Obcy. Nieznane stany świadomości - Krzysztof Więckiewicz - ebook

Obcy. Nieznane stany świadomości ebook

Krzysztof Więckiewicz

2,3

Opis

Wybuch bomby atomowej na Manhattanie dodatkowo pogłębia kryzys, wywołując globalną wojnę z terroryzmem. Tymczasem przebywającego w Afryce Południowej Chrisa Wiltona zaczynają dręczyć wizje senne, których nie jest w stanie sobie przypomnieć. Rozgrywają się również wokół niego dziwne wydarzenia, nasuwające niepokojące pytania.

Czy ingerencja obcej cywilizacji w historię świata i ludzkości naprawdę jest możliwa? Czy Ziemię da się uratować? A może to właśnie ludzie są największymi szkodnikami, których trzeba się pozbyć? By znaleźć na to odpowiedź, młody naukowiec będzie musiał zapomnieć o świecie, który do tej pory uważano za jedyny i najważniejszy.

Kosmos jest jak nieskończony ocean wszechmożliwości. Wszystko, co jest nawet w najmniejszym stopniu prawdopodobne, jest w nim możliwe, a nawet całkiem pewne, pod warunkiem, że mamy wystarczająco dużo czasu, żeby na to poczekać…
Niestety nie wszyscy to rozumieją i pewnie dlatego historia opisana w tej książce może wydać się mało prawdopodobna i od początku do końca zmyślona. Co wcale nie znaczy, że nigdy się nie wydarzyła…
Ci, którzy sądzą inaczej, dają tylko dowód swojej ubogiej wyobraźni, wynikającej z nawyku niedoceniania bezmiaru możliwości oferowanych przez otaczającą ich i niemożliwą do ogarnięcia rzeczywistość. Są przekonani, że to, czego nie mogą sobie wyobrazić, nie może się wydarzyć.
Paradoksalnie jest wprost przeciwnie.


Krzysztof Więckiewicz – ukończył studia na Politechnice Warszawskiej, od wielu lat interesuje się astrofizyką i kosmologią oraz ich wpływem na współczesną filozofię, zrozumienie wszechświata i miejsca człowieka w kosmicznym porządku. Echa tych pasji są wyraźnie widoczne w jego powieściach. Przez wiele lat przebywał w RPA, gdzie był pracownikiem naukowym Diamond Research Laboratory, należącego do koncernu De Beers. Do ojczyzny wrócił na początku 2000 roku i obecnie dzieli swój czas pomiędzy Polskę a Afrykę, która jest jego inspiracją do pisania. Zadebiutował w 2012 roku jako współautor książki „Harley mój kumpel 2”. Później wydał powieść „Szpital nad Pisą” oraz jej kontynuację „Krypta w Monachium”.

Obcy. Nieznane stany świadomości” jest jego debiutancką powieścią w ulubionym gatunku literackim, jakim jest science fiction.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 432

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Przedmowa

Kosmos jest jak nieskończony ocean wszechmożliwości. Wszyst­­­­ko, co jest nawet w najmniejszym stopniu prawdopodobne, jest w nim możliwe, a nawet całkiem pewne, pod warunkiem, że mamy wystarczająco dużo czasu, żeby na to poczekać…

Niestety nie wszyscy to rozumieją i pewnie dlatego historia opisana w tej książce może wydać się mało prawdopodobna i od początku do końca zmyślona. Co wcale nie znaczy, że nigdy się nie wydarzyła…

Ci, którzy sądzą inaczej, dają tylko dowód swojej ubogiej wyobraźni, wynikającej z nawyku niedoceniania bezmiaru opcji oferowanych przez otaczającą ich i niemożliwą do ogarnięcia rzeczywistość. Są przekonani, że to, czego nie mogą sobie wyobrazić, nie może się wydarzyć.

Paradoksalnie jest wprost przeciwnie.

Wydarzenia wyglądające na tak mało prawdopodobne, że, jak wielu mogłoby sądzić, zupełnie niemożliwe, zaskakują nas niekiedy, zdarzając się tak, jak te uchodzące za normalne, a nawet wręcz powszechne.

I dlatego z dużą pewnością można stwierdzić, że komuś zagubionemu w niezmierzonym oceanie nieskończonego Kosmosu udało się już przeżyć nie tylko to, co zostało tu opisane, ale również to, czego jeszcze nikt nigdy nie potrafił sobie nawet wyobrazić. Bo wszystko to, co nie jest absolutnie i do końca nieprawdopodobne, jest możliwe.

A jeśli jeszcze się nie wydarzyło, to gdybyśmy tylko mieli tyle czasu, żeby czekać wystarczająco długo – być może nawet przez całą wieczność – i gdybyśmy w tym jednym, jedynym momencie dali się ponieść fali oceanu wszechmożliwości, to nie tylko udałoby się nam zobaczyć pod jego powierzchnią to, co zostało tu opisane, ale jest też całkiem prawdopodobne, że sami wzięlibyśmy w tym udział, tak jak bohaterowie tej dziwnej opowieści…

Jak powiedział kiedyś pewien ekspert fizyki kwantowej, „wszystko, co nam się przyśni, jest możliwe, nawet jeśli wygląda na mało prawdopodobne…”.

Ale to wcale nie znaczy, że to wszystko, co wyśnimy i co w oczywisty sposób wydaje nam się możliwe, uda nam się przeżyć, nawet jeśli wygląda na bardzo prawdopodobne. Chociaż może się i tak zdarzyć…

I właśnie mi się to przytrafiło.

Nie wiem dlaczego, dlaczego akurat mnie i dlaczego w takich okolicznościach, ale chyba nigdy się tego nie dowiem, więc staram się do tego przywyknąć, bo tylko to mogę w tej sytuacji zrobić.

Wszystko zaczęło się, gdy siedząc w hali odlotów frankfurckiego lotniska, próbowałem zabić jakoś czas oczekiwania na samolot do Johannesburga. Ludzi było jeszcze niewiele, lot był nocny, jak większość lotów z Europy do RPA, a ja rozpaczliwie starałem się nie zdechnąć z nudów.

Nagle w szeroko otwartych drzwiach pojawił się dziwny osobnik.

Dosyć wysoki, szczupły, ale silnie zbudowany, na oko czterdziestoletni mężczyzna o długich, spadających na ramiona włosach, ubrany w wytarte na kolanach dżinsy, ciężkie buty i czarną, motocyklowa kurtkę. Trzymał pod pachą grubą, szarą kopertę do przechowywania dokumentów, a w ręce mały, znoszony plecak. Wyglądał jak podstarzały hippis, żywcem przeniesiony z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Stanął pod betonowym filarem podpierającym strop i rozglądał się dookoła, jakby kogoś szukał.

Nagle mnie zobaczył. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, a on uśmiechnął się lekko, jakby mnie poznał, kiwnął głową i ruszył szybko w moim kierunku.

Podszedł, usiadł na wolnym miejscu obok mnie, rzucił plecak na podłogę, położył kopertę na kolanach, a potem spojrzał mi prosto w oczy i powiedział:

– Jak widzisz, jestem. O mało się nie spóźniłem, niełatwo było ich zgubić, ale udało mi się… Przy okazji: jestem Chris Wilton. – Podał mi rękę.

Odwzajemniłem jego wyjątkowo silny uścisk dłoni, przedstawiłem się i patrzyłem na niego spokojnie, starając się nie okazać zdziwienia.

Nie znałem człowieka, widziałem go po raz pierwszy w życiu i byłem ciekawy, co z tego wyniknie. Kiwnąłem głową ze zrozumieniem.

– Widzę, że jesteś, tylko nie bardzo rozumiem, o co chodzi – powiedziałem, starając się ukryć wyraz zaskoczenia na twarzy.

– Dowiesz się w swoim czasie, nawet gdybyś tego nie chciał – odpowiedział zagadkowo i wręczył mi kopertę. – To rękopis, o którym rozmawialiśmy.

Moje zdziwienie wyczuwalnie wzrosło. Uśmiechnąłem się z zakłopotaniem. Byłem pewny, że z nikim o tym nie rozmawiałem i nie spodziewałem się żadnego rękopisu.

– Czy to aby na pewno dla mnie? Nie pamiętam takiej rozmowy… Co mam z tym zrobić? – zapytałem.

– To jeszcze tego nie było? – zdziwił się wyraźnie zaskoczony. – Wszystko przez te cholerne dylatacje czasu… Ale będzie, zobaczysz. – Roześmiał się. – Przeczytaj mój rękopis, to wszystko zrozumiesz. Zrobisz z tym, co zechcesz, jest twój, tak jak się umawialiśmy – dodał i poderwał się szybko z ławki. – Na mnie czas, schowaj to i na razie nikomu nie pokazuj, mogą mnie śledzić… – Zrobił palcami dziwny gest koło gardła.

– Kim ty właściwie jesteś? – zapytałem go szybko.

Spojrzał na mnie z uśmiechem, jakby spodziewał się takiego pytania.

