O tym się nie mówi - Pine Emilie - ebook + książka
BESTSELLER

O tym się nie mówi ebook

Pine Emilie

4,3

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Bestsellerowe i nagradzane eseje, a właściwie pamiętnik. Emilie Pine otwarcie mówi o sprawach, o których kobiety rzekomo powinny milczeć. Świadomie i bezkompromisowo narusza tabu. Rzuca wyzwanie przesądom o kobiecości, a jej bronią jest bezwarunkowa i rozbrajająca szczerość, z jaką opowiada o swoim życiu: o alkoholizmie ojca, dojrzewaniu, gwałcie, fizyczności, pragnieniu posiadania dzieci i bezpłodności, przemocy wobec kobiet i przemocy wobec siebie.

To jest intymna historia Emilie Pine. I to jest historia wszystkich kobiet.

Odważne, hipnotyzujące […].
„The Guardian”

Czytać te eseje, to znaczy lepiej zrozumieć ludzką naturę, na powrót odnaleźć swoje miejsce w świecie i odzyskać własne doświadczenie, prawdziwe i ważne.
„Sunday Independent”

Dojmujące, bezkompromisowe, absolutnie genialne…
„The Financial Times”

Nie czytajcie tej książki w miejscu publicznym; sprawi, że będziecie płakać.
Anne Enright

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 177

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (72 oceny)
37
25
7
2
1

Popularność




Emilie Pine

O tym się nie mówi

Przełożyła Joanna Figiel

WYDAWNICTWO CYRANKA

Tytuł oryginału: Notes to Self

Polski tytuł nadały: Emilie Pine i Agnieszka Pokojska

Copyright © 2018 by Emilie Pine

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Cyranka, 2020

Copyright © for the translation by Joanna Figiel, 2020

Wydanie I

Warszawa 2020

O niewstrzemięźliwości

ZANIM GO ZNALAZŁYŚMY, leżał w swoich fekaliach przez kilka godzin.

Szpital ogólny na Korfu wprawia w oszołomienie. Poczekalnia jest zatłoczona palącymi pacjentami, nie ma śladu rejestracji czy informacji. Piszę do niego z pytaniem, gdzie jest, ale nie dostaję odpowiedzi. Niczym psy gończe odnajdujemy go jednak na piątym piętrze. Leży w łóżku, wygląda mizernie. Jest już wieczór, a on mówi, że od południa nie widział pielęgniarki ani lekarza. Potrzebuje basenu. Moja siostra i ja jesteśmy w podróży już ponad dobę, żadna z nas nie spała.

– Zadzwoń po pielęgniarkę – proponuję.

Mówi, że dzwonił, ale nikt nie przyszedł.

– To zadzwoń jeszcze raz.

Bierze dzwonek do ręki i kilkakrotnie naciska przycisk. Po chwili pojawia się pielęgniarka, wygląda na zgnębioną. Krzyczy na niego, na nas. Czuję się winna, że nie mówię po grecku. Beznadziejnym gestem wskazuję mężczyznę na łóżku, próbuję pokazać, że potrzebuje basenu, że należy go umyć i zmienić mu pościel. Nie robi to na pielęgniarce żadnego wrażenia. Kobieta jeszcze coś do nas mówi, unosi ręce i wychodzi. Tata rzuca nam zdesperowane spojrzenie. Proszę siostrę, żeby z nim została, i wychodzę na korytarz. Widzę tylko innych pacjentów i ich rodziny. Idę do dyżurki pielęgniarek, ale nikogo tam nie zastaję. Kiedy odchodzę, zupełnie nie wiedząc, co dalej robić, odzywa się do mnie jakaś kobieta. Nie odpowiadam, więc pyta po angielsku, czy wszystko w porządku. Ośmielona, pytam, czy wie, gdzie są pielęgniarki.

– Nie ma pielęgniarek – odpowiada.

Starszy mężczyzna pochyla się i mówi:

– Jeśli jesteś tutaj bez rodziny, umierasz.

