – odparła Jill z cięż­kim wes­tchnie­niem.

– Dzielna dziew­czyna!

Mignęła lampka i Ben spoj­rzał w górę.

– To pew­nie twoja tak­sówka. Wezwa­łem ją, kiedy posze­dłem po to urzą­dzonko.

– Och. Poszu­kaj moich butów, dobrze? I lepiej nie wychodź ze mną na dach. Im rza­dziej będziemy się razem poka­zy­wać, tym lepiej.

– Jak chcesz.

Kiedy się wypro­sto­wał po zało­że­niu jej pan­to­fli, wzięła jego głowę w obie ręce i go poca­ło­wała.

– Mój kochany Ben! Nic dobrego z tego nie wyj­dzie, a poza tym do tej pory nie mia­łam poję­cia, że jesteś kry­mi­na­li­stą, ale muszę przy­znać, że rów­nież zna­ko­mi­tym kucha­rzem. Oczy­wi­ście pod warun­kiem, że to ja usta­lam, co i jak ma być przy­rzą­dzone. Moż­liwe, że nawet bym za cie­bie wyszła, gdyby mi się udało zmu­sić cię do ponow­nych oświad­czyn.

– Moja pro­po­zy­cja cały czas jest aktu­alna.

– Czy gang­ste­rzy żenią się ze swo­imi ciziami, czy jak tam one się nazy­wają? – zapy­tała i czym prę­dzej ucie­kła.

***

Jill nie miała żad­nych kło­po­tów z zało­że­niem pod­słu­chu. Pacjentka z pokoju, o któ­rym wspo­mniała, była unie­ru­cho­miona w łóżku, więc dziew­czyna czę­sto zosta­wała u niej tro­chę dłu­żej, żeby umi­lić jej czas szpi­tal­nymi plot­kami. Przy­kle­iła magne­to­fon do ściany nad wysoko zawie­szoną półką, kle­piąc bez chwili prze­rwy o tym, jak to sprzą­taczki ni­gdy, ale to ni­gdy nie ście­rają kurzu z pó­łek.

Wymiana taśmy następ­nego dnia rów­nież nie nastrę­czyła żad­nych pro­ble­mów, bo pacjentka po pro­stu spała. Co prawda obu­dziła się wła­śnie wtedy, kiedy Jill balan­so­wała w dziw­nej pozie na krze­śle, ale wystar­czyło parę pie­prz­nych dow­ci­pów, żeby zapo­mniała o tym wyda­rze­niu.

Jill wysłała taśmę pocztą, ponie­waż mimo wszystko wyda­wało się to pew­niej­sze od jakichś pomy­słów w stylu fil­mów płasz­cza i szpady, nato­miast druga wymiana taśmy w magne­to­fo­nie o mało nie zakoń­czyła się wpadką. Jill pocze­kała, aż pacjentka zaśnie, a następ­nie weszła do pokoju i wdra­pała się na krze­sło, ale wła­śnie w tej chwili chora się obu­dziła.

– Och, panna Board­man!

Jill zamarła w bez­ru­chu.

– Jak się pani miewa, pani Fit­schie? Dobrze się spało?

– Nie naj­go­rzej – odpo­wie­działa kobieta poiry­to­wa­nym gło­sem. – Swę­dzą mnie plecy.

– Zaraz panią podra­pię.

– To nic nie da. Czego pani cią­gle szuka na mojej półce? Coś nie w porządku?

Jill usi­ło­wała połknąć z powro­tem żołą­dek, który pod­szedł jej do gar­dła.

– Myszy – wykrztu­siła wresz­cie.

– Myszy? O nie, w takim razie muszę dostać inny pokój!

Jill odkle­iła magne­to­fon, scho­wała go do kie­szeni i zesko­czyła na pod­łogę.

– Po pro­stu spraw­dza­łam, czy nie ma tam mysich bob­ków. Nie ma.

– Jest pani pewna?

– Cał­ko­wi­cie. A teraz podra­piemy panią po ple­cach. O tak, pro­szę się odwró­cić.