– Wiedziałem, że o to zapytasz, i wiem, że mi nie uwierzysz, ale mimo to powiem ci – zawiesił na chwilę głos i nachylił się nade mną – przybyłem z przyszłości, wszystko dokładnie tam opisałem – powiedział ściszonym głosem, wskazując palcem na kopertę. – Powodzenia…

Nim zdążyłem jakoś na to zareagować, podniósł plecak, odwrócił się i poszedł szybko w kierunku wyjścia, a potem nagle zniknął mi z oczu, jakby rozpłynął się w tłumie podróżnych.

Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się ze wzrokiem wpatrzonym w powycieraną kopertę z szarego papieru leżącą na moich kolanach. Wreszcie, kierowany jakimś dziwnym impulsem, a może tylko zwykłą ciekawością, otworzyłem ją.

W środku był dosyć gruby, liczący na oko dobrze ponad sto kartek plik formatu A4 zapisany drobnym, ale wyraźnym, ręcznym pismem.

Wziąłem pierwszą kartkę z wierzchu i zacząłem czytać. Gdy doszedłem do końca strony, wiedziałem, że muszę przeczytać resztę i że nie przestanę, dopóki tego nie zrobię.

Miałem kilka godzin do odlotu, usadowiłem się wygodnie w fotelu i zagłębiłem w lekturę. Dziwna opowieść pochłonęła mnie całkowicie…

To, co znajdziecie poniżej, to pełen zapis tekstu, jaki dostałem od nieznanego mi człowieka spotkanego na frankfurckim lotnisku.

Drobne zmiany, które wprowadziłem, polegały jedynie na niewielkiej korekcie niektórych jego fragmentów oraz usunięciu kilkunastu akapitów, które wydały mi się zupełnie niezrozumiałe i całkowicie oderwane od reszty.

Kolejność rozdziałów, do których dla klarowności fabuły dodałem własne tytuły, oraz wynikającą z niej i często burzącą logikę narracji chronologię zdarzeń, w tym krótką część zatytułowaną Zamiast wstępu, postanowiłem pozostawić bez zmian, w ich pierwotnych wersjach.

 

Autor

Zamiast wstępuNIEZNANE STANY SKUPIENIA

Struktura Wszechświata, który staracie się zrozumieć, zadziwia was coraz bardziej, od chwili gdy zdaliście sobie sprawę, że większość tego, co stanowi jego rzeczywistą treść, umyka waszym obserwacjom i nie możecie tego zobaczyć, zmierzyć ani tym bardziej pojąć.

Możecie się tylko domyślać i snuć różne, mniej lub bardziej oddalone od prawdy, przypuszczenia. Żyjecie w barionowym, opartym na podstawowych cząstkach elementarnych świecie, który stanowi zaledwie niewielki ułamek tego, co was otacza, i który jest tylko produktem ubocznym procesu, jaki do tego doprowadził.

Wasz świat powstał w wyniku lokalnych zakłóceń supersymetrii, które pojawiły się nagle, na samym początku niewyobrażalnie krótkiej chwili inflacyjnego rozrostu przypadkowo zainicjowanego w otaczającej go czasoprzestrzeni bąbla. Przez trudny do określenia, niezwykle krótki moment rozszerzał się on z blisko nieskończoną prędkością i to wtedy na prawie równą zeru, jednak trochę od niego dłuższą, chwilę czas oderwał się od czasoprzestrzeni i związał z materializującym się w bąblu nowym światem, nadając mu kolejny wymiar. Zahamowało to jego inflacyjny wzrost, entropia rozpoczęła swój szaleńczy taniec z chaosem i dała początek temu, co po kilkunastu miliardach lat waszego czasu stało się dla was obserwowalnym Wszechświatem.

Wektor czasu może w nim biec tylko w jedną stronę i dlatego zostaliście na zawsze uwięzieni w następujących po sobie chwilach teraźniejszości, mogąc obserwować wyłącznie informacje pochodzące z przeszłości tworzącej wasz Wszechświat.

Tego porządku nie da się odwrócić i dlatego wasze marzenia o podróżach w czasie, w znanym wam, barionowym, materialnym świecie są niemożliwe.

Nie da się w nim zobaczyć czegoś, co się jeszcze nie zdarzyło, ani powrócić do czegoś, co się zdarzyło, ale już nie istnieje, należąc tylko do informacyjnych śladów przeszłości zakodowanych w przebiegach fal elektromagnetycznych, przemierzających niestrudzenie czasoprzestrzeń lub już pochłoniętych przez czarne dziury, te żarłoczne śmietniki entropii.

Żeby to marzenie zrealizować, musielibyście ten świat opuścić i nauczyć się poruszać w zupełnie innej, nieznanej wam i całkiem obcej rzeczywistości.

Jedynym łącznikiem pomiędzy wami a tą ciągle rozszerzającą się czasoprzestrzenią, która ją określa, jest niewidzialny dla was świat nieznanych energii i powiązanych z nimi stanów skupienia materii.

To wielowymiarowy, nieskończony ocean wszechmożliwości, w którym, jak mały okręt podwodny, płynie po osi czasu wasz trójwymiarowy, barionowy Wszechświat.

Te dwa światy rządzą się zupełnie innymi prawami i mimo że przenikają się wzajemnie, nie należą do siebie. Mówiąc dokładniej: wasz świat, w pewien szczególny sposób należy do Wszechświata nieskończoności, ale ta zależność nie działa w obie strony. Dlatego tak trudno będzie wam to zrozumieć…

My nauczyliśmy się z tego korzystać, ale dla was jest to nieosiągalne… I jeszcze długo takie pozostanie…

Skąd wiem to wszystko?

Powiedzieli mi to ci, których cywilizacja zdołała przetrwać miliony lat w groźnym i niegościnnym Kosmosie tylko po to, żeby oni sami mogli się o tym dowiedzieć…

To o nich jest ta książka.

 

Chris Wilton

I.BURZA NAD OCEANEM

Na szeroko rozlanym horyzoncie Oceanu Indyjskiego, widocznym z tarasów hotelowego kompleksu położonego na niewielkim wzniesieniu, tuż za pierwszą, zarośniętą trawami wydmą przetaczała się burza.

Musiała być bardzo daleko od brzegu. Na tyle daleko, że do zwróconych w stronę oceanu tarasów nie docierały żadne odgłosy rozświetlających niebo piorunów. Słychać było tylko jednostajny szum fal przyboju, cierpliwie uderzających w bazaltowe skały porozrzucane z rzadka wzdłuż ciągnącej się kilometrami, szerokiej, piaszczystej plaży.

Zjawisko było fascynujące. Wpatrywaliśmy się jak zahipnotyzowani w rozbłyski wyładowań rozświetlających zlewającą się z oceanem wzdłuż linii horyzontu warstwę chmur. Przenosiły się z jednej strony na drugą, a potem w przeciwnym kierunku. Bez przerwy i niezmordowanie. Wyglądały jak pokaz sztucznych ogni. Ale poza groźnym hukiem załamujących się przy brzegu fal nie docierały do nas żadne odgłosy.

– Jak myślisz, jak daleko od nas może być ta burza? – Bob, siedzący na leżaku obok mnie, podał mi kolejne piwo.

– Nie wiem – odpowiedziałem, a po chwili namysłu dodałem: – Nie słychać grzmotów, więc musi być co naj­­­­mniej kilkadziesiąt kilometrów stąd. Może nawet sto? Albo więcej. Kto to wie? – Rozłożyłem ręce w bezradnym geście.

Siedzieliśmy w tej miejscowości od tygodnia, rozkoszując się słoneczną pogodą, ciepłymi wodami Oceanu Indyjskiego, wspaniałą plażą i mnóstwem wolnego czasu. Bob był zapalonym wędkarzem. W ciągu dnia próbował łowić ryby w fali oceanicznego przyboju. Stawał na bazaltowych skałach, tuż nad kipiącą w rozpadlinach wodą i rzucał obciążoną ołowiem przynętę daleko, poza załamujące się fale.

Trafiały mu się przeważnie młode rekiny. Niewielkie, półmetrowe, może trochę większe sztuki. Kłapały wściekle szczękami pełnymi ostrych jak brzytwy zębów. Ale wystarczyło je złapać za ogon i potrzymać głowami w dół. Zwisały wtedy bez ruchu, bezwładne, jakby były martwe. Podobno taka pozycja oddziałuje na ich centralny układ nerwowy, który nie przewiduje sytuacji, że ktoś będzie trzymał rekina za ogon głową do dołu. Reagują na nią, wyłączając się zupełnie.

Bob demonstrował to, podsuwając rekinom pod sam nos palce swojej drugiej, wolnej ręki. Nie zwracały na nie uwagi, zwisając jak nieżywe. Ja wolałem tego nie sprawdzać. Robiliśmy im zdjęcia i wypuszczaliśmy je z powrotem do wody.

Burza widoczna nad horyzontem trwała nieprzerwanie od dobrej godziny, ale u nas, na lądzie, pogoda była wciąż idealna. Było prawie bezwietrznie i tylko lekka bryza od oceanu przypominała, że coś niezwykłego działo się gdzieś daleko, w atmosferze.