Do końca naszego pobytu w Grecji, podczas którego staramy się przywrócić naszego ojca do życia, te słowa będą naszą mantrą. Natychmiast orientujemy się, jak bardzo w szpitalu brakuje personelu. Po czternastej nie ma lekarzy, a po siedemnastej na każdy oddział przypada tylko jedna pielęgniarka. Przy naszym korytarzu jest sześć sal, w każdej maksymalnie sześcioro pacjentów. Pielęgniarka ledwo jest w stanie zaspokoić podstawowe potrzeby medyczne ich wszystkich, po prostu nie ma czasu na baseny. Dowiadujemy się również, że to piętro – oficjalnie „oddział chorób wewnętrznych” – jest nazywane umieralnią.

Anglojęzyczna Greczynka informuje mnie, że muszę sama zaopiekować się ojcem. Taktownie tłumaczy, gdzie kupić pieluchy dla dorosłych, wilgotne chusteczki i ręczniki papierowe. Ledwo to rejestruję, ale wracam do prywatnego pokoju, w którym mój ojciec został umieszczony ze względu na krytyczny stan zdrowia, i wyjaśniam siostrze, jak wygląda sytuacja. Patrzy na mnie z niedowierzaniem. Stoi u wezgłowia łóżka taty i poprawia mu poduszki. Zdaję sobie sprawę, że chociaż przemierzyłam Europę, żeby być u jego boku, to ledwo zamieniłam z nim słowo.

– Przynajmniej żyjesz – mówię.

Kiwa głową. Wygląda na bardzo małego. Małego i zagubionego. Uznaję, że tak nie może być – ktoś musi przecież tym szpitalem zarządzać. Wracam na korytarz i proszę znajomą już Greczynkę o pomoc w znalezieniu lekarza. Kobieta zamienia kilka słów ze swoją rodziną i prowadzi mnie w kierunku windy. Jedziemy na inne piętro, ale tam też nie znajdujemy lekarzy. Wracamy do windy i próbujemy ponownie. Powtarzamy to w kółko, zjeżdżamy coraz niżej i niżej, aż docieramy do korytarza w podziemiach szpitala. W końcu znajdujemy oddział krwiodawstwa i prowadzącego go lekarza. Moja towarzyszka wprowadza mnie do środka i macha mi na pożegnanie.

Po drugiej stronie pomieszczenia jakiś mężczyzna leży z podwiniętym rękawem na szpitalnym łóżku, pod kroplówką. Oddaje krew. Pracownik oddziału chyba myśli, że i ja przyszłam tu w tym celu. Widząc moje zdziwienie, lekarz wyjaśnia, że w Grecji brakuje krwi i zgodnie z prawem krewni pacjentów zobowiązani są oddawać własną. Myślę o siostrze, która pięć pięter wyżej zastanawia się, gdzie jestem. Kręcę głową przecząco, ale nie mogę wydusić z siebie słowa. Nie potrafię wyjaśnić w żadnym języku, że obie jesteśmy anemiczkami i nie możemy oddawać krwi. Biorę lekarza za rękę i proszę, żeby zbadał mojego ojca. Mówię mu, że nie rozumiem, dlaczego tatę zostawiono w pokoju bez opieki i dlaczego na jego oddziale nie ma lekarza. Tłumaczę, że potrzebujemy kogoś, kto nam to wszystko wyjaśni, ale tak naprawdę chcę, żeby ktoś mi powiedział, co mam robić. Adrenalina, dzięki której doszłam do tego punktu, nagle się kończy i jedyne, co czuję, to pustka. Po prostu tam stoję, błagając lekarza, by zbadał mojego ojca. Mężczyzna niezwykle opieszale mówi coś do kobiety przy biurku i wychodzi ze mną z pokoju. Wjeżdżamy windą z powrotem na piąte piętro, idziemy tą samą trasą, którą przemierzyłam wcześniej z Greczynką, mijając na korytarzu nieszczęsne rodziny innych chorych.

– To lekarz – mówię raczej z nadzieją niż pewnością.