Wobec takiego roz­woju sytu­acji Jill zde­cy­do­wała się jed­nak wyko­rzy­stać ów pokoik łączący się z izo­latką, jed­nak kiedy zja­wiła się tam z uni­wer­sal­nym klu­czem, zoba­czyła, że drzwi są otwarte, a w środku sie­dzi dwóch koman­do­sów. Podwo­jono straże.

– Szuka sio­stra kogoś? – zapy­tał jeden z żoł­nie­rzy.

– Nie. Tylko nie sia­daj­cie na łóżku, chłopcy – rzu­ciła sucho. – Weź­cie sobie krze­sła.

Żoł­nie­rze nie­chęt­nie wstali, a ona wyszła, sta­ra­jąc się nie oka­zać zde­ner­wo­wa­nia.

Wycho­dząc z pracy, wciąż miała magne­to­fon w kie­szeni; posta­no­wiła zwró­cić go Caxto­nowi. Ode­tchnęła swo­bod­niej dopiero gdy zna­la­zła się w tak­sówce i podała auto­ma­tycz­nemu pilo­towi kurs do hotelu, w któ­rym miesz­kał Ben. Połą­czyła się z nim jesz­cze w cza­sie lotu.

– Tu Caxton.

– Mówi Jill. Ben, muszę się z tobą zoba­czyć.

– To chyba nie jest zbyt roz­sądne – powie­dział powoli.

– Ale ja muszę! Jestem już w dro­dze.

– Dobrze więc, skoro nie da się tego unik­nąć.

– Jaki entu­zjazm!

– Kocha­nie, to nie dla­tego, żebym…

– Na razie!

Wyłą­czyła się, ochło­nęła, po czym posta­no­wiła nie obra­żać się na niego. Oby­dwoje wplą­tali się w coś, co ich znacz­nie prze­ra­stało. Szcze­gól­nie ona – zawsze uwa­żała, że od poli­tyki trzeba się trzy­mać z daleka.

Kiedy zna­la­zła się w jego ramio­nach, od razu poczuła się lepiej. Ben był taki kochany; może rze­czy­wi­ście powinna wyjść za niego? Już otwie­rała usta, żeby mu to powie­dzieć, ale poło­żył na nich dłoń.

– Nic nie mów – szep­nął. – Może być pod­słuch.

Ski­nęła głową, wyjęła z kie­szeni magne­to­fon i mu podała. Uniósł wysoko brwi, ale o nic nie zapy­tał, tylko wrę­czył jej popo­łu­dniowe wyda­nie „Post”.

– Czy­ta­łaś to? – zapy­tał zupeł­nie natu­ral­nym gło­sem. – Przej­rzyj sobie, a ja tym­cza­sem wezmę prysz­nic.

– Dzięki.

Poda­jąc jej gazetę, wska­zał jeden z arty­ku­łów, a potem wyszedł z pokoju, zabie­ra­jąc ze sobą magne­to­fon. Arty­kuł był jego pióra.

GNIAZDO WRON

Wszy­scy wiemy, na czym polega podo­bień­stwo mię­dzy szpi­ta­lem i wię­zie­niem: z obu tych insty­tu­cji bar­dzo trudno się wydo­stać. Jed­nak pod pew­nymi wzglę­dami wię­zień jest odcięty od zewnętrz­nego świata w znacz­nie mniej­szym stop­niu niż pacjent – prze­cież w każ­dej chwili może wezwać adwo­kata lub Świadka, powo­łać się na Habeas Cor­pu­sct2 czy też zażą­dać, żeby zarzuty wysu­wane prze­ciwko niemu zostały przed­sta­wione w sądzie.

W szpi­talu nato­miast wystar­czy wywieszka z napi­sem „ZAKAZ ODWIE­DZIN”, żeby pacjent został odgro­dzony od ludzi w spo­sób znacz­nie bar­dziej dra­styczny, niż doświad­czył tego nawet Czło­wiek w Żela­znej Masce.