Siedząc na tarasie, w milczeniu podziwialiśmy ten nadzwyczajny pokaz wyglądający, jakby był specjalnie dla nas przygotowany przez siły natury.

Boba ostatnio coś napadło. Od jakiegoś czasu zaczął w naszych rozmowach poruszać tematy, którym jak do tej pory nie poświęcał szczególnej uwagi. Trochę mnie to zdziwiło, bo to jego nagle obudzone zainteresowanie teorią pochodzenia Wszechświata, naszą rolą w jego porządku i innymi, bardzo filozoficznymi pytaniami trapiącymi ludzkość od zarania dziejów było czymś, czego się po nim zupełnie nie spodziewałem. Ale widocznie waga i znaczenie tych pytań – w dosyć dla mnie niezrozumiały sposób – wreszcie do niego dotarły.

Wiedział dobrze, że od dawna interesują mnie zagadnienia związane z astrofizyką, a zwłaszcza jej wpływem na rozwój nowoczesnych modeli kosmologicznych. Bywając u mnie, przeglądał czasem mój całkiem pokaźny zbiór publikacji i książek popularnonaukowych poświęconych tym zagadnieniom. Bywało, że wyjął jakiś egzemplarz z regału, przekartkował go pobieżnie i uśmiechając się pobłażliwie, z gestem rozbawienia odkładał go na półkę. Nigdy jednak nie skomentował zawartości mojej biblioteczki i tylko raz zapytał, czy oprócz tego czytam też jakieś normalne książki… Zapytałem go wtedy, jakie to są według niego te normalne książki, ale roześmiał się tylko i nic na to nie odpowiedział. Potem już nie wracał do tego tematu.

Chociaż nigdy się otwarcie do tego nie przyznał, zauważyłem, że musiał mnie uznać za swego rodzaju autorytet w tej dziedzinie i że paradoksalnie trochę go to chyba drażniło. W naszych rozmowach często przekornie kwestionował moje poglądy i zadawał podchwytliwe, jak zapewne sądził, pytania, które dowodziły tylko jego braku oczytania i podstawowej wiedzy pozwalającej choćby na zrozumienie skali jego własnej ignorancji. Myślę, że powoli to odkrywał i stąd brała się jego irytacja.

Najwyraźniej wchodził w ten okres życia, kiedy zaczynamy podejrzewać, że Wszechświat, w którym żyjemy, jest dużo bardziej skomplikowany, niż nam się to do tej pory wydawało… Chyba że przyjmie się na wiarę to, co próbują nam od dziecka wbić w głowę na lekcjach religii. Wtedy ma się spokój i nie odczuwa się potrzeby szukania odpowiedzi na te beznadziejnie trudne pytania, bo akceptując iluzję, wie się wszystko, nic jednocześnie o świecie nie wiedząc…

Ale Bobowi najwidoczniej to nie wystarczało.

Kiedyś, zupełnie nieoczekiwanie i pozornie bez związku z tematem naszej rozmowy, zapytał nagle:

– Wierzysz w UFO?

Zaskoczył mnie. Roześmiałem się, jak zwykle zdziwiony jego bezpośrednim podejściem do trudnych pytań, które uważałem za dosyć osobiste, a nawet wręcz intymne, bo określające podstawy mojego światopoglądu. Nie lubiłem o tym rozmawiać z ludźmi słabo zorientowanymi w temacie, a za takiego go wówczas uważałem. Takie rozmowy przeważnie kończyły się kompletnym brakiem porozumienia, a często nawet dosyć ostrą wymianą zdań, czego starałem się unikać, bo z Bobem łatwo było się pokłócić.

– Co przez to rozumiesz? – odpowiedziałem, próbując ominąć bezpiecznie kolejną rafę, która pojawiła się na kursie naszych wzajemnych stosunków…

– To proste. Pytam, czy wierzysz w UFO – powtórzył, wyraźnie poirytowany.

Spojrzałem na niego, zastanawiając się, jak na to odpowiedzieć.

Bob jest dziwnym facetem. Z natury bardzo bystry i inteligentny, z dużym poczuciem humoru i potencjałem intelektualnym, ma jeden, podstawowy problem. Jest nim brak gruntownego wykształcenia, które nie gwarantuje wprawdzie zrozumienia wszystkich problemów tego świata, ale w niektórych przypadkach może je znacznie ułatwić. Mówiąc wprost: Bob jest niedouczony i wszystko próbuje brać na tak zwany zdrowy, chłopski rozum. Ale to nie zawsze wystarcza.

Może dlatego bywa nieufny i często niełatwo ­przychodzi mu zaakceptować coś, co nie zgadza się z jego, jak mu się wydaje, zdroworozsądkowym podejściem. Na dodatek zbyt mało wie, żeby umieć odróżnić informacje wiarygodne i mające racjonalne, naukowe uzasadnienie od pseudonaukowego bełkotu krążącego w sieci. W rezultacie wszystko staje się dla niego problemem wiary, tak jakby wiara była gwarancją prawdy. Dla mnie jest to trochę bardziej skomplikowane.

– Jeśli pytasz, czy wierzę w to, że ludzie widują na niebie obiekty, których pochodzenia nikt nie potrafi wyjaśnić, to moja odpowiedź brzmi: tak. Wierzę w to – odpowiedziałem, patrząc na niego poważnie.

Bob się roześmiał.

– Nie o to mi chodzi, nie udawaj wariata – powiedział z rozbrajającą szczerością. – Pytam, czy wierzysz, że UFO są pojazdami kosmitów i czy według ciebie istnieją cywilizacje pozaziemskie. Czy przybywają do nas kosmici z innych planet, o to pytam. To chyba proste pytanie? – Spojrzał na mnie wyczekująco.

To było zdecydowane postawienie sprawy. Zacząłem się zastanawiać, co powiedzieć, żeby nie wywołać zbyt namiętnej dyskusji. Nie miałem tego wieczora ochoty na światopoglądowe spory. Ale gdy spojrzałem na jego poważną minę, uznałem, że nie mam wyjścia.

– Dobrze, odpowiem ci na to proste, jak twierdzisz, pytanie. Ale najpierw musiałbym ci opowiedzieć, jak do tego doszedłem, a to jest dosyć długa historia, nie chciałbym cię zanudzić – powiedziałem, spokojnie patrząc na niego.

Natychmiast odbił piłeczkę.

– Nic się nie przejmuj, nigdzie mi się nie spieszy, z chęcią posłucham.

– Okej, sam tego chciałeś – odpowiedziałem i zacząłem swoją opowieść.

O tym, jak Wszechświat poraził mnie kiedyś swoim niewyobrażalnym ogromem i jak uświadomiłem sobie, że ani ja, ani nikt inny nigdy nie zbliży się zmysłami do tej otaczającej nas tajemnicy. I że wszelkie próby podejmowane na przestrzeni dziejów zmierzające do znalezienia odpowiedzi na te kilka podstawowych pytań dręczących ludzi od prapoczątków cywilizacji są skazane na niepowodzenie. Że nigdy ich nie poznamy i że najlepsze, co możemy zrobić, to pogodzić się z tym w sposób świadomy, uznając fakt, że jesteśmy tylko przypadkowymi uczestnikami tego kosmicznego spektaklu.

Co, paradoksalnie, nie powinno nam odbierać przyjemności. Wprost przeciwnie, wyzwoleni ze złudnych i naiw­nych nadziei roztaczanych przez fałszywych proroków rozmaitych religii powinniśmy starać się zrozumieć otaczający nas Wszechświat, posługując się tym, co udało się nam ustalić w sposób naukowy i racjonalny. Bo choć jest oczywiste, że nigdy nie wyjdziemy poza horyzont obserwowalnego Wszechświata, to na podstawie wszelkich dostępnych nam informacji powinniśmy starać się poznać to, jak jest zbudowany i jak działa. Tylko tak możemy dowiedzieć się czegokolwiek o tym, co większość ludzi określa jako dzieło stworzenia…

Bob milczał, patrząc na mnie nieruchomym i jakby trochę nieobecnym wzrokiem. Nie odezwał się, więc uznałem, że mogę ciągnąć dalej swoją, prawdopodobnie przydługą, jak na jego oczekiwania, wypowiedź.

– Wracając do twojego pytania o UFO, to pewnie cię zdziwi, ale jestem przekonany, że Kosmos musi roić się od życia. Nie jesteśmy jedyni i wyjątkowi, jak to nam się próbuje wmawiać, a życie, w tym inteligentne jego formy, są raczej normą niż jednorazowym, znanym tylko na naszej planecie zjawiskiem. Ale być może nigdy się tego nie dowiemy, bo Wszechświat jest tak wielki, a odległości pomiędzy galaktykami, a nawet ewentualnymi układami planetarnymi w naszej galaktyce, są tak ogromne, że najprawdopodobniej wykluczają jakąkolwiek formę fizycznego kontaktu pomiędzy nami a nimi. Oczywiście poza przekazem informacji w postaci fal elektromagnetycznych, a jestem pewny, że taki sygnał kiedyś do nas dotrze – zakończyłem, ciekawy, jak Bob zareaguje na ten mój przydługi wykład.