Mężczyzna bierze kartę taty, przegląda ją, kiwając głową, i stwierdza:

– Wasz ojciec stracił dużo krwi. Będzie potrzebował transfuzji. Musicie oddać krew.

Przytakuję, mimo że nie powinnam i mimo że miałam nadzieję na dokładniejsze badanie. W nadchodzących tygodniach ten scenariusz będzie się powtarzał jeszcze wielokrotnie: godziny oczekiwania i walki o przyciągnięcie uwagi któregoś z lekarzy tylko po to, aby usłyszeć coś, co już dobrze wiemy. Po latach prowadzenia zajęć z Becketta w końcu żyję w jednej z jego sztuk.

Po wygłoszeniu diagnozy lekarz ponownie kiwa głową. Kiedy wychodzi, zwracam się w stronę ojca. Jego oczy szukają u mnie odpowiedzi, których nie mogę mu udzielić. Próbuję się uśmiechnąć. Jesteśmy tu już ponad godzinę i choć wiem, że ulżyło mu na nasz widok, a dotyk mojej siostry sprawił, że poczuł się mniej samotny, to przecież wciąż leży w brudnej pościeli. Nikt inny nam nie pomoże, proszę więc siostrę, żeby ze mną poszła.

– Zaraz wrócimy – uspokajam tatę.

Na dole jest szpitalny sklepik, w którym znajdujemy praktyczny asortyment gorących przekąsek, napojów oraz wszelkich produktów niezbędnych do opieki nad chorymi. Kupujemy wilgotne chusteczki i pieluchomajtki. Po namyśle moja siostra dokupuje pudełko rękawiczek chirurgicznych. Te ostatnie okażą się bezcenne.

Kiedy wyjaśniamy ojcu, co zamierzamy zrobić, jest zaniepokojony i zawstydzony. Smrodu w pokoju nie da się już jednak wytrzymać. Sprawia, że pracujemy tak sprawnie, jak to tylko możliwe. Obmywamy ojca. Po zdjęciu brudnych poszewek zanoszę je do pomieszczenia, które wygląda na gospodarcze, i zostawiam z lekkim poczuciem winy. Z innej, najwidoczniej opuszczonej sali, biorę czystą pościel z jednego łóżka i koce z drugiego, tłumacząc sobie, że jeśli sama nie wezmę, to znikąd nie dostanę. Pod moją nieobecność siostrze udało się rozśmieszyć tatę. Kiedy zakładamy mu nową pościel, uderza mnie myśl, jak bardzo nasze poczucie człowieczeństwa zależy od takich podstawowych rzeczy. Nic tak naprawdę się nie zmieniło, nadal nie jestem do końca pewna, jaki dokładnie jest stan zdrowia ojca, mimo to czuję, że osiągnęłyśmy coś wielkiego.

Robi się późno. Postanawiamy, że zostanę w szpitalu na noc, a siostra pojedzie do hotelu w mieście. Chciałabym jechać razem z nią, ale odtąd musimy zajmować się ojcem na zmianę. Siostra w samą porę wydostaje się z oddziału – budynek zamykają o dwudziestej trzeciej. Członkowie rodziny mogą zostawać na noc, ale zamknięte drzwi uniemożliwiają swobodne wchodzenie i wychodzenie. Przytuliwszy ją na pożegnanie, wracam do pokoju. Nie zazdroszczę siostrze samotnego powrotu i szukania noclegu o tej porze, ale nie mam też pojęcia, jak poradzę sobie przez noc w szpitalu. Tata powoli traci świadomość. Słucham jego oddechu, kładę mu rękę na klatce piersiowej, aby poczuć bicie serca – równomierne, choć bardzo słabe. Worek krwi wiszący przy jego głowie jest już prawie pusty. Przyglądam się mu czujnie i nie mam siły myśleć, co zrobię, kiedy krew się skończy. Wybieram numer firmy ubezpieczeniowej ojca, ale słyszę tylko automatyczną wiadomość. Przypominam sobie, że zostawiłam ładowarkę w torbie siostry, i rezygnuję z dalszego dzwonienia do kogokolwiek. Gaszę światła, wyglądam przez okno na wzgórza na północ od szpitala i słucham, jak nocna cisza spowija oddział. Robi się tak zimno, że narzucam na ojca górę koców. Sama siedzę w płaszczu i czekam. Po chwili drzwi otwierają się i ponownie pojawia się wymęczona pielęgniarka. W ciszy przyglądam się, jak zdejmuje pusty worek na krew, wiesza nowy i upewnia się, czy krew płynie. Ma na sobie fartuch, który dobrze wyglądałby na rzeźniku w ubojni. Dopiero po jej wyjściu uświadamiam sobie, że nie miała rękawiczek chirurgicznych ani nie umyła rąk.