Krewni, rzecz jasna, mają do niego dostęp, ale prze­cież Czło­wiek z Marsa, o któ­rym tu mowa, nie ma żad­nych krew­nych. Załoga „Envoya” nie posia­dała zbyt licz­nych rodzin. Jeżeli nawet Czło­wiek w Żela­znej Masce – to jest, prze­pra­szam, Czło­wiek z Marsa – ma kogoś bli­sko z nim spo­krew­nio­nego, dla kogo jego los nie byłby obo­jętny, to doprawdy nie wiem, jak tej oso­bie udało się pozo­stać nie­zau­wa­żoną przez kilka tysięcy repor­te­rów.

Kto więc zabiera głos w imie­niu Czło­wieka z Marsa? Kto posta­wił przy nim uzbro­jo­nych straż­ni­ków? Na jakąż to strasz­liwą cho­robę zapadł, że nie wolno go odwie­dzić i zamie­nić z nim choćby słowa? Pytam o to pana, panie sekre­ta­rzu gene­ralny. Wyja­śnie­nia mówiące o „ogól­nym osła­bie­niu” czy „cho­ro­bie prze­cią­że­nio­wej” już nie wystar­czają. Gdyby tak naprawdę było, to o pacjenta trosz­czy­łaby się zwy­kła pie­lę­gniarka, nie zaś uzbro­jeni straż­nicy.

Czyżby owa tajem­ni­cza cho­roba była natury finan­so­wej? A może, deli­kat­nie mówiąc, poli­tycz­nej?

Dal­szy ciąg był utrzy­many w podob­nym tonie. Ben pod­ju­dzał admi­ni­stra­cję, usi­łu­jąc spro­wo­ko­wać ją do gry w otwarte karty. Jill zda­wała sobie sprawę, że Caxton podej­muje tym spore ryzyko, ale nie miała poję­cia o rze­czy­wi­stych roz­mia­rach nie­bez­pie­czeń­stwa, jakie mogło mu gro­zić, ani o for­mie, w jakiej mogło się obja­wić.

Przej­rzała całą gazetę; wypeł­niona była arty­ku­łami o „Cham­pio­nie”, zdję­ciami sekre­ta­rza gene­ral­nego Douglasa przy­pi­na­ją­cego medale, wywia­dami z kapi­ta­nem van Trom­pem i jego dzielną załogą, a także foto­gra­fiami przed­sta­wia­ją­cymi Mar­sjan i ich mia­sta. O Smi­thie nie zna­la­zła pra­wie nic, jeśli nie liczyć lako­nicz­nej wzmianki, że czuje się lepiej i wraca do sił po męczą­cej podróży.

Zja­wił się Ben i wrę­czył jej plik cie­niut­kiego papieru.

– Masz tu jesz­cze jedną gazetę – powie­dział i wyszedł.

„Gazeta” oka­zała się trans­kryp­cją zawar­to­ści pierw­szej taśmy. Poszcze­gólne osoby były ozna­czone jako „pierw­szy głos”, „drugi głos” itd., ale tam, gdzie mógł, Ben podo­pi­sy­wał nazwi­ska, a u góry pierw­szej strony napi­sał: „Wszyst­kie głosy męskie”.

Więk­szość dia­lo­gów wska­zy­wała po pro­stu na to, że Smith był kar­miony, myty, maso­wany oraz że wyko­ny­wał nie­zbyt męczące ćwi­cze­nia fizyczne pod kon­trolą gło­sów, z któ­rych jeden został ziden­ty­fi­ko­wany jako „dok­tor Nel­son”, drugi zaś wystę­po­wał po pro­stu jako „drugi lekarz”.

Ale jeden frag­ment znacz­nie się róż­nił od pozo­sta­łych.

DR NEL­SON: Jak się czu­jesz, chłop­cze? Możesz mówić?

SMITH: Tak.

DR NEL­SON: Pewien czło­wiek chciałby z tobą poroz­ma­wiać.

SMITH (po prze­rwie): Kto? (Dopi­sek Caxtona: Wszyst­kie wypo­wie­dzi Smi­tha są poprze­dzone pau­zami).