Wysłuchał mnie wtedy dosyć cierpliwie, jak na niego, ale zazwyczaj sceptyczny wyraz jego twarzy powrócił po chwili i mówił wszystko. Spojrzał na mnie z lekko zaprawionym ironią uśmiechem.

– Przecież sam mi kiedyś opowiadałeś, że widziałeś na niebie coś, co z całą pewnością musiało pochodzić z innej niż ziemska cywilizacji. A teraz twierdzisz, że nawet jeśli oni istnieją, to i tak nigdy ich nie zobaczymy… Coś mi się tu nie zgadza. Zapomniałeś już?

Nie zapomniałem. Zawsze będę to pamiętał…

Afrykańskie noce, ciepłe i łagodne, zachęcają do spędzania czasu na zewnątrz. Siedzieliśmy wtedy nad basenem razem z moją ówczesną dziewczyną, gapiąc się w bezchmurne, pełne gwiazd niebo. Miałem od dawna ten nawyk, a Afryka Południowa stwarzała znakomite warunki do takich obserwacji.

Nagle go zauważyłem. Czarny, trójkątny cień na niebie powoli wyłonił się spoza wielkiej jakarandy rosnącej w rogu ogrodu. Takie było moje pierwsze skojarzenie. Zastygłem na chwilę w zdumieniu, a potem przetarłem oczy, ale on tam był, przesuwał się powoli i nie miał zamiaru zniknąć.

– Czy widzisz to samo, co ja? – wskazałem ręką na poruszający się po rozgwieżdżonym niebie wielki, szeroko ramienny, czarny trójkąt.

– O Boże, co to jest? – Moja dziewczyna powiedziała to przerażonym szeptem, chwytając mnie za rękę.

– To pytanie było do mnie? – zakpiłem.

Żachnęła się niecierpliwie. Była bardzo religijna, jak przystało na wychowaną w przyzwoitej, burskiej rodzinie pannę i chyba miała nadzieję, że z takiego źródła odpowiedź bę­­­dzie natychmiastowa. Ale adresat pytania, jak zwykle, tajemniczo milczał, a ja też nie znałem odpowiedzi…

Patrzyłem jak zahipnotyzowany na czarny jak smoła, trójkątny kształt widoczny wyraźnie na tle rozgwieżdżonego nieba. Lecąc w kierunku północnym, przesuwał się powoli i bezgłośnie, odsłaniając jedne, a zasłaniając kolejne gwiazdy w trakcie ruchu po swojej łukowej trajektorii. Na przednich krawędziach jego szeroko rozpostartych ramion widać było dwa rzędy zamglonych, świecących słabym, neonowym blaskiem, malutkich światełek. Wyglądały jak sznur rozświetlonych od środka szklanych koralików. Bez słowa śledziliśmy go przez dobrą minutę, aż zniknął za horyzontem nad widoczną z naszego miejsca panoramą Johannesburga.

Na drugi dzień w lokalnej prasie pokazało się kilka doniesień od zamieszkałych w okolicy ludzi. Podobno widzieli na niebie coś niezwykłego…

Burza nad horyzontem powoli zanikała. Bob popatrzył na mnie z tym swoim niezmiennie podejrzliwym uśmiechem. Pojawił się w nim cień satysfakcji kogoś, kto postanowił mnie wreszcie złapać na braku konsekwencji w tym, co mówię, i zdecydował się zrobić to właśnie teraz.

– Pamiętasz to UFO nad Johannesburgiem, o którym mi kiedyś opowiadałeś? – zapytał niespodziewanie.

Zaskoczył mnie po raz kolejny. Czyta w moich myślach, czy co? – przemknęło mi przez głowę i aż się roześmiałem.

– Jak mógłbym zapomnieć? Rozmawialiśmy o tym wiele razy. To zdarzenie zmieniło moje poglądy – odpowiedziałem spokojnie. – Jestem przekonany, że to nie był samolot, balon meteorologiczny ani nic z tego, czym nas raczą oficjalne media, próbując takie zjawiska wyjaśnić. Więc jak to wytłumaczyć inaczej niż wizytą obcej cywilizacji?

Bob popatrzył na mnie uważnie.

– Kiedyś, zanim to się stało, gdy pytałem, czy wierzysz w UFO, próbowałeś mnie przekonać, że to tylko ludzkie wymysły, chyba pamiętasz… Zmieniłeś zdanie? – Zaśmiał się z widoczną satysfakcją.

Popatrzyłem na niego przez dłuższą chwilę i powiedziałem:

– Zgadza się, Bob, zmieniłem. To właśnie chciałem ci powiedzieć. Od dawna wierzyłem i nadal wierzę w istnienie pozaziemskich cywilizacji, ale myślałem, że z powodu dzielących nas odległości takie kontakty są niemożliwe. Od tamtej chwili wiem, że się myliłem… Nie wiem, jak oni to robią, ale muszą dysponować technologią, która im na to pozwala. Dla nas nie do osiągnięcia. My mamy tylko silniki odrzutowe, a takie rzeczy Chińczycy znali już kilka tysięcy lat temu. Można na tym co najwyżej zalecieć na Marsa, ale mówienie o podboju Kosmosu to w tym przypadku jakiś kosmiczny żart…

– A Mars to nie Kosmos? – zapytał z wyraźnym zdziwieniem.

– Chyba żartujesz! – Roześmiałem się. – Mars to nasze najbliższe sąsiedztwo. Prawdziwy Kosmos zaczyna się dopiero za naszym układem słonecznym. A może nawet poza naszą galaktyką? Ci z NASA mogą sobie myśleć i mówić inaczej, ale oni muszą podbijać ten tak zwany przez nich Kosmos. Za pieniądze podatników, oczywiście, więc co niby mają nam mówić…

– Może i tak – zgodził się niespodziewanie. – Przyniosę piwo z lodówki. – Poderwał się z leżaka.

Odetchnąłem z ulgą. Bob od jakiegoś czasu zaczytywał się książkami traktującymi o rzeczach starannie omijanych przez oficjalną naukę. Myślę, że próbował dowiedzieć się czegoś o świecie, w którym żył i który z jakichś powodów zaczął mu się w pewnym momencie wydawać trochę inny, niż do tej pory sądził…

Niestety, przyjmował wszystko, co było dla niego nowe, całkiem bezkrytycznie i te pseudonaukowe brednie pisane przez nawiedzonych badaczy różnych paranormalnych zjawisk łatwo trafiały do jego wyobraźni.

Często sprzeczaliśmy się, gdy próbowałem mu tłumaczyć, że większość z tego można wyjaśnić bez odwoływania się do kosmitów i nadprzyrodzonych sił.

– Cudów nie ma – starałem się go przekonać – są tylko rzeczy, których albo nie rozumiemy, albo nie potrafimy wyjaśnić na gruncie znanej nam fizyki.

Kiedyś pokłóciliśmy się przy okazji rozmowy o psychokinezie i lewitacji. Starał się mnie do tego przekonać, argumentując, że jakiś mądry facet mu to powiedział. O ile pamiętam, ten wszystkowiedzący mądrala to był taksówkarz, który wiózł go z lotniska. Nie mam nic przeciwko taksówkarzom, ale takie referencje specjalnie mnie nie przekonują…

– Jeszcze nigdy nikomu nie udało się wygiąć żadnej, nawet najcieńszej łyżeczki siłą umysłu ani pokonać ziemskiej grawitacji i zawisnąć w powietrzu – powiedziałem wtedy z ironicznym uśmiechem, patrząc, jak na to zareaguje.

Nie dał się przekonać i trochę się na mnie pogniewał. Od tamtej pory starałem się unikać dyskusji na te tematy. Uparcie wracał do tego, ale nie dawałem się sprowokować… Aż do tego wieczora.

Bob wręczył mi przyjemnie oszronioną butelkę z piwem.

– Chciałbym kiedyś zobaczyć UFO – powiedział. – Zazdroszczę ci tego.

– Musisz częściej patrzeć w niebo. – Roześmiałem się. – Może też kiedyś zobaczysz…

Nic na to nie odpowiedział.

Wyciągnąłem się wygodnie na leżaku i zamknąłem oczy. Chyba przysnąłem, bo poczułem nagle, że ktoś gwałtownie szarpie mnie za ramię.

– Spójrz na to! Co to jest?! – Bob wrzasnął histerycznie.

Zanim zdążyłem poderwać się z leżaka, na taras wyskoczyły jego dzieci, zaintrygowane tym nagłym wybuchem emocji. Spojrzeliśmy wszyscy we wskazanym przez niego kierunku. To, co zobaczyłem, odebrało mi dech w piersiach.

Jakiś przedziwny, nieprzypominający niczego, co do tej pory widziałem, obiekt leciał wzdłuż linii wybrzeża, prosto w naszym kierunku, na niezbyt dużej wysokości. Wolno, majestatycznie i co najdziwniejsze zupełnie bezgłośnie.