Jakiś czas później przychodzi inna pielęgniarka. Udaje mi się wykrzesać z siebie uśmiech i zaoferować pudełko rękawiczek. Kobieta ostrożnie bierze parę i wkłada do kieszeni.

– Nie, nie. – Uśmiecham się przymilnie.

Pokazuję na migi, żeby je włożyła, ale ona tylko porusza dłonią, żeby mi zademonstrować, że ma już na sobie jedne. Są całe we krwi i w plamach, więc pokazuję, żeby je zdjęła i włożyła nowe. Moje machanie rękoma musi wydawać się niedorzeczne, ale – jak wariatka, za którą prawdopodobnie bierze mnie pielęgniarka – nie daję za wygraną, dopóki ona, wzdychając, nie zmieni rękawiczek. Stare chowa do kieszeni. Cała ta sytuacja stanie się dla mnie zrozumiała dopiero kilka dni później, kiedy inny gość wyjaśni mi, że szpital w ogóle nie zapewnia pracownikom produktów jednorazowego użytku – żadnej waty, papieru czy plastiku. Pielęgniarki muszą je kupować na własną rękę, z pensji, które i tak są bardzo niskie. Komedia z rękawiczkami powtarza się odtąd regularnie. Za każdym razem, gdy daję pielęgniarce świeżą parę, mam ochotę się rozpłakać.

Ale tej pierwszej nocy, kiedy zaniepokojona na wpół drzemię, na wpół nasłuchuję, czy ojciec oddycha, jestem zbyt oszołomiona, by płakać. Od lat spodziewałam się tego telefonu. Snułam w głowie różne scenariusze, aby móc odpowiednio zareagować i podjąć niezbędne decyzje, kiedy ten moment wreszcie nadejdzie. Dopiero w ciszy i ciemności szpitalnego pokoju zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek.

W NIEDZIELNY PORANEK, zbyt wcześnie na przypadkową wiadomość, słyszę sygnał esemesa. Tekst brzmi: „Krwaw Nie dzw”. Dzwonię. Ojciec brzmi okropnie. Jego głos oddaje jego stan – człowieka, który wykrwawia się na śmierć. Dusi się i kaszle, ledwo może mówić, słychać, że pluje krwią. Mówię mu, żeby się trzymał. Dzwonię do jego przyjaciółki P., która mieszka po drugiej stronie wyspy, a ona wzywa karetkę. Kierowca odmawia jednak wyjazdu do zgłoszenia. Niedzielę spędza z rodziną. Uznaje, że będzie to zmarnowana podróż, bo zanim dojedzie, ojciec będzie już martwy, więc w sumie może poczekać do poniedziałku. P. krzyczy na niego, przymila się. Dużo czasu zajmuje jej i jej mężowi przekonanie kierowcy, że pomimo niedzieli i perspektywy godzinnego kursu musi jechać. P. opowie mi o tym dopiero później. Na razie każe mi tylko obiecać, że drzwi wejściowe do domu ojca będą otwarte. Jeśli będą zamknięte, karetka odjedzie. Oddzwaniam do taty. Jest na szczęście wciąż przytomny, czołga się do drzwi i przekręca klucz w zamku. Kiedy ambulans dociera do jego wioski, sąsiedzi wskazują dom. Ekipa ratunkowa podnosi ojca z podłogi, na której leży, teraz już nieprzytomny, i zabiera go do szpitala.