Gdy przelatywał tuż nad naszymi głowami, wydawał się wielkości dużego pasażerskiego samolotu podchodzącego do lądowania. Był szarometalicznego koloru, miał kształt trójkątnego skrzydła, a na przednich krawędziach wyraźnie widoczne, owalne otwory okienne świecące przyćmionym, neonowym blaskiem. Podobne światła znajdowały się na spodniej części. Widać też było na niej w ich blasku szczegóły jakichś elementów o obłych kształtach, wyraźnie zaznaczających się na dolnej powierzchni skrzydła.

Najbardziej uderzyło mnie to, że nie był to jakiś słabo widoczny, o zamazanych konturach, trudny do określenia

kształt na niebie, wielokrotnie opisywany przez świadków podobnych zdarzeń. To była prawdziwa maszyna latająca z wyraźnie wyróżniającymi się na jej dolnej, widzianej od spodu powierzchni elementami konstrukcyjnymi. Ten pojazd nie był wytworem naszej cywilizacji i od pierwszej chwili, gdy go tylko ujrzałem, nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości.

A nie jestem amatorem w tej dziedzinie. Od lat interesuję się lotnictwem i wielokrotnie widziałem różne samoloty podchodzące do lądowania. Z podobnej odległości można było dostrzec otwarte klapy na skrzydłach, ich siłowniki hydrauliczne, wypuszczone podwozie i wiele innych, wyraźnie widocznych detali. A już na pewno było je słychać. I to jak… Ryk silnika turboodrzutowego z tej odległości jest powalający. Nawet wysoko lecący samolot trudno przegapić. Słychać go z odległości wielu kilometrów, nawet gdy go już nie widać. A to, co przelatywało nad nami, nie wydawało najlżejszego szmeru. Poruszało się cicho jak opadający z drzewa liść, drwiąc jawnie z siły ziemskiej grawitacji…

Bob i jego dzieci, wrzeszcząc z emocji, biegali jak szaleni po tarasie i wychylając się przez barierkę, starali się jak najdłużej utrzymać go w polu widzenia. Wszyscy byliśmy w sta­­­­­nie szoku.

Dziwny obiekt przeleciał nam nad głowami bezszelestnie jak cień. W milczeniu podążałem za nim wzrokiem, aż po kilkunastu sekundach zniknął za drzewami dzikich bananowców porastających najwyższe wydmy.

Gapiliśmy się na siebie bez słów.

Bob z niewypowiedzianym zdumieniem w oczach, a ja dodatkowo z lekkim uśmiechem satysfakcji na ustach. Wyraz niedowierzania, jaki zawsze pojawiał się na jego twarzy, zniknął bez śladu.

– Teraz mi wierzysz? – przerwałem jego pełne zdumienia milczenie.

Nic nie odpowiedział, tylko pokręcił bezradnie głową.

Wszyscy poszli już spać, a my dalej siedzieliśmy na tarasie z oczami wbitymi w niebo, mając nadzieję, że uda nam się jeszcze coś zobaczyć.

Przetaczająca się daleko nad horyzontem burza ustała zupełnie. Powietrze wisiało nieruchomo i tylko ryk fal przyboju zakłócał nocną ciszę. Nie odzywaliśmy się do siebie i pełni buzujących w nas emocji, obserwowaliśmy niebo w nadziei, że jeszcze raz coś podobnego zobaczymy. I w pewnej chwili to się stało. Ciarki przebiegły mi po plecach. Równocześnie zerwaliśmy się z leżaków.

Trzy jasno świecące punkty pojawiły się wysoko na niebie. Leciały w formacji trójkąta i po lekkim łuku zmierzały w kierunku lądu. W pewnej chwili gwałtownie zakręciły, nie zmieniając szyku, zrobiły efektowną pętlę, a potem, nagle przyśpieszając, zaczęły maleć w oczach i szybko zbliżać się do siebie, aż zlały się w jeden punkt, który zniknął w jednej chwili jak zgaszona nagle świeczka. Jakby ktoś nakrył go płachtą koloru nieba.

Wyglądało to jak efekty świetlne często wykorzystywane w filmach science fiction, mające przedstawiać obiekty przechodzące do hiperprzestrzeni i znikające w efektownym rozbłysku z pola widzenia.

Bob nie odrywał wzroku od rozgwieżdżonego nieba. Wiedziałem, że do tej pory nie bardzo wierzył w moje opowieści, mimo że był raczej pewny istnienia takich niewyjaśnionych zjawisk. I właśnie to małe słówko „raczej” oddawało jego przekonania. Bo być czegoś „raczej” pewnym to nie to samo, co zobaczyć to na własne oczy…

Co do mnie, to moja wiara w istnienie obcych cywilizacji we Wszechświecie oraz w to, że dobrze o nas wiedzą,

została ugruntowana raz na zawsze i nieodwołalnie. To była już niezachwiana pewność. Wiedziałem, że ci, którzy tego nie doświadczyli, nigdy mi w to nie uwierzą i zawsze będą starali się udowodnić, że padłem ofiarą jakiejś iluzji, ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Nie miałem zamiaru nikogo nawracać…

– Odlecieli – powiedziałem po chwili.

Siedzieliśmy na tarasie jeszcze przez jakiś czas, rozmawiając z ożywieniem o tym, co widzieliśmy, i snując różne przypuszczenia na ten temat. Bob odblokował się zupełnie. Słuchał mnie z wypiekami na twarzy, spoglądając co chwila w niebo, tak jakby się bał, że coś go ominie. Tej nocy nie zdarzyło się jednak już nic niezwykłego.

II.OBCY STAN DUCHA

Nazajutrz od samego rana rozmawialiśmy wyłącznie o naszym wczorajszym przeżyciu. Najbardziej emocjonowały się tym dzieciaki Boba. Gdy się tylko obudziły, zaczęły rysować to, co zobaczyły z nami na niebie. Wydłużony, trójkątny obiekt z owalnymi światłami widocznymi na krawędziach skrzydeł i od spodu. Podobieństwo do tego, co wciąż miałem przed oczami, było uderzające. Nie mogło być mowy o żadnym zbiegu okoliczności.

Widać było, że Bob w dalszym ciągu nie może otrząsnąć się ze zdumienia, wypisanego wyraźnie na jego twarzy. Wziął jeden z kilku rysunków i wcisnął mi go do ręki.

– Myślisz, że to się naprawdę zdarzyło? – zapytał.

– Wątpisz już nawet w to, co sam widziałeś? Nasze zmysły są oczywiście zawodne i czasami wprowadzają nas w błąd, ale chyba nie w tym przypadku. – Roześmiałem się.

– Sam już nie wiem… A może padliśmy ofiarą zbiorowej sugestii? Bez przerwy o tym rozmawialiśmy, aż wreszcie zobaczyliśmy to, co chcieliśmy zobaczyć…

Popatrzyłem na niego spokojnie i powiedziałem:

– Twoje dzieci nie słyszały naszej rozmowy, bo oglądały telewizję w pokoju przy tarasie. Ale gdy krzyknąłeś, przybiegły do nas i widziały to samo, co my. Popatrz na to – oddałem mu kartkę z rysunkiem – one też padły ofiarą naszej zbiorowej sugestii?

– No tak, to chyba niemożliwe – zgodził się, patrząc na niezdarne, ale wyraźnie przypominające to, w co ciągle nie mógł uwierzyć, rysunki. – A ciebie to nie zdziwiło? – zapytał. – Zachowujesz się tak, jakby to było coś normalnego. – Wzruszył ramionami.

Roześmiałem się i patrząc mu prosto w oczy, powiedziałem:

– Mnie to co najwyżej zaskoczyło, i to bardzo. Ale czy zdziwiło? Chyba nie, a przynajmniej nie w takim sensie, w jakim zdziwiony może być ktoś, kto zobaczył coś, w czego istnienie nie wierzył. Jeśli miałbym opisać swoje uczucia, to byłaby to chyba granicząca z euforią radość, ale na pewno nie zdziwienie – odpowiedziałem. – Teraz już wiem, że nie jesteśmy sami w Kosmosie i jestem szczęśliwy, że udało mi się znowu zobaczyć coś, co potwierdza moje przekonania. To było według mnie jak wygrana głównego losu na loterii. Wiesz, ilu ludzi oddałoby wszystko za to, żeby zobaczyć to, co my wczoraj?

– Nie wiem, czy nie wolałbym po prostu wygrać w Lotto. Przynajmniej miałbym spokój…

Popatrzyłem na niego z rozbawieniem. Dla kogoś nieprzygotowanego uświadomienie sobie tego, że jednak nie jesteśmy sami w Kosmosie, może być bardzo traumatycznym przeżyciem. Burzy wszystko, co w nas przez lata wyrosło, często niezależnie od naszej woli. Nawet w ludziach sceptycznych wobec wiary i zdających sobie sprawę z tego, że religia nie odpowiada na żadne z ważnych i dręczących ich od dawna pytań.

Bo każdy potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. Dlatego budujemy te swoje zamki z piasku i nie będąc nawet do końca przekonani, że to coś pomoże, ufamy, że przynajmniej nie zaszkodzi. Ot tak, na wszelki wypadek, warto w coś wierzyć…

Bob traktował to do tej pory jak niezwykłe ciekawostki albo co najwyżej intrygujące zagadki. Budzące zaciekawienie, ale wciąż pozostawiające wiele różnych wątpliwości i tym samym stwarzające wielkie pole dla domysłów. Teraz to się zmieniło. Jego piaskowy zamek runął i trzeba było się z tym zmierzyć…

Dla poprawy nastroju zaproponowałem wieczornego grilla. Od razu się rozchmurzył. Dobrze zrobiony, lekko różowy w środku i soczysty T-bone stek każdego może wprawić w dobry humor.

Po południu, gdy zaczęło się ściemniać, usiedliśmy na tarasie. Steki były wspaniałe, a wino z regionu Stellenbosch poprawiło nam nastrój. Bob chyba pogodził się już z tym, że pewne rzeczy przestały być dla niego tylko zagadką.

– Jak myślisz, po co oni tu przylatują? – zapytał.

– Cholera ich wie – odpowiedziałem często używanym przez niego tekstem. – Może robią na nas jakieś eksperymenty?

Aż podskoczył na fotelu.

– Eksperymenty? Na nas?

– Oczywiście, że na nas, a na kim? Może jesteśmy dla nich czymś w rodzaju rezerwatu przyrody. My też lubimy takie miejsca…

Roześmiał się.

– To prawda. Ale wolałbym, żeby zostawili mnie w spokoju. Głupio byłoby znaleźć się w roli królika doświadczalnego. Nie wiem, jak bym na to zareagował.

– W ogóle byś nie zareagował. Nie mógłbyś się nawet ruszyć i patrzyłbyś tylko bezsilnie na to, co z tobą robią. Mogliby cię nawet wykorzystać seksualnie… I to w dowolny sposób – zażartowałem.

Potraktował to poważnie.

– Daj spokój, nie chcę nawet o tym mówić. – Skrzywił się z niesmakiem. – Myślisz, że mają nad nami taką władzę?

– Nie wiem, ale jestem przekonany, że dzieli nas przepaść cywilizacyjna i technologiczna. To, że potrafią tu przybyć na swoich maszynach latających poruszających się w powietrzu tak, jakby nie dotyczyła ich siła grawitacji, jest wystarczającym dowodem. Pewnie mają technologię, która dla nas jeszcze bardzo długo nie będzie dostępna. A może i nigdy? Chyba wcześniej padniemy ofiarą swojego własnego arsenału nuklearnego albo trafi nas szlag przez jakąś zabłąkaną asteroidę…

– Miłe perspektywy roztaczasz, wielkie dzięki – żachnął się Bob. – Wszystkiego człowiekowi się odechciewa… Trochę więcej optymizmu, kolego, może przybywają, żeby nam pomóc i rozwiązać nasze problemy?

– Czyś ty zwariował? – udałem, że traktuję jego uwagi poważnie, i spojrzałem na niego ironicznie. – Niby dlaczego mieliby to robić? Czy my, przedstawiciele opartej na chrześcijaństwie cywilizacji, rozwiązaliśmy jakieś problemy Indian północnoamerykańskich albo rdzennych mieszkańców Australii, o bizonach już nawet nie wspominając? Oni mogą zrobić to samo z nami…

– Nie wiem, czy dobrze robimy, wysyłając w przestrzeń te sygnały radiowe. Może lepiej byłoby siedzieć cicho? – Bob spojrzał na mnie z niemym pytaniem na twarzy.

– I tak już za późno. Wiedzą o nas… Może nas wczoraj sfotografowali?

– Niby po co?

– Żeby się pochwalić żonie po powrocie do domu. A ty nie fotografowałeś lwów, jak byliśmy w rezerwacie?

Miałem z nim wspaniałą zabawę. Przeciągnąłem się na fotelu. Kark bolał jakby trochę mniej. Spojrzałem w niebo.

– Jak myślisz, skąd oni tu przylecieli? – Bob nie zamierzał się poddać.

– Trzeba się było ich zapytać… – obróciłem jego pytanie w żart.

– Nie wygłupiaj się, mówię poważnie – zirytował się. – Myślisz, że pochodzą z naszej galaktyki czy z innej?

Humor mu się wyraźnie poprawił, bo zaczął już sobie z tego żartować. A może to tylko afrykańskie wino miało takie właściwości? Nalałem sobie kolejną lampkę.

– Myślę, że pochodzą z naszej, ale pewności nie mam, można tylko spekulować. Nasza galaktyka jest wystarczająco duża, żeby pomieścić wiele takich cywilizacji. Dla kogoś, kto może pokonać dystans kilkunastu lat świetlnych, kilkaset a nawet kilka tysięcy też może nie stanowić problemu. Zależy, jak się przemieszczają w czasoprzestrzeni.

– A jak niby mają się przemieszczać? Odpalamy rakietę i jedziemy…– roześmiał się.

– Daleko byś nie zaleciał, życia by ci nie starczyło, żeby dotrzeć do najbliższej gwiazdy. To są lata świetlne, muszą to robić inaczej.

– Niby jak?

– Nie wiem, ale na pewno rakietą z napędem odrzutowym nie latają. Widziałeś wczoraj, jak to nad nami przeleciało, a właściwie bezgłośnie przepłynęło? Słyszałeś coś? No widzisz…

Bob zamyślił się i spojrzał w niebo.

– Może dzisiaj też przylecą – powiedział po cichu…

Nie przylecieli. Siedzieliśmy do późnej nocy na tarasie i w koń­­­cu się rozpadało. Nadciągnęły chmury znad lądu i przesłoniły niebo. Poszliśmy spać.

W nocy coś mnie obudziło. Było gorąco, przekręcałem się z boku na bok, bezskutecznie starając się zasnąć. W końcu po kilku nieudanych próbach wstałem i wyszedłem na taras, żeby się przewietrzyć. Spojrzałem w niebo i od razu go zauważyłem. Trójkątny, metalicznoszary, lekko wypukły od spodu, wielki obiekt wisiał nieruchomo nade mną. Zdziwiłem się, że tam jest, ale najbardziej uderzyło mnie to, że nie wzbudził we mnie poczucia zagrożenia, tak jakbym wiedział, że nic nie może mi się stać. Patrzyłem na niego i na błyszczące przymglonym, niebieskobladym światłem owalne okna. I nagle uświadomiłem sobie, że to musi być tylko sen. Przecież ja śpię – dotarło do mnie po chwili i roześmiałem się po cichu. Chciałem się przekręcić na bok i dopiero wtedy się obudziłem. A przynajmniej tak mi się wydawało, bo nie mogłem się poruszyć.

Co mi jest? – pomyślałem, próbując podnieść głowę.

Ale głowa została tam, gdzie była. Czułem, że ją mam, ale nie mogłem nią poruszyć. To było dziwne uczucie. Jakbym był sparaliżowany.

Co ja robię, przecież muszę najpierw otworzyć oczy, to tylko sen – przemknęło mi przez głowę. Ale oczu też nie udało mi się otworzyć. Starałem się z całych sił. Na próżno.

I wtedy ogarnęło mnie przytłaczające zimną falą uczucie paraliżującego strachu. Bałem się, ale poza tym nadal nic nie czułem. Nie czułem przyśpieszonego bicia serca tam, gdzie powinno się ono znajdować, nie czułem przyśpieszonego oddechu, chociaż wydawało mi się, że tak właśnie oddycham, ani kurczowo zaciśniętych w pięści dłoni. Nie czułem nic poza ogarniającym mnie przerażeniem i poczuciem zupełnej bezsilności.

To tylko sen – myślałem w panice, starając się uspokoić.

Nagle usłyszałem jakiś głos. Właściwie to go nie usłyszałem; odezwał się w mojej głowie tak, jakby ktoś był tam w środku i mówił do mnie.

– Nie musisz się bać, nic ci nie grozi. Uspokój się…

Głos był spokojny, niski i przypominał barwą głos kobiety.

Chciałem zapytać, kto to mówi i co właściwie się ze mną dzieje, ale nie mogłem wykrztusić ani słowa. Wydawało mi się, że z moich ust wydobywa się tylko jakiś niezrozumiały bełkot. Miałem wrażenie, że śnię, będąc jednocześnie na jawie i wiedząc o tym, że to tylko sen, z którego nie mogę się w żaden sposób wyrwać…

To było przerażające uczucie. Ponownie ogarnęła mnie panika.

– Nic nie mów, rozumiem wszystko – zabrzmiało w mojej głowie. – Nie staraj się mówić, tak będzie łatwiej. O, tak. Po prostu myśl… Przecież wiesz, gdzie jesteś. – Ktoś się roześmiał. – Wiesz, prawda?

– Czy to…

– Tak, jesteś na naszym statku kosmicznym. Tak to nazywacie?

Mój strach nagle ustąpił. Poczułem się, jakbym był zawieszony gdzieś w powietrzu, w kokonie, w którym nie było grawitacji i do którego nie docierały żadne bodźce oprócz głosu, który dziwnie mnie uspokajał. Nagle usłyszałem coś w rodzaju muzyki.