Zimą nie ma bezpośrednich lotów z Irlandii do Grecji. Kilka godzin po telefonie moja siostra i ja lecimy z Dublina do Londynu, na Heathrow, gdzie mamy pierwszą przesiadkę. Samolot wypełniają mężczyźni w szalikach, pewnie rozgrywany jest jakiś ważny mecz piłki nożnej. W nowym budynku terminala czwartego jemy we włoskiej restauracji. Chociaż przejmowanie się jedzeniem w momencie, kiedy twój ojciec umiera, jest absurdalne, zamawiam makaron z truflami. I bardzo mi smakuje.

Podczas kolacji mówię siostrze, że nie wiem, co zastaniemy, gdy dotrzemy do Grecji. Zwierzam się, że jestem zmęczona. Opowiadam jej o pewnym wieczorze kilka lat wcześniej, kiedy prosiłam tatę, żeby przestał pić. O tym, jak w trakcie naszej rozmowy nalał sobie kolejny kieliszek wina. O tym, jak płakałam, a on tylko perorował, żebym przestała być taka głupia. Mówię jej, że mu groziłam, krzyczałam, że przestanę go kochać. Wyznaję jej to wszystko, choć ledwo sama przed sobą mogę się przyznać, że tamtej nocy spojrzałam na niego i pomyślałam: „Więc po prostu umieraj”.

Kiedy jemy i rozmawiamy, ciągle sprawdzamy telefony, zarówno w nadziei, jak i lęku. Nie mamy żadnych wieści o ojcu, odkąd został zabrany do szpitala. Obie wiemy, że może już nie żyć. Mój telefon nagle pika. Szybko łapię go w dłoń, ale to tylko automatyczna aktualizacja. Siostra patrzy na mnie wymownie. Wie, że nigdy nie mogłabym przestać kochać taty. Następnego dnia rano wsiadamy do pierwszego samolotu do Aten, gdzie przesiadamy się na samolot na Korfu.

ŻARTUJĄ, ŻE JEST TRUPEM. Leży podłączony do maszyn monitorujących pracę serca i innych ważnych narządów. Ma dwa wenflony – stracił tyle krwi, że pielęgniarki nie mogły znaleźć odpowiedniej żyły do wkłucia igły. Przez większość czasu jest ledwo przytomny. Dopóki jakiś Grek nie wyjaśni nam, co mówią, nie zdajemy sobie sprawy z żartu. Typowe w przypadku ojca – większość spraw go dotyczących była zarówno śmieszna, jak i straszna. Nikt z personelu, nawet pielęgniarki, nie wierzy, że tata przeżyje. A jednak nie chciał umrzeć. Po tygodniu w głównym szpitalu na oddziale paliatywnym, gdzie jedna z nas towarzyszyła mu w dzień i w nocy, jego stan uznano za wystarczająco stabilny, aby wytrzymał transfer do „angielskiego” szpitala, co w zasadzie oznacza „szpital dla osób posiadających ubezpieczenie zdrowotne”. Warunki są tam o wiele lepsze: na każdej zmianie pracują dwie pielęgniarki i jest o połowę mniej pacjentów. Ojciec w końcu jest wykąpany, pielęgniarki zakładają mu cewnik. Kończy się przerzucanie na rodzinę obowiązku dostarczania i opróżniania basenów.

Przyjeżdżamy do szpitala codziennie o jedenastej rano, zostajemy do piątej po południu, wychodzimy coś zjeść i wracamy na kolejne kilka godzin. Siedzimy obok siebie, patrząc na ojca. Prawie nie rozmawiamy, tylko obserwujemy mężczyznę w łóżku, wciąż spodziewając się, że lada moment odejdzie. Nie odstępujemy go na krok, tak jakby nasza chęć podtrzymania go przy życiu robiła jakąś różnicę. Długie godziny wizyt przerywane są kolejnymi krótkimi i frustrującymi rozmowami z nieuchwytnymi lekarzami. Badają ojca pobieżnie, a następnie stwierdzają, że powinnyśmy zabrać go z powrotem do Irlandii. W końcu, jak mówią, to lepszy kraj dla chorych na wątrobę, lekarze mają tam „duże doświadczenie” w leczeniu takich przypadłości.