Nie usłyszałem jej w sensie dosłownym, tak jak to się normalnie dzieje, gdy jej słuchamy. Coś pojawiło się nagle w mojej głowie i wydało mi się, że muzyka dociera do mnie z bardzo daleka. Była cicha, prawie na granicy słyszalności, a jednocześnie bardzo wyraźna i tak niepodobna do tego, co w życiu słyszałem, że całkowicie przykuła moją uwagę. To były piękne sekwencje dźwięków, które przeplatały się ze sobą w dziwnej harmonii i niespotykanej rytmice.

Po chwili te przedziwne akordy wypełniły całą przestrzeń wokół mnie. Poczułem dziwne ciepło.

Zupełnie zapomniałem o strachu i nagle zrobiło mi się tak dobrze, lekko i tak niezwykle, jak jeszcze nigdy w życiu.

– Podoba ci się nasza muzyka?

To musiał być głos kobiety. Jej śmiech wybrzmiał w mojej głowie.

– Z nami jest trochę inaczej, ale wiem, co masz na myśli. Mogę być kobietą, jeśli tego chcesz… Ale o tym porozmawiamy później. Możesz otworzyć oczy.

Nie mogłem się odważyć.

– Śmiało, tym razem na pewno ci się uda.

Najpierw mocno zacisnąłem powieki i poczułem się dokładnie tak, jakbym mocno zacisnął powieki. Dopiero wtedy ostrożnie otworzyłem oczy.

Byłem w jasnym pomieszczeniu wypełnionym dziwną, opalizującą mgłą. Nie widać było żadnych rozpoznawalnych konturów. Tylko ta mgła.

– Zaraz się do tego przyzwyczaisz. Nie, to nie jest sen. – Roześmiała się. – Raczej coś, co przypomina znaną wam hipnozę. Zbyt silnie i często nieprzewidywalnie reagujecie na bodźce zewnętrzne, jesteście od nich całkowicie zależni. Musieliśmy zablokować większość twoich receptorów, ale tylko na czas naszej sesji. Później wszystko wróci do normy. Nawet nie będziesz o tym pamiętał.

Powoli zaczynałem dostrzegać jakieś kształty. Otaczająca mnie nieskazitelna biel zaczynała przybierać różne odcienie szarości. Nade mną wyłoniło się coś w rodzaju słabo zarysowanego, owalnego sklepienia. Emitowało na całej powierzchni słabą poświatę. W jej blasku pojawiły się zarysy bocznych ścian. Wciąż nie mogłem poruszyć głową, ale mogłem ruszać gałkami oczu. Kontury ścian i owalnego sklepienia stawały się coraz wyraźniejsze.

– Wiem, że cię to frustruje, ale musisz leżeć bez ruchu. To waż­­­­ne. Nie, nic ci nie zagraża, na pewno nic się nie stanie.

Chciałem zapytać, czemu tu jestem, ale zanim zdołałem poruszyć ustami, odpowiedziała:

– Rutynowe badania, pobieramy próbki genetyczne nieznanych gatunków. Nie staraj się mówić, po prostu myśl, wszystko rozu­­­­miem. Zrobiliśmy skan twojego mózgu. Co za bałagan tam macie…

I wtedy ją zobaczyłem. Stała obok mnie, trochę z przodu. Otoczona dziwną aureolą wysmukła sylwetka pochyliła się nade mną.

Miała pociągłą twarz ludzkiej kobiety z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Twarz, którą skądś znałem. Nie widać jej było wyraźnie, ale zobaczyłem, że uśmiechnęła się do mnie, a jej owal dziwnie rozmył się w tym uśmiechu. To niemożliwe – pomyślałem.

– Wszystko jest możliwe. – Znów się roześmiała. – A to, co widzisz, to tylko holograficzna projekcja. Sam ją zresztą, całkiem nieświadomie, wygenerowałeś. W rzeczywistości wyglądamy trochę inaczej, ale chyba mógłbyś się do mnie przyzwyczaić. Nie jestem odrażająca.

– Czy zobaczę, jak wyglądasz?

– Tak, ale muszę najpierw zresetować receptory w twojej korze mózgowej. W tych płatach, które zawsze uważaliście za zbędne… Twój mózg musi się przyzwyczaić do przetwarzania bodźców w naszym polu antygrawitacyjnym. Nie, nie będzie bolało, nawet nie poczujesz. – Znowu śmiech. – I jest całkowicie odwracalne, nie martw się.

Nagle wszystko zgasło mi przed oczami, jakby ktoś wyłączył żarówkę. Poczułem delikatne mrowienie wokół gałek ocznych i po chwili znowu zrobiło się jasno. Ale nie tak jak poprzednio. Tym razem widziałem wyraźnie.

Owalny sufit pomieszczenia, w którym się znajdowałem, miał dziwną fakturę. Emanował jasną poświatą, ale nie raził w oczy.

– Lepiej?

– Tak, widzę wyraźniej. To naprawdę ty?

Stojąca z boku postać, odziana w szaroperłową, świetlistą tunikę, patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami w kształcie wielkich migdałów. Były czarne i bardzo błyszczące, jak małe jeziorka roztopionej na słońcu smoły. Smukłą twarz ze szpiczastym, delikatnym podbródkiem, niewielkimi ustami i wąskimi nozdrzami otaczała dziwna aureola, a lekki grymas ust wyglądał, jakby się uśmiechała. Nie była odrażająca i wydała mi się nawet sympatyczna.

– No widzisz, nie było się czego bać – usłyszałem.

– Nie boję się już.

– To dobrze, nie wszyscy tak reagują. Trudno się czasami przebić przez te wasze pierwotne emocje. Zero kontaktu, zamieniacie się w przerażoną roślinę… Chciałbyś mnie o coś zapytać?

– Tak, mam dużo pytań.

– Skąd jesteśmy? Z niezbyt odległej galaktyki tego samego Wszechświata, w którym i wy żyjecie. Jest w nim wystarczająco dużo miejsca, żeby pomieścić wiele różnych gatunków. Ale nawet my nie wiemy, jak wiele. Ze znanych nam cywilizacji jesteśmy prawdopodobnie najstarszą. Udało nam się przetrwać wiele milionów lat. Niestety Kosmos to nie jest przyjazne miejsce do życia, wam może się to nie udać. Bo częściej się nie udaje…

– Co nam zagraża?

– Wszystko… Ale w waszym przypadku najbardziej wy sami… Ci, którzy was stworzyli, nieźle namieszali w waszym genomie…

– Stworzyli nas?

– Tak, do pewnego momentu byliście wynikiem spontanicznej ewolucji, ale wasza obecna forma to skutek eksperymentów genetycznych. Nie wiemy, kto to zrobił, ale wprowadził do waszego kodu bazowego DNA nieznany nam mechanizm tworzenia pewnych samosyntetyzujących się białek, które spowodowały, że szybko zaczęliście się rozwijać. Niestety za szybko i to był błąd… Gdy wasi twórcy zorientowali się, czym to grozi, i chcieli to skorygować, było już za późno. Dzięki temu nieprzewidywalnie mutującemu białku zaczęliście się błyskawicznie rozwijać, powielając ten defekt. A szkoda, bo powinniście pozbyć się tego nadmiaru rozsadzającej was agresji, który w końcu doprowadzi was do samozagłady… W pewnym sensie jesteście fascynującym gatunkiem. Niestety nie wróżę wam nic dobrego. Szkoda…

– Od kiedy o nas wiecie?

– Ci pierwsi trafili na was przypadkowo. Musieli lądować na waszej planecie z powodu awarii i natknęli się na coś zupełnie wyjątkowego. Akurat zaczynaliście chodzić w pozycji wyprostowanej… Mieli z wami niezłą zabawę. Utknęli tu na długi czas i nie bardzo wiedzieli, co mają robić, więc zajęli się wami z nudów. A potem odlecieli, zostawiając was na pastwę mutacji genetycznych, które zainicjowali. Następne kilka milionów lat minęło bardzo szybko i być może jeszcze długo mieszkalibyście w jaskiniach, gdyby nie ich kolejne wizyty. Po ostatniej pojawił się osobnik, którego nazywacie teraz człowiekiem z Cromagnon. Był już wyposażony we wszystko, co jest potrzebne, żeby przetrwać. Miał zręczne i chwytne dłonie oraz wspaniały, bardziej niż to było potrzebne, rozwinięty mózg. Nie wiedział tylko, co z nim począć… Więc zaczął wymyślać narzędzia do zabijania i szybko okazało się, że jest gotowy na podbój Ziemi… Niestety robicie to z zupełnie niewłaściwych pobudek. Wasze skomplikowane i nad miarę rozwinięte mózgi, nad którymi zupełnie nie panujecie, podpowiadają wam zbyt skomplikowane pytania. A ponieważ nie potrafiliście na nie odpowiedzieć, wymyśliliście sobie koncepcję stworzyciela wszechrzeczy. Nazwaliście go Bogiem i w jego imieniu sami odpowiadacie sobie na swoje własne pytania, nic jednocześnie nie wiedząc… To było najgorsze, co mogliście zrobić. Z powodu wymyślonego przez siebie stwórcy urządzaliście tu sobie niezłe jatki… Ale najgorsze zdarzyło się w ciągu ostatnich kilkuset lat. Zaczęliście intensywny proces rozwoju technologicznego i gdy pierwsze wyemitowane przez was fale radiowe poszły w przestrzeń, kilka wyżej rozwiniętych cywilizacji z sąsiedztwa od razu dowiedziało się o waszym istnieniu. A po tym, jak odpaliliście pierwszą bombę atomową, wszystko stało się jasne. Wtedy my się o was dowiedzieliśmy. Niestety za późno…

Ogarnęło mnie poczucie wstydu.

– Wiem, że to było bezmyślne – próbowałem tłumaczyć – nie liczyliśmy się z konsekwencjami, bo wydawało nam się, że jesteśmy sami w Kosmosie i że wszystko nam wolno. I chyba nadal tak myślimy…

– Wiemy o tym, to żałosne próby. Wasza naiwność i wiara w to, że jesteście jedynymi dziećmi wymyślonego przez was Boga wypełniającymi jego wolę, od początku prowadzi was w kierunku samozagłady. To dlatego większość rozwiniętych cywilizacji, które są świadome waszego istnienia, stara się trzymać od was z daleka… Jesteście zbyt agresywni i chyba jeszcze niegotowi na zupełnie inną rzeczywistość niż ta, w którą z takim przekonaniem i zapałem chcecie wierzyć…

– Ja jestem gotowy.

Wydało mi się, że się uśmiechnęła, ale nie byłem tego pewny. Na jej twarzy nie było widać żadnej mimiki. Była nieruchoma, tak jak jej oczy wpatrzone we mnie przez cały czas.

– Być może, ale takich jak ty jest niewielu, stanowicie, jak nam się wydaje, kilka procent całej populacji. Przez zupełny przypadek nie macie na synapsach płatów czołowych inicjowanej przez te samosyntetyzujące się białka neuronowej blokady. To ona tworzy dziwną pętlę sprzężenia zwrotnego i zamyka waszą logikę w układzie narzucającym określony schemat myślenia odpowiedzialny za zachowania agresywne. Dlatego jesteście trochę inni, bardziej krytyczni i odporni na manipulacje. Sami stawiacie pytania i szukacie na nie odpowiedzi. Powinieneś to był u siebie zauważyć. To przekazywana genetycznie cecha związana ze szczególnymi wiązaniami w sieci neuronowej, zależnymi od obecności tych właśnie białek. Czysty przypadek, że na ciebie trafiliśmy. Co z tobą będzie? – zapytała, zanim zdążyłem to pomyśleć. – Nic, przebadamy cię tylko dokładnie. Pobierzemy próbki genetyczne, zrobimy dokładny skan twojego mózgu i centralnego układu nerwowego i wrócisz do swojego życia. Będziesz przez jakiś czas miewał silne, ale krótkotrwałe bóle głowy, które wkrótce ustaną. I nawet nie będziesz o tym zdarzeniu pamiętał…

– Chciałbym pamiętać, żeby móc to opisać – wyprzedziłem jej pytanie.

– I tak nikt ci w to nie uwierzy. – Tym razem chyba naprawdę się uśmiechnęła. – W głowie masz kompletny zamęt, muszę to wyciszyć…

Wyciągnęła dłoń w kierunku mojej twarzy. Była prawie ludzka w kształcie, ale nienaturalnie szczupła, z długimi, smukłymi palcami. Było ich pięć. Położyła mi ją na skroni i w jednej chwili wszystko zgasło mi przed oczami.

Rano obudziłem się z potwornym bólem głowy. Wiedziałem, że śniło mi się coś niezwykłego, ale nic nie mogłem sobie przypomnieć. Tak jakby wyprano mi mózg. Coś tam było, ale w żaden sposób nie mogłem do tego dotrzeć.

Wszedłem pod prysznic. Bolał mnie kark i ten ból promieniował w górę głowy, wwiercając się w potylicę. Czułem się fatalnie. Zacząłem uciskać z obu stron skronie, zrobiłem kilka głębokich wdechów przeponą, starając się uspokoić, i nagle poczułem, że ból odchodzi. Po chwili zniknął zupełnie.

A z nim wspomnienie o śnie, którego treści nie mogłem sobie przypomnieć. Tak jakby się nigdy nie zdarzył. Pozostały tylko wspomnienia silnych emocji, jakie mu towarzyszyły. Bardzo mnie to dziwiło, ale o tym też zaraz przestałem myśleć.

Bob spojrzał na mnie z dziwnym uśmiechem, gdy wszedłem do kuchni.

– Marnie wyglądasz – pocieszył mnie.

– Obudziłem się z cholernym bólem głowy – powiedziałem. – Ale już mi przeszło. I to w jednej chwili, jakbym wziął jakiś wyjątkowo silny środek przeciwbólowy. Dziwne…

– Za dużo emocji. – Roześmiał się. – Ty przynajmniej byłeś na to gotowy… Prawdę mówiąc, nie wierzyłem ci w te twoje opowieści o dziwnych obiektach na niebie. Aż do wczorajszej nocy…

– Teraz już wierzysz?

– Sam nie wiem… Wiem tylko, co widziałem. Albo co mi się wydawało, że widziałem… Zastanawiam się, co to mogło być.

– A jak myślisz? – Spojrzałem na niego ironicznie. – Co jeszcze musisz zobaczyć, żeby to do ciebie dotarło? Pew­­­­nie niedługo powiesz mi, że to był balon meteorologiczny… – zażartowałem.

Ale on potraktował to poważnie.

– Nie powiem tego na pewno, nie jestem idiotą i wiem, co widziałem. Po prostu wciąż nie mogę do tego przywyknąć. Nie sądziłem, że kiedyś to zobaczę i że to, o czym myślałem jak o jakiejś bajce science fiction, nagle okaże się prawdą… Tak jakbym zobaczył żywego krasnoludka. – Zaśmiał się nerwowo. – A ciebie naprawdę to nie zdziwiło?

Popatrzyłem na niego spokojnie przez dłuższą chwilę.

– Nie, Bob, nie zdziwiło mnie to – powiedziałem powoli. – Przecież wiesz, że od dawna jestem przekonany o istnieniu obcych cywilizacji. Zdziwiło mnie tylko to, że udało mi się coś takiego zobaczyć. To było jak trafienie szóstki w totka… Ale sam fakt istnienia takich obiektów nie zdziwił mnie w ogóle.

– Jak myślisz, czemu się z nami nie skontaktują?

– Niby po co mieliby to robić? – zapytałem. – Sądzisz, że mamy im coś do powiedzenia? Nie łudź się, wiedzą o nas wszystko… I nie myślę, żebyśmy mogli jeszcze coś do tego dodać.

Bob nic na to nie odpowiedział. Bardzo to wszystko przeżywał i chyba ciągle nie mógł sobie z tym poradzić.

Co do mnie, to ogarnął mnie dziwny spokój. Tak jakby wydarzyło się w moim życiu coś, na co od dawna podświadomie czekałem, nie zdając sobie sprawy z tego, czym to jest. Ale tkwiło to we mnie jak cierń i dopiero po tym wydarzeniu nagle wszystko ustąpiło. Poczułem dziwną ulgę i radość.

Nie wiem, czemu tak się cieszyłem. Może to świadomość, że to jednak ja miałem rację? A może też pewien rodzaj dumy z tego, że to właśnie mnie się zdarzyło? Wiem, że miliony ludzi żyjących na Ziemi oddałoby wiele, żeby przeżyć coś takiego.

A moje wątpliwości – jeśli jeszcze takie miałem – zniknęły całkowicie. Ja już wiedziałem i nie musiałem nikomu nic tłumaczyć…

III.PIES PROFESORA ALBRECHTA

Już dawno zauważyłem, że ludzie, wśród których się obracałem, na pozór inteligentni, wykształceni, oczytani i postępowi – a przynajmniej tak o sobie z pewnością myśleli i takie też na innych sprawiali wrażenie – czegoś takiego jak istnienie życia inteligentnego poza Ziemią nie potrafili potraktować poważnie. Dziwiło mnie zawsze, skąd bierze się u nich tak silny opór przed próbą wyobrażenia sobie, że nie jesteśmy sami we Wszechświecie.

– Pozaziemskie cywilizacje? – pytali z lekceważącym uśmiechem na ustach, patrząc na siebie porozumiewawczo. – Chyba żartujesz…

Profesor filozofii, Rick Albrecht, często przysłuchiwał się naszym rozmowom w kantynie kampusu. Przesiadywał zawsze sam przy swoim stoliku pod oknem, z nieodłącznym notatnikiem, w którym co chwila coś zapisywał. Był znany z tego, że nie używał dyktafonu, tak jak reszta kadry naukowej. Cierpliwie skrobał coś na kartkach swoim wiecznym piórem, które było chyba starsze od niego. Pamiętam, jak pewnego dnia, po lunchu, zagadnął mnie na korytarzu.

– Chciałbym z panem porozmawiać, panie doktorze. – Uśmiechnął się.

– Nie jestem jeszcze doktorem, tylko doktorantem, panie profesorze – odpowiedziałem.