Tata ma postępującą dysfunkcję wątroby. Przez długi czas inne narządy kompensowały jej zmniejszoną wydolność. Teraz, po czterdziestu latach alkoholizmu, organizm przestaje funkcjonować. Zawsze zakładałam, że ojciec umrze na marskość wątroby, ale okazuje się, że istnieje wiele innych potencjalnie śmiertelnych chorób, z którymi będzie się zmagać. Krwawienie z pękniętego przełyku, choć prawie go zabiło, było tylko najbardziej widocznym objawem. Pamiętam zapowiedź tego krwotoku, gdy kiedyś tata zatrzymał samochód, by zwymiotować i splunąć krwią na poboczu drogi. Teraz także jego nerki są w stanie krytycznym. Specjalista mówi nam jednak, że serce jest nadal w dobrej kondycji. Z medycznego punktu widzenia być może, chcę dodać.

Po tygodniu lekarze stwierdzają, że przełyk ojca wystarczająco się zagoił. Pozwalają mu jeść miękkie, proste jedzenie. Ale on nie chce jeść. Albo po prostu nie chce jeść tego, co mu oferują: jajek.

– Nie lubię jajek – mówi.

– Musisz coś jeść – przekonuję.

– Przecież wiesz, że nie lubię jajek.

– Nie obchodzi mnie to, musisz jeść.

To odwrócenie ról, kiedy dziecko karmi rodzica, jest gorzko ironiczne. Jesteśmy tu wszyscy z powodu jego picia, a teraz ojciec ma jeszcze czelność odmawiać jedzenia. W końcu dobijamy targu. Jeżeli zje jajko na twardo, kupię mu długopisy i papier. Później obiecuję też zszywacz, jeżeli zje drugie. Jest pisarzem, więc czuje się niepewnie, nie mając takich rzeczy pod ręką. Daje mi wartki, szczegółowy opis miejsc, gdzie mam kupić niezbędne mu materiały. Ostatecznie zjada jednak tylko połowę jajka.

– Nici ze zszywacza – oznajmiam mu.

Nie odzywa się do mnie przez resztę dnia.

Neil dzwoni do mnie codziennie, czasem nawet po dwa razy. Połączenia od niego to jedne z niewielu, które chętnie odbieram. Neil jest najlepszym przyjacielem ojca. Kiedy tata odmawia jedzenia, firma ubezpieczeniowa oznajmia, że nie zapłaci rachunku za prywatną klinikę, albo lekarz informuje, że tata prawdopodobnie umrze, boję się, że zacznę krzyczeć z bólu. Ale potem uspokaja mnie telefon od Neila. Słuchając jego pogodnego głosu, zaczynam wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Pyta o tatę, o lekarzy, wlewa we mnie nadzieję, że uda nam się jakoś przez to przejść. Wie, że z Dublina niewiele może zrobić i że jego telefony nie zmienią rokowań ojca, ale wie również, że potrzebuję tych codziennych rozmów. To Neil dał mi numer do swojego znajomego lekarza w Irlandii, który może przetłumaczyć wyniki badań greckich lekarzy. Dzwonię do niego i opisuję stan taty, przedstawiając listę jego dolegliwości. Doktor zaleca, abym zabrała tatę do domu. Natychmiast.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Projekt okładki Plakiat, Maks Bereski

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Redakcja Magdalena Mrożek

Korekta d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-952847-6-2

sprzedaż: marysia@wydawnictwocyranka.pl

redakcja: konrad@wydawnictwocyranka.pl

Wydawnictwo Cyranka

ul. L. Nabielaka 15/1A, 00-743 Warszawa

wydawnictwocyranka.pl